Driada

   Żyłam zawsze z dala od Tego, w błogim stanie harmonii z naturą. Delikatny blask księżyca pieścił moje ciało, niczym promienie słońca skórę dziennych istot. Wiatr w gałęziach drzew szumiał, tworząc najpiękniejszą sonatę, jaką mogły słyszeć moje uszy. Trzepoty skrzydeł, świergot ptaków, ciche kroki zwierząt, wszystko to składało się na wspaniałą kołysankę, którą las oferował co noc, otulając mnie i kojąc do snu. Za dnia pływałam w wodzie, którą słońce ogrzewało, bawiąc się własnymi refleksami na jej powierzchni. Nuciłam w jego promieniach, susząc się po zabawie z rybami, biegałam w jego cieniu razem z sarnami, leżałam w jego blasku, doglądając rozbrykanych wilcząt. Codziennie godziłam waśnie watahy i stada saren, kłótnie wiewiórek i ptaków, jesienią czyściłam jeżom kolce z liści, a wiosną pomagałam w pilnowaniu piskląt. Byłam świadoma, że w oddali jedne zwierzęta uciekały przed drugimi, ale przy mojej sadzawce wszystkie były równe, neutralne jak ja. Nie należałam ani do nocy, ani do dnia, rozpieszczana przez dającą życie gwiazdę oraz kradnące jej blask srebrzyste ciało niebieskie. Nie byłam świadoma istnienia Tego, aż do dnia, w którym przybyło do lasu.

   Leżałam na kamieniu, który przed wiekami znalazł swoje miejsce w leśnym oczku wodnym, i cieszyłam się niezmąconą harmonią otaczającej mnie natury, kiedy nagle wszystko się zaczęło. Podniosłam się z lekko omszałej powierzchni kamienia, słysząc niespotykane wcześniej odgłosy, zakłócające dźwięki lasu. Zastrzygłam szpiczastymi uszami, nasłuchując. Żyłam w tej sadzawce już od kilkudziesięciu lat, ale nigdy nie spotkałam się z czymś takim. Nie potrafiłam określić, co to.

   Zsunęłam się do wody, na której powierzchni nawet na moment nie pojawiły się kręgi i przepłynęłam pod jej taflą. Kiedy zatrzymałam się przy brzegu, kilka rybek podpłynęło i delikatnie skubało moje nogi. Rozumiałam ich zaniepokojenie, które wyrażały, ja również chciałam się dowiedzieć, co się działo. Zamarłam, próbując zrozumieć, co szeptał wiatr, strącający z mojej skóry kropelki wody, rozwiewający niebieskie włosy. Pierwszy raz nie potrafiłam dosłyszeć jego wyznania. Dotychczas delikatny powiew zamienił się nagle w ostry podmuch, który przeszył moje ciało. Zachłysnęłam się tym, co mnie przeniknęło. To przybyło pod skraj lasu.

   Wyszłam na brzeg, którego wilgotna trawa łaskotała stopy i sunąc przez las, zbliżyłam się do niepokojących odgłosów. Zaszumiały drzewa, niosąc w swoich gałęziach ostrzeżenie, dzikie krzewy próbowały mnie zatrzymać. Usłyszałam śpiew ptaków, a w nim złowrogie tony, minęło mnie stadko saren uciekających w głąb zagajnika. W ich aurach, otaczających je niczym aureole, widziałam strach, pierwotne przerażenie. Wszystkie moje zmysły odczytywały niepokojące sygnały, ale gnałam, ledwie muskając poszycie bosymi stopami, zwinnie uchylając się przed nisko opuszczonymi gałęziami. Jak zaczarowana zbliżałam się do tajemniczego dźwięku, małych i znacznie cichszych gromów i burzowych grzmotów.

   Drzewa zaczęły się przerzedzać, a moje serce ścisnął żal. Na moment zapomniałam o tajemniczych dźwiękach, ciekawość stłumił zastany widok. Już wcześniej dzięcioły doniosły mi, że na krawędzi naszego zagajnika pojawiły się dwunożne istoty i zaczęły krzywdzić stare drzewa, ale nie wiedziałam, że wycięły tyle wspaniałych okazów, pozostawiając resztki pni w ziemi. Ścięte konary, niczym blizny, przypominały o zadanych ranach. Przyklęknęłam nad jednym ze ściętych pni, gładząc białymi palcami słoje. Pamiętałam narodziny tego dębu, jego powolny wzrost od nasionka. Doglądałam go codziennie, a on szeptał mi tajemnice wiatru i krzewów, dawał cień wędrowcom i schronienie ptakom. Oni go skrzywdzili, zakończyli jego dostojny żywot. Uderzeniami ostrych narzędzi zdarli korę, rozłupali miazgę, przedarli się przez twardziel i dotarli do rdzenia, powalając olbrzyma, który pamiętał odległe dzieje, skrywał dawne historie. Żyli z zadawania cierpienia kolejnym drzewom, niszczenia macierzystego zagajnika.

   Podniosłam głowę, ponownie słysząc małe grzmoty. Były znacznie głośniejsze niż w mojej sadzawce. Wiatr, umykając z tamtych stron, niósł je niechcący ze sobą. Całym moim nagim ciałem wstrząsnął dreszcz, poczułam stające dęba włoski. Powoli wstałam, pierwszy raz w życiu poczułam obecność Tego, skradającego się pod las już nie tylko po to, aby ranić drzewa. Przestąpiłam nad pniakiem, powoli minęłam kolejne. Wiatr cichł, pozostawione przy życiu drzewa – dla niezespolonych z naturą istot niemi świadkowie rzezi – nie szeptały już, a krzyczały do mnie. Prosiły, błagały i zaklinały, abym odeszła, nie zbliżała się, ale stawiałam następne kroki, prowadzące nieubłaganie na skraj lasu. Przesunęłam dłonią po najbliższym konarze i zatrzymałam się, skryta za nim. Na moment ucichły odgłosy malutkich grzmotów, aby po chwili powrócić z większą zajadłością. Wychyliłam głowę zza grubego drzewa, nadal skrywając za nim ciało. Chciałam tylko zobaczyć, co Oni robią. Zamarłam, widząc nieznane mi z nazwy stworzenia. Byli na wyciągnięcie dłoni. Nie wiedziałam, co dokładnie czyniły dwunożne istoty, ale wokół nich wibrowała przesiąknięta nieczystą intencją aura.

   Kryli się wśród krzewów, za drzewami i w rowie. Wyglądali jak ja, ale ich uszy miały bardziej okrągły kształt, klatki piersiowe były płaskie, a ciała okryte dziwnymi futrami, niepodobnymi do miękkich okryć lisów czy szorstkiej sierści dzików. W oddali widziałam innych, też okrytych, ale w jednolite futra. Wszyscy trzymali w dłoniach rurki, z których raz za razem wydobywał się odgłos małych wersji gromów, a z czubków wydobywały się smużki dymu. Nagle jeden upadł, wyjąc z bólu. Wystraszyłam się, pierwszy raz odczułam to, co znałam tylko z aury saren lub małych zwierzątek. Jednak nie spłoszyłam się, a wręcz przeciwnie. Stałam w bezruchu, patrząc. Kolejni padali, kolejni wypuszczali gromy i grzmoty. Nagle wszystko zamarło. Jeden opuścił dymiącą rurkę, aby po chwili ryknąć triumfalnie.

— Nie będzie Niemiec pluł nam w twarz! — krzyknął, reszta zawyła. — Dalej, obrobić trupy. Młody, zajmij się rannymi.

   Jeden podszedł do krzywiącego się na ziemi i zaczął robić coś z jego krwawiącym bokiem.

— Przeklęci hitlerowcy — warknął krwawiący. — Bolszewicy zresztą nie lepsi.

— Nie ruszaj się, bo próbuję cię zszyć — mruknął pochylony nad nim.

   W jego aurze, pulsującej od zdenerwowania, widziałam obrazy, składające się na myśli. Okazały się trudniejsze do odczytania niż instynktowne zachowania zwierząt, te dwunożne istoty były bardziej skomplikowane. Odwróciłam wzrok w stronę pozostałych. Rozeszli się, zaczęli klękać przy leżących. Raz po raz rozlegało się wesołe zawołanie, gdy jak sroki odkryli coś ciekawego. W ich zachowaniu dostrzegałam silne podobieństwo do wilków. Jeden zajmował pozycję wysoką niczym samiec alfa. Przewodził watasze, reszta czyniła to, co kazał, panowała hierarchia. W aurach wszystkich widziałam radość z czynienia Tego, bijącą od nich z pierwotną siłą. Znów zwróciłam spojrzenie na znajdujących się bliżej i ze zdziwienia zastrzygłam uszami. W aurze jednego wcale nie widziałam tej samej, instynktownej pewności. Był pełen zwątpienia. Nagle rozległy się podniesione głosy. Oni wstali i poszli w kierunku zamieszania, ja też nie potrafiłam pozostać na miejscu. Prześlizgnęłam się za dalszy pień i zwinnie wspięłam się na jego gałęzie, chcąc zobaczyć, co tak zaciekawiło przybyszów. Rozchyliłam liście, aby dostrzec finał sporu.

— To pieprzony hitlerowiec! — Dobiegł mnie krzyk alfy. — Zabij go!

— To też jest człowiek — odparł drugi, również podniesionym głosem. — Nie dobiję rannego.

   Alfa sięgnął po dymiącą rurkę i skierował ją w stronę leżącego u jego stóp. Rozległ się grzmot, a głowa leżącego podskoczyła na ziemi, aby znieruchomieć na zawsze. Dwójka kłócących się spojrzała po sobie. Widziałam zdecydowanie jednego i niesmak drugiego, ale ten ustąpił i odszedł w stronę lasu. Myślałam, że to już koniec, ale alfa po raz kolejny uniósł śmiercionośną rurkę i wydobył z niej kolejny grom. Zasłoniłam usta, widząc, jak odchodzący dostał w plecy i upadł na twarz. Widziałam gasnącą aurę, która mogła oznaczać tylko jedno. Jego śmierć.

— Każdy Niemiec to ścierwo i tak powinien skończyć — powiedział alfa. — Tak samo kończą ci, którzy darują takim życie albo bez powodu żyją pod butem, zamiast chwycić za broń i iść z nami do walki. Wincenty był przyszłym dezerterem, znam takich jak on. Ktokolwiek pochowa jego ciało, skończy tak samo, czy to jasne?

   Przytaknęli, jednak nie wszyscy zrobili to szczerze. Tuż pod drzewem, na którym przykucnęłam, stał jeden z nich, ten sam, który wcześniej miał tak skomplikowaną aurę. Dostrzegłam w niej błysk gniewu, który należał do pierwotnego instynktu wszystkich istot, ale ponad to wybił się obraz, myśl tak prosta, a jednak niewidoczna u pozostałych. Nie chciał robić tego wszystkiego. W końcu odnalazłam odpowiedź, czym To było. Bezmyślnym, okrutnym Złem.

   Ta myśl uderzyła we mnie tak bardzo, że przysunęłam się bliżej pnia. Zło stanowiło przeciwieństwo wszystkiego, co znałam i co mnie otaczało. Zwierzęta żyły instynktem, który nie usprawiedliwiał zła, ale sprawiał, że było konieczne, aby drapieżniki przeżyły. Oni czynili Zło z zimnej kalkulacji, wybierali je jako najkrótszą drogę, jako coś oczywistego i koniecznego. Usiłowałam wyrzucić tę myśl z głowy, jednak wkradła się już zbyt głęboko i pozostała w mojej świadomości, głucha na wszelkie próby zapomnienia.

   Zsunęłam się z gałęzi, ale myśl, którą zasiało Zło, nie pozwoliła mi iść. Zatrzymałam się wśród drzew, dostrzegając nawet w nich instynkt do czynienia wszystkiego na swoją korzyść. Wszak tworzyły cień, nie przejmując się mniejszymi roślinami. Zmusiłam się do postawienia kilku kroków, ale nieopatrznie nastąpiłam na gałązkę malinowego krzewu i poczułam ukłucie. W tym także odnalazłam wcześniej nieznane mi zło, zadawanie bólu z myślą o przetrwaniu. Niepokój znalazł kolejne potwierdzenie, pozostawiając zwątpienie.

   Nagle zobaczyłam podchodzącego. Wokół Niego wirowały myśli związane z powalonym. Tak jak wcześniej, tak i w tym momencie ani przez chwilę nie dostrzegłam w aurze tej istoty tego samego cienia Zła, które dominowało aureole innych członków stada. Schowałam się głębiej w cieniu wysokich krzewów. Chciałam się upewnić, że wszechobecne Zło to iluzja powstała w mojej głowie.

   Podszedł do martwego i przykucnął przy nim. Sprawdzał coś przy szyi leżącego, po czym pokręcił głową. Dostrzegłam w zaciśniętej dłoni piasek, którym posypał nieżyjącego. Był skupiony i powtarzał coś jak mantrę, skierowaną do jakiejś istoty wyższej. Wykonał jakiś gest, wzniósł na chwilę oczy ku niebu i ponownie wykonał ten sam gest.

— Nie żyje! — zawołał, jakby ktoś go o to pytał.

   Rozsunęłam lekko liście, aby wyraźniej zobaczyć aureolę jego myśli. Widziałam w nim tę samą niczym niezmąconą dobroć, którą widywałam wśród zwierząt. Robił to wszystko z wyższych pobudek niż Inni. Nie zabijał, wręcz przeciwnie, w jego głowie krążyło wiele rannych, zastanawiał się, jak im pomóc. Wychyliłam się mocniej, zaszeleściły gałęzie. Podniósł głowę, a nasze spojrzenia się skrzyżowały. Jego oczy wyglądały niczym tafla sadzawki w słoneczny dzień, były jasne i przyjemne, ufne.

   Cofnęłam się, spłoszona niczym sarna. Zaczęłam biec, przestraszona tym, że mnie zobaczył. Przeskakiwałam kolejne konary, unikałam kolczastych gałęzi jeżyn i malin, a za mną rozległy się głośne trzaski. Gonił mnie, coś wołał. Zwolniłam, gdy dotarłam do sadzawki. Nie mogłam dalej uciekać, nie miałam gdzie się skryć.

— Hej, kim jesteś? — spytał, doganiając mnie. — Co tu robisz? Dlaczego jesteś naga, ktoś cię skrzywdził?

   Aby odpowiedzieć, musiałam przystosować najpierw swoje struny, których od lat używałam tylko do rozmów z naturą. Obróciłam się. On zsunął z siebie okrycie i nałożył je na moje ramiona.

— Zło i dobro wypełniają świat — powiedziałam, a mój głos szumiał drzewami i trelem ptaków. — Widziałam to w waszych aurach.

   Opuścił ramiona, jakby zdezorientowany, a ja zrzuciłam z siebie dziwne futro i wskoczyłam do wody. Tafla zamknęła się nad moją głową, odcinając mnie od Zła, oczyszczając mój umysł z dawnej niewinności. Dobro i Zło stały się w moim umyśle namacalne i wyraźne, nie było już tylko dobra. Wynurzyłam się za kamieniem i skryłam swoje ciało za nim. Usłyszałam, jak coś upadło na trawę, a po chwili plusnęła woda. Wychyliłam się zza skały, ale znad wody wystawały tylko moje oczy. On wszedł do wody, półnagi przecinał wodę, zanurzony po pas. Wysunęłam z wody całą głowę, zaskoczona tym, jak załamywała się przy nim tafla. Powierzchnia marszczyła się, ale nie w taki sam sposób, jak byłoby to w przypadku pełnokrwistej, dwunożnej istoty.

— Nie bój się — wyszeptał, ale to nie był już ten sam głos, co wcześniej. Zabrzmiał niczym szum wiatru. — Driado, nie zrobię ci krzywdy.

   Wypłynęłam mu na spotkanie i zatrzymałam się w pewnym oddaleniu od niego.

— Kim jesteś? — spytałam.

— Kimś pomiędzy driadą a człowiekiem — odparł.

— Człowiekiem? Tak nazywają się te dwunożne istoty?

— Tak. I masz rację, świat wypełnia dobro i zło, ale oba się równoważą. Przynajmniej powinny. — Podszedł bliżej. — Wiem co widziałaś i co o tym myślisz. Walka była koniecznością, morderstwo zwykłym bestialstwem, próbą okazania siły i dominacji. Żyję wśród nich od dawna i wiem, że niejeden dysponując władzą, zaczyna jej nadużywać. Ludzie już tacy są

— Czy to oznacza, że na świecie są tylko źli ludzie? — spytałam, podchodząc bliżej.

— Wcale nie. Nawet ci źli w większości zachowują w swoich sercach dobro. Po prostu okazują je nielicznym wybrańcom, na których im zależy. I nawet ci dobrzy potrafią krzywdzić, jeżeli nie mają innego wyboru.

   Wiatr zaszumiał w gałęziach, niosąc za sobą zapach ognia i dymu, ale i trel ptaków. Trel pełen nadziei i ponownie grający najpiękniejszą z kołysanek, jakie znał mój świat. Ale mój świat się zmienił, bo poznałam, czym jest bezmyślne Zło.

Nie ma złych ludzi, każdy ma w sobie zarówno dobro, jak i zło.

Po prostu niekiedy dochodzi do głosu niewłaściwy pierwiastek.

24.10.2019-02.01.2020

Korekta 29.08-31.08.2021

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 1452
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!