Godzina Szczura

I
Nad horyzontem roztaczał się piękny, niemal bezchmurny zachód słońca. Pomarańczowa tarcza zbliżała się coraz bardziej do morskiej połaci, ciągnąc za sobą ostatnie odcienie błękitu, wyświecając niebo żółtymi barwami, które powoli przechodziły w róż i czerwień. Na plaży siedziało lub spacerowało wiele osób, podziwiających ten cud natury niczym atrakcję i większość z nich właśnie tak postrzegała przyjście tutaj – jako urlopowy dodatek związany z wypoczynkiem nad Bałtykiem.
Gdy zgasły ostatnie promienie, a niebo zatraciło blask, nabrzeże zaczęło pustoszeć, przenosząc wieczorne życie do centrum miasta. Po chodnikach przesuwał się tłum rozochoconych wczasowiczów i stałych bywalców klubów, zmierzających do rozbłyskujących neonami barów, dyskotek i restauracji.
Wśród nich nadmorski bulwar przemierzała niewyróżniająca się zbytnio kobieta. Szła powoli, ręce wciskając w kieszenie długich spodni. Mimo nadal wysokiej temperatury, jej twarz kryła się pod kapturem szerokiej bluzy.
Spacerująca ze znudzeniem obserwowała mijającą ją młodzież, która planowała skorzystać z wakacyjnego weekendu, i z taką samą obojętnością rzucała spojrzenia osobom starszym, idącym z coraz bardziej pochłanianej przez ciemność plaży prosto do domów czy pensjonatów. Już od dawna nie wiedziała, czym jest przyjemność spokojnego wieczoru, a w szczególności nie pamiętała tego rozluźnienia, jakie malowało się w posturze i mimice otaczających ją ludzi.
Ale przecież ona nie była już człowiekiem.
Tłum na bulwarze zaczął rzednąć, spacerowicze znikali w uliczkach, coraz bardziej oddalając się od morza. Dziewczyna w końcu zsunęła z głowy kaptur, pozwalając sobie na chwilę odetchnąć. Od niechcenia przeczesała pofarbowane na czerwono, sięgające ramion włosy. O ile dobrze wszystko zaplanowała, miała jeszcze godzinę.
Skręciła w stronę mola i przeszła na sam koniec wcinającego się w głąb morza pomostu. Zatrzymała się na jego końcu, opierając się łokciami o białą barierkę. Odetchnęła chłodnym powietrzem i zlustrowała wzrokiem najbliższą okolicę.
Była sama.
Wolnym ruchem sięgnęła do dużych, przyciemnianych okularów i zdjęła je, przecierając spoconą twarz czarnym rękawem. Miała już dość, a to był dopiero początek.
Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Była w rozsypce, a jedyne źródło ukojenia za każdym razem zdawało się tylko pogarszać następny etap.
Chciała to zakończyć.
Chciała zapomnieć.
Chciała przestać cierpieć.
Z wahaniem wsunęła trzymane okulary do kieszeni bluzy i wsparła się o najwyższą belkę poręczy. Po minucie postawiła nogi na najniższym szczeblu. Przez moment myślała nawet, żeby przeskoczyć na drugą stronę.
Może gdyby rzuciła się w falującą poniżej głębię, to wszystko by ustało? Udałoby się jej na dobre zakończyć to, co kłębiło się w jej wnętrzu, uciszyć krzyczącą duszę i ten nienasycony, dziki głód?
Skrzywiła się, zdając sobie sprawę, że nadal myśli jak człowiek.
Zeszła z barierki i spojrzała na ciemniejące z minuty na minutę niebo. Zbliżała się dwudziesta druga, mogła niedługo ruszać.
Poczekała jeszcze trochę, chłonąc nocne powietrze i wspaniały widok falującej czarnej tafli, odbijającej łagodnie srebrzysty blask księżyca i sporadycznych gwiazd. Podniosła wzrok, z bladym uśmiechem obserwując wiszący na niebie wąski sierp. Zdecydowanie była to ciekawa odmiana w porównaniu do dziesięciu lat uzależnionych od pełni. Nadal nie przyzwyczaiła się, że księżyc przestał ją definiować… Teraz odpowiadał za to jej własny zegar, tykający w jej wnętrzu nienaturalnym, bestialskim rytmem.
Gdy nad miastem na dobre zagościł mrok późnej nocy – zapewniający dodatkowy kamuflaż dla jej ciemnego ubioru – dziewczyna nasunęła na głowę kaptur i ruszyła z powrotem na brzeg. Nie spieszyła się, do celu nie miała daleko, w dodatku czas był jedną z tych rzeczy, których miała pod dostatkiem.
A nawet w nadmiarze.
Schodząc z bulwaru, niemal instynktownie wsiąknęła w plątaninę uliczek, zaułków i przejść. Nie wahała się, przemierzając kolejne skróty, przemykając bramami, wychodząc wąskimi przejściami. Z wprawą umykała z zasięgu ulicznych lamp, przechodziła niezauważona nawet w miejscach, gdzie kręcili się ludzie. Tyle lat uciekała, żyjąc na krawędzi sławy i mroku, że unikanie niechcianych spojrzeń weszło jej w nawyk.
W końcu po kilku minutach zatrzymała się przy drzwiach dość obskurnej kamienicy i oparła plecami o ścianę. Była niemal niedostrzegalna na granicy światła rzucanego przez jedną z niewielu działających tu lamp. Nie bez powodu wybrała okolicę, która sama w sobie miała gorszą sławę, a turyści zaglądali tu raczej przypadkiem niż celowo. Tutaj nikt nie wzbudzał podejrzeń, bo prawie każdy w jakiś sposób uwikłany był w sprawy, których lepiej nie wspominać głośno.
Dziewczyna wcisnęła ręce do kieszeni i oparła stopę o mur za nią, raz po raz zmieniając pozycję, aby odciążyć nogi.
Obserwowała otoczenie, nawet przez moment nie okazując większego znużenia lub zdenerwowania. Wiedziała, że nie będzie tu tkwiła zbyt długo, a nawet jeśli coś miałoby się zmienić, nauczyła się cierpliwości i spokoju. Najważniejsze było rozpoznanie zwyczajów, ukojenie własnych nerwów i wyczucie odpowiedniej chwili, a to wszystko opanowała już dawno.
Czekała.
Niczym pies mający wystawić zająca.
Niczym kot czający się na krawędzi mysiej dziury.
Niczym szczur ostrożnie wymykający się z kanałów.
Kątem oka dostrzegła ruch. Spojrzała w tamtą stronę, nie zmieniając pozycji. Chodnikiem nadciągnęły dwie blondynki, obie zdecydowanie sztucznie i nadmiernie opalone. Podeszły do drzwi znajdującego się po przeciwnej stronie ulicy pubu, rozmawiając o czymś głośno. Zignorowała je, nie interesowało jej nic poza z góry obranym celem.
Fanki solarium chciały wejść do środka, ale nim to zrobiły, drzwi otworzyły się gwałtownie, a z nich wyszedł postawny, łysiejący typ. Mężczyzna zatoczył się w progu, niemal taranując dwójkę wchodzących kobiet swoim sporych gabarytów ciałem. Niechętnie burknął jakieś niewyraźne przeprosiny i – nawet się nie oglądając – poszedł w swoją stronę, chwiejnie stawiając kolejne kroki.
Zakapturzona podążyła za nim wzrokiem, nadal wyglądając na niezainteresowaną, chociaż w rzeczywistości było zupełnie inaczej.
Facet szedł chodnikiem, co jakiś czas tracąc rytm lub łapiąc za pobliską ścianę. Jego szerokie ramiona zdawały się ciążyć, nogi plątały się od nadmiaru wypitego alkoholu.
To był on.
Wszędzie rozpoznałaby smród jego grzechów, zepsucia i pogłębiającego się upadku.
Kiedy blondyneczki zniknęły z pola widzenia, czerwonowłosa oderwała się od ściany. Pozostając na granicy cienia, ruszyła wolnym krokiem za mężczyzną, utrzymując przy tym pewien stały dystans.
Kiedyś wyglądało to inaczej. Wybierała kogoś pod wpływem chwili, decydując się na jakiś łatwy cel, zazwyczaj naiwnego imprezowicza w barze czy kogoś z ulicy. Zaciągała go w ciche, ustronne miejsce, robiła, co miała zrobić i odchodziła, więcej nie oglądając się za siebie.
Tym razem, patrząc na zwaliste plecy, zaniedbane włosy i niechlujny, kilkudniowy zarost, pierwszy raz czuła głęboką odrazę. Tym większą, że śledziła go od około tygodnia i niemal zanurzyła się w całym bagnie jego życia.
Zaczęło się od tego, że jakiś czas temu stracił pracę, o czym często wspominał przy kielichu barmanom lub innym siedzącym przy kontuarach gościom. Zamiast zabrać się do szukania czegoś nowego, zaczął pić. Przepuszczał oszczędności w pomniejszych barach, wręcz spelunach, a potem wracał do domu. A tam? Tam czekała na niego żona, cierpliwie znosząca jego pijaństwo i ubliżanie jej. Tak było do wczoraj.
Wczoraj ją uderzył.
A kobieta wyszła tak, jak stała i pojechała do rodziców. Wystarczył ten jeden raz, za co czerwonowłosa ją szanowała. Nienawidziła obserwować, jak te bardziej naiwne zostają z damskimi bokserami.
Jak się spodziewała, tego wieczoru znowu poszedł się napić. Najwidoczniej ultimatum małżonki nic dla niego nie znaczyło.
Wystarczyło zaledwie kilka dni obserwacji, aby zakapturzona nabrała pewności, że nie tylko ona, ale także inni skorzystają na jego zniknięciu.
Na jego śmierci.
Na samą myśl po jej plecach przeszedł dreszcz podniecenia.
Mężczyzna nie mieszkał daleko. Po dziesięciu minutach dotarł do osiedla odrapanych i obłożonych graffiti bloków. Dziewczyna zatrzymała się, nie chcąc wychodzić na oświetlony teren przed wejściem do klatki. Obserwowała, jak przykład początkowego stadium zepsucia podchodzi do swojego wejścia, z trudem wstukuje kod i wchodzi do środka. Pozwoliła, aby drzwi zatrzasnęły się za nim i zaczekała jeszcze chwilę. Gdy w oknach jednego z mieszkań na trzecim piętrze rozbłysnęło światło, uśmiechnęła się drapieżnie.
Nadszedł jej czas.
Wyszła z cienia, przemierzając odległość dzielącą ją od drzwi klatki pewnym, ale nadal powolnym krokiem. Wyciągnęła dłoń z kieszeni i przyłożyła ją do klawiatury domofonu. Nie znała kodu, ale wcale go nie potrzebowała.
Przymknęła na moment oczy i wzięła głęboki wdech. Wokół jej dłoni uniosła się ciemna mgła, która zaczęła czernieć, oplatając skórę ciasno niczym rękawiczka. Dym spłynął z jej smukłych palców i wystrzelił w stronę domofonu, wnikając w głąb. Ekranik urządzenia zaczął wyświetlać różne kombinacje cyfr w niewyobrażalnym tempie, aby po chwili zgasnąć z cichym trzaskiem iskier.
Dziewczyna podniosła powieki, sięgając drugą ręką do klamki otwartych drzwi.
Obecnie nic nie stanowiło dla niej przeszkody.
Weszła do środka, zatrzaskując za sobą zamek. Wspięła się po schodach, napawając się myślą, co ją czeka. Już słyszała wrzask, czuła ulatującą duszę. Po jej plecach znów przeszedł dreszcz, który w innych okolicznościach by ją zaniepokoił, ale teraz tylko ją nakręcał.
Przyspieszyła kroku, nie mogąc się doczekać. Narastająca ekscytacja sprawiła, że zaczęła przeskakiwać co drugi stopień, rozbudziła niezdrowe zniecierpliwienie.
Biegiem przebyła kolejne kondygnacje, zatrzymała się dopiero na korytarzu trzeciego piętra, tuż przed drzwiami mieszkania przyszłej ofiary. Znowu przymknęła oczy. Ciemna mgła z jej prawej ręki wezbrała na sile, po czym spłynęła ze swobodnie wyciągniętych palców na podłogę. Chwilę kłębiła się wokół jej nóg, aby rozpłynąć się i przesiąknąć przez szpary w drzwiach.
Dziewczyna otworzyła oczy, nakazując miękkiej jak jedwab mgle stwardnieć, zamienić się w półprzejrzystą skałę. Łańcuszek jednego z zamków pękł z cichym brzękiem, a wyłamana zapadka odskoczyła, uchylając drzwi. Cofając mgłę, pchnęła klamkę i weszła do środka.
Znalazła się w małym korytarzyku, w którym panował całkowity chaos. Wieszak na kurtki nie spełniał swojej funkcji, okrycia walały się pod nim, jakby właściciel zapomniał, jak używać haczyków. Buty także stały w nieładzie – żeby się nie potknąć, musiała ostrożnie przemanewrować między nimi.
Wkroczyła głębiej, prosto do ciemnego salonu. Tu też panował bałagan, ale zdecydowanie mniejszy. Na stoliku kawowym i obok kanapy zauważyła nieuprzątnięte naczynia i dwie puszki po jakimś piwie, na podłodze leżały rozrzucone ubrania. Sądząc po rozmiarach i kolorach, były damskie.
Dziewczyna zatrzymała się, wyczulając tętniące w niej zmysły, pozwalając im zapanować nad jej ciałem. Usłyszała coś. Skupiła się na tym dźwięku i z satysfakcją stwierdziła, że mężczyzna krząta się w pomieszczeniu obok, w łazience. Raczej nie brał prysznica czy kąpieli, nie słyszała szumu wody. Uśmiechnęła się, domyślając się, gdzie poniesie go w dalszej kolejności.
Przemierzyła cicho salon i weszła do otwartej sypialni. Nie zwróciła uwagi na sponiewieraną pościel i otwarte szafy, z których – sądząc po pustych półkach – zniknęła część garderoby. Wsparła się na etażerce, ściągając z siebie bluzę i odrzucając ją na poręcz łóżka. Pod spodem miała starą, ciemną koszulkę, której nie było jej żal poplamić krwią.
Czekała ze spuszczoną głową i rękoma skrzyżowanymi na piersiach. Z rosnącą niecierpliwością nasłuchiwała, co dzieje się za ścianą.
Z początku zdawało jej się, że mężczyzna już nie wyjdzie, może nawet padł na podłogę i zasnął, ale po chwili trzasnęła klapa od sedesu. Skrzypnęły drzwi łazienki, a w salonie rozległy się ciężkie kroki, przerwane nagłym przekleństwem, gdy idący potknął się o coś z walających się tam rzeczy.
Uniosła głowę w momencie, gdy facet wszedł do sypialni. Chociaż otaczał ich półmrok rozjaśniany jedynie blaskiem lamp zza okien, w tej formie miała wystarczająco dobry wzrok, aby widzieć go wyraźnie.
Znów poczuła głębokie obrzydzenie na myśl o tym, z kim ma do czynienia. Tak, sama zabijała, ale z jakiegoś powodu czyny tego mężczyzny wydawały jej się gorsze niż jej własne grzechy. Miała ochotę powalić go tak, jak stał, ale to by jej nie zadowoliło. Musiałaby poszukać nowej ofiary, a to ostatnie, czego chciała tląca się w niej resztka człowieczeństwa.
— W końcu się pojawiłeś, Andrzeju — powiedziała, jej głos ciął powietrze z mocą noża.
Facet stanął jak wryty, wspierając się o framugę. W pierwszej chwili wyglądał na zdezorientowanego, ale musiał ją zauważyć, jej sylwetka zbyt wyraźnie ciemniała na tle okien, aby nie dostrzegł jej obecności.
— Kim jesteś i co robisz w moim domu? — warknął, odzyskując rezon i sięgając do włącznika.
Włączył światło, ale przy etażerce nie było już nikogo. Mężczyzna zamrugał, zaskoczony. Był przekonany, że przed chwilą widział intruza. Przetarł twarz dłońmi, zwalając wszystko na wypity alkohol. Nie pierwszy raz zdarzyłoby się, że miał zwidy. Już chciał podejść do łóżka i zignorować to wszystko, kiedy dostrzegł damską bluzę, przewieszoną przez jego poręcz. Sięgnął do niej, ale nim dotknął ubrania, zza jego pleców rozległ się ten sam głos.
— Szukasz kogoś? — spytała dziewczyna, oparta nonszalancko o ścianę. Uwielbiała tę sztuczkę, wymagała niewiele wysiłku, a zawsze wprowadzała zamęt w ludzkim umyśle, szczególnie tym zamglonym używkami.
Facet podskoczył, adrenalina w jego żyłach otrzeźwiła go trochę. Obrócił się w stronę czerwonowłosej. Chciał ją wyrzucić, potraktować jak włamywacza, może obezwładnić i zadzwonić na policję, w końcu wtargnęła na jego prywatny teren. Na końcu języka miał już kilka ostrych słów, ale głos uwiązł mu w gardle, gdy zobaczył przed sobą demona.
Bo jak inaczej można było ją opisać?
Może miała ciało pięknej kobiety. Może jej piersi kusiły, talia wzbudzała podziw, uda zachęcały do czegoś więcej. Ale co z tego, jeśli jej ręce pokrywał ciemny, falujący dym, oblepiający place na kształt szponów, a oczy gorały blaskiem pożogi?
Mężczyzna zadrżał, postępując dwa kroki do tyłu.
— Kim jesteś?! — wycharczał z przerażeniem.
Uśmiechnęła się, błyskając przy tym białymi zębami. Oderwała się od ściany, rozkładając ręce po bokach. Światło w pokoju zamigotało, żarówka raz paliła się mocniej, raz gasła. W końcu jedyne źródło światła w pomieszczeniu pękło, rozsypując szkło po podłodze za plecami mężczyzny.
— Twoim koszmarem — rozległo się w ciemności. Głos wydawał się uwodzicielsko piękny, ale czająca się w nim nuta mroku wywoływała ciarki.
Nim dobrze pomyślał, zerwał się do biegu. Salon przebył na oślep, dopiero w korytarzu obejrzał się przez ramię, chcąc zobaczyć, czy kreatura go goni. Nie zauważył jej, ale nie miał wątpliwości, że gdzieś tam jest.
Przeskoczył nad walającymi się po ziemi butami i spojrzał na kusząco otwarte drzwi, ciepłe światło na korytarzu.
Było tak blisko, tak bezpiecznie blisko.
Nim do nich dopadł, w progu zebrała się mglista, czerniejąca powoli postać. Mężczyzna od razu cofnął się, potknął o coś, upadł. Na jego oczach w przejściu zmaterializowała się czerwonowłosa demonica, wsparta jedną dłonią o framugę. Uśmiechała się, ale grymas ten bardziej przypominał rzucającego się do ataku drapieżnika.
— Już chciałeś mnie opuścić? — spytała, czarne szpony zazgrzytały o drewno, żłobiąc głębokie bruzdy, a jej oczy błysnęły pomarańczowym blaskiem. — Przecież dopiero zaczynamy!

II
Strzepnęłam dłońmi, pozbywając się resztek demonicznej mgły i odsunęłam się od leżącego na podłodze ciała. Chociaż to, co z niego zostało, w pewnym sensie dalekie było od pełnoprawnych zwłok. Trochę za bardzo dałam się ponieść chwili.
Zresztą nie pierwszy raz.
Dym wniknął we mnie, znikając tak samo, jak chwilowo uśpiony ból duszy i głód mojej nowej natury. Odetchnęłam trochę lżej i spojrzałam na swoje niezbyt chwalebne dzieło po raz ostatni.
Mężczyzna leżał z rozrzuconymi kończynami jak porzucona lalka. Jego puste, wpatrzone w sufit oczy nie wyglądały już tak dobrze jak w chwili, gdy wypalałam z niego zgniłą duszę. Gdybym wiedziała, że upadek był zakorzeniony w nim tak głęboko, może potraktowałabym go łagodniej. W Piekle nie czekało go już nic gorszego niż to, czego zaznał z moich rąk.
— Kolejna szumowina — mruknęłam pod nosem, odwracając wzrok.
Przynajmniej tyle dobrego, że nie są to już jedynie niewinne osoby, a w większości ludzie balansujący na granicy marginesu, pozbawieni moralności i zahamowań gnoje.
No właśnie, w większości.
W najsilniejszych napadach potrafiłam dobrać się do kogokolwiek, kto się napatoczył. Ale takie przypadki najczęściej nie przynosiły stabilizacji, a jedynie usypiały demoniczny głód.
Przeszłam przez zdemolowany salon, starając się uniknąć wchodzenia w plamy krwi, która w dużym stopniu wsiąknęła w dywan. Trzeba facetowi oddać to, że jako jeden z niewielu – nawet po odcięciu od możliwości ucieczki – nie ustępował i próbował trochę walczyć… Co i tak niezbyt dobrze mu wyszło.
Chociaż zaimponował mi, kiedy pobiegł do kuchni i chciał mnie dźgnąć jednym z leżących na blacie noży. Dawno nikt tego nie próbował, to była ciekawa odmiana. Co prawda zanim do niego dobiegł, oplotłam mu nogi macką, więc wyłożył się tylko jak długi. Biedny, naiwny głupiec. Ten sam nóż, którym chciał się bronić, potem posłużył do zadania mu bólu.
Przeszedł mnie dreszcz, którego nie potrafiłam – a może nie chciałam – zdefiniować. Dzisiaj nie wystarczyło mi wypalenie duszy nieszczęśnika, co dotychczas satysfakcjonowało moją ciemną stronę. Tym razem coś pchnęło mnie dalej, nakazując najpierw go złamać, zmusić do przetrwania tortur tak długo, aż to ja pozwolę jego duszy odejść.
Bawiłam się nim.
Karmiłam się każdym wibrującym w jego ciele krzykiem, który skutecznie tłumiła zebrana w jego ustach mgła. Każde poprowadzone po jego ciele cięcie, każdy przypalony na skórze punkt, każda rana… Czułam, że tym razem udało mi się nasycić na dłużej.
Poszłam do łazienki, aby trochę doprowadzić się do porządku, ręce miałam uwalone niemal po łokcie. Definitywnie potrzebowałam szybkiego mycia, musiałam przebyć całkiem spory kawałek, a nie zamierzałam po drodze doprowadzić do wrzasku przypadkowego świadka. Może nauczyłam się ich unikać, ale nikt nie jest doskonały. Nawet ktoś, kto uciekał tak długo jako seryjny morderca.
Przecież w końcu dałam się złapać i to z jakim śmiertelnym skutkiem…
Zlustrowałam wzrokiem wyłożone kafelkami pomieszczenie, w kącie po lewej zauważyłam wannę. Podeszłam do niej i odkręciłam kurek z ciepłą wodą, która popłynęła leniwym strumieniem. Podsunęłam ręce pod kran, po czym zaczęłam dokładnie zmywać krzepnącą, karminową ciecz.
Ile razy robiłam to samo we własnym mieszkaniu?
Mogłabym liczyć, ale w pewnym momencie przestałam widzieć w tym sens.
Kiedy moje ludzkie życie dobiegło końca, byłam wręcz pewna, że nie będę musiała już zabijać. Myliłam się, tak samo jak w przewidywanej przeze mnie kwestii całkowitej utraty duszy. Żadna z tych rzeczy nigdy nie nastąpiła,zamiast tego stałam się rozdartym na dwie jednostki odmieńcem.
Abominacją.
Z jednej strony siedział we mnie rwący się do mordu, żądny krwi piekielnik, dojrzewający przez dziesięć lat służby w imię paktu, który ostatecznie zakończył się klęską.
Drugą częścią pozostał szarpany wieczną udręką i wątpliwościami człowiek, którego cierpienia nie mogło zakończyć nawet samobójstwo, bo resztka duszy utknęła w nowym, niemal nieśmiertelnym naczyniu. A mimo to nie zamierzała ustąpić, nadal rwana na kawałki.
Uspokajałam się tylko na ten krótki czas, gdy moja dwoistość zachowywała balans.
Przez kilka godzin po mordzie.
Ta niestabilność trwała stanowczo zbyt długo, jak zauważył Lucius. Co najmniej pół roku temu powinno mi przejść, moja dusza powinna poddać się demonicznej cząstce i zespolić się z nią w jedno, na zawsze stając się symbiotycznym i w pełni integralnym elementem nowego życia. Gdyby tak się stało, psychiczne udręki przeminęłyby, stałabym się stabilną i wywarzoną demonicą. Porzuciłabym sentymenty, a ludzkość – chociaż nigdy bym nią nie wzgardziła jak piekielnik bez duszy – zobojętniałaby mi na tyle, że nie czułabym do niej nic ponad tolerancję.
Jednak z jakiegoś powodu nadal tkwiłam w dziwnym stanie przejściowym i nic nie wskazywało na to, aby coś się zmieniło w najbliższym czasie.
Po raz kolejny okazałam się dziwadłem, którego powstania nie przewidział sam Lucyfer.
Westchnęłam, zakręcając kurek i otrzepałam ręce z nadmiaru wody. Sięgnęłam po wiszący na suszarce ręcznik, chcąc wytrzeć dłonie.
Do czego to doszło, żebym zastanawiała się nad problemami mojej egzystencji, zmywając z siebie krew ofiary w jej własnym mieszkaniu?
Doprawdy, scenariusz mojej wieczności rysował się coraz dziwniej.
Rzuciłam mokry ręcznik na krawędź wanny i przyjrzałam się z góry swojej koszulce. Na przodzie widoczne były ciemniejsze plamy, najwidoczniej uwaliłam ją, wbijając mgliste pazury w serce.
Cóż, nie był to pierwszy raz i na pewno nie ostatni.
Zdjęłam ją i rzuciłam na podłogę, zostając w samym staniku. W sypialni zostawiłam bluzę, więc poszłam po nią i od razu ubrałam. Jak zawsze kaptur zatrzymał mi się na głowie, co zignorowałam. Skrycie twarzy w jego cieniu pozwalało chociaż trochę przykryć nienaturalny kolor oczu, o tej porze wyglądał też znacznie naturalniej niż grube szkła przeciwsłoneczne, które nosiłam wychodząc za dnia.
Przetrząsnęłam wszystkie kieszenie, aby sprawdzić, czy niczego nie zostawiłam, po czym skierowałam się do wyjścia.
Przechodząc przez salon, nawet na chwilę nie odwróciłam wzroku w stronę ciała. To zrobiła druga część mnie, drzemiący obecnie demon. Teraz mój umysł dominowała bardziej ludzka cząstka, która nie potrzebowała chełpić się tą zbrodnią, chociaż nie odczuwała też większych emocji względem tego, co się stało.
Tak długo, jak zachowywałam chociaż minimalny balans między oboma, ignorowałam działania mrocznej odsłony mojego jestestwa. Na jakiś czas potrafiłam zamknąć świadomość za murem, prowizorycznie załatać dziury i zaakceptować fakt, że działania demona nie były moralne, ale przynosiły jakieś ukojenie. Dopiero później odzywały się wyrzuty sumienia, odraza do samej siebie i ból winy, które odczuwała udręczona dusza.
Wyszłam z mieszkania, przymykając drzwi. Na framudze widniały bruzdy, takie same jak te pozostawione przez mgliste szpony na skórze martwego faceta i ciskanych po mieszkaniu meblach. Największe ślady pozostawiłam na kanapie, którą odepchnęłam, gdy mężczyzna się za nią skrył. Pazury rozdarły oparcie, rozrzucając przy tym gąbkę na pół pokoju.
Przystanęłam na korytarzu, zastanawiając się, czy nie zamknąć drzwi na dobre. Ostatecznie pokręciłam głową i pozostawiłam na tyle sporą szparę, aby ktoś z sąsiadów ją zauważył. Zamordowałam go, poddając torturom i odsyłając do Piekła na wieczne potępienie, ale wiedziałam, co to szacunek dla moich ofiar. Nie chciałam, żeby po tym wszystkim jego ziemska powłoka została dodatkowo znieważona powolnym gniciem w zapomnieniu.
Wystarczyło, że na jakiś czas uczyniłam go sensacją wiadomości i obiektem zainteresowania policyjnych specjalistów. Organy ścigania, dziennikarze śledczy czy inni fascynaci zbrodni znowu będą się zastanawiać, cóż za maniak tym razem napastuje kraj. Ciekawe, czy ponownie nadadzą mi jakiś kijowy przydomek, czy może połączą mnie z dawną sprawą Łowcy Pełni.
Chociaż nie, wtedy byłam bardziej przewidywalna, teraz atakowałam w różnych odstępach czasu. Wątpliwe, żeby poprzedni ciąg zabójstw skojarzył się z obecnym bestialstwem. Może to i lepiej.
Zeszłam po schodach wolniej, niż wcześniej się po nich wspinałam. W tamtą stronę pchało mnie niezaspokojone pragnienie, którego nie mogło uśpić nic ludzkiego, teraz nasycony głód pozwalał mi na większą kontrolę. Bałam się jednak, że chwilowy spokój okaże się tak samo kruchy, jak wszystkie wcześniejsze.
Każdy kolejny okres wyciszenia skracał się z każdą zabitą ofiarą, jakby sam się napędzał. Jakbym karmiła bestię, której apetyt rósł wraz z nią.
Skrzywiłam się na tę myśl. Bo przecież nie wystarczał nadal ciążący mi ból, którego nic nie potrafiło zagłuszyć. Przebijał się nawet przez nakładające się na niego warstwy czasu i odebranych dusz. Nawet teraz, gdy wszystkie emocje zdawały się zachowywać równowagę, to przebijało się gdzieś z tyłu podświadomości. Nie chciałam o tym myśleć, ale jak zawsze w momencie przełamania balansu wszystko uderzyło z niepowstrzymaną mocą.
Zadrżałam, na moment zaciskając powieki.
Strzał, ból umierającego i przemieniającego się ciała, a nade wszystko ona. Gdy zasypiałam, nadal miałam przed oczami jej przerażoną twarz, czułam zapach krwi, słyszałam charkot, jaki wydawały przebite na wylot płuca mojej siostry. Płakałam w poduszkę, nie mogąc uciszyć wspomnień.
Nie potrafiłam zapomnieć ostatnich chwil Nat, tak samo jak tego, że to ja ją zabiłam. Nawet jeśli Lucius wziął na siebie część winy, tak naprawdę to ja byłam za to odpowiedzialna.
Zacisnęłam dłoń na poręczy z wściekłością, jaka zawsze pojawiała się w moim umyśle, kiedy demon i człowiek spierali się nad tym, co powinnam czuć wobec tego wydarzenia.
Powinnam nadal rozdrapywać jątrzącą się ranę, czy porzucić przeszłość i zgłębić mój nowy świat?
Nie potrafiłam zrobić ani jednego, ani drugiego, pozwalając obu ciągnąć mój umysł na skraj szaleństwa.
Ruszyłam szybciej, łudząc się, że ruch odegna to wszystko chociaż na chwilę. Biegiem pokonałam pozostałe schody i wypadłam na parter. Szarpnęłam za klamkę, zapominając, że we wzburzeniu pozwalam sobie na niekontrolowane używanie mocy. Drzwi odskoczyły, zamek jęknął i niemal wyłamał się z framugi.
Skrzywiłam się.
Siła, wypalające duszę spojrzenie, nieodparte łaknienie ludzkiego życia, demoniczne cienie i dymne macki. Czyżbym tylko tym teraz była?
Naprawdę chciałabym wierzyć, że nadal reprezentuję sobą coś z dawnego życia, ale chyba nie pozostało nic, co mogłabym tak nazwać. Nawet moje ciało kształtowało się w powłokę dla Succuby, udoskonalając wcześniejsze kształty i dodając mi uroku, jakiego nie miałam przed zawarciem paktu.
Wyszłam na zewnątrz, a chłodniejsze niż wcześniej powietrze wdarło się pod bluzę, ostudzając rozgrzaną skórę i nieprzyjemny nastrój. Czekało mnie jakieś dwadzieścia minut drogi, gdybym skróciła trasę może z dziesięć. Niezbyt daleki spacer, ale najpewniej dobrze mi zrobi.
Poprawiłam kaptur i schowałam dłonie do kieszeni, przechodząc przez oświetlony skrawek chodnika przy blokowisku. Wyrównałam krok, zmuszając się do rytmu, jakim poruszałam się podczas śledzenia ofiary. Nie musiałam i nie powinnam spieszyć się do domu. Tam na pewno się rozsypię.
Przeszłam przez puste osiedle, nie mijając po drodze żadnych ludzi czy świateł w oknach. Dobijała północ i chociaż bliżej plaż czy w centrum miasta życie nocnych klubów jeszcze tętniło, tutaj wszystko wydawało się spać. Przez chwilę czułam się jak nastolatka wracająca do domu po ustalonym czasie, lekkie podenerwowanie w żołądku potęgowało to wrażenie.
Tylko że dobijałam trzydziestki i wcale nie wracałam z imprezy. Wydawałoby się, że to drobnostki, a jednak tak wiele zmieniały.
Kierując się trochę bliżej centrum, odbiłam z blokowiska do niedawno zrewitalizowanego parku. W słabym blasku lamp widziałam równo wytyczone, zadbane alejki, które stanowiły znaczący kontrast względem reszty tego osiedla. Z nostalgią zatopiłam się w szumie drzew i skrzypieniu żwiru pod butami. Ten dźwięk przypominał mi, że jako dziecko bałam się chodzić po ciemku w takie zakamarki. Teraz spowijający mnie mrok wydawał się bardziej naturalny, jakbym zdecydowanie lepiej pasowała do nocy niż światła dnia. Na samą myśl o tym podniosłam wzrok i przeczesałam spojrzeniem niebo. Gwiazdy nie były widoczne tak dobrze, jak nad morzem, ale i tak dostrzegłam je pomiędzy gałęziami górujących nade mną drzew. Uśmiechnęłam się, odnajdując w ich łagodnym blasku własne ukojenie.
Wyszłam z parku i już dłużej nie klucząc, udałam się do domu. Pozostawiając za sobą obskurne kamienice i zaniedbane bloki, dotarłam do nowego kompleksu budynków, klasycznej deweloperki, jaka wyrastała ostatnimi czasy coraz częściej. Była przy głównej obwodnicy, więc nie dziwiły mnie przejeżdżające samochody i sporadyczni przechodnie. Niekiedy wydawało mi się, że ta ulica nigdy nie zasypia.
Przy jednym z nielicznych dziesięciopiętrowych wieżowców skręciłam na podwórze z parkingiem dla mieszkańców i podeszłam do ostatniej klatki, wyjmując klucze z tylnej kieszeni spodni. Przyłożyłam identyfikator do skanera przy drzwiach, tym razem nie musiałam korzystać ze swoich mocy, co było miłą namiastką normalności.
Domofon zapikał, sygnalizując prawidłowy kod. Otworzyłam drzwi i weszłam do środka, od razu kierując się w stronę windy. Na szczęście była na dole, więc po prostu wcisnęłam przycisk ostatniego piętra i pozwoliłam, aby zawiozła mnie na górę. Normalnie korzystałam ze schodów, ale chciałam jak najszybciej wziąć porządny prysznic i do końca zmyć z siebie wrażenie przylegającej do skóry krwi. Mimo że umyłam tam ręce, to i tak czułam się brudna.
Może i słusznie.
Po minucie monotonnej jazdy wysiadłam na wyłożonym białymi płytkami korytarzu, którego szare, czyste ściany niczym nie przypominały pobazgrolonego wnętrza windy. Niżej mieszkali głównie studenci i inni chwilowi lokatorzy, którzy lubili pozostawiać po sobie niezbyt estetyczny ślad.
Szykując w dłoni odpowiednie klucze, ruszyłam w głąb, prosto do ostatnich drzwi. Otworzyłam je, drugą ręką rozwiązując trampki, po czym weszłam do środka i włączyłam światło. Szybkie spojrzenie na pustą kanapę i cisza w całym domu potwierdziły to, czego się spodziewałam.
Luciusa nie było.
Zatrzasnęłam za sobą drzwi, zrzucając buty na niewielką wycieraczkę obok. Mieszkanie nie miało osobnego korytarza, tylko krótki, wąski przedsionek prowadzący bezpośrednio do aneksu kuchennego. Weszłam tam, przełączając małe światełko przy wejściu i zamieniając je na porządne oświetlenie eleganckiego żyrandola na środku pokoju. Światło ukazało ciemnobrązowe, trochę modernistyczne meble, jasne ściany i równą, wyłożoną panelami podłogę, którą przy kanapie ozdabiał mały, puchaty dywan w odcieniach beżu.
Uśmiechnęłam się blado.
Nadal nie wierzyłam, że to mój obecny dom. Na mieszkanie składały się ten przytulny aneks kuchenny, osobna sypialnia i łazienka. Niby nic wielkiego, ale po tym, w jakich warunkach zdarzało mi się żyć wcześniej, wydawały mi się komnatami jak z pałacu. Jakby tego było mało, połowę ścian stanowiły wielkie okna, na noc zasłonięte kotarami, ale za dnia ukazujące piękny widok na panoramę miasta. Samo usytuowanie na ostatnim piętrze podbijało cenę, ale Lucius uparł się, żeby wynająć coś lepszego.
Jak raz nie protestowałam.
Przeszłam przez modnie urządzone pomieszczenie, kierując się do sypialni. Pokój miał przesuwne drzwi, obecnie otwarte na oścież i wpuszczające światło z salonu. Stojące niemal na środku łóżko było pościelone i aż kusiło, żeby zatopić się w puchową kołdrę, ale ominęłam je i zajęłam się szafą. Przez chwilę manewrowałam między skotłowanymi w niej ubraniami, tak moimi, jak i męskimi, ale w końcu wyjęłam z niej nową bieliznę i wygrzebałam jakąś za dużą koszulkę, prawdopodobnie należącą do Luciusa. Dopiero po tym ruszyłam do łazienki, znajdującej się na prawo od sypialni.
Chociaż była najmniejszym z pomieszczeń, to i tak stanowiła około trzy czwarte powierzchni mieszkania, jakie wynajmowałam przedtem. Jasne kafelki, ciemniejsza armatura, szafy w odcieniach szarości, wszystko to wyglądało całkiem ładnie. Jedyne co nie pasowało, to zasłonięte prześcieradłem lustro, zajmujące całą ścianę nad zlewem.
Póki co nie potrafiłam na siebie patrzeć, wiedząc, czym się stałam.
Rzuciłam trzymane ubrania na stojącą w prawym kącie pralkę i zdjęłam bluzę. Bez zastanowienia wrzuciłam ją do bębna, a w ślad za nią podążyły spodnie, skarpety i bielizna. Wypracowałam ten rytuał już dawno, zawsze prałam wszystko, co miałam na sobie podczas zabójstwa. Kiedyś chodziło o pozbycie się dowodów, teraz był to już odruch. Nastawiłam programator i gdy pralka zaczęła swoją robotę, weszłam do sporych rozmiarów kabiny prysznicowej.
Zamknęłam szklane drzwiczki, oddzielając się od świata zewnętrznego i włączyłam deszczownicę. Zacisnęłam zęby, kiedy najpierw poleciała zimna woda, ale zaraz zaczęła się nagrzewać. Odkręciłam kurek mocniej, całkiem zagłuszając dźwięki otoczenia.
Nie chciałam słyszeć niczego, a szczególnie własnych myśli. Robiłam tak zawsze, kiedy zbyt wiele kłębiło się w mojej głowie, w ten sposób od dzieciństwa radziłam sobie z pozbywaniem się ich.
Tym razem to nie zadziałało. Nim sięgnęłam po butelkę żelu, coś we mnie pękło, a dusza na nowo przebiła zasłonę pozornej obojętności. Załkałam, spływająca kaskadami woda zaczęła mieszać się na moich policzkach z palącymi łzami. Kolana ugięły się pode mną, osunęłam się, oparta plecami o ścianę. Wiedziałam, że powinnam wstać, spienić ciało i umyć włosy, ale nie miałam sił, aby to zrobić. Wolałam zostać tak, aż atak sam przejdzie.
Płakałam, drżałam, przeklinałam samą siebie, a w mieszkaniu od tygodnia nie było jedynej bliskiej mi istoty, która potrafiła opanować mój żałosny stan. Która w takich sytuacjach wyciągała mnie spod prysznica, wycierała i układała do snu, tuląc w ramionach i kołysząc niczym wyrwane z koszmarnego snu dziecko. Która samą obecnością potrafiła stłumić mój ból i na nowo pomóc funkcjonować.
— Gdzie jesteś, Lucius? — wyszeptałam, otulając kolana ramionami i wciskając pomiędzy nie twarz.
Czyżby i on mnie opuścił?

III
Z komnat na szczycie wieży rozciągał się widok na połowę ogromnego miasta i znaczną część znajdującego się poza jego obrzeżami więzienia. Lucius stał na balkonie i podziwiał – a raczej chłonął – panoramę, której od dawna nie miał okazji oglądać. Ile to już było, dwanaście lat? Niby niewiele w porównaniu z wiecznością, ale dotychczas nie opuszczał piekieł na tak długo.
Masywne kamienne mury zdawały się wyrastać z ziemi, chociaż tak naprawdę miasto i pałac wybudowano dopiero po upadku Lucyfera i zjednoczeniu wszystkich kręgów. Strzeliste formacje – łudząco przypominające wieże kościołów – konkurowały z przysadzistymi, bardziej praktycznymi budynkami, a pomiędzy nimi wiły się wąskie uliczki, przez które na pierwszy rzut oka z trudem przecisnąłby się konny, o wozie nie wspominając. Nie było to jednak przeszkodą, bo wszelkie towary transportowano podziemnymi jamami, wydrążonymi przez dusze skazane na niezbyt ciężkie, długotrwałe kaźnie. Lucius sam zaproponował takie rozwiązanie i nie był to jedyny pomysł, jaki za jego sugestią wprowadził Lucyfer.
Lucius słyszał za plecami krzątającą się pokojówkę – jedną z dusz lekkiego potępienia, bo obecnie to one stanowiły większość służby – która starała się wykonać swoje zadanie jak najszybciej i nie zostać przy tym zauważoną. Demon skrzywił się, ale nie zareagował. Najchętniej odesłałby ją, ale doskonale wiedział, że wtedy kobietę czekałaby jakaś gorsza kara. Może nawet niezasłużone tortury, gdyby jej demoniczna zwierzchniczka miała taki kaprys. Nie chciał, aby z jego powodu spotkała ją niesprawiedliwość.
Kiedyś by się tym nie przejął i siłą wyrzucił kobietę za drzwi. Był taki czas, że dusze obchodziły go niewiele więcej niż pył, ale już od dawna ich tak nie traktował. Czyżby to ciągłe wizyty na ziemi tak go zmieniły?
Słysząc cichy trzask drzwi, obejrzał się przez ramię. Upewniwszy się, że został sam, oderwał dłonie od kamiennej balustrady i pozostawił za sobą piekielną panoramę.
Opuścił balkon, wchodząc do pomieszczenia przez szeroko otwarte drzwi wykonane z misternie rzeźbionego drewna i zdobione szklanymi, nieprzejrzystymi szybkami. Uśmiechnął się pod nosem na ich widok. Były tak źle wytopione, że ledwo przepuszczały światło z zewnątrz, ale mimo to nie zamierzał pozwolić na ich wymianę. Przypominały mu o czasach, kiedy Piekło nie dysponowało niemal żadnymi technologiami znanymi na ziemi czy w Niebie. To słabej jakości szkło było pierwszym, jakie udało się przetopić, jedyną pamiątką po najczarniejszych dniach demonicznej społeczności, jaką udało mu się zachować w dążącym do nowoczesności pałacu.
Wielu uważało, że ówczesne zacofanie nadal pokutuje. Co prawda niektórych rzeczy nigdy nie udało się przenieść czy odtworzyć, ale i tak byli mniej tradycyjni od Edenu. Po wiekach kombinacji, naginania poszczególnych zasad i trwających dekady próbach udało się przysposobić wszystko, czego w Mieście Upadłego nie ograniczały narzucone przez Boga więzy. Więcej nie dało się już zrobić, a jeśli demony chciały zażyć nowoczesności i udogodnień ludzkości, mogły migrować na ziemię, mieli takie prawo wszyscy poza duszami. Zresztą, wiele młodych pokoleń tak robiło.
Lucius podszedł do stojącej w kącie szafy i otworzył zdobne płaskorzeźbami skrzydła, nie zwracając właściwie większej uwagi na kunszt mebla. Paradoksalnie wolałby zaznać trochę żołnierskiej prostoty, której mógł na próżno szukać w swoich komnatach. Nie bez powodu z własnej woli został piekielnikiem pilnującym paktów, w ten sposób przynajmniej na jakiś czas uciekał przed sztywną dworską etykietą i bogactwem.
Zanim doznali upadku, zanim przeszedł za swoim Panem przez bramy piekieł, zanim to wszystko było jego, pragnął stabilnej potęgi skupianej w swoich rękach i wiecznej hulanki uczt. Teraz jednak to wszystko nużyło go, a rosnące rozpasanie i swego rodzaju anarchia wśród demonów najniższego kręgu zaczynały martwić.
Doprawdy, w Piekle wiele się zmieniło i zdawał sobie z tego sprawę, ale nawet to, co pozostało takie samo, teraz wydawało mu się obce lub niewłaściwe.
To nie był jednak najlepszy czas na wspominki czy analizy politycznych układów. Ze stanowczością odepchnął niewygodne rozważania i szybko przeszukał ubrania. Chociaż jeszcze na początku wizyty wszystko było poukładane, teraz znaczna część leżała lub wisiała w nieładzie – taki los spotkał przede wszystkim ubrania ćwiczebne i te, w których lubił wtapiać się w niższe warstwy, aby swobodnie poruszać się po mieście. Odrzucał je na boki, nie zważając na to, że będą pogniecione. Szukał czegoś eleganckiego, czegoś, co w czasach podbojów nosił niczym swoją drugą skórę. W końcu przekopał się na sam tył i wyjął pokrowiec, skrywający idealnie wykrochmalony, zadbany mundur. Jedyny ubiór, którego nie traktował obojętnie.
Położył pokrowiec na łóżku i zdjął swobodniejsze szaty, w których spędzał czas w komnatach. Z niecierpliwością rozpiął ochraniający odzienie materiał i wyciągnął wyprasowane w kant, czarne spodnie, do których dobrał białą, prostą koszulę. Chociaż była zapinana na guziki, brak żabotu czy innych zbędnych ozdób wpasowywał ją w żołnierską prostotę, do której tak tęsknił. Zapiął się pod szyję, po czym starannie wsunął dół w spodnie. Wygładził materiał przed lustrem, aby w następnej kolejności sięgnąć po długi płaszcz w ciemnoszarej barwie. Dopasowana góra zapinana od szyi do pasa na dwa rzędy grawerowanych guzików leżała tak samo dobrze, jak w dniach młodości, a może nawet lepiej. Uśmiechnął się pod nosem, widząc opadające poniżej kolan luźne poły. Dzisiejsze mundury rezygnowały z przedłużanej części. Po raz ostatni obciągnął na sobie materiał kurty i poprawił ciemne, opadające w lekko roztrzepanym nieładzie włosy. Nigdy nie potrafił nad nimi zapanować. Na koniec usiadł w fotelu i wsunął stopy w porządne, wykonane z grubej skóry buty. Kilkoma wprawnymi ruchami zawiązał je sztywno. Sięgały powyżej kostki, ale szerokie nogawki spodni zasłaniały część cholew. Tak się nosiło mundur w odświętnej odsłonie.
Teraz rzadko który demon skusiłby się na takie odzienie na oficjalną audiencję. Wybraliby jedwabie, pięknie zdobione kamizele lub pełne przepychu i nadprogramowych ozdób płaszcze. Lucius nie miał nic przeciwko takim strojom, o ile nosiły je kobiety. Mężczyźni na odpowiednich stanowiskach powinni ubierać się statycznie, godnie, nie zaś jak ci durnie – kolorowo, pstrokato, niepraktycznie.
Przynajmniej sala obrad wyglądała wtedy jak należy. Jak burdel pełen przyozdobionych kurew, którym się stała przez ostatnie stulecia.
Lucius skrzywił się, karcąc w duchu za rozbiegane myśli. Powinien skupić się na tym, po co tak naprawdę powrócił do piekieł. Miał do załatwienia coś ważniejszego od wszystkich przeklętych po stokroć polityków i ich gierek.
Wyszedł z komnaty, niedbale zatrzaskując za sobą drzwi – był to kolejny nawyk z ziemi, który nabył. Korytarze wiły się przez cały pałac różnymi kombinacjami i serpentynami, co pierwotnie miało zamysł taktyczny, ale obecnie stało się kolejną ekstrawagancją. Ściany zdobiły gobeliny i obrazy, w niektórych miejscach stały też drogie rzeźby. Przepych gonił przepych.
Lucius starał się ignorować to wszystko, chociaż co krzykliwszych dzieł nie dało się nie zauważyć. W końcu z ulgą dopadł do znajdującej się na końcu platformy, mającej działać jako winda. W kątach stało dwóch mężczyzn z piętnami na czołach – od razu rozpoznał ich jako dusze skazane na średnie kaźnie. Demon z uprzejmym uśmiechem skinął na ich widok głową i poprosił o opuszczenie na sam dół, po czym stanął wyprostowany, zaplatając ręce za plecami. Potępieni wykonali polecenie, chociaż na ich twarzach dostrzegł zaskoczenie. Pewnie dawno nikt z arystokratów nie powitał ich inaczej niż ostrym rozkazem.
Zjechali na parter w milczeniu, a demon opuścił podwyższenie i przeszedł przez główny hol. Mijając krzątających się tu i ówdzie urzędników oraz drobniejszą szlachtę, przedostał się do pałacowej bramy. Stojący przy niej strażnicy stuknęli obcasami, salutując na jego widok. Znali go, ciężko, żeby było inaczej, skoro od zarania dziejów stanowił prawą rękę i najbliższego przyjaciela ich Pana. Skinął im głową, ale nie zatrzymał się. Tym razem nie miał czasu na uprzejmą rozmowę.
Opuścił teren królewskiego pałacu i wsiąknął w plątaninę ulic piekielnego miasta, z pewną melancholią rozglądając się po mijanych budynkach czy brukowanych placach.
Piekło mogło przerażać wielu śmiertelnych z samej racji tego, czym było, ale dla niego miało swój niepowtarzalny urok. Wieczny półmrok dnia rozświetlały pomarańczowe lampy, nadające miastu blask przypominający pożogę i chociaż nigdy nie widziano tu słońca czy księżyca, odczuwało się nadejście nocy, spowijającej to miejsce głębszą ciemnością. Wtedy, tak jak i na ziemi, zaczynało tętnić wieczorne życie, a miasto wypełniał gwar. Dusze – te, które opuściły wyznaczone im kaźnie i zyskały status obywateli – demony, strażnicy paktów, piekielniki, wszyscy wylegali na ulice, witali w oberżach, załatwiali mniej stosowne sprawunki, oddawali się rozrywkom. Tak wyglądało prawdziwe Piekło, niezależnie od tego, czy w mieście, czy na prowincji. Teraz jednak dobijała dopiero dwunasta, a na ulicach krzątali się głównie mieszkańcy i urzędnicy, załatwiający własne sprawy lub wykonujący polecenia przełożonych.
Lucius skierował się energicznym marszem w stronę więzienia, pozwalając, aby nogi same go niosły, a myśli dryfowały na granicy tego, co go otaczało, a tego, co miał omówić z Panem.
Przede wszystkim powinien jak najdokładniej przedstawić przypadek Millie, nie zdradzając jednocześnie, jak wielką sympatią ją darzy. Wystarczało, że jej zdolności mogły uczynić z niej atrakcję dworu, dodatkowe wystawienie na zbytnie zainteresowanie odbiłoby się nie tylko na niej. Ich relacja mogłaby stać się narzędziem, które jego przeciwnicy z chęcią wykorzystaliby w pałacowych intrygach. Nie mógł się w ten sposób odsłonić, nawet przed własnym przyjacielem.
Doskonale wiedział, że Lucyfer po kilku głębszych miał długi język. Wystarczyłoby słowo za dużo, a wszyscy wiedzieliby o słabości, jaką przejawiał w obecności dziewczyny.
Mijając latarnię, Lucius wpatrzył się w pomarańczowy, migotliwy blask ognia. Ciepła barwa przywodziła na myśl oczy jego podopiecznej, starożytne kolory pożogi, krwi i męki.
Millie była… złamana, wiedział o tym, a mimo to zostawił ją samą w fazie największego głodu. Najpewniej już się nasyciła, ale to nigdy nie dawało ukojenia, pozwalało jedynie uśpić demona i wybić się zmiażdżonej duszy, której poczucie winy tak niszczyło jego przyjaciółkę. Może właśnie w tym momencie dziewczyna kuliła się na łóżku, nie chcąc nawet wstać? Może wrzeszczała w poduszkę, mocząc ją swoimi łzami, a jego nie było obok, aby pomóc jej przez to przejść?
Zacisnął zęby i przyspieszył kroku. Musiał załatwić sprawy szybko, zamierzał wrócić na ziemię jeszcze tego samego dnia.
W końcu dotarł do murów więzienia, lekko zdyszany po przebyciu miasta w dość szybkim tempie. Nie starzał się, to było niewykonalne, ale w Piekle czuł pewne zmęczenie, którego nie doznawał w świecie ludzi. Tutaj, tak blisko źródła swojej mocy, wydawał się bardziej śmiertelny, co było boską ironią. Anioły w niebie także stawały się mniej niepokonane.
Na widok masywnej formacji skalnej zatrzymał się i zmusił do uspokojenia oddechu. Idealnie gładki kamień, wysoki na kilkanaście pięter, w rzeczywistości nie został wybudowany, tylko wykreowany w dniu Stworzenia. Bóg uformował więzienie wedle swojej woli, nadając mu kształt w taki sam sposób, w jaki budował wszystko inne. Nawet roztargnienie musiało opuścić umysł, gdy patrzyło się na ogrom tego miejsca. W nim, demonie, budziło podziw i respekt. Śmiertelnikom potrafiło pomieszać zmysły.
Widząc przed wejściem palankin, Lucius poprawił mundur i skierował się do bramy, ostatecznie narzucając sobie opanowanie, z którego tak słynął od wieków. Nawet jeśli ostatnimi czasy pozwalał sobie na nadmierne roztrząsanie pewnych spraw, nadal potrafił odrzucić wszystko, co zbędne w danej sytuacji, aby oczyścić umysł i podejść do wyzwania na czysto.
A ta rozmowa zdecydowanie należała do czegoś, co mogłoby się równać nawet z zaawansowaną taktycznie bitwą. Poczuł przyjemny dreszcz. Nie lubił polityki i nie był w niej dobry, ale ta potencjalna gierka ekscytowała go tak samo, jak myśl o zaciętej walce.
Lucius przekroczył bramę i od razu poczuł chłód, panujący w cieniu wysokich murów więzienia. Spojrzał w górę, na przysłaniający horyzont kamień. Więzienie wiło się niczym labirynt na przestrzeni wielu kilometrów, zawierając miliony cel gotowych pomieścić wszystkich grzeszników świata… Chociaż odkąd zmieniła się jurysdykcja, nigdy nie zapełniono nawet połowy z nich jednocześnie.
Strzegący wejścia nie zatrzymali go, chociaż z uwagą obrzucili jego mundur. Dobrze, powinni uważać na każdego, nawet kogoś o jego reputacji.
Wszedł głębiej, kierując się do centralnego punktu kompleksu, gdzie był umówiony z Lucyferem. Stosunkowo szerokie przejście pomiędzy blokami cel przypominało chodnik między kamienicami, co jednak nie odbierało w żaden sposób wyczuwalnego mroku i wręcz potępieńczej aury. Lucius od dawna nie zapuszczał się tak głęboko w plątaninę więziennych korytarzy, ale i tak doskonale znał trasę. Po kilku minutach dotarł na miejsce.
Centrum więzienia stanowił okrągły plac, pośrodku którego wznosił się niewielki, może trzypiętrowy budynek. Nazywali go koszarami ze względu na to, że na dolnych poziomach ulokowane były pomieszczenia dla demonów pełniących straż. Najwyższe piętro zajmowali dowódcy zmian, ale tym razem w oknie pomieszczenia przeznaczonego dla kapitana stał ktoś inny. Od razu go rozpoznał, chociaż ostatni raz widzieli się jakieś dwa lata temu.
Lucius przyłożył prawą pięść do lewego ramienia i uniósł ją nad głowę, salutując w ten sposób staremu przyjacielowi. Lucyfer odwzajemnił gest, po czym zniknął z okna, aby chwilę później znaleźć się na dziedzińcu przed koszarami. Od razu podszedł do oczekującego go demona, nie ukrywając uśmiechu.
Lucius stłumił ukłucie rozczarowania, jakie poczuł na widok Pana Piekieł. Wyglądał miękko, odziany w jedwabną koszulę wystającą spod płaszcza uszytego jedynie na wzór wojskowego munduru. Nie przypominał twardego dowódcy, którym był w przeszłości. Na jego zaczesanych do tyłu, ciemnokasztanowych włosach spoczywała czarna, żelazna obręcz, ukształtowana niczym drobne płomienie, co niegdyś było jedynym przypomnieniem, że jest on wysoko urodzonym arystokratą. I ta kolorowa chusta przewiązana na szyi… Kiedyś jego przyjaciel nie ubrałby czegoś takiego.
Co się stało z tym upadłym aniołem, niosącym w prawej dłoni gorejący miecz, a w lewej trunek? Zniknął pochłonięty wygodą pokoju i intrygami pałacowymi?
— Luciusie, ty stary psie! — Lucyfer wyciągnął dłoń i przywitał go, klepiąc przy tym poufale po ramieniu. — W końcu wróciłeś do piekieł.
— Ciebie również dobrze widzieć, Wasza Wysokość — odparł, nie po raz pierwszy upominając się, że podążanie za modą nie musi oznaczać zmiany charakteru. Przynajmniej taką miał nadzieję. — Chociaż to raczej krótka wizyta niż powrót.
Lucyfer zmarszczył brwi, co nadało jego mocnym rysom wyrazu z pogranicza zamyślenia a złości. Jednak jego naturalnie brązowe oczy nie zapłonęły czerwienią, jak to się zdarzało w przypadku faktycznego napadu furii, co dobrze wróżyło dalszym losom rozmowy.
— Powinienem się domyślić w momencie, gdy poprosiłeś o oficjalne spotkanie, zamiast po prostu przyjść do mnie na kufel. Skoro tak długo nie przyjmujesz nowego paktu do pilnowania, coś nadal zatrzymuje cię na ziemi. — Spojrzał na niego przenikliwie, zaplatając dłonie za plecami. — Chodzi o tę śmiertelniczkę, prawda?
— Tak, ale wolałbym omówić to na osobności, Wasza Wysokość — przyznał Lucius, pytającym gestem wskazując na jedną z opustoszałych odnóg więzienia.
Lucyfer skinął głową, po czym ruszyli we wskazanym kierunku. Szli obok siebie, oboje z rękoma zaplecionymi za plecami, utrzymując równy krok. Jak za czasów wojen, gdy więzienie uczynili chwilową kwaterą, a korytarze stanowiły ich salę narad. Lucyfer – o głowę niższy, ale szerszy w ramionach – swoją postawą nadal przypominał generała. Coś w sposobie poruszania zdradzało, że przywykł do noszenia zbroi, nawet jeśli teraz częściej niż stal zakładał na siebie miękkie koszule. Lucius chodził bardziej sprężyście, miękko, jakby oprócz zbroi znacznie częściej przyodziewał szaty zwiadowcy.
Jeden z mijanych żołnierzy podszedł i chyba chciał do nich dołączyć, ale król odprawił go szybkim machnięciem ręki. Najwidoczniej niektóre sprawy pozostały niezmienne, ich spotkania zawsze obywały się bez osobistej straży, niezależnie czy miały miejsce w pałacu, czy wychodzili do tawern, aby zaznać trochę dawnych, mniej wyszukanych rozrywek. Sama reputacja Luciusa sprawiała, że nikt nie ważył się ich zaatakować.
Tylko raz jakiś szaleniec spróbował… Karczmarka dostała tego dnia sowity napiwek za zniszczone meble i kilka dodatkowych godzin, które musiała poświęcić na sprzątanie krwi nieszczęśnika.
Gdy odeszli na tyle, że mało prawdopodobne było podsłuchanie ich rozmowy, obaj zwolnili, znów instynktownie dostosowując do siebie tempo. Przemierzyli jeszcze kawałek w milczeniu, po czym Lucyfer przerwał ciszę.
— Jeśli dobrze pamiętam, minęły dwa lata, odkąd dziewczyna zakończyła pakt. Dlaczego nie sprowadziłeś jej jeszcze do piekieł, jak powinieneś uczynić z nowym piekielnikiem?
— Jej przypadek okazał się trudniejszy niż te, z którymi miałem do czynienia dotychczas — odparł Lucius, pozwalając sobie na pominięcie królewskiego tytułu. Nie bez powodu prosił, aby ich rozmowa odbyła się poza pałacem. Tutaj, bez świadków i z dala od dworu, mogli zachowywać się jak równi.
— Mówiłem ci, że przerwanie kształtowania jej w formę Succuby i pozwolenie, aby to los decydował o nowym gatunku, nie było dobrym pomysłem. Zawsze wychodzą z tego niestabilne kombinacje. — Lucyfer spojrzał na niego z nieukrywaną naganą. — Chyba że jej dusza oszalała po przemianie w piekielnika. Na to nie ma ratunku.
Lucius westchnął. Przed kilkoma laty poprosił o to, aby zmienić przyszłą formę Millie na jakąkolwiek inną, mimo iż doskonale wiedział, jak wielkie ryzyko niosła taka decyzja. Nie mógł jednak pozwolić, żeby dziewczyna do końca wieczności stanowiła pannę do towarzystwa. Zaryzykował i – prawdę mówiąc – nie zmieniłby tego, nawet jeśli teraz wewnętrzny demon niszczył ją z każdym atakiem, budząc w jej duszy wyrzuty sumienia. Z tym mogli sobie poradzić. Co innego zaprzątało jego myśli.
— Obawiam się, że nie ma to związku ani z jej formą, ani z obdarowaniem łaską zachowania duszy. — Wpatrzył się przed siebie, przesuwając wzrokiem po mijanych ścianach, przeoranych w niektórych miejscach paznokciami zaciąganych na męki dusz. Starał się dobrać słowa jak najlepiej. — Przemiana nie stanowiła problemu, a rozłam na dwa jestestwa nie zagraża jej psychice na tyle, żeby uznać ją za szaloną. Problemem jest to, że nie może zachować balansu na zbyt długo, nie opanowawszy wcześniej nowych zdolności. Nawet jeśli dusza i demon zachowują w niej chwilową równowagę, koniec końców odzywa się nowy głód…
— Luciusie, zlituj się! — Lucyfer parsknął śmiechem, przerywając wywód. — Nie jesteśmy na boskiej akademii, żebyś dawał mi wykład, jak wygląda cykl nowicjusza! Zbyt dobrze go znam. Skrajny głód, zaspokojenie, chwilowa znieczulica, czas duszy, balans i znowu głód. Powinno się unormować w ciągu maksymalnie roku, gdy piekielnik zaakceptuje następstwo paktu i pozna swoje moce. Więc co takiego mogło pójść nie tak, że twoja była podkomendna nadal się nie otrząsnęła?
Lucius westchnął ciężko, na moment tracąc maskę opanowania. Długo łudził się, że to nieprawda, ale ostatecznie musiał przyznać, kim dziewczyna tak naprawdę się stała.
— Odezwał się w niej Dar Mglistego — powiedział, jakby rzucał przekleństwem.
Lucyfer zatrzymał się, patrząc na niego z niedowierzaniem. Wiedział, czym spowodowane było zdziwienia jego Pana, Dar Mglistego stanowił rzadkość wśród piekielników paktu. Nie wiadomo było, czy uznać to faktycznie za dar, czy też klątwę gorszą od skazania na potępienie.
O ile w Piekle żyło wiele demonów obdarzonych mocami mgły, jedynie niewielki odsetek nabył te umiejętności na mocy paktu czy w inny sposób. Aby śmiertelnik został uznany za godnego tych mocy, musiał wykazać się niebywałą determinacją, pełnym oddaniem i kruchym balansem pomiędzy tym, co robił a tym, kim był w głębi siebie. Wystarczyło zatracić się w posmaku krwi, aby zostać Demonem Kaźni albo odciąć się od czynionego zła i otrzymać formę podstawową, pozbawioną konkretnego daru.
Jeśli już coś takiego się działo, śmiertelnicy najczęściej pozwalali demonicznej naturze zwyciężyć, zapominając niejednokrotnie swoje dawne oblicze. Tacy zaczynali w czeluściach piekieł od nowa, wytyczając ścieżkę niezależną od ludzkiego bytu. Jednak najczęściej nikt z nich nie zachowywał szczątków swojej duszy, nie w takim samym znaczeniu, jak było w przypadku Millie.
Dziewczyna za dobrze wykonywaną służbę uzyskała prawo do zachowania dawnej siebie w stopniu pozwalającym na człowieczeństwo, mimo przemiany w demona. Jako taka nie zapomniała uczuć i więzi, jakich doznała na ziemi, ale też gorzej znosiła nową naturę. Dar Mglistego budził w niej instynkt wysysania dusz z kolejnych ofiar, poszerzania w ten sposób jej własnych mocy i odsyłania kolejnych zepsutych czy niegodziwych ludzi do piekieł. Samo to mogło złamać nawet stabilnego piekielnika, a przecież ona nadal nie pozbierała się po śmierci siostry.
To wszystko sprawiało, że nieukształtowana mogła pogrążyć się w szaleństwie, co czyniło z obdarzonych mocą mgły wyjątkowe zagrożenie nawet dla demonów.
Jednak podporządkowana odpowiednim zwierzchnikom i poddana długiemu, osobistemu szkoleniu, mogła stać się jednym z najlepszych i najbardziej elitarnych demonów. Wystarczyło nadać jej mocom właściwy kierunek, a jej samej znaleźć cel, za którym mogła podążać tak długo, aż nauczy się w pełni panować nad dwoistą naturą lub upora się z traumą.
Właśnie po to Lucius przybył do Piekła. Był jednym z demonów, który nabył Dar Mglistego i wiedział, jak przeprowadzić przez to Millie. Ale na to musiał otrzymać zgodę.
— Jak źle jest? — spytał Lucyfer, przetrawiwszy w końcu informację.
— Zna moce i potrafi je wykorzystywać z ogromną precyzją, ale gdy kontrolę przejmują uczucia czy poczucie winy, zapomina się. Nie zawsze też może przywołać wewnętrznego demona świadomie. Jej dar sam w sobie nie jest stabilny, co w połączeniu z walczącymi naturami nie pomaga. — Lucius na moment odwrócił wzrok, aby w następnej chwili z pełną stanowczością spojrzeć swojemu Panu w oczy. — Udzielałem jej swoich mocy przez dziesięć lat. Nauczyłem ją, jak działają i do czego służą. Teraz powinienem pokazać jej, jak nad nimi panować.
Nim jego słowa dobrze wybrzmiały w powietrzu, Lucyfer stężał, napinając wszystkie mięśnie. Temat właśnie zszedł na grząski grunt, po którym należało manewrować z wyczuciem.
— Chcesz reaktywować tradycję mistrz-uczeń? — W oczach Pana Piekieł Lucius dostrzegł mignięcie pożogi, jak powidok płomieni odbijający się w szybie. — Doskonale wiesz, że to był główny powód wielu buntów, które tłumiliśmy na początku mojego panowania! Zakazaliśmy go nie bez powodu! Zbyt wielu mistrzów skupiało pod sobą nastawionych przeciwko nam podopiecznych. Nie mogę pozwolić, żeby coś takiego znowu miało miejsce. — Machnął ręką, jakby próbował odpędzić natrętnego owada, jednocześnie kręcąc głową. — Nie, nie zgodzę się na to!
Lucius poczuł wzbierające warknięcie, rosnące gdzieś w jego wnętrzu i bynajmniej nie chodziło o samą odmowę, a o jej powód. Po tym, co razem przeżyli, ten śmiał porównać go do sukinsynów, których rozgromili przed stuleciami? Zacisnął zaplecione za plecami dłonie w pięści i spróbował stłumić niezadowolenie. Jeśli chciał wytargować przychylną odpowiedź, nie mógł poddać się emocjom.
— Reaktywować to zbyt mocne słowo, proszę cię o jednorazową zgodę — powiedział, z trudem ograniczając kłębiące się w nim uczucie. — Z tego co pamiętam, pozostawiłeś w prawie taką możliwość.
— Pusta obietnica, która musi istnieć, żeby nie doprowadzić do kolejnych zgrzytów. Wystarczająco wiele ryzykuję, pozwalając na terminowanie mniej potężnych demonów. — Spojrzał w bok, prezentując swój profil, jakby odmowa staremu przyjacielowi nie przychodziła mu łatwo. — Oddaj ją pod skrzydła elitarnego oddziału, tak jak robimy z innymi podobnymi do niej.
— Nie mogę tego zrobić, jest zbyt niestabilna! — Lucius uniósł głos, mimowolnie pozwalając swoim mocom wysunąć się na wierzch, otoczyć jego ręce subtelną mgłą. — Na czeluści piekielne i wszystkie kręgi, Lucyferze! Myślisz, że bez wyraźnego powodu przybyłbym do ciebie i błagał o to, aby jakiś śmiertelnik stał się moim podopiecznym, tworząc w ten sposób niebezpieczny precedens?
— Więc zdajesz sobie sprawę z tego, w jak beznadziejnym położeniu mnie postawisz, jeśli wyrażę na to zgodę? — Lucyfer wznowił marsz, a podirytowany demon dołączył do niego, ponownie zrównując krok. — Kolejni będą się zgłaszać, zapewniając mnie o tym, że nie mogą postąpić inaczej i, powołując się na twój przykład, zażądają zwolnienia z ustanowionego prawa. Przystając na to, mogę narazić się na powstanie grona spiskowców nastawiających przeciwko mnie swoich podopiecznych. A co jeśli się sprzeciwię? Okrzykną mnie stronniczym tyranem i także będą próbowali znaleźć sposób, aby usunąć mnie z tronu. Dlaczego miałbym ryzykować tyle możliwych zamachów, jeśli mamy już wypracowany schemat, zaakceptowany przez najniższy krąg i względnie pozwalający na uniknięcie problemów? Moja władza jest wystarczająco chwiejna, nie mogę pozwolić sobie na to, aby dodatkowo wspomagać potencjalnych przeciwników!
Lucius uniósł brew, słysząc to. Czyżby Lucyfer spodziewał się kolejnego możliwego buntu? Patrząc na rozpasanie arystokracji, możliwe były pewne intrygi, a instynkt generała podpowiadał, że – tak jak w niesubordynowanym oddziale – coś takiego mogło doprowadzić do chaosu, ale na chwilę obecną postanowił nie przejmować się tym zbytnio. W przeszłości już niejednokrotnie słyszał od swojego przyjaciela o paranoicznych wręcz obawach, że ktoś knuje przeciwko niemu, jednak nigdy nic z tego nie okazywało się prawdą. Tym razem demon wykorzystał więc podaną argumentację i obrócił ją na swoją korzyść. Złapał przyjaciela za ramię, zatrzymując go. Pan Piekieł obrócił się twarzą w jego stronę, ale minę nadal miał zaciętą. Mimo to demon nie odpuszczał.
— Czy gdybym był jednym ze spiskowców, przybyłbym do ciebie i namawiał na reaktywację starej tradycji? — Lucius uniósł dłoń, wokół której zebrana mgła ukształtowała się niczym pazury. Jego oczy błyszczały bardzo subtelnie, jak zawsze, gdy świadomie przyzywał swoją moc. — Czy raczej zebrałbym posłuszne mi wojsko, wypowiedział ci wojnę i samodzielnie wbił miecz w serce?
Lucyfer zapatrzył się na mgliste szpony, znowu zaplatając ręce za plecami. W jego spojrzeniu można było wyczuć zamyślenie, ale i tęsknotę. Sam próbował zyskać moc, jednak nigdy tego nie osiągnął. Z nich dwóch to Lucius w pełni przemienił się w demona i właściwie można by uznać go za potężniejszego, nawet jeśli to nie on nosił koronę. Obaj wiedzieli, że gdyby nie jego umiejętności i wsparcie, Lucyfer mógłby już dawno zostać zdetronizowany, jeśli w ogóle zdobyłby tak rozległą władzę.
— Na pewno nie bawiłbyś się w tak zawiłe intrygi — westchnął po chwili milczenia. — Jesteś zbyt prostolinijny, zbyt szczery na coś takiego.
Takiej właśnie odpowiedzi wyczekiwał Lucius. Puścił go i postąpił krok w tył.
— Zatem wiesz, że możesz mi ufać jak nikomu innemu, jestem ci najwierniejszym z wiernych. — Strzepnął dłonią, pozbywając się mgły. — Proszę tylko o to, abym mógł oficjalnie otoczyć tę dziewczynę swoim protektoratem. Próbowałem obyć się bez tego przez ostatnie dwa lata, ale wyczerpałem już inne możliwości. Jej apetyt rośnie, odsyła coraz więcej dusz, a podejrzewam, że zaczęła też absorbować ich moc. To ostatnia szansa, abym mógł jej pomóc, zanim będzie za późno.
Chciał coś dodać, spróbować jeszcze przechylić szalę na swoją korzyść, ale czuł, że już więcej powiedzieć nie może, że wyczerpał swoje argumenty. Cholera, jak niewprawny negocjator wyrzucił z siebie prośbę, nie mogąc dobrze jej usprawiedliwić. Przyznał nawet, że od dłuższego czasu działał na granicy prawa, którego tak solennie strzegł i którego – od czasu przejścia w stan spoczynku – nigdy nie ważył się przekroczyć bez wyraźnego pozwolenia. Czyżby zawiódł? Nigdy nie był zbyt dobry w tych sprawach, to Lucyfer manewrował wśród polityków, a on był przede wszystkim od grożenia mieczem i utrzymywania dyscypliny w wojsku.
Panujące między nimi milczenie przerywało jedynie wycie wiatru, w tej części więzienia niosącego ledwie strzępy odgłosów miasta czy ciche skargi potępionych dusz, torturowanych w odleglejszej części kompleksu.
Lucius poczuł ukłucie niepokoju, gdy Lucyfer nie udzielał odpowiedzi. Może posunął się za daleko? Może pozwolił sobie na zbyt wiele w imię ich starej przyjaźni? Zakładał, że upływ czasu nie nadszarpnął ich relacji, ale co jeśli właśnie tak było, a on wykazał się niesubordynacją lub zuchwałością? Cisza robiła się nieznośna, po prostu musiał coś dodać.
— Panie, jeśli cię uraziłem… — zaczął, powracając do etykiety niczym skarcony za poufałość dworzanin.
— Mam dość płaszczących się przede mną, pełnych fałszu arystokratów, więc nie próbuj się teraz kajać, Luciusie. — Lucyfer wydawał się… rozbawiony. Dopiero teraz Lucius dostrzegł uśmiech, błądzący w kącikach jego ust. Był zbyt nerwowy, aby wcześniej zwrócić na niego uwagę. — Dawno nie widziałem w tobie tyle pasji. Ostatni raz tak zajadle argumentowałeś, gdy nie chciałem pozwolić ci na zostanie strażnikiem paktu. Jesteś pewien, że nie zmyśliłeś całej tej historyjki po to, aby zostać dłużej na ziemi?
Słysząc żartobliwy ton, Lucius rozluźnił napięte ze zdenerwowania mięśnie. Zdobył się nawet na uśmiech. Najwidoczniej jego obawy były zbyt pochopne.
— Wiesz przecież, że nie potrafiłbym wymyślić tak zawiłego kłamstwa.
— Prawda — przytaknął król, kładąc dłoń na plecach przyjaciela i wznawiając ich marsz. — Pamiętasz, jak jeszcze przed rebelią próbowałeś się wyłgać, dlaczego nie było nas na mustrze?
— Ostatecznie zdyskredytowałem nie tylko siebie, ale i Rajski Ogród jako miejsce naszych schadzek. Gdyby tylko śmiertelnicy wiedzieli, kto się tam znajduje! — Demon uśmiechnął się szerzej, wspominając stare czasy. Na chwilę zapomniał o otaczających go, przytłaczających swoim ogromem murach, a nawet ciążących mu zmartwieniach. — Długo tam dziewic naszym dotykiem nieskalanych nie zastano. No, ale kto to mówi. To ty wpadłeś na pomysł z jabłkiem.
— Gdy spożyjecie owoc z tego drzewa, otworzą się wam oczy i tak jak Bóg będziecie znali dobro i zło. — Głos Lucyfera zagrzmiał ciężko, dudniąc niczym grzmot rozchodzący się echem w kościach. Obaj mężczyźni roześmiali się. — Łyknęła to bez zająknięcia, naiwna Ewa. I jeszcze Adasia namówiła! A ja miałem zamiar tylko ją wyciągnąć na dobre rżnięcie… — Wzrok Lucyfera zatrzymał się na najstarszej celi, w której niegdyś swoje tortury znosił pierwszy morderca świata. — Ty zawsze wolałeś mniej subtelne zagrywki, takie jak podpuszczenie Kaina na jego brata.
— Nie będę zaprzeczał, zachodu mniej niż przy zdobywaniu kobiety, a przynajmniej było ciekawe widowisko. — Lucius podążył spojrzeniem w to samo miejsce. Niegdyś był niebywale dumny z tego, jak łatwo udało mu się namówić tych dwóch do walki. Teraz było to niczym niewinny psikus znudzonego dziecka. — Nie mniej zajmujące okazało się ich ponowne spotkanie w Piekle.
— Tak, można było oglądać ich godzinami. Szczególnie jak trafili do jednej celi, torturowali się właściwie sami! — Lucyfer spoważniał i zwolnił kroku. — Jednak na wspomnienia będzie jeszcze czas, wróćmy do spraw bieżących.
Lucius nie zauważył, że zatoczyli już koło, w oddali widzieli pierwszych wartowników, patrolujących centrum i użytkowane odnogi więzienia. Najwyższy czas przejść do sedna, jeśli chcieli spokojnie i bez świadków zakończyć temat.
— Jaka jest decyzja? — spytał Lucius, także odrzucając wesołość. Przyjemnie było uciec myślami od problemu, ale sprawa pozostawała nagląca.
— Ufam ci i wiem, że nie zdradzisz, ale oficjalne pozwolenie na układ mistrz-uczeń nie wchodzi w grę. — Spojrzał na niego twardo. Nawet jeśli był niższy, Lucius musiał przyznać, że w tym spojrzeniu była pewna niepodważalna wyższość, jaką Lucyfer nabył przez lata władzy. — Mam trzy warunki, które musisz bezwarunkowo spełnić i zaakceptować.
— Co tylko rozkażesz — zgodził się.
— Dobrze. — Lucyfer zatrzymał ich u wylotu wejścia do placu centralnego, na granicy słyszalności. Wyraźny znak, że pobliskich strażników bierze na świadków następnych słów. Nawet jeśli nie wiedzieli, czego dotyczyła rozmowa, jej zakończenie zyskiwało w ten sposób na mocy. — Masz czas do następnego przesilenia letniego. Po pierwsze, wszystkie następne ofiary będą pochodziły z ustalonego wcześniej grona, które wskażę osobiście za twoim pośrednictwem. I tak jej nowa natura poszukuje niegodziwców, należy więc nauczyć ją wykonywania poleceń, a nie działania pod wpływem instynktu. Po drugie, gdy tylko moc tej dziewczyny ustabilizuje się na tyle, że wkraczając do piekieł jej wewnętrzny demon nie przejmie gwałtownie dowodzenia, musi przybyć na dwór i złożyć uroczyste śluby wierności. Wybierze wówczas oficjalnego mentora i poprzysięgnie służbę, najpierw wybranemu panu, a po zakończeniu etapu nowicjusza zostanie moim bezpośrednim sługą. Czy dotychczasowe warunki są jasne i oczywiste?
— Tak, Wasza Wysokość — odparł Lucius, przy świadkach woląc pamiętać o etykiecie. — Jaki jest trzeci warunek?
Lucyfer uśmiechnął się przebiegle, w jego oczach zabłysnęło zadowolenie. Wtedy do demona dotarło, że dał się złapać. Zanim Pan Piekieł wypowiedział ostatnie z żądań, on już wiedział, co go czeka.
— Gdy już oboje przybędziecie do piekieł, odrzucisz obecną pozycję strażnika paktu i powrócisz na bezpośrednią służbę.
Lucius przymknął powieki, zaciskając zaplecione za plecami dłonie w pięści. Od dawna przyjaciel namawiał go do powrotu, powinien wcześniej domyślić się, że wykorzysta do tego obecną prośbę. Pałac, intrygi, przepych… i bolesne, niekiedy niebywale żywe wspomnienia. Demon skinął głową, otwierając oczy i spoglądając na zadowolonego z siebie króla. Był gotowy przystać na wszystko, co konieczne w tej sytuacji. Nawet jeśli kosztowało go to tak wiele.
— Przystaję na te warunki i od teraz uznaję je za niepodlegające dyskusji zobowiązanie — odparł, a w jego głosie dominowała stanowczość, kryjąca odczuwane przez niego wątpliwości.

IV
Wyjęłam z szafy mój ulubiony kubek z nadrukiem w kolorowe sówki i postawiłam go na ladzie. Niemal machinalnie odnalazłam jakąś czystą łyżeczkę i nasypałam kawę, przy tym rozsypując jej trochę na blat.
Zaklęłam pod nosem, sprzątając brązowy miał. Musiałam się napić, inaczej znowu zmarnowałabym cały dzień jako nieprzydatny wrak, a to byłoby najgorsze, na co mogłabym sobie pozwolić.
Czekając aż woda się zagotuje, przejrzałam szafki w poszukiwaniu czegoś, czym mogłabym wzmocnić poranny napój. Po dłuższej chwili dostrzegłam wciśniętą na dolną półkę butelkę. Żeby ją wyjąć, musiałam wystawić inne produkty i wpełznąć do ciasnej przestrzeni niemal po pas, ale w końcu wydostałam ją z ukrycia. Przysiadłam na piętach i z uwagą obejrzałam nalepkę. Z niezadowoleniem odkryłam, że trzymam w ręku whisky, które jakiś czas temu kupił Lucius.
Skrzywiłam się. Nie przepadałam za tym trunkiem, ale wyjątkowo potrzebowałam czegoś więcej niż kofeina, a nie dysponowałam niczym lepszym.
Rozległ się gwizd czajnika, więc wstałam z kolan i zalałam kawę. Dałam jej chwilę, żeby się zaparzyła, po czym doprawiłam ją złotawym dodatkiem. Jego zapach uderzył we mnie mocno, ale nie tak samo boleśnie, jak rozrywające mój umysł myśli i powoli pojawiający się ucisk w klatce.
Chwyciłam kubek za uszko, ale moje ręce zaczęły trząść się na tyle, że musiałam złapać go obiema dłońmi. Mając nadzieję, że nie rozleję, ruszyłam w stronę salonu i postawiłam naczynie na małym, okrągłym stoliczku, stojącym tuż obok kanapy. Ledwo to zrobiłam, poczułam miękkość w nogach i nasilający się ucisk w piersiach. Mój oddech stał się spazmatyczny, a serce zaczęło dziko łomotać, jak zawsze przy początkowej fazie ataku paniki.
Podeszłam do odsłoniętych okien i otworzyłam jedno z nich, pozwalając porannemu powietrzu wedrzeć się do mieszkania. Wraz z nim omiótł mnie gwar ulicznego ruchu, który w dziwny sposób dawał mi poczucie cudzej obecności, chociaż w mieszkaniu nie było nikogo poza mną. Oparłam się o ramę i przymknęłam oczy, zmuszając szalejące płuca do spokojniejszych wdechów. Odliczałam każdą sekundę, narzucając sobie opanowany rytm tak długo, aż ekscesy minęły, a nawet trochę dłużej. Wolałam mieć pewność, że atak skończył się na dobre.
Wiedziałam, jak sobie poradzić, bo nie pierwszy raz moją duszę dręczył lęk przed potępieniem, które nie miało nigdy nadejść. Właściwie od samego początku zmagałam się z tym na przemian ze stanami depresyjnymi i demonicznym głodem. Tym razem chodziło jednak o coś więcej. Czułam się, jakby coś rosło w moim wnętrzu, wpijając się w duszę i powoli zaciskając wokół niej szpony. Jakby demon znalazł sposób, aby ostatecznie zniszczyć moją ludzką cząstkę, stłamsić ją, pochłonąć na dobre.
Na samą myśl o tym moje serce znowu zabiło szybciej, dlatego skupiłam się na kontroli oddechu. Odkąd nauczyłam się wyciszać napady lękowe, ten rodzaj problemów stał się dla mnie nawet znośny. A przynajmniej na tyle, że mogłam funkcjonowałam w miarę normalnie. Niejednokrotnie bywało tak, że przez ciążące mi wyrzuty sumienia nie potrafiłam zmusić się nawet do wstania z łóżka, o oporządzeniu siebie czy mieszkania nie wspominając. Najczęściej leżałam wtedy i zadręczałam się wspomnieniami tego, co utraciłam, czego się dopuściłam i czym się stałam. Czułam tak silną odrazę do samej siebie, że kilka razy szukałam czegoś, czym mogłabym zadać sobie rany lub chociaż chwilowy ból, który pozwoliłyby mi odwrócić uwagę od cierpienia duszy. Takie dni stanowiły najciemniejsze, najmroczniejsze momenty, w których jedyny promyk nadziei niosła obecność Luciusa.
Nie wiem, jak poradziłabym sobie bez niego. Z trudem opanowałam swój wieczorny napad płaczu, gdybym została sama na dłużej… Pokręciłam głową, wolałam o tym nie myśleć.
Wychyliłam się przez okno i wpatrzyłam w panoramę miasta, która od zawsze wprawiała mnie w pewien zachwyt.
Wysokie wieżowce i nowoczesne budynki nie były tak samo klimatyczne, jak pocztówkowy kadr starego miasta z poprzedniego mieszkania, ale też miały swój urok. Może powodowała to wysokość, a może fakt, że w oddali majaczyły iglice gotyckich katedr, które zdawały się spozierać na inne konstrukcje niczym dumni emeryci obserwujący rozhulaną młodzież. Uśmiechnęłam się pod nosem, w oddali dostrzegając obrys latarni morskiej. Jej masywna sylwetka nawet przy dzisiejszym zachmurzeniu zdawała się odcinać na tle morza, a właściwie niebieskiej plamy, zlewającej się z niebem w jeden wielki, bezkresny horyzont. Kiedy niebo było czyste, czasem udawało mi się dostrzec małe zarysy statków i kutrów, które o tej porze niejednokrotnie zawijały z nocnego połowu.
Z zaciekawienia przechyliłam się jeszcze bardziej i rzuciłam okiem na biegnącą pod moim wieżowcem ulicę. Główna arteria miasta jak zawsze o tej porze roku była oblegana nie tylko przez samochody mieszkańców, ale też turystów, licznie napływających do nadmorskich kurortów czy małych pensjonatów, aby zażyć trochę radości z trwających wakacji. Wcale się nie dziwiłam, że ludzie tak chętnie podróżowali w te strony. Plaże były zadbane, a dno podobno nie należało do kamienistych i pozwalało na swobodne spacery w głąb, opadając dopiero daleko od brzegu.
Z westchnieniem zamknęłam okno, po czym usadowiłam się w kącie kanapy, podkulając pod siebie nogi. Sięgnęłam po przestygniętą już kawę i wzięłam długi łyk, starając się przy tym zignorować nieprzyjemny aromat. Zakasłałam, odejmując naczynie od ust. Nie dość, że wlałam nielubiany trunek, to chyba przeliczyłam się z jego ilością, bo kopnęło mocniej, niż się spodziewałam.
Jednak nawet palenie w przełyku i uczucie ciężkości w żołądku nie zagłuszyły irracjonalnego ukłucia zazdrości, przebijającego się przez inne emocje mocniej, niż się spodziewałam.
Widok wczasowiczów dobitnie przypomniał mi o tym, jak bardzo izolowałam się od świata. Chociaż od roku mieszkałam nad morzem, to jeszcze ani razu nie poszłam na plażę po to, aby zażyć jej uroków, o zwiedzaniu innych atrakcji nie wspominając. Tak naprawdę opuszczałam dom tylko wtedy, kiedy musiałam. Poza dniami, gdy na zewnątrz pchał mnie nienaturalny głód, wychodziłam głównie w obecności Luciusa. Każde samotne wyjście budziło we mnie strach, ale bynajmniej nie o to, że coś mi się stanie.
Bałam się, że nawet jeśli mój wewnętrzny demon został zaspokojony, nie zapanuję nad sobą i zaatakuję kogoś.
Raz, będąc na zakupach, przyłapałam się na taksowaniu wzrokiem obsługującej mnie kasjerki w sposób, który cały czas przyprawiał mnie o ciarki. Wręcz instynktownie wypatrywałam kolejnych sposobności, jak mogłabym ją ogłuszyć lub zadać ból, dostrzegałam jej potencjalne słabe punkty i to, jakie miałaby szanse w walce ze mną, a robiłam to tak naturalnie, jak normalny człowiek analizowałby czyjś ubiór czy urodę. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę, niemal wybiegłam z przerażeniem na ulicę. Gdyby nie Lucius, prawdopodobnie dokładnie tak bym zrobiła.
Nie chciałam tego przyznać, ale coraz częściej dostrzegałam także inne zmiany, jakie zachodziły we mnie nawet w ludzkim wcieleniu. Pojawiały się i znikały, jednak niewątpliwie były obecne, szczególnie im bardziej doskwierał mi głód, żądza krwi. Nawet teraz – mimo odrazy, jaką odczuwałam wobec własnych czynów – zdawałam sobie sprawę, że nie minie wiele czasu, a znów będę poszukiwać kolejnej ofiary, która przynajmniej na kilka godzin przyniesie mi ukojenie, jakiego nie mogło dać mi nic innego… I o dziwo podświadomie wiedziałam, że prędzej czy później zabijanie stanie się dla mnie czymś naturalnym, o ile już w pewnym sensie takie nie było.
Przymknęłam oczy, pozwalając tej myśli wybrzmieć. Nie mogłam jej odtrącać, nawet jeśli chciałabym, aby nie była prawdziwa. Marzyłam o zaznaniu spokoju – prawdziwego spokoju – a w tym celu powinnam w końcu całkowicie ulec i zaakceptować nowe oblicze, ale nie potrafiłam. Nie po tym, co zrobiłam.
Patrząc na swoje ręce nadal widziałam na nich krew.
Jej krew.
Na wspomnienie jej śmierci wszystkie inne grzechy wydawały się blaknąć, a rozrywający ból promieniował w duszy na nowo. Setki nieszczęśników, których posłałam w zaświaty, nijak się miały do faktu, że własnoręcznie odebrałam życie Nat.
Pokręciłam głową, odganiając cisnące się łzy. Nie, nie mogłam o tym myśleć, nie teraz, nie w momencie, gdy jak raz przechodziłam powrót duszy w sposób znośny. Sięgnęłam po kawę, której smak tym razem uderzył we mnie trochę słabiej. Wypiłam duszkiem połowę kawy, po czym odstawiłam kubek i otarłam usta. Niby nie miałam słabej głowy, ale gdybym wypiła całość na raz, mogłoby mnie trzepnąć, a nie taki był zamiar.
Usadziłam się wygodniej na kanapie i spróbowałam skoncentrować myśli. Nie mogłam spędzić całego dnia w ten sposób, musiałam zabrać się za obowiązki, które przez ostatni tydzień odeszły na dalszy plan. W mieszkaniu nie było za czysto, większość moich ubrań walało się w szafie bez ładu i składu, a meble zaczynał pokrywać kurz. Zmusiłam niepokorny umysł, aby opracował jak najlepszy plan działania, ale nie było mi dane obmyślić go w spokoju i nie chodziło tylko o ciągłe poczucie tłamszonej duszy.
Obejrzałam się, słysząc cichy szczęk klamki i szuranie otwieranych drzwi. Wyzbyty już dawno odruch obawy sprawił, że nie przejęłam się zbytnio samym intruzem a bardziej tym, czy znowu nie odezwą się we mnie niechciane instynkty. Widząc jednak, kto wszedł do środka, od razu zapomniałam o wszystkim i zerwałam się na równe nogi, niemal przeskakując nad podłokietnikiem kanapy.
Wszędzie poznałabym te roztrzepane w lekkim nieładzie włosy, nadające mężczyźnie wyglądu dopiero co obudzonego. Poruszał się sprężyście, z jakąś wyuczoną, a jednak naturalną gracją kogoś, kto znał swoje możliwości, chociaż w jego posturze dostrzegałam napięcie…
Czyżby martwił się, co zastanie po powrocie? Nie było go tak długo, że najpewniej wyobrażał sobie najgorsze scenariusze.
Przypadłam do Luciusa, nim zdążył domknąć drzwi. Chyba nie spodziewał się natarcia, bo zachwiał się i postawił krok do tyłu z zaskoczeniem wymalowanym na jego niemal idealnie symetrycznej twarzy. Zamknęłam go w uścisku, wtulając policzek w materiał czarnego golfa, który miał na sobie, a on odpowiedział czulszym i mniej gwałtownym objęciem. Pogładził mnie delikatnie po plecach, opierając podbródek na czubku mojej głowy.
Każdy jego gest był uspokajający nie tylko dla mnie, czułam, jak pod jego ubraniem rozluźniają się napięte mięśnie.
Zaciągnęłam się zapachem jego perfum, mocnym i odważnym, a jednak w jakiś sposób miękkim. Po moim policzku spłynęła łza, jak raz wywołana nie smutkiem, a ulgą.
Tęskniłam. Naprawdę cholernie tęskniłam, a nawet bałam się, że mnie porzucił… Ale w jego obecności nieprzyjemne myśli osunęły się w ciemny kąt umysłu, na krawędzi świadomości.
Przynajmniej na jakiś czas mogłam udawać, że wszystko ze mną w porządku.
W końcu odsunęłam się. Po chwilach czułości należało go zbesztać, musiał wiedzieć, że nie może zostawiać mnie na blisko tydzień bez żadnych wieści.
— Gdzieś ty się szlajał, zdradziecka mendo?! — spytałam, biorąc do ręki leżącą na blacie obok gazetkę promocyjną i trzepiąc go przez ramię. Oczywiście zdążył się zasłonić z błyskiem rozbawienia w ognistych oczach.
— A to tu, to tam… Szukałem innej duszyczki na żywiciela, skoro ty mnie już nie zadowalasz. — Uśmiechnął się rozbrajająco, odsłaniając lekko zaostrzone zęby. — Zazdrosna?
— Myślałam, że już nie wrócisz — żachnęłam się, odrzucając bezużyteczny świstek. Teraz wydawało się to błahe, ale jeszcze przed chwilą byłam w stanie założyć, że to jedyny powód jego nieobecności. — Jesteśmy przyjaciółmi, mogłeś chociaż dać znać, że wszystko w porządku.
— Oboje jesteśmy demonami, co mogłoby się stać komuś z naszego gatunku? — Domknął drzwi i zrzucił niedbale buty na wycieraczkę. — Oczekiwanie na audiencję u Pana Piekieł trochę się przedłużyło, musiałem wstawić się jako zwykły interesant. Priorytet przestał obowiązywać po tym, jak dopełnił się pakt.
Serce zabiło mi szybciej, gdy to usłyszałam. Nie wiedziałam, gdzie się wybrał ani w jakim celu, powiedział tylko, że musi coś załatwić. Ale wizyta w Piekle i spotkanie z Lucyferem? To było ostatnie, o czym bym pomyślała. Co prawda demon wspominał, że prędzej czy później będzie musiał zjawić się na dole i wyjaśnić swoją nadprogramową obecność na ziemi, jednak zakładałam, że zrobi to dopiero wtedy, gdy mój stan się ustabilizuje i będę mogła udać się tam razem z nim.
Weszliśmy do salonu, a ja lekko otępiała opadłam na kanapę, tuż obok stoliczka z moją wzmocnioną kawą. Sięgnęłam po kubek i wychyliłam to, co w nim zostało, tym razem całkowicie ignorując uderzającą moc alkoholu.
— Byłeś tam w mojej sprawie? — spytałam, chcąc się upewnić, czy moje domysły były prawdziwe.
— A w jakiej, załatwić sobie kredyt w koronach? — Wywrócił oczami i podszedł do części kuchennej, aby również sobie przygotować coś do picia. — Oczywiście, że poszedłem porozmawiać na twój temat. Moja nieobecność została już zauważona, a brak przybycia nowego piekielnika zawsze zwraca uwagę. Udało mi się kupić jeszcze trochę czasu, ale otrzymałem pewne warunki.
Lucius oparł się o kant blatu i skrzyżował ramiona na piersi. Wpadające przez okno światło dnia oświetlało jego profil, jednocześnie zacieniając drugi policzek i uwydatniając nienaturalny kolor jego oczu… Nienaturalny z punktu widzenia człowieka, bo dla mnie stawał się coraz bardziej normalny.
Ogólnie wyglądał na spokojnego i uwierzyłabym, że tak jest, gdyby nie zacisnął ust w cienką linię. Zawsze tak robi, gdy odczuwa rozczarowanie lub złość, a nie chce tego zbyt dobitnie pokazać. Gorzej świadczyłyby zaciśnięte pięści, wtedy jest wściekły, może nawet o krok od wybuchu. Przekrzywiłam głowę, zaciekawiona i zmartwiona jednocześnie.
— Czego zażądano, żeby taka oaza spokoju jak ty tak się zirytowała? — spytałam, na co zmarszczył brwi. — Znamy się dostatecznie długo, wiem, kiedy coś idzie nie po twojej myśli.
Lucius parsknął, rozchmurzając się. Kiedyś, gdy jeszcze był dla mnie cieniem, a nie istotą z krwi i kości, jego śmiech zdawał się specyficznie przerysowany, podbity mroczną nutą. Teraz nawet to pogranicze ulgi i rozbawienia zdawało mi się bardziej ludzkie, niż demoniczne. Uśmiechnął się do mnie, co chętnie odwzajemniłam.
— To co takiego chcieli?
— Niech ci będzie, ogniku — odparł, wyłączając palnik pod czajnikiem z gotującą się wodą. Gdy ponownie na mnie spojrzał, nie był już tak promienny. — Tak, dostaliśmy mało czasu, ale od teraz oficjalnie jesteś moją uczennicą, Millie.
Zacisnęłam usta w cienką linię. Mogłam nie być obyta z moją nową naturą. Mogłam nie znać zasad, panujących w świecie, do którego teraz należałam. Widząc jednak powagę, malującą się na twarzy Luciusa, czułam, że oczekiwano od nas czegoś więcej, niż nauczenie mnie korzystania z moich mocy. Oczekiwano ich ukierunkowania.
A ja od ponad dziesięciu lat byłam dobra tylko w jednym.
Zabijaniu.

18.01-19.04.2022
Korekta 18.08-19.09.2022

Opublikowano
Kategorie One-shot Thriller
Odsłon 603
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!