Godzina Wilka

I
   Nad miastem rozciągała się bezgwiezdna noc, dla wielu ludzi czas spoczynku. Zarówno nowoczesne wieżowce, domy na przedmieściach, jak i starodawne centrum pogrążone były we śnie, jedynie sporadyczne kluby i bary tętniły coraz cichszym życiem towarzyskim.
   Zasnute chmurami, fioletowo-granatowe niebo nie pozwoliło nawet na moment wyjrzeć księżycowi, jakby chciało go uchronić przed oglądaniem tego, co miało zaraz nastąpić.
   Wybiła już godzina wilka, opustoszałe ulice starówki spowijała cisza. Nagle ciemną ulicą przebiegł chłopak. Jego kroki były chaotyczne, potykał się o każde załamanie terenu, zataczał. Trzymał się za lewy bok, spomiędzy kurczowo zaciśniętych palców kapała krew.
   Jego śladem, w odległości kilkunastu metrów, podążała druga postać, spokojna i opanowana.
   Chłopak zatoczył się po raz kolejny i wpadł na mur kamienicy, tracąc dech. Spłoszony spojrzał przez ramię, szukając goniącego go oprawcy. W ciszy słyszał jednak tylko swoje serce, tłukące się w klatce niczym złapany w sidła wróbel. Nie wiedział, czy efektem tego był długi bieg, czy towarzyszący mu strach.
   Nie widząc nikogo za plecami, przez chwilę poczuł się bezpieczny. Wsparty barkiem o ścianę odszukał telefon, aby wezwać pomoc. Jasność ekranu go oślepiła, niemal po omacku wcisnął ikonę kontaktów. Gdy w końcu oczy trochę przywykły do światła, chłopak wpisał numer alarmowy i spróbował nawiązać połączenie.
   Nie na wiele się to zdało, nie miał zasięgu. Gdyby nie to, że zbyt bał się odezwać, zakląłby najszpetniej, jak tylko potrafił.
   Wcisnął bezużyteczny telefon z powrotem do kieszeni, po czym odjął rękę od pchniętych nożem żeber. W żółtym świetle latarni zobaczył, że całą dłoń pokrywa lepka, ciągle świeża krew. Zamarł, patrząc, jak czerwona ciecz spływa mu po palcach, kapie na kocie łby. Było w tym coś hipnotyzującego, strasznego.
   Tym większą obawę budził w nim fakt, że nie wiedział, jak głęboko sięgały obrażenia i czy zdoła otrzymać pomoc nim się wykrwawi.
   Nagle usłyszał rozpraszające ciszę kroki, co wyrwało go z dziwnego stanu zawieszenia.
   Śledziła go, to musiała być ona.
   Z trudem odepchnął się od ściany i pobiegł dalej, znacząc krwią chodnik. Uliczka ciągnęła się w dół, w stronę katedry i dalej, gdzieś między inne części starego miasta. Zaczął zbiegać z niewielkiego wzniesienia, na którym zbudowano zabytkowy rynek. Wiedział, że jeżeli idąca za nim stanie na szczycie pagórka, od razu go dostrzeże. Musiał się gdzieś skryć, zmylić trop.
   Gdy zauważył wąskie przejście pomiędzy budynkami deptaku, od razu się tam wślizgnął. Mury wysokich kamienic przysłaniały blask lamp, dlatego dopiero uderzając w ścianę zorientował się, że właśnie podpisał na siebie wyrok.
   Wbiegł prosto w ślepy zaułek.
   Chciał jeszcze wybiec, jednak nie zdążył.
   Usłyszał za sobą jej kroki. Spanikowany zamarł na moment. W porównaniu z odgłosem jego biegu, te rytmiczne uderzenia obcasów wydawały się nienaturalnie spokojne. Obrócił się twarzą do przejścia, które wcześniej wydawało się zbawienną kryjówką, a teraz stanowiło ostatni gwóźdź do trumny.
   Pojawiła się w strudze światła, wysoka, smukła, o idealnie kobiecych kształtach. Szła ponętnie, stawiając nogę przed nogą, jakby chciała kogoś skusić. W jej lewej dłoni połyskiwał zakrwawiony nóż. Ciemne ubrania sprawiały, że wyglądała niczym powstała z mroku mara. Dziewczyna na głowę narzuciła kaptur, dlatego nie było widać twarzy. Mimo to chłopak nie miał wątpliwości, że to ta sama osoba, przed którą tak panicznie uciekał.
   Ubrana w skórzaną kurtkę dziewczyna wyprostowała prawą rękę i przejechała opuszkami palców po cegłach. Pomiędzy budynkami poniósł się dźwięk, od którego na karku uciekiniera włosy stanęły dęba.
   Dźwięk, którego nie powinny wydać ludzkie paznokcie.
   Dźwięk, jaki w horrorach kojarzył się z niebezpieczeństwem lub zbliżającym się mordercą.
   Dźwięk tarcia pazurów lub noża.
   Dopiero po chwili zobaczył nienaturalnie załamujący się cień, który wbrew wszelkim prawom fizyki padał za plecami oprawczyni, chociaż stamtąd właśnie oświetlała ją uliczna latarnia.
   Cień nie miał delikatnych, damskich dłoni, tylko okropne szpony. Nie przedstawiał kobiecych załamań talii, długich nóg, a wydawał się unosić nad ziemią, zaczynając się na wysokości jej korpusu. Gdyby chłopak miał czas pomyśleć nad jakąś metaforą, powiedziałby, że ten cień przypominał dżina z Aladyna.
   Ale nie miał czasu.
   Dziewczyna uśmiechnęła się, cień również otworzył płonące, czerwone oczy i przybrał coś na kształt drapieżnego grymasu, jakby wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. Przysunąwszy prawą rękę na powrót do ciała, zgięła ją w łokciu i pstryknęła palcami. Z dzikim śmiechem obserwowała, jak cień zamienia się w mroczne macki i wystrzeliwuje w stronę ofiary.
   Chłopak przycisnął się do ściany, jakby mogło to cokolwiek zmienić. Macki owinęły się wokół jego nóg, sięgnęły wyżej, unieruchamiając ręce i otulając tułów niczym niematerialny kokon. Chciał wrzasnąć, ale wówczas jedna z odnóg wcisnęła mu się do otwartych ust, wślizgnęła głębiej, wdzierając do gardła. Szarpnął się, ale tylko pogorszył sytuację, a więzy się zacieśniły.
   Ściany zaułka zwielokrotniły echo szpilek, kiedy dziewczyna zbliżała się do unieruchomionego. Podeszła tak samo kusząco, jak wtedy, gdy zaczepiła go w barze. Tam, w przytłumionym świetle neonów i z akompaniamentem muzyki, wydawała się niezwykle atrakcyjną kobietą. Teraz wywoływała tylko bezgraniczne przerażenie.
   Zatrzymała się przed nim i puściła rączkę noża, który wbił się idealnie między kocie łby. Oparła się dłońmi o ścianę, kładąc je tuż nad ramionami chłopaka. Pochyliła się, muskając jego ciało długimi włosami.
   Była tak blisko, że czuł ciepły oddech na swojej twarzy i widział szaleńczy blask w jej oczach.
   Blask pożogi.
   Blask krwi.
   Blask tych wszystkich dusz, które odesłała na drugi świat.
    Wpatrywał się w te oczy i były one ostatnim, co zobaczył przed śmiercią.

II
   Zamrugałam, odsuwając się od unieruchomionego demonicznymi więzami ciała.
   Potrzebowałam chwili, aby przepełniająca mój organizm ekstaza ucichła na tyle, że byłam w stanie nad sobą panować. Wzięłam głęboki wdech, ostatecznie wyzbywając się mrocznego uniesienia, przed chwilą tak intensywnie tętniącego w żyłach.
   W rześkim powietrzu wisiał ciężki zapach krwi. Charakterystyczny, miedziany posmak osiadł także na moim podniebieniu, mimo że jej nie piłam. Nie byłam potworem, nie mogłabym zniżyć się do czegoś takiego.
   Mordowanie to nie to samo, co kanibalizm lub bezczeszczenie zwłok. Nawet ja potrafię zachować pewien szacunek do ciał tych, którym odbieram życie.
   Zgięłam prawą rękę w łokciu i zacisnęłam pięść, przywołując do porządku Luciusa. Macki rozmyły się w dym, oswobadzając bezwładne zwłoki. Ciało upadło tuż przede mną niczym porzucona przez dziecko szmaciana lalka. Rano we wszystkich wiadomościach po raz kolejny pojawi się informacja, że znaleziono następną ofiarę seryjnego mordercy.
   Sama nie wiem, która to już w tym mieście.
   Odwróciłam się od chłopaka i schyliłam się, aby podnieść nóż. Krew z ostrza częściowo zdążyła spłynąć, ale i tak był nią umazany.
   Cholera, tym razem mnie poniosło, nie powinnam była go dźgnąć. Śledczy przy odrobinie wysiłku mogliby dopasować model noża do ran innych ofiar, którym zdarzyło mi się zadać rany kłute czy cięte.
   Wyjęłam z kieszeni kurtki batystową chustkę do nosa i dokładnie wytarłam ostrze oraz trzonek. Zawinęłam nóż w tę samą chustkę, po czym wsunęłam go do kieszeni. Rozejrzałam się, czy coś nie zdradzi mojej obecności, ale nie zauważyłam niczego podejrzanego.
   Nigdy nie zostawiałam śladu, nawet gdybym chciała. Po tylu latach już podświadomie robiłam wszystko tak, aby nic na mnie nie znaleziono, a nawet jeśli jakieś ślady pozostały, Lucius sam je zacierał.
   Tyle jeśli chodziło o możliwość ujęcia mnie przez władze. O ile mi wiadomo, policja nie miała w zwyczaju zapraszać na miejsce zbrodni egzorcystów, a to chyba byliby jedyni ludzie, którzy odnaleźliby cokolwiek, co połączyłoby mnie z tymi zbrodniami.
   Wyszłam z zaułka i poszłam w górę uliczki, dokładnie w tę samą stronę, z której przyszłam za chłopakiem. Kiedy mijałam miejsce, w którym chłopak zostawił po sobie plamę krwi, chmury rozstąpiły się na moment, ukazując tym samym księżyc w pełni.
   Księżyc, który oznaczał czas zapłaty za zawarty przeze mnie pakt.
   Szkoda, że spłacałam to zobowiązanie niekończącymi się ratami.
   W nocnej ciszy przeszłam pustymi uliczkami w stronę graniczącego z blokowiskiem skraju starego miasta. Obdrapane z ciemnozielonej farby drzwi mojej kamienicy były otwarte, więc weszłam do środka bez głośnego skrzypienia zardzewiałych zawiasów.
   Nie mogłam jednak uniknąć hałasu na schodach. Stare deski niemal doszczętnie spróchniałego drewna wydawały niepokojące odgłosy przy każdym kroku, a niektóre belki groziły nawet załamaniem pod kimś cięższym. Zazwyczaj trzymałam się poręczy, ale tym razem nie mogłam. Zostawiłabym krwawe ślady.
   Wspięłam się na samą górę i wyjęłam klucze z tylnej kieszeni czarnych dżinsów. Po chwili walki z zamkiem otworzyłam drzwi małego mieszkania, obskurnego nie mniej niż reszta budynku.
   Weszłam do środka, zatrzasnęłam wypaczone wrota, po czym zamknęłam przycinającą się zasuwę. Wyjęłam z kieszeni zawinięty nóż i rzuciłam go na zniszczony blat kuchenny razem z kluczami, a z drugiej kieszeni kurtki wyjęłam portfel. Telefonu nigdy nie brałam na polowanie, ostatnie czego potrzebowałam w takiej chwili to natarczywy rozmówca lub nagły sygnał sms’a.
   Chcąc jak najszybciej obmyć ręce, udałam się do łazienki. Chociaż marne pomieszczenie o skośnym suficie tak niskim, że musiałam się zgarbić, raczej nie zasługiwało na tę nazwę. Ledwo mieściła się tam stara wanna z odpryskującą emalią i toaleta o zepsutej spłuczce. Umywalki nie miałam, a zlew w kuchni chwilowo nawalił, więc musiałam się przemęczyć.
   Odkręciłam kurek z ciepłą wodą, jednak ta była ledwie letnia. Znowu sąsiedzi zużyli całą na prysznic, cholerne uroki taniego najmu. Namydliłam ręce i dokładnie zmyłam krew ofiary. W zasadzie nie wiedziałam, czyją ofiarą był ten chłopak.
   Moją, czy demona.
   Lucius zaczynał się nudzić, coraz częściej sięgał po nowe metody na uśmiercanie ludzi za pośrednictwem mojego ciała, ale tym razem poczułam, że ten cios w żebra nie był jego myślą.
   Stał się moim własnym pragnieniem.
   Nigdy wcześniej nie panowałam podczas pełni nad swoimi działaniami w ten sam sposób, co dzisiaj. Na samym początku to Lucius dobierał i zabijał ofiary, ja byłam jedynie jego narzędziem. Teraz, po tylu latach, staliśmy się raczej organizmem symbiotycznym, tak na co dzień, jak i podczas morderstw. Zachowywałam pewną granicę między sobą, a tym, kim stawałam się na czas zabójstw, jednak już nie służyłam mu jako marionetka. Raczej wykonywałam jego prośby i sugestie.
   Gdybym była bardziej naiwna, posunęłabym się nawet do stwierdzenia, że zaprzyjaźniłam się z tym demonem. Chociaż może faktycznie w jakimś stopniu Lucius stał się dla mnie przyjacielem.
   Jedynym, jakiego mogłam mieć.
   Zakręciłam kurek i wytarłam porządnie ręce. Odruch niczym u Lady Makbet został zaspokojony, a ja znów poczułam się względnie oczyszczona.
   Wróciłam do głównej izby, gdzie w zasadzie mieścił się cały mój świat. Pod jedyną prostą ścianą, tuż obok drzwi, miałam kącik kuchenny ze starą lodówką i kuchenką w tak złym stanie, że przy większym zapasie gotówki już dawno bym ją wymieniła. Przy wejściu do łazienki – prostopadle do drzwi wejściowych i skośnej powierzchni dachu – stała niestabilna, porządnie już sfatygowana szafa z ubraniami i mały stolik, od biedy służący też za biurko. Po przeciwnej stronie pokoiku, prawie pod samym skosem, leżał zaskakująco wygodny materac bez łóżka. Na więcej nie było mnie stać, a i nie widziałam sensu wynajmowania czegoś lepszego. W każdej chwili mogłam poczuć nowy zew przeprowadzki.
   Wystarczyłoby, że ktoś powiązałby mnie ze znajdowanymi po pełni ofiarami, a od razu rozważyłabym zmianę lokum, a może nawet ucieczkę z miasta.
   Czasem patrząc na tę ruderę, przypominałam sobie mój rodzinny dom na przedmieściach. Piętrowy budynek – chociaż na pierwszy rzut oka niewielki – skrywał całkiem sporo przestrzeni. Fasada o białych ścianach i brązowym dachu wyglądała zawsze schludnie, jakby dopiero co przeszła remont. Na parterze mieliśmy nowoczesny salon, dużą kuchnię i łazienkę z przysznicowanną, do której po latach tułaczki od mieszkania do mieszkania naprawdę tęskniłam. Na piętrze znajdowały się pokoje dla mnie, Natalii i rodziców, a także gabinet z biblioteką, gdzie mama przyjmowała szczególnie ważnych klientów. Mieliśmy też ogród z idealnie przystrzyżoną trawą, drzewami owocowymi i ozdobnymi krzewami, a nawet miejscem na mały plac zabaw dla mnie i siostry. Mogliśmy sobie pozwolić na to, żeby dom stanowił funkcjonalne mieszkanie i jednocześnie piękną rezydencję.
   Jedyne co mogłam nazwać pięknym w wynajmowanej przeze mnie dziurze, to widok ze spadzistego okna, które zajmowało niemal połowę powierzchni dachu nad moją klaustrofobiczną kawalerką. W noce takie jak ta widziałam jak na dłoni starówkę i wieżowce w tle. Tak, tego by mi brakowało, gdybym się gdzieś przeniosła.
   Zdjęłam z siebie ramoneskę i powiesiłam ją w szafie. Czarne szpilki zrzuciłam niedbale, pozostawiając gdzieś w kącie. Nie chciało mi się przebierać, dlatego zostałam w mięciutkiej bluzie z dzianiny i przyległej do ciała koszulce z krótkim rękawem. Kiedyś nie do pomyślenia byłoby dla mnie ubranie się w coś czarnego, ale teraz na nocne wypady stanowił podstawowy element wyposażenia, na równi z nożem i demonicznym wsparciem Luciusa.
   Powinnam zmyć krew z klamki, ale wolałam to zrobić rano, bo oświetlenie na korytarzu było tragiczne. Zamiast tego podeszłam do okna, otulając się ramionami. Stałam tak, patrząc, jak powoli niebo zaczęło jaśnieć. Godzina wilka dobiegała końca, zwiastując nadejście dnia. Dotychczas ciemny jak atrament i zasnuty chmurami firmament zaczął przechodzić w jasnogranatowy, aby o wschodzie rozświetlić się żółtopomarańczową łuną. Teraz jednak nadal głównym źródłem światła na uliczkach poniżej okna pozostawały lampy i sporadycznie przejeżdżające przez obwodnice samochody.
   W szybie dostrzegłam własne odbicie, co jak zawsze po morderstwie przywiało ponurą myśl.
   Co ze mną będzie, jeśli coś pójdzie nie tak?
   Zdawałam sobie sprawę z tego, co się stanie, gdy jakaś ofiara mnie zabije lub gdy zginę w jakikolwiek inny sposób. Wtedy stanę się demonem, zachowując swój obecny wygląd i ziemskie relacje, ale zyskując moce piekielnika. Sądząc po wykształtowanej już, nad wyraz seksownej sylwetce i tym, jakich mocy użyczał mi Lucius, mogłabym zostać Succubą. Wbrew pozorom, na ziemi częściej zabijają lub tropią inne demony, niż wykorzystują męską chuć w imię własnej przyjemności.
   Jednak co w przypadku, gdy po prostu mnie zamkną?
   Ucieknę?
   Zabiję policjantów, klawiszy czy kogo tam będzie trzeba?
   Wywinę się w jakiś inny sposób?
   Nie miałam pojęcia.
   Westchnęłam, odwracając wzrok w stronę materaca. Na środku sponiewieranego posłania widoczny był mroczny cień, którego nie rozproszyłby blask najjaśniejszego nawet dnia. Leżał tam mój niematerialny, demoniczny przyjaciel, zwinięty w kłębek niczym kot. Łeb położył na skrzyżowanych ramionach, a tułów zawinął wokół nich niczym ogon. Gdyby tylko mógł go uchwycić aparat, zrobiłabym mu zdjęcie. Wyglądał naprawdę uroczo, niezależnie od tego, że pochodził z najgłębszych czeluści ostatniego kręgu Piekła.
   — Lucius — zaczęłam cicho, jakbym mówiła do śpiącego kochanka — chciałabym porozmawiać.
   Demon podniósł wyposażony w dwa niewielkie różki łeb i spojrzał na mnie. W formie cienia wyglądał jak wykonany z ciemnego dymu kształt, a tam, gdzie powinna być twarz, miał dwie żarzące się czerwienią dziury w kształcie oczu i – gdy się postarał – taki sam demoniczny uśmiech. Tym razem przymrużył ślepia w pytający sposób. Rozpoznawał moje nastroje lepiej niż niejeden facet, z którym się w przeszłości spotykałam.
   — Chciałabym wiedzieć, co by się stało, gdyby nas złapali — powiedziałam, chociaż doskonale zdawałam sobie sprawę, że nie odpowie. Mógł mówić tylko wcielając się bezpośrednio w moje ciało, a tego od jakiegoś czasu unikał. Wykorzystywał to tylko w najpotrzebniejszych sprawach. — Wiem, że spokojnie mógłbyś zniszczyć wszystkich, którzy by nas zatrzymali, ale czy zrobiłbyś to? Czy machnąłbyś tylko ręką i wrócił do Piekieł, czekając, aż otrzymasz nowego żywiciela.
   Demon podniósł się na łapach i przemknął przez pomieszczenie. Otulił mnie w talii niczym macka i, kładąc delikatnie szpony na moich ramionach, zawisnął twarzą na wysokości mojej twarzy. Jego oczy przybrały smutny wyraz, nawet kreska ust wykrzywiła się w podkówkę. Pokręcił łbem.
   — Mam rozumieć, że nie zostawiłbyś mnie? — Uniosłam brew. Demon pokiwał głową. — Dlaczego? Zawsze myślałam, że tylko czekasz, aż przestanę być użyteczna lub Lucyfer nakaże ci zerwać pakt.
   Wzruszył tylko ramionami i odbił się nad moją głową, na powrót zmykając na posłanie. Poklepał miejsce obok siebie. Uśmiechnęłam się przelotnie i usiadłam tam, gdzie wskazał, krzyżując nogi. Lucius położył głowę na moim kolanie, emanując lekkim ciepłem. Niemal machinalnie zaczęłam go gładzić po miejscu, które w przypadku innej istoty nazwałabym plecami.
   Chociaż wydawał się tylko dymem, cieniem, bezkształtnym tworem nocy, w rzeczywistości był bardziej materialny, niż można by przypuszczać.
   Czasami przypominał kociaka. Był niesforny, chadzał swoimi ścieżkami, ale zawsze wracał, szczególnie w porze karmienia.
   Dla niego była to każda pełnia, noc kolejnego morderstwa.
   Uśmiechnęłam się pod nosem.
   I pomyśleć, że gdy tamtego dnia przyzywałam Pana Piekieł, miałam zamiar po prostu poświęcić siebie i byłam rozczarowana, że w zamian dostałam Luciusa.
   A zaczęło się od Nat. Dla niej zrobiłabym wszystko.
   Ostatecznie oddałam własną duszę.

III
   Nad miastem rozciągał się słoneczny, bezchmurny dzień. Wiosenna pogoda dopisywała, a nawet popisywała się przed nadchodzącym latem, dobijając już rano do temperatury bliskiej dwudziestu stopni. W innych okolicznościach o tej porze – a nawet wcześniej – spacerowaliby tu turyści, chcący zrobić sobie zdjęcia na tle eleganckich kamienic lub co ważniejszych zabytków.
   Tym razem stare miasto zaroiło się od policyjnych techników, radiowozów i wścibskich dziennikarzy.
   — Cholerny motłoch — warknęła jadąca czarnym sedanem kobieta. Widok kamer w miejscu odnalezienia zwłok zawsze ją drażnił. — Te hieny są coraz szybsze.
   — Zwietrzyli sensację — stwierdził obojętnie siedzący na miejscu pasażera detektyw. — Powinnaś się do tego przyzwyczaić. Czają się na każdą pełnię jak psy na kiełbasę.
   Kobieta tylko burknęła coś pod nosem i zatrzymała samochód tak blisko miejsca zbrodni, jak tylko się dało. A było to utrudnione, zważywszy na ilość ciągnących zewsząd ciekawskich z aparatami, kamerami i dyktafonami.
   Jej partner odpiął już pasy i sprawdzał, czy ma ze sobą odznakę. Zdarzało się, że dwójka jego rozbrykanych synów podmieniała mu legitymację policyjną z innym dokumentem, co w obecnej sytuacji zdecydowanie nie przyniosłoby nic dobrego. Kobieta wykorzystała moment, dla pewności przetrząsnęła własne kieszenie i obejrzała się jeszcze w lusterku.
   Jak każdej pełni nie spała, dlatego pod oczami miała fioletowe kręgi, których nie przykrył nawet mocny podkład i korektor. Wbrew pozorom nie czuła się jednak zmęczona. Zawsze o poranku nabierała sił, jakby spokojnie przespała całą noc i obaliła przy śniadaniu podwójne espresso. Nie potrafiła zrozumieć, skąd się to brało. Była raczej z tych, co spali bardzo długo, ale od kilku lat sytuacja ta powtarzała się każdego miesiąca.
   — Wypiękniłaś się? — spytał mężczyzna z lekkim uśmiechem na ustach. — Czy mam ci podać kosmetyczkę ze schowka.
   — A można wyglądać lepiej? — zaśmiała się w odpowiedzi, otwierając drzwi. — Dobra, bo nam trup zaśmierdnie.
   Zatrzasnęła samochód, z niezadowoleniem stwierdzając, że do miejsca zbrodni mieli jeszcze kawałek drogi. Ruszyła w stronę otoczonego policyjną taśmą zaułka, po drodze mijając kilku reporterów, robiących relację z miejsca zbrodni. Gdy dotarła na miejsce, stojący tam funkcjonariusz skinął głową na powitanie i podniósł taśmę, umożliwiając wejście na teren zbrodni. Nie musiała nawet pokazywać odznaki, wszyscy ją znali. Odkąd objęła posadę śledczej, żadna sprawa nie została nierozwiązana.
   Zatrzymała się, wskazując na dwóch funkcjonariuszy, krążących trochę bez celu w okolicy. Od razu podeszli, w końcu mimo wszystko byli na niższym stopniu.
   — Rozegnajcie tych cholernych poszukiwaczy sensacji, a przynajmniej niech się wynoszą z tego odcinka. — Wskazała na deptak od rynku do katedry. — Chcę mieć wolną rękę, a nie użerać się z dziennikarzami. W razie co ta sama śpiewka, co zawsze. Tajemnica śledztwa i tak dalej.
   — Się robi — rzucił jeden z mężczyzn i pociągnął drugiego ze sobą, aby wykonać polecenie.
   Tymczasem kobieta obróciła się plecami do zalanego słońcem deptaku i skupiła na tym, co w obecnej chwili wymagało jej uwagi.
   Przejście między kamienicami było wąskie, ale gdyby się postarać, spokojnie zmieściłby się tam samochód osobowy. Najwidoczniej od czasu do czasu ktoś tam rzeczywiście parkował, bo przy wejściu widniała tabliczka „Uwaga samochód”. Weszła głębiej, aby po chwili trafić na niezbyt wielki dziedziniec otoczony zewsząd murami kamienic. Mimo słońca tutaj panował wszechobecny cień i lekkie ochłodzenie, co zdecydowanie ułatwiało właśnie trwające prace. Technicy mieli sporo roboty przy zabezpieczaniu wszelkich śladów, jakie mogły mieć związek z trupem, a i tak część najpewniej można było uznać za zbędne lub bezwartościowe.
   Ściany mocno odbijały echa, przez co prowadzone rozmowy zdawały się brzęczeć i zlewać jak krzyki kibiców na stadionie. Mimo to wszyscy zauważyli przybycie pani detektyw, która nie starając się zwracać na siebie uwagi i tak to zrobiła.
   Zawsze tak było. Tam, gdzie się pojawiała, przykuwała wzrok. Kiedyś ktoś jej powiedział, że to przez rude włosy, ścięte na krótko. W połączeniu z dość luźnym stylem na pewno wyglądała ekscentrycznie jak na detektywa kryminalistycznego z kilkuletnim stażem. Do tego wystający zza kołnierza koszulki tatuaż tylko pogłębiał rozdźwięk pomiędzy zawodem, a jej wyglądem.
   Kobieta rozejrzała się, chwilowo ignorując sam dziedziniec i pracujących na nim ludzi. Skupiła się na obserwacji otaczających ją budynków. Z rozczarowaniem stwierdziła, że na tę stronę wychodziły tylko malutkie okienka, prawdopodobnie od klatek schodowych.
   — Mało możliwe, żeby ktoś coś zauważył — mruknęła jakby do siebie, od razu notując to w swoim notatniku.
   Otaksowała wzrokiem całość jeszcze raz, szukając potencjalnych kamer, ale żadnych nie zauważyła. Z niezadowoleniem odnotowała również to. Właśnie odpadło już drugie niebywale pomocne źródło dowodów i informacji. W takim wypadku pozostawała stara żmudna metoda wyciągania wniosków z dowodów i mozolne łączenie faktów na temat denata. Należało więc dowiedzieć się jak najwięcej.
   Bez dalszego ociągania schowała swój nieodzowny notatnik i podeszła do siwiejącego już patologa, klęczącego przy ciele zamordowanego chłopaka. Ofiara wyglądała na studenta, co potwierdzała znaleziona przez jednego z funkcjonariuszy legitymacja. Modne ciuchy, fryzura, brak widocznych tatuaży, właściwie nic szczególnie charakterystycznego nie dało się zauważyć.
   — Co mamy? — spytała, pochylając się nad ramieniem pracującego lekarza ostatniego kontaktu.
   — A może jakieś dzień dobry? — spytał mężczyzna, podnosząc wzrok. — Wszyscy po prostu podchodzą i pytają, co mamy, a nikt nie poświęci chwili, żeby się przywitać. Jemu się nigdzie nie spieszy, ma czasu pod dostatkiem, a taki mały gest może człowiekowi poprawić humor.
   — Dzień dobry, Filipie, jak mija poranek? — odparła, tłumiąc rozbawienie. Znała patologa od dawna, współpracował jeszcze z jej ojcem, a teraz także z nią. Wiedziała doskonale, że takie pouczenia nie były poważne, a raczej żartobliwe. — Piękna pogoda, nieprawdaż?
   — Tak, nie zmyła nam dowodów — przyznał pięćdziesięciolatek, wracając do tematu zwłok. Zdecydowanie przywykł do płynnego przechodzenia od krotochwil do powagi. — Na chwilę obecną nie potrafię powiedzieć zbyt wiele. Według temperatury ciała wstępny czas zgonu mogę oszacować pomiędzy północ a czwartą nad ranem, ale dokładniejsze informacje przyniesie mi późniejsze badanie. Ma ranę kłutą klatki piersiowej i drobne zadrapania na rękach. Nie wygląda jednak, żeby się bronił.
   — Zadźgano go? — Zmarszczyła brwi. Z akt innych przypadków pamiętała, że seryjny morderca nigdy nikogo nie zabił w ten sposób. Co najwyżej raz czy dwa poderżnął gardło. — Czyżby Łowca Pełni zmienił taktykę?
   — Niekoniecznie — patolog wskazał na oczy — możliwe byłoby też uduszenie, patrząc na krwawe wybroczyny, chociaż nie ma śladu na gardle. Więcej będę wiedział po sekcji.
   — Jak zawsze. — Wyprostowała się. — Zabierasz już ciało?
   — Tak, od razu do nas.
   — Dobra, dzięki.
   Odeszła od kończącego robotę patologa i rozejrzała się w poszukiwaniu najstarszego z techników. Tego dnia młodszymi stażem kolegami dowodziła Amelia, bezpośrednia w obyciu i doświadczona kobieta w średnim wieku. Bez ogródek i zbędnego przeciągania streściła odnalezione dowody, które jednak mogły nie zdać się na wiele. Nie tracąc czasu, od razu wróciła do swojej roboty, obiecując dać znać w razie ważniejszego odkrycia.
   Rudowłosa z rosnącą frustracją podeszła do detektywa, który przyjechał z nią na miejsce. Mężczyzna właśnie kończył wstępną rozmowę z nastoletnią dziewczyną, która zawiadomiła policję o zwłokach. Była zdecydowanie roztrzęsiona, chociaż nie do przesady. Wyglądało na to, że do przyjazdu policji zdążyła trochę ochłonąć po znalezisku.
   — Proszę się zjawić na komendzie z prawnym opiekunem — zakończył detektyw, pozwalając jej odejść.
   — Błagam, powiedz, że chociaż ty coś masz — powiedziała kobieta, wsuwając ręce do kieszeni spodni.
   — Niewiele — stwierdził, chowając czarny notes. — Znalazła ciało wychodząc zapalić. Tutaj nie ma kamer i okna właściwie są nieużywane, nie ma co liczyć na jakiegoś naocznego świadka.
   — Tyle sama zdążyłam wywnioskować, Piotr — parsknęła. — Widać, że zaułek mało uczęszczany. Coś jeszcze?
   — A to, mała zołzo, że kiedy ty rozmawiałaś z Amelią, technicy zabezpieczyli ślady krwi prowadzące od strony rynku. Posłałem już dwóch, aby zobaczyli, gdzie się zaczynają.
   — O proszę, tego się nie spodziewałam. — Uśmiechnęła się, puszczając docinek mimo uszu. Pracowali jako partnerzy dopiero od roku, ale świetnie się dogadywali. — Chyba nic tu po nas, ale formalnościom musi stać się za dość.
   — Razem czy osobno? — Westchnął, doskonale wiedząc, że czeka ich co najmniej godzina mozolnego pukania do kolejnych mieszkań w kamienicach i wypytywanie o ewentualnych świadków.
   — Osobno będzie szybciej.

IV
   Zamknęłam drzwi swojego pokoju na klucz i odłożyłam go na stojące w rogu biurko. Wolałam się zabezpieczyć przed ewentualnym wtargnięciem. Nikt nie mógł mi przeszkadzać, musiałam być sama. Co prawda tata przed kilkoma minutami wyszedł na wezwanie w sprawie zabezpieczenia śladów po jakimś włamaniu, ale mama i Nat mogły wrócić od lekarza w ciągu najbliższej godziny.
   Dla pewności wyjrzałam za okno, jednak nie zauważyłam samochodu żadnego z rodziców. To mnie trochę uspokoiło. Gdyby ktoś wszedł podczas rytuału, wszystko mogłoby się schrzanić. Nie tylko w kwestii samego obrzędu.
   Osoba przerywająca go mogłaby zginąć lub, tak jak ja, na zawsze utracić duszę.
   Poprawiłam zasłony i przeszłam na pusty środek pokoju. Meble przesunęłam pod ściany tak, aby mieć jak najwięcej wolnej przestrzeni, dlatego teraz spokojnie mogłam wyrysować symbol, znaleziony jakiś czas temu w starej księdze. Otworzyłam trzymany w dłoni opasły wolumin i sięgnęłam po białą kredę.
   Wzięłam głęboki wdech, po czym przyklęknęłam na podłodze. Ręce drżały mi tylko przez chwilę.
   Nie miałam wyboru.
   Zaczęłam kreślić kolejne linie, najpierw powoli, potem coraz pewniej. Po kilku minutach zamknęłam księgę i podniosłam się z kolan. Drewnianą podłogę zdobił ogromny okrąg, w który wpisałam pentagram i baphomet, połączone w jedno. Otrzepałam ręce z pyłu i sięgnęłam po świeczki, pięć białych i pięć czerwonych. Nie dysponowałam innymi niż tymi do podgrzewaczy, co mimo wszystko nie powinno stanowić problemu. Ułożyłam je i zapaliłam wszystkie zapałkami, zgodnie z tradycją. Nie wiedziałam, czy to ma znaczenie, ale pod tym względem wolałam trzymać się wytycznych, nawet jeśli kilka razy prawie opaliłam sobie palce.
   Gdy skończyłam zabawę z ogniem, podeszłam do włącznika i zgasiłam światło. Teraz jedynie świeczki stanowiły źródło jakiegokolwiek blasku w pokoju, co już samo w sobie było trochę przerażające, a chybotliwe cienie tylko potęgowały wrażenie. Serce podchodziło mi do gardła, ale musiałam się opanować. Jeżeli nie ja, to nikt by tego nie zrobił.
   Ponownie skierowałam się do biurka i odłożyłam wolumin, dotychczas niespokojnie przeglądany przy każdym kolejnym etapie przygotowań. Upewniłam się, czy wszystko dobrze wykonałam, jednak nie zauważyłam żadnego błędu. Ostatecznie zamknęłam księgę, która teraz już by tylko przeszkadzała.
   Wzięłam głęboki wdech, znowu kupując w ten sposób trochę czasu na opanowanie skołatanych nerwów. Żałowałam, że nie potrafię wyłączyć emocji, to zdecydowanie ułatwiłoby sprawę. W końcu byłam gotowa, a przynajmniej tak mi się wydawało.
   Sięgnęłam po leżący na blacie nóż kuchenny i przeszłam na środek symbolu. Przez chwilę walczyłam ze zdrowym rozsądkiem, jednak nie pozwoliłam mu wygrać.
   Odkąd wykryto u Natalii nieoperacyjnego guza mózgu, rodzice nie robili nic innego, tylko podawali jej kolejne eksperymentalne leki i modlili się, aby wyzdrowiała. Moja religijna rodzina wierzyła, że w końcu stanie się cud, a śmiertelnie chora dziewczyna nagle okaże się całkowicie zdrowa. Wierzyli, że Bóg ich wysłucha.
   Ja byłam innego zdania. Wierzyłam, ale nie mydliłam sobie oczu nadzieją, że jakaś najwyższa istota niebieska pochyli się nad naszym problemem tylko dlatego, że wznosimy błagania bez pokrycia.
   Wiedziałam jednak, że inne istoty mogą coś zdziałać, wysłuchać błagania. Oczywiście nie bezinteresownie, ale dla mnie cena nie miała znaczenia.
   Zamknęłam oczy i szybkim ruchem nacięłam wnętrze lewej dłoni. Nagły ból rozszedł się dreszczem po moim ciele, po chwili skupił się w ranie pulsującym, tępym uczuciem. Zacisnęłam pięść, by zebrać w niej krew, jednocześnie szepcząc wyrytą w pamięci formułę.
   — O Panie Piekielny, który zostałeś strącony z niebios przez Boga, przyjdź na uniżone błaganie swojej pokornej służebnicy. Ty, który zasiadasz na piekielnym tronie, usłysz moje wołanie i zaszczyć mnie odpowiedzią. Lucyferze, Tyś zasiadał wśród boskich sług, a teraz sam sprawujesz władzę, zechciej zjawić się na moją prośbę. Oddaję Ci swoje ciało, oddaję Ci swoją duszę, oddaję Ci swoją krew.
   Powtarzałam to raz za razem.
   Niczym mantrę.
   Niczym modlitwę zdolną ocalić mnie z opresji.
   Niczym ostatnie słowa ratunku.
   Krew powoli przelewała się przez zaciśnięte palce, więc uznałam, że zebrałam jej odpowiednio wiele.
   Nie przerywając powtarzania formuły, zanurzyłam prawy palec wskazujący i narysowałam przed sobą odwrócony krzyż. Przesunęłam się trochę i rozrysowałam dwa kolejne symbole – oko Horusa po lewej i Ankh po prawej. Kiedy były gotowe, wstałam i skropiłam wszystkie świece swoją posoką, po czym wróciłam na środek i uklękłam, kładąc dłonie na kolanach, wierzchem do dołu.
   Rytuał został dokończony, wystarczyło po raz ostatni zawezwać szatana i wyznać swoją prośbę. Oblizałam suche wargi i odezwałam się, przerywając wieczorną ciszę głosem z pogranicza szeptu.
   — Lucyferze, Panie mój, pokornie błagam, wysłuchaj mnie. Lucyferze, Ojcze mój, pokornie błagam, przeklnij mnie. Lucyferze, który zasiadasz na tronie piekielnym, obdarz mnie swoją mocą, usłysz moje wołanie i zjaw się. Uratuj moją siostrę, a sprzedam Ci duszę moją, bowiem to jedyne, co mogę zaoferować.
   Kiedy zamilkłam, zapadła całkowita cisza, nieprzerwana nawet najcichszym szelestem zza okien. Jakby czas się zatrzymał, a wraz z nim wszystkie inne dźwięki.
   W pierwszej chwili poczułam zawód, jakbym została zignorowana. Nie wiedziałam, czego dokładnie oczekiwałam, ale na pewno nie tego. Nie całkowitego milczenia, nie dalej sączącej z rany krwi, nie uczucia pustki, jakie zawładnęło moim sercem.
   Wzrok zrobił mi się szklisty od łez. Tak bardzo liczyłam uzdrowić w ten sposób siostrę. Nawet przez chwilę nie przyszło mi do głowy, że to może być bujda.
   Chciałam odegnać łzy, jednak zdążyły już spłynąć po moich policzkach. Wsparłam się dłońmi o podłogę i zaszlochałam z bezsilnej złości na samą siebie, na swoją naiwność.
   I wtedy coś się zmieniło.
   Najpierw poczułam, że coś zafalowało w powietrzu, jakby ktoś włączył wentylator na najmniejszych obrotach.
   Podniosłam głowę, zaciskając bezwiednie palce na rękojeści leżącego tuż obok noża. Powiodłam wzrokiem po pomieszczeniu, ale nic nie zauważyłam.
   Nagle dostrzegłam, że wariują płomyki świec. Zaczęło się od białej, stojącej na szczycie pentagramu prosto przede mną. Pomarańczowy ognik przygasł, aby następnie na nowo wystrzelić w górę. Zamigotał, rozrastając się bardziej, niż powinien na tak małej świeczce i pochylił się niczym w ukłonie. Nie trwało to długo, ale powtórzyło się na następnej białej świeczce.
   Potoczyłam wzrokiem po kolejnych palących się podgrzewaczach i zorientowałam się, że wszystkie dziesięć zdążyło wykonać dziwny taniec, którego niemal na pewno nie spowodował podmuch powietrza. Wtedy zafalowały niczym kłosy zboża na wietrze i przygasły, a po moich plecach przebiegł dreszcz.
   Wysłuchano mnie, to było jedyne wyjaśnienie dziwnego zachowania płomieni.
   Jednak wbrew temu, co myślałam i na co byłam przygotowana, nadal nie czułam nic dziwnego. Nie wcielił się we mnie demon, nie padłam jak worek kartofli wydając ostatnie tchnienie, nie stało się nic, co mogłoby mieć miejsce przy odbieraniu mi duszy.
   Zmarszczyłam brwi. To nie miało być tak. Może faktycznie wszystko to zrobiłam na próżno, tak samo naiwnie wierząc w pakt, jak moi rodzice wierzyli w moc modlitw?
   Kątem oka dostrzegłam jakiś ruch przy oknie i zrozumiałam, że nie jestem w pokoju sama.
   Czyżby tak miała się dokonać moja zapłata?
   Szatan przysłał kogoś, aby mnie zabił?
   A może to nieczysta istota mająca odebrać mi ciało i rozum?
   Z sercem bijącym jak oszalałe wstałam z podłogi, nadal ściskając nóż. Powoli, jak najciszej się dało, podeszłam do okna i gwałtownym ruchem odsunęłam kotarę. Jednak tam nikogo – ani niczego – nie było.
   Dopiero gdy opuściłam swobodnie dłoń z nożem, poczułam na ramionach dotyk. Zamarłam, orientując się, że w nocnym widoku zza okna odbijam się nie tylko ja.
   W odbiciu ujrzałam czarnego, cieniopodobnego demona opartego pazurzastymi łapami na moich barkach. Pierwszą myślą było to, że przypomina trochę dżina z Aladyna. Dopiero potem zdałam sobie sprawę, że nie spełni on moich trzech życzeń.
   — Przyszedłeś po moją duszę? — spytałam przez ściśnięte gardło tak cicho, że niemal bezgłośnie.
   Istota piekielna pokręciła tylko łbem i wlepiła w nasze odbicie czerwone ślepia. Nie potrafiłam oderwać wzroku od pałających żarem oczu demona.
   Wręcz hipnotyzowały blaskiem pożogi, szaleństwa, żądzy krwi.
   Blaskiem piekieł.
   Wpatrywałam się w odbicie tak długo, że nagły szept wypełniający moje uszy przestraszył mnie nie gorzej, niż gdyby sam Lucyfer stanął w drzwiach.
   Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to mój własny głos. Że to ja poruszam wargami, wydaję sylaby i składam to w słowa.
   Ale w rzeczywistości to nie ja mówiłam.
   — Pokorna córo, twoja prośba została wysłuchana. Jutro rano twoja siostra obudzi się z mniejszym guzem. Tak będzie każdego kolejnego dnia, aż do najbliższej pełni, kiedy to wstanie zupełnie zdrowa. W zamian jednak Pan nie odbiera twej duszy, a przysyła ci dar, swojego sługę Luciusa. Od tej pory aż do dnia twojej śmierci będę ci mentorem. Pomogę ci w spłacaniu długu, jaki właśnie zaciągnęłaś. Każdej pełni będziesz wyszukiwać śmiertelnej duszy, którą odeślesz do królestwa piekielnego. Jeśli któregoś razu tego nie zrobisz, choroba twojej siostry powróci, powolnie ją zabijając, przynosząc cierpienie gorsze, niźli obecny stan świadomej agonii.
   Umilkłam, czy też demon przestał mówić moimi ustami. W pokoju zapanowała głucha cisza, a do mnie dotarło, co to oznaczało.
   Stało się.
   Oddałam siebie, swoje ciało i przyszłość dla Nat. Każdy miesiąc jej życia miał od teraz kosztować śmierć kogoś innego.
   Nie tego się spodziewałam i nie wiedziałam, czy podołam, ale dla niej musiałam przyjąć ten układ. Bo czym jest śmierć obcego w imię życia najbliższych?
   Niewielkim kosztem wliczonym w cenę przetrwania.
   Zmusiłam się do bladego uśmiechu. Skoro demon został moim przymusowym towarzyszem, to powinnam chociaż spróbować odnaleźć z nim jakiś wspólny język.
   — Czyli od teraz już zawsze będę miała kolegę, tak? — spytałam lekko drżącym głosem.
   Demon pokiwał głową i uśmiechnął się szeroko taką samą żarzącą czerwienią, jaką biły jego oczy.

V
   Rudowłosa detektyw wróciła na komisariat sama. Jej partner wysiadł po drodze, bo dostał informację, że jeden z jego synów narozrabiał w szkole.
   Korzystając z chwili, zdecydowała się zrobić sobie kawę i wyciągnąć akta. I tak nie miała jeszcze nic konkretniejszego do roboty, a stare dokumenty w takich sprawach zawsze były pomocne. Szczególnie w tej beznadziejnej sytuacji mogły wnieść więcej treści niż same dowody. Na szczęście nie musiała w tym celu iść do archiwum. Odpisy, ksera i liczne notatki miała poukładane w kartonach.
   Gromadziła je nieoficjalnie, a czasem nawet z nagięciem zasad, ale nieprzerwanie od samego początku działalności mordercy. Dotychczas trzymała to wszystko w mieszkaniu, ale teraz przywiozła i na nowo pogrupowała, upychając w każdy możliwy kąt swojego gabinetu.
   Nie bez powodu, zdobywszy reputację rzetelnej śledczej, wystarała się o przypisanie jej grupie tej sprawy. Wszyscy w komendzie wiedzieli, że ma obsesję na punkcie Łowcy Pełni. Śledziła jego poczynania, zanim jeszcze skończyła akademię policyjną, badając skrupulatnie wszystkie dostępne materiały.
   To była najtrudniejsza i najbardziej rozciągnięta w czasie sprawa seryjnego mordercy, jaka kiedykolwiek miała miejsce. Najwięcej problemu sprawiał fakt, że chociaż szukała go cała Polska, to umykał z miasta do miasta, nim ktoś wpadł na jego trop. Niejednokrotnie szykowane zasadzki chybiały celu, a następne uderzenie nadchodziło w innej miejscowości i cały plan znowu się sypał. Długo czekano, szukano i starano się go wytypować, ale na próżno. Dopiero teraz popełnił tak bardzo wyczekiwany błąd – wrócił do swoich korzeni i po ponad dziesięciu latach zaczął zabijać w tym samym mieście. Co ważniejsze, nie wydawało się, żeby zamierzał znowu zmieniać rewir.
   Kobieta weszła do gabinetu i zamknęła za sobą drzwi, niosąc kubek gorącej kawy. Przy tym upale raczej powinna postawić na coś chłodnego, ale wiedziała, że w pewnym momencie tak się zatraci, że napój i tak wystygnie.
   Zawsze tak było.
   Kiedy zagłębiała się w akta sprawy, zapominała o całym świecie. Szczególnie jeśli chodziło o tą konkretną. Raz zatraciła się tak bardzo, że przez trzy dni ciągiem żyła tylko na energetykach i batonikach, trzymanych w szufladzie na nagły głód. Gdyby szefostwo nie zauważyło tej prywatnej działalności, prawdopodobnie któregoś dnia znaleźliby ją śpiącą w archiwum. Jej zainteresowanie nie było jednak spowodowane ilością zamordowanych, złożonym profilem psychologicznym czy samym faktem, że należało w końcu ukrócić sukinsyna.
   Chociaż nikomu tego nie powiedziała, Łowca Pełni wydawał się jej niebywale osobisty. Niebywale… Bliski. Dlatego postanowiła dopaść go za wszelką cenę.
   Odstawiła kubek na biurko i podeszła do okna, aby przysłonić żaluzje. W pomieszczeniu było gorąco, więc włączyła jeszcze klimatyzację, po czym podeszła do jednego z kartonów. Nie miała czasu prześledzić ponownie wszystkich akt od początku do końca, dlatego wyjęła stertę zeszytów i teczek z własnymi, bardzo skrupulatnymi, ale możliwie najkrótszymi notatkami. Otworzyła najnowszy i dopisała w nim ofiarę z rana. Dokładnie sto dwudziestą piątą, którą powiązała z tym samym mordercą.
   Westchnęła ciężko, zamykając zeszyt i odchylając się na moment w krześle. Prowadzone przez nią śledztwo – dotychczas prywatne i błądzące na granicy nielegalności – wykrystalizowało obraz niebywale systematycznego i krwiożerczego potwora w ludzkiej skórze.
   Bo jak inaczej nazwać kogoś, kto doskonale omijał wszelkie kamery, świadków, zdawał się intuicyjnie i bez większego trudu ignorować lub unieszkodliwiać to, co mu zagrażało?
   Zawsze ciała znajdowano w zaułkach lub ciemnych miejscach. Prawie żadna z ofiar się nie broniła, żadna nie miała śladów ogłuszenia, duszenia, właściwie niemal żadnych obrażeń wskazujących na tego samego oprawcę. Jedne były duszone, inne otrute, niektóre otrzymywały jeden silny cios w głowę, inne wiele uderzeń na całym ciele. Żaden seryjny morderca nie wykazywał takiej dowolności w tej materii. Większość z nich wybierała jedną metodę odbierania życia i trzymała się niej od początku do końca. Dlatego łatwo ich było powiązać, odkryć schemat i ostatecznie zatrzymać.
   W tym przypadku było trudniej, a jedną ze znikomych przesłanek wskazujących na jednego sprawcę była jego systematyczność. Przez długi czas nikt nie zauważył nawet cienia szansy, że znajdowane po każdej pełni ciała są dorobkiem tego samego mordercy. Po pierwsze, nie znaleziono żadnych śladów, które by na to wskazywały. Po drugie, ofiary nie miały ze sobą nic wspólnego i po trzecie, sprawy prowadziły różne jednostki. Dopiero po nagłośnieniu tego przez komendę główną okazało się, że przez rok przybyło w statystykach dwanaście niewyjaśnionych spraw.
   Wtedy rudowłosa usłyszała o tym od ojca, który pracował jako technik kryminalistyczny. Sama wówczas uczęszczała do akademii policyjnej i rozważała pójście na zaoczne studia prawnicze, ale zagadkowa sprawa skusiła ją, aby od razu podjąć pracę w zawodzie. Od tamtej pory, nawet jeśli nie należała do zespołu badającego sprawę, śledziła ich poczynania i kolejne nieudane próby wyprzedzenia mordercy. I kiedy już miała nadzieję, że uda jej się dołączyć do śledczych, ścigany zaprzestał swojej działalności, a przynajmniej tak się zdawało.
   Rok później takie same comiesięczne przypadki nagłośniła Warszawa, a po niej Poznań, Wrocław i inne większe miasta. Podjęto szeroko zakrojone próby ujednolicenia dochodzeń, jednak chaotycznie prowadzona współpraca nie przyniosła efektu.
   Teraz sprawa zatoczyła koło i od pół roku toczyła się na oczach ambitnej detektyw, która – posiadając niebagatelną wiedzę gromadzoną dzięki odpowiednim wpływom i koligacjom – ostatecznie położyła swoje ręce na oficjalnym dochodzeniu. Teraz wystarczyło nie dopuścić, aby śledztwo trwało dłużej i pilnować, żeby nie odebrał go inny ambitny detektyw.
   Kobieta przeczesała dłonią włosy, prostując się na fotelu. To nie był najlepszy czas na analizę czyichś błędów i rozwlekłej historii sprawy. Niestety czynności nadal trwały, co nie dawało jej zbyt wielkiego pola manewru. Znając Filipa, patolog zabrał się za sekcję zaraz po przywiezieniu zwłok, ale jego skrupulatność na pewno znacznie przedłużyła całe oględziny. Technicy dopiero kończyli zwozić dowody, a zanim te zostaną przeanalizowane… Cholernie wiele czasu miało jeszcze upłynąć, nim uda się wysnuć jakieś konkretne wnioski. W tym czasie należało przeanalizować samego denata i jego przeszłość, powiadomić rodzinę… Tego ostatniego nie lubiła najbardziej i zastanawiała się, czy nie wysłać z tą przykrą kwestią kogoś innego.
   Już zamierzała sięgnąć po telefon i zadzwonić po jednego z podwładnych, kiedy drzwi jej gabinetu otworzyły się bez pukania.
   — Przepraszam, pani detektyw, ale patolog pilnie wzywa panią do prosektorium.
   — Już idę — odparła, wstając zza biurka i upatrując w posłańcu swoją ofiarę. — A ty, Kowalski, skoro już jesteś. Poćwiczysz takt i pukanie do drzwi. Zawiadom bliskich naszego denata o tym, że nie żyje.
   Minęła zbolałego sierżanta, z trudem ukrywając krzywy uśmieszek złośliwości. W zarządzaniu ludźmi naprawdę lubiła to poczucie bezwzględnego autorytetu, jakie budziła u tych zaczynających pracę lub niższych stopniem. Nie wszystkich to ruszało, ale przynajmniej tutaj udawało się jej utrzymać kontrolę. W życiu prywatnym wyglądało to o wiele gorzej.
   Jako trzydziestolatka ciągle nie potrafiła znaleźć sobie faceta, wszelkie relacje poza pracą jej się sypały, a nawet w rodzinie nie było z tym najlepiej. O ile z rodzicami miała dobry kontakt – chociaż matka nadal pracowała w kancelarii jako wzięta prawniczka – tak z siostrą… Wolała nawet o niej nie myśleć.
   Kiedyś były nierozłączne, jak to siostry. Mimo różnicy trzech lat dogadywały się bez słów. Obie były córeczkami tatusia i skarbami zapracowanej mamy, nie rozrabiały zbytnio, a jak podrosły, to też nie sprawiały większych problemów. Dopiero później młodsza zaczęła dokazywać. Rudowłosa winiła za to fakt, że w tym czasie rodzice zaczęli więcej uwagi poświęcać właśnie jej, bo wszystko zbiegło się z wykryciem u niej niemal nieuleczalnego guza… Później było już tylko gorzej. Nawet kiedy jakimś cudem guz zniknął, a ich życie zaczęło wracać do normy, młoda się wycofała, zamknęła w sobie, uciekała od najbliższych. Myśleli, że sprawa się uspokoi, kiedy pójdzie na swoje wymarzone studia, ale z jakiegoś powodu się nie dostała. Gdyby od razu im powiedziała, pewnie nie byłoby afery, ale dowiedzieli się dopiero wtedy, gdy ona już nawiała do innego miasta z pieniędzmi, które rodzice przeznaczyli jej na mieszkanie. Na początku nie chcieli słuchać wyjaśnień, a potem było już za późno. Od tamtej pory ich jedynym kontaktem były przysyłane przez dziewczynę pocztówki z każdego miasta, do którego się przeniosła. Nigdy nie odpowiedzieli na jej wiadomości, ale uparcie je wysyłała.
   Szybkim krokiem przemierzyła korytarz i zbiegła schodami do piwnicy, gdzie znajdowały się pomieszczenia prosektorium. Weszła do jedynej sali ze stołem sekcyjnym i od razu podeszła do zajętego pracą patologa. Najwidoczniej sprawa była naprawdę poważna, skoro wezwał ją w trakcie czynności.
   — Szukałeś mnie.
   — Dobrze, że jesteś. Chyba mamy pierwszy ważniejszy trop — powiedział, wskazując na rozkrojoną klatkę piersiową. Nadal przy niej pracował. — Rana kłuta nie była poważna, ominęła serce i płuca, ale trafiła na żebra. W ranie utkwił fragment narzędzia, które właśnie usiłuję… No, mam cię. Mogłabyś podać mi jedną z tamtych szalek?
   Kobieta wykonała prośbę, starając się więcej nie patrzeć na rozcięte ciało. O ile trupy jej nie ruszały, tak widok ich wnętrzności raczej nie należał do jej ulubionych. Patolog wrzucił znaleziony odłamek na szalkę, ignorując nietęgi wyraz twarzy rozmówczyni.
   — A wiesz już może, jak zginął? — spytała, zamykając wieczko i skupiając wzrok na otrzymanym dowodzie.
   — Czekam na toksykologię, ale wszystko wskazuje na uduszenie. Nie ma jednak śladów osób trzecich ani żadnych narzędzi do tego wykorzystanych.
   — Jak w przypadku innych uduszonych ofiar. Brak zasinień na gardle, a w drogach oddechowych zero włókien. — Wydała z siebie coś pomiędzy westchnieniem a warknięciem. — Sukinsyn ma w tym wprawę, ale oby to — zagrzechotała elementem potencjalnego narzędzia zbrodni — coś nam dało. Chwilowo to jedyne, co mamy.
   — Dam znać, jeśli toksykologia coś wykaże.
   Skinęła głową i czym prędzej opuściła pomieszczenie. W drodze do swojego biura zajrzała do laborantów, którzy właśnie zaczynali przeglądać zwiezione dowody i dorzuciła im odłamek. Miała nadzieję, że te mądrale w białych fartuszkach wyczarują coś przydatnego, chociaż nie liczyła też na zbyt wiele.
   Wróciwszy do siebie, od razu zatopiła się w papierach, analizując pierwsze zdobyte informacje i starając się z tej garstki stworzyć coś na wzór zarysu nowej układanki.

VI
   Początkowo nie czułam, że coś się zmieniło. Wyczekiwałam tylko kontrolnej wizyty Nat, która mogła rozstrzygnąć, czy sprzedałam duszę na darmo, czy rzeczywiście wytargowałam dla niej zwycięstwo z chorobą.
   Oczywiście miałam świadomość zawartego paktu, zdawałam sobie sprawę, jakiej zapłaty oczekiwano za ewentualne uzdrowienie, jednak nie czułam ciężaru tego wszystkiego. Wydawało mi się, że udźwignę to bez najmniejszego problemu.
   Było tak do dnia, w którym Lucius zdecydował się po raz pierwszy zabić za pośrednictwem mojego ciała.
   Zbliżał się wieczór, a ja szykowałam się powoli do spania, kiedy nagle w kącie łazienki zmaterializował się Lucius. Demon wskazał łapą najpierw na mnie, a potem na lustro.
   Westchnęłam, wiedząc, że chce się ze mną połączyć.
   Stanęłam przed lustrem, a cień zawisł za mną i położył łapy na moich ramionach. Poczułam lekki dreszcz, który towarzyszył zespoleniu. Nie odczułam tego podczas pierwszego dnia, bo wtedy byłam zbyt przejęta całym rytuałem, jednak każdy następny raz wiązał się z tym dziwnym, obezwładniającym uczuciem. Mrowienie rozeszło się od barków w dół, po kręgosłupie. Po chwili czegoś pomiędzy uczuciem strachu a rozkoszy, moje struny głosowe ponownie należały do Luciusa.
   — Od kilku dni nawiązujemy ze sobą kontakt, a zespolenie zarówno dla mnie, jak i dla ciebie, staje się łatwiejsze — zaczął moim głosem, niewiele donośniejszym od szeptu. — Poznaję twoje ciało powoli, nie chcąc naruszyć delikatnych struktur ludzkiego mózgu. Byłabyś wtedy bezużyteczna, a jako puste naczynie nie przydasz się Panu. Jednak co innego zespolić się z tobą, wykorzystywać głos i wyczuwać kolejne kończyny, a co innego faktycznie wejść w ciało i nim zawładnąć. — Poczułam ciarki, zdając sobie sprawę, co demon ma zamiar przekazać. Nasze spojrzenia skrzyżowały się w odbiciu, a cień uśmiechnął się tym dziwnym, żarzącym się grymasem. — Tak, planuję dzisiaj wcielić się w twoje ciało, aby sprawdzić, jakie masz predyspozycje. Nie robię tego tylko dla siebie, jesteś zobowiązana zabijać, a do tego musisz się nastawić psychicznie. Nawet jeśli wydaje ci się, że jesteś na to gotowa, pierwsze kilka, może nawet kilkanaście ciał będę zmuszony zabić za ciebie, ale za pośrednictwem twoich rąk i być może moich mocy. Dopiero wtedy będę w stanie określić, jakie zdolności opanujesz, a co za tym idzie, jakie będę mógł ci udostępniać. Zanim do tego przejdziemy, chcesz o coś spytać?
   Zamilkłam na moment, czując całkowitą pustkę w głowie. O co mogłabym spytać demona, który do końca życia miał stanowić coś pomiędzy cieniem a pasożytem, stale wykorzystującym moje ciało?
   O to, jak będzie wyglądało polowanie?
   O jego preferencje?
   A może o pieprzony ulubiony kolor?
   W przeciągającej się ciszy wypełnionej powoli plączącymi się myślami usłyszałam chichot, podbity lekko demoniczną nutą, taką jak słychać zawsze u złoczyńców z kreskówek. Zorientowałam się, że to demon zwija się ze śmiechu, jednocześnie powodując, że to ja się śmiałam.
   — To z kolorem było dobre — wydusiłam, jakbym faktycznie dławiła się śmiechem. — Przepraszam, ale nie mogłem wytrzymać, rozbawiłaś mnie. Dla wyjaśnienia, kiedy się zespalamy, czuję twoje myśli, dlatego wszystko słyszałem. Proszę, nie patrz na mnie, jak na pasożyta, tylko jak na współpracownika, który ma stanowić dla ciebie wsparcie, a jednocześnie łączność z szefostwem. Rozumiem, że nie masz pytań?
   Powoli pokręciłam głową, chociaż w tym samym momencie nasunęła mi się myśl. Chcąc sprawdzić, czy podczas zespolenia sama panuję nad mową, powoli i jakby z lekkim oporem zmusiłam usta, aby zaczęły formować pierwsze sylaby.
   — Co jeśli będę psychicznie niestabilna? — spytałam, a następne słowa poszły już gładko, jakby demon odblokował mój narząd mowy. — Jeśli każdy mord zacznie doprowadzać mnie do szaleństwa? Czy pakt zostanie zerwany?
   Twarz demona wyglądała, jakby zmarszczył brwi, chociaż nie wiedziałam, czy to możliwe. W końcu Lucius przemówił, znów wykorzystując mnie do tego.
   — Wtedy albo Pan zawiesi pakt, albo nakaże mi zsyłać na ciebie chwilową niepoczytalność, to zaś zależy od tego, jak będzie układać się nasza współpraca. Próbując unikać zobowiązania, ściągniesz na siebie karę, a nie po to sprzedałaś duszę, aby potem obracać wszystko w jeszcze gorszym kierunku. — Urwał, jakby czekał na odpowiedź, jednak nic nie powiedziałam. — Jeśli nie masz więcej pytań, proponowałbym przejście do konkretów. Pójdziemy dzisiaj zapolować na próbę. Uprzedzam, że cała procedura może być nieprzyjemna.
   Lucius rozpłynął się w chmurę pyłu, która opadła na mnie niczym czarny od spalin śnieg. Spojrzałam na pokrytą ciemną warstewką skórę i obserwowałam, jak wnika w głąb mnie, jakby się topiła. Początkowo nie wiedziałam, dlaczego demon uprzedzał o nieprzyjemnościach, ale gdy pył zniknął, od razu to zrozumiałam.
   Najpierw poczułam się, jakby zabrakło mi tlenu w płucach. Zapowietrzyłam się, łapiąc powietrze w gwałtownych, szybkich i urywanych wdechach. Nie czekałam długo, aby pociemniało mi od tego w oczach. Nogi zmiękły, zakręciło mi się w głowie, czułam, że zaraz zemdleję. Odruchowo próbowałam zacisnąć palce na krawędzi umywalki, ale chyba straciłam czucie w kończynach. Opuszki ledwie smyknęły się po porcelanowej powierzchni, a ja już leciałam na podłogę.
   Upadając nie poczułam jednak bólu, jedynie zimno kafelkowej podłogi potwierdzało, że leżę. W uszach mi szumiało, ale przynajmniej powoli wracał wzrok. Zamrugałam, przyspieszając zanik mroczków, chociaż sposób, w jaki widziałam teraz otoczenie, przyprawił mnie o dodatkowy zawrót głowy.
   Wszystko wyglądało jak w czarno-białym filmie słabej jakości i to odpalonym na telewizorze z efektem rybiego oka. Zacisnęłam powieki i skupiłam się na oddechu.
   Po kilku sekundach zmusiłam się do zwolnienia rytmu, co osłabiło nieprzyjemne uczucie omdlałego ciała. Spróbowałam wstać, ale kończyny nadal odmawiały posłuszeństwa, a nawet rwały ostrym bólem przy każdym drgnieniu. Krzyknęłam, gdy wszystkie mięśnie jak na zawołanie zapłonęły pulsująco-kłującym bodźcem. Nie potrafiłabym określić, co konkretnie mi doskwiera, po prostu cała byłam jednym wielkim ogniskiem okropnego, otumaniającego zmysły bólu.
   Po minucie lub dwóch, chociaż dla mnie trwało to wieki, powoli wróciło mi czucie. Rozchodzące się stopniowym mrowieniem ciepło przywracało utraconą na moment władzę. Otworzyłam oczy. Chociaż nadal widziałam w szarych barwach, nie doskwierało to już tak, jak wcześniej. Podniosłam się na jednym łokciu, przykładając dłoń do potylicy. Gdy minął ten nieoczekiwany i zdecydowanie nieprzyjemny efekt uboczny wcielenia, wróciły do mnie bodźce, które stanowiły konsekwencje upadku. Najmocniej dawał się we znaki tył głowy, ale gdy odjęłam palce, nie zauważyłam krwi. Najwidoczniej nie groziło mi nic gorszego od guza lub siniaka.
   Pozbierałam się z podłogi i stanęłam chwiejnie na nogach. Postanowiłam dać sobie trochę czasu na opanowanie nadal drżących mięśni. Gdy tak stałam, przyzwyczajając się do nowego, wypranego z koloru otoczenia, rozległo się pukanie do drzwi.
   — Potworku, nic ci nie jest? — usłyszałam lekko zaspany głos ojca.
   Spanikowałam, nie wiedząc, co robić. Zignorowanie zmartwiłoby go, ale nie mogłam też pozwolić na to, aby ktoś widział mnie w na wpół opętanym stanie.
   Gdy szukałam jakiegoś logicznego rozwiązania, w całym moim umyśle rozległ się ciepły, głęboki głos. Gdybym nie wiedziała, że właśnie wcielił się we mnie demon, obstawiałabym u siebie początki jakiejś choroby psychicznej.
   Uspokój go jakoś i dopiero wówczas wyjdziemy – powiedział Lucius spokojnym tonem. – Masz rację, że nie powinni cię teraz widzieć. Możesz być blada jak trup, a to by wzbudziło niepotrzebne pytania.
   Poczułam się jak ofiara rozdwojenia jaźni albo innej schizofrenii, ale posłuchałam. Na szczęście nigdy nie miałam zbyt wielkiego problemu z szybkim wynajdowaniem wyjaśnień lub wymówek.
   — Nic! — rzuciłam, nawet nie podchodząc do drzwi. — Potknęłam się i wyrżnęłam kolanem w podłogę.
   — Posmaruj potem maścią na stłuczenia, jest w szafie — odparł tata i ziewnął. — Dobranoc, potworku.
   — Dobranoc — powiedziałam, z ulgą słysząc oddalające się kroki.
   Odczekałam, aż rozległo się ciche trzaśnięcie drzwi od sypialni rodziców, a potem dałam sobie jeszcze kilka sekund. Gdy poczułam się na tyle pewnie, aby puścić umywalkę, wyprostowałam się.
   I zamarłam.
   W lustrze – poza tym, że wszystko było czarno-białe, a co już mocno zaburzało odbiór mojego wyglądu – zobaczyłam połączenie zmęczonej nastolatki i zjaranej, podstarzałej wariatki. Pomijając fakt, że od kilku dni miałam podkrążone oczy, teraz cienie wydawały się mocniejsze, bardziej widoczne. Powieki mi ciążyły, przykrywając powiększone jak po trawce źrenice. Niechlujna burza trochę przetłuszczonych jasno-blond włosów nie polepszała sprawy. Gdyby ktoś z domowników zobaczył mnie w takim stanie, od razu albo by spanikował, albo oskarżył o ćpanie po kryjomu.
   Długo chcesz się tak lampić w to lustro, czy możemy powoli działać? – spytał Lucius, a ja się wzdrygnęłam. Już prawie zapomniałam o jego obecności wewnątrz mojej głowy. – Dzisiaj zobaczymy, jak się nam będzie pracowało w pełnym połączeniu, a to oznacza, że to ja będę tobą sterował, mówił i tak dalej. Teraz też patrzysz tak, jak ja bym widział podczas polowania. Jeśli okaże się, że coś nie pasuje, na ten przykład ciemna otoczka przyprawia cię o zawroty głowy, będziemy szukali lepszych rozwiązań. Gotowa?
   Pokiwałam głową. Chociaż chyba jednak nie byłam, a przynajmniej na początku.
   Lucius przejął kontrolę, odsunął mnie od zlewu i skierował w stronę drzwi. Pierwsze kroki wydawały się sztywne, jakieś nienaturalne, ale gdy wyszliśmy na korytarz, stawiał moje nogi normalnie.
   Całą drogę do drzwi wejściowych czułam się jak w transie lub jakimś dziwnym śnie. Ruszałam się, szłam, czułam posadzkę pod stopami, zimno kluczy w ręku i szorstkość zakładanej kurtki, jednak wszystko to działo się gdzieś poza mną. Byłam obiektem tych bodźców, jednak czułam się bardziej jak obserwator. Wiedziałam już, że muszę jak najszybciej dojść z Luciusem do jakiegoś innego porozumienia, bo na dłuższą metę szło dostać mdłości. Już mi się wywracało w żołądku, a dopiero wyszliśmy na podwórko.
   Zapowiadała się długa noc.
   Demon wyprowadził nas na ulicę i zamknął furtkę. Dość dobrze obył się z moją rutyną, aby wiedzieć, jak nie dać po nas poznać jakiejś zmiany. Chociaż zapadł zmrok, było dopiero koło dwudziestej. W weekendy lubiłam wychodzić na samotne spacery nawet bez uprzedzania rodziców, więc moje chwilowe zniknięcie nikogo nie powinno zdziwić. Także kierunek obrał taki sam, jaki często wybierałam.
   Uznam to za komplement – usłyszałam gdzieś z tyłu głowy lekko rozbawiony ton. – Dobre rozpoznanie zwyczajów to klucz, aby nie zdradzić opętania lub w naszym przypadku wcielenia i zespolenia.
   Uśmiechnęłam się pod nosem. Nawet nie musiałam się wysilać, aby z nim rozmawiać. Skoro wystarczyło pomyśleć, a on od razu wiedział, o co chodzi, zwróciłam uwagę na ciągłe mdłości. Po przejściu dwóch skrzyżowań uczucie wywrotów żołądkowych ustało, a przy tym częściowo zaniknęły też inne naprzykrzające się bodźce. Co prawda teraz jeszcze bardziej całokształt przypominał dziwny sen, ale nie narzekałam. To było zdecydowanie lepsze od dotychczas doświadczanych nieprzyjemności.
   Poszliśmy dość daleko, a przynajmniej dalej niż zrobiłabym to w przypadku nocnego spaceru. W końcu zatrzymaliśmy się przed popadającym w ruinę budynkiem squatu. Podczas drogi Lucius obmyślił plan działania, który wsiąknął w głąb mojej podświadomości jak woda w gąbkę.
   Przeszedł mnie dreszcz.
  Wątpiłam, czy w innych okolicznościach byłabym w stanie dokonać tego, co planował, ale wiedziałam, że jako jego marionetka na pewno wszystko to zrobię bez zająknięcia.
   Jeśli chcemy poznać pełnię możliwości, musisz pozostać świadoma — przypomniał, chyba żeby zapełnić pustkę. — Nie wyłączę twojego umysłu tak długo, aż nie będzie to niezbędne, a najchętniej wcale bym tego nie robił. A teraz pozwól, że zaczniemy.
   Bez dalszych ceregieli skierowaliśmy się do wyjścia awaryjnego, aby tamtędy wejść do środka. Nie powinno być z tym problemu, bo budynek od jakichś pięciu lat był opuszczony, a ćpuny, zbuntowana młodzież i bezdomni przerobili magazyny na swoje królestwo. Poszczególne pomieszczenia w mniej lub bardziej wymyślny sposób dostosowywali pod siebie tak biedni ludzie szukający schronienia, jak i cholerni nowobogaccy uciekający z domów gdzieś w obskurne miejsca. Górne piętra po części biurowej zajmowali właśnie tacy – będący w stanie sprowadzić sobie udogodnienia do meliny i zrobić z niej kryjówkę na popijawę lub kilka dni na gigancie.
   My jednak nie planowaliśmy wchodzić na wyższe kondygnacje, skupiliśmy się na parterze i piwnicy. Tam najczęściej koczowali pozostawieni samym sobie, osłabieni głodem lub używkami ludzie z marginesu.
   Tylne wejście właściwie nie stanowiło żadnego zabezpieczenia, zamek był nie tyle bezużyteczny, co właściwie całkiem zdewastowany. Przestąpiliśmy próg, pozwalając, aby drzwi się zatrzasnęły. Wewnątrz panował mrok, dlatego – zanim zajęliśmy się dokładniejszymi poszukiwaniami – Lucius na nowo uaktywnił szarą nakładkę na wzrok. Wszystko zaczęło się jakby świecić na biało, co pozwoliło na lepszy ogląd pomieszczeń, a mnie na chwilę przyprawiło o ponowne zawroty głowy. Po minucie jednak ustały, najwidoczniej przyzwyczaiłam się do efektu, jaki towarzyszył bardziej intensywnym elementom wcielenia.
   Rozejrzeliśmy się. Główny korytarz był zawalony jakimiś śmieciami, tu i ówdzie leżały butelki po tanich alkoholach i inne typowe brudy. Na szczęście nie było tego zbyt intensywnie czuć. W środku lata lubiło walić jak na śmietnisku, wiedziałam, bo raz dałam się namówić na spotkanie ze znajomymi. Zdecydowanie nieprzyjemnie było siedzieć w budynku, który służył za lokum wielu niedbającym o podstawową higienę i czystość.
   Lucius zawrócił moje myśli na właściwy tor, zmuszając do przejścia w głąb korytarza. Sprawdziliśmy trzy lub cztery najbliższe pomieszczenia, ale nikogo nie spotkaliśmy. Demon nie zamierzał spędzać tu całego wieczoru, dlatego zatrzymał mnie, reprezentując jedną z wielu mocy, jakimi dysponował.
   Moje ręce uniosły się na wprost, a dłonie rozpostarły palce. Poczułam dreszcz, przebiegający po skórze ramion, a po chwili spod rękawów kurtki wytoczyły się strużki czarnego jak smoła dymu. Spłynął on po moich rękach, otaczając dłonie ciemnym kłębem. Gdy część mocy tętniąca dotychczas we mnie skumulowała się w chmurze, ta rozprysnęła się na dziesięć macek, każdą mknącą w innym kierunku. Zamknęłam oczy, moje kolana na moment zmiękły, ale utrzymałam równowagę.
   Nagłe rozdysponowanie mocy osłabiło połączenie z Luciusem, ale wzmocniło więź z otoczeniem. Nie zobaczyłam, tylko poczułam każde pomieszczenie, do którego wślizgnęły się demoniczne sondy. Penetrowałam je wszystkie, odbierając różne bodźce, a przede wszystkim bijący od nich chłód. Macki dymu wycofały się z pierwszych magazynów, a potem poleciały dalej, wysyłając coraz odleglejsze sygnały. W końcu jednak jedna z nich przywiodła z sobą ciepło.
   Ludzkie ciepło żyjącego ciała.
   Pozostałe macki natychmiast połączyły się z tą jedną, nasycając mój umysł dokładnym oglądem pomieszczenia. Otworzyłam oczy, a Lucius poprowadził nas do odpowiedniego magazynu, po drodze łapiąc leżącą luźno cegłę.
   Interesujący nas pokój znajdował się za narożnikiem korytarza. Skręciliśmy w jego stronę, przyzywając resztki czarnego dymu z powrotem. Mgła wpłynęła na moją rękę, otaczając ją na nowo chmurą, ale nie wchłonęła się. Najwidoczniej Lucius zostawił ją w odwodzie na wszelki wypadek.
   Zatrzymaliśmy się po przejściu jednej trzeciej korytarza. Lucius ponownie wysłał na zwiady mackę, która potwierdziła wcześniejszy obraz sytuacji. Gdy ostatnie strzępy demonicznej mgły przylgnęły do nas na nowo, ruszyliśmy dalej i weszliśmy do upatrzonego wcześniej pokoju.
   Wąski przedział magazynowy niegdyś prawdopodobnie służył do przechowywania czegoś na półkach, ale te leżały teraz w większości połamane lub przewrócone. Widać było, że z niektórych usiłowano sklecić prowizoryczne meble i ścianki działowe. Jedna z nich, okryta zniszczonym kocem, zakrywała nasz cel.
   Przeszliśmy, a właściwie niemal bezgłośnie przemknęliśmy, przez rumowisko desek. Lucius zaledwie subtelnym gestem spowitej mgłą dłoni usunął spod moich stóp wszelkie przeszkody, które albo przesuwały się na bok, albo dematerializowały w niewiadomy mi sposób. Pokonawszy długość pomieszczenia, minęliśmy konstrukcję mającą stanowić namiastkę prywatności i stanęliśmy nad na wpół siedzącym chłopakiem.
   Nie potrafiłam określić, ile miał lat. Jego długie włosy były skołtunione i pozlepiane w strąki, ubrania brudne, a twarz zmieniona wskutek regularnego ćpania. Nawet teraz, obok otumanionego narkotykiem ciała, widziałam strzykawkę i zacisk. Musiał niedawno dać w żyłę. Gdybym miała obstawiać, dałabym mu jednak nie więcej niż dwadzieścia pięć lat. Wnioskowałam to po ciuchach, bo chociaż pralki nie widziały od jakiegoś czasu, to zdecydowanie mogły pochodzić z szafy kogoś młodego.
   Stałam nad nim, zaciskając palce na cegle. Nie znałam go, nie wiedziałam, kim jest i komu właśnie zależy, aby wyrwał się z nałogu i czy w ogóle ma kogoś, kto zainteresowałby się jego zniknięciem. Był bezbronny, pozostawiony samemu sobie, podróżujący po krainie swoich urojeń, których nikt poza nim samym nie mógł dostrzec czy poznać. A ja nie mogłam nic zrobić, żeby wybrać kogoś innego.
   Moja ręka uniosła się, po raz ostatni sprawdzając pewność chwytu na przyszłym narzędziu zbrodni, a po chwili opadła, wiedziona siłą ramienia i skręconego lekko tułowia.
   Padł pierwszy cios.
   Po pomieszczeniu rozległ się trzask pękającej czaszki i rumor upadającego ciała. Nawet warstwy czegoś, co ofiara wykorzystywała jako posłanie, nie stłumiły tego hałasu.
   Moja ręka uniosła się po raz kolejny, aby opaść na zakrwawioną skroń zapomnianego ćpuna. Cios był mocniejszy, bo wspomagany siłą całego ciała i jego ciężaru. Po huku miażdżonej kości nie pojawił się następny dźwięk.
   Lucius chciał zamachnąć się po raz kolejny, ale jakimś ostatnim odruchem łamiącej się woli powstrzymałam go. Po moich policzkach ciekły łzy, kiedy palce rozluźniły się na zakrwawionej cegle. Cofnęłam się o trzy kroki, patrząc na nieznanego mi chłopaka w rosnącej kałuży krwi. Spojrzałam na swoje ręce, skropione jego posoką, na ubrania poplamione tą samą czerwoną cieczą. Załkałam, a Lucius cofnął część dotychczasowych blokad.
   Pozbawiona wsparcia demonicznej mocy upadłam na kolana i płakałam, wspierając się dłońmi o posadzkę. Łkałam długo, nie potrafiąc się opanować. A najgorsze było to, że nie płakałam z powodu ofiary.
   Płakałam, bo zdałam sobie sprawę, że nie poczułam nic, odbierając życie.

VII
   Siedziała pochylona nad dokumentacją zgromadzoną przez jej zespół i uzupełniała własne notatki, czując nadzieję i frustrację zarazem.
   Dowodów jak zwykle było niewiele, przynajmniej tych z miejsca zbrodni. Morderca nie zostawił żadnych odcisków czy śladów biologicznych. A właściwie zostawił, na ścianie i w przejściu ujawniono odciski dłoni i palców, jednak żaden z nich nie nadawał się do identyfikacji. A nawet jeśli by tak było, każdy adwokat łatwo by to obalił przed sądem. Wystarczyłby argument, że do zaułka może wejść ktokolwiek i kiedykolwiek.
   Znaleziony w ranie odłamek też nie dał zbyt wiele. Po dokładnej analizie wywnioskowano tylko tyle, że nóż prawdopodobnie posłużył także do innych zabójstw, na co wskazywałyby rany kilku ofiar. To też można by zdyskredytować, co rudowłosa zdążyła skonsultować ze swoją matką podczas wspólnej kolacji. Jedynie zauważony na nim niewielki fragment grawerunku mógłby coś dać, ale też najpierw trzeba by odnaleźć narzędzie zbrodni, a szanse na to były nikłe, może nawet równe zeru.
   Lepiej miała się sprawa denata, bo w jego przypadku mieli większe możliwości. Dzięki niezawodnym w tych czasach mediom społecznościowym i zeznaniom jego rodziny oraz znajomych udało się zrekonstruować ostatnie godziny ofiary.
   Z tego, co ustalono, denat przyjechał na weekend w rodzinne strony i spotkawszy starych kumpli poszedł z nimi do baru. Tam do ofiary dołączyła jakaś dziewczyna, która namówiła go do wyjścia. Co dalej się działo pozostało zagadką, a towarzyszący ofierze ludzie nie potrafili powiedzieć, kiedy to było. Co prawda barman z grubsza opisał poszukiwaną obecnie dziewczynę, ale duży biust i zgrabne biodra nie należały do szczególnie pomocnych elementów charakterystycznych.
   Cała nadzieja spoczęła na nagraniach z monitoringu, które właśnie przeglądali informatycy. Zdobycie dostępu do nich było największą dotychczasową trudnością, która opóźniła zdobywanie i tak skąpych dowodów.
   Rudowłosa odłożyła długopis i wzięła łyk kawy. Od tygodnia poświęcała tej sprawie tyle uwagi, że znała większość raportów niemal na pamięć. Mimo to po raz kolejny sięgnęła po dokumentację z sekcji.
   Przebiegła wzrokiem po jej zawartości, mając nadzieję wyszukać jakiś nowy wniosek, ale nic to nie dało. Chłopaka uduszono nieznanym sposobem, najprawdopodobniej poprzez zatkanie dróg oddechowych, ale potencjalne narzędzie nie pozostawiło żadnych śladów. Rana klatki piersiowej krwawiła obficie, co potwierdzały plamy krwi zabezpieczone nie tylko w miejscu odnalezienia zwłok, ale i w kilku innych punktach deptaka, jednak nie była śmiertelna. Toksykologia natomiast wykazała tak znikomą ilość alkoholu, że chłopak na pewno był świadomy i w pełni sprawny podczas swojej śmierci.
   Jeśli miałaby obstawiać, ta dziewczyna musiała albo zabić go podstępem, albo być wabikiem. O ile w ogóle miała coś wspólnego z morderstwem.
   Odłożyła dokument i postukała palcami w blat, odszukując w pamięci podobnego przypadku. Coś jej świtało, ale nie była pewna. Nie mogła pozostawić tak ważnego tropu przypadkowi. Wstała zza biurka i podeszła do sterty wyjętych kartonów. Przebiegła wzrokiem po ich bokach, szukając kategorii „obrażenia niebędące przyczyną zgonu” i „świadkowie”. Oba pudła odnalazła po krótkiej chwili, po czym przestawiła je na biurko.
   W pierwszej kolejności przeszukała obrażenia, poszukując teczki z ranami kłutymi. Znalazła ją na samym końcu, po czym rzuciła na blat i sięgnęła do drugiego zestawu teczek. Tam, na pierwszym miejscu, leżała dość skromna teczuszka opatrzona tytułem „nieodnalezieni świadkowie”. Pozbyła się kartonów i z powrotem usiadła, otwierając pierwszą z teczek. Przejrzała szybko jej znikomą zawartość, naliczywszy cztery przypadki z ranami klatki piersiowej i jedną lub dwie z ranami ciętymi, które – zważywszy na powierzchowność – miały zadać ból lub uniemożliwić ucieczkę, ale na pewno nie zabić.
   To nie przybliżało jej jednak do odnalezienia jakiejkolwiek wskazówki, o konkretnej odpowiedzi nie wspominając.
   Jeszcze raz przejrzała zgromadzone zeznania i raporty, jednak wszystko sprowadzało się do tej nad wyraz bujnie ukształtowanej dziewczyny z baru. Skoro tak, to detektyw postanowiła sięgnąć po drugą teczkę. Ta w przypadku niebywałego zbiegu okoliczności mogłaby pozwolić w końcu na wytypowanie sprawcy.
   O ile poszukiwana okazałaby się powiązana z dotychczasowymi nieodnalezionymi świadkami, a przynajmniej z jednym z nich. Nic jednak na to nie wskazywało.
   Przez wszystkie sprawy takich nieprzesłuchanych potencjalnych świadków uzbierało się łącznie dwudziestu. Fakt, niemal zawsze były to dziewczyny, ale zazwyczaj opisywane tak samo niedokładnie. Ot, rzucano kolorem włosów, czasem wzrostem lub czymś takim, ale nigdy nie udało się sporządzić dokładnego portretu pamięciowego. Jakby wszystkim opowiadającym o nich padło na oczy albo dotknęła ich jakaś pieprzona amnezja krótkotrwała.
   Przedarłszy się przez papiery, policjantka dopiła zimną kawę i odchyliła się w fotelu, chcąc poukładać myśli.
   Jeśli miała być szczera, byli w dupie. Zgromadzony materiał i fakty nie pozwalały na zbyt wiele, co oznaczało, że ten sukinsyn – albo suka, biorąc pod uwagę wspomnianą dziewczynę – znowu by się wymknął. Ta sprawa kompromitowała policję i budziła postrach lub niezdrową sensację wśród ludzi. Nie dość, że tak długo był nieuchwytny, to obrósł w swego rodzaju legendę, a dzieciaki i nastolatki zaczynały tworzyć o tym swoje własne historie. W ich głowach psychopatyczny morderca przybierał postać z pogranicza piekieł lub niebywale czułego kochanka, zależy jakie środowisko spytać.
   Prawdziwy problem tkwił jednak w tym, że mimo coraz większych możliwości technicznych i technologicznych, złapanie go wydawało się tak samo niewykonalne, jak na początku. Jakimś cudem żadna z ofiar nigdy nie wezwała pomocy, a nawet jeśli próbowała i połączenie zostało rozpoczęte, nigdy nie docierało do dyspozytorni. Jakby coś je nagle zablokowało. O ile kobieta nie wierzyła w zbiegi okoliczności, to nie potrafiła też znaleźć logicznego wytłumaczenia, jak to było możliwe. Nawet najlepsi informatycy wciągnięci w tę sprawę rozkładali ręce, sprawdzając naprawdę wiele opcji.
   Rozległo się głośne pukanie, niemal walenie do drzwi. Kobieta otworzyła oczy, zaskoczona gwałtownym i wręcz natarczywym dźwiękiem.
   — Proszę! — zawołała, prostując się i masując kark. Nawet nie poczuła, kiedy ścierpła.
   Drzwi otworzyły się, a w nich stanął Piotr. Miał na sobie pomiętą koszulkę i włosy w nieładzie, bo siedział na dyżurze nocnym i ciągnął od razu następny. Mimo to uśmiechał się, był z czegoś bardzo zadowolony.
   — Chodź, musisz zobaczyć, co znaleźli informatycy.
   Kobieta wstała i niemal pobiegła w stronę pracowni komputerowej. Partner dogonił ją w kilku długich krokach, po czym otworzył przed nią drzwi. Weszli do środka, gdzie siedziało trzech informatyków. Dwóch z nich pochylało się nad siedzącym przy komputerze i dyskutowało zażarcie na jakiś temat, niemal przekrzykując wzajemnie. Nawet nadejście dwójki detektywów nie uspokoiło ich wymiany zdań.
   — Hej! — zawołała, klaszcząc w dłonie, aby zwrócić ich uwagę. — Podobno coś macie.
   — Nie uwierzysz — zaczął jeden z nich, ale drugi mu przerwał.
   — Siedzieliśmy nad wszystkimi nagraniami naprawdę długo i chyba znaleźliśmy dziewczynę, z którą po raz ostatni widziano denata. — Siedzący przy biurku szybko wstukał kilka komend i odsunął się, robiąc miejsce rudowłosej.
   — Jednak z jakiegoś powodu wszystkie nagrania wariują od momentu, gdy pojawia się w barze — dodał ten, któremu przerwano.
   — Jak to wariują? — spytała, opierając się o biurko.
   — Sama zobacz — stwierdził Piotr.
   Informatyk włączył nagranie. Kamera skierowana na wejście i kawałek korytarza prowadzącego do głównej sali baru przez kilka minut pokazywała monotonny obraz zamkniętych drzwi, pustych schodów i rozświetlanych blaskiem wewnętrznych neonów ścian. Informatyk przyspieszył film, po czym wrócił do normalnego tempa, kiedy drzwi się otworzyły, a do środka weszła grupa młodzików na oko dwadzieścia-dwadzieścia pięć lat. Wśród nich detektyw zauważyła denata.
   — O której się zjawili? — spytała, a informatyk zatrzymał kadr i wskazał na datę i godzinę w górnym rogu. — Dwunasta w nocy, czyli późny bal. — Zapisała to na jakiejś karteczce. Godzina zgadzała się z podaną przez kumpli ofiary. — Kontynuuj.
   Mężczyzna wznowił odtwarzanie. Po krótkim przyspieszeniu i kilku grupach wychodzących z baru dzieciaków, na ekranie otworzyły się drzwi. Na schody weszła wysoka, smukła dziewczyna. Na nogach miała szpilki, które stanowiły pewien kontrast do skórzanej ramoneski i bluzy z kapturem. Wchodząca zamknęła za sobą drzwi i zdjęła kaptur, odsłaniając długie, jasne włosy. Prawdopodobnie blond.
   — Zatrzymaj, muszę spisać godzinę — powiedziała, szybko notując. Druga trzydzieści. Czterdzieści pięć minut przed śmiercią chłopaka. — Dobra.
   Palce informatyka po raz ostatni pomknęły do myszki i wznowiły nagranie. Dziewczyna rozpięła kurtkę i bluzę, ukazując naprawdę kuszący dekolt, pasujący do stosunkowo wąskiej talii i kształtnych ud. Jeżeli rudowłosa miałaby się zakładać, na pewno obstawiałaby, że to tej dziewczyny szukają.
   Jednak kształtne ciało faktycznie można uznać za cechę charakterystyczną.
   Blondynka wsunęła ręce do kieszeni i uniosła wzrok, patrząc prosto w kamerę. Ujęcie nie trwało długo, a ekran zaczął najpierw stopniowo szarzeć, aż w końcu zaśnieżył i całkiem zgasł.
   Tego jednak pani detektyw już nie zarejestrowała zbyt dokładnie, zaskoczona rozpoznaną twarzą. Wypiękniała, zapuściła włosy i niemal na pewno zaczęła ćwiczyć, ale to musiała być ona. Wszędzie rozpoznałaby swoją małą Milkę.
   — Halo, Nat, zawiesiłaś się? — Piotr potrząsnął ją lekko za ramię, wyrywając z zamyślenia.
   — Przepraszam, dziewczyna z nagrania wydawała mi się znajoma — skłamała, chociaż nie wiedziała dlaczego. — Co z innymi nagraniami?
   — Wszystkie urywają się w tym samym czasie, widać tylko jak wchodzi — odparł informatyk.
   — Wydrukujcie jej zdjęcie — powiedziała, przenosząc wzrok na swojego partnera. — Weź kogoś i pojedźcie wypytać o nią kumpli ofiary, barmana, rodzinę. Spróbujcie znaleźć powiązanie.
   — A ty? — zdziwił się. Nigdy nie odpuszczała wyjazdów w teren.
   — Muszę coś sprawdzić, bo chyba znalazłam powiązanie z poprzednimi sprawami.
   Nim ktokolwiek spytał o dokładniejsze opisanie pomysłu, wyszła z pokoju i poszła do siebie. Przetrząsnęła papiery, notując wszystkie daty i miejsca zabójstw, po czym z zabazgranym plikiem kart pobiegła na parking. Odpowiedź nie kryła się w stosach dokumentów na jej biurku, aktach w archiwach czy bazach danych.
   Tylko w jednym miejscu mogła potwierdzić lub zdementować swój wniosek.
   Po raz pierwszy nie była pewna, czy chce poznać prawdę.

VIII
   Weszłam, czy też wczłapałam do mieszkania, zmęczona po kilku godzinach spędzonych na ulicy. W najgorszym upale dnia rozdawałam ulotki, wciskając ludziom nawet po dwie lub trzy sztuki jednocześnie. Kiedyś sama unikałam takich ludzi, teraz wkurzałam się, żenikt nie chce ich wziąć.
   Robota co najmniej średnia, żeby nie powiedzieć gorzej, ale nie udało misię znaleźć lepszej na trzymiesięcznej umowie. Dłuższych nie brałam, bo przy moim niestałym miejscu zamieszkania nie widziałam zbytniego sensu. Nie potrzebowałam ścigających mnie pracodawców, do uprzykrzania mi życia wystarczała sporadyczna nagonka policji. Przynajmniej dzięki takim fuchom z grubsza starczało na rachunki, a na życie łatałam zaskórniakami z poprzednich robót i tym, co zostało po opłaceniu mieszkania.
   Odwieszałam właśnie trzymaną w ręce kurtkę do szafy, gdy w cieniu ujrzałam zarys ciemniejącej sylwetki. Obróciłam się w tamtą stronę z uśmiechem, a cień stał się na moment moim odbiciem, gęstą masą z jeszcze szerszym uśmiechem i pustymi, czerwonymi oczami. Lucius od czasu do czasu lubił wysilić się na pełne przekształcenie w formę ludzkiego cienia, ale zaraz wrócił do swojego dżinowego wyglądu. Skoro nie było takiej potrzeby, to nie musiał się męczyć.
   Zamknęłam szafę i wyciągnęłam dłoń w stronę mrocznego kąta, sięgając do swojego demonicznego przyjaciela. Chciałam poczuć jego bliskość, jedyną jakiej mogłam zaznać, odkąd oddałam duszę.
   — Chodź skarbie — powiedziałam, a on zamienił się w gęstą smugę, która oplotła moją rękę od nadgarstka po ramię. — Stęskniłeś się, mój mały demonie?
   Lucius zmaterializował łeb i przytknął swoje czoło do mojego. Przez chwilę pozostał w tej pozycji, nawiązując nikłą więź naszych umysłów. Musiało wydarzyć się coś ważnego, skoro zdecydował się na ten krok.
   Nasz Pan przekazał mi, że dusza ostatniej ofiary nasyciła go bardziej, niż wcześniejsze — powiedział poprzez niepełne zespolenie. — Przysłałaś mu niebywale słodki okaz, ten chłopak był niemal bez skazy. Gdyby zginął w innych okolicznościach, jego dusza na pewno nie zawitałaby w Piekle.
   — A to coś nowego. — Uśmiechnęłam się lekko, przymykając oczy. Moc Luciusa rozlała się po moich napiętych mięśniach, rozluźniając je. — Ale jak rozumiem, to nie zmienia wiele w sprawie paktu.
   Zmienia twój status na ulubionego piekielnika, a to już coś — usłyszałam w głowie rozbawiony ton. — Trzymaj tak dalej, to przemieniając się w demona nie stracisz nic z tej cząstki duszy, jaka w tobie pozostała.
   — No dobra, to faktycznie coś, co warto podtrzymać. — Odsunęłam głowę od cienia, kończąc zespolenie. — Ja idę do wanny, póki sąsiedzi nie wykorzystali całej ciepłej wody. Wolałabym, żebyś nie leciał tam za mną, jasne?
   Demon sprawiał wrażenie, jakby wywrócił oczami, ale pokiwał łbem i rozproszył się, jak to miał w zwyczaju robić za dnia, mimo że już zbliżał się wieczór. W nocy pozostawał stale w jednolitej formie, jednak światło słoneczne zbytnio go uwydatniało to raz.
   Dwa, gdy spędzał zbyt wiele czasu w blasku, zaczynał słabnąć, co zdecydowanie nie należało do przyjemnych odczuć dla jednej z potężniejszych istot piekielnych.
   Zrzuciłam z siebie zbędne ubrania, nie siląc się na ich składanie. Wszystko wylądowało na materacu, a ja złapałam za świeżą bieliznę i ulubioną koszulkę, po czym poszłam do łazienki. Zamknąwszy za sobą drzwi, zaplotłam włosy w dwa opadające mi do talii warkocze i zwinęłam je dodatkowo w koka, nie zamierzając ich moczyć. Nalałam wody, co jakiś czas sprawdzając jej temperaturę. Mimo gorącegodnia, weszłam do niej dopiero wtedy, gdy była naprawdę ciepła. Lubiłam wygrzaćsię w wannie, szczególnie jeśli nadarzała się taka okazja.
   Czasem żartowałam, że przyzwyczajam się do ciepłego klimatu, w którym przyjdzie mi spędzić wieczność.
   Gdy się wykąpałam, wytarłam ciało i stanęłam przed zawieszonym na drzwiach lustrem, aby dokończyć wieczorną rutynę pielęgnacyjną i ostrożnie rozwiązać koka. Warkocze opadły luźno, a ja założyłam czarne majtki i zarzuciłam sięgającą pępka koszulkę ze spranym nadrukiem Satan loves me.
   Lucius zawsze upominał mnie, żebym w końcu się jej pozbyła, ale na przekór demonowi i tak lubiłam w niej spać.
   Wróciłam do pokoju i chciałam zrobić sobie kanapkę, ale w pierwszej kolejności podeszłam do okna, aby otworzyć je tak szeroko, jak tylko się dało. Do pomieszczenia wpadł przyjemny wiatr, który zaczął wiać po południu i schłodził utrzymujące się od kilku dni temperatury. Przetarłam kark, zatapiając się w dźwiękach biegnących z zewnątrz i przyglądając roztaczającej się przede mną panoramie.
   Czy nocą, czy teraz, widok na stare miasto i bloki zawsze napawał mnie jakimś wewnętrznym spokojem. Patrząc na ogrom ludzkiego skupiska czułam się mała i niemal niedostrzegalna.
   Wpatrując się w chodzących w oddali ludzi, usłyszałam otwierające się drzwi. Nigdy nie zamykałam ich na zasuwę przed dwudziestą. Może to był błąd, ale kto by się bał, mając na pomoc demona i jego moce.
   Odwróciłam się.
   W drzwiach stała wysoka kobieta, którą poznałabym wszędzie. Rude włosy ścięła znacznie krócej, niż miała w zwyczaju, gdy byłyśmy młodsze. Jeden bok nawet lekko wygoliła, ale kolor nadal był intensywny, charakterystyczny. Jej piękne, niebieskie oczy wpatrywały się we mnie intensywnie, ani na moment nie uciekając na boki. Miała to do siebie, jeśli chciała, potrafiła być maksymalnie skupiona.
   Na szyi zawiesiła policyjną odznakę, co oznaczało, że ukończyła swoją wymarzoną akademię. Sądząc po tym, że była ubrana swobodnie, zawędrowała wyżej niż zwykły krawężnik. Może poszła w ślady ojca i pracowała w wydziale zabójstw?
   Głupie pytanie, inaczej nie stałaby tu teraz, mierząc do mnie z broni.
   — Co mnie zdradziło, Nat? — spytałam, mimowolnie się uśmiechając. Od tak dawna nie widziałam nikogo z rodziny, że nawet okoliczności nie potrafiły stłumić swego rodzaju zadowolenia. — Bo obie doskonale wiemy, co cię do mnie sprowadza.
   — Pocztówki — powiedziała, przestępując próg i zatrzaskując nogą drzwi. Nawet na chwilę nie opuściła pistoletu. — Gdybyś nie wysyłała jednej za każdym razem, gdy zmieniałaś teren, nigdy bym cię nie powiązała ze sprawą.
   — Nawet nie wiedziałam, że do was docierały — stwierdziłam kąśliwie, zaplatając ręce na piersiach. — Na żadną nie odpowiedzieliście.
   — Naprawdę to będziesz teraz poruszała, suko? — warknęła. Nie tego się spodziewałam po naszym ponownym spotkaniu… ale najpewniejnie powinnam liczyć na nic innego. Nie po tym, co zrobiłam. — Przyszłam cię aresztować, a nie rozmawiać o pierdołach. Jesteś oskarżona o łączne popełnienie ponad stu morderstw w blisko trzydziestu miastach przez ostatnie dziesięć lat.
   — Dokładnie stu trzydziestu pięciu — sprostowałam, po raz pierwszy nie czując ciężaru grzechów na swoich barkach. Teraz, kiedy widziałam namacalny efekt poświęceń i rozlanej krwi, było mi wszystko jedno. — Kilku zabiłam dla wprawy, zanim jeszcze media ochrzciły mnie Łowcą Pełni. Swoją drogą, to naprawdę debilny przydomek, mogli się bardziej postarać.
   Nat otworzyła szerzej oczy. Nie wiedziałam, czy z zaskoczenia, czy zdając sobie sprawę, ilu ludzi odeszło w zaświaty za pośrednictwem moich rąk. Przez ułamek sekundy milczała, aby po chwili wydusić jedno pytanie.
   — Dlaczego? — Jej głos przez chwilę zadrżał, ale opanowała go, przekuwając niczym stal. — Dlaczego z zimną krwią zamordowałaś tych wszystkich niewinnych ludzi? Studiowałam akta, to było zimne bestialstwo.
   Te kilka słów przelało czarę mojej wieloletniej frustracji, jakąskutecznie tłumiłam i ukrywałam nawet przed samą sobą. Moja złamana duszadotychczas chroniła resztki stabilności za murem, niczym ostatni bastionzdrowego rozsądku umiałam schować okropność swoich czynów i nie czuć wobec nichnic poza wymuszoną obojętnością. Nagle w tym murze pojawił się wyłom, przezktóry wylało się więcej emocji, więcej bólu, więcej obrzydzenia niżkiedykolwiek bym się spodziewała.
   — Ty się pytasz, dlaczego?! — warknęłam, czując lekki dreszcz. Taki sam opanowywał moje ciało, gdy korzystałam z mocy Luciusa, ale obecności demona nie wyczuwałam. Byłam jednak zbyt wściekła, aby się tym przejmować. — Ty, która najwięcej zyskałaś na tych wszystkich odebranych duszach? Ty,która dosłownie zawdzięczasz każdy miesiąc życia czyjejś śmierci?
   — Co ty pierdolisz? — Nieznacznie opuściła pistolet, ale nadal mierzyła nim w moją stronę. — Pomieszały ci się zmysły?
   — Myślisz, że jakim cudem twój guz zniknął, co? — spytałam zadziornie. Miałam dość duszenia w sobie emocji, jakie budziło we mnie zabijanie. — Kiedyś wmawiałam sobie, że do tego przywyknę, jednak nigdy tak się nie stało. Po prostu trwałam w tym wszystkim z miłości do ciebie. Myślałaś, że to te wszystkie leki? Że to modlitwy rodziców, całej tej naszej cholernej katolickiej rodziny sprawiły, że choroba się cofnęła? To ja cię uzdrowiłam! Ja poświęciłam duszę i skazałam się na wieczne potępienie w Piekle, zaciągając dług u samego Lucyfera, żebyś ty mogła spełniać swoje marzenia, żebyś przeżyła! Każdy dzień, każdy oddech, całe te dziesięć lat! Wszystko to okupiłam dla ciebie tak wysoką ceną, jakiej sobie nawet nie wyobrażasz. Codziennie zstępowałam w otchłań z pogranicza szaleństwa, czułam krew tych wszystkich ludzi na rękach, ale nigdy nie zaprzestałam. Poświęciłam dla ciebie wszystko. Studia, marzenia, bezpieczeństwo, własne istnienie. Stałam się cieniem, chociaż cały świat o mnie mówił. I wiesz co? Nie oczekiwałam wyjścia z tego cienia, bo w ten sposób ty pozostałaś przy życiu.
   — Dlaczego…
   — Nie mogłam inaczej. — Spuściłam lekko z tonu, widząc rosnące niezdecydowanie Nat. — Miałam pozwolić ci umrzeć?
   — Dlaczego uważasz, że w ten sposób mnie uzdrowiłaś? — dopowiedziała. Zrozumiałam, że od początku mojego wywodu zastanawiała się, czy aby na pewno jestem przy zdrowych zmysłach, czy raczej zabijam jako psychicznie chora fanatyczka. — Widziałam wielu szaleńców, Milka. Wszyscy oni uzasadniali swoje zbrodnie. Każdy z nich widział w nich ukryty sens, wyższe dobro, a nawet boską wolę. Ale ty? Zawsze byłaś inteligentną dziewczyną, nie myślisz chyba, że to, co mówisz, jest prawdziwym powodem.
   — Lepiej sama odpowiedz mi na to pytanie — powiedziałam, ruszając powoli w jej stronę.
   — Ani kroku dalej! — warknęła, natychmiast podnosząc pistolet.
   — Bo co, zastrzelisz mnie? — spytałam, nawet przez moment nie biorąc tej możliwości pod uwagę.
   Nagle poczułam przeszywający ból, a czas jakby zwolnił. Spojrzałam w dół, na powiększającą się powoli plamę krwi na koszulce. Podniosłam ją, odsłaniając krwawiącą ranę nad prawą piersią, tuż pod obojczykiem. Od zalewającego mnie bólu zakręciło mi się w głowie, cofnęłam się o dwa kroki.
   — Strzeliłaś do mnie — wyszeptałam z oburzeniem, nie dowierzając w to, co się stało.
   Po moim ciele ponownie rozszedł się dreszcz, przyjemne ciepło rozlało się po skórze, koncentrując się po chwili w miejscu postrzału. Zasiedliło się w nim, zastępując ból najpierw pieczeniem, a potem subtelnym mrowieniem.
   Krew przestała się lać, momentalnie krzepnąc, a rana w oczach pokryła się zaróżowioną, bliznowatą tkanką. Miałam wrażenie, że wraz z zakończeniem przyspieszonej regeneracji w moich żyłach zaczęła tętnić furia i demoniczna moc, której nic nie potrafiło stłumić.
   Właściwie nie wiedzieć czemu, nawet nie chciałam jej stłumić, dałam się jej porwać, nie poznając samej siebie.
   Po raz pierwszy straciłam kontrolę, zatarłam dawną granicę pomiędzy tym, kim jestem a tym, kim się staję podczas pełni. Nie było już mnie i demonicznej wersji.
   Obie stały się jednym.
   — Strzeliłaś do mnie! — wrzasnęłam. W moim głosie brzęczała nuta dotychczas przynależąca tylko do Luciusa, gdy się ze mną zespalał. Tym razem stała się moją własną.
   Przeniosłam wzrok na siostrę.
   Nat zaciskała dłoń na pistolecie, ale już nie celowała do mnie. Zamiast tego patrzyła na mnie w sposób, jaki doskonale znałam. Każda moja ofiara tuż przed śmiercią patrzyła tak, jak ona teraz. Z bezgranicznym przerażeniem, które albo przeradzało się w szaleńczą, pełną strachu ucieczkę, albo niemą zgrozę.
   Wiedziałam już, że moje oczy zapłonęły czerwoną łuną, piekielnym blaskiem pożogi i krwi.
   Wiedziałam to w momencie, gdy puściłam koszulkę i postąpiłam krok w stronę siostry.
   Wiedziałam, czując spływającą na mnie moc Luciusa, przyjemny dreszcz elektryzujący całe moje ciało.
   Moje dłonie pokrył gęsty, czarny dym, wspiął się wyżej, otoczył przedramiona i ramiona, spłynął na ziemię kaskadą mgły.
   — Teraz mi wierzysz? — spytałam kpiąco, stawiając kolejny krok.
   Wszystko stało się w ułamku sekund.
   Nat, przyparta strachem do granic możliwości, podniosła pistolet. Wiedziona wieloletnim szkoleniem najpierw nakazała mi się zatrzymać, ale jej głos dobiegł mnie jak spod wody.
   Nie posłuchałam.
   W pomieszczeniu rozległ się kolejny strzał.
   Podniosłam dłoń, chcąc zablokować pocisk mgłą, jednak nie zdążyłam jej przekuć w mur. Macka pomknęła w przód, ale już jej nie kontrolowałam.
   Znów poczułam ból, odrzucona siłą strzału zatoczyłam się w tył, a całe wsparcie Luciusa uleciało ze mnie.
   Upadłam na kolana, przykładając obie dłonie do nowej rany.
   Ta jednak nie mogła się zasklepić. Zamknęłam oczy, mając nadzieję, że się mylę, ale wiedziałam, że się łudzę.
   Gdy odjęłam palce, krew na nich była czarna.
   Mój oddech rwał się spazmatycznie, serce nienawykłe do gęstej cieczy biło nierówno, początkowo nie chcąc tłoczyć nowej posoki. Stało się.
   Wiedziałam, że właśnie przechodzę na drugą stronę, że krew z ludzkiej zamienia się w demoniczną, a resztka duszy powoli oddziela się od ciała, aby na zawsze zabić we mnie jakiekolwiek ludzkie odruchy.
   Czułam, jak zmysły otumania strach, ale i poczucie wyzwolenia.
   Teraz żadne ludzkie władze nie miały nade mną zwierzchnictwa. Teraz stałam się już tylko częścią piekieł i tamtejszej jurysdykcji zaczęłam podlegać.
   Łapiąc ostatnie ludzkie wdechy i biorąc pierwsze jako piekielna istota, chciałam po raz ostatni spojrzeć na siostrę, dla której to wszystko zapoczątkowałam i przez którą teraz moje ciało szarpały fale cierpienia, towarzyszące przemianie.
   Podniosłam wzrok z pokrytych sczerniałą, demoniczną krwią dłoni.
   — Dlaczego to zrobiłaś? — wycharczałam, szukając spojrzeniem rudowłosej.
   Nie zauważyłam jej jednak – jak się spodziewałam – stojącej nade mną. Zamiast tego zobaczyłam ją leżącą w coraz szybciej powiększającej się kałuży szkarłatnej barwy.
   Wolno bijące serce na moment dosłownie się zatrzymało, pękając na kawałki.
   — Nat! — Chciałam do niej podbiec, lecz nadal byłam zbyt słaba. Nie miałam nawet siły wstać.
   Trzymając jedną dłoń przy nadal palącej bólem ranie, podpełzłam wręcz do umierającej siostry. W klatce piersiowej Nat, pomiędzy piersiami, jawiła się nie tyle rana, co wręcz dziura. Wiedziałam, że pozostawiła ją macka, nad którą straciłam kontrolę.
   Że własnoręcznie ją zabiłam.
   — Nat — wyszeptałam, gładząc bladą, przerażoną twarz siostry. — Nie, nie, nie! Tak bardzo przepraszam! Nie chciałam…
   Przyłożyłam swoje gorące czoło do zimnego, zroszonego potem czoła siostry i zastygłam tak, czując jej słabnący oddech na twarzy. Po moich policzkach spłynęły łzy, ostatnie w ludzkim etapie życia.
   — To moja wina — załkałam. — Proszę, wybacz mi. Wybacz, nie tak miało być!
   Nie odpowiedziała, zdążywszy wydać ostatnie tchnienie.

IX
   Klęczała nad ciałem siostry, zbroczona jej krwią i czarną, zakrzepłą posoką piekielnika, którym się stała.
   Na policzkach młodej demonicy zastygły słone łzy, których ślad był ostatnim, co łączyło ją z ludzką przeszłością.
   Czuła tętniącą w niej moc, czuła powolne bicie serca, ale nadal czuła też ból. I nie chodziło o ten fizyczny, będący następstwem dwukrotnego postrzału.
   Nadal czuła ciężar straty i świadomości, że to ona doprowadziła do śmierci swojej ukochanej osoby.
   Nadal nie odczuła wzgardy do ludzi, niechęci, nie zapomniała jak kochać, ani nie zapomniała też, czym jest cierpienie.
   Nie straciła duszy.
   Stała się swoim własnym Piekłem.
   Gdy uświadomiła sobie, że już do końca wieczności będzie nosiła to brzemię, z jej oczu znowu zaczęły płynąć łzy. Te jednak nie miały już w sobie nic z ludzkich łez. Wydawały się nienaturalnie szczypać w policzki, jakby chciały przypomnieć, że demonom nie przystoi płakać.
   Ukryła twarz w dłoniach, szlochając cicho. Zbolała tym, co się stało, nie zauważyła, że na środku pokoju pojawił się czarny dym, który po chwili zgęstniał, zamieniając się w Luciusa.
   Demon spojrzał na klęczącą i pomknął do niej. Wiedział, co się stało i to nie tylko dlatego, że zobaczył ciało.
   Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jaki kruczek drzemał w zawartym przez nią pakcie. Jego Pan zawsze jakiś ukrywał, szczególnie jeśli jego pomoc miała nieść dobro, a nie zło. Dotychczas Lucius nie przejmował się tym zbytnio, czerpiąc ze wcielania się w takich naiwnych jak najwięcej korzyści.
   Tym razem, towarzysząc dziewczynie od tylu lat, nie potrafił pogodzić się z tym, że tak się stało. Polubił ją, jeśli trzeba by, to był gotowy wydrzeć jej duszę nawet z kręgów piekielnych, ale takiej mocy nie posiadał nawet sam Lucyfer. Mimo to nie potrafił zdobyć się na to, aby powiedzieć jej, że od samego początku wiedział, jak zakończy się spotkanie z siostrą. Jego Pan zastrzegł w pakcie, że jeśli kiedykolwiek drogi dziewczyn się przetną, jedna zabije drugą.
   A teraz było już za późno.
   Może gdyby ją uprzedził albo gdyby zrządzeniem losu Milka nie została zakwalifikowana do ulubieńców, demon nie miałby aż takich wyrzutów.
   Teraz jedyne, co mógł, to pomóc jej nieść brzemię, pomagać tej udręczonej duszy w ciele demona, trwać przy niej tak, jak trwał w czasie paktu.
   Lucius opadł przy blondynce i położył łapy na jej ramionach, koncentrując się. Mglisty, ciemny niczym nocny mrok cień zaczął nabierać kształtu, formując się i rozpływając jednocześnie. Nie chciał dłużej pozostawać dla niej jedynie demonicznym cieniem.
   — Millie — wyszeptał pieszczotliwe przezwisko, kończąc metamorfozę i lekko zaciskając długie, opalone palce na skórze płaczącej.
   Dziewczyna stężała, poczuwszy ludzki dotyk zamiast miękkiego muśnięcia mgły. I ten głos… Gdy słyszała go w głowie, był trochę bardziej przytłumiony. Teraz brzmiał miękko, subtelnie niczym jedwab, a jednak zdecydowanie realniej.
   Otarła twarz i spojrzała na Luciusa swoimi niegdyś błękitnymi, a teraz rudo-ognistymi oczyma.
   Miała dość tego dnia.
   Miała dość nieprzyjemnych niespodzianek i okrutnych gier losu.
   Jednak tym razem to, co zobaczyła, było zdecydowanie milszą zmianą.
   Klęczał przed nią, co prawda nagi, ale niebywale piękny i dostojny mężczyzna. Wyglądał na niewiele starszego od niej, chociaż w rzeczywistości był przedwiecznym demonem. Nawet teraz emanował potęgą, której nie mógł mu zabrać brak ubrań i zmartwiony wyraz twarzy.
   Jedynym, co zdradzało piekielne pochodzenie, były jego oczy. Czerwone, błyszczące ogniem tęczówki mogłyby wypalić z człowieka duszę.
   Ale ona sama stała się piekielnikiem.
   — Lucius? — spytała, nie wiedzieć czemu wyciągając dłoń i kładąc ją na klatce piersiowej mężczyzny.
   — Jako demon możesz zobaczyć moją prawdziwą postać — wyjaśnił, bo domyślał się, skąd jej zaskoczenie. — Przepraszam, że nie powstrzymałem tej kuli, zareagowałem zbyt wolno.
   — Byłam gotowa, że w końcu to się stanie — powiedziała, patrząc na ciało siostry. — Ale dlaczego… Jak to się stało, że straciliśmy połączenie, że trafiłam w nią…
   — To nie twoja wina. — Złapał ją za ramiona i zmusił, aby patrzyła mu w oczy. — Gdy kula przebiła twoje serce, straciliśmy kontakt. Nie byłaś już człowiekiem, więc nastąpiło natychmiastowe zerwanie zespolenia. Nie byłem na to przygotowany, dałem się ponieść rutynie, nie przewidziałem… — Spuścił wzrok. — Proszę, wybacz mi.
   Zapanowała cisza, przerywana jedynie odgłosami z ulicy za oknem. Dziewczyna wodziła błyszczącymi oczami po twarzy Luciusa, zaciskając usta. Miała ochotę krzyczeć, walić w niego pięściami, wyzywać go. Ale nie potrafiła. Czuła, że kłamał i brał winę na siebie. Wiedziała wręcz, że tak jest, ale nie rozumiała, dlaczego.
   W końcu skinęła głową. Nie potrafiła wydobyć z siebie słów, ale to wystarczyło Luciusowi. Dojrzały demon przyciągnął ją do siebie i otulił ramionami, pomagając się jej uspokoić.
   Tak jak ona poświęciła siebie z miłości do siostry, tak on chciał poświęcić jej czas i swoje wsparcie, którego potrzebowała.
   Co z tego, że był demonem.
   To nie oznaczało, że nie wiedział, co to znaczy kochać.

23.06 – 26.12.2021
Korekta 28.02 – 4.03.2022

Opublikowano
Kategorie One-shot Thriller
Odsłon 286
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!