Nothing Is True, Everything Is Permitted – Część Czternasta

Wyprowadzają mnie z lochu, oczy razi blask słońca.

***

– Musimy być gotowi na niemiłe przywitanie – zaczęłam, stojąc na mostku kapitańskim, kilka chwil przed przybiciem do brzegu. – Z pewnością nie dadzą łatwo zdobyć pałacu, o oddaniu władzy nie wspominając. Jednak razem damy radę! – Wyrzuciłam pięść w górę, co powtórzyli zgromadzeni na pokładzie, wtórując moim słowom okrzykiem. – Czeka nas walka, ale w szczytnym celu. Przejmiemy wyspę, zrobimy z niej swój przyczółek. Zmieciemy Templariuszy z Amy, następni będą ci na Starym Kontynencie! – Piraci powtórzyli ryk, a ja mimowolnie uśmiechnęłam się pod nosem.

   Piraci zostali chwilowo zmuszeni do zmiany profesji, ale nie skarżyli się. Zeszłam z mostku, zostawiając Connora za sterem. Stanęłam na dziobie statku, obserwowałam powiększający się port. Jeszcze ze statku zobaczyłam zmianę. Na maszcie pałacu powiewała czerwona chorągiew. Gdy przybiliśmy do zatoki, kilku mężczyzn odebrało cumy. Coś mi nie pasowało. Czyżby wzięli nas za kupców? To było nawet na rękę, przynajmniej początkowo. Zeszłam po trapie na czele kompanów, uważnie rozglądałam się za strażnikami. Edward, Aaron i Azize szli za mną. Kobieta trzymała się blisko Adelajdy, z którą zdążyła się zaprzyjaźnić. Cieszyłam się, że moja siostra dość dobrze odnalazła się w nowej sytuacji.

   Nagle ludzie chodzący po porcie rozstąpili się, robiąc komuś miejsce. W naszą stronę szła trójka zakapturzonych osób. Białe szaty spinały szerokie, skórzane pasy, u ich boków wisiały miecze ze zdobnymi w orły rękojeściami. Wyprostowałam się, rozpoznając nadchodzących. Zatrzymali się w odległości dwóch metrów od nas, ale doskonale widziałam ich twarze, kiedy zdjęli kaptury. Na przodzie stał Samuel, starszy o trzy lata, widocznie doświadczony. Jego twarz zmieniła blizna, która przeszywała policzek od prawego ucha, przez kącik ust aż do środka brody. Musiała być następstwem okropnej rany. Za nim stał Horacy. Byk zapuścił brodę. Gęsta, czarna szczecina, tak jak blizna u Pająka, dodawała mu lat i nieznacznie odcinała go od buntowniczego nastolatka z początku naszej przygody. Jack najmniej się zmienił. Blond włosy jak zawsze miał w nieładzie, chociaż tym razem starał się je jakkolwiek zaczesać. Trójka starych przyjaciół równocześnie przyłożyła prawe pięści do serc i ukłonili się. Odpowiedziałam tym samym gestem.

– Witamy z powrotem na wyspie – powiedział Samuel, podchodząc i obejmując mnie na powitanie. – Nasi informatorzy donieśli o zbliżającej się Kawce, na której czele podobno stoisz.

– Dobrych macie informatorów – powiedziałam, odsuwając się od niego i witając pozostałą dwójkę. – Jak widzę, coś się zmieniło.

– Tak – odparł Byk. – Przeprowadziliśmy rebelię. Będzie już półtora roku, nawet więcej. Pałac stał się naszą obecną siedzibą, zaraz znajdziemy dla was kwatery.

– Dobrze. Jeżeli moja komnata jest niezagospodarowana, to właśnie tam się wcisnę – powiedziałam, po czym dodałam beznamiętnym tonem. – Co stało się z poprzednimi rządzącymi? Mam nadzieję, że są już martwi.

– Nie – odchrząknął Jack. – Wiedzieliśmy, że prędzej czy później wrócisz. Decyzję zostawiliśmy tobie, przecież to twoja rodzina.

   Poczułam rosnącą adrenalinę, moje pięści zacisnęły się automatycznie. Mój umysł od razu przetworzył kolejne informacje, podejmując odpowiednie decyzje. Odwróciłam się w stronę ojca:

– Edward, zajmij się statkiem, nasze rzeczy mają znaleźć się w pałacu do wieczora. Azize – kobieta spojrzała na mnie, rozumiejąc, że mój nastrój się zmienił – pomożesz Adi przy Danae. Aaron, ty pomóż ojcu. Niech Connor i reszta załogi znajdzie dla siebie miejsce – odwróciłam się do przyjaciół. – A wy macie mnie natychmiast zaprowadzić do nich. Ta dwójka musi zginąć.

– Shadow – zaczął Byk łagodnym tonem – nawet dobrze nie powiedziałaś, co was tutaj sprowadza. Zacznijmy może od tego…

– Nie – odparłam ostro, a chłopak umilkł.

– Dobrze. – Sam wydawał się zrezygnowany. – Jack, zaprowadź ją.

   Nie czekałam na nikogo, od razu ruszając w ciąg kolejnych uliczek. Szłam w stronę pałacu tak szybkim krokiem, że Jack prawie mnie zgubił. Zatrzymał mnie, zmuszając do zwolnienia kroku.

– Nie było cię trzy lata – zaczął. – Mam nadzieję, że nie poskąpisz nam opowieści o tym, co się wydarzyło.

– Nie poskąpię – powiedziałam. – Uwierz, że nie są to jednak miłe historie. Wyjaśnimy wam wszystko po rozpakowaniu się. – Miałam wrażenie, że mój głos był spokojny, ale mina przyjaciela wskazywała na co innego. – Wybacz, że tak ogólnikowo, ale muszę rozstrzygnąć sprawę tej dwójki natychmiast. Dopóki ten pieprzony Templariusz i jego dziwka żyją, wyspa nie jest bezpieczna.

– Templariusz? – Uniósł brwi.

– Mówiłam, wyjaśnię wszystko trochę później.

   W tym czasie znaleźliśmy się już w środku. Znałam ten pałac, szłam jak machina, nie zatrzymywałam się, nie rozglądałam. Dwóch strażników stało w wejściu, zasalutowali nam przy wpuszczaniu mnie. Weszłam do komnat przeznaczonych dla zatrzymanych. Mieli proste, ale i tak wygodne umeblowanie. Głębiej dostrzegłam dwójkę ludzi. Gdy przekroczyłam próg komnaty Luisa, niegdyś moja matka, podniosła wzrok znad robótek. Dziwiło mnie, że dostali takie rzeczy jak igły, szklane naczynia, noże do posiłku. Spokojnie mogliby wykorzystać je do ucieczki, ale byli zbyt dumni. Bernard, niegdysiejszy gubernator, stał i patrzył przez zakratowane okno. Obrócił się w moją stronę. Na jego twarzy wykwitł drwiący uśmieszek.

– Czyżby kolejny podrabiany Asasyn? – spytał kpiąco.

– Nie tym razem – odparłam chłodno. – Może kiedyś takowym byłam, Templariuszu, ale tym razem się mylisz.

   Stał z założonymi z tyłu rękoma, patrzył dumnie, trzymał głowę wysoko. Jego postawa była tak nieadekwatna do położenia, w jakim się znalazł, że aż zadziwiała. Stanęłam w wyćwiczonej już pozycji. Ręce miałam wzdłuż ciała, nogi gotowe do jakiegokolwiek ruchu. Staliśmy tak, patrząc na siebie. Planowałam dalszą rozmowę.

– Będziesz tak stała, Asasynko? – spytał.

– Nie – odparłam, rezygnując z jakiejkolwiek rozmowy z nimi. – Przyszłam ostatni raz zobaczyć was. Ale litości nie będzie. Jutro zawiśniecie.

   Chciałam już wyjść, ale matka poznała mnie i zatrzymała w pół kroku.

– Shadow, córeczko. – Wstała, odkładając wyszywaną serwetkę. – Jesteś jedną z nich?

– Nie nazywaj mnie córeczką, templarska kurwo – warknęłam, uderzając ją w twarz wierzchem dłoni.

   Włożyłam w to siłę półobrotu, który wykonałam. Kobieta zatoczyła się i upadła na podłogę. Spojrzała na mnie z wyrzutem. Upadając, rozcięła brew, w jej oczach nadal tliła się jednak cicha nadzieja.

– Jutro zawiśniecie oboje. To ostatni akt łaski, jaki wam daję. Szykowałam bardziej okrutną śmierć dla Templariusza. – Spojrzałam na gubernatora. – Zginiesz, wiedząc, że pod twoim okiem dorastały dwie Asasynki.

   Wyszłam stamtąd. Musiałam opanować trochę nerwy przed spotkaniem z pozostałymi. Nogi niosły mnie praktycznie samoistnie, każdy milimetr tej wyspy był tak wtarty w mój mózg, że nie mogłam się pomylić, zgubić, potknąć. Po drodze spotkałam Aarona.

– Przekaż pozostałym, że spotkamy się za godzinę w jaskini. Tam wszystko im wyjaśnię.

– Dobrze. – Zanim odeszłam, spytał jeszcze. – A co z gubernatorem i jego żoną?

– Jutro zawisną. Nie ma sensu robić nawet stryczka, powiesimy ich na drzewie. – Odeszłam, obojętna na zaskoczoną minę brata.

   Wspięłam się do naszej dawnej bazy. Na ścianach nadal widniały nasze dziecięce wzory. Ta jaskinia towarzyszyła nam tyle lat, widziała nasze dorastanie, zmiany, ostatecznie była nawet świadkiem rebelii. Rebelii, w której nie wzięłam udziału. Usiadłam na kamieniu, lubiłam na nim siadać po naszych treningach. Przypomniałam sobie, że to już wrzesień 1600 roku. Odkąd ostatni raz tam siedziałam, minęło sporo czasu. Trzy lata. Trzy przeklęte lata, które zmieniły mnie i moich przyjaciół. Pierwszy rok był słodki. Rok podbojów, mojego rozwoju. Drugi rok, początkowo gorzki, zakończył moje przygody, uziemił. Jednak zrekompensował mi to uczuciem. Najsłodszą, najpiękniejszą historią w moim życiu. I odebrał mi to. Zostawił z dziurą w sercu. Zamknęłam oczy, pragnąc zatopić się we własnym świecie. Wystawiłam twarz w stronę słońca, moje pozostałe zmysły wyostrzyły się. Usłyszałam kroki. Otworzyłam oczy. W moją stronę szła ośmioosobowa grupa. Wstałam, aby nie zobaczyli mnie na ziemi. Nagle wydawało mi się to trochę poniżające. Zorientowałam się dopiero po chwili, że obok taty szedł znany mi mężczyzna. Podeszłam do niego i uścisnęliśmy mocno dłonie.

– Mark, miło mi cię znowu spotkać – powiedziałam, nie kryjąc nuty radości.

– Nie mów, że nie spodziewałaś się mnie tutaj. – Szturchnął mnie lekko.

   Chwyciłam go za prawą dłoń. Na palcu miał nasz symbol.

– Widzę, że tu całkiem sporo naszych. – Uśmiechnęłam się. – Szkoda tylko, że tatulek nazwał cię tylko zaufanym kolegą. – Spojrzałam wymownie na kapitana pirackiego statku. – Zamiast od razu powiedzieć, że jesteś Asasynem.

– No właśnie, czas rozwiać pytania naszych nowych znajomych – wtrąciła Azize, wskazując na czwórkę niezaprzysiężonych. – Tylko oni nic nie wiedzą.

– Racja. – Przygryzłam wargę. – Ktoś ma propozycję, jak to wszystko wyjaśnić?

– To ty jesteś szefową. – Uśmiechnęła się Adi. – Wyjaśnij tak, jak mówiłaś na statku.

   Odetchnęłam i zaczęłam powoli opowiadać. Nie mogli wiedzieć, że wszystkie te słowa nie do końca należały do mnie. Dziwnie się czułam powtarzając słowa Mistrza Shalima, którego zamordowali Templariusze. Dziwnie mówiło mi się do ludzi, którzy nie rozumieli całej sytuacji. Na szczęście pozostali Asasyni wsparli mnie i dopowiedzieli to, co ewentualnie przeoczyłam. Na koniec wyjęłam Artefakt. Nosiłam go zawsze przy sobie. Zgodnie ze słowami poprzednich Mistrzów, nie mogłam stracić go z oczu.

– Proszę, ukaż im, aby uwierzyli – powiedziałam, patrząc na złotą kulę.

   Na skalnych ścianach pojawiły się obrazy. Te same, które Jabłko ukazało mi w sali Mistrza. Te same, które i mnie pokazały Prawdę. Po wszystkim ustaliliśmy godzinę naszego następnego spotkania, które planowaliśmy na następny dzień. Mark obiecał przynieść szczypce, takie same, jak te, którymi Mistrz odcisnął piętno na moim palcu. Do pałacu udaliśmy się razem, ale tam szybko oddzieliłam się od pozostałych. Potrzebowałam samotności, uciekałam od jakiegokolwiek kontaktu z ludźmi. Zapadł zmrok, ale sen nie okazał mi łaski. Kolejny raz nie potrafiłam zasnąć, byłam już tym wyczerpana. Odświeżona po długiej kąpieli, ubrana w ciemny płaszcz, wyszłam ze swojej komnaty na balkon, z którego chciałam wejść wyżej. Ciemność całkowicie spowijała okolicę, ale moje oczy przyzwyczaiły się do takich warunków. Czasem miałam wrażenie, że odkąd po raz pierwszy dotknęłam Jabłka Edenu, moje zmysły wyostrzyły się. Słyszałam lepiej, widziałam więcej i wyraźniej. Spojrzałam na ścianę. Jak to możliwe, że wcześniej nie widziałam tych wszystkich szczelin? Przecież mieszkałam w tym miejscu bardzo długo, ten balkon niejednokrotnie stanowił dla mnie azyl.

   Wspięłam się na dach powoli, napawając szorstką powierzchnią pod moimi dłońmi. W tamtym momencie zapomniałam o tym, że następnego dnia miałam Ceremonię do poprowadzenia. Nie liczyła się egzekucja. Byłam tylko ja, ściana i nocna wspinaczka. Po kilku chwilach znalazłam się na górze. Wciągnęłam się gładko na dach, jego lekko śliskie dachówki nie różniły się od brukowanych uliczek, nie dla mnie. Na szczycie zaczepiono maszt. Zazwyczaj był pusty, czasami wisiała tam flaga. Tym razem lekko powiewał na nim proporzec z symbolem Bractwa. Nie wiedziałam, że tak szybko to zmienili, gdy przyszłam do pałacu, wisiała tu po prostu czerwona flaga. Chwyciłam dłonią drewniany maszt i spojrzałam na otoczenie. Nie tylko ja nie spałam. Okna celi, w której trzymano Templariuszy, nadal rozświetlały świece. Zastanawiałam się, jak spędzali swoją ostatnią noc. Rozmawiali? Milczeli? Może po raz ostatni kochali się, rozrzucając pościel i ubrania na połowę pomieszczenia? Odrzuciłam od siebie te rozważania, miałam ważniejsze rzeczy do przemyślenia. Nie zdążyłam się nimi zająć. Usłyszałam czyjeś kroki, jeszcze zanim zobaczyłam, skąd nadchodził. Na wysokości mojego położenia znajdowały się okna najwyższej kondygnacji. Rzadko tam zaglądałam, w zasadzie nie było tam nic ciekawego. Pamiętałam jak przez mgłę, że kiedyś zapuściłam się tam i odkryłam zwykłą suszarnię. W oknie zobaczyłam światło, ktoś tam wszedł i wyjrzał przez nie.

– Czułem, że cię gdzieś tutaj znajdę. – Usłyszałam głos Samuela.

   Chłopak odłożył świecę i przeszedł przez okno. Jego krok nie był zbyt pewny, jakby dawno nie wspinał się po dachach. Stłumiłam cisnący się na usta jęk. Nie chciałam towarzystwa. Nie w noc, kiedy dopadała mnie niejednokrotnie największa tęsknota. Stary przyjaciel stanął po drugiej stronie masztu i mocno uchwycił się jego oheblowanej powierzchni, widziałam, jak zbielały mu kostki. Przez chwilę milczeliśmy, ale przerwał ciszę:

– Cieszę się, że tu przybyliście, naprawdę. Martwiliśmy się o was.

– Też cieszę się, że można zrobić tutaj bazę. – Czułam się dziwnie, po moich słowach znowu zapadła cisza, a moje serce nagle rozerwało się na kawałki, miałam ochotę płakać, przypominając sobie, jak siadałam z Eziem na blankach. – Myślisz, że to minie? – Nie patrzyłam na chłopaka, po prostu spytałam, mając nadzieję, że mój głos się nie załamał.

– Co minie? – spytał zdziwiony, czułam jego wzrok na sobie.

– Ta samotność – westchnęłam, niemal płacząc.

– Nie jesteś sama. – Podrapał się w kark. – Pamiętasz, co powiedziałem w twoją ostatnią noc na wyspie? – spytał, ostrożnie przysuwając się bliżej mnie. – To nadal aktualne. Zostań tu i zwolnij.

   Zamknęłam oczy. Przypomniałam sobie, jak mnie pocałował. Kochał mnie, a ja? Widziałam w nim tylko przyjaciela, towarzysza, a teraz jeszcze współpracownika. Miałam zupełnie inne priorytety. Szczególnie od czasu, kiedy zostałam sama. Od czasu, gdy moje serce zostało pokruszone na miliony kawałeczków. Minęło tyle czasu, a ja nadal się nie pozbierałam, jedynym co utrzymywało mnie przy życiu, były moje zadania i otrzymane obowiązki.

– Wybacz, ale to nie dla mnie – odparłam, na nowo odradzała się we mnie iskra determinacji. – Wzywają mnie obowiązki. Może kiedyś uda mi się odnaleźć spokój. Może kiedyś… – Mimo wszystko gardło ścisnął mi żal i smutek. – Może kiedyś zwolnię, osiądę gdzieś, ale teraz nie mam do tego głowy. Ani czasu. W moim życiu obowiązki są na pierwszym miejscu.

– Obowiązki? – spytał, a jego głos wyrażał niedowierzanie. – Obowiązki są najważniejsze?

– Tak – odparłam, patrząc na niego. Znowu mówiłam stanowczo i szorstko. – Złożyłam przysięgę, nie mogę tracić czasu na głupoty.

– Czyli miłość jest głupotą? – warknął, jego oczy wyglądały, jakby miał się zaraz załamać. – Miłość jest dla ciebie stratą czasu?

– Jest czymś, co rani. Co osłabia. Co boli. – Spojrzałam na niebo, które przywiodło mi noce, spędzane z Eziem przy ognisku. – I nie jest najwidoczniej dla mnie.

– W takim razie zajmij się swoimi obowiązkami. – Jego głos był zimny, z nutą zawodu.

   Oddalił się, zanim cokolwiek odparłam. Owiał mnie chłód, nagle zdałam sobie sprawę, jak bardzo go zraniłam. Kochał mnie, ale bez wzajemności. Westchnęłam. Musiałam mu powiedzieć, jak miała się sytuacja. Nie mógł na nic liczyć. Moje serce należało do innego. Może martwego, ale nadal należało do niego. Spojrzałam w niebo, gwiazdy zdawały się przypominać mi moją stratę. Opuściłam głowę, zamknęłam oczy. Wzięłam kilka głębszych wdechów i wyszeptałam bardzo cicho, tak, że sama ledwo słyszałam swój głos:

– Zakończę swoją misję i do ciebie dołączę, kochanie.

   Już nie raz miałam chwile słabości. Chwile, w których myślałam o śmierci. Mogło wydawać się ludziom, że byłam twarda, ale wewnątrz stanowiłam pustą skorupę. Kiedy nie myślałam o obowiązkach, myślałam o Eziu, kiedy nie myślałam o nim, myślałam o następnych krokach. Nie było zostało już nic ze starej mnie. Stara Shadow siedziałaby z przyjaciółmi na dole i rozmawiała, grała w karty, śmiała się i przyśpiewywała. Byłaby inna. Stałam się wybrakowana, pusta. Jedyne czego pragnęłam, to wykonać swoje zadania i odejść. Już nie tylko odejść do swoich komnat. Już nie tylko uciec od ludzi. Odejść, nigdy nikogo nie widzieć. Niekiedy zastanawiałam się, czy zrobiłabym to. Tyle razy zabijałam, wiedziałam, jak uderzyć, aby śmierć była jak najszybsza i mało bolesna. Tylko czy potrafiłam to zrobić? Zadać sobie taki cios? Zostawić tych, którzy mnie potrzebowali? Nie chciałam żyć z takim cierpieniem, ale umrzeć z myślą, że zostawiłabym innych z taką samą męką, również nie było moim celem. Usiadłam na krawędzi, nogi zwiesiłam poza dach. Wsparłam się, ręce kładąc z tyłu. Musiałam zebrać siły na później.

   Do brzasku zdążyłam trochę przemyśleć rozmowę z przyjacielem. Mogłam ująć to inaczej, powiedzieć mu dokładniejszą prawdę. Tylko czy wtedy nie traktowałby mnie z litością? Azize była jedyną, której powiedziałam, nie powierzyłam tej tajemnicy nikomu więcej. Bałam się, że wezmą mnie wówczas za słabą i niezdolną do działania. Na to nie mogłam sobie z kolei pozwolić. Westchnęłam. Postanowiłam, że powiem wszystkim po Ceremonii. Nie mogłam dłużej tego ukrywać, okłamując innych, że wszystko w porządku. Zeszłam do swojej komnaty i przebrałam się w czarną koszulę. Chciałam pokazać swoją żałobę, być już szczerą. W pałacyku panowało przyjemne ciepło, ale wypadało, abyśmy wszyscy ubrali płaszcze na czas egzekucji i późniejszej Ceremonii. Miałam ją prowadzić, ale nie denerwowałam się. To było zdecydowanie łatwiejsze niż to, co przyszło mi później wyznać. Opuściłam swój pokój i poszłam do sali głównej. Azize zadbała o to, aby przemienić ją w komnatę Asasynów. Byłam jej za to bardzo wdzięczna, tym bardziej że sama to zaproponowała. Kobieta rozwiesiła w miejscach starych herbów nasze proporce. Czerwone, lekko zniszczone materiały przyozdabiał złoty symbol Bractwa. Na podłodze rozwinięto dywan, który kiedyś już leżał w tej komnacie. Tym razem w prostej linii prowadził od drzwi do podwyższenia, na którym zazwyczaj Adelajda dawała pokaz swoich muzycznych zdolności. Rodzice zawsze byli z niej dumni. Ze mnie nigdy. Odrzuciłam wspomnienia i przetoczyłam wzrokiem po oknach. Były jeszcze odsłonięte, ale później miały zostać zakryte czarnymi całunami. Chciałam podkreślić podniosłość Ceremonii. Wyszłam na dziedziniec, gdzie jedno z drzew przyozdobiły już liny. Pod nimi stały krzesła. Tak jak kazałam. Zbrodnicze życie, bandycka kara. Wydawanie kolejnych poleceń stało się dla mnie łatwiejsze niż szczera rozmowa. Westchnęłam, wychodząc z terenu pałacyku i udałam się do Marka.

– Shadow, miło cię widzieć. – Uśmiechnął się, gdy tylko weszłam do jego zakładu. – Szukasz czegoś do swojej kolekcji?

– Nie – odparłam. – Chciałam wiedzieć, gdzie teraz mieszka Sam. – Potarłam kark. – Wczoraj się pokłóciliśmy, a byłam tak zajęta innymi sprawami, że nawet nie spytałam go o to.

– Odkąd zdobyli pałac, to praktycznie się stamtąd nie ruszał – odparł kowal. – Zajął komnatę po drugiej stronie twoich rodziców.

– Dzięki – powiedziałam i odwróciłam się.

– Cieniu? – Zatrzymał mnie jeszcze. Od opuszczenia wyspy nikt mnie tak nie nazwał. – Chciałem już wczoraj cię o coś spytać.

– Tak? – Obejrzałam się przez ramię.

– Co się stało przez te trzy lata, a czego nam nie powiedziałaś? – Podszedł do mnie. – Widać, że nie jesteś już taka, jak kiedyś. I wątpię, żeby to było tylko wcielenie do Bractwa.

– Powiem wam… – Gardło ścisnął mi żal. – Powiem wam później. Raz na zawsze wyrzucę z siebie to, co mnie zmieniło, ale nie dam rady kilka razy powtarzać tego… – Poczułam łzy na policzkach. – Wybacz.

   Wyszłam z budynku, zanim mnie zatrzymał. Musiało to wyglądać idiotycznie. Dziewczyna, która kiedyś codziennie się śmiała, zabijała ludzi z taką łatwością, jak wiatr porusza piórkiem, płakała z niewiadomego powodu. Poszłam ponownie do pałacyku i weszłam po schodach na wyższe piętro. Stanęłam przed drzwiami. Serce biło mi, jakbym miała stanąć oko w oko z potworną bestią. Ręka trzęsła mi się, kiedy ją podniosłam, aby zapukać do drzwi. Zacisnęłam dłonie na materiale płaszcza. Po kilku sekundach, które wydawały się wiecznością, drzwi otworzyły się. Stanął w nich Sam. Wydawał się przygaszony, a mnie jeszcze bardziej zakuło poczucie winy.

– Możemy porozmawiać? – spytałam, starając się, aby głos mi nie zadrżał.

– Jasne – odparł, wzruszając ramionami.

   Weszłam do środka, a szatyn zamknął drzwi. Wskazał na jedyny fotel, ale postanowiłam usiąść na parapecie. Podkuliłam nogi i oplotłam je ramionami. Nie wiedziałam, jak zacząć.

– Ja… Ja bardzo cię przepraszam… – zaczęłam, a każde słowo przychodziło mi ciężko, nie potrafiłam ich odpowiednio dobrać. – Wczoraj…

– To ja przepraszam. – Przerwał mi, w jego ruchach widziałam jakąś ospałość, kiedy siadał na fotelu. – Zbyt wiele sobie wyobraziłem. Myślałem, że coś czujesz do mnie, ale się myliłem.

   Przeszedł mnie dreszcz. Nie chciałam go zranić. Czułam się z tym potwornie. Zraniłam przyjaciela, którego znałam prawie piętnaście lat. W oku zakręciły mi się kolejne łzy.

– Wina, jeżeli takowa jest, leży pośrodku – powiedziałam, siląc się, aby nie zdradzić walczących we mnie skrajności. – Wyraziłam się wczoraj zbyt ostro. Powinnam inaczej dobrać słowa, wyjaśnić moje zachowanie. Nie da się jednak zmienić tego, co się stało. Mogę tylko sprostować nieścisłości.

   Przeniosłam wzrok ze swoich dłoni na Samuela. Prześlizgnęłam się spojrzeniem po jego twarzy. Blizna musiała być następstwem naprawdę poważnej rany. Może zostawił ją miecz, może sztylet? Oczy miał zmęczone, ale raczej nie tym, co męczyło i mnie. Jego oczy nie były podkrążone z braku snu. Nasza wieczorna rozmowa go tak zmęczyła. Widziałam jego wzrok na sobie. Zatrzymał się na mojej twarzy, jego zielone tęczówki paliły mnie.

– I ja mogłem inaczej dobrać słowa – powiedział cicho. – Jednak tak jak mówisz, co się stało, to się nie odstanie. Kocham cię. – Zacisnął usta. – Od kilku lat mi się podobasz, ale rozumiem, że mnie nie chcesz. Nie mam ci tego za złe, to po prostu… Zabolało.

   Zacisnęłam powieki. Poczułam gromadzące się pod nimi łzy. Wiedziałam, co czuł.

– Rozumiem. – Otarłam krople słonej cieczy, spływającej mi po policzkach. – Nie chciałam cię zranić. – Mój głos przejęły łzy, już dłużej nie byłam w stanie ich ukryć i wylały się ze mnie, tym razem przy kimś.

– Shadow? – spytał troskliwie, przesiadając się obok mnie, na parapet. – Dlaczego płaczesz?

– Znam ból, który wczoraj poczułeś – załkałam, chociaż usiłowałam panować nad głosem. – Znam też znacznie większy ból, który towarzyszy mi codziennie. – Zmusiłam się, aby na niego spojrzeć. – Rok temu straciłam kogoś. To najgorszy rodzaj bólu. Żyć i nie móc zobaczyć już ukochanej twarzy, usłyszeć najsłodszego głosu. Nie mogę już go pocałować, jedyne co mi pozostało to wspomnienia.

   Ostatnie słowa stłumiła jego koszula. Sam przytulił mnie, delikatnie pogładził po włosach. Wziął mnie na kolana jak małą dziewczynkę i pozwolił mi się wypłakać. Ostatni raz takie coś miało miejsce przy Azize, jednak ona wpajała mi bardziej przekucie tego w siłę. On po prostu wysłuchał, był. Nawet nie zauważyłam, a zasnęłam w jego ramionach. Obudził mnie jakiś czas później, lekko szturchając. Leżałam na jego łóżku, zwinięta w kłębek niczym dziecko. Szatyn siedział na krawędzi łóżka, patrząc na mnie nieśmiało.

– Mam nadzieję, że już trochę lepiej. – Uśmiechnął się delikatnie, gładząc mnie po policzku. – Już dawno słońce w zenicie.

– Cholera. – Usiadłam. – Ceremonia i egzekucja powinny się już odbyć.

– Powiedziałem pozostałym, że gorzej się poczułaś – powiedział uspokajająco.

– Dziękuję – odparłam z wdzięcznością. – Muszę tylko doprowadzić się do porządku.

– Zbiorę ludzi. – Uśmiechnął się, a jego twarz wyglądała tak, jak za dawnych lat.

   Poszłam do siebie, gdzie przebrałam pogniecione ubrania na świeże. Zbiegłam jeszcze do łaźni i obmyłam twarz, po czym rozczesałam potargane włosy i zaplotłam je w warkocz, opadający mi na ramię. Wyszłam na dziedziniec, gdzie stali już nasi ludzie. Oprócz nich przyszło też kilkunastu mieszkańców, najwidoczniej ciekawi widowiska. Takie rzeczy szybko rozchodziły się w małych miejscach. Skinęłam na strażników, którzy po chwili wyprowadzili więźniów. Wyprostowałam się, stojąc koło krzeseł. Nie przygotowałam przemówienia, ale gdy Templariusz i jego żona stanęli na krzesłach, moje usta same formowały zdania. Niektórych rzeczy nie trzeba szykować. Po prostu się je ma w głowie:

– Bernardzie i Luiso zostaliście skazani na śmierć przez powieszenie. Kilkanaście lat tyrani, którą sprawowaliście na wyspie, zakończyło się dzięki dzielnym rebeliantom. – Wskazałam na odzianych w biel przyjaciół. – Wasze zdrady sięgają jednak znacznie głębiej. Ty, Luiso, zdradziłaś swojego ojca i całe Bractwo, sprzymierzyłaś się z wrogiem. Teraz dwójka twoich dzieci zasiliła szeregi Bractwa, któremu powinnaś być wierna. Bernardzie, ty zdradziłeś swojego przyjaciela, uciskałeś lud i szukałeś czegoś, czego nawet nie potrafiłeś zrozumieć. My osądziliśmy was, historia osądzi z kolei nas. – Jednym płynnym kopnięciem wytrąciłam im krzesła spod stóp.

   Odwróciłam się beznamiętnie od duszących się skazańców. Weszłam do komnaty, w której dokończyłam przygotowania do Ceremonii. Wdrapałam się na wysokość górnych okien i, przeskakując od jednego do drugiego, rozwiązałam czarne kotary. W pomieszczeniu zrobiło się ciemno. Zeszłam na dół i rozpaliłam pochodnie na ścianach. Wąskie kręgi światła rozświetlały mrok, ale specjalnie umieściłam ich mało, aby podkreślić jeden z elementów naszej przysięgi. Roznieciłam płomień w koszu ustawionym na podwyższeniu, gdzie wsunęłam szczypce. Po kilku chwilach przyszli pozostali. Zaprzysiężeni Asasyni ustawili się wzdłuż dywanu, niedaleko podwyższenia. Azize i Mark po mojej prawej, Edward i Aaron po lewej. Niezaprzysiężeni ustawili się przed podestem, ramię w ramię. Przez chwilę dopadło mnie zwątpienie, czy pamiętałam formułę przysięgi, ale szybko minęło, a moje słowa płynęły nie tyle z pamięci, co z serca.

– Chociaż grono ogranicza się tylko do naszej dziewiątki – zaczęłam, patrząc na nowicjuszy, o ile to słowo mogło do nich pasować – mam zaszczyt przyłączyć nowe dusze do naszego grona – odchrząknęłam, a mój głos brzmiał, jakby napełniał templarskie mury nowym życiem. – Laa shay’a waqi’un moutlaq bale kouloun moumkine. Oto słowa wypowiadane przez naszych przodków, które stanowią trzon naszego Credo. Tam gdzie inni podążają za prawdą ty pamiętaj…

– Że nic nie jest prawdą – odparli równo.

– Tam gdzie innych ogranicza moralność bądź prawo ty pamiętaj… – kontynuowałam przysięgę.

– Że wszystko jest dozwolone – dokończyli, a każde ich słowo radowało moje serce.

– Pracujemy w ciemności, by służyć światłu. – Nagle zgasła jedna z pochodni. – Jesteśmy Asasynami.

– Pracujemy w ciemności, by służyć światłu. Jesteśmy Asasynami – powtórzyli, a wraz z nimi powiedzieli to pozostali.

– Nic nie jest prawdą, wszystko jest dozwolone – powiedziałam, wyjmując szczypce. – Kiedyś wymagano podczas przysięgi odcięcia serdecznego palca. Dziś jednak wystarczy wypalić ten pierścień, jako znak przysięgi i poświęcenia.

   Podchodzili po kolei, a ja wypalałam na ich placach obrączki. Pierwsza była Adelajda, potem Jack, Horacy i Samuel.

– Witam was w Bractwie – powiedziałam i już miałam kontynuować, kiedy odezwał się ojciec.

– Shadow, wczoraj doszliśmy do konkluzji, że nie mamy Mistrza – zaczął.

– I chcemy, abyś to ty nim została – dokończył Mark. – Jesteś najbardziej zaangażowana w naszą sprawę, a Artefakt niejako sam powierzył się twojej opiece.

   Ich słowa mnie zaskoczyły. Otrząsnęłam się jednak i powiedziałam, może trochę zbyt gwałtownie:

– Nie mogę zostać Mistrzem… – zawahałam się, przygryzając wargę. – Nie wiecie wszystkiego. – Azize zacisnęła wargi, Sam też domyślił się, co miało nastąpić. – Ja… – Ręce mi zadrżały, zacisnęłam pięści. – Czasem jestem rozbita. Straciłam kogoś bardzo mi bliskiego. – Znowu czułam gulę w gardle, chociaż tym razem nie czułam łez. – I nadal nie pozbierałam się do końca. Czasami mam gorsze dni, kiedy dopada mnie dołek…

– Ale to nie zmienia faktu, że jesteś najlepszym strategiem z nas wszystkich. – Pająk skrzyżował ręce. – To ty zadbałaś o nasze wyszkolenie i zaopatrzenie.

– To ty wymyśliłaś, jak dostać się do pałacu – dodała Azize, jej głos zawierał nutę pochwały, dumy.

– To dzięki tobie żyję – dodał ojciec z uśmiechem.

***

   Wieczorem leżałam w swoim łóżku i patrzyłam przez okno na nocne niebo. Powieki ciążyły mi, ale, mimo zmęczenia, zastanawiałam się, co mnie podkusiło, aby się zgodzić. To była ogromna odpowiedzialność. Nie wiedziałam, czy podołam. W końcu nie chodziło o kilka chwil buntu jak w mojej młodości. Ważyły się właśnie losy Bractwa i wiele więcej. W końcu zasnęłam, a we śnie zobaczyłam uśmiechniętego Ezia. Jego ciemne włosy związane czerwoną wstążką i oczy skrzące się radością przypominały mi wieczór z łaźni.

– Kocham cię – wyszeptał.

– Ja ciebie też – odszepnęłam, a następne noce stały się już spokojniejsze, pozbawione snów o chłopaku.

Opublikowano
Kategorie Assassin's Creed
Odsłon 578
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!