Nothing Is True, Everything Is Permitted – Część Czwarta

Na szafot. 

***

   Wróciłam do pałacu jeszcze w trakcie balu. Od razu udałam się do swojej komnaty, gdzie po wstępnym spakowaniu rzeczy do kufra, położyłam się spać. Mimo dźwięków dobiegających z sali biesiadnej, zasnęłam dość szybko. Rano wstałam pełna energii. Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz spałam tak spokojnie, nie nawiedził mnie żaden sen i ani razu się nie przebudziłam. Zupełnie jakbym nie miała na sumieniu żadnego grzechu.

   Ubrałam się tak, jak niegdyś – w starą koszulę, znoszone spodnie i buty piratki. Za dnia łatwiej było mi spakować się do końca, co też uczyniłam. Zgodnie z tym, co powiedzieli przyjaciele, pokornie przyjęłam wieść o wyjeździe, chociaż miałam ochotę postawić twarde veto. Musiałam oddać im słuszność, tym razem nie chodziło o sprzeciwienie się rodzinnym zakazom, a o królewski rozkaz. Aby utrzymać łączność, postanowiliśmy regularnie korespondować między sobą za pomocą przepływających statków. Wiedzieliśmy, jak długo trwała podróż pomiędzy wyspą a Arynią, jednak nie wymyśliliśmy lepszej opcji. Gołębie pocztowe nie przedostałyby się przez Wielkie Morze, a nie znałam innych wyszkolonych do tego zadania ptaków.

  Wyszłam na balkon i spojrzałam na słońce. Stało jeszcze na wschodzie, a że miałam się spotkać z przyjaciółmi w południe, to zostało mi jeszcze trochę czasu. Postanowiłam po raz ostatni przespacerować się samotnie po miejscu, które przez tyle lat stanowiło mój dom. Po tym, jak obeszłam cały pałacyk gubernatora, nawet cieszyłam się, że w końcu się z niego wyrwę. Nie potrafiłam wyjaśnić, dlaczego chciałam to porzucić, ale od dawna nie czułam żadnej więzi z pałacem. Problem stanowił dla mnie jedynie fakt rozłąki z przyjaciółmi. Sama myśl o tym, że nie będę miała zbytniego kontaktu z nimi, napawała mnie ogromnym smutkiem. To oni stanowili moją rodzinę, mój dom. Gdybym mogła zamienić tytuł za życie z nimi, zrobiłabym to od razu.

   Podśpiewując pod nosem marynarską szantę, udałam się do pokoju rodziców. W środku było cicho, co wskazywało, że nie powinnam nikogo tam zastać. Weszłam i bez zastanowienia otworzyłam kuferek mojej matki, gdzie trzymała kosztowności. Wyjęłam pękatą sakiewkę. Chociaż miałam swoją własną sakwę i dostęp do rodzinnego skarbca, to pozwoliłam sobie na kolejne nagięcie zasad. W końcu i tak miałam stąd zaraz wyjechać. Wsunęłam ją do trzosa przy pasie i wyszłam z pałacu. Spokojnym krokiem udałam się do kowala. Kiedy przyszłam, właśnie otwierał zakład.

— Witaj, Shadow. — Uśmiechnął się, co w żaden sposób nie ukryło smutku. — Spotykamy się zapewne po raz ostatni.

— A przynajmniej nie zobaczymy się przez długi czas — odparłam z tak samo nikłym uśmiechem. — Chcę się pożegnać, aby nie płakać przy ludziach.

   Mężczyzna zaśmiał się, wyczuwając chyba, czemu służył ten słaby żart. Chciałam, aby zapamiętał nasze spotkanie jako zabawne, a nie smutne. Weszliśmy do zakładu, który w ostatnich tygodniach odwiedzałam częściej, niż arystokratyczne salony. Wyjęłam sakiewkę wypełnioną złotem.

— Ile jestem ci winna? — spytałam, mając nadzieję, że starczy mi pieniędzy.

— Masz tam wystarczająco wiele, a nawet za dużo — odparł, wyjmując to, po co przyszłam. — Mam nadzieję, że będą pasowały do nich.

— Jestem wręcz pewna, że będą. W końcu to twoja robota, Mark.

   Tym razem uśmiechy, które wymieniliśmy, były szczere i nawet wesołe. Uścisnęliśmy sobie ręce.

— Trzymaj się, Shadow — powiedział, zamykając moją dłoń w silnym chwycie. — I nie daj się tym wypudrowanym mumiom, które arystokracja nazywa kobietami.

— Nie dam się — odparłam ze śmiechem. — Jeszcze będą żałować, że mnie ciągną na dwór.

   Udałam się do jaskini, gdzie miałam się spotkać z przyjaciółmi. Nikogo tam nie zastałam, co nawet dobrze się złożyło. W tyle jaskini stała skrzynia, w której trzymaliśmy broń ćwiczebną. Przyklękłam przy niej, aby schować kilka rzeczy w dolnej przegrodzie. Zamknęłam ją na kłódkę i spojrzałam na klucz. Gdybym od razu dała go chłopakom, to z pewnością następnego dnia sprawdziliby zawartość kufra, a nie uważałam, aby byli na to gotowi. Musiałam więc gdzieś go schować. Udałam się w zamyśleniu do pałacyku, aby i tam coś schować, po czym wróciłam okrężną drogą. W tym czasie wymyśliłam, gdzie ukryć klucz. Sama sobie przytaknęłam i skierowałam się do naszej miejscówki na plaży. W zasadzie już byłej miejscówki, bo wszystko przenieśliśmy do jaskini, która wydała nam się bezpieczniejszą opcją. Na brzegu ukryłam klucz, obmyślając sposób, jak poinformować przyjaciół czego i gdzie szukać. Na myśl o tym, że nie zobaczę ich reakcji na mój mały prezent, poczułam lekki smutek. Upomniałam się, że nie powinnam tego dnia się smucić i udałam się ponownie do naszego miejsca, gdzie pozostali już czekali. Uśmiechnęłam się do nich, na co odpowiedzieli tym samym.

— To gdzie na start? — spytał Pająk. — Jak uczcimy nasz ostatni dzień?

— Mam pełną sakiewkę. — Wzruszyłam ramionami. — Czyli tak naprawdę możemy dzisiaj wszystko.

— Chodźmy do karczmy — zaproponował Byk. — Musimy wreszcie zakończyć młodzieńcze lata i wkroczyć w dorosłość. Najlepiej robić to w gronie najbliższych przyjaciół.

— Wkroczyć w dorosłość, upijając się do nieprzytomności? — spytałam, karcąc go wzrokiem. — To nie jest dorosłość, tylko pijaństwo. Owszem, udamy się do karczmy, ale najpierw przeprowadzimy krótki trening, a potem chciałabym jeszcze gdzieś się z wami wybrać. Jak za dawnych lat pobiegać beztrosko po okolicy. Będzie mi tego brakować.

— Dobra, to już dobieramy się w pary i ćwiczymy. — Uśmiechnął się Aaron, a Pająk przysiadł na krawędzi kamienia.

— Pooglądam, jak zawsze zresztą. — Uśmiechnął się. — Czasem mam wrażenie, że w ten sposób też się uczę.

— Wszystko, co wam przekazałam, poznałam w ten sam sposób. Obserwując, a potem powtarzając — powiedziałam, rozciągając się. — Jeszcze parę takich treningów i będziesz mistrzem.

   Pozostali przynieśli nasze miecze i rozpoczęliśmy ćwiczenia. Powtórzyliśmy w parach wszystkie parady i cięcia, jakich nauczyłam przyjaciół, po czym zachęciłam Samuela, aby podszedł do nas. Po krótkiej wymianie zdań wcisnęłam mu miecz do ręki.

— Nadal uważam, że nie będę zabijał — upierał się przy swoim.

— Wiem o tym — westchnęłam, przecierając twarz dłonią i patrząc ponad nim.— Jednak jestem zdania, że powinieneś przećwiczyć chociaż podstawy — umilkłam na moment, chcąc odpowiednio dobrać słowa, po czym spojrzałam mu w oczy. — Nie patrz na to, jak na sztukę zabijania, tylko naukę obrony. Nie chcę was zostawiać, wiedząc, że nie wszyscy potrafią walczyć.

— Nie chcę — powtórzył, wzdychając. — Jednak zrobię ten jeden, jedyny wyjątek, abyś była spokojna, opuszczając wyspę.

   Skinęłam głową z uznaniem. Stanęliśmy naprzeciw siebie. Wymieniliśmy kilka ciosów, każdy opatrzony odpowiednim komentarzem, aby Sam je zapamiętał i wiedział, jakie błędy popełniał. Skupiłam się jednak na tym, żeby przetrenować z nim uniki i parady, bo jeśli nie chciał atakować, to musiał przynajmniej się bronić. Szło mu bardzo dobrze, tylko kilka razy musiałam go poprawiać. Był naprawdę niezły i chociaż oddychał już ciężko, to nie oczekiwał szybkiego zakończenia sparingu. Ćwiczenia przerwałam ja, opuszczając swoją broń ostrzem w stronę ziemi i mówiąc:

— Koniec na dziś, chłopcy. — Uśmiechnęłam się. — A ty, Samuelu, powinieneś częściej trenować z pozostałymi.

— Może będę — oświadczył, odkładając miecz. — Ale tylko po to, aby ewentualni nowicjusze mogli czerpać wiedzę od tych, którzy byli pierwszymi braćmi.

   Skinęłam głową na znak, że rozumiem i skierowałam się do wnętrza jaskini. Odłożyliśmy broń i usiedliśmy na chwilę, dzieląc się wodą z bukłaka. Spędziliśmy ten czas w milczeniu, które nas przyjemnie wyciszyło. W zamyśleniu bawiłam się ukrytym ostrzem, którego mechanizm gładko wysuwał się za każdym ruchem mojego nadgarstka. Zastanawiałam się, czym zajmuje się organizacja, do której należał mój brat. I dlaczego tak mu zależało, żebym do nich dołączyła. Czyżby faktycznie odnalazł we mnie potrzebne im cechy? A może chciał mnie wykorzystać, tak jak podczas swojego marnego śledztwa? W głowie miałam też tysiące pytań dotyczących niedoszłego królobójcy i jego potencjalnych zleceniodawców. Jeżeli takowi byli, mogli zatrudnić też więcej płatnych zabójców. Może i nie należałam do Gwardii Królewskiej, ale zastanawiało mnie, jak człowiek ten przedarł się niepostrzeżenie tak blisko Ludwika. Nikt się nie spodziewał ataku na tak dobrego króla, ale za to wszyscy spodziewali się wielu gości na uroczystych obchodach, to z pewnością ułatwiło sprawę. Oczywiście wykorzystał w tym wszystkim element zaskoczenia, ale czy nie mógł mieć też wysoko postawionych pomocników? Rozmyślałabym tak znacznie dłużej, ale wyrwał mnie z tego stanu głos Jack’a.

— Shadow, może powinniśmy iść, bo czas nam się skraca. Niedługo siedemnasta, przynajmniej tak się wydaje ze słońca.

— Jasne, czas najwyższy ruszyć tyłki. — Wstałam, odganiając natrętne myśli.

   Wybiegliśmy z kryjówki. Zbiegliśmy po nierównych kamieniach niczym kozice górskie. Spod naszych stóp sypały się niekiedy żwir i kamienie, ale żadne z nas się nie potknęło, zbyt dobrze znaliśmy teren. Przedarliśmy się przez leśną ścieżkę i wybiegliśmy na zabudowany teren. Dopadłam jako pierwsza najbliższego budynku i wspięłam się po jego nierównej ścianie, szybko i sprawnie dobierając odpowiednie zaczepy i miejsca dla stóp. Zwinnie wciągnęłam się na górę i rozejrzałam się, wzrokiem wyszukując przyjaciół. Byli tuż za mną, w głowie przewijały mi się wspomnienia z dzieciństwa. Codziennie robiliśmy taką trasę, biegając, skacząc, śmiejąc się. Zaczęłam biec po szczytach domostw, dachówki nie różnił się dla mnie niczym od kocich łbów na ulicach poniżej. Ponownie poczułam dachy pod stopami, ten wspaniały stan nieważkości pomiędzy jedną a drugą krawędzią. Znajomi zrównali się ze mną po chwili. Tym razem u wszystkich były krótkie włosy, powiewające na wietrze, nasze klatki piersiowe opadały i unosiły się w rytm naszych lekko przyspieszonych oddechów. Czuliśmy się jak duchy – nieuchwytni dla strażników, niezauważalni dla ludzi. Przemieszczaliśmy się ponad tym wszystkim, patrzyliśmy z góry na miasteczko, prawie całą wyspę i nikt nie zdawał sobie sprawy z naszej obecności. Wspięliśmy się na najwyższy punkt, ten sam, z którego niegdyś ujrzeliśmy naszą nową kwaterę. Usiedliśmy tam ramię w ramię, zwieszając nogi poza krawędź dachu. Wyrównaliśmy oddechy, chłonąc bezkresny, wspaniały widok. Czułam się ponownie jak dziecko, którym przecież nie byłam od dawna. Gdy już uspokoiłam swój własny oddech, odezwałam się wesoło:

— Brakuje mi tutaj tylko jednego.

— Czego? — spytał Jack, nadal sapiąc lekko.

— Piwa i jakiejś zakąski. — Spojrzałam na nich, aby po chwili już zsuwać się na dół.

— Pijaństwo, panienko Shadow! — zawołał za mną Horacy, śmiejąc się.

   Pobiegliśmy dachami w stronę gospody. Zeskoczyliśmy zwinnie na piaskową uliczkę, nasze miękkie buty nie wydały praktycznie żadnego dźwięku. Weszliśmy do środka, gdzie zebrało się dopiero kilka osób. Ludzie obejrzeli się na nas, ale szybko wrócili do swoich talerzy i kufli. Musieliśmy wyglądać trochę jak bandyci, przez co zaśmiałam się pod nosem. Szłam na środku, lekko wysunięta do przodu. Trochę za mną szedł Aaron, a obok niego Horacy, obaj rozstawieni jakby za moimi barkami. Samuel i Papuga trzymali się za chłopakami, przez co wchodząc do środka, tworzyliśmy coś na kształt strzałki. Do tego wszyscy zdjęliśmy zarzucone na głowy kaptury prawie jak na zawołanie, w zbliżonym czasie. Podeszliśmy do kontuaru. Zastukałam w deski i odezwałam się:

— Gospodarzu, daj schłodzony antałek albo od razu ze dwa, do tego najlepsze co masz pod ladą. — Wyrzuciłam monety na blat. — Dziś hojnie zostaniesz wynagrodzony. 

   Zajęliśmy miejsce przy dużym stole, nieopodal kominka. O tej porze roku panowała tam przyjemna temperatura i padał bardzo dogodny dla nas półcień. Gospodarz przyniósł nam antałek zimnego piwa, po chwili donosząc z żoną do stolika kilka potraw. Zaczęliśmy wesoło rozmawiać i popijać alkohol. Rozluźniłam się, co prawdopodobnie zasługiwałam piwu. Wypiłam już kilka kufli i czułam, że powoli świat staje się dla mnie niewyraźny, jakby zaczynał wirować. W głowie lekko mi zaszumiało, po raz pierwszy tak dziwnie się poczułam. Odstawiłam kufel i zamknęłam na moment oczy. 

— Dolać? — spytał Pirat, wyrywając mnie z czegoś na kształt półsnu, w który zapadłam. 

— Nie, już spasuję — odparłam, uśmiechając się lekko. — Pierwszy raz piję w takich ilościach i szczerze mówiąc, to nie jest dla mnie nic pociągającego. Jeden kufel jest jeszcze do zrozumienia, ale większa ilość mnie tylko rozprasza. 

— To może wyjdźmy już? — zaproponował Jack, opróżniwszy kufel. — Zdążyło się ściemnić, a wieczorne powietrze najlepiej orzeźwia. 

— Jeszcze chwilę zostańmy — odparłam, patrząc ponad jego ramieniem. Po chwili dodałam ciszej — Mam nadzieję, że piwo zbytnio nie uderzyło nam do głowy, bo możemy się zaraz przydać i osadzić w ryzach dwie osoby. 

   Kiedy rozmawialiśmy, do gospody weszło kilkunastu mężczyzn, co było popularne wśród tych z choć trochę zapełnioną sakiewką. Moją uwagę przykuło dwóch bezczelnych typków, którzy od dłuższego czasu szukali zaczepki. Wyzwiskami obrzucali wchodzących, dziewki karczemne łapali za pośladki i piersi. Większość z dziewczyn przyzwyczaiła się do nachalnego zachowania i piszczały w wyuczony sposób, inne odchodziły speszone. Niby to dość normalne zachowanie u pijanych mężczyzn, ale ta dwójka obrała sobie nowy cel. Dostrzegli nas wśród gości i rozpoznali mnie. Od kilku minut szukali chyba pretekstu, żeby nas zaczepić. 

— O, patrzcie kto to! — zawołał jeden z nich, przebijając się ponad karczemną wrzawę. — Panienka Shadow we własnej osobie. Ta sama, która wczoraj narobiła rabanu i zabiła naszego Brata! Zaszczyciła nas swoją obecnością królewska kurwa! 

   Aaron chciał już wstawać, ale położyłam mu rękę na ramieniu. Wiedziałam, że wzburzony mógł narobić więcej problemów niż gdyby tamci natarli. W nagłej ciszy, jaka zapanowała, mój głos mógł zdawać się ostry niczym nóż. 

— Jeżeli ów niedoszły królobójca był twoim bratem — powoli zaczęłam wstawać — to wiedz, że był żałosnym wojownikiem. Powaliłam go w kilku susach, bo uciekał jak tchórz. 

— Nie był żałosny! — warknął drugi, również wstając. — Był świetny, ty zabiłaś go czarami, wiedźmo! 

— No tak, czyli mamy panów z ery palenia czarownic — powiedziałam sarkastycznie. — Warto byłoby zaktualizować waszą wiedzę. 

   Kątem oka dostrzegłam kogoś, kto zbliżał się od lewej strony. Widziałam po twarzach przyjaciół, że oni także zdawali sobie sprawę z pojawienia się kolejnego potencjalnego napastnika. Coś mi się nie zgadzało z tą trójką. Żadnego z nich nigdy wcześniej nie widziałam na wyspie, a nie wyglądali na dworzan z królewskiego statku. Tak samo nie pasowali mi na marynarzy, jednak z pewnością musieli przedostać się na Amę niedawno. Nagle bardziej wyczułam, niż zobaczyłam lecący nóż. Byk odepchnął mnie, a ostrze wbiło się w drewnianą ścianę. W tym samym momencie trzeci z podejrzanych mężczyzn wyjął długi nóż i z krzykiem na ustach rzucił się w moją stronę. 

— Pokrzyżowałaś nam plany, zdziro! 

   Wywinęłam się w półobrocie, w ostatniej chwili unikając pchnięcia w brzuch. Sama miałam tylko ukryte ostrze do dyspozycji, ale chwilowo trzymałam je w tajemnicy. Jack i Pirat zagrodzili drogę tamtej dwójce. W bójce na pięści też byli nieźli, ale mimo to obawiałam się, że coś im się stanie. Nie miałam jednak czasu, aby ich obserwować, bo trzeci napastnik po raz kolejny zamachnął się na mnie. Musiałam zaufać ich umiejętnościom, sama potrzebowałam maksymalnego skupienia. 

   Uniknęłam kolejnego ciosu, czując się przypierana do muru. Po kolejnym ataku napastnika zawinęłam się pod jego ręką. Znalazłam lukę w obronie mężczyzny i natychmiast to wykorzystałam. Aktywowałam ostrze, które z niezawodną gładkością wysunęło się ze swojego mechanizmu, i cięłam oszczędnym ruchem, bardzo prostym, ale za to skutecznym. Nóż rozciął materiał, gładko przechodząc przez skórę i mięśnie. Z rany, którą zadałam tuż pod jego pachą, trysnęła krew, osłabiając go i wytrącając z rytmu. Nie była śmiertelna, ale krwawiła dość obficie. Znajdując się za mężczyzną, wykonałam kolejne cięcie, tym razem głębsze. Raniłam go w plecy, po raz kolejny zadając ból. Walczyliśmy dalej. Mężczyzna zaczął coraz agresywniej nacierać, ale nie miał zbyt wielkich szans. Szybko tracił krew, do tego zadałam mu jeszcze kilka innych cięć. Osłabiony oparł się o stół, przy którym przed chwilą siedziałam z przyjaciółmi. Spojrzałam w stronę pozostałych walczących. Chłopcy stanęli w trójkę naprzeciw dwójce prowokatorów. Wypili więcej niż ja, ale i tak łatwo zdobyli przewagę. Po chwili obezwładnili tamtą dwójkę. Nigdzie nie widziałam Pająka. 

   Mój przeciwnik nadal stał przy stole, oddychając ciężko i trzymając się za najobficiej krwawiącą ranę. Jego ubranie już przesiąkło posoką, u jego stóp zbierały się coraz obfitsze plamy. Większość osób opuściła w pośpiechu karczmę, nie mieli zamiaru brać udziału w pijackiej bójce. Problem polegał na tym, że to nie była taka sobie bójka dwóch rozpitych grup. Tu chodziło o coś więcej, czułam to już od chwili, kiedy wspomnieli o niedoszłym królobójcy. Z pewnością ktoś pobiegł po straż, pojawienie się najemników brata pozostawało tylko kwestią czasu. Podeszłam do krwawiącego mężczyzny i odezwałam się władczo: 

— Kto was nasłał? 

   Facet spojrzał na mnie, jakbym była totalną idiotką i odparł: 

— Ten sam, który wczoraj nasłał na króla mordercę. Jesteś zagrożeniem dla naszej sprawy. — Usłyszałam brzdęk stali, z dłoni mężczyzny wypadł zakrwawiony nóż. — Nie dam się złapać za coś tak głupiego. 

   Złapałam go, gdy upadał na ziemię. Dopiero wtedy zauważyłam, że zadał sobie samobójczy cios, przebijając brzuch. Nie wiedziałam, co robić, kilka minut temu próbował mnie zabić, a teraz umierał i to z własnej ręki. Ułożyłam go na podłodze i położyłam jego głowę na swoich kolanach. Nie stanowił już zagrożenia, więc chciałam dać mu chociaż trochę bardziej komfortowe warunki. Spojrzał mi w oczy, jego wzrok stawał się mętny. 

— Czy jesteś jedną z nich? — spytał, słabnąc z każdą sekundą. — Moi przełożeni nie byliby zadowoleni z tego, że przeżyłaś. 

— Nie wiem, o kim mówisz — wyszeptałam, odgarniając mu włosy z twarzy. 

   Pochylając się nad nim, nawet nie zwróciłam uwagi, że zabrany niedoszłemu zabójcy naszyjnik, wysunął się spod mojej koszuli. Mężczyzna drżącą, okrwawioną dłonią ujął krzyż i uśmiechnął się, wargami czerwonymi od cieknącej przez usta krwi. Po chwili jego dłoń opadła, jakby nie miał siły dłużej jej trzymać w powietrzu. 

— Zabrałaś mu nasz symbol? — spytał. 

— Tak — odparłam, chcąc być szczerą w jego ostatnich chwilach. — Twój także zabiorę. Schowam i nikomu nie oddam. Będę drążyła zagadkę, aż dowiem się, kim jesteście. 

— W takim razie zabierz go. — Wyjął swój spod koszuli. — Może w przyszłości także twój brat odda ci swój własny wisior — wycharczał, wydając ostatnie tchnienie. 

— Spoczywaj w pokoju — powiedziałam i zamknęłam mu powieki. — Obyś znalazł po drugiej stronie odpowiednie miejsce. 

   Odpięłam łańcuszek i założyłam go na szyję. Kimkolwiek byli, najpewniej należeli do tej samej organizacji, o której mówił Henry. Dwa naszyjniki zdawały się potwierdzać tę teorię. Zsunęłam głowę martwego z kolan, kiedy podszedł do mnie Aaron. 

— Shadow? — spytał, łapiąc mnie za ramię. — Kim oni są? 

— Jeszcze tego nie wiem — odparłam, wstając. — Ale na pewno byli zamieszani we wczorajszy atak. 

   Aaron chyba chciał coś dodać, ale do budynku wbiegło kilku strażników, w tym mój znajomy. Mimowolnie uśmiechnęłam się lekko i powiedziałam: 

— Trochę po nie w czasie, Adam. Tych dwóch — wskazałam na obezwładnionych, nie tracąc czasu — zaatakowało tego nieszczęśnika. — Wskazałam na martwego mężczyznę. — Udało nam się ich złapać, ale on nie miał zbytniego szczęścia. 

— Ty zakłamana suko! — warknął jeden z napastników, szarpiąc się, ale szybko uległ przez silne ręce strażnika, który przejął go od moich przyjaciół. 

— Cholera jasna — mruknął Adam. — Shadow, mieliście szczęście, że nic wam nie zrobili. Lepiej, żebyś nie pchała się więcej w takie sprawy. Tych dwóch zabieramy z nami, po ciało zaraz ktoś przyjdzie. Idźcie już stąd. 

   Wyszliśmy zaraz za strażnikami. Wolałam skłamać, niż żeby strażnicy poznali wersję napastników. Wyznanie, że moi najbliżsi przyjaciele i ja mieszaliśmy się w jakiekolwiek krwawe sprawy, mogłoby sprowadzić na nich niebezpieczeństwo, a na pewno trafilibyśmy na języki, co już w ogóle zagrażałoby dyskrecji. Szukałam wzrokiem Samuela, który nie brał udziału w walce, ale nie zauważyłam go ani w karczmie, ani przed nią. Martwiłam się, że nigdzie go nie było, chociaż wiele wskazywało, że zniknął tuż przed walką. Pożegnałam się z pozostałymi na rynku. Późna godzina wymusiła na nas rozstanie, chociaż najchętniej spędzilibyśmy jeszcze trochę czasu razem. Patrzyłam, jak odchodzą uliczkami, po czym odwróciłam się i poszłam w swoją stronę. 

   Zapadł już zmrok, powoli zbliżała się jesień i pierwszy wieczorny chłód ogarnął moje ciało, orzeźwiając po walce i alkoholu. Udałam się jeszcze samotnie na plażę, nie mogąc pozbyć się natrętnych myśli. Usiadłam na piasku i patrzyłam na horyzont. Nocne niebo prawie zlewało się z morzem, jedynie delikatne fale pozwalały na odróżnienie nieba od gwiazd odbitych na powierzchni wody. Nie mogłam pogodzić się z tym, że to mógł być mój ostatni raz na wyspie. Nie znałam innego miejsca, ten mały zakątek świata i jego mieszkańcy byli dla mnie wszystkim. Z zamyślenia wyrwały mnie czyjeś kroki. Obejrzałam się. W moją stronę szedł Pająk. Z ulgą przyjęłam fakt, że nic mu się nie stało. Chciałam mu to powiedzieć, ale jak tylko przysiadł się obok, zaczął mnie przepraszać. 

— Shadow, tak bardzo przepraszam, że nie walczyłem ramię w ramię z wami — mówił to łamiącym się głosem, co było u niego rzadkością. Targały nim silne emocje. — Spanikowałem. Uciekłem jak ostatni tchórz. Po raz pierwszy widziałem taką furię u ludzi. Ja… Ja… Nie nadaję się na jednego z was! 

— Nieprawda — odparłam stanowczo. — Ty wolisz nie uciekać się do przemocy, co mnie przychodzi nienaturalnie łatwo. — Uśmiechnęłam się do niego. — Jutro wypływam, a ty jesteś najlepszym taktykiem w ekipie. Wiesz wszystko, co dzieje się na wyspie, doskonale orientujesz się w sytuacji i to twoja siła, której nie chcesz dostrzec — westchnęłam, podejmując decyzję. — Ukryłam coś na tej plaży. 

— Co takiego? — spytał zaciekawiony, zapominając o tym, jak przed chwilą przeżywał ucieczkę. 

— Pewien klucz. — Spojrzałam mu w oczy. — Klucz ten pasuje do kufra, w którym ukryłam kilka rzeczy. Mówię to tobie, bo reszta od razu zaczęłaby go szukać. Ty jednak najpierw sto razy pomyślisz i dopiero zrobisz. W kufrze znajdziecie wysokiej klasy broń specjalnie dla was. Obiecaj mi jednak, że wykorzystana zostanie w ostateczności. 

— Obiecuję — odparł. — Możesz na mnie polegać. 

— Wiem o tym — skinęłam głową — a teraz idź. 

   Chłopak wstał już, ale coś jakby go zatrzymało. Odwrócił się do mnie i spytał: 

— Czy mogę zrobić coś, na co nie miałem wcześniej odwagi, a niedługo nie będę miał okazji? 

— Teraz? — spytałam zdziwiona, na co pokiwał głową. — Jasne. 

   Chłopak podszedł do mnie, mocno chwycił za ramiona i pocałował krótko w usta. Trwało to tak krótko, że nawet nie zdążyłam odwzajemnić pocałunku. Po chwili odszedł, nie odwracając się więcej w moją stronę. Zostałam jeszcze parę minut w tym samym miejscu i ruszyłam z plaży do domu. Idąc do pałacu, zastanawiałam się, jak długo to trwało. To, czyli uczucia Pająka. Byliśmy przyjaciółmi od tak dawna, a ja nic nie zauważyłam. Nie dostrzegłam, że tak jak mnie omamiał Aaron, tak ja omamiłam Samuela. W końcu udało mi się wyrzucić tę myśl z głowy. Cokolwiek się działo w sercu Pająka, nie powinno mnie frasować. Nawet jeśli dotyczyło to mojej osoby. 

   Było blisko północy, gdy wchodziłam do pałacu. Brama główna, zazwyczaj obstawiona strażnikami, tym razem była uchylona. Wślizgnęłam się przez jak najcieńszą szparę, po czym przeszłam kawałek wzdłuż muru. Wolałam nie rzucać się w oczy, podświadomie zdając sobie sprawę, że coś tu nie gra. Faktycznie, w głębi dziedzińca zastałam dziwny widok. Mój brat rozmawiał z tą samą dwójką, którą obezwładnili chłopcy w karczmie. Skryłam się w cieniu i podsłuchiwałam. 

— Jak mogliście przypuścić atak na moją siostrę? — warknął Henry. — Ona może zostać jedną z nas. Król bezgranicznie jej ufa, a to przechyli szalę na naszą stronę. Mistrz może ją wykorzystać do swoich celów. 

— Panicz wydał jednak rozkaz… — zaczął jeden z nich, ale szybko przerwał mu mój brat. 

— Panicz nie jest ponad Mistrzem — warknął ostro. — Nasz Wielki Mistrz pragnie ją zobaczyć i nakłonić do współpracy z nami. Do czasu powrotu do Stolicy musicie się ukrywać, Shadow z pewnością was pamięta. Teraz odejdźcie, nim zmienię decyzję i niech prowadzi nas Ojciec Zrozumienia. 

— Niech prowadzi nas Ojciec Zrozumienia — powtórzyli mężczyźni i rozdzielili się. 

   Udałam się do komnaty, wiedząc, że nie mogłam już ufać nikomu z rodziny. A szczególnie Henry’emu. 

Opublikowano
Kategorie Assassin's Creed
Odsłon 533
2

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!