Nothing Is True, Everything Is Permitted – Część Druga

Palce cierpną od zbyt mocno skrępowanych linami nadgarstków.

***

   Trzy dni po przybyciu na wyspę królewskiego dworu, ogłoszono, że ślub mojej siostry i księcia zostanie przesunięty o tydzień. Powodem miały być jakieś dodatkowe przygotowania, ale niezależnie od tego, nadszedł czas urzeczywistnić moje założenia. Zabraliśmy się za to z przyjaciółmi już pierwszego dnia, zaczynając od czegoś prostego. Jako córka gubernatora miałam prawo krzątania się po całym terenie pałacu, w tym w kuchni, stąd wiedziałam, że po każdym dniu zostawało sporo jedzenia. Pieczywo i tak ostatecznie nie lądowało na stołach dnia następnego, więc zawsze je wykradałam, ale tym razem zrobiłam to na większą skalę. Spakowałam wszystkie bochenki w lniany worek i zrzuciłam przyjaciołom. To było jednak nadal za mało dla wszystkich mieszkańców, dlatego roznieśliśmy tylko tym najbiedniejszym. Po tamtej małej akcji czułam niedosyt, przyszedł czas na coś większego.

  Siedziałam na dachu budynku, który znajdował się naprzeciwko składu żywności. Tego dnia wypadał odbiór miesięcznego przydziału produktów, które za sprawą edyktu podlegały stałemu wydziałowi. Przed budynkiem ze zbożem jak zawsze ustawiali się ludzie mający odebrać swoją część, jednak tym razem drzwi nie otworzono. Zmarszczyłam brwi, widząc, jak jeden ze strażników rozgania tłum. Nigdy wcześniej nie doszło do czegoś takiego. Ludzie zaczęli się rozchodzić, kiedy za moimi plecami pojawił się Pająk.

— I czego się dowiedziałeś? — spytałam, nie odrywając wzroku od tamtego miejsca.

— Zamknięte i nie mają zamiaru otworzyć — odparł, zajmując miejsce obok mnie. — Rozporządzenie dotyczące ślubu twojej siostry.

   Wykrzywiłam się w grymasie niezadowolenia. Adelajda od zawsze była oczkiem w głowie gubernatora, nigdy nie szczędził na tym, co jej dotyczyło. Nie myślałam jednak, że potrafiłby posunąć się tak daleko, że kosztem jej szczęścia mieli głodować ludzie. Spojrzałam na słońce. Zostało kilka godzin do zmroku. Ponownie spojrzałam na ludność i oznajmiłam:

— Zbierz naszych. Czas na pierwszą prawdziwą akcję. — Przeniosłam wzrok na przyjaciela. — Spotkamy się tutaj o zachodzie słońca. Musicie być gotowi na wszystko.

— Dobrze — odparł i pobiegł w swoją stronę.

   Zeszłam z dachu i udałam się w stronę pałacu. Musiałam się przygotować i nie miałam tu na myśli planu na wieczorny skok. Idąc dziedzińcem, spotkałam siostrę, wpatrującą się w trenującego księcia. Odkąd pojawił się tutaj dwór, nasz pałacowy nauczyciel szermierki miał w końcu okazję się wykazać. Adelajda wcześniej nie interesowała się treningami żołnierzy, ale możliwość obserwowania przyszłego męża wywabiła ją z komnat. Wywróciłam oczami i zbliżyłam się do niej. Nie potrafiłam sobie odmówić kilku chwil złośliwości. Odchrząknęłam, na co dziewczyna spiorunowała mnie wzrokiem.

— Nie zbliżaj się nawet. — Zmarszczyła nos. — Wyglądasz jak zwykła ulicznica.

— Wolę jak ulicznica niż worek falbanek — odgryzłam się, stając obok i krzyżując ramiona na piersiach. — Masz w ogóle jakiekolwiek pojęcie, co oni robią? — spytałam.

— Ćwiczą walkę na miecze — powiedziała takim tonem, jakby stała przed nią idiotka.

— Gwoli ścisłości, szermierkę, a to są szpady — odparłam, nie mogąc się oprzeć, aby przytrzeć jej trochę nosa. — Mało przydatne na polu bitwy.

— Ta, jakbyś się znała — prychnęła wzgardliwie.

— No wiesz, na tym znam się bardziej niż na igłach i płótnie. To nie jest broń wybitnie ostra. Lepszy byłby miecz półtora ręczny.

   W naszym kierunku obrócił się narzeczony Adelajdy, zgrzany po swojej partii ćwiczeń. Oddał broń jakiemuś przybocznemu i podszedł do nas z uśmiechem godnym wysoko postawionego arystokraty.

— Adi, kim jest ta urocza dama? — spytał.

   Zdążyłam już zauważyć, że względem każdej kobiety zwracał się z szacunkiem, tak wychował go Ludwik. Tak powinno być, bez względu na status społeczny czy poziom życia. Adelajda powinna uczyć się od niego manier, co pokazywało jej zachowanie w stosunku do mnie i kogokolwiek, kto nie dorównywał jej statusem.

— Shadow — wypluła to niemal ze wstrętem.

— Ta mniej atrakcyjna siostra Adelajdy — parsknęłam mimowolnie śmiechem. — Już się zmywam.

— Ależ skąd. — Pokręcił głową. — Niedługo będziemy rodziną. Powinniśmy się trochę poznać, nie uważasz?

   Ponownie spojrzałam na słońce. Miałam jeszcze trochę czasu.

— Niby racja. — W duchu śmiałam się w głos, widząc niezadowoloną minę siostry. — Mam jeszcze chwilę.

— Powiedz mi, Shadow, bywałaś u nas na dworze? — spytał książę.

—To ta, co się ciągle potykała i wylała na mnie wino. — Adelajda była ewidentnie zazdrosna. — Podczas naszych oficjalnych zaręczyn.

— Ach, wybacz, że nie poznałem — zaśmiał się lekko. Miałam wrażenie, że jego wzrok prześlizgnął się badawczo po mojej figurze. — Wydoroślałaś.

— Eeee… Dzięki — odparłam zmieszana. — Miałam iść do zbrojowni. — Spróbowałam wywinąć się od dalszej rozmowy. Wolałam, żeby nikt mnie nie taksował spojrzeniem w ten sposób.

— Pójdę z tobą — powiedział.

— Jak chcesz. — Wzruszyłam niedbale ramionami, ukrywając niezadowolenie.

   Pewnym siebie krokiem przeszłam obok księcia i skierowałam się do budynku. Trzeba przyznać, że syn Ludwika był przystojny. Mocne rysy, ciemne oczy i włosy, dobrze rozbudowane mięśnie, wyglądał na dobrze wyszkolonego wojownika, za którym szalały panie różnego stanu. Gdyby do tego dołożyć wiedzę o ludziach, a nie puste maniery, zostałby okrzyknięty chodzącym ideałem księcia. Zamyślona, poczułam czyjąś rękę na ramieniu. Odruchowo cofnęłam łokieć, natrafiając tym samym na czyjąś klatkę. Chciałam już dokończyć ruch i unieść pięść, ale usłyszałam:

— Shadow, to ja. Mówiłem, że idę z tobą.

— Wybacz, Harry — wydusiłam ciche przeprosiny, powstrzymując mimowolny śmiech. — Odruch.

— Skąd nabyłaś taki odruch? — spytał, ignorując moją poufałość.

— Tak jakoś — odparłam, aby nie ciągnąć tematu i weszłam do budynku.

   W środku oprócz zbrojowni znajdowała się pracownia miejscowego kowala. Rozwiązanie to było przydatne, bo pałacowi strażnicy nie musieli biegać z każdym żelaznym orężem do miasta. Mężczyzna na ogół pracował tu tylko parę godzin w tygodniu, zazwyczaj siedział w swoim prywatnym zakładzie. Tego dnia, na moją prośbę, został chwilę dłużej.

— Cześć Mark — przywitałam go. — Masz to, o co prosiłam?

— Jasne, że tak. Jak mógłbym nie mieć. — Uśmiechnął się, ściskając moją dłoń. — Ile ty tego potrzebujesz?

— Na razie cztery sztuki — powiedziałam. — Pamiętałeś uwzględnić małą kobiecą rączkę? — spytałam rozbawiona.

— Tak — zaśmiał się i podał mi jedną z zabawek. — Ale i tak przetestuj, czy pasuje.

   Zapięłam podaną mi skórzaną broń, przypominającą z wyglądu karwasz. Spojrzałam na Harry’ego, który oglądał miecze i ponownie przeniosłam spojrzenie na przedmiot. Odchyliłam lewą dłoń, a skrywane pod tym niepozornym wyglądem ostrze wysunęło się cicho. Zadowolona przesunęłam po nim palcem. Było gładkie i ostre niczym brzytwa. Ponowiłam ruch dłoni, a ostrze schowało się. Uśmiechnęłam się do kowala.

— Dziękuję — powiedziałam. — Koszty chyba nie przekroczyły tego, co dostałeś, prawda?

— Zgadza się, Cieniu. Teraz bierz swoje zabawki i leć, zanim księciunio się zorientuje, co masz. — Położył mi dłoń na ramieniu. — Zajmę go chwilę.

— Dzięki. — Zasłoniłam ukryte ostrze luźnym materiałem. — Wkrótce wszystko będzie tu lepsze.

— Domyślam się — odparł, patrząc mi w oczy.

   Wzięłam pozostałe ukryte ostrza i pobiegłam do siebie. Na szczęście po drodze nie spotkałam nikogo, kto próbowałby mnie zatrzymać. Wchodząc do siebie, zatrzasnęłam drzwi i zaczęłam przygotowania. Związałam ciasno włosy, aby mi nie przeszkadzały, po czym przebrałam się w coś ciemniejszego, bardziej przyległego do ciała. Zwróciłam uwagę na to, aby ubrana koszula miała na tyle dogodny rękaw, aby zasłonił on broń. Przebrana, wygrzebałam spod łóżka małą skrzynkę, na dnie której skrywałam noże do rzucania. Ktoś mówił, że byłam niegrzeczna? To się dopiero miało okazać, co we mnie siedziało. Kiedy słońce zaczęło chować się za horyzontem, narzuciłam na głowę ciemny kaptur i wyszłam na balkon. Wychodził poza mury, dzięki czemu umożliwiał ominięcie strażników. Na dole czekał wierny stóg siana, w który wskoczyłam. Sprawiało mi to taką przyjemność, że byłabym gotowa wspiąć się na górę i zeskakiwać tak wielokrotnie. Na to jednak przyszedł czas jeszcze wiele razy.

   Poszłam wolnym krokiem w stronę umówionego miejsca, starając się nie wzbudzić niczyjego zainteresowania. Do pasa miałam przypiętą niepozorną broń skrytobójców, naszą broń. Chociaż nikt wówczas nie zabijał, to wiedziałam, że prędzej czy później tak się stanie. Wdrapałam się na dach jako pierwsza, co nie dziwiło. Jako jedyna cieszyłam się na tyle dużą niedbałością ze strony rodziców, że moja nocna nieobecność nie budziła niczyich pytań. Czekałam na pozostałych, patrząc na nasz cel i po raz kolejny przypominając sobie najważniejsze rzeczy. Wiedziałam, ilu spotkamy tam strażników. Dokładnie czterech – dwóch przed bramą, jednego na dachu, jednego w środku, dowódcę zmiany. Następni pojawiali się zawsze o świcie. Ruch na uliczkach zamarł niemal całkowicie, kiedy przybyli przyjaciele. Rzuciłam im nasze skórzane, niepozorne, ale zabójcze ostrza. Chłopcy spojrzeli pytającym wzrokiem.

— Broń — odparłam krótko. — Zaraz wam pokażę, jak działają. Załóżcie tak jak ja albo na drugą rękę.

— Na co nam broń? — spytał naiwnie Pająk.

— Myślałeś, że wypuszczę was na możliwą bójkę bez żadnego oręża? — odparłam pytaniem na pytanie. — Popatrzcie. — Odgięłam rękę, a ostrze wysunęło się, później je schowałam, co powtórzyli pozostali.

— Nawet nie będę pytał, skąd ty to wynalazłaś — stwierdził Byk, oglądając ostrze.

— I dobrze. — Uśmiechnęłam się przelotem, po czym spoważniałam. — Plan jest taki. Musimy wejść do środka i wyeliminować strażników. Nie ważne, jak skończą. Ogłuszeni, sparaliżowani, martwi, to nie ma znaczenia. Tam znajdziemy zboże, które wykradniemy, na tym musimy się skupić. Przydział rozdamy ludziom w nocy, nie możemy się pokazać. Jasne? — spytałam.

— Tak jest — odparł Byk.

— Ja mam tylko pytanie — wtrącił Pirat. — Jak przewieziemy zboże?

— Od czego są wozy w tym głupim składzie? — Uśmiechnęłam się chytrze.

   Na ich twarzach malowały się różne emocje. Od śmiechu po strach i zdenerwowanie.

— Nic nie jest prawdą…

— Wszystko jest dozwolone — dokończyli wraz ze mną.

   Przeskoczyliśmy dachami w stronę naszego celu. Znałam ten teren dokładnie, a sam skład jak własną kieszeń. Kazałam im zaczekać, po czym sama wzięłam rozbieg i przeskoczyłam na dach budynku. Wykorzystałam odpowiedni moment, bo strażnik stał tyłem. Usłyszał jednak moje lądowanie. Obrócił się w moją stronę, ale byłam szybsza. Naskoczyłam na niego, zanim ten zdążył się odezwać czy chwycić za broń. Przewróciłam go i siedząc na nim, przyłożyłam rękę do gardła. Mężczyzna z pewnością był silniejszy ode mnie, więc działałam szybko. Uniosłam rękę w barku, odchyliłam dłoń i z impetem uderzyłam ostrzem w jego szyję. Wstałam, a moje ręce pokrywała krew zabitego. Wytarłam ją w jego ubranie. Dałam znak pozostałym. Stałam chwilę nad ciałem, po czym schyliłam się i zamknęłam jego oczy. Pozostali dołączyli do mnie, ale zszokowani zastygli w bezruchu. Obróciłam się twarzą do nich, mając niemal za nic przelaną krew. Samuel pierwszy się odezwał:

— Dlaczego go zabiłaś? — spytał.

— Najważniejsze to wykonać misję — odparłam. — Potem będzie czas na pogaduszki. Ogarnijcie wóz i załadujcie go odpowiednią ilością worków. Ja w tym czasie pozbędę się pozostałych strażników, skoro wy się boicie.

   Zsunęłam się z krawędzi dachu tak, aby złapać parapet. Wiedziałam, ile ryzykowałam, ale chciałam się wkraść bezpośrednio do pomieszczenia, które najczęściej zajmował główny strażnik. Tym razem było tak samo. Mężczyzna od razu mnie zauważył i dopadł, łapiąc mocno w pasie. Spodziewałam się tego, ale i tak zaskoczyła mnie szybkość ataku. Zaczęłam się szarpać w jego silnym uścisku, a ten spytał, sapiąc:

— Co to za włamanie? Życie ci niemiłe, złodziejaszku?

— Prędzej tobie — warknęłam, kopiąc go piętą w czułe miejsce.

   Facet od razu zwolnił uścisk, a ja zamachnęłam się w jego stronę z półobrotu ręką z ukrytym ostrzem. Złapał mnie jednak za nadgarstek i odepchnął. Wpadłam na ścianę, ale na jego nieszczęście wylądowałam blisko stojaka z bronią. Pochwyciłam halabardę i obróciłam się w stronę mężczyzny. Ten najpierw otaksował mnie kpiącym wzrokiem, aby po chwili zrozumieć swoją sytuację i nabrać odrobiny rozsądku. Zareagował za późno.

— Mówiłam, że tobie jest niemiłe życie. — Zamachnęłam się.

   Broń była trochę ciężka, dlatego trafiłam go w brzuch. Poczułam, jak wbijam się w jego ciało, rozcinając skórę, mięśnie, rozrywając żyły. Wyszarpnęłam ostrze i z brzdękiem upuściłam broń na podłogę. Mężczyzna upadł na kolana, chwytając krwawiący bok, a ja podeszłam do niego, mówiąc:

— Obyś odnalazł szczęście w swojej Krainie Zmarłych.

— Moją krainą jest Niebo — powiedział, wiedząc co go czekało.

   Zauważyłam moment, w którym chwycił sztylet. Chciał mnie jeszcze dźgnąć, ale ponownie okazałam się szybsza. Przebiłam mu krtań, a facet zalał się krwią, tryskając nią również na moje ubranie. Wyszarpnęłam broń, pozwalając ciału opaść bezwładnie na podłogę. Obróciłam się od niego i wyszłam z pomieszczenia, odhaczając kolejnego z listy zagrożeń. Zostało mi tylko dwóch strażników przed wejściem, ale nie byłam pewna, jak się ich pozbyć. Zeszłam na dół, gdzie przyjaciele zaprzęgli już konie i załadowali worki. Udało im się zmieścić w dwóch wozach, co ograniczało ich ilość do minimum. Pracowali sprawnie i szybko, co dobrze rokowało na przyszłość. Skinęłam głową na Aarona i poszłam w stronę bramy głównej. Była zaryglowana, ale sprawnie poradziliśmy sobie z bratem, podnosząc belkę blokującą skrzydła wrót. Kiedy otworzyliśmy, strażnicy usłyszeli hałas i obrócili się w naszą stronę. Dobyłam sztyletów, którymi rzuciłam w mężczyzn z morderczą celnością. Padli prawie natychmiast, jednemu musiałam jeszcze ulżyć, dobijając go. Zabrałam swoje wierne noże i odsunęliśmy ciała, aby odblokować przejazd dla wozów. Zostało tylko po cichu rozwieść przydział.

   Do rana uporaliśmy się z robotą. Przysiedliśmy na jednym z dachów i odpoczęliśmy. Do świtu zostałam sama, pozostali rozeszli się do domów, żeby nie budzić podejrzeń. Obserwowałam z niemałym zadowoleniem, jak część ludzi wychodziła ze swoich domostw i rozglądała się za włamywaczem, który dostarczył im przydziału, zamiast ich okraść. W końcu wróciłam do pałacu, uradowana z efektu nocnej akcji. Przeskakując dachami, dotarłam do muru. Ze względu na wizytę króla podwojono ilość ludzi, ale niewiele to zmieniło. Niezauważona przemknęłam po kamiennej ścianie, wspinając się na górę. Wyskoczyłam na blanki, szybko przebiegłam i zeskoczyłam w krzaki. Na szczęście nasze mury nie należały do najwyższych, więc nie zrobiłam sobie krzywdy, może co najwyżej trochę się poobijałam. Poszłam do siebie, przechodząc zwykle pustymi korytarzami.

   Po drodze usłyszałam czyjeś głosy. Przylgnęłam do ściany i wyjrzałam lekko zza rogu, spodziewając się jakiejś dodatkowej pary strażników. Ku mojemu zaskoczeniu, zobaczyłam Harry’ego obściskującego się z jedną ze swoich dwórek. Specjalnie wykonałam kilka głośnych tąpnięć, aby dwójka się rozdzieliła, po czym wyszłam na korytarz. Książę udawał, że idzie w tym samym kierunku co ja, a kobieta zniknęła w drzwiach pobliskiej komnaty. Szybkim krokiem dopadłam go i pociągnęłam za ramię. Ten zachwiał się, a ja pchnęłam go na ścianę. Chłopak otworzył już usta do krzyku, ale zatkałam mu je ręką. Odezwałam się cicho:

— Taki to z ciebie narzeczony? Widać jak bardzo kochasz Adelajdę.

— Kim jesteś? — spytał, kiedy zdjęłam mu rękę z ust. — Nie będzie mi byle śmieć, wytykać, co robię.

— Jestem kimś, kogo powinieneś się obawiać — odparłam, opuszczając prawą rękę do jego krocza. Ścisnęłam mu jaja, co nie było dla mnie przyjemne, a dla niego pewnie tym bardziej. — Chyba nie chcesz stracić zawartości spodni. Albo życia — warknęłam, przykładając mu do gardła wydobyty sztylet.

— N-nie — zająknął się.

— To dobrze. — Odsunęłam się. — Traktuj w takim razie bardzo dobrze moją siostrę — warknęłam. — I nie masz co mówić o naszej — wykrzywiłam się w złośliwym uśmiechu — miłej pogawędce.

   Oddaliłam się szybko. Fakt, nienawidziłam mojego rodzeństwa za to, jacy byli, ale wyznawałam pewną zasadę. Nie krzywdzi się moich bliskich. Przyjaciół i nawet znienawidzonej rodziny. Nie mogłam pozwolić, żeby mojej siostrze łamano ten zatwardziały narząd, który nazywała sercem. Wzburzona weszłam do siebie, wzięłam trochę ubrań na zmianę i zeszłam na dół, do łaźni. Po szybkim ogarnięciu się wyprałam swoje ubrania i zabrałam do swojej komnaty, gdzie rozwiesiłam na balkonie. Tak, umiejętności prania i dbania o swoje pomieszczenie również opanowałam. Wynikało to z faktu, że niejednokrotnie w komnacie ukrywałam coś, czego nikt nie powinien znaleźć. Po mojej rozmowie z matką służące dostały całkowity zakaz, nie musiały się już martwić o ewentualną utratę posady. Zdecydowanie było mi to na rękę.

   Kiedy skończyłam, usiadłam na moment. Czułam się zmęczona, ale nie marnowałam czasu na drzemkę. Po raz kolejny opuściłam swój pokój, nadal skrywając ostrze pod rękawem. Od tamtego momentu zawsze miałam je przy sobie. Zeszłam do jadalni, gdzie uszykowano już stoły do śniadania. Zasiadłam na swoim miejscu, a chwilę później wniesiono posiłek. Nigdzie nie widziałam swojego brata, ale Henry zawsze się spóźniał. Jeszcze z rana obchodził wszystkie posterunki w pałacu i odwiedzał swoje biuro, aby odebrać raporty. Patrzyłam na drzwi, oczekując go. Wszedł do sali i szybko zbliżył się do naszego stołu. Nachylił się przy ojcu, po czym zaczął coś gorączkowo mówić. Siedziałam na tyle blisko, że normalnie słyszałabym wszystko dokładnie. Niestety hałas, jaki się zrobił przez ilość rozmawiających, spowodował, że słyszałam tylko fragmenty.

— Czterech… Koło składu… Wykradziono… Nie wiadomo kto… Zawodowcy… Już szukają… Ludzie mówią…

   To wystarczyło, aby adrenalina skoczyła mi w żyłach. Chodziło o naszą nocną akcję, braciszek odkrył już trupy. To dobrze, spodziewałam się tego. Oczywiście powodowało to również trudności dotyczące ewentualnych następnych akcji, ale na rozwiązanie tego zmartwienia mogłam poświęcić czas później. Kończyłam w spokoju śniadanie, myślami błądząc przy naszym małym bractwie i wydarzeniach nocy, kiedy zagadał do mnie Harry.

— Dziewczyno, mogłabyś być delikatniejsza? — Przysiadł się obok mnie. — Nadal mnie boli.

— Trzeba było najpierw myśleć — warknęłam, odchodząc od stołu. — Na twoim miejscu martwiłabym się bardziej o to, co się stanie, jak nie posłuchasz ostrzeżenia.

   Wyszłam zdenerwowana z pomieszczenia i udałam się do siebie, na balkon. Bezczelne zachowanie księcia wyrzuciłam z pamięci, przenosząc rozmyślania na minioną akcję. Poszła sprawnie, ale nikt z moich przyjaciół nie potrafił zadać ostatecznego ciosu, nie był w stanie zabić. Wsparłam ręce o balustradę. Z tego miejsca roztaczał się widok na dużą część miasteczka. Przetoczyłam wzrokiem po murze i spacerujących po nim strażnikach. Oto co oddzielało mnie od ludzi. Oddzielało, ale nie zatrzymywało. Czasem żałowałam, że znajdowałam się po tej stronie barykady, ale czy gdybym żyła po drugiej, to czy mogłabym zainicjować to wszystko, co w niedalekiej przyszłości miało stać się moim udziałem?

   Westchnęłam, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Na spotkanie z przyjaciółmi było jeszcze za wcześnie, musieli zająć się swoimi obowiązkami i doskonale to rozumiałam. Błądząc wzrokiem po placu, zobaczyłam trenujących szermierzy. Postanowiłam pójść i poćwiczyć wraz z nimi. Zeszłam nawet na dziedzińcu, ale cofnęłam się. Nie mogłam trenować, kiedy księciunio wiedział, do czego byłam zdolna. Wyszłam więc z pałacu i poszwendałam się po mieście. Wypytałam kontakty Pająka o nowe wieści, zamarudziłam trochę czasu na targu, porozmawiałam z kilkoma znajomymi mi osobami, aż w końcu poszłam na plażę. Chciałam pobyć trochę sama, nim przyjdą przyjaciele.

   Usiadłam na piasku, oglądając morskie fale, które przetaczały się po powierzchni wody i kończyły na wybrzeżu białą pianą. Zbierało się na sztorm albo przynajmniej porządny deszcz. Bawiąc się ukrytym ostrzem, nagle podjęłam decyzję. Spontaniczną, ale nie szaloną. Poszłam do naszej kryjówki, bo zbierał się wiatr, aby tam dalej czekać na chłopaków. W tym czasie zaczesałam włosy w wysokiego kucyka. Otworzyłam ostrze i jednym, szybkim ruchem ścięłam włosy. Długie kosmyki zostały mi w ręce, a nowa fryzura opadła swobodnie. Przejrzałam się we fragmencie lustra, który wyniosłam z pałacu, kiedy to w moim pokoju się zbiło. Niegdyś sięgające mi połowy pleców włosy były krótkie jak u chłopaka. Tak, zdecydowanie tego potrzebowałam. I to lata wcześniej. Podziwiając swoje dokonanie, nie usłyszałam zbliżających się kroków. Zareagowałam dopiero wówczas, gdy do domku weszli moi przyjaciele, łącznie z Papugą. Uśmiechnęłam się na jego widok, nawet jeśli nadal wyglądał na obolałego. Tęskniłam za nim i jego gadatliwością, jednak on jeszcze nie wiedział o naszym małym bractwie. Rzuciłam mu się na szyję, przytulając mocno. Objął mnie w pasie, odwzajemniając uścisk. W dłoni nadal trzymałam swoje włosy. Chyba wszystkich zaskoczyłam tym faktem, ale na szczególnie zdziwionego wyglądał Pirat.

— Shadow? — Złapał je i wyjął z mojej ręki. — Dlaczego je ścięłaś?

— Musiałam — odparłam, puszczając przyjaciela. — Po wczoraj musiałam to zrobić.

— Co się wczoraj stało? — spytał Jack.

   Nikt go nie poinformował, dlatego postanowiłam podsumować zarówno całe zajście, jak i to, co siedziało we mnie. Usiadłam na posłaniu i westchnęłam.

— Siadajcie — powiedziałam cicho, po czym zebrałam myśli i podjęłam temat. — Wczorajsza akcja była udana. Dla was, bo sprawnie i szybko działaliście przy załadunku, wysłuchaliście rozkazów bez zbędnego ociągania. Dla mnie była także udana, daliśmy radę wykonać misję i jestem dumna z naszego małego bractwa. Mimo to nie jestem dumna z siebie i moich poczynań… Zabiłam cztery osoby. — Jack obserwował mnie zdumiony, reszta słuchała w milczeniu. — Jednak to nie był pierwszy raz, kiedyś też już odebrałam komuś życie. Kilka lat temu. Już wtedy nie powinnam mieć długiego warkocza, nie przystawało to takiej, jak ja.

   Byk osłupiał, Sam opadł ciężko na ziemię, dla całej czwórki ta wiadomość była z pewnością swego rodzaju szokiem. Pirat upuścił włosy, które ciągle trzymał w ręce. Wiatr rozwiał je, kosmyki odleciały w stronę morskiej toni, jakby ostatecznie odcinając mnie od rzekomej niewinności. Przestałam na chwilę mówić, aby przyjęli tę informację do siebie. Sama potrzebowałam chwili, aby zebrać się w sobie i wyjawić przed nimi mój najmroczniejszy z sekretów. Kontynuowałam po paru minutach przeciągającej się ciszy:

— Było to trzy lata temu. — Wspomnienia stały się żywe, praktycznie jakbym ponownie je przeżywała. Jakbym cofnęła się do tamtego czasu, do tamtego miejsca. — Ojciec zabrał nas na dwór królewski. Podróż trwała dość długo, droga morska nie jest ani najlepszą, ani najszybszą formą przeprawy, ale z wyspy jedyną. Król Ludwik przysłał po nas swój statek, zapewnił wszelkie wygody i najlepszych marynarzy, wszystko, abyśmy bezpiecznie dotarli na miejsce. Gdy tylko dotarliśmy do Stolicy, chciałam jak najszybciej wracać do domu. Otoczył mnie tłum dwórek, zachwycających się moimi włosami, młodym wiekiem, ubraniami i innymi bzdurami. Roztrąciłam wtedy tłum i poszłam w swoją stronę. Wołali mnie, ale nie zareagowałam. Miałam dość towarzystwa wysokich sfer, a czekało mnie kilka tygodni tej męczarni. Szukali mnie, jednak dobrze się ukrywałam i obchodziłam na wszelkie możliwe sposoby. Nie mogli mnie znaleźć, ale sama też się zgubiłam. W końcu zawędrowałam w tereny bardziej niebezpieczne dla młodej, samotnej damy w wystawowej sukni. — Uśmiechnęłam się przelotnie. — Pomijam fakt, że zdążyłam uszkodzić kieckę i rozwalić swoją fryzurę. Weszłam do tawerny, gdzie było parno od gotowanych w kuchni potraw. Kilkunastu mężczyzn było już spitych. Spytałam karczmarza o drogę do pałacu, mówiąc mu, że nie jestem miejscowa. Mężczyzna wytłumaczył mi z pobłażliwym uśmiechem, którędy powinnam iść i kazał mi uważać na siebie. Podziękowałam wtedy i wyszłam z lokalu. Kierując się we wskazaną stronę, źle skręciłam i weszłam w ślepy zaułek. Chciałam wrócić, ale drogę zastąpił mi pijany facet. Szedł za mną od gospody, ale wcześniej nie zwróciłam na to uwagi. Zbliżył się i chciał mi coś zrobić. Szarpałam się, ale nie chciał puścić. Rozdarł mi dekolt i zaczął mnie macać. Krzyczałam, błagałam, miałam nadzieję, że ktoś mi pomoże. Nikt nie zwrócił nawet uwagi, co się dzieje. Zaczynał dobierać mi się do giezła… — Głos uwiązł mi na chwilę w gardle, jednak łatwo się przełamałam. Tamto stało się tylko wspomnieniem, które jedyne, czym zaowocowało w moim życiu, to zakrawającą niekiedy o szaleństwo odwagą i pełną gotowością do walki. Chociaż wówczas strasznie się bałam, z perspektywy czasu wiedziałam, że to wydarzenie mnie ukształtowało. — Wówczas przypomniał mi się nóż, który dał mi kapitan. Czasem mam wrażenie, że pamiętam każdy jego szczegół, jakbym trzymała go dopiero co w ręce. Był misternie zdobionym sztyletem o rączce z kości słoniowej. Cały był wygrawerowany w misterne motywy roślinne. Bardzo mi się podobał, a że kapitan mnie polubił, to dał mi go. W tamtym momencie byłam mu za to bardzo wdzięczna. — Wysunęłam ukryte ostrze i spojrzałam na nie. — Miałam go schowanego w ciasnym rękawie sukni, bo bałam się, że go zgubię. Wysunęłam go wtedy i zadałam niezdarny cios. Zadrapałam mężczyznę w policzek, ale to mi wystarczyło. Zaczęłam uciekać. Ten złapał mnie i zasłonił usta ręką. Ugryzłam go i zadałam cios nożem w tył. Byłam zbyt niezdarna, jedyne co potrafiłam, to trenowane w pokoju ruchy, podpatrzone od trenujących na dziedzińcu ludzi. Mimo to trafiłam w szyję. Jedno cięcie, szarpnięcie i śmierć. Stałam nad jego ciałem, zbrukana jego krwią. Jasna suknia była zakrwawiona, podarta, brudna. Nie potrafiłam oderwać oczu od jego zwłok. Wykrwawiał się, a ja nie potrafiłam nawet drgnąć. Przez chwilę czułam strach, że wstanie i ponownie się na mnie rzuci. Jednak nie wstał, tylko drgał, ale i to ustało po jakimś czasie. — Podniosłam wzrok i spojrzałam na milczących przyjaciół. — Uciekłam z tamtej uliczki. Rozpychałam się i wpadałam na ludzi, jednak w końcu odbiegłam na tyle daleko, aby nikt mnie nie powiązał z tamtym wydarzeniem. Udało mi się dobiec do plaży, tej samej, na której stał port. Spotkałam tam kapitana. Mężczyzna z trudem mógł uwierzyć, że to ja. Wtedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę z tego, co zrobiłam. Przytuliłam się do niego, a mężczyzna odwzajemnił się jeszcze silniejszym uściskiem. To był chyba jedyny raz, kiedy czułam się przytulona szczerze. Jedyny raz, kiedy osoba dorosła otuliła mnie swoimi ramionami tak, aby mnie uspokoić i pocieszyć. Mężczyzna zabrał mnie na statek, przygotował kąpiel i ubrania, potem zaprowadził do pałacu. Wprowadził mnie tam i oddał w ręce króla. Nie zaprowadził mnie do matki, nie do ojca czy moich dworzan, tylko do samego władcy. Myślałam, że będę miała kłopoty, ale tak się nie stało. Ludwik spytał mnie jak mi na miejscu, gdzie byłam i czy niczego mi nie brakuje. Nie powiedziałam mu nic o wydarzeniach w zaułku. Powiedziałam tylko, że jestem zaszczycona spotkaniem z nim, a jedyne czego pragnę to udać się na spoczynek i dnia następnego poćwiczyć na placu wraz z chłopcami. Król się zgodził. — Przetoczyłam wzrokiem po zgromadzonych. — Na treningu okazało się, że obserwowanie ćwiczących nie poszło na marne. Byłam całkiem niezła w walce, a nasze bieganie i ciągłe ucieczki dobrze rozwinęły moją kondycję. Od tamtej pory zrozumiałam jedno. Jestem stworzona do walki. Każdy, kto zagraża mojemu życiu, musi zginąć. Takie jest prawo natury. Zabić albo być zabitym. Nawet my, ludzie, tak zwane rozumne istoty, nawet my zabijamy. Tylko niektórzy nie robią tego w obronie, tylko z premedytacją. — Zawahałam się, nie rozumiejąc, dlaczego z wyznania przeszłam w usprawiedliwianie siebie, ale może nie chciałam, aby chłopcy wzięli mnie za wypranego z emocji potwora. — Wczorajszego wieczoru nie miałam innej opcji. Musiałam zabić tych mężczyzn, inaczej to my bylibyśmy teraz martwi.

   Zamilkłam, nie mając już nic do dodania. Przez dłuższy czas panowała kompletna cisza, której się obawiałam. Rozumiałam, że mogą się teraz ode mnie odwrócić, ale jeżeli nie zrobili tego wczoraj wieczorem, to dlaczego mieliby tak postąpić teraz? W końcu odezwał się Pirat, za co byłam mu bardzo wdzięczna:

— Ojciec zawsze powtarza, że człowieka mierzy się nie tym, ilu zabił i jakim sposobem, tylko w jakim celu.

— Czyli waszym zdaniem normalnym jest mordowanie ludzi?! — wybuchnął Samuel. — To jest niemoralne i obrzydliwe!

— Samo mordowanie to złe słowo — odezwał się cicho Byk. — O ile poderżnięcie gardła komuś bezbronnemu byłoby morderstwem i to najokrutniejszym, my tu mówimy o walce, gdzie każdy ma możliwość odepchnąć czyjś cios. — Spojrzał mi prosto w oczy. — Shadow, naucz mnie jak walczyć, jak zabijać. Będę towarzyszył ci w drodze do lepszego jutra. Moje ostrze oddaję na twe usługi.

— Na moje ostrze także możesz liczyć. — Przyłączył się Aaron, kładąc mi rękę na ramieniu.

— Chyba nie mówicie poważnie?! — sprzeciwił się ponownie Pająk. — To czyste szaleństwo!

— Złożyliśmy przysięgę. Jesteśmy zobowiązani, aby służyć naszej wyspie. Musimy być gotowymi na każde poświęcenie, wszelkie możliwe sytuacje. Oprócz nas nikt nie jest w stanie nic z tym zrobić — Pokręciłam głową. — Daję wam ostatnią szansę na wycofanie się. Jeżeli jednak chcecie zostać kimś takim jak ja, to spotkajmy się jutro o wschodzie słońca. Będę na was czekać w miejscu widocznym tylko ze szczytu katedry. Musimy się jednak spieszyć, do ślubu mojej siostry zostało mało czasu, a czuję zbliżające się kłopoty.

   Wstałam i miałam już odejść, ale drogę zastąpił mi Jack:

— Nie wiem, co się szykuje, ale chcę się do was przyłączyć.

— Dobrze — odparłam. — Przybądź z pozostałymi.

   Wyszłam na plażę i od razu poczułam zimno, otaczające moje ciało. Pogoda zrobiła się bardzo nieprzyjemna i, nie wiedzieć dlaczego, przez głowę przeszła mi myśl, że na statku musi być jeszcze chłodniej. Wspomniałam Edwarda, który nazwał mnie swoją córeczką, oraz kapitana statku, tak dobrego i troskliwego. Zanim z domku wyszli moi przyjaciele, już wtopiłam się w otoczenie. Później, idąc w tłumie, także stałam się niezauważalna dla ludzi. Mimo że byłam zazwyczaj dość charakterystyczną osobą, w tamtej chwili ludzie mnie nie rozpoznawali. Prawdopodobnie spowodowała to moja zmiana wyglądu, ale pewności nie miałam. Dotarłam do zamku w momencie, kiedy zaczęło padać. W ostatniej chwili zdążyłam schronić się w domu. Część służby nawet nie zwróciła uwagi na to, że ktoś wszedł, a nawet jeśli to szybko wracali do swoich zajęć. Przygotowania do ożenku trwały w najlepsze i nikt nie śmiał odejść od wyznaczonej pracy, szczególnie że chodziło o najważniejsze wydarzenie na Amie, odkąd tylko została podbita. Zawsze zaskakiwało mnie, jak nielicznie żyli tam rdzenni mieszkańcy. Znaczna część społeczeństwa miała korzenie aryńskie, w zasadzie byli kolonizatorami.

   Rozmyślając o przeszłości wyspy, dotarłam do swojej komnaty. W biegu zebrałam suche ubrania, aby nie zmokły od narastającej ulewy, po czym schowałam je do skrzyni stojącej w nogach łoża. Usiadłam na parapecie wielkiego okna i patrzyłam na deszcz, zastanawiając się, jak przeprowadzić następny trening. Wiedziałam, że to niełatwe zadanie. Nawet jeżeli nauczyłabym towarzyszy zabijać, to nikt nie mógł zagwarantować, że będą w stanie wykorzystać nabyte umiejętności. Z zamyślenia wyrwało mnie ciche, jakby nieśmiałe pukanie do drzwi. Otworzyłam je, zaskoczona samym faktem, że ktoś do mnie przyszedł. W drzwiach stał Henry, co zaskoczył mnie jeszcze bardziej. Nigdy nie spodziewałam się zobaczyć go pukającego do mojego pokoju. Wyglądał na zmęczonego, jakby cały dzień uganiał się po murach razem ze strażnikami. Nie wiedziałam, czy się uśmiechnąć, czy zachować powagę. Nie pamiętałam, kiedy ostatni raz rozmawialiśmy jak prawdziwe rodzeństwo, bez żadnych wyzwisk, oskarżeń, krzywych spojrzeń. Niezręczną ciszę przerwał jego głos, znany mi od małego, a jednak tak obco brzmiący:

— Shadow — urwał na chwilę, jakby słowa uwięzły mu w gardle — chciałbym prosić cię o pomoc.

   Nie mogłam uwierzyć w to, co od niego usłyszałam. Zamknęłam oczy, mając nadzieję, że przysnęłam, siedząc na parapecie i właśnie śnię bardzo dziwny sen. Jednak gdy je otworzyłam, brat nadal stał w drzwiach, wpatrując się we mnie swoimi brązowymi oczami. Patrzył z nadzieją, co rzadko u niego widywałam. Odetchnęłam parę razy i powiedziałam:

— Wejdź do środka, nie będziemy rozmawiać przez framugę. — Nadal nie dowierzałam w zaistniałą sytuację, ale musiałam się opanować.

   Mężczyzna uśmiechnął się lekko, nadal mając zmęczony wyraz twarzy. Usiadł na moim łóżku i zaczekał, aż do niego dołączę. Usiadłam na parapecie, nie chcąc być zbyt blisko niego. Czekałam, aż w końcu zacznie mówić, po co przybył. Cisza przedłużała się, więc nie wytrzymałam:

— Mów w końcu, w czym mam ci pomóc. Zauważ, że zazwyczaj jestem tą wyrodną córką i czarną owcą rodziny. — Skrzyżowałam ręce na piersiach. — Nie rozumiem więc, dlaczego to do mnie zwracasz się o pomoc.

   Chwilę znów milczał, zbierał myśli, po czym powoli zaczął tłumaczyć całą sprawę.

— W nocy ktoś okradł skład z żywnością. — Żołądek skurczył mi się z nerwów, ale nie dałam po sobie nic poznać. — Osobiście sprawdziłem wszystko, co straciliśmy, wliczając w to moich strażników. Ciała, ilość skradzionego zboża, brak wozów, wszystko prześledziłem osobiście i samotnie, aby mieć pewność, z czym mam do czynienia. — Serce zaczęło mi przyspieszać, miałam nadzieję, że go nie słyszy. — Problem polega jednak na tym, że całość wygląda, jakby ktoś dostał się od dachu. — Spojrzał się na mnie po raz pierwszy, odkąd wszedł do pokoju. — A ty jesteś jedyną znaną mi osobą, która mogłaby pokazać mi, jakim sposobem ci ludzie tam się dostali.

   Razem z tymi słowami moje serce zwolniło. Czułam się tak, jakby zatrzymało się w piersi i nie chciało pompować krwi. Przez chwilę myślałam, że to podpucha, że tak naprawdę już wiedział, kto to zrobił i tylko się ze mną bawi. Spojrzałam na niego pełna obaw, bojąc się zrobić coś nie tak, zdradzając tym samym mój udział w całym zajściu. Ten tylko się roześmiał, a ów śmiech był dla mnie zarazem ulgą, jak i kolejną złowróżbną przestrogą.

— Shadow, chyba nie myślałaś, że nie wiem nic o twoich umiejętnościach. Kilkakrotnie widziałem, jak się wspinałaś po dachach. Nie rozumiem, cóż ciekawego w tym odnajdujesz, ale w tej chwili twoje nienaturalne jak na damę zainteresowanie bardzo się przyda. Pokażesz mi, jak mógłby taką umiejętność wykorzystać włamywacz.

   Nie mogłam wydobyć z siebie chociażby najmniejszego dźwięku, a nawet jeśli byłabym w stanie to zrobić, zapewne głos drżałby z emocji, mieszających się we mnie. Skinęłam więc tylko głową. Brat nadal się uśmiechał, ale nie potrafiłam rozgryźć tego zarazem podejrzanego, jak i całkowicie szczerego uśmiechu. Widząc, że nie mam ochoty z nim dłużej rozmawiać, wstał i dokończył swój wywód:

— Jeżeli przestanie padać, zrobimy to dziś wieczorem.

   Przemogłam się w końcu, wiedząc więcej od niego.

— Na pewno nie może być to dzisiaj. — Spojrzał na mnie pytającym wzrokiem, unosząc jedną brew. — Nie mogłam spać w nocy, więc wyniki moich dokonań mogłyby nie być adekwatne — skłamałam szybko, dodając — a do tego wczoraj nie padało. Dachy były więc suche i mniej śliskie. — Uśmiechnęłam się lekko. — Zrobimy to jutro wieczorem.

   Skinął głową i miał już wychodzić, ale zatrzymał się jeszcze w drzwiach. Odwrócił się twarzą do mnie i powiedział:

— Nie myślałem, że to powiem, ale przepraszam za to, jak cię traktowałem. Przepraszam, że byłem taki oschły w stosunku do ciebie. I dziękuję. Otworzyłaś mi oczy na… Niektóre sprawy. — Odwrócił się i wyszedł, zostawiając mnie w końcu samą.

   Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, rzuciłam się na łóżko. Mój umysł zaczął działać na najwyższych obrotach. Byłam zmuszona grać na dwa fronty i to w podły sposób. Musiałam udawać zarazem dobrą i przykładną córkę gubernatora, jak i przydatną w chwytaniu złodziei siostrę. Z drugiej strony, to właśnie ja i moi przyjaciele byliśmy tymi złodziejami. Do tego jeszcze to ja zamordowałam tamtych mężczyzn. Wszytko rysowało się w barwach nie do pogodzenia, a jednak znalazłam nikłe światełko nadziei w całej zaistniałej sytuacji. Wystarczyło nakierować brata na zły trop, jednocześnie prowadząc szkolenie moich braci. Już wtedy nazywałam ich braćmi, chociaż dopiero zaczynaliśmy tworzyć swoje bezimienne bractwo, mające tylko swego rodzaju credo, przysięgę, składało się z niespełna pięciu osób, a walczyć na śmierć i życie umiała tylko jedna z tych pięciu. I to dziewczyna.

   Zamknęłam oczy, z nadzieją, że chociaż sen przyniesie mi ukojenie. Jednak tego dnia ponownie nie zaznałam spokojnej nocy. Wcześniej nie spałam, pracując dla ludu, przeprowadzając sprawną akcję. Tym razem po prostu nie byłam w stanie zasnąć, przewracając się tylko z boku na bok. W końcu udało mi się na moment zaznać tego błogosławionego stanu. Nie trwało to jednak długo. Szybko mój sen wypełniły koszmary, senne mary, tak prawdziwe, że aż realnie możliwe. Obudziłam się zlana zimnym potem, ogarnięta dreszczami. Nie starałam się już zasnąć. Zbyt bałam się powrotu tych koszmarnych scen. Gdy zamykałam oczy, widziałam Pirata, Byka, Papugę i Pająka. Martwych. Okaleczonych. Zmasakrowanych. Nie wiedziałam, jakim cudem ich rozpoznałam. A najgorsze było ogarniające poczucie winy. Czułam, że to przeze mnie moi przyjaciele zginęli. To ja ich wciągnęłam w bohaterskie czyny. Byłam za to odpowiedzialna. Za ich życie bądź śmierć. Nie potrafiłam zamknąć oczu i nie zobaczyć tamtych obrazów. Najbardziej przerażające było to, że gdyby coś poszło źle, ten scenariusz mógłby się ziścić.

   Nie będąc w stanie zmrużyć oka, wstałam, otuliłam się pierzyną i wyszłam na balkon. Owiało mnie zimne powietrze, od razu całkowicie rozbudzając i rozpędzając jakąkolwiek senność czy zmęczenie. Stałam kilka minut, patrząc na miasto, widząc w oddali lekko wzburzone morze. Dawno przestało padać, powietrze stało się rześkie i przyjemnie pachniało wilgocią. Wróciłam po chwili do pokoju i wyjęłam schowane w głębi szafy węgle do szkicowania. Zaczęłam kreślić plany. Do rana zdążyłam zrobić kilka szkiców, które schowałam do odpowiedniego miejsca, dobrze ukrytego przed wścibskim wzrokiem i zdradzieckim światłem, powodującym niszczenie niektórych prac. Nucąc po cichu jedną z morskich pieśni, ubrałam się wygodnie. Przyległe spodnie męskie, wygodna, lniana koszula z luźnymi rękawami i doszytym kapturem, ukryte ostrze, to wszystko było dla mnie tak oczywiste, że przez chwilę nie wiedziałam, skąd w mojej szafie znalazły się suknie.

   Założyłam kaptur i udałam się na umówione spotkanie. Wyskoczyłam z balkonu, a kilka uderzeń serca później wylądowałam w wilgotnym stogu. Poszłam pachnącymi deszczem uliczkami prosto do miejsca, jakie wskazałam chłopakom. Była to mała jaskinia, którą wypatrzyliśmy w dość dziwny sposób. Siedzieliśmy na dachach i założyliśmy się, że ten, kto pierwszy będzie na szczycie katedry, wygra litr soku jabłkowego. Mieliśmy wtedy jakoś po dziesięć lat i nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak potoczy się nasze dalsze życie. Dotarłam na szczyt jako druga, ale zawsze powtarzałam, że spowodowała to wybrakowana cegła. Tak naprawdę już przy starcie wybrałam złą trasę. Na szczycie usiedliśmy i odpoczywaliśmy chwilę. Nagle zobaczyłam jakąś pieczarę. Pokazałam ją przyjaciołom i w taki sposób ustaliliśmy ją naszą miejscówką. Wszystko, co działo się w tamtej Cienistej Jaskini Tajemnic, bo tak właśnie ją nazywaliśmy jako dzieci, nie miało prawa wyjść poza grupę tam będącą w takowej chwili. Życie wtedy było takie łatwe.

   Siedząc samotnie na skraju skalnej formacji, patrzyłam na wschodzące słońce i zastanawiałam się, czy aby na pewno przyjdą. Moje ewentualne obawy szybko się jednak rozwiały, bo już po chwili zobaczyłam idącego w moją stronę Pirata. Przeszedł mnie dreszcz i to nie z powodu chłodnego wiatru, tylko jego idealnie ukazanej w tamtym momencie sylwetki. Opanowałam się po chwili. To był mój brat. Biologiczny. Nieważne, że przyrodni, mieliśmy wspólnego ojca. Nie mogłam myśleć o nim w takich kategoriach, jak niekiedy pragnęło moje serce. Chłopak zjawił się pierwszy, ale po chwili dołączyli pozostali. Brakowało tylko Samuela.

— Gdzie Pająk? — spytałam, lekko zawiedziona jego nieobecnością.

— Zjawi się w krótkim czasie — zapewnił mnie Jack z optymizmem w głosie. — Zajmijmy się treningiem. Jakikolwiek miałby on być.

   Zgodnie z jego sugestią przeszliśmy do ćwiczeń. Wspinać się potrafił każdy z nas, kilku potrafiło walczyć na pięści. Ale tylko ja potrafiłam zabijać.

— Musicie zrozumieć jedno, zanim zaczniecie się uczyć — powiedziałam, patrząc na przyjaciół. — Nasze ostrza zarezerwowane są tylko dla osób niegodziwych, zagrażających życiu innych ludzi lub naszemu dobru. Na tej liście kiedyś z pewnością znajdzie się ktoś, kogo sąd w życiu nie skarze, nawet nie oskarży. Takich osądzimy właśnie my. Ale tylko na podstawie dowodów, nie jakiegoś zwodniczego przeczucia. Jesteśmy sprawiedliwością, musimy o tym pamiętać. Nasze ostrze nie może zranić niewinnego. Nigdy.

   Zgromadzeni pokiwali głowami i szybko przystąpili do nauki. Pokazałam im miejsca, w które należało trafić, aby przeciwnik się wykrwawił. Dokładnie zaprezentowałam im uniki i kilka ciosów, jakich nie znali. Papugi nigdzie nie widziałam przez cały trening, co zmartwiło mnie dość mocno. Obawiałam się najgorszego. Gdy słońce było w zenicie, zakończyliśmy zajęcia. Ku mojemu zdziwieniu krótko po tym, jak pożegnałam przyjaciół, na horyzoncie ukazał się Samuel. Szedł powoli, ze zwieszoną głową, wyglądał, jakby miał zaraz iść na ścięcie, a nie na spotkanie z bliskimi. Gdy dotarł do naszej jaskini, od razu odezwał się, rozwiewając wszelkie wątpliwości. Najwidoczniej czuł się jak przed katem.

— Shadow — zaczął niepewnym głosem — chciałbym z tobą porozmawiać. Na osobności. Czy możemy?

— Jasne. Zaczekaj tylko moment — zwróciłam się do zgrzanych po treningu chłopaków, którzy jeszcze nie poszli, przyglądając się scenie. — Będziemy spotykać się tutaj codziennie, aby trenować. Myślę, że za kilka tygodni będziecie gotowi i dość dobrze wyszkoleni. Możecie odejść.

   Tak też zrobili. Pająk stał na wprost mnie, bacznie obserwując oddalających się. Gdy tylko zniknęli z zasięgu wzroku, a zarazem słuchu, przeszedł do swojej sprawy:

— Chciałbym od razu rozwiać wszelkie wątpliwości. Nadal jestem wierny naszej idei. Jestem oddany bractwu i przysięgam, że nikomu nie zdradziłem naszej dotychczasowej akcji. Jednak nie będę zabijał! Jest to dla mnie sprzeczne z wszelkimi zasadami moralnymi. W to miejsce oferuję ci moją jedyną możliwą pomoc. — Zawahał się. — Chodzi mi o siatkę wywiadowczą, stałe źródło rzetelnych informatorów. Nic innego nie mogę dać. Nie jestem zbyt silny. A na pewno nie jestem tak odważny, jak ty i pozostali. — Ostatnie słowa wypowiedział ze spuszczoną głową, jakby wstydząc się swojego wyznania.

— Samuelu — powiedziałam pełnym powagi głosem. — Jesteś najodważniejszym z nas wszystkich. W końcu to ty jako jedyny miałeś odwagę powiedzieć Tak nie będę działał. Tylko ty zauważyłeś inne wyjście, możliwość swojego bezkrwawego wkładu. — Położyłam mu ręce na ramionach. — Jesteś więc jednym z najbardziej wartościowych ludzi w naszym bractwie. Jeżeli kiedyś zginę, chcę, abyś to ty przejął dowodzenie.

Opublikowano
Kategorie Assassin's Creed
Odsłon 557
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!