Nothing Is True, Everything Is Permitted – Część Dwudziesta Czwarta

 Nie można nazwać zdradą zabicia kogoś, komu nigdy nie było się wiernym.

***

   Stałam z siostrą na dziobie statku. Port był coraz bliżej, a mnie uderzyło to, co zobaczyłam na deskach pomostu. Jak tylko ludzie odebrali od nas cumy, na statek weszło kilku mężczyzn ubranych w barwy Konstantyna.

– Co to ma znaczyć? – spytałam, stając im na drodze. – Wkroczyliście na mój okręt bez żadnego pytania, jakby ktoś posłał za nami list gończy.

– Mamy taki obowiązek. – Mężczyzna, który mi odpowiedział, ewidentnie nie nawykł do sprzeciwu. Jego głos przesączony był złością. – Jest czas wojny, mamy prawo wkroczyć na każdy statek, który wpływa na obcych banderach do naszego portu.

– Ten port nie byłby wasz, gdyby nie my – warknęłam. – Wy macie swoje prawo, ja również posiadam swoje.

   Wyjęłam dotychczas zwinięty i zapieczętowany odpis dokumentu, który otrzymałam od Konstantyna. Na laku widniała królewska pieczęć, wyraźny znak, że zarówno oryginał, jak i odpisy sporządził władca. Dotychczas nie był odpieczętowany, czekał na ewentualne trudności. Mężczyzna szybkim ruchem przełamał lak i zaczął czytać. Ciekawiło mnie, jak długo miało mu to zająć, widoczne było, że poruszał wargami, śledząc tekst. Często robili tak ludzie z trudnościami w czytaniu. W końcu zwinął dokument i podał mi go.

– Treść dotyczy przywódcy rebeliantów, a nie byłych piratów.

– Właśnie stoisz przed byłymi rebeliantami, a ten dokument tylko to potwierdza. Jeżeli jeszcze chwilę będę musiała opóźnić dostarczenie jeńca do pałacu, nie zawaham się ani na sekundę. – Położyłam dłoń na rękojeści miecza. – Tym bardziej że król oczekuje swojego jeńca natychmiast.

   Nie była to do końca prawda, nawet nie wiedziałam, że nasz sojusznik przybył do Stolicy. Ale chciał spotkać swojego brata i zadać mu kilka pytań, co i mnie było potrzebne. Strażnik prawdopodobnie stawiałby się dalej, gdyby nie fakt, że na pokład weszła Azize w towarzystwie innych podległych Asasynom żołnierzy. Uścisnęłyśmy sobie dłonie, a kobieta, jakby nie zważając na mężczyznę, szybko przeszła do rzeczy:

– Konstantyn nie może się doczekać, aby osobiście podziękować ci za utrzymanie Stolicy, Mistrzu.

– Z tego, co pamiętam, to nie zmieniłam imienia – powiedziałam. – Zbyt często słyszę ten tytuł.

   Kobieta uśmiechnęła się, a ja zrozumiałam, że była to gra. Chciała zbić z tropu tamtego faceta. Odbiłam piłeczkę.

– W takim razie natychmiast się tam udam. Mam nadzieję, że podczas mojej nieobecności w mieście panował spokój.

– Ależ naturalnie, stosowaliśmy się do wszystkich twoich rozkazów, pani.

   Szybko obróciłam się do Lee oraz Horacego.

– Chłopcy, zajmijcie się więźniem. Związać go, ale tak, żeby mógł iść. Nie ma tak dobrze, że będzie jechał powozem. – Przeniosłam wzrok na żołnierza, który sprawiał wcześniej kłopoty. – Powiadom strażników w pałacu, aby byli gotowi na nasze przybycie.

– Tak jest – mruknął niezadowolony i odszedł ze swoimi ludźmi.

   Parsknęłam śmiechem, kiedy zniknął mi z pola widzenia. Inni również się zaśmiali. Kiedy wesołość minęła, kazałam piratom na spokojnie zająć się swoimi sprawami, a ja zeszłam na ląd. Tam czekali Asasyni.

– Jeżeli chcecie, macie wolne – powiedziałam, patrząc na przyjaciół. – Ja muszę zaprowadzić więźnia i porozmawiać z Azize. – Kobieta skinęła głową. – Jaka jest wasza decyzja?

– Ja pójdę z tobą – powiedział Ezio. – I dobrze byłoby, żeby Sam do nas dołączył.

– Jasne. – Uśmiechnął się wywołany. – Pozostali mogą zająć się sobą.

– Dobra, do zobaczenia w późniejszym czasie. – Uśmiechnęłam się. – Poczekajcie jeszcze chwilę. – Poprosiłam tych, którzy zostali. – Zaraz przyjdę.

   Weszłam na pokład statku, szukając wzrokiem brata i ojca. Chciałam ich poprosić, aby spotkali się ze mną po wizycie u Konstantyna. Znalazłam ich w kajucie.

– Zapomniałaś czegoś, skarbie? – spytał tata.

– Chciałam spytać, czy macie lukę w grafiku. – Uśmiechnęłam się. – Musimy porozmawiać.

– Jasne, kiedy tylko zechcesz – odparł bez wahania Aaron. – Mam nadzieję, że chociaż tym razem nie będą to sprawy oficjalne.

– Nie, nie tym razem – zapewniłam, wychodząc.

   Pospieszyłam do pozostałych. Harry stał związany, trzymał go Ezio. Templariusz wyprostował się na mój widok, jakby chciał udowodnić, że nadal miał szansę cokolwiek zrobić. 

– Chodźcie, pójdziemy główną drogą. Tak będzie najszybciej – powiedziałam do trójki Asasynów.

– Mam lepszy pomysł. – Uśmiechnęła się Azize, a na jej znak przyprowadzono konie. – Jeszcze bardziej skrócimy podróż, a tego tam – wskazała na związanego – można przerzucić przez koński zad. Na więcej nie zasługuje. Znając życie, celowo by nas spowalniał.

   Odebrałam wodze karego ogiera. Doskonale pamiętałam go z mojej podróży, był narowisty, ale zwinny. Bardzo go wtedy polubiłam. Wskoczyłam na siodło, przerzucając sztywno lewą nogę. Udo było już w miarę zagojone, ale wolałam uważać. Dopóki nie musiałam zbierać się na szaleńcze zrywy, mogłam sobie pozwolić na ostrożność. Ruszyliśmy po chwili. Końskie kopyta stukały o wybrukowane uliczki, kiedy zbliżaliśmy się do pałacu. W czasie jazdy toczyłam cichą rozmowę z Azize, która jechała ze mną strzemię w strzemię.

– Kiedy Konstantyn przyjechał? – spytałam.

– Jakieś trzy dni temu, tuż po tym, jak otrzymaliśmy twój list ze skróconą historią Adelajdy. Pierwsze pytanie, jakie padło, to czy już zatrzymaliśmy Harry’ego. Myślał chyba, że jak w tydzień załatwiliśmy Wojskowego, to wszystko da się tak szybko zorganizować.

– Były jakieś problemy? Chciał czegoś?

– Chciał się z tobą spotkać i porozmawiać z kimś, kto zajmował się wcześniej Stolicą. Dobrze, że Sam z nami jedzie, będziemy mieli jedną rzecz przy okazji załatwioną. Po przyjeździe nie spodziewał się ujrzeć tak wielkiego zgromadzenia naszych ludzi. Był pewien, że Stolicę pilnują mieszkańcy. Nadal jednak podtrzymuje, że nasi żołnierze pozostają pod naszym autonomicznym zwierzchnictwem. Podzieliliśmy się garnizonem i murami, oni zajmują głównie dzienne zmiany, szczególnie mury. My przejęliśmy mury nocą oraz port. Stwierdziliśmy, że nasi ludzie będą lepsi do ostrzegania przed atakiem od morza. Zresztą, naszych jest więcej.

– I tak ludzie Konstantyna wszędzie węszą. – Zauważyłam. – Wiesz dlaczego?

– Żołnierzom nie podoba się ten podział. Na jednym terenie panują dwie grupy, jedna z chęcią wywaliłaby nas za mury, drudzy są w stanie pozbyć się ich, gdyby chociażby spróbowali.

– W takim razie musimy trzymać naszych krótko, to samo poradzę i jemu – powiedziałam, po czym zmieniłam temat. – Widziałaś się z moją siostrą?

– Przelotem. Nadal nie mogę uwierzyć, że chociaż ona przeżyła.

– To jedyna zasługa Henry’ego, za którą będę mu wdzięczna. – Skrzywiłam się. – Ale i tak to go nie uratuje przed klingą w gardle.

   Azize zaśmiała się. Podczas naszej rozmowy dotarliśmy do pałacu. Na dziedzińcu czekał na nas król z kilkoma strażnikami. Zeskoczyłam z konia i płytko skłoniłam głowę. Krótko po tym Ezio ściągnął szarpnięciem Harry’ego z konia. Mężczyzna opadł ciężko na plecy, ale wcale nie było mi go szkoda. Z trudem podniósł się na kolana i zamarł w takiej pozycji, widząc przed oczami nogi brata. Powoli podniósł wzrok.

– Witaj, Harry – powiedział król. – Nie takiej świty się spodziewałeś, myśląc o powrocie do rodzinnego pałacu.

– Miałem nadzieję, że twój łeb będzie nabity wówczas na kij, a reszta ciała gdzieś by się rozkładała. – Splunął.

– Podnieście go. – Rozkazał, a jego wzrok przeniósł się na mnie. – Nie wiem, jak wam dziękować. Udało się wam odzyskać Stolicę i zrobić wiele więcej. Chyba nigdy się za to nie odpłacę.

– Jeszcze nasza walka nie dobiegła końca – powiedziałam. – Samuel podczas mojej nieobecności sprawował pieczę nad miastem, pomagał również w kwestiach finansowych. – Chłopak wysunął się do przodu, po czym złożył lekki ukłon.

– Dobrze się składa, moi urzędnicy chcieliby się z panem rozmówić.

– Nawet teraz, Wasza Wysokość – zapewnił chłopak.

– W takim razie, jeżeli mógłbym prosić, czy zechciałby pan zająć się tym od razu? – spytał, a Sam skinął głową. – Dobrze. Sierżancie, zaprowadzić mojego brata do moich komnat, zostawić go tam związanego. Zaraz tam się udamy.

– Wasza Wysokość, nie powinniśmy… – zaczął strażnik, ale szybko zostało mu przerwane.

– Panna Shadow i jej towarzysze to wystarczająca ochrona, gdyby nasz więzień wpadł na pomysł ucieczki. Wykonać.

– Tak jest, Wasza Wysokość. 

   Strażnicy zniknęli w wielkich drzwiach pałacowych, a na twarzy Konstantyna odmalowała się ulga.

– Jeszcze chwila i bym oszalał. Czy wszystko poszło po waszej myśli?

– Jeżeli wzięcie jeńca, któremu już dawno mogłam poderżnąć gardło, uznamy za zgodne z zamiarem, to tak, jak najbardziej. – Wzruszyłam ramionami. – Nawet lepiej. Na statku okazało się, że moją siostrę zachowali jako zakładnika.

– Cóż za szczęście. – Uśmiechnął się mężczyzna, gestem wskazując drzwi. Poszliśmy za nim. – I było tak dramatyzować?

– Równie dobrze ona i jej córka mogły zginąć – odparłam, wchodząc za nim do pałacu. – To twoja bratowa.

– Co takiego? – Zatrzymał się gwałtownie na środku korytarza. – Czy mógłbym je w takim razie poznać? Jak się okazuje, jesteśmy rodziną.

– W takim razie królewska rodzina jest dość skomplikowana. – Ezio parsknął śmiechem, na co król spiorunował go wzrokiem, nie rozumiejąc. Azize także się uśmiechnęła, ale nie skomentowała.

– Z pewnością tak, tylko najpierw zajmijmy się ważniejszymi sprawami, potem będziemy bawili się w rodzinne podwieczorki. – Nie okazałam, że słowa Ezia również mnie rozbawiły.

   Tym jednym zdaniem doskonale skwitował zawiłe meandry mojej rodziny. Poszliśmy na górę, a mnie aż coś ścisnęło w gardle. Zwolniłam kroku, rozglądając się. Szliśmy dokładnie tymi samymi korytarzami, co ja w wieczór zamachu ma Ludwika. Wydawało mi się, że słyszałam muzykę, którą wówczas grano w sali głównej. Nie mogłam się powstrzymać i zajrzałam do komnaty, w której wówczas spotkałam Adi. Pokój wyglądał tak, jakby nigdy nie był świadkiem tamtych wydarzeń, ale czego się spodziewałam po takim czasie? Poczułam dłoń na ramieniu i miałam już stosować chwyt Mistrza Shalima, kiedy się opamiętałam.

– Shadow? Wszystko w porządku? – Usłyszałam głos Ezia. Pozostali poszli już dalej.

– Tutaj odnalazłam siostrę. Tamtego wieczoru. Gdybym wówczas jej nie zabrała, prawdopodobnie król Ludwik nadal by żył, ale ona i mała Danae… – Nie byłam w stanie dokończyć.

– Postąpiłaś słusznie – wyszeptał chłopak. – W ten sposób opóźniłabyś nieuniknione albo nie doszłabyś do niczego. Ludwik mógł cię pojmać i skazać na śmierć po tym, jak uwolniłaś swojego ojca podczas egzekucji. Nie rozpamiętuj tego, co już było, tylko chodź, czekają na nas.

   Przytaknęłam i poszłam z ukochanym. Brunet splótł nasze palce w uścisku i poprowadził mnie do pokoi Konstantyna. Harry siedział związany na jednym z foteli. Był potargany, jego ubrania nie grzeszyły czystością, ale oczy zdradzały, że jakiekolwiek próby rozmów nie odniosą skutku. Był zbyt zapatrzony w słuszność swojego Zakonu. Nasz sojusznik starał się załatwić to w miarę delikatnie, w końcu byli rodzeństwem. Minęło kilka minut, a już całkiem straciłam cierpliwość. Wstałam i podeszłam do związanego. Metody Konstantyna nie miały sensu, nie w tym wypadku. Pochyliłam się nad nim, wspierając dłonie na podłokietnikach.

– Moja cierpliwość jest ograniczona – warknęłam. – Masz jedną szansę, jak nie odpowiesz, zrobię to, co powinnam tamtej nocy na statku, cztery lata temu. Albo coś gorszego, chyba pamiętasz rozmowę w pałacyku na Amie. – Spojrzałam mu twardo w oczy. – Czy Henry planuje zgromadzić ludzi w zatoce?

   Nie spodziewałam się, że odpowiedziałby nawet po najgorszej groźbie. Zgodnie z moimi przewidywaniami uparcie milczał. Rozzłoszczona wyprowadziłam krótki cios w jego szczękę, po którym głowa odskoczyła w tył. Był oszołomiony, a mnie korciło, aby poderżnąć mu gardło. Jednym ruchem zdjęłam z jego szyi wisiorek Templariuszy, odpędzając tę myśl.

– Azize, pod moją nieobecność ty i Sam dowodzicie. – Założyłam naszyjnik. Kobieta zrozumiała, że za tymi słowami kryła się też prośba, aby została podczas rozmowy królewskich braci. – Wasza Wysokość wybaczy, ale mam coś do sprawdzenia, powodzenia w dalszych rozmowach z tym ścierwem.

   Wyszłam szybko z pokoi i niemal biegiem opuściłam pałac. Na dziedzińcu nie było już koni, więc udałam się do stajni. Tam dogonił mnie Ezio.

– Co planujesz? – spytał zaraz po tym, jak poprosił stajennego o osiodłanie i jego wierzchowca.

– Najpierw pójdę do bazy, żeby spakować trochę najpotrzebniejszych rzeczy. Muszę też powiedzieć coś ojcu, a potem ruszam w stronę zatoki, o której mówił Sam. Nie mamy w tamtej okolicy swoich ludzi, zatoka należy do niewielkiej osady rybackiej i nie ma tam nawet porządnego portu.

– Ruszam z tobą – oznajmił.

   Chociaż na usta cisnął mi się sprzeciw, to skinęłam głową. Gdybym odmówiła i tak znalazłby sposób, aby ze mną pojechać. Wspólna podróż też mogła nam dobrze zrobić, ostatnimi czasy nie mieliśmy wytchnienia od obecności innych osób.

– Pamiętaj tylko, że na postojach nie będzie czasu, aby się zabawić. – Uśmiechnęłam się, dosiadając podprowadzonego rumaka.

   Chłopak również się uśmiechnął i dołączył do mnie. Razem wyjechaliśmy na ulice Stolicy. Ludzie rozpoznawali już płaszcze naszego Bractwa, wielu kłaniało się na nasz widok. Odpowiadałam im skinieniem głowy. Mijaliśmy właśnie port, a mój wzrok padł na kołyszącą się lekko Kawkę. Na pokładzie zauważyłam mojego ojca i brata, oboje pomagali w rozładowaniu towarów, które zdobyliśmy na Chlubie. Westchnęłam. Znowu musiałam przełożyć rozmowę z bliskimi, co naprawdę mi się nie podobało. Ezio zauważył mój wzrok.

– Widzę, że coś ważnego masz do omówienia z nimi – powiedział, a kiedy przeniosłam wzrok na niego, uśmiechnął się. – Zajmę się przygotowaniami i wrócę po ciebie. Nie stracimy czasu, a ty przynajmniej załatwisz, co musisz.

   Skinęłam głową. Miał rację, chociaż jedną rzecz mogłam załatwić szybciej. Tym bardziej że później miałam porozmawiać z Eziem, ale najpierw potrzebowałam konkretów ze strony Edwarda i Aarona. Zsiadłam z konia, a wodze oddałam ukochanemu. Narzeczony pochylił się w siodle i pocałował mnie delikatnie.

– Przyjdź od razu, jak tylko spakujesz wszystko i dopilnuj, żeby on – poklepałam karego ogiera – mi towarzyszył. Innego konia nie chcę.

   Odwróciłam się w stronę statku i odetchnęłam. Wiedziałam, że następna rozmowa mogła zmienić więcej, niż oczekiwałam. Albo tylko nas skłócić. Mimo to, pewnym krokiem weszłam na okręt. Zatrzymałam się w pewnej odległości od mężczyzn, rozmawiających cicho. Odchrząknęłam, a oni odwrócili się w moją stronę.

– Musimy porozmawiać – powiedziałam, nagle orientując się, że ojciec powiedział to równo ze mną.

– Jak dobrze, że się zgadzamy. – Uśmiechnął się.

   Poszłam za nimi do kajuty i usiadłam na krześle. Aaron nalał wina, kiedy tata rozsiadał się w krześle, pytając:

– W takim razie kto zaczyna?

   Odebrałam od brata kubek, po czym wymownie przyłożyłam go do ust. To był wyraźny znak, że oddałam im głos. Mężczyźni popatrzyli na siebie, jakby walczyli siłą woli o to, kto powinien zacząć. W końcu Aaron zabrał głos.

– Chcielibyśmy osiąść na Amie. – Na jego słowa aż się zakrztusiłam i o mało nie wyplułam wina.

– Chcielibyście? – spytałam, kasłając lekko. – Powiedzcie, jak nauczyliście się czytać w moich myślach, też bym tak chciała.

– Nie mów, że właśnie po to przyszłaś. – Edward nie potrafił ukryć uśmiechu.

– Nie tylko w tej sprawie, ale to również był mój cel – przyznałam. – Od niedawna krążyło mi to po głowie. Chciałabym, abyśmy osiedli gdzieś po wszystkim. Z Amy zrobilibyśmy bazę wypadową dla Kawki i naszych piratów. Niejeden z nich ma żonę, którą chciałby gdzieś bezpiecznie osiedlić. Moglibyśmy tam założyć naszą własną kolonię, przynajmniej na jakiś czas.

– Jak określasz ten jakiś czas? – spytał Aaron, stukając palcami w blat.

   Nie odpowiedziałam od razu. Odwróciłam głowę, aby spojrzeć przez małe okienko. Nie wiedziałam, jak im powiedzieć o moich zamiarach. Nie miałam jednak czasu na owijanie w bawełnę.

– Nie potrafię dokładnie tego określić. Musimy najpierw odzyskać Jabłko Edenu, bez niego nasza walka się nie zakończy. Jak je odzyskamy, chcę odpocząć. Wiem, że to niemożliwe, bo czeka nas też sporo innej pracy, o której później. Chcę osiedlić się na Amie, zrobić z niej przyczółek w kierunku Nowego Kontynentu. Kiedy znajdę sposób na ukrycie Artefaktu, będę musiała się tym zająć, wtedy zapewne skończy się spokojne siedzenie w jednym miejscu. No i w czasie, gdy będę szukała rozwiązania, zajmiemy się rozwinięciem naszego Bractwa. Obawiam się jednak, że oznaczać to będzie rozłąkę z naszymi.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – spytał tata.

– To oznacza, że będziemy musieli rozesłać naszych w różne miejsca, aby zebrali pozostałych tam Asasynów i utworzyli stałą sieć. To jedyne wyjście, abyśmy znów stali się silni jak niegdyś. Mówiłeś, że wielu rozproszyło się, aby uniknąć zwierzchnictwa Mistrza, ale obawiam się, że to osłabiło wspólnotę Bractwa. Nie chodzi mi, aby podlegali jednej osobie, ale abyśmy kontaktowali się między danymi ogniskami naszych. Wtedy będzie nam łatwiej wzajemnie sobie pomagać i wspólnie stawiać czoła przeciwko Templariuszom.

– Przecież właśnie ich rozgramiamy. – Zdziwił się Aaron.

– To jak walka z Hydrą. Nie da się ich pokonać, tak jak oni nie potrafią pokonać nas. Oboje mamy zbyt rozległe wpływy, żeby któraś ze stron upadła. – Westchnęłam ciężko. – Jednak dość o tym.

– No właśnie, wspominałaś, że nie wszystko będzie oficjalną rozmową. – Przypomniał tata. – Więc o co chodzi?

– Chodzi mi o naszą przyszłość. Nas i… No właśnie. I Ezia.

– Wiesz, że nie będziemy wchodzić pomiędzy was. – Uśmiechnął się Aaron. – Ale zawsze pamiętaj, jak drugi raz złamie ci serce, to wiesz, jak to się skończy.

– Chodzi mi bardziej o to, że chciałabym faktycznie zamieszkać z wami w jednym miejscu. Gdzieś blisko plaży, otoczonej lasem. Dwie chatki ze wspólnym podwórzem, a jak Aaron znajdzie sobie kobietę, to i trzy. Spokojne życie, przynajmniej na tyle spokojne, jakie mogą wieść Asasyni.

– Podoba mi się ten plan. – Uśmiechnął się brat. – W końcu trochę wytchnienia.

– Dla was tak. – Dopiłam wino i wstałam. – Pod moją nieobecność otoczcie opieką Adi i Danae. Tylko subtelnie, bo ta dziewczyna nie jest już taka sama, jak kiedyś.

– Da się zrobić. – Aaron jakby lekko odleciał, gdy wspomniałam o siostrze. – Zajmiemy się nią jak rodzina.

– A ty gdzie będziesz w tym czasie? – spytał ojciec. – Gdzie znowu cię wywiewa?

– Sprawdzić, czy nasi znajomi już się gdzieś nie zgrupowali.

– Co oznacza, że znowu mamy grzecznie czekać. – Westchnął, również wstając. – Uważaj na siebie.

– Jak zawsze.

   Tata rozłożył ręce, a ja dałam się przytulić. Brakowało mi tego. Miałam blisko dwadzieścia jeden lat, ale co z tego? Nadal potrzebowałam wsparcia bliskich, mimo że nie okazywałam tego zbyt otwarcie. W końcu puściłam go, czując, że czas najwyższy wyjść. Brat również mnie objął, poczułam się jak kiedyś na wyspie. Gdy odsunął się ode mnie, stanęłam na wprost nich. Chciałam jeszcze coś powiedzieć, ale nie potrafiłam. Wtedy rozległo się pukanie, a drzwi kajuty uchylił jeden z piratów.

– Ezio przyjechał i czeka na ciebie, Shadow.

   Skierowałam się w stronę wyjścia, na moment oglądając się tuż przy drzwiach. Mężczyźni uśmiechnęli się jeszcze, po czym tata ruchem ręki pospieszył mnie. Zeszłam po trapie i odebrałam wodze od Ezia. Narzeczony spojrzał na okręt, po czym przeniósł wzrok na mnie.

– Wszystko załatwione? – spytał, kierując konia w stronę bramy.

– Tak – powiedziałam. – Możemy ruszać.

***

   Spinaliśmy konie, aby jak najbardziej skrócić czas przejazdu. W dwójkę, zaopatrzeni w niezbędne minimum, mogliśmy poruszać się szybciej, niż było to podawane. Średnio dwa tygodnie zajmowało to karawanie, my mogliśmy pokonać tę trasę w tydzień, szczególnie że wykorzystywaliśmy wszystkie możliwe skróty, które znaliśmy. Czas więc tym razem był nam przychylny. Dużo też rozmawialiśmy, czasem wybiegaliśmy w przyszłość, ale nadal nie byłam w stanie poruszyć tematu, który najbardziej naglił i wymagał jego zgody. W końcu jednak zebrałam się na to, czując, że nadszedł najwyższy czas. Był wieczór, zasiedliśmy do skromnej kolacji, konie pasły się nieopodal. Siedziałam przy ognisku, wpatrując się w trzaskający płomień, Ezio spokojnie jadł po drugiej stronie.

– Pamiętasz, jak mówiłam ci, co planuję po odzyskaniu Artefaktu? – spytałam.

– Tak. Czyżbyś zdecydowała już, gdzie się osiedlimy?

– Wiedziałam już od dawna. – Przełknęłam nerwowo ślinę. – Po prostu bałam się spytać. Wiem, jak jesteś zżyty ze Starym Kontynentem i jego kulturą, dlatego nie spodziewam się, że zechcesz przenieść się na Amę. Można by na nowo ją ożywić, odbudować, zaludnić. Może nie na stałe, może pomieszkamy tam tylko jakiś czas.

   Mówiłam szybko, chcąc mieć to z głowy. Chłopak popatrzył na mnie, po czym odłożył bukłak, z którego właśnie pił. Nie mogłam rozgryźć, co kryło się za spokojem na jego twarzy.

– Piraci to nie rzemieślnicy, a nawet jakby każdy z nich zabrał swoją żonę, będziemy musieli zebrać również innych ludzi. Jacyś budowniczy, krawcy, lekarze. Przyda się nam chociaż po jednym z danego zawodu. Myślisz, że uda nam się takich zgromadzić?

– Będziemy musieli? – spytałam, nie kryjąc radości. – Czyli zgadzasz się?

– Oczywiście, że tak. Popłynę za tobą wszędzie, zamieszkam tam gdzie ty. To nie Stary Kontynent mnie trzyma. Zwiedziłem już kilka miast, nie czuję przywiązania do miejsca. Tylko do ludzi. – Uśmiechnął się. – Chyba nie myślałaś, że się sprzeciwię. – Kiedy nie odpowiedziałam, sam odnalazł odpowiedź. – Bałaś się, że ci się postawię. Dlatego tak długo zwlekałaś.

– Byłam pewna, że będziesz miał jakieś obiekcje – przyznałam. – Obawiałam się, że zdecydowałbyś się na jakieś miasteczko w Arynii, nie osobną wyspę.

– Lepiej mieć spokojne życie na wyspie, niż ciągłe intrygi mieszczan i kupców. Sama mówiłaś, że na Amie wszyscy się znali. Sprawimy, że tak się znowu stanie. – Poklepał się po kolanie. – Czas na drzemkę, dzisiaj ty pierwsza.

   Przesiadłam się obok niego. Każdej nocy zatrzymywaliśmy się na najciemniejsze godziny i dzieliliśmy je na pół, aby każdy z nas mógł się chociaż trochę wyspać. Odgarnęłam kilka patyków i położyłam się, głowę kładąc na jego nodze. Chłopak zaczął delikatnie gładzić mnie po plecach, co zawsze wywoływało u mnie przyjemny dreszcz. Powoli otoczenie odleciało, a ja zapadłam w płytki sen. Gdy spokój opanował mój umysł, wyraźnie zobaczyłam dwóch mężczyzn ubranych w płaszcze. Pojawili się szybko i choć wiedziałam, że to sen, to każde ich słowo mogło być cennym przekazem.

– Shadow, to, co zobaczysz na miejscu, otworzy ci oczy na następne poczynania Templariuszy – powiedział Mistrz Altair. – To nie oznacza jeszcze, że na pewno ich powstrzymasz, ale zyskasz czas, aby zapobiec skutkom tych planów, to pewne.

– W ostatnim starciu zaważy coś innego, niż stal i wyszkolenie. Od ciebie będzie zależało, czy uda ci się ich powstrzymać – dodał Auditore.

– Tak jest, Mistrzowie, nie zawiodę was – wyszeptałam, budząc się.

– Hm? – Mruknął Ezio, patrząc na mnie zmęczonym wzrokiem. – Masz jeszcze trochę czasu do zmiany warty.

– Lepiej ty się zdrzemnij. – Uśmiechnęłam się. – Chyba że mam cię ukołysać.

   Narzeczony pochylił się, aby mnie pocałować. Ogień powoli dogasał, ale nie zwróciliśmy na to uwagi. Zajęliśmy się sobą w takim zapamiętaniu, że niknące ciepło ogniska zastąpił inny żar. Dopiero później, gdy mieliśmy niedługo ruszać, dorzuciłam kilka suchych gałązek, aby zrobić coś ciepłego do picia. Obudziłam go delikatnym szturchnięciem i po kilku minutach wskoczyliśmy na konie. Jechaliśmy leśnym, zawiłym traktem, więc gdy wyjechaliśmy na otwartą przestrzeń, nadbrzeżny wiatr uderzył w nas mocniej, niż by się wydawało. Ale większym ciosem był widok, który ujrzeliśmy. Na brzegu stało kiedyś kilka chatek, niewielkich i drewnianych. Mały pomost pozwalał na przycumowanie trzech łódek dla rybaków, ale nic ponadto. Nie do pomyślenia było, że w takim miejscu mogły zatrzymać się potężne statki Templariuszy. Zastaliśmy tylko zgliszcza i ślady kilkuset ludzi. A wiedziałam, że to była tylko część z sił Henry’ego. Zeskoczyłam z konia, niedaleko leżało ciało jakiejś kobiety. Sądząc po tym, w jakim stanie były jej zwłoki, wojsko było tutaj około dwóch tygodni przed nami. Liczne ślady zatarł już wiatr, który ciągle rzeźbił w piasku i deszcz, rozmywający wszelkie odciski w twardszym gruncie. Ezio również zsiadł z konia i podszedł do jednej z chatek, a przynajmniej do ruiny, która z niej została. Zajrzał do środka, ale oczywistym było, że raczej nic tam nie znajdzie. Obróciłam się w stronę lądu, chcąc wyobrazić sobie, jak musiało to wszystko wyglądać. Nie potrafiłam jednak ujrzeć tej osady żywej, ciągle widziałam zniszczenia. Opadłam na jedno kolano przy najlepiej zachowanych śladach. Wpatrywałam się w nie długo, jakby miały do mnie przemówić. Nagle wzrok zaczął mi wariować. Przymknęłam na chwilę oczy. Zauważyłam już wcześniej, że moje zmysły wyostrzyły się, ale tylko raz w życiu widziałam w ten sposób, jaki objawił się moim oczom. Widziałam jaskrawe barwy w miejscach, gdzie pozostały ślady, widziałam je też tam, gdzie wcześniej nie było nic. Przypomniałam sobie, że kiedyś doświadczyłam czegoś takiego, ale tamto trwało tylko ułamek sekundy, Aaron wówczas też miał podobną wizję. Tym razem było to tak silne i uderzające, że zatoczyłam się, kiedy próbowałam wstać. Ezio podtrzymał mnie w ostatniej chwili, ale tak skupiłam się na jaskrawym otoczeniu, że nawet nie podziękowałam. Widok rozmywał się, jeżeli wykonywałam gwałtowne ruchy, dlatego poruszałam się jak najwolniej. Chciałam podejść do każdego śladu, ciała, połamanej deski. Jednak nim dotarłam do połowy, oczy zapiekły i musiałam zamrugać. Wtedy zniknęło też dziwne zjawisko, jakiego doświadczyłam. Jednak już to wystarczyło, abym mogła wyciągnąć wnioski z obserwacji.

– Zakotwiczyli najbliżej, jak tylko mogli. – Wskazałam jedyną łódź, jaka jeszcze zacumowana była przy pomoście. – Spuścili swoje szalupy, inni zabrali rybackie łódki i popłynęli im pomóc. Sprowadzili na brzeg część ludzi, na pokładach zostało niezbędne minimum. – Przeniosłam spojrzenie na spalone chatki, kreśląc palcem kierunek marszu. – Wyruszyli w głąb lądu, ale odbili w przeciwną stronę. Nie ruszyli na Stolicę, mieli zbyt małą ilość ludzi. Udali się pod pole bitwy, aby w umówionym miejscu zebrać ludzi. Zaledwie czterech żołdaków wystarczyło, żeby tutaj wszystkich uciszyć. Henry wyruszył z pozostałymi, przewodzi im. Jeżeli dobrze rozumiem, wyruszyli wąwozem, obejdą Stolicę i zaatakują od głównej bramy. Statki skierują na port, możliwe też, że podzielą wojsko i otoczą pozostałe bramy. – Zamknęłam oczy. – Jeżeli Henry użyje mocy Jabłka, może po drodze zebrać innych, tych o słabej woli.

   Podniosłam powieki. Ezio patrzył na mnie zaskoczony, ale na jego twarzy błądził też uśmiech. Bałam się, że zaraz usłyszę tysiące pytań, ale on skwitował wszystko tylko czterema słowami:

– Wzrok Orła nie wygasł.

– Co takiego? – spytałam. – O czym ty mówisz?

– Możliwe, że Mistrz Shalim nigdy nie pokazał ci księgi o zaginionych darach Asasynów. Wzrok Orła to taki szósty zmysł – wyjaśnił. – Niektórzy posiadają ten dar i nawet o tym nie wiedzą. Czasami to kontrolują, innym razem pojawia się samoistnie i niespodziewanie albo nigdy się nie ujawnia.

– Powiesz mi o tym więcej w drodze – powiedziałam, dosiadając karego ogiera. – Może jeszcze nie będzie za późno, aby ostrzec naszych w Stolicy.

   Narzeczony dosiadł swojego wierzchowca i ruszyliśmy w drogę powrotną. Musieliśmy się spieszyć, ale po drodze nigdzie nie było możliwości wymiany koni. Nawet gońce nie wybierali tej trasy, według wielu była zbyt niebezpieczna. Skręciliśmy w skrót, dzięki któremu mogliśmy zmniejszyć czas z tygodnia do pięciu dni. Dwa dni to niewiele, ale w zaistniałej sytuacji nawet każda godzina się liczyła. Zaniedbany szlak prowadził nas brzegiem klifu. Z jednej strony mieliśmy las, z drugiej bezkresne wody, od których dzieliło nas kilkanaście metrów w dół.

– Czym jest ten Wzrok Orła? – spytałam, chcąc wiedzieć więcej.

– Jak mówiłem, to taka rzadka zdolność. Niewielu ludzi ją posiada, a przynajmniej nie wszyscy się do tego przyznają. Pozostała nam po Pierwszej Cywilizacji. Przechodzi na potomków, ale nie każdy z nich uaktywnia dar.

– Można nauczyć się z tego korzystać?

– Według ksiąg tak, ale osobiście nie znałem nikogo z tym darem. – Chłopak nie ukrywał, że to odkrycie zrobiło na nim wrażenie. – A ty potrafisz?

– Gdyby tak było, to bym się nie pytała – zaśmiałam się. – Dopiero drugi raz w życiu miałam taką sytuację. To jest jednak nieistotne. Pilnujmy trasy.

***

   Wyjechaliśmy na główny trakt. Po drodze nie zauważyliśmy żadnych wojsk i martwiło mnie to bardziej, niż gdybym musiała przedzierać się przez wrogów szarżą. Miałam nadzieję, że się nie spóźniliśmy. Jednak już z daleka zorientowałam się, że miasto żyło własnym życiem, nieświadome tego, co zobaczył Ezio.

– Spójrz. – Wskazał na trakt, który łączył się z tym prowadzącym przez wąwóz. – Nie myliłaś się, zaraz dotrą do bramy głównej.

– Dlaczego nikt nie reaguje? – spytałam, gdy wjeżdżaliśmy przez bramę.

   Ledwie końskie kopyta zastukały o miejski bruk, zauważyłam już, w czym był problem. Z miejsca, w którym się znaleźliśmy, jak na dłoni widoczny był plac, którym właśnie szedł korowód żołnierzy. Prowadzili związanego więźnia, szli z królewskiego lochu w stronę sądu, może na odwrót. Niedaleko widziałam Konstantyna i jego dowódców.

– Królewsko urodzony zawsze przed śmiercią musi usłyszeć wyrok sądowy. – Splunęłam. – Bawią się w najlepsze nieświadomi zagrożenia! – Spojrzałam na Ezia. – Zawiadom naszych, ja zaraz zorganizuję wsparcie. Zamknijcie bramy. Rozstawcie ludzi na murach i w porcie, a potem udajcie się na mury przy bramie głównej, tam się spotkamy.

   Nie czekałam na odpowiedź, tylko od razu spięłam konia i ruszyłam w stronę stojących na placu. Harry miał zaraz usłyszeć wyrok, ale zanim do tego doszło, przebiłam się przez tłum ludzi, którzy uskakiwali mi z drogi i wyszarpnęłam miecz. Ktoś z dowódców musiał mnie zauważyć, bo kilku żołnierzy skierowało na mnie wzrok, ale zanim zareagowali, przedarłam się pomiędzy nimi i gładkim cięciem przeszyłam powietrze. Sztych uderzył precyzyjnie, rozcinając gardło Templariusza. Lepka krew zbryzgała stojących najbliżej, spływała po klindze. Nie minęła chwila, a otoczył mnie wianek uzbrojonych mężczyzn. Czekali na rozkazy, z tłumu wyrwał się okrzyk, oskarżający mnie o zdradę i zamach.

– Wy tutaj urządzacie uroczyste wyroki i inne bzdety, kiedy w naszą stronę maszeruje wrogie wojsko! – zawołałam, wskazując mieczem bramę.

– O czym ty mówisz? – spytał Konstantyn, przechodząc pomiędzy żołnierzami.

– Właśnie widziałam idących ludzi, których zebrał Henry. Podczas naszej czczej gadaniny, oni zbliżają się coraz bardziej. Posłałam już po swoich ludzi, zabezpieczają mury. Wam radzę to samo.

– Skoro w naszą stronę naciera wojsko, dlaczego nikt… – zaczął jeden z dowódców.

   W tym momencie rozległ się dźwięk rogu sygnałowego. Nie mogłam powstrzymać się od szyderczego uśmiechu, który posłałam mówiącemu. Ludzie wyglądali na przerażonych, a żołnierze w pośpiechu udali się na mury. Część dowódców rozpierzchło się i pognało sprawdzić, co się działo, przy Konstantynie została tylko garstka ludzi.

– Odprawiłeś już wojsko, prawda? – spytałam.

– Jak tylko wkroczyłem do miasta – przyznał. – Musimy radzić sobie z tym, co mamy.

– Henry dysponuje siłami kilka razy większymi. Jedyne, co mamy, to mury i wyszkolenie żołnierzy. Rozstawcie swoich ludzi i spotkamy się nad bramą główną.

   Król skinął głową, ale jego obstawa wydawała się niezadowolona.

– Mamy słuchać tej kobiety? – spytał jeden z nich. – Właśnie zamordowała jeńca przed prawomocnym wyrokiem!

– Gdyby nie ta kobieta, nie mielibyśmy ani jeńca, ani miasta do obrony! – warknął Konstantyn. – Dysponuje liczniejszą grupą wojowników od naszej straży miejskiej. Shadow, dosiadam się z tobą i od razu jedziemy do bramy.

   Mężczyzna wskoczył za mną na drobiącego nerwowo konia i zanim inni zareagowali, puściliśmy się cwałem przez tłum. Dojechaliśmy do bramy i wspięliśmy się na mury. Przy blankach stali już odziani w jasne płaszcze żołnierze Asasynów. Z tego miejsca mieliśmy dobry widok na zbliżających się wrogów. Skinęłam na jednego z moich, który miał przy pasie lornetkę. Wzięłam ją od niego. Szybko wskoczyłam na skrzynię, w której trzymano kule armatnie i rozejrzałam się. Mur był nieźle obstawiony, ale zmartwiło mnie to, co zobaczyłam na morzu. Domyślałam się, że Henry zaatakuje również port, ale trzy silnie uzbrojone statki mogły okazać się dość problematyczne. Od lądu sytuacja również nie należała do najlepszych. Rozdzielono wrogich żołnierzy, którzy maszerowali na trzy strony obwarowań. Mieli przy sobie lekkie drabiny do forsowania murów, kilka taranów, ale zauważyłam też jedną armatę, którą prowadzili prosto na główną bramę. Podałam przyrząd Konstantynowi.

– Rozejrzyj się. Mamy w zasadzie szansę tylko w starciu na odległość. Jeżeli sforsują bramy, będziemy mieli za mało ludzi.

– Mhmm – mruknął. – Nie podoba mi się to, co tam widzę. – Wskazał na grupę, która szła w kierunku drugiej bramy. – Część to nasi żołnierze.

– Cholera jasna! – Zaczęłam nerwowo spacerować po blankach, mamrocząc pod nosem. – Jeżeli nauczył się kontrolować ludzi, nie mamy zbyt wielkich szans. Wiedziałam, że to może tak się skończyć, ale na taką skalę? Najsłabsi ulegną i nie będziemy mieli na to wpływu.

– Co? – spytał Konstantyn, ale nie odpowiedziałam.

   Na mury weszła grupa Asasynów. Zauważyłam wśród nich Paolę, którą pierwszy raz w życiu widziałam ubraną inaczej niż w wydekoltowaną suknię. Miała na sobie proste ubranie, a przy boku miecz. Za nią stała jeszcze jedna kobieta, której się nie spodziewałam.

– Adi, co ty tutaj robisz? – spytałam. – Powinnaś być z Danae.

– Mam dość siedzenia za murami, kiedy inni walczą. – Uśmiechnęła się krzywo. – Nauczyłam się od was na tyle dużo, że potrafię się bronić.

– I właśnie dlatego powinnaś być ostatnią linią obrony swojej córki. – Westchnęłam. – Gdzie ona jest?

– Dziewczęta Paoli zajęły się Danae. Będzie bezpieczna. – W oczach mojej siostry zalśniło zdecydowanie. – Będzie bezpieczna, jeżeli zajmiemy się murami.

   Jej słowa przypomniały mi, że należało zepchnąć troskę o siostrzenicę na dalszy plan. Dopóki w mieście nie było wrogów, wszyscy w środku byli bezpieczni. Zebrałam szybko myśli, a król dołączył do nas wraz ze swoimi dowódcami. Potoczyłam wzrokiem po zgromadzonych.

– Dobra, wszystkie strony atakują według potrzeby, nie możemy przewidzieć, co będzie potrzebne w danym miejscu czy czasie. Aaron, Edward, Pedro, was potrzebujemy na morzu – powiedziałam.

– Tak też czułem. – Uśmiechnął się tata. Wiedział, że kiedy porzucałam ceregiele i mówiłam do niego po imieniu, nie było co dyskutować. – Statki gotowe do wyruszenia.

– Ruszajcie w takim razie i niech wam prądy sprzyjają. – Skinęłam głową i spojrzałam na rozkład sił przy murach. – Paolo, Federico, was potrzebujemy na dole. Znacie miasto jak własną kieszeń, jeżeli się przedrą, będziecie najlepszą linią obrony. To samo tyczy się straży miejskiej. – Przeniosłam wzrok na dowódców, stojących za Konstantynem. – Trzech na murach przy trzeciej bramie, dwóch na ziemi.

   Mężczyźni szukali wsparcia u króla, ale ten potwierdził mój rozkaz. Ruszyli więc zaraz za moimi. Zostały mi dwie bramy i port, w razie niepowodzenia na morzu. Zastanowiłam się szybko.

– Azize, Horacy, Jack wy zajmijcie port. Jeżeli kapitanowie nie opanują statków, będziecie naszą ostatnią linią obrony od wybrzeża. Nie bójcie się sięgnąć po armaty, jeżeli będziecie w stanie, to wspomóżcie nasze okręty. – Od razu ruszyli, zwinnie przeskakując z murów na dachy pobliskich budynków. – Pozostali na drugą bramę. Obie są wystarczająco blisko, w przypadku jakiegokolwiek zagrożenia pomożemy sobie nawzajem. Was, panowie – zwróciłam się do trzech pozostałych przy nas dowódcach spoza Bractwa – proszę o wsparcie tutaj. Jeżeli dojdzie do przebicia za bramy, musicie przejąć dowództwo i poprowadzić ludzi na dole.

   Rozstawiliśmy się, ale zanim pozwoliłam odejść trójce Asasynów, zatrzymałam ich.

– Jeżeli gdziekolwiek zauważymy działalność Henry’ego, musimy się tam natychmiast udać. Nauczył się korzystać z mocy Artefaktu, to nie skończy się dobrze.

– Ruszymy za tobą – powiedział Ezio. – Daj tylko znak.

– Jeżeli będę ruszać w jego kierunku, przeskoczę na dachy. Od razu się zorientujecie.

   Wszyscy rozstawili się na swoich pozycjach. Nie musieliśmy długo czekać na pierwsze natarcie. Najpierw przytoczyli działo na linię ostrzału, równocześnie atakując bramę taranem. Musieliśmy skupić się na dwóch miejscach jednocześnie. Skierowaliśmy jednak główny ogień na armatę, aby jak najszybciej się jej pozbyć, a przynajmniej zniechęcić ludzi. Łucznicy zajęli się atakującymi bramę. Po murach biegali chłopcy i dziewczęta, którzy roznosili strzały i bełty. Mężczyźni zajmowali się działami, co chwilę chłodzili, nabijali, strzelali i cały cykl powtarzano od początku. Z niepokojem patrzyłam jednak na to, ilu żołnierzy mieliśmy przeciw sobie. Sama nie posiadałam żadnej przydatnej umiejętności, może i strzelałam z łuku, ale to było niewiele. Konstantyn stał obok mnie i razem z pozostałymi kusznikami również starał się pomóc w obronie. Czułam wstrząsy, za każdym razem, gdy uderzono w mur. Wrogowie mieli przewagę w ilości ludzi i szybko szala przechyliła się na ich stronę, gdy nie byliśmy w stanie odeprzeć ludzi z drabinami. Kilkunastu przeciwników wdarło się na blanki. Nasi od razu zwarli się z nimi w walce bezpośredniej, pozostali dalej ostrzeliwali tych w dole. Sama porzuciłam stanowisko i ruszyłam na wspinających się po drabinach. Zabiłam kilku zwinnymi ruchami i przypadłam do drabiny. Przywołałam dwóch ludzi i strząsnęliśmy wrogów ze szczebli, po czym szybko wciągnęliśmy ją na górę. Kilkunastu innych wzięło z nas przykład i również spróbowali tej sztuczki. Po długich staraniach zauważyłam, że armata przeciwników przestała nas ostrzeliwać. Spojrzałam w tamtym kierunku. Wrogie działo zostało uszkodzone. Myślałam, że już będzie dobrze, że może uda nam się opanować sytuację, ale wówczas nadbiegł goniec z trzeciej bramy.

– Mistrzu! – zawołał, chyląc się nisko, aby nie dostać z zabłąkanej strzały. – Wrogi oddział przedarł się przez trzecią bramę!

– Co takiego? – Odwróciłam się w stronę tamtej bramy, szukając zamieszania. – Zaraz mnie tam zaprowadzisz. Konstantyn, przejmujesz dowodzenie.

   Zanim goniec zareagował, ja zauważyłam już wyłom i ruszyłam w tamtym kierunku, przeskakując na dachy. Niedługo chłopak dołączył do mnie, a w ślad za nami pojawili się Sam i Ezio.

– Co tam się stało? – spytałam, gdy wszyscy się zrównaliśmy.

– Nie spodziewaliśmy się takiego obrotu spraw. Oddział był niewielki i początkowo trzymał się z daleka, jakby szukał słabych punktów. Gdy natarli, głównie szyli w nas z łuków. Odpowiedzieliśmy ostrzałem i mieliśmy przewagę, kiedy nagle część z obrońców przestała strzelać i pochwyciła za miecze. – Na chwilę zamilkł, jakby szukał słów, lub zastanawiał się, jak przekazać wieść. – Zaczęli mordować naszych! Niektórzy rzucili się na swoich towarzyszy, a reszta ruszyła do bramy. Przeważali nas i dlatego nie zdołaliśmy ich powstrzymać.

– Henry nauczył się panować nad Jabłkiem Edenu – powiedziałam do Ezia i Sama. – Ale chyba wiem, dlaczego zdecydował się na taki fortel. Chce zdobyć miasto, a świadkom wmówić, że je wyzwolił. Zorientował się, że siedzimy w Stolicy.

– Co planujesz? – spytał Ezio.

– Jeszcze dokładnie nie wiem. Podejrzewam, że… – Zatrzymałam się gwałtownie, przypominając sobie słowa Mistrza Auditore. – W ostatnim starciu zaważy coś innego, niż stal i wyszkolenie.

– Co? – Sam zmarszczył brwi, pozostali również się zatrzymali. – O czym ty mówisz?

– Muszę stanąć z nim twarzą w twarz. – Spojrzałam na gońca. – Wiesz może, czy tamten oddział prowadzony był przez mężczyznę ze złotą kulą?

   Chłopak zastanowił się chwilę, po czym pokiwał głową.

– Był taki, wyglądał na wysoko postawionego dowódcę. W ręce trzymał taką kulkę, z której roztaczał się blask.

– Dobrze się spisałeś. Biegnij do pozostałych bram, potem zawitaj w porcie. Przekaż, żeby nie opuszczali stanowisk, a my postaramy się zapanować nad sytuacją. – Kiedy odbiegł, zwróciłam się do pozostałych. – Jedyną szansą, jest przejąć Artefakt.

– Nie dasz rady, nawet z naszym wsparciem! – sprzeciwił się Sam.

– Nie mam wyboru, jeżeli nie zaryzykuję, Templariusze zdobędą miasto i przejmą kontrolę znacznie dalej. Walczyliśmy przez ostatnie lata, aby ich pokonać, a teraz miałabym się poddać?

– W takim razie, jaki jest plan? – spytał Ezio.

– Szukamy go, a potem się zobaczy.

– Już się znalazł. – Samuel wskazał na plac, który miałam za plecami.

   Obróciłam się. Jedną z uliczek wypełniali żołnierze, idący za Wielkim Mistrzem Templariuszy. Henry trzymał wysoko Jabłko Edenu, które jarzyło się chłodnym blaskiem. Z innej uliczki wylegli nasi ludzie i straż miejska. Najwidoczniej Paola wysłała część jako wsparcie. Mężczyzna wysłał impuls, który odbił się wibracjami w moich skroniach. Było to wezwanie, aby stanąć po jego stronie. Widziałam, jak niektórzy opuszczali szyk i bezwiednie szli na jego spotkanie. Zanim się zorientowałam, zeskoczyłam z dachu. Otrząsnęłam się, kiedy wylądowałam na bruku i wytraciłam energię upadku przewrotem. Podniosłam się, stając na wprost Henry’ego.

– Niech nikt się nie rusza – powiedziałam i ze zdziwieniem zauważyłam, że część ludzi zatrzymała się i również otrząsnęła z transu.

   Templariusz również to zauważył i ponownie wysłał impuls, ale tym razem skutek był mniejszy. Szybko otaksowałam wzrokiem ilość ludzi po obu stronach. Mieliśmy marne szanse w przypadku starcia, ale byliśmy ostatnią linią obrony. Ja byłam ostatnią linią obrony.

– Kopę lat, Henry – powiedziałam, chcąc odwlec nieuniknione. – Pamiętasz, jak jakiś czas temu spotkaliśmy się w Rosa in Fiore? Wtedy to ja miałam Artefakt.

– Shadow – w tym jednym słowie zawarło się zdziwienie i nienawiść. – Teraz już pamiętam, ale wiedz, że dopilnuję, aby to się więcej nie powtórzyło.

   Przesunął palcem po jednej z linii Artefaktu. Kula rozbłysnęła jeszcze jaśniej, lecz blask był zimny, srebrzysty. Nie przypominał tego samego blasku, jaki roztaczało w moich rękach. Dopiero po chwili zorientowałam się, że Jabłko Edenu w rękach Henry’ego kumulowało tylko to, co w nim było złe. Poiło się złymi intencjami i myślami mojego przyrodniego brata, kiedy w moich rękach jaśniało złotym blaskiem ciepła. To nie miało jednak znaczenia, gdy zdałam sobie sprawę, że skumulowało moc i wysłało we mnie błyskawicę. Wszystko trwało sekundy, nie miałam szans zareagować. Uniosłam tylko ręce, zasłaniając twarz w głupim odruchu. Byłam pewna, że pędząca w moją stronę moc miała mnie zabić, ale poczułam tylko, jak otoczyła mnie nieopisana energia. Stawiłam jej opór, a gdy fala zanikła, opuściłam ręce.

– Chyba coś nie wyszło – powiedziałam, widząc szeroko otwarte oczy atakującego. Sięgnęłam po miecz. – Czas to zakończyć.

– Masz rację, najwyższy. – Uśmiechnął się krzywo. – Zabić.

   Znów rozległ się lekki blask, który sprawił, że jego armia ruszyła w stronę moich ludzi. Chciałam wycofać się, aby pomóc w dowodzeniu, ale poczułam, jak odbijam się od niewidzialnej przeszkody, a moim ciałem wstrząsnął silny dreszcz. Upadłam na bruk, czując ból w całym ciele. Widziałam wyładowania, które znaczyły świat wkoło i tłumiły dźwięki z otoczenia. Powoli podniosłam się z ziemi, chociaż ręce mi drżały. Nigdy wcześniej nie czułam czegoś takiego, ale udało mi się stanąć na nogi. Zobaczyłam miecz, który wcześniej trzymałam w dłoni. Leżał kilka metrów ode mnie, najwidoczniej wypadł, gdy odrzuciła mnie bariera. Skrzyła się i pulsowała w rytmie, który towarzyszył rozbłyskom Jabłka. Nie miałam szans, aby się dostać do broni, ataki Henry’ego były zbyt celne.

– Masz idealną okazję, aby mnie zabić – powiedziałam, patrząc na przeciwnika.

– Z chęcią z niej skorzystam. Obawiam się jednak, że Artefakt ma pewne trudności, aby cię zneutralizować. – Wysłał kolejną wiązkę, a moim ciałem znów wstrząsnęło. – Będę musiał najpierw cię osłabić.

   Wyszarpnęłam sztylet. Wolałam zginąć z bronią w ręku, a nie bezczynnie czekając na jego ataki. Postawiłam kilka kroków w jego kierunku, ale nie trwało to długo. Jabłko posłało srebrzystą błyskawicę, zadając mi ból w całym ciele. Mięśnie odmawiały posłuszeństwa i chociaż chciałam iść, nogi ugięły się pode mną. Upadłam na kolana, nie czując już paraliżującego wyładowania. Oddychałam z trudem, płytko i nierówno. Nim zdążyłam cokolwiek zrobić, kolejna fala cierpienia zalała mnie i mój umysł. To nie były już wstrząsy, tym razem miliony igieł wbijały się w skórę, docierały aż do kości. Stłumiłam krzyk, zagryzając wargi. Zaczęłam dyszeć, wspierając się na rękach. Oczy zaszły mi łzami, a palce zaciskały się na rękojeści sztyletu tak mocno, że nie mogłam ich rozprostować. Nie miałam siły, aby chociaż unieść głowę i spojrzeć na swojego mordercę. Kończyny drżały, nie mogąc dłużej utrzymać mojego ciężaru. Nie zauważyłam nawet, jak załamały się pode mną, dopiero szorstkość podłoża uświadomiła mi, że upadłam. Zamknęłam oczy, widząc kolejny rozbłysk. Byłam już tak załamana, że marzyłam tylko o tym, aby mnie dobił. Poczułam kolejny cios, gdy trafił we mnie mocą Artefaktu. Pastwił się nade mną, chociaż nie mogłam już nic zrobić. Otworzyłam jeszcze oczy, a wówczas ujrzałam, że blisko bariery walczył Ezio. Za jego plecami pojawił się przeciwnik, ale on go nie widział, zajęty walką z innym mężczyzną. Chciałam krzyknąć, żeby uważał, ale choć poruszyłam wargami, nie wydałam żadnego dźwięku. Zobaczyłam, że podbiegł tam Sam, jednak następne wydarzenia powoli przysłoniła mgła. Powieki opadły. Chciałam odejść i byłam na to gotowa. Jednak, gdy już opuściła mnie jakakolwiek siła, przypomniałam sobie śmiech Danae, gdy bawiła się na dziedzińcu. Zobaczyłam uśmiechającą się do niej Adi. Przypomniałam sobie dotyk Ezia na mojej skórze i jego pocałunki. W mojej głowie, przed chwilą otumanionej i ciężkiej, zaczęły wibrować myśli i wspomnienia. Morskie wyprawy, ćwiczenia, nawet zwykłe zakupy na targu. I przede wszystkim ludzie, wszyscy, których spotkałam. Spod przymkniętych powiek zaczęły spływać łzy. Wiedziałam, że ich zawiodłam. Cyklicznie wyprowadzane fale ustały, dając mi chwilę wytchnienia. Czułam jednak wibrujące powietrze, najprawdopodobniej Henry zbierał się na ostateczny cios. Zdołałam wesprzeć się miękkimi rękoma na tyle, aby przyklęknąć. “Gdybym tylko była w stanie obrócić moc Jabłka” – pomyślałam, odliczając sekundy do ostatniego cierpienia. Uderzyła we mnie kolejna fala wypuszczona z Artefaktu. Jednak nie poczułam bólu. Nie poczułam nic oprócz delikatnego mrowienia na skórze. Zdałam sobie sprawę, że mogłam tego dokonać. Spojrzałam na Henry’ego.

– Ile jeszcze czasu mam na ciebie zmarnować? – warknął. – Mogłem roztrzaskać ci łeb w kołysce.

– Mogłeś nie ufać mi – zaczerpnęłam tchu, mówienie sprawiło mi trudność – wtedy na wyspie.

– Mogłem – przyznał. – Ale przynajmniej wiem, gdzie przenieśliście po naszym ataku swoją główną siedzibę. – Znów zebrał moc w Jabłku Edenu. – Nie minie wiele czasu, a dopadniemy waszego Mistrza, a wtedy będzie już po was. Dzięki Jabłku mogę wszystko, opanowałem je i wykorzystuję, nie tak jak wy. Nie ukrywam go przed tymi, którzy opanują jego potencjał.

   Nie zdawał sobie sprawy z tego, że podczas rozmowy udało mi się odnaleźć w ciele resztki zdecydowania. Porywałam się na szaleństwo, ale poprzedni atak udało mi się przeobrazić w impuls niegroźny dla mnie. Nie miałam nic do stracenia, więc gdy pomknęła w moją stronę błyskawica, skrzyżowałam ręce przed twarzą, powtarzając w głowie, że to tylko wiatr. Poczułam na skórze miły i ożywczy podmuch. Powoli podniosłam się na drżących nogach, każda sekunda w objęciach mocy dodawała mi siły na ten zryw. Gdy w końcu stanęłam pewnie na nogach, roztrąciłam smagnięcia energii.

– Masz przed sobą Mistrza Asasynów – powiedziałam, dysząc lekko. – I właśnie popełniłeś największy błąd, jaki mogłeś. – Wyciągnęłam rękę, a Artefakt powoli mienił się raz zimną, a raz ciepłą poświatą. – Nikt nie potrafi zapanować nad Jabłkiem Edenu.

   Zacisnęłam pięść, a po ręce Henry’ego przebiegła błyskawica. Mężczyzna wrzasnął, przeszywany bólem. Jego palce zaczęły czernieć, kiedy Artefakt coraz mocniej świecił złotą poświatą. W końcu upadł, a Jabłko wypadło z jego dłoni. Gdy potoczyło się po bruku, wyglądało jak zwykła kula odlana ze złota. Niczym martwa stal. Podeszłam do niego, chwiejnie stawiając kolejne kroki. Podniosłam Artefakt, który w mojej dłoni na nowo ożył, odnawiając moją siłę. Chociaż ciało nadal miałam obolałe, oddychałam bez trudu. Spojrzałam na Henry’ego, który zdołał się podnieść na kolana.

– No dalej, zemścij się – powiedział, jego poczerniała dłoń zwisała bezwładnie.

– Nie do tego służy Jabłko – odparłam, unosząc je w górę i dezaktywując barierę. – Do tego służy ukryte ostrze.

   Z tymi słowami uwolniłam mechanizm i jednym ruchem rozcięłam mu gardło. Zanim upadł, w mojej dłoni znajdował się naszyjnik Templariusza. Gdy się rozejrzałam, zorientowałam się, że ludzie oszołomieni szukali błędnym wzrokiem, gdzie się znaleźli. Gdy Henry stracił kontakt z Jabłkiem Edenu, jego wola przestała wpływać na tych, którymi zawładnął. Szukałam wzrokiem płaszczy moich przyjaciół. Gdy w końcu je odnalazłam, serce zatrzymało mi się w piersi. Rzuciłam się do biegu, roztrącając ludzi. Zmęczenie nie liczyło się dla mnie, kiedy zobaczyłam leżącego na ziemi Sama. Ezio klęczał przy nim z rękoma uwalanymi po łokcie we krwi.

– Trzymaj się stary – powiedział, uciskając ranę. – Wszystko będzie dobrze.

   Przypadłam do nich, padając na kolana. W piersi Sama ziała otwarta rana. W panice starałam sobie przypomnieć, co powinnam zrobić. Nie mogłam jednak znaleźć nic, co przydałoby się na tak rozległe cięcie.

– Co się stało? – spytałam, nadal szukając jakiegokolwiek rozwiązania.

– Przyjął na siebie cios, który był we mnie wymierzony. – Ezio nie krył swojego przerażenia, a jego spojrzenie było wręcz błagalne. – Ale uda nam się go poskładać. I po co ci to było? Teraz będziesz miał niezłą bliznę.

– Nie oszukujmy się – wysapał Pająk, na ustach przyjaciela pojawiła się krew – nie zostało mi… Zbyt wiele czasu. Nie pozwoliłbym, żeby Shadow… Znowu cię… Straciła. Traktuj ją jak… Księżniczkę. – Jego oddech był ciężki, przy każdym słowie z ust wylewała się krew.

– Sam, nie zostawiaj nas. Zaraz cię połatamy. – W moich oczach stanęły łzy, a palce zacisnęły się na kuli.

   Olśniło mnie. Wyciągnęłam Jabłko nad Sama, ale ten spojrzał na mnie, a słabą ręką zdjął z szyi łańcuszek.

– Zawsze będę… Przy tobie. Nawet… Jeśli wybrałaś innego…

   Włożył mi w dłoń zawieszkę. Spojrzałam na przedmiot, który mi podał. Było to małe, srebrne pióro. Dałam mu je, kiedy byliśmy dziećmi, tuż przed moim pierwszym wyjazdem do Stolicy. “Zawsze będę przy tobie” – powiedziałam wówczas, zakładając mu je na szyję. Ręka mi zadrżała, nie mogłam wykrzesać ani skrawka energii z Artefaktu. Moc, która przed chwilą mnie ocuciła, nie chciała pomóc. Kiedy w końcu jej odrobina otoczyła ciało chłopaka, rana zajaśniała lekko i powoli zaczęła się zasklepiać, ale nie miało to już sensu. Chrapliwy oddech ustał.

– Sam – załkałam. – Sam!

   Nakazałam mocy płynąć z większą szybkością i chociaż jego rana powoli się zrosła, oddech nie powracał. Po policzkach spływały mi łzy, wlewałam coraz więcej mocy, oddając nawet część swojej własnej siły. W głowie kłębiła się tylko jedna myśl. On musiał żyć. Nie było innej możliwości.

– Shadow – wyszeptał Ezio. – To nie ma sensu.

– Musi być jakiś sposób – szloch praktycznie stłumił moje słowa, zamieniając je w rozpaczliwe wycie.

   Wypuściłam Artefakt, przeklinając samą siebie. Nie mógł zginąć. Miał całe życie przed sobą. Wzięłam jego ciało w objęcia, ciągle powtarzając jego imię. Nie mógł zginąć, nie on. Nie mój przyjaciel. Nie mój Sam.

***

   Stałam przed lustrem, zaplatając dwa warkocze. Zwieńczyłam je czarnymi wstążkami. Moje oczy były przekrwione od płaczu. Nie wierzyłam, że przyszło mi właśnie żegnać swojego przyjaciela. Poprawiłam czarną koszulę i wyszłam z komnaty. W sali głównej czekali już Asasyni, wszyscy w żałobnych barwach. Wyszliśmy i udaliśmy się na cmentarz, gdzie przygotowano pochówek. Konstantyn stał już przy bramie. Gdy kapłan skończył już swoją część, zbliżyłam się do krawędzi dołu, w którym spoczęła już trumna. Na białym drewnie wyryto symbol Bractwa. Nie mogłam powstrzymać łez, gdy zabierałam głos.

– Dziś żegnamy jednego z naszych Braci. Niektórzy z nas znali go krócej, inni dłużej, ale wszyscy odczuwamy tę stratę jednakowo. – Zaczerpnęłam tchu. Musiałam trzymać się wcześniej utartych słów, aby nie rozkleić się przed zgromadzonymi. – Samuel towarzyszył mi od dawna i był wspaniałym człowiekiem, przyjacielem. Nikt nie potrafił tak jak on pocieszyć. Niejednego z nas poprowadził ku odwadze. Niejednego odwiódł od szalonego planu. Niejednemu ocalił życie. Zawsze wybierał najmniej niebezpieczne rozwiązania, a życie ludzkie, nawet najgorszego łotra, cenił sobie ponad wszystko. – Gardło miałam coraz bardziej ściśnięte. – A teraz nie ma go już wśród nas. Nie usłyszymy jego głosu, nie poczujemy wsparcia, jakie zawsze oferował. Mimo że nie wierzę w żadną istotę wyższą, mam nadzieję, że któregoś dnia się spotkamy. Samuelu, krocz ostatnią ścieżką i roztaczaj na nas opiekę swojej roztropności, i jak obiecałeś, bądź przy nas na zawsze.

   Zapadło długie milczenie, które przerwali piraci. Oni mieli inny zwyczaj żegnania zmarłych. Po chwili wszyscy skandowali jego imię, które grzmiało ukrytą mocą. Pogrzeb się zakończył, ale zostałam przy grobie. Konstantyn urządził w pałacu pożegnalny poczęstunek, z którego się wymknęłam. Nadal nie potrafiłam pogodzić się z tym wszystkim. Znałam go od tylu lat, a teraz miałam już nigdy więcej go nie zobaczyć. Śmierć, nie mogłam pogodzić się z tym zjawiskiem. Jak mogła dosięgnąć kogoś w tak młodym wieku? Jak mogła dopaść mojego Sama, mojego przyjaciela? Czułam łzy, mieszające się na moich policzkach z deszczem. Pogoda oddawała mój nastrój, niebo płakało wraz ze mną. W głowie kołatały mi się tysiące wspomnień, w których roześmiani spędzaliśmy czas wspólnie. Widziałam Sama, śmiejącego się z nami na wyspie. Miał taki szczery śmiech, którego nigdy więcej nie miałam usłyszeć. Przypomniałam sobie jego dotyk, kiedy przytulał mnie na powitanie. Był taki delikatny, czuły. Pamiętałam wszystkie nasze szczere rozmowy, które toczyliśmy w swoim towarzystwie. Między tymi obrazami przemknął również dzień, w którym znalazł mnie na klifie. Uratował mnie wówczas, odwodząc od planu samobójstwa. A ja nie potrafiłam go ocalić. Stłumiłam łkanie, zasłaniając usta pięścią. Nagle poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. Obróciłam się. Stał za mną Ezio.

– Skarbie, choć już stąd. Nie jesteśmy w stanie cofnąć czasu. Ani załatać dziury po nim. Ale możemy jeszcze upamiętnić jego czyny, wykonując coś, co jego zdaniem miało słuszność.

   Pokiwałam głową. Poszliśmy razem do pałacu Konstantyna, gdzie uczta dobiegła końca. Wielu nadal patrzyło na nas nieufnie, gdy bez przeszkód szliśmy do komnat królewskich. Ezio zapukał do drzwi, a po chwili stałam na środku pokoju z Jabłkiem Edenu w ręce.

– Przysięgasz udzielać wsparcia naszemu Bractwu? – spytałam.

– Przysięgam – odparł Konstantyn, klęcząc na jednym kolanie.

– W takim razie ujrzyj Prawdę.

Opublikowano
Kategorie Assassin's Creed
Odsłon 378
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!