Nothing Is True, Everything Is Permitted – Część Dwudziesta Pierwsza

Zabójstwa, zastraszenia, kradzieże. Zdrada.

***

   Wyszłam z komnaty, którą od tygodnia dzieliłam z Azize. Dostaliśmy wolną rękę, jeżeli chodziło o zgromadzenie informacji, nawet planowanie eliminacji następnego celu. Michelletto stał na czele może i osłabionej, ale nadal dość dużej armii. Nawet gdybyśmy wygrali frontalny atak, nie było pewności, że udałoby się nam go dopaść. Szłam na spotkanie, które obiecaliśmy zorganizować po zebraniu interesujących nas rzeczy, co udało się naprawdę szybko. Wszystkie burdele w okręgu trzech tygodni od Stolicy prowadziły związane z Paolą dziewczyny, stąd mieliśmy wtyki w miasteczku, które zajmowała wroga armia. Weszłam do salonu, w którym mieliśmy się spotkać z królem. Zastałam tam całą trójkę.

– Przepraszam za spóźnienie – powiedziałam, zamykając drzwi. – Pisałam list do naszej informatorki.

– Nic się nie stało. – Uśmiechnął się Konstantyn. – Bardzo szybko udało wam się wezwać spotkanie. Jestem pod wrażeniem.

– Gdybyśmy chcieli, nawet na ciebie znaleźlibyśmy jakieś brudy w tydzień. – Odwzajemniałam uśmiech, siadając. – Zajmijmy się jednak konkretami.

   Horacy wyjął mapę, a Azize listy, które wymienialiśmy z Lilii – miejscową dziewczyną z półświatka. Nalałam wina do czterech kielichów i zaczęłam mówić:

– Nasz cel zajął miasteczko i okolice. Nie mamy dokładnych danych na temat, jakie będą jego następne kroki, ale najprawdopodobniej nie ma zamiaru się stąd ruszyć. Jutro wyruszam z Azize na miejsce, aby dokładniej się wszystkiemu przyjrzeć, ale oto co udało nam się zgromadzić.

– Stacjonuje tam cała siła naszych przeciwników – powiedział Horacy, wskazując na mapie zaznaczony obszar. – Można by wykorzystać następne dni na bliższe obadanie sytuacji w obozowisku. Wystarczą nam nie więcej niż trzy dni, a rozpracujemy rutynę żołnierzy. To zapewniłoby nam przewagę w ewentualnym ataku.

– Planowaliśmy już wcześniej, jak można by wykorzystać osłabienie wrogów po śmierci Michelletta, jednak to, jak i szczegóły dotyczące samego celu zdradzimy później. – Azize przekazała jedną z kartek Konstantynowi. – To jednak może króla zaciekawić.

   Mężczyzna przejrzał treść listu, na jego twarzy malowało się zdziwienie. Odłożył kartkę i spojrzał na nas zaskoczony.

– O co w tym wszystkim chodzi? – spytał w końcu. – Kim wy jesteście i co ma to – wskazał na list – wspólnego z naszą sprawą?

– Nie możemy odkryć wszystkich kart na początku rozgrywki – powiedziałam, pochylając się nad stołem. – To, co przed chwilą przeczytałeś, to spis wszystkich stacjonujących w miasteczku dowódców. Na liście, oprócz Michelletta, pojawia się jeszcze jeden nasz cel. Masz w szeregach zdrajcę. Czy też podwójnego agenta, że tak powiem. Dołączył niedawno, prawda?

– Poprosił o audiencję dwa dni temu. Wpuściłem go w obecności najbliższych doradców. Zaproponował współpracę i przynoszenie informacji wojskowych – przyznał niechętnie. – Skąd mogłem wiedzieć, że jest jednym z nich… – Wyprostował się w fotelu. – Zaraz, myślałem, że atakujecie wysoko postawionych przeciwników, nie jakieś marne wtyki!

– Ten mężczyzna to nie żadna marna wtyka – powiedziałam. – Był członkiem Rady, współpracował z nimi. Teraz został on, Wojskowy i dwóch innych. Starają się utrzymać za wszelką cenę. Dlatego muszą zginąć. Wszyscy. Wywiadowca jest równie niebezpieczny, co Michelletto czy inni zabici przeze mnie ludzie. To dlatego musimy się go pozbyć, jednak w odpowiednim momencie. Może nam się przydać, szczególnie teraz.

   Przez chwilę panowała cisza, którą przerwał Konstantyn.

– Ufam wam, pokazaliście, że jesteście warci więcej niż niektórzy z moich najbliższych ludzi. Oddaję wam wolną rękę w kwestii Michelletta i Runcitera, a nawet innych, najprawdopodobniej również moich wrogów. Ale masz mi zaraz powiedzieć, dlaczego z nimi walczycie. I ilu z nich już zabiłaś.

– Nie mogę wyjawić takich rzeczy – zaczęłam, ale wzrok króla wyrażał więcej, niż słowa. Nie miałam wyboru. – Dobra. Jednak jeżeli moje następne słowa wyjdą poza ten pokój, to nie zawaham się uciszyć tych, którzy będą rozprzestrzeniać te informacje. Nawet koronowane głowy da się ściąć. – Oczy rozmówcy zabłysnęły na moment stalą. – Mamy wspólnych przeciwników, jednak tutaj nasze wspólne interesy się kończą. Naszymi wrogami wcale nie jest sama w sobie Rada. Nie są to ludzie, z którymi przyszło nam walczyć. My walczymy z organizacją, która chowa się za tym wszystkim. Za sznurki pociągają ci sami ludzie, którzy teraz zdobyli władzę w Arynii, ale wcale nie chodzi o to, że tam rządzą. Organizacja, której członkowie Rady są oddani, chce zdobyć znacznie więcej, niż dwa kraje. Oni łakną potęgi, jednego państwa na całym świecie. My jesteśmy im przeciwni. Pragniemy wolności i pokoju, aby ludzie żyli w zgodzie i bez strachu. – Zamilkłam na moment, ale Konstantyn nie oczekiwał dalszych tłumaczeń. Wyjęłam naszyjniki, patrząc na twarz mężczyzny. – To należało do kilku z moich wrogów. Poznajesz ten symbol?

– Nosili takie członkowie Rady i…

– I? – Uniosłam brew, ale mój głos zachęcał do kontynuowania myśli.

– I mój brat, Harry. On również do nich należy, prawda?

– Tak. – Skinęłam głową. – Jednak to nie jedyny powód, za co go zabiję.

– Nie pozwolę… – zaczął król, wstając powoli, ale jedno moje spojrzenie usadziło go na miejscu. – Nie ma innego wyjścia, tak?

– Póki żyję, to żadne z tych ścierw nie ujdzie z życiem, a w szczególności on. Koniec spotkania. Wyruszam zaraz, jak tylko się spakuję. Azize, dołączysz do mnie jutro, zatrzymam się u Lilii.

   Wyszłam stamtąd i od razu poszłam do komnaty. Spakowałam się i miałam już opuszczać pomieszczenie, kiedy wejście zastąpił Horacy.

– Azize kazała ci mnie zatrzymać, prawda? – spytałam, odkładając juki.

– Tak. – Przyznał. – Nie myślisz chyba, że popełnimy ten sam błąd, co nasi w Stolicy.

   Uśmiechnęłam się.

– To nie oni popełnili błąd, tylko ja postawiłam ich przed faktem dokonanym. Rozumiem, że nie chcecie, abym stawiała sobie takie wyzwania, jednak poprzeczka stoi od dawna wysoko. Inaczej nie potrafię. Muszę zająć się naszym celem i opracować plan. Nie będę kryła się za ludźmi, którzy nas wspierają. Dopóki moja walka nie dobiegła końca, nie pozwolę na to, aby ktoś z nich nie padł z mojej ręki. – Westchnęłam. – Potem odłożę miecz. Później zostawię to wszystko, ale nie teraz.

– Co ja słyszę. – Uśmiechnął się, krzyżując ramiona na piersi. – Shadow, która chce zawiesić walkę? Widzę, że zaczynasz zmieniać swoje priorytety. Nie, nie po to chcieliśmy cię zatrzymać, aby prawić ci morały. Wyruszymy razem. Będziemy mieli więcej czasu, aby wszystko opracować. Swoją drogą, co u naszych?

– Spokój, przynajmniej w Stolicy. – Westchnęłam. – Nadal nie mam żadnych wieści z Amy. Trochę mnie to martwi.

– Pewnie nie mieli o czym napisać. – Uśmiechnął się kojąco.

   Porozmawialiśmy kilka minut o tym, co działo się w Stolicy. Z perspektywy czasu zauważyłam kilka niedociągnięć, które mogłam poprawić, ale jak to się mówi, co się stało, to się nie odstanie. Kiedy przyszła Azize, udaliśmy się razem do stajni. Kary ogier już czekał osiodłany i tupał zniecierpliwiony. Horacy chciał go dosiąść, ale położyłam dłoń na wodzach konia.

– Zdążyłam go polubić – powiedziałam. – Nie dam go sobie tak łatwo odebrać.

– Nie ma sprawy. – Wzruszył ramionami. – Wydawał się narowisty.

– Nie takie ogiery już okiełznałam – odparłam, a Azize parsknęła śmiechem.

   Spojrzałam na nią z uniesioną brwią. Kobieta znacząco spojrzała na moją dłoń i po chwili zrozumiałam, jakim tokiem myślenia powędrowała. Również się zaśmiałam, dosiadając wierzchowca.

– Z czego wy się tak śmiejecie? – spytał chłopak, patrząc raz na jedną, raz na drugą.

– Nie musisz wszystkiego wiedzieć. – Byłam nieźle rozbawiona. – W każdym razie, Azize ma niespełnione fantazje i teraz przybrały one formę niezbyt czystych myśli.

– Ej, nie przeciągaj struny. – Kobieta szturchnęła mnie nogą, wydobytą ze strzemienia. – To, że odkryłaś, jak potoczyły się moje myśli, świadczy o tym, że sama nie jesteś nieskazitelna.

   Nasza słowna utarczka trwała dość długo. Kiedy wyjechaliśmy na trakt w stronę przejętego miasteczka, brzuch bolał mnie już od śmiechu. Ta krótka chwila była przyjemną odskocznią od moich codziennych zmagań. Skierowaliśmy się na miejsce i narzuciliśmy dość szybkie tempo, chcieliśmy przed zmrokiem dojechać do celu. Oprócz dwóch postojów na popas praktycznie nie dawaliśmy sobie wytchnienia. Nikt nie pilnował drogi głównej, dlatego dotarliśmy tam bez żadnej kontroli. Minęliśmy kilka gospodarstw bardziej wiejskich i wjechaliśmy do właściwego miasteczka. Na miejscu byliśmy świadkami wojennych zabaw żołdaków. Zaraz po tym, jak przejechaliśmy pierwsze miejskie zabudowy, usłyszeliśmy krzyk młodej dziewczyny i rechot kilku mężczyzn. Podniosłam głowę, wytężając słuch. Azize zauważyła to i pokręciła tylko głową.

– Nie możemy mieszać się w tutejsze sprawy – powiedziała. – Jeszcze się zdemaskujemy.

– Nie pozwolę, żeby coś takiego uszło na sucho. Zobaczymy się w gospodzie, potem pójdziemy do informatorki.

   Zeskoczyłam z konia i oddałam wodze Horacemu. Poszłam w stronę krzyków. Jedna ręka powędrowała do noża, druga była gotowa do wysunięcia ukrytego ostrza. Mężczyzn i biedną dziewczynę znalazłam w zaułku między budynkami. Mijałam obojętnie przechodzących ludzi, którzy najwidoczniej nie zamierzali mieszać się w całe zajście. Dwóch mężczyzn stało tyłem do mnie i dopingowało swojego kompana. Facet bawił się przerażoną dziewczyną. Jedną ręką trzymał ją za nadgarstki i przypierając ją do muru, ściskał obnażone piersi nastolatki, wyglądała na jakieś czternaście lat. Podeszłam do pierwszego z oprawców i wbiłam mu nóż w tętnicę. Zanim upadł, wyszarpnęłam ostrze i przejechałam po gardle następnego. Gwałciciel nawet nie zauważył, że kilka metrów od niego zginęli ludzie. Przyłożyłam mu nóż do grdyki. Facet na moment zamarł, puszczając dziewczynkę.

– Słuchaj, stary – wyszeptałam. – Teraz my się zabawimy.

   Zanim zareagowałam, mężczyzna uderzył mnie, odchylając gwałtownie głowę w tył. Na moment zrobiło mi się ciemno przed oczami, ale nie mogłam sobie pozwolić na dezorientację. Zanim się otrząsnęłam, usłyszałam tylko stukot kopyt i po chwili zobaczyłam zmierzającego w naszą stronę jeźdźca. Na moment zamarłam, widząc twarz mężczyzny. Jednak moje obawy stały się jeszcze większe, kiedy wyjął miecz. Uskoczyłam, ale to nie na mnie się zamachnął. Klinga opadła na szyję uciekającego oprawcy, z miejsca zadając śmiertelne cięcie. W tym czasie, gdy jeździec zawracał, ja podeszłam do dziewczynki, która kuliła się na ziemi. Zdjęłam płaszcz i starałam się mówić jak najdelikatniej.

– Już ci nic nie grozi – powiedziałam niemal szeptem. – Spokojnie.

   Podałam jej płaszcz, okrywając ramiona i nagie ciało ofiary. Dziewczynka otuliła się nim, zakrywając piersi. Jej sukienka nie była podarta od dołu, miałam nadzieję, że faktycznie zdążyłam, zanim dobrali się do niej na dobre. Podniosłam ją delikatnie i podtrzymałam.

– Gdzie mieszkasz? – spytałam, ale moje słowa chyba do niej nie docierały.

   W tym momencie podjechał konny. Zeskoczył z grzbietu wierzchowca i podszedł do nas. Dziewczyna cofnęła się, kiedy go zauważyła, więc facet szybko odstąpił kilka kroków. Jeszcze raz przyjrzałam się jego twarzy. Miał trochę dłuższe włosy, ale pomijając to, jego rysy zgadzały się ze szkicem, który otrzymałam od Lilii. Czułam ukłucie zdenerwowania, to nadarzyła się idealna okazja… Nie byłam jednak pewna. Nie widziałam blizny na jego szyi, a jeżeli to nie był on, to mogłam zbyt pochopnie odkryć naszą działalność. Wystarczająco namieszałam, wdając się w konflikt z gwałcicielami. Znów zwróciłam się delikatnie do dziewczynki.

– Nie bój się, chcę zaprowadzić cię do domu. – W końcu udało mi się zwrócić jej uwagę. – Jeżeli nie chcesz, nie musisz mówić, ale pozwól, że cię odprowadzimy.

   Dziewczynka pokiwała głową i wyciągnęła drżącą dłoń.

– Tam – wyszeptała, wskazując na dom, stojący nieopodal burdelu.

   Zaprowadziłam ją tam, a mężczyzna poszedł za nami, prowadząc konia za uzdę. Zapukałam do drzwi, które po chwili otworzyła wyzywająco ubrana kobieta. Z początku jej twarz wyrażała zachętę i otwartość na flirty, ale jak tylko zobaczyła dziewczynę, to jej mina była niemal przerażona.

– Suzi, co się stało?! – zawołała, przytulając dziewczynkę.

   Odpowiedział jej tylko szloch. Rozpoznałam w kobiecie jedną z dziewczyn Lilii, dlatego powiedziałam, że przyjdę później po płaszcz i oddaliłam się.

– Szybko zaczynają – powiedział mężczyzna, który cały czas stał za mną.

– Nie rozumiem, o co panu chodzi – odparłam, odwracając się w jego stronę. – I nawet pana nie znam.

– Przepraszam, już naprawiam ten błąd. – Uśmiechnął się, wyciągając dłoń, jakby chciał uścisnąć moją w odpowiedzi. – Michelletto. Na szczęście nie dostałem ojcowskiego przydomka i zasłużyłem na swój własny.

– Evie – skłamałam, podając mu rękę.

   Mężczyzna ucałował moją dłoń, zamiast ją uścisnąć. Wyrwałam ją.

– Co pan sobie wyobraża – fuknęłam na niego.

– Wybaczy pani, ale nie sposób się powstrzymać. Jest pani po prostu zniewalająca. W niejednym tego słowa znaczeniu. – Uśmiechnął się. – Pani przyjezdna, jak widzę?

– Przyjechałam w interesach – odparłam. – Mam nadzieję, że uda mi się je załatwić dość szybko, bo to miasteczko zdążyło mnie zniechęcić.

– Z tego wszystkiego nie odebrała pani swojego odzienia. – Zdjął z siebie żołnierską kurtkę i podał mi ją.

– Dziękuję – powiedziałam, przywołując na twarz nieśmiały uśmiech. – Zatrzymałam się nieopodal, także niepotrzebnie, ale naprawdę dziękuję.

– Takim kobietom należy oddawać nie tylko swoje okrycie. – Uśmiechnął się. – Odprowadzę panią. Biedna dziewczyna.

– Słucham? – spytałam, na moment tracąc wątek.

– Ta dziewczyna, w obronie której pani stanęła. Po ojcu mam taką cechę, że nienawidzę gwałcicieli. Wolę, żeby żołdacy dostali więcej na dziwki, niż gwałcili młode kobiety.

– Świat niestety na tym stoi. – Westchnęłam. – Wojnie od zawsze towarzyszą łupy i napaści seksualne.

– Od zawsze srogo karałem za takie przewiny. Zazwyczaj – zrobił wymowny gest – wie pani.

– W takim razie skąd taka niechlubna nazwa – spytałam, nie dając po sobie poznać, że cała sytuacja przyspieszała bicie mojego serca. – Słyszałam, że pana zwą Bezdusznym.

– Krwawo tłumię dezercje i nie mam litości dla zdrajców. – Wzruszył ramionami. – Utrzymując taką armię na swoich rozkazach, należy być nieugiętym.

– Domyślam się – odparłam, wchodząc na schody gospody. – To już tutaj. – Oddałam mężczyźnie kurtkę.

– Może jeszcze się spotkamy. – Odebrał przedmiot i musnął moją dłoń, udając przypadkowy gest.

   Obdarzyłam go ostatnim uśmiechem i weszłam do środka. Skołowana podeszłam do stolika, który zajęli moi przyjaciele. Skinęłam na pracującego chłopaka i poprosiłam o piwo.

– Kurwa mać – wyszeptałam. – Miałam go jak na widelcu.

– Kogo? – Azize uniosła brew.

– Przed chwilą pod same drzwi gospody odprowadził mnie Bezduszny. – Wzięłam łyk przyniesionego mi trunku. – Jakby było tego mało, umizgiwał się do mnie! Mogłam załatwić go w tamtym zaułku, ale nie, musiały dopaść mnie wątpliwości. Cholera jasna!

– Co takiego? – Horacy zachłysnął się w niedowierzaniu. – Mówisz poważnie?

– Sam mi się przedstawił. – Stuknęłam palcami o stół. – Zaprzepaścić taką szansę!

– Jeszcze to naprawimy. – Uśmiechnęła się Azize. – Skoro wpadłaś mu w oko, to możemy wykorzystać zaistniałe okoliczności. Nic lepszego nie mogło nam się trafić.

   Zjedliśmy obiad i udaliśmy się do burdelu naszej informatorki. Drzwi otworzyła nam ta sama kobieta, do której odprowadziłam dziewczynkę. Wpuściła nas do środka.

– Zaprowadzę państwo do Lilii, bo zapewne do niej idziecie – powiedziała, łapiąc moje dłonie. – Nawet pani nie wie, jak jestem wdzięczna. Moja mała Suzi… Dziękuję pani w jej imieniu.

– Inaczej nie mogłam postąpić – odparłam, a kobieta podała mi płaszcz.

   Poszliśmy do pomieszczenia za kontuarem, gdzie znajdował się pokój informatorki. Burdel mama siedziała za stołem, ubrana w bogatą, czerwoną suknię. Ten kolor chyba stanowił znak rozpoznawczy najwyższej rangą wśród kurtyzan. Podniosła się i wskazała na fotele.

– Siadajcie, zaraz podam jakiś napitek. – Zniknęła na moment, po czym wróciła z kielichami i butelką wina. – Dziewczęta doniosły mi, że zdążyłaś poznać naszego Wojskowego. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle.

– Nic mi nie mów. Gdybym od razu go rozpoznała, byłoby już po wszystkim.

– Facet dawno nie był tak zainteresowany jakąkolwiek damą, możemy to wykorzystać. – Uśmiechnęła się gospodyni. – Jeżeli odpowiednio zbliżysz się do niego, mamy szansę zdobyć wiele informacji i wyeliminować go. Decyzja należy do ciebie, Shadow.

   Zapanowało milczenie. Uśmiechnęłam się znad kielicha.

– Czy masz gdzieś pasującą suknię?

***

   Napisałam list do Ezia, tęskniłam za nim. Odłożyłam pióro i spojrzałam na elegancką suknię, którą pożyczyła mi Lilii. Westchnęłam. Nadszedł czas, abym ją ubrała. Z niechęcią zamieniłam spodnie i ulubioną koszulę na niebieską suknię z dekoltem odsłaniającym obojczyki. Spódnica sięgała podłogi, układając się w prosty sposób. Na szczęście nie była mocno wystawna, czegoś takiego już bym nie wytrzymała. Wystarczyło, że znowu nie wypełniłam swojego postanowienia. Przecież to dla Ezia miałam założyć suknię, a oto robiłam to drugi raz dla innego mężczyzny. Zerknęłam na siebie w lustrze. Nikt nie zauważyłby tego, jakie buty założyłam, dlatego sięgnęłam po swoje najwygodniejsze, sięgające kolan piratki. W życiu nie założyłabym na obcasie, dwa razy to i tak było za dużo. Rozczesałam włosy i ponownie zaplotłam je w warkocz.

   Przypomniał mi się list, który otrzymałam od Ezia, w odpowiedzi na mój, napisany zaraz po przyjeździe do Konstantyna. Wybaczyli mi moje oschłe podejście i życzyli powodzenia, a narzeczony prosił, abym na siebie uważała i była grzeczna. Uśmiechnęłam się pod nosem. To jedno słowo tak mnie wtedy rozbawiło, że dobry humor towarzyszył mi przez kilka godzin. Usiadłam jeszcze do biurka i ponownie przejrzałam napisany przeze mnie list. Jego treść skierowałam tylko do narzeczonego, nawet kopertę oznaczyłam jego wyraźnym imieniem. Napisałam do niego, jak mi go brakowało, gdzie się znajdowałam i wyznałam swoje odczucia związane z czekającym mnie zadaniem. Poinformowałam Ezia, że stało przede mną największe wyzwanie w życiu, czyli kilkudniowa gra aktorska względem kogoś, kogo miałam zabić. Westchnęłam, pieczętując list. Byłam gotowa, musiałam tylko znaleźć pokłady woli i wyjść na ulicę. Wstałam, biorąc do ręki ciepłą chustę. Narzuciłam ją na ramiona i zeszłam na dół. Czułam się nieswojo, szczególnie ciążył mi brak ukrytego ostrza, nawet brak naszyjników okazał się trochę denerwujący i obcy. Azize i Horacy jedli śniadanie. Chłopakowi wypadła łyżka z ręki, kiedy do nich podeszłam.

– Chyba wyglądam jak zwykła kobieta, prawda? – spytałam, kładąc koło nich list. – Wyślijcie go do naszych, ja muszę już iść.

– Widzę cię w sukni drugi raz w życiu i nadal nie mogę się nadziwić, jaką drogą toczy się nasze życie. – Uśmiechnęła się Azize. – Pomyśl tylko, gdybyś uległa rodzinie, prawdopodobnie codziennie byś się tak ubierała.

– Widziałem cię w sukienkach kilka razy – dodał Byk – ale nigdy się do tego nie przyzwyczaję.

– Ja też sobie tego nie wyobrażam – zaśmiałam się. – Idę na łowy.

   Wyszłam na ulicę. Zawiał chłodny wiatr, od którego zazwyczaj chronił mnie ciepły płaszcz. Może temperatura nie spadała poniżej pięciu stopni w dzień, ale przywykłam do otulającego mnie odzienia, które izolowało od zimna. Poszłam na targ, gdzie oglądałam, a raczej udawałam, że oglądam, bele materiałów i różne wyroby ceramiczne. W rzeczywistości nie miałam pojęcia, co mówili do mnie kupcy i rozglądałam się poszukując wzrokiem jakiejkolwiek obecności Michelletta. Według tego, co mówiła burdel mama, codziennie osobiście sprawdzał posterunki i często patrolował główne ulice. Plan był prosty. Jeżeli faktycznie wpadłam mu w oko, to powinien mnie zauważyć, a jeżeli nie, postanowiłam sama go sprowokować. Przechodziłam akurat na drugą stronę uliczki, kiedy nieopatrznie nadepnęłam na materiał sukni. Zaklęłam, przewidując już upadek, ale wtedy poczułam na talii czyjeś dłonie.

– Znów się spotykamy, o pani. – Usłyszałam znany mi już głos.

– Znów ratuje mnie pan z opresji – powiedziałam, odzyskując równowagę. – Ma pan wyjątkowy talent do tego, aby pojawiać się w odpowiednim momencie.

– Przez grzeczność nie zaprzeczę. – Michelletto ujął moją dłoń i delikatnie ją ucałował. – Wczoraj tylko dokończyłem pani dzieło.

– Przesadza pan. – Uśmiechnęłam się delikatnie. – Ale, ale! Nie będę pana zatrzymywać, zapewne jest pan bardzo zajęty.

– Dla tak wspaniałych niewiast zawsze znajdę trochę czasu – odparł, również się uśmiechając. – Wyszła pani w interesach? Może oprowadzę po mieście? – zaproponował, podając mi rękę.

– Pańskie towarzystwo będzie mi wielce miłe. – Dałam się wziąć pod rękę. – Musiałabym udać się do urzędu, w takiej mieścinie powinien być tylko jeden, prawda?

   Mężczyzna nie wyczuł ani chwili zawahania w moich słowach. Nauczyłam się panować nad głosem podczas wypowiadania kłamstw. Obawiałam się tylko, że mogło zdradzić mnie moje ciało. Z chęcią odepchnęłabym jego rękę, ale musiałam wykonać swoje obowiązki. One były najważniejsze. Michelletto poprowadził mnie bokiem uliczki.

– Tak, mamy tutaj jeden budynek, w którym mieszczą się wszystkie najważniejsze instytucje. Oczywiście, dopóki wojsko nie opuści tej okolicy, to moi ludzie podejmują najważniejsze decyzje. – Spojrzałam na niego z zainteresowaniem.

– Czyli nic nie uda mi się załatwić? – spytałam, mając nadzieję, że mój głos brzmiał na załamany. – Co ja powiem matce!

– Oczywiście, że uda się pani sprawdzić i wykonać wszelkie sprawunki – oznajmił kojąco. – Jeśli wolno spytać, cóż takiego chciałaby pani zrobić?

– Ach, to długa historia, nie będę nią pana zanudzać. Tym bardziej dowódcę, to sprawa niewielkiej wagi.

– Ależ nalegam, może udałoby się coś przyspieszyć. Jako najwyższy dowódca praktycznie trzymam w garści wszystkich urzędników miasteczka.

– Byłoby cudownie, ale pan już tyle dla mnie zrobił. – Starałam się mówić z przejęciem. – Nie wypada, aby pan się wstawiał za czymś tak drobnym.

   Dotarliśmy już do budynku urzędu. Mężczyzna nalegał, ale postanowiłam pozwlekać, równocześnie kształtując w głowie jakąś wiarygodną bajeczkę.

– Jeżeli tak panu zależy, to można to inaczej zrobić. Nie chcę nadużywać pańskiej pomocy, dlatego najpierw sama spróbuję wszystko załatwić.

– Naprawdę, niech pani mi wszystko opisze, a ja szybko to nakreślę urzędnikom i będzie po sprawie.

   Zagryzłam wargę, udając, że się zastanawiam. Przypominałam sobie plan pozostałych. Horacy miał rozeznać się w nocnych zmianach w obozie, Azize podjęła się zebrania informacji o dziennych patrolach. Mogłam to znacznie przyspieszyć, jednocześnie nawiązując bliższą relację z celem. Mogłam to później wykorzystać, aby odpowiednio zbliżyć się do niego w bardziej odosobnionych warunkach. Westchnęłam, patrząc w końcu na Bezdusznego.

– Dobrze, opowiem panu wszystko. Jednak nie chcę zatrzymywać pana i opóźniać pańskich obowiązków.

– W takim razie zapraszam na koń. – Uśmiechnął się. – Objedziemy posterunki i główne ulice. Pani towarzystwo tylko umili mi tę niewdzięczną pracę.

   Mężczyzna podprowadził mnie do koniowiązu, gdzie stał przywiązany rumak. W tym czasie zaczęłam mu już opowiadać, jak to niby poszukiwałam brata i było to trzecie miasteczko, w jakim mógł mieszkać. Michelletto wysłuchał tego i obiecał, że się tym zajmie.

– Nawet jeżeli to koniec historii, chciałbym zaprosić panią na przejażdżkę.

– To bardzo miłe z pana strony – odparłam, dając się objąć w talii i podsadzić.

   Zadziwiające było, z jaką łatwością poderwał mnie z ziemi. Od zawsze twierdziłam, że nie należałam do najlżejszych, chociaż Ezio podnosił mnie równie łatwo, jak worek ziemniaków. Mężczyzna również wydawał się nie zwrócić uwagi, że kogoś podnosił. Posadził mnie na siodle i odwiązał wodze konia. Zauważył moje zmagania z suknią i mimochodem zwrócił uwagę na buty.

– Pani nie nawykła do takich ubrań, prawda? – spytał, sadowiąc się za mną i łapiąc za wodze.

– Prawda – przyznałam. – Jednak niekiedy wypada złamać swoje upodobania i przywdziać coś stosownego.

   Wzrost umożliwił mu prowadzenie konia zza moich pleców. Już wiedziałam, dlaczego posadził mnie z przodu, a nie z tyłu. Musiał bardziej się do mnie przysunąć, przez co czułam ciepło jego ciała. Po raz kolejny żałowałam, że to nie mój narzeczony, a obcy mężczyzna.

– Już wczoraj zauważyłem, że nie jest pani typową kobietą. Widziałem to w pani ruchach, słowach. Ktoś nauczył panią świetnie walczyć.

   Jego słowa na moment zmroziły mi krew w żyłach. Przez chwilę w głowie kołatała mi się myśl, że się domyślił i to nie ja bawiłam się nim, tylko na odwrót. Szybko się opanowałam i odpowiedziałam:

– Niestety sama musiałam się nauczyć. Nikt nie chciał pozwolić walczyć kobiecie. Mówili, że to nie wypada, a szczególnie moja matka upierała się i chciała wychować mnie na damę. Mój ojciec szkolił brata, a ja zawsze ich obserwowałam.

   Urwałam, chcąc się upewnić czy to mu wystarczyło. Mężczyzna zwęził chwyt na wodzach, zbliżając ręce do mojej talii. Czułam jego oddech na szyi. Przywołałam we wspomnieniach swojego narzeczonego i od razu pomyślałam, że z chęcią bym się do niego przytuliła. Michelletto delikatnie prowadził konia, kontynuując ze mną rozmowę. Odnotowałam w pamięci rozkład patroli i ilość ludzi wchodzących w ich skład. Mężczyzna nawet nie wiedział, że mówiąc o tym, jak zabezpieczył miasteczko i okolicę przed wrogimi oddziałami, zdradzał mi interesujące mnie informacje, które później miały trafić do jego przeciwnika.

   Wyjeżdżaliśmy z miasteczka, mając w planach pojechać do obozu. Coś mignęło mi na dachu jednego z oddalonych budynków. Wydawało mi się, że zauważyłam kogoś odzianego w płaszcz Bractwa, a przynajmniej bardzo podobny. Nie wykluczałam możliwości, że to Azize, wszak miała zająć się patrolami, ale ona nosiła ciemny płaszcz, ten zaś wyglądał na jasnoszary. Nie potrafiłam stwierdzić z pewnością, czy to ktoś z naszych, znajdowaliśmy się jeszcze za daleko. Pewna byłam natomiast tego, że kiedy się zbliżaliśmy, zobaczyłam wycelowaną w naszą stronę broń. Wytężyłam wzrok, tym razem ze stu procentowym przekonaniem rozpoznając krój odzienia, a nawet mężczyznę, który dzierżył pistolet. W jednej chwili chwyciłam wodze wierzchowca i ostro szarpnęłam, zmieniając tor jazdy.

– Co pani robi? – spytał, próbując przejąć ode mnie wodze, ale nie pozwoliłam mu na to.

   Padł strzał, ale jechaliśmy ze zbyt dużą prędkością, aby dosięgnął celu. Michelletto obejrzał się, ale na szczęście nie zauważył napastnika.

– Czyli już przybyli – wyszeptał, ale szybko odchrząknął. – Uratowała mi pani życie. Nie wiem, jak się odwdzięczę.

– Nie ma o czym mówić – odparłam. – Wystarczy kolacja przy świecach gdzieś na osobności.

***

   Wpadłam wściekła do gospody, zrywając z ramion chustę. Wbiegłam na górę, zadzierając spódnicę. Nieliczni zgromadzeni na dole spojrzeli na mnie, ale szybko wrócili do swoich misek i kubków. Weszłam do wynajętego pokoju, gwałtownie otwierając drzwi. W środku, tak jak się spodziewałam, zastałam Horacego, Azize i trzeciego osobnika, który teoretycznie nie powinien się tu znajdować.

– Czy ktoś pozwolił na atak? – warknęłam. – Nie powinno cię tu w ogóle być! Powinieneś bezpiecznie siedzieć w Stolicy, a nie strzelać do mojego celu!

– Wystarczyłoby zwykłe Tęskniłam kochanie – powiedział Ezio, wstając z mojego łóżka.

– Możliwe, ale nie w takiej sytuacji! Myślałam, że padnę na zawał! Nie dość, że spotkało mnie takie upodlone zadanie, to jeszcze ty zjawiasz się jakby nigdy nic i planujesz zabić cel w biały dzień, na środku ulicy!

– Możecie zostawić nas samych? – spytał Ezio, widząc, jak się trzęsłam.

– Jasne. – Horacy wzruszył ramionami i ruszył na dół.

– Tylko się nie pozabijajcie – dodała Azize.

   Zaczekał, aż zamknęły się za nimi drzwi i podszedł do mnie. Delikatnie wyjął chustę z mojej dłoni i odłożył ją na biurko. Objął mnie, a ja wtuliłam w niego. Złość wyparowała, ustępując innym uczuciom.

– Tęskniłam – wyszeptałam. – Nawet nie wiesz jak bardzo.

– Nie tylko ty tęskniłaś. – Pogładził mnie po włosach. – Właśnie po to tu przyjechałem.

– To nie tłumaczy, dlaczego zaryzykowałeś czymś tak ważnym, jak powodzenie akcji. – Odsunęłam się od niego. – I nawet nie próbuj mi wmówić, że niczym nie ryzykowałeś, bo byłoby to kłamstwo. Nie znasz szczegółów planu, a co za tym idzie, nawet nieświadomie mogłeś zniszczyć to, nad czym pracowaliśmy.

– Przepraszam – powiedział. – Wiem, że zbyt pochopnie zareagowałem, ale coś we mnie pękło, kiedy zobaczyłem cię z nim.

– Nic się nie stało. Nawet trochę pomogłeś w całym zajściu. – Odwróciłam się tyłem do chłopaka. – Ten strzał i moment, w którym udało mi się uniknąć, sprawiły, że Bezduszny już bezgranicznie zapatrzył się we mnie. Za dwa dni spotkam się z nim. Tylko tym razem – spojrzałam na ukochanego – nie możesz się wciąć. Ciebie czeka inne zadanie.

***

   Wyszłam z pustego pokoju, oddałam klucz i opuściłam gospodę. Horacy czekał na mnie w stajni, pilnując koni i moich rzeczy.

– Pamiętaj, żeby być gotowym. W każdej chwili mogę wbiec tutaj i nakazać ci rzucić moją broń. Pamiętasz wszystko?

– Nie denerwuj się tak. – Uśmiechnął się przyjaciel. – To nie pierwsza akcja, w której biorę udział. Osobiście wolałbym czekać na ciebie gdzieś bliżej, abyś mogła od razu uciekać, ale to tylko luźna propozycja.

    Zastanowiłam się przez moment, szarpiąc jedną z falbanek zielonej sukni. Miał słuszność, mówiąc, że przydałaby się natychmiastowa ewakuacja, ale nigdzie bliżej obozu nie było bezpiecznej stajni, w której mógłby się zatrzymać.

– Nie, zostań tutaj. Jak myślisz, Azize i Ezio dojechali na miejsce?

– Jeżeli odpowiednio spięli konie, to już rano byli u Konstantyna. – Położył mi ręce na ramionach. – Nie denerwuj się, poradzą sobie. Są świetni, szczególnie twój narzeczony mnie zadziwił. Mam wrażenie, że wyszkoliłaś go lepiej niż nas na wyspie. Zanim się obejrzysz, będziesz miała dwa naszyjniki więcej. Teraz już idź i nie ryzykuj bardziej niż to konieczne.

   Obróciłam się, aby wyjść.

– Dziękuję – zatrzymałam się w drzwiach i obejrzałam przez ramię – za wszystko. Nie wiem, czy dałabym sobie radę sama.

– Nonsens – odparł Horacy, podchodząc. – To, czego dokonałaś, jest twoją zasługą. To ty nas wyszkoliłaś, ty wyruszyłaś w daleką podróż. Ty rozpoczęłaś całą naszą historię. 

– Mimo wszystko dziękuję.

   Wyszłam z budynku, zarzucając na głowę chustę. Zakryłam nią włosy, otuliłam ramiona i dekolt. Suknia odkrywała mi obojczyki i mocno eksponowała piersi, czego szczególnie nie lubiłam. Udałam się coraz mniej zaludnionymi uliczkami w umówione miejsce. Michelletto już tam czekał. Mężczyzna zastąpił swoją żołnierską kurtkę nowym frakiem, jednak nie wyzbył się wojskowych zwyczajów. Był ubrany bardzo swobodnie, a u boku miał broń.

– Nie mogłem się doczekać, aby panią ujrzeć – powiedział, kłaniając się i całując moją dłoń. – Zapraszam na krótki spacer.

– Z przyjemnością. – Uśmiechnęłam się, dając się poprowadzić za rękę. 

   Skierowaliśmy swoje kroki w stronę centrum miasteczka, rozmawiając na mało zobowiązujące tematy. Po pewnym czasie zaprowadził mnie w końcu do niewielkiego palazzo.

– Przejęliśmy to miejsce od poprzedniego dziedzica – wyjaśnił. – Zazwyczaj to nasza główna siedziba, ale nocą nikogo tu nie ma.

– Mam nadzieję, że duch poprzednika nie zakłóci nam spokoju – powiedziałam, marszcząc spódnicę i unosząc ją lekko. – Nie mogę się doczekać.

   Mężczyzna uśmiechnął się i otworzył mi drzwi. Weszliśmy do niewielkiego holu. Michelletto zaprowadził mnie w głąb budynku, gdzie czekał zastawiony stół, a na nim kilka potraw na zimno.

– Mam nadzieję, że nie za skromnie – powiedział, odsuwając mi krzesło.

– Pańskie towarzystwo uświetnia nawet tak mały poczęstunek. – Uśmiechnęłam się, aby nie dostrzegł mojej obojętności. – I mam nadzieję, że nie tylko to uświetni nasz dzisiejszy wieczór.

   W oczach mężczyzny zauważyłam skrywane pożądanie, które miałam w planach wykorzystać i to z pełną premedytacją. Zjedliśmy, dalej rozmawiając. Opowiedziałam mu zmyśloną historię mojej rodziny, a on zaczął nieopatrznie sypać plany, jakie snuł wraz z Templariuszami. Uśmiechnęłam się pod nosem, zdając sobie sprawę, ile ich ambitnych założeń udało się nam zniweczyć. Nie utrzymali władzy na terenie Arynii, co dopiero mówić o panowaniu całym kontynentem. Nie zdołali pokonać Konstantyna, nawet nie udało im się zająć kolonii.

– Oprócz jednej – powiedział. – I chyba to nasz największy sukces. Niestety ludność musieli wyciąć.

   Zesztywniałam, słysząc te słowa. Jeżeli moje obawy były słuszne, oznaczało to najgorszy scenariusz, jaki mógł się wydarzyć.

– Ci ludzie już dawno zasługiwali na karę, jednak nie udało się wcześniej pochwycić buntowników. W zasadzie do teraz osoby odpowiedzialne za przewrót nie zostały pochwycone. Teraz Harry zastosował odpowiedzialność zbiorową. Na szczęście już nie będą nam potrzebne te wysepki.

   Zamknęłam oczy i przyłożyłam mimochodem dłoń do skroni. To nie mogła być prawda. Jeżeli to, co powiedział, faktycznie miało miejsce, to zawiodłam wszystkich. Zawiodłam i pozwoliłam na śmierć tych ludzi.

– Widzę, że panią gorszy ten temat – powiedział, odkładając kielich. – Może lepiej zmienić bieg naszych rozmów.

– Tak, już najwyższy czas – odparłam, wstając od stołu.

   Opanowałam się, odsuwając w czasie rozmyślanie o tym, co najprawdopodobniej wydarzyło się na Amie. Zauważyłam już na stole kilka rzeczy, które mogłyby mi się przydać. Oceniłam szybko odległość posiadłości od obozowiska i doszłam do wniosku, że był odpowiednio oddalony. Nikt nie powinien zaobserwować wybiegającej stąd osoby. Mężczyzna odsunął swoje krzesło od stołu, jakby chciał wstać, ale nie pozwoliłam mu na to. Delikatnie przytrzymałam go za ramiona, nakazując, aby pozostał w tej samej pozycji. Usiadłam mu na kolanach, przesuwając dłonią po jego policzku. Ten uśmiechnął się i zbliżył wargi do moich ust. Przymknęłam oczy, kiedy nasze usta złączyły się w pocałunku. Powtarzałam w głowie, że nie mam innego wyjścia. Zrzuciłam buty, a mężczyzna zdjął z siebie górne części ubrania. Podłożył ręce pod moje kolana i za plecy. Uniósł mnie i sam wstał, po czym posadził mnie na krześle i przyklęknął. Na jego dobrze zbudowanej klatce piersiowej zauważyłam lśniący symbol Templariuszy. Michelletto powoli zadarł moją spódnicę, odsłaniając pończochy. Te delikatne ruchy najbardziej irytowały. Gdyby zachowywał się gwałtownie, moje równie gwałtowne reakcje byłyby uzasadnione. Facet chyba miał jakiś dziwny fetysz, bo poczułam, jak złapał pończochę zębami i powoli ją zsuwał. Kiedy się tym zajął, ja chwyciłam za leżący blisko szpikulec do mięsa. Starałam się, aby moje ruchy pozostawały powolne i w żaden sposób nie obudziły jego podejrzeń. Złapałam za rączkę, czekając na to, aż zdejmie do końca element bielizny. Ustawiłam niepozorne narzędzie idealnie gotowe do zadania ciosu.

– Templariuszu – wyszeptałam bardzo cicho.

   Michelletto wyprostował się wówczas. Nie wiedziałam, czy ze względu na wypowiedziane przeze mnie słowo, czy może chciał mnie pocałować. Nie dowiedziałam się, bo zanim jakkolwiek zareagował, w jego oku tkwił metal. Po twarzy mężczyzny spłynęła krew, ale zanim jego mimika zamarła, zauważyłam bezgraniczne zdziwienie. Założyłam zdjęte elementy ubrań i zabrałam naszyjnik. Miałam już wyjść, ale zatrzymałam się jeszcze w drzwiach i obejrzałam przez ramię. Pomyślałam sobie, jak okropna musiała być ta śmierć. Był już pewny, że zdobył mnie i zaraz zabierze to, co chciał, a tu proszę. Okazałam się kimś zupełnie innym. Zarzuciłam chustę na głowę i wyszłam. Ulice opustoszały, ale to nie oznaczało, że mogłam puścić się pędem w stronę gospody. Byłoby to zbyt podejrzane. Gdy opuściłam budynek, szybkim krokiem poszłam w stronę dalszej uliczki. Dopiero po tym, jak przeszłam trzecie skrzyżowanie, zwolniłam. Kluczyłam chwilę po ciemnych drogach, po czym ostrożnie wychynęłam na główną ulicę miasteczka. Celowo unikałam niektórych punktów, gdzie spotkanie z patrolami było bardzo prawdopodobne. W końcu dotarłam na miejsce i weszłam do stajni. Horacy siedział na beli siana, trzymając w ustach słomkę. Uśmiechnął się na mój widok.

– Po sprawie? – spytał, schodząc.

– Tak – odparłam, szarpiąc za gorset. – Cholera, nie zdejmę tego bez pomocy.

   Byk zarumienił się lekko, jego bujna broda nie ukryła tego faktu. Uśmiechnęłam się do niego.

– Chyba mi nie powiesz, że zawstydziła cię otwartość starej przyjaciółki. – Odwróciłam się. – Rozwiąż sznurki, a z resztą sobie poradzę. Im szybciej to zrobimy, tym szybciej wyjedziemy.

   Przyjaciel delikatnie uchwycił sznurki i zaczął rozplatać ich wiązanie. Gdy w końcu poluźnił wszystkie, poczułam wielką ulgę. Mój oddech wrócił do normy. Szybko zdjęłam z siebie suknię i przebrałam się w koszulę oraz przyległe spodnie. Chłopak przez ten czas stał tyłem do mnie, ani razu nie obejrzał się w moją stronę. Dopiero gdy zabrzęczały naszyjniki, zwrócił oczy w moim kierunku.

– Czas na nas – powiedział, podając mi płaszcz.

   Ubrałam go, zapięłam pas z mieczem i sprawdziłam, jak leżało ukryte ostrze. Ciężar tych wszystkich, wydawałoby się, małych rzeczy sprawił, że poczułam się, jakbym wracała z obcego ciała do swojego własnego świata. Nasunęłam kaptur na głowę.

– Nareszcie możemy opuścić to przeklęte miasteczko.

   Wsiedliśmy na konie, a o świcie byliśmy już daleko. Nie mogłam doczekać się dojechania na miejsce i spotkania z Eziem, ale z tyłu głowy ciągle kołatała myśl, że Michelletto mówiąc o zdobytej kolonii miał na myśli Amę.

Opublikowano
Kategorie Assassin's Creed
Odsłon 348
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!