Nothing Is True, Everything Is Permitted – Część Dwudziesta Trzecia

Oprócz ostatniego.

***

   Stałam na środku pustej komnaty głównej. Stół, przy którym zazwyczaj pracowaliśmy, przesunięty został w inne miejsce, ale nikomu nie zdradziłam, dlaczego potrzebowałam większej przestrzeni. Zamknęłam oczy, powoli biorąc kilka głębokich wdechów. Oczami wyobraźni przywołałam obraz ubranego w ciemne szaty mężczyzny. Jego komnaty w mojej pamięci nadal wyglądały tak, jak podczas prowadzonych przez niego lekcji. Przypomniałam sobie jego głos, porady. Uśmiechnęłam się, przypominając sobie, jak mnie pochwalił, gdy wykonałam pierwszą prawidłową serię ciosów bez jego pomocy. “To nie bezmyślne ruchy, to sztuka, która przemawia przez twoje ciało – usłyszałam w głowie słowa starszego człowieka – to sztuka, którą posiedli nieliczni. Dopóki nie będziesz miała pewności, że osiągnęłaś perfekcję, nie próbuj nauczać innych. Zapamiętaj każdy ruch, każdy gest, ale z użyciem ich zaczekaj do ostateczności. Nigdy nie wykładaj wszystkich kart na stół. A teraz ćwicz.”

– Tak jest, Mistrzu – wyszeptałam.

   Przyjęłam odpowiednią postawę, wyciszając się. Odnalazłam równowagę, rozkładając odpowiednio ciężar ciała na nogach. Gdyby ktoś na mnie natarł, nie dałabym się przewrócić. Nawet bym się nie zachwiała. Nie otwierając oczu, wyprowadziłam pierwszą serię krótkich ciosów. Było w nich coś z mojego starego stylu walki wręcz, ale miarkowałam je z większą rozwagą. Nie kierowała nimi siła, a impet nadawany z całego ciała. Otworzyłam oczy, czując na nowo jedność ze sztuką walki, jakiej nauczył mnie Mistrz Shalim. Przećwiczyłam kolejne kilka ciosów, te jednak wykorzystywały szybkość. Żałowałam, że nie miałam z kim ćwiczyć. Wtedy najlepiej można ocenić skuteczność. Wykonałam lekki wykop, ale trenowanie sekwencji dotyczących całego ciała mijało się z celem. Musiałam zaufać swoim mięśniom, że nadal pamiętały ten sposób walki. Nagle usłyszałam otwierane wejście i szybkie kroki po schodach. Schowałam się w cieniu, gotowa do ewentualnego ataku. Trenowałam codziennie od powrotu do Stolicy, czyli niemal dwa miesiące, zawsze wybierając tę samą porę. Wiedziałam, że na zewnątrz nadal panował mrok, co najwyżej mogło zbliżać się do świtu. Uspokoiłam się jednak, widząc Brodatego Lee. Wyszłam z cienia, uśmiechając się. Mężczyzna upadł na jedno kolano.

– Mistrzu – powiedział.

– Wstawaj albo cię zaraz pacnę, Lee – zaśmiałam się, a on odpowiedział tym samym, wstając. – Jakie wieści przygnały cię o tak rychłej porze?

– Widziano statek Harry’ego. – Wyjął zwój zza koszuli. – Uznałem, że należy od razu cię o tym poinformować.

– Dziękuję. Zaczekaj, proszę.

   Wzięłam od niego papier i zaczęłam szybko czytać. Kolejne linijki jednocześnie sprawiały, że moje serce biło żywiej, jak i krew ścinała mi się w żyłach. W końcu coś mieliśmy. Nareszcie mogliśmy ruszyć sprawę tego sukinsyna. Nakazałam sobie spokój, jednocześnie wiedząc, że zaraz będę wydawała rozkazy. Ta myśl wywołała wzrost adrenaliny i szybko podjęłam pierwsze decyzje.

– Szykujcie Kawkę. Zawiadom kapitanów, aby przyszli tu najpóźniej o brzasku. Możesz powiadomić również Lisa albo wyślij po niego kogoś.

   Mężczyzna skinął głową i wyszedł. Ja pobiegłam do komnat, które zajmowali Asasyni. Ezio spał, nieświadomy tego, że wymknęłam się z pokoju. Obudziłam go pocałunkiem, ale zaraz zaniechałam czułości.

– Ubieraj się – powiedziałam. – Odnaleźli Chlubę.

   Poszłam obudzić również pozostałych, a zanim słońce pojawiło się nad taflą morza, my już zasiedliśmy przy dużym stole i naradzaliśmy się w sprawie następnych kroków. W końcu mieliśmy wszystko ustalone. No, oprócz jednego.

– Oczywistym jest, że nie wyślę ludzi na łowy, a sama tu zostanę, takiej opcji nie przewiduję. Nie wyobrażam sobie jednak, żebym odmówiła komuś tej samej przyjemności. Nie po tym, jak Templariusze zabili ludzi z naszej wyspy. Kto w takim razie chce wyruszyć? – Naraz powstało większość zgromadzonych wokół stołu. Zaśmiałam się. – Następnym razem muszę zastrzec, żeby nie wstawali wszyscy. – Spojrzałam na stojących. – Aaron, tato, wy jesteście kapitanami, nie mogłabym wam tego odmówić, nawet gdybym chciała. Jednak nie mogę zabrać wszystkich Asasynów ze Stolicy, nie kiedy Konstantyn w każdej chwili może wrócić. Najlepiej, jeżeli zostanie chociaż jedna osoba, którą on zna.

– W takim razie ja zostanę – powiedziała Azize bez wahania.

– Dobrze. – Przeniosłam wzrok na Ezia, Sama, Jack’a i Byka. – Nie jestem w stanie wybierać pomiędzy wami. Za godzinę widzimy się na Kawce.

***

   Weszłam na mostek. Kawka łagodnie kołysała się na przybrzeżnych falach, jeszcze zakotwiczona. Wszystkich zebraliśmy na pokładzie, chciałam podzielić się z załogą postanowieniami. Stanęłam przy balustradzie i wsparłam na niej dłonie. Uśmiech sam cisnął mi się na usta, gdy na nich patrzyłam.

– Bracia! – zawołałam. – Wiem, że bardzo gwałtownie wyrwałam was z objęć kochanek, ale sami się na to zgodziliście, oddając swoje życia innej kobiecie. – Przyłożyłam dłoń do swojej klatki piersiowej, a byli piraci roześmiali się. – Dzisiaj rano Lee przyniósł mi informacje o jednym z dwóch ostatnich wrogów, jakich aktualnie mamy do eliminacji. Widziano Chlubę i Victorię wraz z flotą, kilka portów dalej. Dostaliśmy również wiadomości z innych portów, gdzie widziano rozdzielające się okręty. Victoria przybiła do brzegu w ostatnim nieopanowanym przez króla porcie, gdzie mamy swojego informatora. Rozdzielili się i tu urywa się ślad Henry’ego. – Kilku ludzi zamruczało pod nosami. – Ale, panowie! Chluba płynie w naszą stronę, a my wyruszamy właśnie na nią zapolować, jak za dawnych lat! Szykujcie haki i bosaki, armaty, kordelasy, noże i pistolety! Znów obudzimy w sobie piracką krew! – Woda poniosła ryk pirackich gardeł, który rozległ się w odpowiedzi na moje słowa. – Pamiętajcie jednak, że tym razem nie tylko łupy padną naszą ofiarą. Musimy wziąć jednego jeńca, ale jego zostawcie mnie. – Zaklaskałam. – Ale! Niewiele wskóramy, stojąc na kotwicy! Już, podnosić ją, ustawiać żagle!

   Z zadowoleniem patrzyłam, jak piraci szybko rozbiegali się do swoich zajęć. Aaron zajął ster, a ojciec stanął po jego prawej stronie.

– Oddałeś ster? – spytałam, uśmiechając się.

– Czas na to – odparł Edward. – Skoro moja córka odrzuciła propozycję wspólnej chatki na wyspie, czas szukać innej opcji. – Mrugnął.

– Czy ja odrzuciłam tę propozycję? – Udałam oburzenie. – Nic podobnego!

– Po prostu zamiast trzech osób zamieszkają w niej cztery. – Zaśmiał się Aaron, a my dołączyliśmy do niego.

   Sięgnęłam po lornetkę, którą tata miał za pasem. Uśmiechnął się, widząc to.

– Jesteś Mistrzem, a bierzesz się za bocianie gniazdo?

– Jeszcze raz nazwiesz mnie Mistrzem, to cię walnę – odparłam, śmiejąc się. – A zresztą, idąc tym tokiem myślenia, mogę rozkazać ci, abyś oddał mi lornetkę i przestał wysyłać kogokolwiek na górę.

– Masz w takim razie. – Podał mi przedmiot. – Tylko nie spędzaj tam całego dnia, tutaj też się przydasz.

   Zatknęłam odpowiednio lornetkę i zeszłam po schodach, po drodze odpinając pas z mieczem i płaszcz. Rzuciłam je na deski pokładu tuż pod linami i uśmiechnęłam się. Zacisnęłam dłonie na szorstkich linach. Przywitałam to niczym starego przyjaciela. Tęskniłam za otarciami od lin, wiatrem na skórze, szastającymi moje ubrania porywami. Wspinałam się powoli, napawając tą chwilą. Wchodząc coraz wyżej, widziałam coraz większy bezkres morza. Dopiero co odbiliśmy, ale i tak już nie mogłam nadziwić się ogromowi niebieskiej toni. Weszłam na szczyt. Zatoczyłam wzrokiem dalekie koło. W oddali majaczyło jeszcze wybrzeże, ale Kawka osiągnęła pełnię możliwość na sprzyjającym wietrze. Sunęliśmy po morzu, rozcinając fale. Znowu zauważyłam, że brakowało mi tego. Pływanie statkiem było wspaniałe, a towarzyszące temu poczucie wolności nie dało się łatwo zastąpić. Zaczęłam zastanawiać się, czy gdybym nie poznała Ezia, to czy wróciłabym na morze po zakończeniu sprawy z Templariuszami? Prawdopodobnie tak, chociaż kłóciło się to z naszym credo. Pamiętałam te piękne noce, które spędzałam na pokładzie, wpatrzona w gwiazdy. Na wspomnienie abordaży, moją skórę pieścił przyjemny dreszcz. Ojciec miał rację, w moich żyłach płynęła piracka krew, ale nie tylko. Przecież byłam Asasynem. Mistrzem. Nie mogłam porzucić Bractwa, tylko dlatego, że chciałam znowu poczuć adrenalinę przygody. Spojrzałam w dół. Na mostku kapitańskim stali Asasyni. Moi przyjaciele, rodzina, Bracia. Nawet gdybym mogła oddać Bractwo, nie zrobiłabym tego. To oni powierzyli mi ten tytuł i nie porzuciłabym go właśnie ze względu na nich.

   Usiadłam na moment. To miejsce mnie ukoiło, pozwoliło opanować moje wnętrze. Już jasno widziałam swoją przyszłość u boku Ezia, gdzieś poza Stolicą. W mojej wizji zajęliśmy się szerzeniem wpływów Bractwa, a pozostali przyjaciele nas wspierali. Z Aaronem i tatą podróżowaliśmy po morzach, odnajdowaliśmy ludzi takich, jak nasza załoga i powolnym procesem namawialiśmy ich do współpracy z nami. Uśmiechnęłam się na te mgliste obrazy przyszłości. To miało szansę się spełnić. Wystarczyło tylko pozbyć się najgorszego zagrożenia. Zeszłam na dół, gdzie założyłam płaszcz i pas z mieczem. Przez następne dni wspinanie na bocianie gniazdo znów stało się moją rutyną. Zaczynał się już kolejny tydzień, ale nadal nie spotkaliśmy wrogiej jednostki. Poszłam na dziób statku. Podczas tej wyprawy uznałam, że ani razu nie stanę za sterem, a kiedy byłam na mostku, brat często mnie do tego namawiał. W głowie ułożyłam już plan działania, na wypadek spotkania Chluby i jeszcze raz odtwarzałam go w myślach, szukając luk, kiedy podszedł do mnie Ezio.

– Nie myślę, żeby twój pomysł był błędny – powiedział, stając obok mnie – ale nie uważam go również za najlepszy. Przecież to Templariusz, nie możesz zostawić go przy życiu, nie na naszym statku.

   Wiedziałam, że w końcu ktoś poruszy ten temat. Najwidoczniej Asasyni stoczyli rozmowę na ten temat, a chłopaka wysłali jako przedstawiciela ich wspólnego wniosku.

– Obiecałam to Konstantynowi. – Westchnęłam. – Mnie również się to nie podoba. Nie mam jednak wyboru. Król wściekłby się, gdybym nie dotrzymała słowa. Wiążę z nim pewne nadzieje na przyszłość, dlatego lepiej nie wypaść z jego łask.

– Co racja, to racja. – Skinął głową. – Mamy szansę, ale obawiam się trochę.

– Nie tylko ty, zapewne. – Uśmiechnęłam się. – Widzę to po was. Wszyscy, którzy nie brali wcześniej udziału w abordażach, macie to wymalowane na twarzach. Obawę, że ten atak zawiedzie. Pamiętaj, że otaczają was doświadczeni korsarze.

– Pamiętam o tym, ale i tak mam pewne wątpliwości. Co, jeżeli będzie więcej okrętów?

– Nie będzie. – Wskazałam statek na horyzoncie. – Chluba nadciąga.

   Uśmiechnęłam się, widząc lekkie zmieszanie na twarzy Ezia. Ja jednak już obróciłam się w stronę mostka i puściłam się biegiem w jego stronę, zwinnie wymijając członków załogi. Stanęłam po lewej stronie steru, mówiąc:

– Chluba na szóstej.

   Aaron uśmiechnął się i zacisnął palce na sterze. Tata zawołał radośnie na piratów:

– Ładować armaty, szykować bosaki. Do broni, panowie!

   Mężczyźni rozbiegli się, szykując do ataku. Zauważyłam czterech Asasynów, którzy nie mieli pojęcia, gdzie się podziać. Znali plan i swoje obowiązki, ale nie wiedzieli, co robić podczas przygotowań do abordażu i teraz stali na dziobie statku, czekając. W przeciwieństwie do nich, czułam się niczym ryba w wodzie. Dawno nie czułam takiego podniecenia, kiedy adrenalina krążyła w moich żyłach. Korsarze ładowali kule z łańcuchami, a Aaron kierował nas prosto w stronę wroga. Zacisnęłam palce na balustradzie, nie mogąc się doczekać. Statek był coraz bliżej. Ojciec wyjął miecz i uniósł go nad głowę, dając znak, aby ludzie przyszykowali się do odpalenia dział. Prawie zrównaliśmy się z Chlubą, kiedy opuścił miecz, krzycząc:

– Ognia!

   Najpierw huknęły działa najbliżej dziobu, dopiero później te dalsze. Pokład lekko zadrżał, kiedy odskoczyły armaty. Zauważyłam, jak kilka połączonych kul uderzyło w drewno masztów, a przez lornetkę zobaczyłam panikę wśród marynarzy. Zbrojnych było ledwie kilku, chyba że kryli się na dolnym pokładzie. Odłożyłam delikatny przedmiot, a moja dłoń powędrowała w stronę rękojeści miecza. Musnęłam jego stylizowaną głowicę i już wiedziałam, że splami go krew. Aaron ostro przekręcił sterem, zbliżając burtę do wrogiej jednostki. Piraci w tym czasie ładowali zwykłe kule. Zanim tamci wysunęli działa, my puszczaliśmy kolejną salwę. Kilku piratów odeszło od dział i sięgnęło po bosaki. Zbiegłam do nich na pokład i również chwyciłam hak. Uśmiechnęłam się, gdy burty się zbliżyły. Zarzuciliśmy kotwiczki równo, niczym jeden organizm. Szybko zaczepiłam linę i, nie patrząc na pozostałych, przeskoczyłam na drugi okręt. Już lądując, powaliłam jednego marynarza, który próbował odczepić bosak. Sięgnęłam po miecz, w drugiej dłoni zalśnił sztylet. Zew sprawił, że znowu wbiłam się między ludzi, nim pozostali dołączyli do mnie. Raniłam jednego w gardło sztyletem, kiedy miecz śmignął w powietrzu i uderzył w innego marynarza. Schowałam sztylet. Wolałam atakować tylko jedną bronią. Nadbiegł kolejny, ale nie było to wielkie zmartwienie. Na pokład wskoczyło dwudziestu moich Braci. Zakręciłam mieczem, przystępując do kolejnego ataku. Cięłam przeciwnika krótko przez klatkę piersiową, zadając głęboką ranę. Miecz od Marka utrzymywał idealną ostrość klingi. Zabiłam już kolejnego człowieka, powoli zapadłam w trans, jaki towarzyszył mi podczas wszystkich abordaży. Liczyło się tylko eliminowanie i zdobycie kosztowności. Z tyłu głowy kołatała mi się myśl, że nie to mój cel, ale nic nie mogłam na to poradzić. Na pokładzie pozostało kilka niedobitków, kiedy ocknęłam się z ferworu walki. W powietrzu świsnęła kula, która wbiła się w maszt zaledwie kilka centymetrów od mojej głowy. Podniosłam wzrok i zobaczyłam Harry’ego, wychodzącego z kajuty. Nie był sam. Warknęłam głucho, przeklinając siebie. To jego powinnam szukać, a tymczasem zajęłam się czym innym. Do tego trzymał szamoczącą się dziewczynę.

– Adi! – Zrobiłam kilka kroków w przód, zaciskając palce na rękojeści.

– Ani kroku! – warknął mężczyzna, przykładając drugi pistolet do głowy mojej siostry. – Ktokolwiek się zbliży, to rozwalę jej łeb!

   Uniosłam dłoń, zatrzymując ludzi, którzy już uporali się ze wszystkimi wrogami. Za mną stanęli moi przyjaciele, ich broń również obficie plamiła krew. Nie mogłam znieść widoku uśmiechającego się Harry’ego. Wyglądał, jakby zwyciężył.

– Jesteś otoczony przez wrogów, twoja załoga leży martwa. Poddaj się, bo nie masz szans – powiedziałam.

   Templariusz roześmiał się, moja dłoń zacisnęła się jeszcze bardziej na rękojeści. Nie myślałam, że to możliwe, ale jednak wściekłość opanowała moje ciało do tego stopnia, że nawet mięśnie zdobyły się na szczyt możliwości. Odetchnęłam parę razy, aby się opanować.

– Twierdzisz, że nie mam szans, ale się mylisz. Czy właśnie nie tańczysz tak, jak ja chcę? Zrobisz wszystko, żeby nie dopuścić do jej śmierci, prawda? – Nie oczekiwał odpowiedzi, od razu kontynuował swój wywód. – Przewidzieliśmy to, że nas dopadniecie. Myślisz, że rzuciłbym wszystko na jedną kartę? Nie jestem takim idiotą. – Z kajuty wyszło kilkunastu żołnierzy. – Jak widzisz, mam jeszcze kilku ludzi. Odeślij swoich albo wszyscy zginą. Jeżeli zostaniesz, załatwimy sprawę honorowo.

– Nie – odparli chórem Asasyni, ale uniosłam dłoń, aby ich uciszyć.

– Oczekujesz, że zostanę sam na sam z tobą, tak? Myślisz, że uwierzę w honorowe podejście kogoś, kto bił swoją żonę, zamordował własnego ojca i wypowiedział wojnę starszemu bratu?

– Nie musisz wierzyć. Jeżeli zostaniesz sama, twoją załogę puszczę wolno. No dobra, zostawię na moim statku, a zabiorę twoją marną łupinkę, którą nazywasz okrętem. Chyba jest to opcja warta rozpatrzenia.

   Zacisnęłam zęby, czując złość.  Powinnam przewidzieć, że on coś sobie zostawi w odwodzie. Zlekceważyłam go. Przetoczyłam wzrokiem po stojących za nim żołnierzach. Większość była dobrze uzbrojona, wyglądali na lepszych wojowników niż ci, których przed chwilą wyrżnęliśmy. Templariusze jednak nie szkolili swoich ludzi tak zawzięcie, jak my. Bez przeszkód udałoby się pokonać jego wojskowych, mieliśmy przewagę, może i niewielką, ale wystarczającą. Rozważyłam w głowie pewne rozwiązanie.

– Zgoda – odparłam w końcu, mimo sprzeciwu Braci. Harry uśmiechnął się perfidnie. – Wszyscy mają natychmiast przejść na Kawkę. W tym moje krewniaczki i twoi ludzie.

– Jeżeli tak ci na tym zależy, to oddasz broń, a na pokładzie zostanie dwójka moich ludzi. – Skinęłam głową, na co ten wzruszył ramionami. – Przyprowadzić małą.

   Jeden z mężczyzn zniknął w kajucie, po czym przyprowadził płaczącą Danae. Moje serce ścisnęło się z żalu. Miała dopiero cztery latka, a to, jak żyli dorośli, wplątało ją w niebezpieczną grę już od maleńkości. Obróciłam się w stronę moich ludzi.

– Na co czekacie – powiedziałam, wskazując piracki okręt. – Natychmiast macie się tam udać.

   Ezio podszedł do mnie.

– Nie zostawię cię tutaj.

– Zostawisz i zajmiesz się moimi bliskimi. – Spojrzałam mu w oczy. Widziałam w jego spojrzeniu strach o mnie, ale odpowiedziałam twardym wzrokiem dowódcy. – To jest rozkaz.

   Sam pomógł mi i szarpnął Eziem. Piraci zeszli po kładce na Kawkę, wkrótce dołączyli do nich także ludzie Templariusza. W końcu pokład opustoszał. Deski zasnuwały ciała zabitych, ich krew wpływała w załamania między drewnem. Obróciłam się w stronę przeciwnika.

– Jesteśmy sam na sam. Masz dwóch ludzi. Jesteś w stanie mnie teraz zabić.

– Najpierw oddaj mi miecz. – Skrzyżował ręce na piersiach.

   Odpięłam powoli pas z mieczem. Na skinienie Harry’ego dwaj mężczyźni podeszli do mnie. To był błąd. Pierwszy chwycił za pochwę od miecza, ale nim opuścił rękę z odebraną bronią, jej sztych wystawał z jego pleców, przyszpilając ciało żołnierza do masztu, przy którym stałam. Drugi zdążył zareagować i spróbował mnie pochwycić. Odnalazłam równowagę, ustawiając się tyłem do burty, poza zasięgiem atakującego. Mężczyzna natarł na mnie, ale wykorzystałam jego siłę oraz pęd. Przerzuciłam go ponad burtą i usłyszałam głośny plusk.

– Teraz szanse są wyrównane – powiedziałam, odwracając się w stronę Harry’ego.

   Mężczyzna wyszarpnął pistolet, którym wcześniej mierzył do mojej siostry. Zaczęłam iść w jego kierunku. Wyczekałam, aż jego palec pociągnął za spust, a wtedy wykonałam piruet w bok, schodząc z poprzedniej linii strzału. Nie udało mi się zupełnie uniknąć, poczułam ból w lewym udzie. Skrzywiłam się, ale wiedziałam, że ode mnie zależały następne wydarzenia. Żałowałam, że miecz zbyt głęboko wbił się w maszt i nie mogłam go wyszarpnąć, bo zajęłoby to zbyt wiele czasu. Jednak zostało mi jeszcze kilka sposobów, aby wyrównać nasze szanse. Przeciwnik sięgnął po miecz, nie miał czasu naładować pistoletów, to samo tyczyło się mnie, moja broń ciążyła bezużyteczna u boku. Ukryte ostrze przydawało się w starciu bezpośrednim, ale chciałam, aby myślał, że byłam bezbronna. A przynajmniej bez broni. Natarłam z gołymi rękoma, chcąc wykorzystać zaistniałe okoliczności jak najlepiej.

– Ojejku, ktoś tutaj myśli, że uda mu się mnie zaskoczyć bez oręża? – spytał sarkastycznie.

   Wykonał szybkie, ukośne cięcie, jakby chciał odciąć mi rękę z góry, przecinając przy tym klatkę. Cięcie byłoby czyste i skuteczne, gdyby nie fakt, że takie ciosy dawały się łatwo przewidzieć. Uniknęłam, rzucając się na deski pokładu. Weszłam w ślizg i tak, jak zamierzałam, znalazłam się za nim. Obróciłam się na plecy, a wtedy zobaczyłam, jak Harry miarkował cios kończący. Przetoczyłam się w bok, unikając w ostatniej chwili. Jego miecz przeciął powietrze i wbił się w miejscu, gdzie przed momentem była moja klatka piersiowa. Zanim wyszarpnął miecz, kopnęłam go z pozycji leżącej. Odrzuciło go kawałek, trafiłam celnie, wyduszając z jego płuc powietrze. Nie puścił jednak rękojeści i zdołał wyszarpnąć ostrze. Poderwałam się na nogi, aby móc walczyć z nim dalej. Szybko odzyskał panowanie nad swoim oddechem, ale jego wewnętrzne opanowanie prysnęło. Wcześniejsze ciosy były bardziej celowe i wymierzone z konkretnym zamiarem – miały mnie od razu zabić. Gdy jednak zobaczył, że nawet pozbawiona stali potrafiłam unikać, jego priorytet się zmienił. Chciał mnie po prostu trafić, a dopiero później poważniej zranić. Odnalazłam równowagę. Wiedziałam, że następne ataki będę mogła wykorzystać tak, jak tylko sobie wymyślę. Nie myliłam się, ale moje wnioski leżały trochę dalej prawdy. Następny cios spadł na mnie z lewej strony. Harry nadal zachował racjonalne myślenie w walce, chciał mnie osłabić jeszcze bardziej. Z trudem udało mi się uniknąć ostrza jego miecza, wykonując piruet. Natarłam, zauważywszy już słaby punkt mężczyzny. Uniknęłam prostego pchnięcia, które wymierzył w mój brzuch. Chwyciłam go za nadgarstek i wbiłam dwa palce w czułe miejsce, gdzie osłona nerwów była najsłabsza. Nauka Mistrza Shalima nie poszła na marne, natychmiast zadziałało. Mężczyzna upuścił miecz, który z brzdękiem upadł na deski. Uśmiechnęłam się, ale tylko przelotnie. Szybko się pozbierał i chociaż jego prawa dłoń była niezdolna do władania orężem przez najbliższe minuty, wyszarpnął ją z uścisku. Odsunęłam się szybko, unikając ciosu drugiej ręki. W jego lewej dłoni zalśniła stal. Wyjął zza pasa długi nóż, przypominający myśliwski, którym wprawnie zakręcił. Wyprowadził cios od dołu, byłam pewna, że uda mi się go uniknąć, ale wtedy znów zakręcił nożem, a ja nie odsunęłam się na czas, aby usunąć się z drogi ostrza. Poczułam, że czubek przemknął po moim policzku, a w ślad za nim otworzyła się płytka rana. Wykonując kolejny unik, tym razem przed serią ciosów wymierzonych w mój korpus, zorientowałam się, że przyparł mnie do drewnianej krawędzi burty.

   Szybko oszacowałam szanse następnego kroku i chociaż powodzenie było wątpliwe, nie miałam innej skutecznej opcji, aby unieszkodliwić jego drugą rękę. Zanim ponownie natarł, wskoczyłam na balustradę. Chwiejąc się, szukałam odpowiedniego środka ciężkości, aby nie spaść. Harry uśmiechnął się, myśląc, że to skrajna desperacja. Może i tak, ale nie przewidział mojego następnego ruchu. Kiedy kilkoma susami zbliżył się do mnie na tyle blisko, by mógł mnie pchnąć, jednocześnie zrzucając do wody, zaatakowałam. Gdybym natarła bez zastanowienia lub błędnie uderzyła, odsłoniłabym się na atak, którym mógł mnie zabić. Wyliczyłam z ogromną precyzją miejsce uderzenia. Mój kciuk uderzył idealnie w łączenie nerwów, a ja wykorzystałam pęd, aby przeskoczyć nad przeciwnikiem. Lądując, złapałam go za obezwładnioną rękę i rzuciłam nim na deski pokładu. Impet nie wystarczył i mężczyzna utrzymał równowagę na tyle, aby móc się obrócić w moją stronę. Wtedy jednak spadł na niego cios, który nawet największego osiłka mógł powalić, oczywiście przy odpowiednio dużej sile. Trafiłam go w krtań, uniemożliwiając prawidłowe oddychanie. Upadł, krztusząc się. Podeszłam i stanęłam nad nim.

– Ojejku, ktoś tutaj myślał, że uda mu się mnie pokonać, nawet gdy będę bez broni? – spytałam tym samym, sarkastyczny tonem, co on wcześniej.

   Nie czekałam, aż odzyskał oddech czy władzę w odrętwiałych kończynach. Obróciłam go na brzuch i zaczęłam podduszać, aż całkiem zmiękł. Podniosłam się, powoli odczuwając ból w poranionych miejscach. Pozostawało zaciągnąć nieprzytomnego Templariusza na statek. Na to jednak nie starczyło mi już siły. Wyszarpnęłam miecz. Podeszłam do trapy, którą przerzucili piraci. Weszłam na nią, a do moich uszu dobiegła wrzawa z drugiego okrętu. Dym po bitwie zaczął się rozwiewać i dopiero na końcu kładki zobaczyłam, że na pokładzie leżało kilku martwych żołnierzy Templariuszy, a resztę twardo trzymali piraci. Przy trapie stał Ezio. Przyciągnął mnie do siebie, jak tylko z niej zeszłam. Wypuściłam miecz z dłoni, a broń upadła na pokład. Nie zwróciłam na to uwagi. Ezio objął mnie mocno i nie chciał puścić, ale nie opierałam się temu. Poczułam, jak adrenalina powoli ulatywała ze mnie. Odsunęłam się w końcu od narzeczonego, chciałam pokazać, że nic mi się nie stało. Przetoczyłam wzrokiem po zgromadzonych, a moje spojrzenie padło na kobietę i dziecko.

– Adi, Danae – wyszeptałam.

   Podbiegłam do siostry, która trzymała swoją córkę na rękach. Objęłam najpierw je obie, potem wyjęłam siostrzenicę z rąk matki i przytuliłam ją mocno. Dziewczynka wtuliła się we mnie, mimo tego, jak mocno ubrania zbryzgane miałam krwią. Usadowiłam ją na biodrze, drugą ręką objęłam Adelajdę. Zetknęłyśmy się czołami, pogładziłam ją po głowie, palce wplątałam w jej potargane włosy.

– Myślałam, że cię straciłam – wyszeptałam. – Byłam pewna, że przeze mnie nie żyjesz. Wiedziałam, że to moja wina.

– Nieprawda – powiedziała, przytulając mnie. – Sama zdecydowałam o tym, aby do ciebie dołączyć, ale… Artefakt. To moja wina…

– Ćśśś, nic nie mów, nie teraz. Opowiesz mi wszystko później. Teraz idź do kajuty, zaraz uszykujemy dla ciebie i małej spokojną kąpiel i jakieś ubrania.

   Odsunęłam się od niej. Dziewczynkę odstawiłam na ziemię, a ta złapała swoją mamę za rękę. Poszły do kajuty, przechodząc obok martwego mężczyzny. Danae nie zareagowała w żaden sposób, jakby przeszła obok kamienia lub krzaka. To było nie do pomyślenia, że dziecko nie przeraziło się takiego widoku. Małe dzieci nie powinny widzieć żadnej śmierci, co dopiero krwawego morderstwa czy walki. A już w szczególności nie powinny przywyknąć do takiego widoku. Wyrwałam się z zamyślenia, kiedy obie zniknęły w kajucie.

– Na co czekacie? – spytałam, wskazując na obezwładnioną garstkę.

– Na twoje rozkazy – odparł Lee.

– Uparli się, że nie zabiją tych, którzy jeszcze żyją. – Aaron wzruszył ramionami. – Mówiłem im to samo, co zapewne zaraz powiesz, ale mnie nie słuchali.

– No to niezły masz posłuch w swojej załodze. – Uśmiechnęłam się na moment, ale szybko spoważniałam. – Chyba nie myśleliście, że Templariusze by was oszczędzili. Wyrżnąć ich, a wszystkie ciała przerzucić na pokład Chluby. Sam, Ezio, wy przynieście Harry’ego. Leży nieprzytomny na środku pokładu i lepiej, żeby nie ocknął się przed trafieniem na nasz okręt.

   Odwróciłam się, aby nie patrzeć na egzekucję, którą właśnie wydałam. Po chwili było już po wszystkim, a nieprzytomny Templariusz został przywiązany do masztu.

– Będzie tutaj przez całą podróż, niezależnie od pogody – powiedziałam. – Minimalne ilości wody i jedzenia, tylko tyle, aby przeżył. Czy wszyscy to usłyszeli?

   Piraci skwitowali pomrukami, że przyjęli to do świadomości. Skinęłam na ojca, a ten wydał odpowiednie rozkazy. Kawka odpłynęła od Chluby, która niedługo po tym wybuchła, zgodnie z naszą staropiracką tradycją. Wypytałam wszystkich, czy opatrzyli już swoje rany. Najczęściej słyszałam w odpowiedzi, że zrobili to sami lub z pomocą Lee. Dokładniej wypytałam swoich przyjaciół, ale gdy i oni okazali się cali, udałam się do kajuty. Chciałam upewnić się, że Adi nic nie było. Z pomieszczenia wyszedł Ezio, którego poprosiłam, by zaniósł tam balię. Narzeczony zatrzymał mnie, nim weszłam. Przyłożył dłoń do mojego rozciętego policzka.

– Jesteś cały? – spytałam. – Jakieś rany, a jeżeli tak, to opatrzone?

– Skarbie, to ja powinienem ciebie o to spytać – odparł, w jego głosie dało się słyszeć troskę. – Zauważyłem, że starasz się nie obciążać lewej nogi.

– Były ważniejsze sprawy niż moje udo.

– Niby jakie, załatane już zadrapania innych? Chodź, zajmiemy się tobą.

   Skinęłam głową, chociaż pewnie nie miałam w tej kwestii wiele do powiedzenia. Musiałam jednak przyznać, że powinnam zająć się także swoim zdrowiem. Noga powoli pulsowała bólem, a ja dłużej nie mogłam odkładać tego na później. Chłopak otworzył drzwi kajuty, w której Adi kąpała swoją córkę. Uśmiechnęłam się do niej. Siostra wyjęła czyste dziecko z wody i zawinęła ją w przyniesiony ręcznik. Usiadłam na pryczy, a chłopak zaczął szukać świeżych opatrunków.

– Mam ci sporo do przekazania. – Adi przebrała już dziewczynkę w za dużą koszulę, po czym spojrzała na mnie i aż pobladła. – Natychmiast zdejmuj z siebie spodnie – powiedziała, wstając z kolan. – Jakim cudem jeszcze tego nie opatrzono? Co za nieodpowiedzialność!

   Zanim zaprotestowałam, żeby zajęła się sobą i swoją córką, kobieta już zabrała z rąk Ezia utensylia i przeszła do oczyszczania postrzelonego miejsca. Chłopak cały czas starał się w jakiś sposób pomóc, ale Adelajda straciła cierpliwość i kazała mu siedzieć spokojnie. Po wszystkim usiadła na podłodze i westchnęła.

– A myślałam, że to ty jesteś ta odpowiedzialna. Tymczasem zapomniałaś, że rozerwane miejsca należy zszywać.

   Obie parsknęłyśmy śmiechem. Pamiętałam doskonale czasy, kiedy byłam z siostrą w ciągłym konflikcie. Nie potrafiłyśmy na siebie spojrzeć bez kłótni, czy też obrzydzenia wymalowanego na twarzach.

– Usiądź. – Poklepałam pryczę obok siebie. – Mam nadzieję, że Danae jakoś przetrwa kilka dni w prostej koszuli.

– To nie problem. Jak widzisz, sama porzuciłam jedwabie. – Wskazała na swoją prostą suknię i zaśmiała się. – Wzór podkradłam od ciebie, chyba się nie gniewasz?

– Myślałam, że już mnie nic nie zaskoczy. – Również się zaśmiałam. – Mamy jednak sporo do obgadania.

– Wiem o tym i dlatego musimy odłożyć w czasie nasze miłe pogaduszki. – Przesiadła się. – Jeżeli pozwolisz, to zajmiemy się tym wszystkim na spokojnie jutro. Wolałabym najpierw uporządkować wydarzenia w głowie.

– Nie ma sprawy. – Spojrzałam na Ezia, który w tym czasie bawił się z Danae. – Zobacz, jak oni słodko razem wyglądają.

– Właśnie miałam pytać, kim jest ten natręt, który nie dawał mi w spokoju pracować.

   Uśmiechnęłam się, patrząc na narzeczonego. Pozbył się już zakrwawionego płaszcza, zmył również posokę ze swoich rąk. Danae bawiła się z nim, chociaż go nie znała. Wyobraziłam sobie, jak pięknie mógłby wyglądać dom i podwórze, na którym taki widok byłby codziennością. Otrząsnęłam się z tego, wracając do rzeczywistości.

– To właśnie jest Ezio – powiedziałam, patrząc na siostrę. – Mój narzeczony.

– Czyli w końcu załatałaś swoje serce? – spytała, obejmując mnie delikatnie.

– To on je załatał, wracając do mnie po rozłące. – Oparłam głowę o jej bark. – To ten drań, po którym tak rozpaczałam.

– Co? – Dziewczyna zaskoczona odsunęła się ode mnie. – Mówiłaś, że nie żyje.

– Bo na to wyglądało. – Ezio usłyszał naszą rozmowę i podszedł z dziewczynką na rękach. – Postrzelili mnie i gdyby nie kilku uczonych, prawdopodobnie faktycznie byłbym martwy. Ciężko było żyć, obawiałem się, że już nigdy jej nie spotkam. Miałem na to niewielkie szanse, ale udało się i ją odnalazłem. – Uśmiechnął się. – Miałem przyjemność poznać część rodziny, ty zapewne jesteś siostrą Shadow.

– Tak, Adelajda. – Wstała i ukłoniła się lekko.

   Kiedy Ezio odstawił wyrywającą się Danae, Adi uderzyła go w twarz wierzchem dłoni. Chłopak zaskoczony pomasował uderzone miejsce i spojrzał na nią.

– Nigdy więcej nie warz się tak straszyć mojej siostry – powiedziała, po czym go uścisnęła. – Mimo to, witam w rodzinie.

   Chłopak spojrzał znad jej ramienia, a ja nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Od informacji o ataku na Amę nie zaznałam tak szczerej radości i czułam, że nawet najgorsze wieści nie zachwieją mną tak, jak stało się to w przypadku tamtego listu.

***

   Do kajuty dobiegły dźwięki porannej krzątaniny. Piraci każdego dnia sprawdzali stan otaklowania, aby mieć pewność, że przez noc nie osłabiła się ani jedna lina. Chciałam iść na pokład, odebrać lunetę i wspiąć się na bocianie gniazdo, ale dobrze wiedziałam, że nie mogłam sobie na to pozwolić. Pomniejsze zadrapania już się zasklepiły, policzek znaczył tylko świeży strup, ale zszyte udo musiało swoje odczekać. Adi rozłożyła na stole mapę, ja zorganizowałam wino i zebrałam główną radę. Chociaż piraci byli Asasynami, to nie brali udziału w naszych spotkaniach. Sami tak zadecydowali, ale czułam, że to dobra decyzja. Jak mawiał Bernard – nie każdy nadaje się do obradowania. I to jedyna rzecz, w której przyznawałam rację temu parszywemu Templariuszowi. Gdy wszyscy zajęli miejsca, moja siostra zabrała głos.

– Wczoraj uporządkowałam sobie wszystko w głowie. Wiem, że to, co powiem, może wydawać się nieprzydatne, ale proszę, nie przerywajcie mi, nawet jeżeli moje słowa będziecie uważać za zbędne.

   Uśmiechnęłam się, patrząc na nią. Ubrana się po męsku, spodnie i koszulę pożyczyła ode mnie. Nie myślałam, że kiedykolwiek uda mi się namówić ją na taki strój, ale zaszło w niej naprawdę wile zmian. Wcześniejszego wieczoru ucięłyśmy sobie krótką pogawędkę i Adi sama wspomniała, że kiedyś była idiotką. Odkąd jednak dołączyła do nas, okazała się znacznie bardziej zorganizowana, niż to okazywała. To, co ja uznawałam za stratę czasu w latach młodzieńczych, nauczyło ją trochę o taktyce wojennej, codzienne plotki wyczuliły ją na pozyskiwanie prawdy w niepełnych słówkach. I to wszystko podczas lekcji wyszywania u staruszki, która potrafiła haftować serwetkę i snuć długie historie o swoim mężu. Szybko wróciłam do spraw bieżących, nie pozwalając sobie na zbytnie rozpamiętywanie przeszłości.

– Z każdego wydarzenia możemy wyciągnąć jakieś wnioski, które ułatwią nam ocenę sytuacji – powiedziałam. – Szczególnie jeżeli ktoś opowiada tak barwnie, jak ty.

– Dziękuję. Zacznę może od samego ataku na Amę. – Odchrząknęła. – Nie bawmy się w konkretne daty. Któregoś dnia na horyzoncie pojawiły się wrogie jednostki Templariuszy. Rozpoznałam od razu bandery naszych wrogów i zanim przybili do brzegu, postarałam się zapędzić jak najwięcej osób na teren pałacyku. Niestety większość uznała, że jeżeli faktycznie miałyby być to okręty wroga, wolą odeprzeć atak w mieście, a nie chronić się za murami. Obawiając się, że ludność przeprowadzi to w sposób szaleńczy, posłałam do nich Marka. Zorganizował obronę najlepiej, jak potrafił, ale wszyscy wiedzieliśmy, jaki wynik osiągnie taka potyczka. Większość obrońców zginęła, nielicznym z nich udało się jeszcze schronić w pałacu. Mark wraz z małą grupą mężczyzn starali się zapewnić bezpieczeństwo podczas odwrotu. Niestety, wszyscy z jego grupy polegli. – Zamilkła na moment, my również nie odezwaliśmy się ani słowem, w wyrazie szacunku dla poległych. Wiedziałam, że później pozostali uczczą naszego Brata bardziej hałaśliwie. Adi wznowiła swój wywód. – Zamknęliśmy bramy i staraliśmy się utrzymać pozycję jak najdłużej. Kupowaliśmy w ten sposób czas, abym mogła poinformować was listownie o ataku. Jak wiecie, Templariusze wdarli się do pałacu. Zabili wszystkich, którzy stawiali jeszcze opór, innych spętali i ustawili na placu. Harry zawlókł mnie tam i zaczął szantażować, tak, jak się tego spodziewałam. Nie mogli znaleźć Artefaktu, dlatego uciekli się do przemocy. Najpierw sugerował, że będą mnie torturować, co w zasadzie sam chętnie by zrobił, po tym, jak go pochlastałam. – Uśmiechnęła się na moment, ale szybko spoważniała. – Wtedy wciął się Henry. Wiedział, że nie powiem nic, co miałoby mnie uratować. Harry od razu się wycofał. Nasz brat – powiedziała to, krzywiąc się, jakby zjadła całą cytrynę naraz – zaproponował prosty układ. Ja oddam mu Artefakt, a on puści pozostałych żyjących wolno. Jak idiotka mu uwierzyłam. Kiedyś pod pewnymi względami zachowywał się jak człowiek honorowy, dlatego się zgodziłam. Gdybym wtedy się postawiła, przynajmniej nie mieliby dzisiaj Jabłka Edenu w swoich rękach.

– Postąpiłaś słusznie – powiedział Aaron. – Gdybym miał chociaż cień szansy, aby uchronić w ten sposób ludność, zrobiłbym to samo.

   Pozostali pokiwali głowami, na znak, że byli tego samego zdania. Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie, po czym kontynuowała.

– Jak tylko Henry wyjął Artefakt, coś jakby w niego wstąpiło. Nawet na moment nie pozwolił zbliżyć się do Jabłka. Najpierw nakazał egzekucję, ale wkrótce opanował się. Wyglądał wtedy jak wyrwany z głębokiego transu. Po egzekucji wepchnął mnie i Danae do loszku na jednym z okrętów. Nie wiem, jaką trasą dokładnie płynęliśmy, ale zatrzymaliśmy się tutaj. – Wskazała na mapie jedną z małych wysepek. – Spędziliśmy tam jeden dzień, uzupełnili tylko zapasy i przenieśli mnie na Chlubę. Wtedy Harry po raz pierwszy postawił się Henry’emu, pokłócili się o mój dalszy los. Henry jakby nigdy nic użył na nim mocy Artefaktu. Wyprał mu mózg. Chyba nie jest tajemnicą, że mój mąż mnie bił. Byłam pewna, że tym bardziej się to powtórzy na statku, może nawet by mnie zabił. Nic takiego nie miało jednak miejsca. Henry wpoił mu, że miał mnie traktować, jakby więźniem był sam Wielki Mistrz. Dzięki temu dowiedziałam się, że miejsce poprzedniego Mistrza Templariuszy zajął Henry. – Syknęłam, a ona to zauważyła. – Moja reakcja była podobna. Nie owijając w bawełnę, niewiele mogę powiedzieć o dalszych wydarzeniach, trzymali mnie krótko i wiem tyle, że potem zbliżyliśmy się do lądu, a Harry otrzymał rozkaz, aby się oddzielić. Henry odbił później w kierunku morza, nie mogę więc określić, gdzie się udał. Stawiałabym na jakiś port oddalony od ziem opanowanych przez naszych sojuszników.

– I tak to naprawdę wiele – powiedziałam w zamyśleniu. – Harry od początku wydawał mi się mało istotny w całej historii. Już wiem dlaczego. Był tylko pionkiem, dzięki któremu mogli mieć pretekst do przejęcia władzy w Stolicy i pozostałej części Arynii. Henry od początku był mózgiem całej organizacji.

– Do tego zapanował nad Artefaktem – dodał Horacy. – Jeżeli posiądzie wszystkie umiejętności…

– Nikt nie może posiąść możliwość Artefaktu. Może mieć co najwyżej na tyle silną wolę, aby móc nadać jej kształtu dzięki Jabłku. – Zamyśliłam się. – Niestety, prawdopodobnie chwilowo musimy czekać na rozwój wydarzeń. Obawiam się, że Henry odziedziczył po naszej matce więcej, niż sądziłyśmy. – Spojrzałam na Adelajdę. – W naszych żyłach płynie krew Mistrzów Asasynów. Niestety w nim przeważyła domieszka Templariuszy.

– Jak dobrze, że dzięki tobie odnalazłam w sobie Asasyna. – Uśmiechnęła się. – Czyli pozostaje nam czekać?

– Czekać i starać się zebrać jakiekolwiek informacje.

   Miałam już kończyć naradę, ale Adi odezwała się jeszcze.

– Chwileczkę, chyba coś sobie przypomniałam. Harry wspominał coś o zebraniu wszystkich wojsk w jednym miejscu i bezpośrednim marszu na Stolicę.

– W takim razie podejrzewam, gdzie mógł się udać – powiedział Samuel, wskazując na mapę.

   Jego palec skierowany był na zatokę, nieopodal miejsca ostatniej bitwy, gdzie Konstantyn rozbił armię wrogów. Leżała dwa tygodnie drogi od Stolicy.

Opublikowano
Kategorie Assassin's Creed
Odsłon 318
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!