Nothing Is True, Everything Is Permitted – Część Dwudziesta

Mężczyzna odczytuje mój symboliczny wyrok, tak dobrze mi znany.

***

   Rozczesywałam włosy, siedząc przed toaletką. Coraz więcej siwych pasm zakradało się na moją głowę, ale starannie je ukrywałam. Stres wciąż potęgował to zjawisko, które było dość nieprzyjemne dla mnie. Spięłam sięgające pleców włosy, zakrywając niepożądany kolor i poszłam do sali głównej naszej bazy.

   Usiadłam za stołem i przejrzałam dokumenty. Minął ponad miesiąc od ataku na nasze dwa cele. Nareszcie sytuacja w Stolicy ustabilizowała się na tyle, abym mogła wysłać oficjalny list do naszego sprzymierzeńca. Konstantyn czekał na informacje dotyczące sytuacji w odbitym mieście, aby wiedzieć, jak dalej atakować. W poprzednim liście, który wysłałam do Azize, poinformowałam ich o sukcesie oraz naszych dalszych planach. Część udało nam się zrealizować. Odkąd opanowaliśmy kluczowe jednostki w Stolicy, zajęliśmy się rozwojem i dostosowaniem ich do naszych potrzeb. Wzmocniliśmy punkty obronne, opłaciliśmy nowych strażników. Zainwestowaliśmy w interesy naszych nowych mieszkańców, co z czasem podniosło również nasze dochody. My wpłaciliśmy im, oni wypłacali nam procent z ich zarobku. Dobrze, że Samuel od zawsze miał głowę do interesów i finansów, bo w życiu bym sobie nie poradziła z tym sama. Wszystko szło po naszej myśli, jednak nie spoczęliśmy na laurach, Templariusze mogli spróbować odbić utracone jednostki.

   Kończyłam już list, w pamięci mając niepokojący brak odzewu ze strony naszych z Amy. Odłożyłam pióro i chciałam zająć się rozgrzaniem laku, kiedy poczułam pocałunek w szyję.

– Ezio, nie teraz – powiedziałam obojętnie, szykując pieczęć. – Sprawdź gołębnik, zobacz co w mieście. Ja muszę zająć się papierami.

– Niech ci będzie – mruknął niezadowolony. – Mimo względnego spokoju, nie mamy czasu na nic. Wymykasz mi się.

– Wiedziałeś, na co się zgadzasz – odparłam, odciskając w wosku pieczęć. – Zostały nam jeszcze trzy cele, nie wiemy, co stało się z Wywiadowcą, muszę dostać się do Wojskowego, a najgorzej, że nadal nie wiemy, kim jest Mistrz Zakonu.

   Chłopak odszedł, zabierając przy okazji list do wysłania. Pokrzątałam się jeszcze w papierach, głównie przeglądając raporty z miasta. Po kilku dniach otrzymałam odpowiedź. Azize prosiła w imieniu króla, abym przybyła do nich. Stacjonowali w mieście oddalonym od Stolicy kilkanaście dni drogi. Nie wypadało odmawiać, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że linia frontu znacząco przesuwała się na korzyść naszego sprzymierzeńca. Kwestią czasu było dojście wojska do Stolicy, Templariusze tracili swoje wpływy z tygodnia na tydzień. Spór trwał od roku, ale walki, rozpoczęte niecałe trzy miesiące temu, już powoli pokazywały, która strona zwycięży. Odłożyłam list i spojrzałam na ostrze, które leżało przede mną. Zabrało już tyle dusz. Skradło tyle żyć, a czekały kolejne. Westchnęłam i założyłam je.

   Poszłam do swojej komnaty i spakowałam juki. Kilka ubrań, trochę prowiantu, pieniądze. Miałam już plan, nie tylko dotyczący spotkania z Konstantynem, ale również zarysowałam w głowie sposób na eliminację jednego z ostatnich filarów Templariuszy. Przewiesiłam pakunek przez ramię i wyszłam z bazy, zostawiając jedynie list na stole. Nie mogłam zwlekać. Ta walka docierała do końcowego etapu, a moim zadaniem było doprowadzić sprawy do końca. Poszłam do pobliskiej stajni i wypożyczyłam wierzchowca. Nie jeździłam zbyt często, ale to jak ze wspinaczką – nie da się zapomnieć. Wzięłam najbardziej narowistego konia i od razu zapłaciłam całość. Wyprowadzono mi osiodłanego wierzchowca. Kiedy go dosiadłam, kary ogier zatupał, zatańczył pode mną, ale opanowałam go i ruszyłam stępa. Nie chciałam roztrącać ludzi, ale powolne tempo zaczynało mnie drażnić. W każdej chwili mogłam spotkać któregoś z Asasynów, co znacząco popsułoby moje plany cichego opuszczenia Stolicy. Kiedy wyjechałam na główną drogę prowadzącą do bramy, zobaczyłam wśród ludzi zakapturzoną postać. Zmrużyłam oczy, rozpoznając jednego z moich ludzi. Miałam już spinać konia, ale wyszedł na wprost mnie, łapiąc wierzchowca za ogłowie.

– Gdzie jedziesz, Shadow? – spytał Sam.

– Na spotkanie z naszym sojusznikiem – powiedziałam oschłym tonem. – Wszystkie informacje zapisałam wam w liście.

– Tak bez pożegnania i bez wsparcia? – Chłopak ciągle trzymał konia, nie chciał mnie zostawić w spokoju.

– Bez ludzi. Tylko ja sama – warknęłam, wyjmując błyskawicznie miecz i przystawiając mu go do ręki. – A teraz grzecznie puścisz mojego wierzchowca i zostawisz mnie. Wiesz, że nie chcę robić ci krzywdy, ale takie cięcie może być bolesne.

– Bezpiecznej podróży, Mistrzu – powiedział zimno, rozluźniając palce.

   Puściłam się galopem, widząc kolejnych Asasynów. Najwidoczniej ktoś z nich zauważył mnie, kiedy sposobiłam się do podróży i zmówili się, aby mnie zatrzymać. Ich niedoczekanie. Przylgnęłam do karej szyi i zmusiłam konia do zwiększonego tempa. Wiatr muskał mi twarz, wręcz smagał podmuchami. Włosy szaleńczo trzepały się po moich plecach, warkocz zaczynał się rozluźniać, ale gnałam dalej. Przypomniało mi to dzień, w którym uciekałam z oblężonej Cytadeli, ale wtedy uciekałam z ukochanym od nacierających wrogów. Tym razem gnałam w stronę wroga, uciekając od swoich własnych przyjaciół. Zwolniłam dopiero daleko za murami, kiedy wierzchowiec zaczynał gubić kroki. Był zwrotny i rączy, ale i takiego konia można zamęczyć. Spokojne kołysanie i kojące dźwięki natury pozwoliły mi wyciszyć umysł i przemyśleć wszystko, co dotychczas się wydarzyło.

   Udało nam się tak wiele osiągnąć, ale moja dusza nie zaznała nadal spokoju. Moje myśli, życie, wszystko krążyło wokół tego, aby wyeliminować zagrożenie, zniszczyć Zakon. Jednak nieważne ile starań bym w to włożyła, Templariusze może by i upadli, ale nigdy nie zniknęliby z powierzchni ziemi. Taka walka nie zakończyłaby się przez zwycięskie działanie jednego pokolenia. Wojna ta trwała od wieków, przez różne ery, a wręcz światy! Mogliśmy teraz ich podłamać, jednak na jak długo? Tego nie wiedziałam. Nikt nie wiedział. Do tego wszystkiego moje prywatne sprawy zaczynały mnie zbyt ściskać i napierać ze wszystkich stron. Aby od nich uciec, zatapiałam się coraz bardziej w pracę.

   Sojusze, przyjaźnie, miłość, obowiązki. To wszystko ciążyło na mnie w równym stopniu. Westchnęłam, patrząc na ukryte ostrze. Byłam taka dumna, gdy dostałam je od Marka, na Amie. Wtedy nie wiedziałam, że to początek tak wielkich zmian w moim otoczeniu. Kiedy poznałam wagę moich następnych poczynań, duma wzrosła, stałam się zbyt pewna siebie. Ale kiedy dojrzałam, zobaczyłam, jak wiele to wszystko kosztowało. To ostrze, ta walka, utrzymanie Jabłka Edenu w naszych rękach. To wszystko wymagało tyle krwi, tyle ofiar. Miałam już dość. Pragnęłam spokoju, ale nie potrafiłam żyć bez ryzyka, walki. Ostatnie lata przeżyłam na tak wysokich obrotach, że postarzałam się kilka razy za szybko. Czułam, że zamiast powoli rozkwitać, ja już gasłam. Wyjęłam naszyjniki, które zabrałam swoim ofiarom. Pamiętałam ich wszystkich. Pierwszy należał do nieudolnego zamachowcy-królobójcy. Drugi do mężczyzny, który popełnił samobójstwo w obawie przed karą Templariuszy. Trzeci i czwarty zabrałam od pierwszych filarów Zakonu – Bankiera i mojego przybranego ojca. Następny ciążył zdradziecką krwią Connora. Kolejne dwa symbolizowały Sternika i Sędziego. Siedem istnień. Siedem dusz, które zapamiętałam. Oddałam im w ten sposób hołd. Pozostali zabici zatarli się w mojej pamięci, zlali w jedno. Nie potrafiłam zliczyć, ilu ludzi poległo z moich rąk. I ilu zginęło z mojego rozkazu lub na moich usługach.

   Mijały powoli dni podróży, zbliżałam się do miasta, w którym miałam spotkać prawowitego króla. Wraz z upływającymi dniami, rozkwitało we mnie poczucie winy. Byłam podła, tak oschle traktując Sama. Do tego ucieczka przed pozostałymi również nie należała do najtaktowniejszych rzeczy, jakie zrobiłam. Nie powinnam tak postąpić, jednak znajdowałam jakieś wymówki, usprawiedliwiając się sama przed sobą. Najpierw pojawiła się ta sama, którą napisałam w liście. Przecież tak silna persona nie czekałaby na nas, że należało ruszać od razu, najlepiej w pojedynkę, bo tak najszybciej. Jednak to nie było prawdą. Mogłam zaczekać jeden dzień, a moi ludzie dostosowaliby się do narzuconego tempa. Następnym wykrętem stała się myśl, że ktoś musiał zostać w Stolicy, a oni nalegaliby, abym zabrała ze sobą chociaż jednego Asasyna i kilku zbrojnych. To też było fałszem. Doskonale wiedziałam, że posłuchaliby mojego rozkazu, a nawet jeśli, to nic by się nie stało, gdyby oprócz mnie wyjechała jedna lub dwie osoby. W końcu przyznałam przed sobą, dlaczego to zrobiłam. Pragnęłam samotnej podróży, aby wszystko na spokojnie przemyśleć. Wiedziałam, że oschłe podejście zasugeruje im chęć samotności, jak niegdyś, kiedy straciłam Ezia i popadłam w marazm. Tylko po co potrzebowałam tego odosobnienia? Sama tego nie rozumiałam. Jednak i to w końcu do mnie dotarło. Chciałam spokojnie zaplanować przyszłość, a pozostawienie ich w Stolicy stanowiło zabezpieczenie, zarówno dla mojego sumienia, jak i ich samych. Bałam się o nich, czułam się odpowiedzialna za to, aby nic im się nie stało. Co z tego, że byli dorośli, to ja wciągnęłam swoich przyjaciół w to wszystko. Gdyby coś im się stało, to na moje sumienie spadłby ciężar tego faktu. Jako Mistrz byłam odpowiedzialna za każde życie, które uleciało z tego świata w imię mojej walki. Do tego dobijały mnie moje ostatnie problemy w znalezieniu wspólnych tematów z bliskimi. Znowu nie liczyło się nic oprócz następnych kroków i obowiązków, jakie na siebie wzięłam po odbiciu Stolicy. Stały się moją tarczą. Kiedy wszystko szalało wokół, chciałam spokoju. Kiedy wszystko się uspokoiło, nagle potrzebowałam akcji, a codzienne życie i uczucia stały się dla mnie zbyt trudne do okazania. Byłam oschła nawet dla Ezia. Kiedy ostatni raz spokojnie z nim rozmawiałam? Chyba dzień po opanowaniu Stolicy, kiedy polowaliśmy na ewentualne niedobitki.

   W przeddzień dotarcia do celu postawiłam sobie nowe wyzwanie, nowy obowiązek. Jednak aby go zrealizować, musiałam usunąć ze swojej drogi jeszcze kilku ludzi. Potem mogłam odejść i nauczyć się, jak żyć bez tego wszystkiego, co otaczało mnie od szesnastego roku życia.

***

   Po dwóch tygodniach wreszcie dotarłam do końcowego punktu mojej podróży. Musiałam przejechać przez ziemię świeżo opanowaną. Po jednej stronie miałam obozowisko, zajęte przez zwykłych żołnierzy i niższych stopniem dowódców, po drugiej mury miasta, w którym skryli się tylko nieliczni najemnicy i najwyżsi dowódcy. Na spotkanie wyjechali mi Asasyni. Azize trochę posiwiała przez ten czas, a Byk zapuścił dłuższą brodę. Poza tym wydawało się, że nic się nie zmieniło.

– Nareszcie jesteś. – Uśmiechnęła się kobieta. – Mam nadzieję, że podróż minęła bez problemów.

– Najmniejszych. – Spojrzałam na starego przyjaciela. – Potrzebuję papier na list.

– Wszystko zorganizujemy po wizycie u Konstantyna. – Skinął głową.

– Nie. Potrzebuję papieru teraz – powiedziałam to powoli, akcentując każde słowo. – Muszę napisać do naszych w Stolicy. I od razu go wysłać.

– Dobrze. – Azize skinęła na Horacego. – Jedź poinformować o przybyciu Mistrza i zorganizuj jej wannę z gorącą wodą. Shadow potrzebuje się przygotować. – Kiedy chłopak odjechał, zwróciła się do mnie. – Wiele się wydarzyło, prawda?

– Tak – przyznałam. – Mój wyjazd miał dość – zawahałam się – burzliwy przebieg. – Opowiedziałam przyjaciółce ostatnie chwile w mieście oraz moje przemyślenia z tym związane. – Obawiam się, że źle postąpiłam, opuszczając miasto w tak oschłych stosunkach z nimi.

– Z pewnością wszystko wyjaśnisz. Rozumiem, że pragnęłaś spokoju i ich bezpieczeństwa, ale jesteśmy Asasynami. Ryzyko jest nieodłączną częścią naszego powołania. Oni się na to zdecydowali, przystępując do Bractwa. Na twoich barkach spoczywa taka sama odpowiedzialność, jak na naszych. To zrozumiałe, że jako Mistrz bardziej się martwisz, ale naprawdę nie masz o co. – Uśmiechnęła się kojąco. – W liście napisz im to samo, co mi powiedziałaś. Szczególnie o tym, że żyjesz w ciągłym stresie o jutro i przez to byłaś tak roztrzepana.

   Podczas rozmowy dotarłyśmy do miasta zajętego przez naszego sprzymierzeńca. Azize zaprowadziła mnie do palazzo, użyczonego królowi przez jednego z możnowładców, którzy zaczęli orientować się, po czyjej stronie leżała racja. Możliwe, że gdyby nie liczne bunty co odważniejszych możnych, front nie przesuwałby się na naszą korzyść tak szybko. Odebrano od nas konie, a kobieta zaprowadziła mnie do komnaty, którą miałam z nią dzielić.

– Nie ma aż tyle miejsca, abyśmy mogli przydzielić ci osobną kwaterę, przynajmniej w najbliższym czasie musimy mieszkać razem – powiedziała, jakby się tłumacząc.

– To nie ma znaczenia. – Uśmiechnęłam się, pisząc list. Podałam go jej, a zanim wyszła, dodałam. – Azize – spojrzała na mnie – wiesz, że jesteś moją jedyną przyjaciółką?

   Kobieta uśmiechnęła się.

– A pozostali? – spytała, podchodząc.

– Jesteś jedyną dziewczyną, którą tak dobrze znam – przyznałam, chociaż skrywałam to przekonanie od jakiegoś czasu – i której tak bardzo ufam.

– I wzajemnie – powiedziała, przytulając mnie. – Oddałabym ci swoje własne życie w opiece, Shadow. – Pocałowała mnie matczynie w czoło. – Teraz uszykuj się, a ja wyślę twój list.

   Kiedy wyszła, zamknęłam drzwi. Na widok ciepłej, parującej wody, zapragnęłam jak najszybciej znaleźć się w wannie. Jedną ręką odpinałam guziki koszuli, kiedy druga powędrowała do pasa z mieczem. Byłam już w samej bieliźnie, kiedy ktoś zapukał. Zacisnęłam zęby w niezadowoleniu.

– Tak? – spytałam przez zamknięte drzwi.

– Pan przysyła zaproszenie na posiłek – odpowiedział mi męski głos. – Odbędzie się za trzy kwadranse.

– Dobrze, dziękuję. – Zrzuciłam z siebie resztę ubrań i znalazłam się w wannie.

   Namydliłam ciało, czując, jak z moich mięśni uciekało napięcie. Nawet nie zauważyłam, że w trakcie tej samotnej podróży byłam tak spięta. Czułam się swobodnie w siodle, wiedziałam, że moje umiejętności mnie nie zawiodą w razie potrzeby. Jednak pilnowałam się na każdym kroku, wszystkie rozstaje i leśne trakty mogły zwiastować spotkanie z wrogim oddziałem. Spłukałam pianę i dla pewności wyszorowałam się jeszcze raz. Pomijając krótkie i szybkie obmycie w lodowatej rzece lub jeziorze, to była moja pierwsza kąpiel od wyruszenia ze Stolicy. Ta ciepła woda okazała się wręcz błogosławieństwem. Pozwoliłam sobie na chwilę rozluźnienia, po czym umyłam jeszcze włosy i ubrałam bieliznę. Zapinałam białą koszulę, kiedy ktoś znowu zapukał.

– Tak? – spytałam, tym razem mniej natarczywie.

– Mogę wejść? – odparła mi pytaniem Azize.

   Otworzyłam drzwi, a kobieta weszła do środka. Uśmiechnęła się, widząc ułożony na łóżku płaszcz.

– Pamiętam, jak ciężko było namówić cię na czarną szatę z czerwonym pasem Mistrza. Widzę, że to się nie zmieniło.

– I nie zmieni. – Pokiwałam głową, zakładając spodnie. – Wypada, abym brała pas z mieczem na królewski obiad?

– Raczej nie – zaśmiała się. – Wystarczającym złamaniem zasad jest to, że nosimy ukryte ostrza, a co dopiero miecz. Wracając. Dlaczego tak wstrząsasz się od tego płaszcza?

– To tylko głupi symbol, to raz. Dwa, czarna szata nadawała swego rodzaju wywyższenia, nakazywała szacunek i bezgraniczne posłuszeństwo względem Mistrza. Ja jestem tylko człowiekiem, równym wam wszystkim. Rola Mistrza to tylko tytuł, moja pozycja niczym się nie różni od was, a jedyne, co mogę ponad wami, to prowadzenie Ceremonii. Tak jak wy się mylę i tak jak wy słucham wskazówek. Nie mam zamiaru kultywować tak głupiej i bezsensownej tradycji. – Podeszłam do swoich sakw i wyjęłam stamtąd srebrną obrączkę. – Zastanawiam się nawet nad tym, aby zastąpić wypalanie symbolu pierścieniem, ale to daleka przyszłość i wątpię, aby się przyjęła. Prędzej Asasyni przestaną w ogóle naznaczać swoich członków.

   Azize milczała przez moment, obserwując tylko, jak zakładałam pierścionek. Służący zdążyli zabrać balię i szykowałyśmy się do wyjścia z komnaty, kiedy powiedziała:

– Podobno się zaręczyłaś.

– Skąd wiesz? – spytałam, patrząc na nią zaskoczona.

– Ezio napisał do nas, zanim przybyłaś. Prosił, abym dała im znać, jak tylko jego narzeczona zjawi się u nas. – Zrobiła cudzysłów w powietrzu. – Gratuluję.

   Poczułam, jak zarumieniły mi się policzki. Nie był to temat, który chciałam poruszać, szczególnie w tamtym momencie.

– Tak, oświadczył mi się, a ja przyjęłam jego wyznanie – powiedziałam, opuszczając komnatę. – Obawiam się jednak, czy ostatni czas nie sprawił, że na nowo odsunęłam ludzi od siebie.

– Z pewnością kiedy wszystko się uspokoi i ty znajdziesz ukojenie duszy. – Objęła mnie na moment ramieniem. – Wtedy zrobimy imprezę stulecia i opijemy nasz sukces i twoje szczęście.

   Uśmiechnęłam się, słysząc jej słowa. Obudziły we mnie przekonanie na lepsze jutro, a moje błędy znów wydały się lżejsze, niż myślałam. Horacy czekał na nas przed salą. Zbliżyłyśmy się do niego, śmiejąc ze sprośnego żartu, który opowiedziała kobieta i popychając nawzajem jak nastolatki. Chłopak ukłonił się lekko i podał mi ramię. Uniosłam brew.

– Etykieta nakazuje, abym wprowadził damę do jadalni – powiedział.

– Chrzanić etykietę. – Uśmiechnęłam się, na co odpowiedział tym samym.

– Oj Shadow, ty się nigdy nie zmienisz, co? – spytał, śmiejąc się. – Ile to już lat minęło, kiedy tak się zachowujesz?

– Policz, ile minęło wiosen naszej znajomości, dodaj do tego jeszcze kilka i masz odpowiedź – odparłam, dodając żartobliwie. – Nie dajmy już dłużej czekać naszemu królowi, bo jeszcze popadniemy w niełaskę.

   Poprawiłam kaptur, aby bardziej zasłaniał mi twarz i weszliśmy do jadalni. Sala była dość duża, wysokie okna po jednej stronie oświetlały ją kolorowym blaskiem przez witraże. Barwione szkło układało się w roślinne motywy, taki sam wzór zdobił również dywan, leżący na drewnianej podłodze. Stół był już zastawiony, kilku mężczyzn siedziało przy nim na zdobnych krzesłach. Jednak najładniejszy fotel, stojący u szczytu, zajmował około trzydziestoletni mężczyzna. Chociaż na głowie nie miał tiary czy korony, od razu rozpoznałam w nim Konstantyna. Był podobny do swojego ojca, chyba tylko oznaki wieku różniły ich od siebie. Monarcha podniósł wzrok, kiedy przez komnatę przeszedł cichy szmer. Możliwe, że wynikało to z mojego pojawienia się bez żadnej zapowiedzi. Zasiadłam na wolnym miejscu, na wprost króla. Ktoś chrząknął znacząco, ale nie zwróciłam uwagi na to. Rozpoczął się obiad. Nie skosztowałam żadnego z dań. Mój żołądek nie był przyzwyczajony do wystawnych posiłków, nie odczuwałam też głodu. Siedziałam ze spuszczoną głową, kaptur krył moją twarz w cieniu. Niekiedy obserwowałam ludzi, łapiąc ich ukradkowe spojrzenia. Kiedy wszyscy skończyli jeść, głos zabrał jeden z mężczyzn, siedzących najbliżej króla.

– Po tak nietaktownym wstępie należałoby w końcu wyjawić swą tożsamość – zwrócił się bezpośrednio do mnie.

– Jedynie król pozna moje imię – powiedziałam, nawet nie podnosząc głowy. – Tylko jemu zaufam i odsłonię twarz.

   Przez salę przeszły głosy niezadowolenia, które stopniowo nabierały na sile. Konstantyn uniósł dłoń, uciszając tym samym zgromadzonych.

– Niech tak się stanie – powiedział obojętnie. – Wszyscy mają opuścić salę. Zostanę sam z naszym nowym gościem.

   Posypały się sprzeciwy, ale twarde spojrzenie mężczyzny osadziło wszystkich w ryzach. Pospiesznie opuścili pomieszczenie, a drzwi zamknęli za nimi dwaj strażnicy. Gdy cichy trzask zamka oznajmił stuprocentowe zatrzaśnięcie drzwi, wstałam i podeszłam do króla, który przez ten czas przeniósł się pod okno. Przez kolorowe szkło widać było zniekształcony obraz ogrodu. Zsunęłam kaptur.

– Kiedy Azize i Horacy mówili o pojawieniu się ich Mistrza, byłem pewien, że spotkam dojrzałego mężczyznę. – Odwrócił się w moją stronę. – Tymczasem jesteś młodą kobietą. Cały czas losy Stolicy leżały w rękach niewiasty. Nie myślałem, że te wszystkie sukcesy leżą w rękach ledwie dwudziestoletniej dziewczyny.

– Wielką polityką zajmują się nie tylko mężczyźni, Wasza Wysokość – odparłam prawie lodowatym tonem. – Nie przybyłam jednak tutaj po to, aby rozmawiać o możliwościach kobiet w sprawach otwartych konfliktów. Moim celem jest eliminacja kolejnej przeszkody na mojej drodze.

– Skończmy z tą wrogością – powiedział mężczyzna z łagodnym uśmiechem. – Nie mam zamiaru kłócić się z tak potężnym sojusznikiem. Konstantyn – wyciągnął dłoń w moją stronę.

– Shadow. – Uścisnęłam ją w odpowiedzi. – Jesteś bardzo podobny do ojca. On też wolał, kiedy mówiono do niego po imieniu.

   Mężczyzna odwrócił na moment wzrok, ale zanim to zrobił, zauważyłam ból, jaki się w nich pojawił.

– Przepraszam, jeżeli cię uraziłam, Wasza Wysokość.

– To nie kwestia tytułu, Shadow – powiedział, patrząc za okno. – Ojciec został zamordowany i nawet nie dano mi się z nim pożegnać na pogrzebie. Jakby było tego mało, to mnie oskarżono.

– Oskarżono nas – poprawiłam, odwracając spojrzenie, jak tylko skierował wzrok na mnie. – To było w moje dziewiętnaste urodziny. Chciałam go ostrzec, ale mnie uprzedzili. Nadal pamiętam jego przedśmiertne ruchy, jak umierał otruty przez Henry’ego. Chyba nigdy nie zapomnę tej porażki. Gdybym się pospieszyła, prawdopodobnie uniknęłabym utraty tak silnego sojusznika i nie doszłoby do tej wojny.

– To ciebie mój ojciec wziął na nową kochankę, prawda? – spytał.

– Nie miałam być żadną kochanką – odparłam, patrząc na niego. – Miałam być jego doradczynią, bo zaczął przeczuwać, że jego Rada nie zawsze mu pomagała w myśl sprawiedliwych osądów. A później chcieli zabić mi ojca.

   Konstantyn uniósł wzrok i nasze spojrzenia się spotkały. Jego oczy znów jednak skierowały się w dół.

– Nie myślałem, że to miało taki tragiczny obrót od samego początku. Przykro mi z powodu twojego…

– Uratowałam go – przerwałam, zanim dokończył. – Uratowałam swojego ojca i w ten sposób stałam się wrogiem Rady.

– Nie rozumiem – przyznał Konstantyn.

– Kiedy to wszystko się zaczynało, również niczego nie mogłam zrozumieć. Jednak nie mogę powiedzieć nic ponad to, że mamy wspólnych wrogów. A jeden z nich stacjonuje właśnie w miasteczku, które leży nie dalej jak dzień drogi od nas. Nie mam zamiaru, aby żył dłużej niż to konieczne.

   Mężczyzna spojrzał na mnie z błyskiem w oku.

– Nie pozwólmy więc na to, aby dożył następnego miesiąca.

Opublikowano
Kategorie Assassin's Creed
Odsłon 418
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!