Nothing Is True, Everything Is Permitted – Część Dwunasta

I myślą, że tu się skończy.

***

   Dotarliśmy do portu. Na pokładzie przywitało mnie stare kołysanie okrętu i wesołe okrzyki piratów. Odpowiedziałam kilkoma skinieniami głowy i od razu zamknęłam się w kajucie. W drodze na wybrzeże powiedziałam towarzyszom, że potrzebowałabym kilku dni na pozbieranie myśli. Chciałam pozbierać się trochę, strata Ezia nadal była świeżą raną, która emanowała bólem i całkowitą żądzą zemsty. Musiałam przemyśleć nasze następne kroki, chociaż już zdecydowaliśmy się na powrót do dystryktu Azize i przegrupowanie się tam. Gdy odbiliśmy, przez pierwszy dzień nie zrobiłam nic, odpoczywałam, leżąc na posłaniu i spędzając czas z Azize. Głównie milczałyśmy, ale sama jej obecność była dla mnie wsparciem. Następnego dnia siedziałam z Aaronem i Edwardem na mostku kapitańskim. Opowiedziałam im, co robiłam w Cytadeli, powoli coraz mniej bolały wspomnienia i w końcu mogłam o nich mówić. Nadal jednak tylko Azize wiedziała o moim rozkruszonym sercu. Trzeciego dnia zamknęłam się w kajucie i nakazałam, aby nikt mi nie przeszkadzał. Musiałam wiedzieć, jak chronić Fragment Edenu. Aby wiedzieć, jak chronić, musiałam wiedzieć, jak działał. Aby zaś wiedzieć, jak działał, powinnam poznać jego dokładne możliwości, to zaś wymagało czasu. Położyłam Jabłko na stole i spojrzałam na nie. W stanie spoczynku wyglądało całkowicie niepozornie. Ot, zwykły kawałek złota przetopiony w kształt kuli z różnymi wyżłobieniami. Gdy go dotknęłam, było zimne, gładkie i stalowe. Wiedziałam, że spełnia prośby, przynajmniej tak powiedział mi głos. Zastanawiało mnie jednak, co oznaczało, że kilka istot mogło nad nim zapanować. Miało na myśli ludzi? Jeżeli tak, to czy żyli oni wcześniej, czy mieli przyjść po mnie? Westchnęłam, widząc tylko jedną możliwość na rozwiązanie tej kwestii. Obawiałam się nadużywać mocy Artefaktu, ale przyłożyłam dłoń do niego i spytałam:

– Czy żyje teraz osoba, która cię ujarzmi?

   Po raz kolejny przeszedł mnie dreszcz. Stawał się coraz przyjemniejszym uczuciem, co trochę mnie martwiło. Jabłko rozbłysnęło, lekko musnęło moją skórę iskrą. Błyskawiczka oplotła moją dłoń, wspięła się po ramieniu. Poczułam ogarniającą mnie euforię, uczucie wszechmocy i wielkiej władzy.  Odsunęłam się przestraszona. Czy Fragment Edenu próbował powiedzieć mi w ten sposób, że to mnie słuchał? Zaschło mi na tę myśl w ustach, gardło ścisnęło mi się ze strachu. Co, jeżeli właśnie to mówił Artefakt? Czy byłam gotowa na taką odpowiedzialność? Te pytania powracały echem do wieczora. Kiedy pozostali przyszli do kajuty, poprosiłam, aby spróbowali spytać o coś Jabłko.

– Czy zaprezentujesz nam poczynania Templariuszy? – spytała Azize.

   Jabłko nie zmieniło swojej zimnej, nieporuszonej powłoki.

– Czy pokażesz nam co dzieje się na wyspie Ama? – spytał mój brat, ale również bez skutku.

– Wyjaśnij nam Shadow, o co chodzi – powiedział ojciec, kiedy i jego prośba nie została wysłuchana. – Nie rozumiem, co chciałaś osiągnąć.

– Obawiam się, że Fragment Edenu nie jest nadal dobrze nam znany – zaczęłam niezbyt pewnie, wstając z krzesła.

– Nigdy nie będziemy w stanie poznać go w całości – powiedziała Azize, starając się, aby jej głos i słowa były kojące. – Więc usiłując zrozumieć go, tracisz tylko czas.

   Nie wiedziałam, czy przyznać się otwarcie do wniosku, jaki wysunęłam. Miałam nadal nadzieję, że się myliłam.

– Zobaczcie tylko – powiedziałam w końcu i wyciągnęłam dłoń nad Artefakt. – Ukaż im walkę w Cytadeli.

   Jabłko rozświetliło się ogromnym blaskiem, rozjaśniło kajutę, niczym słońce rozjaśniające poranne niebo. Na ścianach pojawiły się sceny ataku na twierdzę. Zamknęłam oczy, nie chciałam widzieć tego ponownie.

– Zakończ wizję – wyszeptałam, a Artefakt przygasł. – Czy ktoś potrafi to wyjaśnić? – spytałam niepewnie.

– Mówiono niegdyś, że pośród ludzi pojawią się ci, którzy zapanują nad Artefaktem – zaczął ojciec. – Według legendy mieli to być ludzie w prostej linii od poprzedniej cywilizacji, tej sprzed katastrofy.

– Jednak z logicznego punktu widzenia nie jest to możliwe, bo wszyscy ludzie są ich potomkami – dodała Azize. – Są jednak potomkowie Asasynów, ci o silnej woli są w stanie oprzeć się pokusie Artefaktu.

– Potomkowie Templariuszy widzą w Jabłku obietnicę zmiany świata, pragną go, aby podporządkować wszystko pod ich wolę – wysnuł Aaron. – Ale co z tymi, którzy nie należą do żadnej z grup?

– Ci są praktycznie całkiem podatni. Tylko naprawdę potężni są w stanie oprzeć się woli Artefaktu – wyjaśniła Azize. – W zasadzie znam takich, którzy należąc do naszej grupy, byliby ulegli. Wszystko zależy od woli i psychiki człowieka.

  Nagle zdałam sobie sprawę, że podpowiedź kryła się już w słowach Mistrza. Spojrzałam na Jabłko. Wydawało się teraz tylko lichym źródłem światła, ale gdy tylko zaczęłam rozmyślać, moje myśli jakby… Jakby przelały się na nie. Rozjarzyło się odrobinę bardziej, a wkoło rozległ się niezidentyfikowany głos. Tym razem jednak na pewno był on słyszalny z Artefaktu, pozostali patrzyli to na mnie to na nie.

– Czym jest ten przedmiot? – odezwał się głos, na moment przypominając bardziej głos Mistrza. – Ucieleśnieniem pokusy. Ludzie słabej woli nie mogą mieć z nią styczności. Zawiera wielką wiedzę waszych przodków. Tylko z wyglądu jest niepozorny. Leży przed wami Jabłko Edenu. A ty jesteś następczynią dziedzictwa. Dowiodłaś tego, nie ulegając pokusie. Dopytywałaś się o Jabłko dopiero wtedy, gdy on nakazał ci dotknąć go, a ono przekazało ci wiedzę. Jesteś jedną z tych, którzy mają sprawować pieczę nad tym Artefaktem. A jak nie starczy ci sił, aby je chronić, ukryj. – Głos znowu był bezpłciowy, tajemniczy i nieznany. – Dlaczego wszyscy go tak pragną? Co jest w stanie zrobić, że Templariusze was zaatakowali? Czym jest Jabłko? Jest źródłem wiedzy, ale i zniszczenia. Ma tworzyć, ale i niszczyć. Nie jest niczyim narzędziem, co najwyżej może wysłuchiwać próśb. Jednak są istoty zdolne nad nim zapanować. To wszystko to dzieło i wina ludzi, którzy korzystali z mocy Fragmentów Edenu. Przed drugim kataklizmem było takich Fragmentów znacznie więcej. Teraz jest tylko ten jeden. Najpotężniejszy, zdolny do wszystkiego. – Głos urwał na moment, a po chwili dodał. – Jesteś tą, której woli może ono ulec.

   Znów stało się zimne i nieporuszone. Oparłam się o kant stołu, spuściłam głowę. Milczeliśmy. Cała czwórka nie wiedziała, co powiedzieć. W końcu odezwałam się:

– Boję się jego potęgi – przyznałam, podnosząc wzrok. – Nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że tak potężna rzecz może słuchać mnie. Boję się, że to zbyt wiele.

– Razem damy radę – powiedziała Azize, z cieniem kojącego uśmiechu na ustach. – Potrzebujemy tylko trochę czasu i poukładamy wszystko po kolei.

***

   Minęło kilka dni. Ćwiczyłam trochę na pokładzie, raz stanęłam za sterem, ale ogólnie spędzałam czas w kajucie, gdzie było cicho i spokojnie. Zgiełk pokładu nie zakłócał moich rozmyślań, nie niszczył muru samotności, który otaczał mnie każdego dnia, zrywany tylko wieczorami poprzez spotkania z pozostałymi Asasynami, moimi przyjaciółmi, a zarazem moją jedyną rodziną. Trzymałam w dłoni Artefakt, który pozostawał dla mnie nieznanym oceanem mocy. Mój strach przed nim nie opadł, nadal nie miałam do niego zaufania. Bałam się, czy tak wielka odpowiedzialność nie złamie mnie. Nie chciałam dać Artefaktowi przejąć kontroli, to w końcu ja powinnam władać nim. Czułam się jednak nie dość silna. Nie potrafiąc zrozumieć, dlaczego akurat na mnie padło, zatracałam się coraz bardziej w rozmyślaniu. Moje myśli niebezpiecznie zbliżyły się do tego, co zrobiłby Ezio. Co by powiedział, jak poprawiłby mój nastrój. Przypomniałam sobie jeden z treningów, kiedy pierwszy raz stanął na platformie skokowej. Jabłko ożywiło się w mojej dłoni równocześnie z odżywającym w mojej świadomości wspomnieniem.

   Poczułam dreszczyk i chociaż nie ruszyłam się z miejsca, miałam wrażenie, że moje ciało wykonywało ruchy. Stałam się jednocześnie obserwatorką moich wspomnień, jak i ich ponowną uczestniczką. Wszystkie moje zmysły, odczucia… Czułam się, jakbym ponownie była w Cytadeli, pośród murów komnat Mistrza. Jakbym faktycznie stała ponad ziemią, na drewnianej kładce przerzuconej poza balkon. Na dole, w ogrodzie, ponownie leżało siano, jego zapach czułam w nozdrzach tak samo intensywnie, jak wówczas. Usłyszałam jego głos, drżący lekko z emocji:

– Czy naprawdę muszę to zrobić? – spytał.

– To nic trudnego, Maliku – powiedziałam, obracając się twarzą do chłopaka. – Wystarczy odpowiednio upaść, a nic nie poczujesz.

– A co jak źle upadnę? – Nadal nie był pewien, czy mnie posłuchać.

– Nie jesteśmy aż tak wysoko. – Uśmiechnęłam się lekko. – No dalej, nie bój się. – Postawiłam kilka kroków w tył, cały czas patrząc na niego. – Zobacz jakie to proste.

– Łatwo ci mówić. – Zacisnął usta w strachu. – Skakałaś już nie raz.

– I zawsze jest to tak samo przyjemne – odparłam, uśmiechając się szerzej. – Spotkamy się na dole.

   Odwróciłam się i przechyliłam poza kładkę. Poczułam stan nieważkości, ten wspaniały moment, kiedy lecisz w dół, a jednocześnie czujesz się, jakbyś wisiał w powietrzu. Moją skórę muskał wiatr, każde odczucie wydawało się tak naturalne, jakby nie było tylko wspomnieniem, a faktycznym wydarzeniem. Wylądowałam miękko w sianie, moje ciało całkowicie skryło się w stogu. Siano drapało mnie w nieosłoniętą skórę, plątało się we włosy. Wyszłam z niego i otrzepywałam ubranie, spoglądając wyczekująco w górę. Nie skoczył jednak. Westchnęłam i wspięłam się po murze z grubo ciosanych kamieni. Wciągnęłam się na kładkę. Chłopak stał na krawędzi i spoglądał niepewnie w dół. Uśmiechnęłam się pod nosem, widząc jego niezdecydowanie.

– Nie widziałam jeszcze tak tchórzliwego dwudziestolatka – powiedziałam, podchodząc. – Mam cię zepchnąć? – spytałam, lekko popychając go w stronę krawędzi.

– Ani mi się waż! – zawołał z przerażeniem, na co się zaśmiałam. – Co cię tak bawi?

– Nie rozumiem, dlaczego masz ku temu takie opory. – Stanęłam obok niego. – Nasi przodkowie robią to od pokoleń. Mamy to praktycznie w genach.

– Nie ja – powiedział. – Moi przodkowie od lat byli uczonymi. Jedynie mój ojciec miał w sobie nutę wojownika. Chyba nie odziedziczyłem jej po nim.

– Udowodnię ci, że odziedziczyłeś. – Złapałam go za dłoń, mocno splatając nasze palce. – Zrobimy to razem.

   Przechyliłam się poza krawędź, co powtórzył brunet. Spadaliśmy razem, ale poczułam szarpnięcie. Kiedy byliśmy blisko stogu, chłopak przyciągnął mnie, jeszcze bardziej amortyzując mój upadek. Wygramoliłam się z siana i podałam mu rękę, pomagając wstać.

– Po co to zrobiłeś? – spytałam, przyglądając się mu uważnie. – Mogłeś nabawić się urazu lub kontuzji.

– Wolałem mieć pewność, że moja nauczycielka będzie cała. – Uśmiechnął się nieśmiało, przestępując z nogi na nogę.

   Ten uśmiech był ostatnim, co zobaczyłam we wspomnieniu. Powróciłam… Chociaż czy to właściwe słowo? Nadal znajdowałam się w kajucie, Fragment Edenu tylko lekko świwcił w mojej dłoni, powoli gasł. Odłożyłam go, bojąc się kolejnego przelania moich myśli w Artefakt. Ile już o nim wiedziałam? Wydawałoby się, że wystarczająco wiele, ale nadal mało. Niby miałam władzę nad nim, ale czy na pewno? Skoro Templariusze szukali go, to musieli wiedzieć, czy byliby w stanie go wykorzystać. Jeżeli tak, to czy mogłam temu zapobiec? Ukryć, podmienić… Zniszczyć je?

   Wyjęłam notatnik, który powoli zapełniałam swoimi obserwacjami. Wypunktowałam kolejną rzecz i przeczytałam od góry dotychczasowe notatki. Jabłko to jedyny Artefakt. Sam Mistrz tak powiedział. Jestem jego nadrzędną opiekunką i panią. Słyszeli to moi przyjaciele, sama tego doświadczyłam. Jest w stanie pokazać przeszłość, zna tajniki tego, czego jeszcze nasze pokolenie nie odkryło. To z niego otrzymano szkice ukrytego ostrza, pistoletu, wszelkiej broni. Wszystkie nasze wynalazki kiedyś były już wynalezione i stworzoneObjawia przeszłość, ożywia wspomnienia.

   Westchnęłam. Nic więcej nie odkryłam. A pytać Artefaktu nie chciałam. Jego potęga nadal mnie przewyższała. Zastanawiałam się, czy potrafiłoby częściej odtwarzać moje wspomnienia. Chociaż było tak potężne, chociaż bałam się zbyt mocno wykorzystać jego możliwości… Chciałam jeszcze raz doświadczyć tego wspaniałego uczucia. Skrywałam to, tłumiłam, ale nie potrafiłam powstrzymać. Po kilku dniach oporu coś we mnie pękło. Po raz kolejny byłam sama w kajucie, serce rwało się z tęsknoty, tego dnia bardzo brakowało mi poczucia bliskości. Pomyślałam, że warto spróbować i ponownie zatopić się w projekcji. Położyłam przed sobą złotą kulę, myśląc o jednym z późniejszych dni, ciepłego kwietnia. Ponownie poczułam to dziwne uniesienie, miły dreszczyk. Przeniosłam się w swoje myśli, odczuwałam ówczesną radość i ekscytację.

– Szybciej! – ponagliłam chłopaka, którego nieposłuszny wierzchowiec odmawiał współpracy. – Pogoń tego wałacha, bo do zmroku nie dojedziemy. 

– Co się tak spieszysz? – spytał, w końcu mnie doganiając.

– Mam już dość tej owsianki na śniadanie – odparłam, krzywiąc się. – To paskudztwo będzie mi się śniło po nocach.

– Idzie przywyknąć. – Uśmiechnął się. – A co ja będę kłamał, na samą myśl mnie wykręca.

   Zaśmiałam się, popędzając konia do cwału. Teren, na którym Mistrz pozwolił mi polować, był już niedaleko. Dotarliśmy tam po kilku minutach. Zsiadłam z konia i przewiesiłam kołczan przez plecy.

– Zajmiesz się końmi? – spytałam, kiedy podjechał.

– Jasne – mruknął. – Bo jestem tylko od nudnej roboty.

– A ustrzelisz nam kolację? – odgryzłam się.

   Poszłam pod wiatr, starając się rozglądać uważnie. Teren był zalesiony, ale nie tak gęsto, jak chciałam. W końcu upatrzyłam zwierzynę. Niewielka sarenka piła ze strumienia. Wyglądała na młodą i jeszcze niedoświadczoną. Powoli wyjęłam strzałę z kołczanu. Starałam się nie spowodować nawet najmniejszego dźwięku. Napięłam cięciwę i wstrzymałam oddech, przymierzając się do strzału. Zwolniłam cięciwę i po chwili usłyszałam cichy kwik. Strzała trafiła w cel, ale nie zabiła zwierzęcia. Sarna utykała, próbując uciec, dostała w tylną łapę po skosie, promień wbił się prawie po lotki. Zaklęłam, wyskakując z krzaków. Nałożyłam kolejną strzałę i wycelowałam. Trafiłam w szyję. Zwierzę zachwiało się, z rany trysnęła krew. Podeszłam do konającego stworzenia. Nie był to dla mnie pierwszy raz, kilkakrotnie polowałam z Azize. Jednak tym razem poległam po całości. Wyjęłam nóż i wbiłam się jej w serce, chcąc ukrócić agonię. Zaciągnęłam zwierzynę do miejsca, w którym zostawiłam chłopaka.

– Długo kazałaś na siebie czekać – powiedział, wstając. – Zdążyłem rozpalić ogień i zgłodniałem jak cholera.

– Nie jestem jeszcze najlepszą łowczynią – odparłam. – Mam nadzieję, że wkrótce się wprawię.

   Oskórowaliśmy zwierzynę i wspólnie wypatroszyliśmy. Kiedy skończyliśmy, nasze ręce były po łokcie we krwi. Niedaleko płynęła rzeka, ta sama, która koło Cytadeli tworzyła wodospad. Zostawiliśmy na moment obozowisko i poszliśmy tam się obmyć. Przyjemny chłód wody równoważył ciepło wieczoru. Zmyłam z siebie krew i przeniosłam wzrok na towarzysza. Ubrudził koszulę, którą właśnie zdjął, aby sprać świeżą plamę. Dopiero wtedy zobaczyłam, jak rozbudował mięśnie przy treningach. Miałam ochotę podejść do niego bliżej, objąć go, ale stłumiłam w sobie to pragnienie. Patrzyłam na niego już kilka chwil i wpadłam na niemiły pomysł. Podeszłam po cichu, po czym wepchnęłam go głębiej. Bezwładnie wpadł do rzeki, krzycząc moje imię.

– Shadow! – Wypluł wodę i spojrzał na mnie krzywo.

– Co byś chciał, Maliku? – zaśmiałam się rozbawiona i nawet nie spostrzegłam, że złapał mój nadgarstek.

  Pociągnął mnie w swoją stronę. Wylądowałam w wodzie, mokry materiał oblepił moje ciało. Leżałam na chłopaku, początkowo nie chciałam się ruszyć. Wydawało mi się, że przez chwilę trzymał dłoń na mojej talii, ale trwało to ułamki sekund. Bliskość jego nagiej skóry sprawiała mi przyjemność, jednak poczułam, że robi się niezręcznie i wstałam. On również wstał, chlapiąc mnie ze śmiechem.

– Gdzie uciekasz! – zawołał. – Wracaj!

– Nie wszczynaj wojny, której nie wygrasz! – zaśmiałam się.

   Odwzajemniłam się tym samym i o ile wcześniej byliśmy mokrzy, tak po chwili wszystko całkiem przemoczyliśmy. Rozbawieni usiedliśmy przy palenisku, dawno nie śmialiśmy się aż tak głośno, bo w Cytadeli zwracało to zbyt wiele uwagi. Osuszyliśmy się przy ogniu i upiekliśmy trochę mięsa na kolację.

– Wiesz, że teraz prawie codziennie będziemy tutaj jeździć? – spytałam, kiedy szykowaliśmy konie do powrotu.

– Wiem. Jednak to miła odmiana od Cytadeli. Tutaj jest trochę inaczej.

– A dzięki nam ludzie nie będą musieli ciągle jeść tego samego – zaśmiałam się. – Pobliska wioska dostarcza nam mało mięsa, dlatego to my się teraz zajmiemy jego pozyskaniem.

– A przy tym spędzimy czas razem. – Uśmiechnął się blado. – Czas ruszać.

– Tylko się nie ociągaj, przed północą chcę być na miejscu.

   Ponownie powróciłam do rzeczywistości. Zaskoczona zobaczyłam stojącą obok mnie Azize. Kobieta wyglądała, jakby spotkała osobę powracającą z zaświatów. Artefakt zgasł, odłożyłam go.

– Jestem ci winna wyjaśnienia, prawda? – spytałam, opierając się o stół.

– Przydałoby się – odparła, patrząc na mnie i krzyżując ręce na piersi. – I to póki jeszcze nie przyszli pozostali.

   Westchnęłam. Nie potrafiłam przyznać się przed nią, że uległam tej pokusie. Przez chwilę milczałam, ale w końcu powiedziałam prawdę.

– Nie mogę mieć z nim styczności w takich momentach. Często wspominam jednak… W najgorszym momencie samotności i porzucenia sięgam po niego. Już kolejny raz pozwoliłam sobie zatracić się we wspomnieniach. Zatracam się w przeszłości, aby przeżyć teraźniejszość.

– Nie panujesz nad tym? – spytała, ale w jej głosie nie było oskarżenia, którego się spodziewałam.

– Panuję i to chyba w tym wszystkim najgorsze. Wiem już o nim trochę, a za każdym razem, kiedy go dotykam, mam wrażenie, jakbym wiedziała jeszcze więcej. Jednak gdy wspominam… Najsilniejsze wspomnienia odtwarza. Raz stało się to bezwiednie, dzisiaj zrobiłam to celowo.

– Nie możesz żyć przeszłością – powiedziała Azize tonem mentorki. – Wiem, że straciłaś kogoś bliskiego, ale nie zmienisz tego. Zatracając się w te wspomnienia, będziesz cierpieć jeszcze bardziej.

– Wiem – odparłam. – Boję się jednak, że pokusa będzie zbyt silna.

***

   Kolejnego z wielu dni długiej przeprawy postanowiłam poznać w końcu rozwiać pewne wątpliwości. Wyjęłam Fragment Edenu. Zważyłam go w dłoni, jeszcze raz rozpatrując wszystkie moje opcje. Bałam się, ale i tak już wielokrotnie korzystałam z jego mocy. Przyszedł czas, abym poznała odpowiedzi na moje najważniejsze, najbardziej natarczywe pytania. W porównaniu z tym, co wcześniej poznałam, było tego niewiele i w końcu odważyłam się na zadanie ich. Jabłko jednak wiedziało, czego pragnę i jak tylko wzięłam je do ręki, przeszedł mnie dreszcz. Pomyślałam, czy ktoś będzie w stanie je zniszczyć. Zamknęłam oczy i zobaczyłam dziewczynę, noszącą na przedramieniu i palcu nasz symbol. Miała w ręce mój dziennik, chociaż odcisnęło się na nim piętno czasu. Następny obraz pokazywał kogoś z moich czasów, w jego ręce leżało aktywne Jabłko. Stał tyłem, nie widziałam jego twarzy. To oznaczało, że jednak nadal inni mogli korzystać z mocy Artefaktu. Odłożyłam przedmiot. Mój największy strach okazał się uzasadniony. Musiałam czym prędzej znaleźć dobre miejsce dla Artefaktu, sprawić, aby był bezpieczny, ukryć go. Jednak aby tego dokonać, najpierw musieliśmy dobić do brzegu.

   Dosłownie tuż przed przybiciem dopadła mnie ogromna ochota po raz kolejny zaznać mocy Jabłka Edenu. Jego potęga upajała mnie, pozwalając na chwilę zapomnienia. Wyjęłam je, trzeci raz uległam pokusie, jaką niosła możliwość odtworzenia przeszłości. Po tylu tygodniach wspomnień przerywanych tylko treningami i codzienną żeglugą chciałam przeżyć jeszcze raz swoją najbardziej skrywaną namiętność, odbyć podróż do jednego, ostatniego szczęśliwie spędzonego wieczoru. Zatopiłam się we wspomnieniu, tak szczególnym i wyjątkowym.

– Odświeżyć, powiadasz? – spytał, kładąc mi ręce na biodrach. – Masz coś konkretnego na myśli?

– A mam – odparłam i zaprowadziłam go do łaźni.

   Weszliśmy do środka. Brunet rozejrzał się wkoło, a ja zrzuciłam w tym czasie buty i powoli podeszłam do krawędzi wanny.

– To tutaj znikałaś codziennie na dwie godziny? – spytał, a ja zsunęłam z siebie spodnie, zostawiając je kawałek od butów.

– Tak – odparłam. – Trochę spokoju nikomu nie szkodzi. – Zdjęłam bluzkę i bieliznę. – Wskakuj do mnie.

– Już idę. – Uśmiechnął się zalotnie i dołączył do mnie w ciepłej wodzie.

   Woda parowała, jak zawsze przyjemnie ciepła. Namydliłam swoje ciało, co jakiś czas ukradkiem spoglądając na ukochanego. Ezio stał nieopodal, mył się dokładnie i powoli, także rzucając okiem raz po raz w moją stronę. Dzieliły nas trzy lata, ale nie było to dla mnie niczym więcej niż pyłkiem. Kochałam go. Zastanawiałam się, jak to będzie wyruszyć z nim statkiem, wysiąść gdzieś i założyć kolejny oddział Asasynów. Nagle poczułam, jak ktoś złapał mnie pod wodą za udo, wyrywając z rozmyślań. Odwróciłam się. Stał za mną chłopak. Uśmiechał się, jego oczy błyszczały w słabym świetle iskrami radości. Położył mi ręce na biodrach, całując delikatnie. Nie opierałam się jego ruchom, oddałam pocałunek równie delikatnie, prawie nieśmiało. Przez łaźnię przetoczyła się fala chłodu, nieszczelne, zniszczone mury przepuściły zimno z zewnątrz. Byliśmy nadzy, a nasze rozgrzane ciała pokryła gęsia skórka. Przeszedł mnie dreszcz, mocniej przytuliłam się do Ezia.

– Kocham cię – wyszeptał, gładząc mnie po plecach i stopniowo przesuwając rękę coraz niżej. – Nigdy nikogo nie kochałem tak, jak ciebie.

– Ja ciebie też kocham – odszepnęłam, napawając się jego dotykiem. – Wiesz, że wczoraj dałeś mi najlepszy z możliwych prezent urodzinowy?

   Poczułam rozpalające mnie od środka uczucie. Pierwszy raz byłam z kimś tak blisko. Czułam jego skórę pod palcami, jego oddech owiewał moją szyję. Przesunęłam ręce po jego ciele, czując pod skórą jego mięśnie. Nie do końca wiedziałam, co moje ciało mi mówiło. Pierwszy raz odczuwałam takie pragnienie. Chciałam go. Pragnęłam jego ciała, bliskiego kontaktu z nim. On również tego chciał. Wiedziałam to, jeszcze zanim posadził mnie na krawędzi wanny, całując namiętnie. Czułam to, że mnie pragnie, gdy naznaczał linią pocałunku mój dekolt. Westchnęłam cicho, fala przyjemności rozlała się po moim ciele. Tam nikt nas nie mógł znaleźć czy usłyszeć…

   Wspomnienie niczym sen urwało się nagle. Mój oddech był przyspieszony, czułam się tak, jak wtedy. Brakowało mi go. Brakowało mi Ezia. Jednak musiałam raz na zawsze skończyć z odtwarzaniem wspomnień. Nie wiedziałam, czy następny kontakt z wydarzeniami przeszłości nie uzależni mnie od potęgi Jabłka Edenu, czy nie złamie mojej i tak nadwątlonej woli. Spojrzałam na Artefakt. Po chwili namysłu powiedziałam głośno:

– Nakazuję ci, abyś już nigdy nie pozwolił mi odtworzyć moich wspomnień. – Jabłko, dotychczas tylko lekko jarzące się w ręku, rozbłysnęło mocniej.

– Nie masz tak wielkiej władzy nad Artefaktem. – Usłyszałam czyjś głos, tym razem nie był on bezpłciowy, a męski. – Może i jest tobie posłuszne, ale to ty musisz decydować, co zrobi w twoich rękach. W każdej chwili ktoś inny może mieć dostatecznie silną wolę, aby Jabłko wysłuchało jego prośby. Twoim zadaniem jest je chronić, nie rozkazywać. – Głos ucichł, zostawiając mnie z poczuciem winy.

   Byłam głupia, myśląc, że mnie wysłucha. Moje wcześniejsze wątpliwości potwierdziły się, nie posiadałam dostatecznej siły, aby zapanować nad tak wielką mocą. Odłożyłam Artefakt i wyszłam z kajuty. Musiałam w końcu wrócić do normalnego życia. Nawet nie zauważyłam kiedy, a upłynął rok. Rok biernego odtwarzania wspomnień. Rok treningów, samotności. Rok rejsu, który zakończyliśmy tam, gdzie początkowo nie mieliśmy. Tam, gdzie przed ponad dwoma laty udało nam się odbić ojca. Popłynęliśmy do Stolicy, aby raz na zawsze zakończyć sprawę Templariuszy. Przynajmniej taką miałam nadzieję.

Opublikowano
Kategorie Assassin's Creed
Odsłon 406
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!