Nothing Is True, Everything Is Permitted – Część Dziesiąta

Powieszą mnie tam, gdzie wszystko się zaczęło…

***

– Nie tak. – Poprawiłam bruneta. – Podczas ataku nie odsłaniaj swojego ciała! Wystarczy, że zrobię teraz tak. – Cięłam w odsłonięty bok, ale nie uderzyłam. – Widzisz? Byłbyś już ciężko ranny.

   Mój pierwszy tydzień w Cytadeli minął pod znakiem poznawania okolicy. Gdy tylko Malik wrócił do swoich zajęć w Bibliotece, ja udałam się do Mistrza. Shalim przyjął mnie w swoich komnatach, gdzie wysłuchał, jak żyłam przez ostatnie lata. Szczególnie interesował go czas z wyspy. Zadawał pytania i potakiwał głową jakby w zamyśleniu. W końcu mnie odprawił i poprosił, abym następnego dnia przyszła ze swoją bronią. Zaraz po skończonej wizycie, poszłam do ogrodu, w którym wcześniej rozmawiałam z Malikiem. Chłopak już tam czekał z ćwiczebnymi mieczami, zabranymi ze zbrojowni. Od tamtej chwili upłynęły trzy godziny, a brunet nadal nie opanował podstaw. Westchnęłam i usiadłam na ławce, przypominając sobie, że chłopcy na Amie pojęli to w krótszym czasie. Malik przysiadł się obok.

– Nie potrafię – wymamrotał. – Jestem jak z drewna.

– Musimy ćwiczyć codziennie – odparłam spokojnie, może nawet lekko pobłażliwie. – To jedyny sposób, abyś w końcu się nauczył. Małymi krokami i będzie dobrze. Wstawaj.

   Wykonał niechętnie polecenie, dostrzegłam w nim pewne zrezygnowanie. Stanęliśmy naprzeciwko siebie.

– Kiedy ja się uczyłam, jedyne co miałam do dyspozycji, to wspomnienia z obserwowanych przeze mnie treningów i swoją komnatę. Żadnej broni. – Odłożyłam miecz. – Żadnych nauczycieli. Tylko ja i moja pamięć. Powtarzałam to, co pamiętałam. Odtwarzałam ruchy, potem dopiero uczyłam się więcej. Ale wszystko powoli i samotnie.

– Czyli nam pójdzie łatwiej, bo jesteśmy we dwójkę, tak? – spytał, a jego twarz rozjaśnił uśmiech. – To zabierzmy się do dalszej pracy.

– Ta postawa mi się podoba. – Także się uśmiechnęłam. – Codzienne treningi, ćwiczenia poprawiające wydolność i mięśnie, a za kilka tygodni opanujesz wszystkie podstawy. Nawet więcej.

   Mając w pamięci to, czego dokonałam w dwa tygodnie z przyjaciółmi na Amie, wiedziałam, że i jego uda mi się nauczyć, nawet gdyby zajęło to dłużej. Do wieczora spędziliśmy czas na powtarzaniu. Katowałam go unikami tak długo, aż potrafił je wykonać.

   Krótko po zmierzchu poszliśmy do swoich komnat. Wzięłam koszulę nocną, czy też po prostu zwykłe ubranie, które przeznaczyłam do spania, i poszłam na dół. Któregoś dnia Malik pokazał mi zapomniane przez większość łaźnie. Chłopak wolał się tam nie zapuszczać, ale ja stwierdziłam inaczej. Trochę tam posprzątałam i zamieniłam w miejsce miłego relaksu. Rurociągi działały bez zarzutu i już po kilku chwilach wannę wypełniła gorąca woda. Zanurzyłam się w niej, zdjąwszy wcześniej odzienie i odłożywszy je nieopodal. Ukryte ostrze leżało na wyciągnięcie dłoni, jak zawsze blisko mnie. Spędziłam w wodzie trochę czasu, dokładnie zmywając ze skóry resztki piachu, po którym toczyłam się podczas treningu. Zrobiłam też porządek z włosami. Wyjęłam sztylet i kilkoma ruchami ścięłam niesforne pukle. Skracała je regularnie, gdy sięgały ramion, obcinałam je ponownie do połowy karku.

   Wytarłam się, ubrałam i udałam na spoczynek. Po drodze spotkałam jednego z mężczyzn, którzy naskoczyli na mnie drugiego dnia. Obdarzył mnie nieprzyjemnym spojrzeniem, ale odrzuciłam tylko włosy i poszłam dalej. Rankiem siedziałam już w komnacie Mistrza. Na blacie leżały moje wszystkie bronie. Ostry jak brzytwa miecz, pistolet, dziesięć noży do rzucania, sztylety, ukryte ostrze i nadal nie do końca opanowany przeze mnie łuk. Mistrz Shalim przyjrzał się im uważnie, obejrzał z każdej strony i przeniósł wzrok na mnie.

– Widzę dość spory arsenał – powiedział w końcu swoim łagodnym głosem. – Korzystasz z tego wszystkiego?

– Tak, Mistrzu – odparłam. – Broń biała jest najbardziej poręczna, ale pistolet także czasem mi się przydaje. Łukiem nie potrafię się jeszcze dobrze posługiwać.

– Skąd masz tę broń? – spytał. – Mówiłaś wczoraj, że większość pochodzi jeszcze z czasów wyspy.

– Tak, Mistrzu. – To sformułowanie było moją najczęstszą odpowiedzią. – Miecz i ukryte ostrze otrzymałam od miejscowego kowala. Pistolet dał mi ojciec, chociaż już trochę wcześniej także miałam go w ręce. Noże są moją najwcześniejszą bronią, już ponad cztery lata temu miałam z takimi do czynienia.

– A łuk? – spytał.

– Azize nauczyła mnie podstaw, kiedy spędzałam z nią czas – zawahałam się. – Na dziesięć strzałów pudłuję trzy.

– To nie najgorszy wynik – skwitował Shalim z nutą pochwały. – Polujesz?

– Gdy przemierzaliśmy ląd w stronę Cytadeli, kilkakrotnie polowałam z Azize. Teraz jeszcze nie byłam, postanowiłam zaczekać do wiosny.

– Czy do tego czasu nie wyjdziesz z wprawy? – zapytał.

– Będę trenować w wolnej chwili na dziedzińcu.

– Widziałem wasz wczorajszy trening. – Uśmiechnął się. – To chyba nie był dziedziniec.

– Nie, Mistrzu – przyznałam. – Trenowałam wraz z Malikiem w ogrodzie, aby nikt nam nie przeszkadzał.

– Bardzo rozsądne podejście – pochwalił. – Zauważyłem też, że i Malikowi się ów trening podobał. Chłopak bardzo się męczy w Bibliotece, jednak obietnica złożona jego ojcu, nadal mnie obowiązuje. – Mistrz wstał i podszedł do okna, z którego, jak się okazało, widać było ogród. – Oddaję ogród do waszej całkowitej dyspozycji. Ty doskonalisz siebie, on odnajduje w sobie wojownika, którego zatracił kiedyś. To doskonały układ. – Obrócił się do mnie. – Chciałbym, abyś zaprezentowała mi swoje umiejętności. Widziałem już, jak posługujesz się mieczem w samotności, czas na prawdziwy trening. Nasi nieliczni strażnicy mają jutro zajęcia na dziedzińcu. Walczyć będą bronią ćwiczebną, dlatego nawet poważne cięcia nie będą niczym bolesnym. Chciałbym cię tam zobaczyć.

– Dobrze. – Skłoniłam głowę. – Postaram się nie zawieść twoich oczekiwań, Mistrzu.

– Ty mnie nie jesteś w stanie zawieść, Shadow. Nie jesteś taka jak twoja matka. – Mistrz westchnął, siadając ponownie. – Luisa była dziewczyną niezdyscyplinowaną. Będąc mniej więcej w twoim wieku, oddała się Templariuszowi. Templariuszowi! – Jego głos był nerwowy, gdy opowiadał o swojej córce, a mojej matce. – W imię czego? Luksusowych pałaców i władzy! Oto, czego chciała od życia. – Znowu westchnął. Gdy odezwał się ponownie, jego głos był smutny, ale już spokojniejszy. – Miałem wobec niej plany. Gdyby mnie wtedy posłuchała, dziś byłaby tak samo usytuowana, nawet lepiej. Jednak wolała pierwszą nadarzającą się okazję, aby znaleźć dla siebie dobrą partię. Jaka ona jest? – spytał. – Znalazła przynajmniej szczęście u jego boku?

– Moja matka… – Ciężko było mi dobrać słowa. – Cóż, nigdy nie miałam z nią najlepszych relacji. Myślę jednak, że jest szczęśliwa. Doczekała się ze swoim mężem dwójki dzieci, które odpowiadają jej wzorcom. Była z nich od zawsze dumna i szczęśliwa z ich osiągnięć. Moje postępowanie nigdy jej nie zadowalało.

– Nawet nie wiesz, jak te dwa spotkania mnie uszczęśliwiły. – Uśmiechnął się, ale tylko ustami, oczy nadal pozostawały smutne. – Jestem dumny, gdy widzę ciebie i twoje zamiłowanie do naszych zasad. Będziesz dobrą Asasynką, Shadow. Ja to doskonale wiem. – Zamilkł na moment. – Powinnaś wiedzieć, że nie musiałabyś zostawać w Cytadeli. Gdyby Edward nie wspomniał o tym, że jesteś moją wnuczką, zostałabyś odesłana. Chciałem jednak poznać cię, dołożyć cegiełkę do twojej nauki.

   Zaległa cisza. W końcu przerwałam ją, starając się odpowiednio dobrać słowa.

– Do niedawna byłam zła, że muszę tutaj zostać. Jednak odkąd miałam możliwość rozmowy z tobą, Mistrzu, moje podejście zmieniło się szybko. Tym bardziej teraz. Gdy poznałam Malika, jest nawet zabawnie. Mimo ogólnej szarości, moje dni są nadal kolorowe.

– Cieszę się z tego – odrzekł, kładąc rękę na mojej dłoni. – Oboje odżyliście. Malik był moim bliskim pomocnikiem przez ostatnie kilka miesięcy. Widziałem, że to miejsce go przygaszało coraz bardziej i właśnie dlatego to on miał cię oprowadzać. Teraz może nawet zmienisz jego życie. Zamiast spędzić je do starości przy księgach, pewnie uda się z tobą gdzieś za morze i zostanie Asasynem takim, jak ty. Jesteś lekarstwem tej Cytadeli. Nie zdziwię się, jeżeli niedługo całe to miejsce odżyje dzięki tobie.

– Dziękuję, Mistrzu. Cieszę się, że tak uważasz.

– Po tej miłej pogawędce czas na naukę – powiedział, wstając. – Weź swoją broń i chodź za mną.

   Wykonałam polecenie. Obwieszona jak na wojnę, wyszłam za Mistrzem z jego komnat. Udaliśmy się w milczeniu na dziedziniec, gdzie zarządził szybko ustawić jedną tarczę łuczniczą i kilka celów do noży. Usiadł na kamiennej ławie i powiedział:

– Jutro zaprezentujesz mi szermierkę, dziś pokażesz mi, jak z twoją celnością. Za pół godziny twój nowy przyjaciel zostanie zwolniony z zajęć. – Mężczyzna wydawał się zadowolony ze swoich następnych słów. – Teraz już praktycznie na stałe.

   Uśmiechnęłam się szeroko.

– Dziękuję, Mistrzu. Jestem wielce wdzięczna.

– Teraz zajmij się tym, czym miałaś – odparł.

   Wyjęłam nóż do rzucania. Skoncentrowałam się, miałam sporo czasu. Odciągnęłam rękę w tył, przymierzyłam i cisnęłam nożem w najbliższy cel. Błyskawicznie wyjęłam następny nóż, przeniosłam wzrok na następny cel. Rzuciłam nim, jeszcze zanim wcześniejszy dosięgnął celu. Z kilkoma następnymi zrobiłam to samo, w niewielkich odstępach czasowych dało się słyszeć głuchy odgłos wbijania ostrza w drewno. Spojrzałam na Mistrza, orientując się, że nie tylko on na mnie patrzył. Za jego kamienną ławą zatrzymała się grupka mężczyzn, wśród nich zobaczyłam uśmiechniętego Malika. Pomachałam mu, na co odpowiedział tym samym. W pewnym oddaleniu siedziało kilku wojowników, którzy grali w coś na ziemi. Sześćdziesięciolatek zaklaskał w dłonie, jakby nie zdając sobie sprawy z obecności pozostałych.

– Gdyby tak potrafili podopieczni Cytadeli! – zawołał przesadnie głośno, co chyba było pstryczkiem w nos siedzących nieopodal wojowników. – Bijesz o głowę biegłością w tej sztuce wszystkich w tych murach. Zbierz swoje rzeczy, na dziś masz wolne.

– Dziękuję, Mistrzu. – Skłoniłam się w wyrazie szacunku.

   Poszłam do tarcz i schowałam noże na ich miejsca. Zabrałam swój sprzęt, po czym oddaliłam się z dziedzińca. Zaniosłam wszystko do swojej komnaty i skierowałam się na miejsce treningów. W połowie korytarza dogonił mnie Malik. Przywitałam go uśmiechem.

– Nie uwierzysz – powiedział. – Mistrz zwolnił mnie z zajęć w Bibliotece!

– To dobrze, jak widzę, wcale cię ta decyzja nie smuci.

– Ani trochę. – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. 

   Poszliśmy razem do ogrodu. Przez chwilę milczeliśmy, jednak na miejscu sytuacja się zmieniła.

– Ścięłaś włosy? – spytał nie tyle zaskoczony, ile bardziej zawiedziony. Pokiwałam głową. – Bardziej podobał… Znaczy, lepiej było ci w dłuższych – powiedział, a mnie wydawało się, że przez moment widziałam cień rumieńca na jego policzkach.

– Nie lubię długich włosów. – Wzruszyłam ramionami i rozpoczęliśmy kolejny trening.

   Stopniowo stawał się coraz lepszy. Po miesiącu powtarzania tych samych ćwiczeń, w końcu zdecydowałam się na naukę z mieczami. Chłopak rozwinął swoją kondycję, biegał już szybciej i mniej się męczył. Poprawił koordynację ruchową i refleks. Podobało mi się, gdy ćwiczył. Był pełen zapału, a nieraz, gdy przychodziłam z opóźnieniem z komnat Mistrza, on już ćwiczył sam.

   Czas w Cytadeli upływał zarazem wolniej, jak i szybciej. Zdawało się, że od mojego przybycia minęły dopiero trzy tygodnie, a kiedy Malik stał się biegłym szermierzem, drzewa zaczęły kwitnąć. Nadeszła wiosna, a my zaprzyjaźniliśmy się ze sobą. Byliśmy niczym dwie bratnie dusze, odszukane po latach. Znałam jego wszystkie upodobania i zachowania, to samo tyczyło się jego wiedzy w stosunku do mnie. Wiedział jak mnie rozśmieszyć, dawał mi jednoosobową namiastkę tego, co było kiedyś na wyspie. A nawet więcej. Opowiedziałam mu swoją przeszłość jednej z ciepłych kwietniowych nocy, kiedy nie mogłam zasnąć. Siedzieliśmy na blankach, oparłam głowę o jego ramię i opowiadałam. Objął mnie delikatnie, wysłuchując tego z uwagą. Lubiłam tę bliskość, jaką przy nim czułam. Na jego widok od razu się uśmiechałam i mimo tęsknoty za przyjaciółmi czy rodziną, nie odczuwałam smutku, a wręcz przeciwnie, cieszyłam się każdym dniem. Malik zaprzestał nauki w Bibliotece, całkowicie poświęcił się treningom. Były moje urodziny, ciepły, czerwcowy dzień. Słońce przygrzewało już mocno, usiedliśmy w cieniu, aby trochę odpocząć. Popijaliśmy wodę z bukłaka, kiedy spytałam:

– Nigdy nie powiedziałeś mi, dlaczego znalazłeś się w Cytadeli.

   Chłopak nie odpowiadał przez kilka chwil. Odłożył bukłak i zaczął powoli opowiadać swoją przeszłość:

– Jestem ci winien historię od początku – zamilkł na moment. – Zajmie to trochę czasu, ale wiem, że i tak cierpliwie mnie wysłuchasz. Widzisz, szybko straciłem matkę. Miałem wtedy jakieś pięć lat. Była ze Starego Kontynentu, gdzie z resztą się urodziłem. Mieszkaliśmy w jednym z miast Pontaryki, w niewielkim domu. Mieliśmy ogródek, w którym mama sadziła kwiaty i warzywa, tata pracował w księgarni, tylko tyle pamiętam z tamtego miejsca. Mama zmarła przy porodzie drugiego dziecka. Po roku ojciec przeprowadził się wraz ze mną do Cytadeli. Tamten dom zbyt przypominał mu matkę, powoli popadał w obłęd. Zanim dotarliśmy na miejsce, skończyłem osiem lat. Ojciec zaprzestał kształcenia na wojownika, postanowił zrobić ze mnie Bibliotekarza. Wywrócił moje życie do góry nogami. Zmienił mi nawet imię na bardziej uczone, zgodne z tradycją Cytadeli. Już nawet nie wiem, jak brzmi moje prawdziwe imię w czyichś ustach.

– Jak się nazywałeś? – spytałam, chcąc mówić do niego prawdziwym imieniem. Pragnęłam zobaczyć, jak reaguje na to słowo, wypowiadane przeze mnie.

– Matka nazwała mnie Ezio – odparł, spoglądając w moją stronę. – Imieniem jednego z moich przodków.

– Podoba mi się – powiedziałam, uśmiechając się lekko i przysuwając trochę bliżej chłopaka. – Mów jednak dalej, Ezio.

   Uśmiechnął się ciepło i kontynuował:

– Przez pierwsze osiem lat mieszkania w okolicy Cytadeli, nie czułem pustki ani przygnębienia. Minęło wszak sporo czasu, odkąd wszystko się zmieniło, a po zajęciach mogłem chodzić po okolicy i spędzać wolny czas po swojemu. Kiedy miałem siedemnaście lat, zmarł mój ojciec. Przez jakiś czas mieszkałem u naszej znajomej, ale nie chciałem być dla niej ciężarem. Wystarczyło, że musiała zajmować się swoim domem. Kobieta straciła męża i sama została ze wszystkim, włącznie z zarabianiem na dzieci. Pomagałem jej, jak tylko mogłem, przestałem nawet na jakiś czas uczęszczać do Cytadeli. Po kilku miesiącach Mistrz Shalim przysłał po mnie i przygotował mi kwaterę. Początkowo nie czułem nudy czy samotności. Dopiero kiedy przestałem odwiedzać Melan i jej dom, zamieszkałem tutaj, z uczonymi, których nie znałem i nie potrafiłem być przy nich sobą, dopiero wtedy zobaczyłem, jak marnie wygląda moje życie. I nagle pojawiłaś się ty. – Spojrzał na mnie. – W końcu poczułem jakiś sens, znalazłem powód do życia. A w zasadzie, to ten powód znalazł mnie.

   Nie wiedziałam co powiedzieć. Patrzyłam mu w oczy i widziałam w nich coś więcej niż radość. Patrzyłam na niego codziennie, a jednak dopiero w tamtym momencie zauważyłam coś, co wcześniej zagłuszałam. Nie dopuszczałam takiej myśli, a jednak była ona prawdziwa. Przysunęłam się do niego jeszcze bliżej. Objął mnie delikatnie, także się przysunął. Nasze ciała były często tak blisko, czy to przy treningach, czy w gorsze dni. Jednak w tamtym momencie poczułam w tym wszystkim coś więcej. Nieśmiało zbliżyłam twarz w stronę jego twarzy. Byliśmy tak blisko, że czułam jego ciepły oddech na policzku. Chciałam się przybliżyć, ale zawahałam się. Już miałam się wycofać, powiedzieć, że zbyt wiele sobie wyobraziłam, ale powstrzymał mnie od tego, całując. Pocałunek najpierw był delikatny, ledwie muśnięcie. Po chwili przerodził się w coś bardziej namiętnego, napełniającego mnie wspaniałym uczuciem.

– Kocham cię – wyszeptał, kiedy przerwaliśmy pocałunek.

– Ja ciebie też – odparłam również szeptem, opierając głowę o jego ramię. – Proszę, wyjedź razem ze mną z Cytadeli. Chcę spędzić z tobą całe życie.

– Wyjadę – odparł, całując mnie w czoło. – Ale obiecaj mi coś.

– Tak? – spytałam.

– Nie będziesz ścinać włosów – powiedział lekko rozbawionym tonem.

– Obiecuję. – I mnie udzieliło się jego rozbawienie.

***

   Nadszedł dzień, w którym miałam spotkać się z Mistrzem po raz ostatni. Przyszłam do niego i usiadłam w fotelu, tam, gdzie było moje miejsce przez ostatnie pół roku. Na stoliku pomiędzy naszymi fotelami stała szkatułka, którą zobaczyłam pierwszego dnia. Mistrz usiadł naprzeciw mnie. Spojrzałam na niego, a ten tylko się uśmiechnął.

– Nie spytasz mnie, czym jest ten przedmiot? – zapytał.

– Zastanawiam się, po co Mistrz przyniósł ten kuferek. To jedyne, co mnie intryguje.

– A więc nie ulegasz tej pokusie? – Uśmiech Mistrza nie znikał. – Czas, abyś poznała Prawdę. Proszę, otwórz wieko.

   Wykonałam polecenie bez ociągania. Wewnątrz, na czerwonym aksamicie, leżała złota kula. Jej powierzchnię obiegały wyżłobione wgłębienia. Spojrzałam na mężczyznę.

– Czym jest ten przedmiot? – spytałam.

– Ucieleśnieniem pokusy – powiedział, nawet nie patrząc na kulę. – Ludzie słabej woli nie mogą mieć z nią styczności. Zawiera wielką wiedzę naszych przodków.

– To? – Uniosłam brwi. – Ta kulka ma być złożem wiedzy?

– Moje dziecko, ten przedmiot tylko z wyglądu jest niepozorny. Dotknij jej. Dotknij tej kuli.

   Wyciągnęłam dłoń w jej stronę. Poczułam lekki dreszcz, kiedy moje palce zetknęły się z gładką powierzchnią. Nagle rozjarzyła się złotawym blaskiem, na ścianach pojawiły się symbole, a w mojej głowie przeleciały różne obrazy. Odsunęłam dłoń.

– Czym to jest? – spytałam. – Co stało się z Ziemią? Co to znaczy?

– Leży przed tobą Jabłko Edenu – powiedział Mistrz. – Najprościej wyjaśniłoby to samo Jabłko, ja mogę tylko tłumaczyć to, co sam wiem. – Przedmiot nadal świecił, na ścianach układały się obrazy, które Mistrz kolejno objaśniał. – Kiedyś, na samym początku, ziemię zajmowali Ci, Którzy Byli Przed Nami. Z niewiadomych nam przyczyn doszło do jakiejś katastrofy. – Na ścianach widziałam obrazy uciekających ludzi, ginących pośród wielkich, szklanych wież. – Doszło wówczas do prawie całkowitej zagłady. Przeżyli tylko nierozwinięci jeszcze ludzie. Nieliczni, którzy przeżyli początkowe trudności, uchowali się w jakiś sposób. Stworzyli plemiona, stopniowo odbudowali się. Ci, Którzy Byli Przed Nimi, nie powrócili. – Zobaczyłam kolejno ludzi wznoszących wielkie stożkowate budowle i takich, którzy pływali statkami, mieli broń palną doskonalszą od naszej. – Ludzie stworzyli pierwsze państwa, wynalazki, wojny, rewolucje, zniszczenia i odbudowy, w końcu stali się potężni. A za wszystkim stały bliźniacze do naszego Artefakty. Walczyli o nie Asasyni i Templariusze, nasi przodkowie. Jednak niezależnie od wyniku ich starć, nikt nie był w stanie powstrzymać nadchodzącej katastrofy. Nawet poświęcenie, jakiego dokonał Desmond Miles, nie mogło wystarczyć na wszystkie lata istnienia planety. – Ujrzałam młodego mężczyznę, który z wrzaskiem oddał swoje życie, aby uchronić ludzkość. Upadł na posadzkę, jego dłoń stała się czarna, zwęglona wręcz. Po nim pojawiły się obrazy kolejnego, niszczycielskiego zjawiska. – Ziemia po raz kolejny została zniszczona. I wówczas nadeszła nasza era. Odbudowaliśmy się dzięki temu jednemu, jedynemu Artefaktowi, jaki pozostał po drugiej katastrofie. Ludzi połączył wspólny dla całego świata język, ale nadal pozostała ta sama walka. My i Templariusze jesteśmy jedynymi, którzy znają przeszłość planety i to, że istnieje Jabłko Edenu. A ty jesteś następczynią mojego dziedzictwa. Dowiodłaś tego, nie ulegając pokusie. Dopytywałaś się o Jabłko dopiero wtedy, gdy nakazałem ci dotknąć go, a ono przekazało ci wiedzę. – Zamknął skrzynię. – I pragnę, abyś zabrała je, gdy będziesz opuszczać Cytadelę. Jesteś jedną z tych, którzy mają sprawować pieczę nad tym Artefaktem. A jak nie starczy ci sił, aby je chronić, ukryj.

– Tak jest, Mistrzu – odparłam, chociaż nadal nie do końca rozumiałam, co to miało oznaczać.

   Opuściłam komnatę, powoli zbliżał wieczór. Spakowałam już swoje najważniejsze rzeczy i byłam gotowa w każdej chwili odjechać. Spotkałam się z Eziem w okolicy Biblioteki, gdzie chłopak rozmawiał z kilkoma mężczyznami. Wyróżniał się spośród nich. Biała koszula opinała się na jego rozbudowanych od treningów mięśniach, nie wyglądał już jak uczony. Włosy miał dłuższe, związał je czerwoną wstążką z tyłu głowy.

– Maliku, wielka szkoda, że odchodzisz – powiedział jeden z mężczyzn, kiedy podchodziłam. – Mam nadzieję, że wiesz, co robisz.

– Wiem – odparł stanowczo. – Nie nadaję się do tego. Żegnajcie.

– Żegnaj – odparli mrukliwie i poszli w swoją stronę.

   Przytuliłam go od tyłu, zaskakując.

– Nadal musisz poćwiczyć uważne czuwanie – mruknęłam cicho.

– A ty, moja cicha kocico, powinnaś pomyśleć o odpoczynku. – Odwrócił się twarzą do mnie. – Słyszałem, że Mistrz ukazał ci Prawdę.

– Tak, znam już przeszłość, ale ta wiedza mnie nie zmęczyła – odparłam, zarzucając mu ręce na szyję. – Wolałabym jeszcze pójść się odświeżyć.

– Odświeżyć, powiadasz? – spytał, kładąc mi ręce na biodrach. – Masz coś konkretnego na myśli?

–  A mam – odparłam i zaprowadziłam go do łaźni.

   Weszliśmy do środka. Brunet rozejrzał się wkoło, a ja zrzuciłam w tym czasie buty i powoli podeszłam do krawędzi wanny.

– To tutaj znikałaś codziennie na dwie godziny? – spytał, a ja zsunęłam z siebie spodnie, zostawiając je kawałek od butów.

– Tak – odparłam. – Trochę spokoju nikomu nie szkodzi. – Zdjęłam bluzkę i bieliznę. – Wskakuj do mnie.

– Już idę. – Uśmiechnął się zalotnie i dołączył do mnie w ciepłej wodzie.

***

   Następnego ranka leżeliśmy w mojej komnacie. Przytuliłam się do niego, głowę położyłam na jego klatce piersiowej. Gładził mnie po plecach, co było bardzo przyjemne i raz za razem wywoływało u mnie kojące dreszcze. Nagle rozległ się grzmot, aż prycza się zatrzęsła. Skoczyliśmy na równe nogi, dobywając broni. Chłopak otworzył drzwi na korytarz, gdzie w panice przebiegło kilku uczonych. Zatrzymał jednego, kiedy ja dozbrajałam się.

– Co się dzieje? – spytał.

– Zaatakowano Cytadelę.

Opublikowano
Kategorie Assassin's Creed
Odsłon 558
2

Komentarze (2)

  • 7 maja 2020 at 21:39
    Ty to potrafisz Polsatować XD Czekam na kolejną część ^^ Btw, zauważyłam na początku każdej części jedno zdanie. Z początku wydawało mi się to bezsensu, ale teraz zaczynam je układać w całość i jestem bardzo ciekawa o co z tym chodzi ^w^
    • 8 maja 2020 at 15:48
      Wszystko w swoim czasie... Ale ptaszki na moim podwórku ćwierkają o tym, że jeszcze w maju wszystkiego się dowiesz! Bardzo mi miło, że podoba Ci się moja praca, bo włożyłam w nią sporo pracy. Napisanie całości zajęło blisko dwa lata, teraz to tylko formalność, żeby wszystko tu opublikować :D

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!