Nothing Is True, Everything Is Permitted – Część Dziewiąta

A zostałam skazana na śmierć przez powieszenie.

***

   Cytadela była ogromna. Jej ściany z grubo ciosanego kamienia odbijały nasze kroki echem. Gdy szliśmy korytarzem, minęło nas kilku mężczyzn, którzy bardziej przypominali zakonników, a nie wyszkolonych wojowników. Pogoda zaskoczyła mnie temperaturą, wyższą niż w Stolicy o tej samej porze. Mimo to wnętrze wydawało się zimne, nieprzyjemne, wręcz przyprawiało o ciarki, tak, jak opowiadał kiedyś ojciec.

   Weszliśmy w końcu do przestronnego pomieszczenia o wysokim sklepieniu. Ogromne łukowate okno wpuszczało blask popołudniowego słońca, w promieniach światła widać było latające w powietrzu drobiny kurzu. Na środku stało biurko, za którym siedział na oko sześćdziesięcioletni mężczyzna. Siwa broda sięgała mu piersi, czarna szata odkrywała tylko pomarszczoną twarz oraz zniszczone wiekiem i pracą dłonie. Azize skłoniła się, to samo uczyniliśmy i my. Mistrz milczał moment, jakby próbował sobie coś przypomnieć. Gdy odezwał się, głos nie pasował do jego niepozornej postury. Brzmiał, jakby należał do człowieka postawnego, niepokonanego wojownika. Miał w sobie coś z głosu prawdziwego przywódcy, a jednocześnie należał do zbyt łagodnego starca, który nie mógł utrzymać przy sobie wiernych ludzi.

– Azize Talan, Edward Grey. Nie spodziewałem się akurat was. Jednak cieszę się, tym bardziej, że przyprowadziliście nowe twarze.

   Zamrugałam kilka razy, dostrzegając oczywisty fakt. Zdziwiło mnie, że nie wpadłam na to wcześniej. Matka dała mi nazwisko prawdziwego ojca. Tyle lat posługiwałam się innym nazwiskiem niż reszta rodziny, a nie zwróciłam na to uwagi. Czyżby więc gubernator wiedział o zdradzie, a mimo to ona bała się, że faktycznie wygadam jej przewinę? To było głupie, ale coś się za tym wszystkim kryło. Nie wiedziałam tylko, co takiego. Odrzuciłam natarczywą myśl i skupiłam się na audiencji. Starzec przyglądał się teraz właśnie nam.

– Widzę niepewność na twojej twarzy, dziecko – zwrócił się do mnie. – Zacznijmy jednak od dorosłych, dopiero potem przejdziemy do was. – Spojrzał na szatynkę. – Azize, dawno nie otrzymałem raportów.

– Wybacz mi, Mistrzu Shalimie. – Skłoniła się ponownie. – Jednak w moim rejonie jest już całkowity spokój. Postanowiłam więc, że napiszę dopiero w przypadku zmiany owej sytuacji.

– Od dawna tracę kontakt z naszymi ośrodkami w różnych częściach świata. Obawiałem się, że również ciebie dosięgła zaraza zdrady. – Przeniósł wzrok na ojca. – Proszę, proszę, wrócił nasz pirat.

– We własnej osobie, Mistrzu – powiedział Edward, rozkładając ręce. – Jednak nie udało mi się.

– Widzę – odparł spokojnie Mistrz. – Gdyby nie fakt, że ciągle tracę kolejne jednostki, już byś tutaj nie stał. Porzuciłeś wszystko, aby być korsarzem, do tego miałem nadzieję, że podołasz, jednak tak się nie stało. Niestety tego się spodziewałem. – Westchnął i przeniósł wzrok na nas. – Przyprowadziliście ze sobą dwóch nowych uczniów. Czy to twoi potomkowie, Azize?

– Nie – odparła. – Chociaż w niewielkim stopniu przyczyniłam się do szkolenia ich.

– To moje skarby. – Uśmiechnął się ojciec, kładąc nam dłonie na ramionach. – Aaron i Shadow.

– Jak widzę, jest i dziewczyna do zaprzysiężenia, tak?– spytał Mistrz. – Jesteś pewien, że oddajesz swoją córkę na tak niedogodną służbę?

– Sama zdecydowała się na złożenie przysięgi. Wiem, co to oznacza. Mam jednak nadzieję, że ciepło przyjmiesz swoją wnuczkę. – Na ostatnie słowo Shalim wyprostował się w krześle.

– Czyli widziałeś moją córkę. Okazała chociaż trochę skruchy?

– Nie – odparł kapitan.

– Tego się obawiałem. – Wstał.

   Dopiero wówczas zobaczyłam, że mimo wieku nadal trzymał się prosto. Chodzenie nie sprawiało mu trudności, przynajmniej tak się wydawało. Podszedł do kominka i dołożył do ognia. Włożył do środka żelazne szczypce. Przywołał też jakiegoś młodego chłopaka, który zjawił się prawie znikąd i stanął na uboczu.

– Chociaż grono nie jest wielkie – zaczął, patrząc na rozgrzewające się szczypce – mam zaszczyt przyłączyć dwie nowe dusze do naszego grona. Laa shay’a waqi’un moutlaq bale kouloun moumkine. Oto słowa wypowiadane przez naszych przodków, które stanowią trzon naszego Credo. Tam gdzie inni podążają za prawdą ty pamiętaj…

– Że nic nie jest prawdą – powiedziałam instynktownie, to samo Aaron.

– Tam gdzie innych ogranicza moralność bądź prawo ty pamiętaj… – kontynuował przysięgę Mistrz.

– Że wszystko jest dozwolone – dokończyliśmy równo.

– Pracujemy w ciemności, by służyć światłu. Jesteśmy Asasynami.

– Pracujemy w ciemności, by służyć światłu. Jesteśmy Asasynami – powtórzyliśmy, wraz z nami powiedzieli to pozostali.

– Nic nie jest prawdą, wszystko jest dozwolone – powiedział Mistrz, wyjmując szczypce. – Kiedyś wymagano podczas przysięgi odcięcia serdecznego palca. Dziś jednak wystarczy wypalić ten pierścień jako znak przysięgi i poświęcenia. – Podszedł do mojego brata. – Podaj mi prawą dłoń.

   Aaron wykonał polecenie i mężczyzna zacisnął szczypce na jego palcu. Chłopak skrzywił się lekko, a Mistrz podszedł zaraz do mnie.

– Podaj dłoń – powiedział, wyciągając rękę.

   Zrobiłam to. Szczypce, zakończone półokrągłymi formami, zacisnęły się na moim palcu. Poczułam ból oparzenia i zapach przypalanej skóry. Z pewnością się skrzywiłam, ale po chwili wszystko ustało. Na mojej skórze został ciemny zarys. Na wierzchu palca widniał symbol Asasynów, wkoło zaś biegły mniejsze wzory przypominające słowa. Po przypatrzeniu się zauważyłam, że faktycznie były to słowa naszej przysięgi. Nothing is true, everything is permitted. Nic nie jest prawdą, wszystko jest dozwolone. Azize podała mi maść.

– Złagodzi ból oparzenia – powiedziała.

– Dziękuję. – Wsmarowałam w podrażnione miejsce.

– Czas, abyście się pożegnali – powiedział Shalim. – Dam wam kilka minut.

   Odszedł do okna, gdzie przywołał tajemniczego chłopaka. Azize objęła mnie. W jej oczach zalśniły łzy.

– Uważaj na siebie, skarbie – powiedziała cicho, głosem drżącym lekko z emocji.

– Wrócimy po ciebie szybciej, niż myślisz – dodał ojciec, także mnie obejmując. Wydawał się spokojniejszy od swojej przyjaciółki. – Pamiętaj. Sto osiemdziesiąt dni.

– Pokaż im, na co cię stać – wyszeptał Aaron wprost do mojego ucha. – Będę tęsknił za moją siostrzyczką.

– Ja za wami też – powiedziałam i odsunęłam się od niego. – Azize, nie pozwól im znowu się upić. – Kobieta uśmiechnęła się, ocierając łzy. – Tato, nie daj się zabić na morzu, oby wam prądy sprzyjały. Aaron – spojrzałam na brata – pilnujcie się nawzajem. Chcę was zobaczyć w tym samym składzie.

   Pokiwali głowami, a Mistrz odprawił chłopaka od siebie. Ten podszedł do nas i powiedział:

– Koniec czasu. Chodź za mną.

  Po raz ostatni spojrzałam na niedawnych towarzyszy i poszłam za chłopakiem. Gdy szliśmy korytarzem, łzy stanęły mi w oczach. Nagle zdałam sobie sprawę, że zobaczę ich dopiero za pół roku, może nawet dalej. Otarłam łzy, które zdążyły wypłynąć i nakazałam sobie opanować emocje. Poszliśmy do stajni, gdzie zdjęłam z jucznego konia swoje juki. Obróciłam się do bruneta, prowadzącego mnie.

– Idziemy odnieść rzeczy do twojej nowej kwatery – oznajmił, odbierając ode mnie część. – Mistrz chciał, abym oprowadził cię po Cytadeli.

– Prowadź – odparłam i chociaż nie płakałam, mój głos nadal był smutny.

   Przeprowadził mnie przez następne zimne i puste korytarze, bez słowa otworzył drzwi do prostej sali i dał mi chwilę. Małe okno wpuszczało wąski snop światła, drewnianą pryczę przykryto kocem. Na niewielkim stoliku stała świeczka, a obok posłania znalazłam mały kufer. Wrzuciłam do niego pakunki i wyszłam. Chłopak wskazał ręką, że mnie przepuszcza i powiedział:

– Mistrz Shalim nakazał mi towarzyszyć tobie przez następne kilka dni. – Szliśmy obok siebie przez kolejny zimny, wyprany z koloru korytarz. – Gdy zdecydujesz się na samodzielne przemieszczanie po terenie Cytadeli, wystarczy, że powiesz – zamilkł na moment. – Myślę, że spodoba ci się życie tutaj. Wielka Biblioteka nie ma zbyt wielu opiekunów, każdy młody adept ma prawo jednak odejść.

– Wybacz, ale w tym miejscu ci przerwę – odezwałam się. – Nie będę żadnym opiekunem Biblioteki. Zamknęli mnie tu tylko dlatego, że jestem dziewczyną.

– Rozumiem – stwierdził lekko zmieszany. – W takim razie wybacz. Myślałem, że zostaniesz tutaj i chciałem oprowadzić cię w taki sam sposób jak mnie sam Mistrz.

– Jak chcesz. – Wzruszyłam ramionami. – Mnie tam wszystko jedno.

   Przeprowadził mnie przez wszystkie najważniejsze miejsca. Plac główny, wielką kuchnię, pokazał wejście do Biblioteki i wiele innych. Gdy skończył opowiadać suche fakty na temat tego miejsca, powoli zapadał zmrok. Usiadłam na blankach, na które wspięłam się, gdy na chwilę się odwrócił. Patrzyłam na gwiazdy, pojawiające się na nieboskłonie. Byłam przybita samotnością. Nogi zwiesiłam po drugiej stronie muru, płaszcz i sięgające ramion włosy rozwiewał delikatny wiatr, co przypomniało mi bocianie gniazdo i morską bryzę. Brunet szukał mnie na dole, a gdy zobaczył, gdzie siedziałam, wspiął się po schodach.

– Nie oddalaj się tak – powiedział. – Mistrz nakazał, abym ci towarzyszył.

– Wiem – warknęłam, ale zdając sobie sprawę z tego, jak go potraktowałam, posmutniałam jeszcze bardziej. – Przepraszam.

– Nic się nie stało – odparł. – W zasadzie – oparł się o blanki – miałem tak samo, kiedy zostałem w twierdzy.

– Nie potrafię odnaleźć się w tym wszystkim. – Zeszłam z blanek. – Jestem chwilowo jak mała mrówka pośród skał. Nie znam tego miejsca i ludzi.

– No to jednego już poznałaś – powiedział, wyciągając rękę. – Malik.

– Shadow. – Uścisnęliśmy sobie dłonie w ten sam sposób, który podpatrzyłam u Azize i jej ludzi. – Długo tu jesteś?

– Niedługo minie rok.

– Tyle to zajęła podróż tutaj – stwierdziłam, przypominając sobie całe dni spędzone na morzu.

– Czas udać się na spoczynek – powiedział mój nowy znajomy. – Jutro zostaniesz wprowadzona w rutynę dzienną.

   Udaliśmy się do swoich kwater. Znajdowały się na jednym piętrze, ale dzieliło je kilka innych pomieszczeń. Położyłam się i długo nie mogłam zasnąć. Leżąc w ciemności, o mały włos bym się rozpłakała. Pomyślałam sobie wtedy, co powiedzieliby pozostali. Przed oczami zobaczyłam żegnającą się ze mną trójkę, przypomniałam sobie ich słowa. Powtórzyłam w myślach asasyńskie Credo, przysięgę złożoną tego dnia w komnacie Mistrza oraz tą, którą stworzyliśmy na wyspie. W ten sposób odgoniłam od siebie myśli o pirackiej wyprawie i moich bliskich, uspokoiłam emocje. Obróciłam się jeszcze twarzą w stronę ściany i zasnęłam.

   Rankiem obudziłam się równo z brzaskiem. Ubrałam się dokładnie tak, jak robiłam to zawsze na okręcie. Rutyna kazała mi przygotować mięśnie do wspinaczki na bocianie gniazdo, odetchnąć kilka razy przed kilkoma rundkami wkoło pokładu. Rozciągnęłam się, jak zawsze o poranku. Tak wyglądały treningi z Azize. Codziennie robiłyśmy to samo, ale dzięki temu nadal miałam dobrą kondycję i mimo prawie roku spędzonego na statku, biegałam nadal tak samo sprawnie, jak kiedyś. Wyszłam z komnaty, zamykając za sobą drzwi. Miękkie buty zapewniały mi w miarę ciche poruszanie, jednak i tak ogromne sklepienie zdawało się zwielokrotniać każdy, nawet najcichszy dźwięk. Szłam korytarzem, próbując rozeznać, gdzie prowadził. Za zakrętem zobaczyłam Malika rozmawiającego z kilkoma mężczyznami niewiele starszymi od niego. Wszyscy wyglądali jak mole książkowe, które nie opuszczały zakamarków swoich komnat, spędzając czas na czytaniu starych ksiąg. Nie chciałam być nachalna w stosunku do nieznanego mi zbyt dobrze chłopaka, dlatego oddaliłam się, nim mnie zauważyli. Korytarzem przeszło kilku uczonych, praktycznie nie zwracając na mnie uwagi. Poszłam za nimi, nie mając lepszego zajęcia. Trafiłam w ten sposób do sali jadalnej. Przy kotle stał starszy mężczyzna i podawał miski napełnione czymś, co przypominało owsiankę. Od wcześniejszego dnia nic nie jadłam, więc przyjęłam nieapetycznie wyglądający posiłek i udałam się do pustego stolika w rogu sali. Zasiadłam tam z łyżką i powoli jadłam. Nie należała do najlepszych, ale nie narzekałam. Do środka weszło jeszcze kilku uczonych i grupa wyglądająca na bardziej wyszkolonych w walce ludzi, a za nimi Malik z grupą swoich znajomych. Wzięli miski i usiedli dwa stoliki dalej, przez co dotarły do mnie szczątki ich rozmowy. Rozprawiali o konserwacji ksiąg przed podróżą i tym, czy Mistrz dobrze robił… Cokolwiek miało to oznaczać, nie było dla mnie niczym fascynującym. Wpatrywałam się w palec, na którym wypalono symbol. Nagle ktoś się dosiadł. Podniosłam wzrok, odruchowo napinając mięśnie. Rozluźniłam się, kiedy zobaczyłam, co się stało. Malik przysiadł się do mojego stolika, przy okazji zabierając ze sobą znajomych.

– Dzień dobry, Shadow – przywitał się uprzejmie brunet, lekko się uśmiechając. – Jak minęła pierwsza noc?

– Witaj, Maliku. – Również się uśmiechnęłam. – Nawet dobrze, ale zawsze do snu kołysały mnie morskie fale i dziwnie było mi zasypiać bez tego.

– Czy prawdą jest, że ostatni rok spędziłaś na pirackim statku? – wypalił jeden z nowych.

– Zapewne Mistrz wam powiedział – odparłam, chociaż wścibski ton głosu nie spodobał mi się. – Tak, pływałam wraz z ojcem i bratem na Kawce, naszym okręcie.

– W takim razie co robisz wśród murów Cytadeli? – warknął drugi. – Tacy jak ty nie powinni mieć prawa wstępu do tego świętego miejsca.

– Najwidoczniej to nie twój interes – odparłam bardziej natarczywie niż wcześniej, wstając. – Mnie nie uśmiecha się być tutaj, a was nie powinna obchodzić moja przeszłość.

   Odeszłam, zostawiając wszystko. Usłyszałam za sobą wzburzone głosy. Jak tylko znalazłam się poza pomieszczeniem, zaczęłam biec. Chciałam uciec stamtąd, jak najszybciej zostawić ich daleko. Wybiegłam krętymi niczym labirynt korytarzami na dziedziniec, gdzie owiało mnie chłodne powietrze. Zaciągnęłam się nim, uspokajając oddech. Zdenerwowała mnie grupka tamtych mężczyzn. Byli bezczelni i nic tego nie usprawiedliwiało. Gdyby tylko wiedzieli, czego dokonałam, zanim znalazłam się w Bractwie, inaczej by na mnie patrzyli. Jednak czy chciałam mówić to takim jak oni? Nigdy. Nie zaufałabym im na tyle, aby to obnażyć, tak jak zrobiłam podczas rozmowy z Azize. Usłyszałam za sobą czyjeś kroki. Obróciłam się w tamtym kierunku. Stał za mną Malik. Ubrany w ciemną szatę brunet podszedł nieśmiało bliżej. Jego mina wyrażała wstyd.

– Przepraszam za nich – zaczął, pocierając kark w zakłopotaniu. – Chciałem, żebyś poznała kogoś oprócz mnie. Nie przewidziałem, że będą tak nieprzychylnie nastawieni tylko dlatego, że tak wychowali ich w domu.

– Aby byli nieprzyjemni? Ja też tak potrafię, ale mnie tego nie uczono – powiedziałam, krzyżując ręce na piersiach.

– Chodzi mi o to, że w ich domach tępiono piractwo. Jesteś dla nich kimś złym, chociaż cię nie znają.

– Ty mnie też nie znasz. – Złagodziłam ton. – A jednak przyszedłeś porozmawiać.

– Bo sam też tutaj nie pasuję – westchnął, podchodząc jeszcze trochę bliżej. – Chciałbym poznać cię lepiej. Jak byłem mały, moim marzeniem było zostać piratem. – Uśmiechnął się lekko. – Opowiedziałabyś mi, jak to jest?

   Mój nastrój diametralnie się zmienił. Kiedy zobaczyłam jego uśmiech, po prostu wiedziałam, że znalazłam w tej smutnej twierdzy jedną osobę taką, jak ja. Znalazłam kogoś, przed kim mogłam okazać więcej, zachowywać się szczerze. Pokiwałam głową.

– Jasne. Tylko nic za darmo. – Uniósł brwi na moje słowa. – Ty opowiesz mi coś o sobie.

– Niech tak będzie. – Jego uśmiech stał się szerszy. – Znajdźmy tylko jakieś zaciszne miejsce.

– Ale tutaj nie ma żywej duszy – zaśmiałam się.

– Nawet jeśli, to wolałbym inne miejsce. Takie, gdzie tamci idioci cię nie zaczepią.

– W takim razie prowadź. W drodze opowiem ci kilka rzeczy.

   Zanim zaprowadził mnie na miejsce, zdążyłam opowiedzieć mu całą historię mojej pirackiej przygody. Malik słuchał uważnie, jakby każde moje słowo było ulotną baśnią.

– I naprawdę przez cały ten rok postrzał był twoją jedyną raną? – spytał z niedowierzaniem. – To musiały być piękne dni. Jak ja chciałbym tak żyć.

– A ty jak spędziłeś ten rok? – spytałam, uprzejmie zmieniając temat.

– Najpierw zobacz to – powiedział, przechodząc przez łukowate wejście.

   Poszłam zaraz za nim i trafiłam do ogrodu. Rozejrzałam się, nie dowierzając w piękno tego miejsca. Ściany Cytadeli spowijał od tej strony bluszcz, na środku mieściła się niewielka fontanna z posągiem orła siedzącego na kuli. Od razu skojarzyło mi się to z pręgierzem, który stał w Stolicy. Mimo zimy trawa i drzewa były zielone, a chłodny wiatr nie docierał w to miejsce. Słońce rozświetlało okolicę, dochodzącymi zza szczytów promieniami, a na ścianach wisiały nieliczne pochodnie, dodatkowo rozjaśniając zacienione obszary. Wydawało się tam cieplej niż na odsłoniętym dziedzińcu, Malik rozpiął kilka guzików szaty.

– Ładnie tutaj. – Uśmiechnęłam się, siadając okrakiem na jednej z kamiennych ławek. – No to teraz twoja kolej. – Wsparłam głowę na rękach, opartych o kolana, i spojrzałam na niego.

– Widzisz, prawie całe życie spędziłem w okolicy Cytadeli. – Usiadł na wprost mnie. – Od roku jednak mieszkam tutaj i przyuczam się do roli Opiekuna Biblioteki. – Westchnął. – Jak widzisz, to nic ciekawego.

– Opowiadaj, na czym to polega. – Nadal się uśmiechałam. – Chętnie dowiem się czegoś więcej.

– Codziennie rano wraz z innymi uczniami… – zawahał się. – Tak, z tymi samymi, których dzisiaj spotkałaś, chodzimy na śniadanie. Po tym, jak zjemy, najczęściej udajemy się do Biblioteki i pomagamy tam. Aktualnie jednak zostałem oddelegowany do towarzyszenia tobie, z czego w sumie bardzo się cieszę. Zanim to nastało, zostałem bliskim pomocnikiem Mistrza, to prawdziwy zaszczyt.

   Gdy mówił, w końcu miałam okazję na niego popatrzeć i dokładnie się mu przyjrzeć. Szata, którą miał na sobie, pod pewnymi względami przypominała płaszcz Asasyna, ale zawierała też elementy podobne do ubrania mnicha. Czarne włosy i lekko oliwkowa cera sugerowały, że pochodził z okolic Cytadeli, a brązowe oczy wyrażały zarówno radość, jak i lekką melancholię. Przekrzywiłam głowę, patrząc na jego usta. Zauważyłam, że ich prosty krój szpeciła, czy też dopełniała, niewielka blizna przechodząca z prawej strony przez obie wargi. Na szyi nosił wisiorek z symbolem Bractwa, na jego palcu nie widziałam jednak znaku.

– A co robisz w wolnej chwili? – dopytywałam, nie wiedząc, dlaczego mnie to interesowało. – Tak dla samego siebie?

– Czasem spaceruję, kilka razy sobie biegałem. – Westchnął po raz kolejny. – Tacy jak ja nie mają treningów, jedynie mogę oglądać ćwiczących na dziedzińcu. Ostatnimi czasy jest ich naprawdę niewielu. Więcej tu uczonych niż walczących.

– Zauważyłam. – Pokiwałam głową. – Czyli ty tak naprawdę nawet nie miałeś styczności z bronią?

– W dzieciństwie ojciec kilka razy dał mi do ręki miecz, ale od zawsze moim przeznaczeniem było opiekowanie się Biblioteką. – Wzruszył ramionami. – Może kiedyś się nauczę.

– Ile masz lat? – spytałam.

– Niedawno dobiłem dwudziestej zimy, a ty?

– Trzy wiosny mniej – odparłam. – Jak byłam młodsza, ćwiczyłam samotnie walkę na miecze. Półtora roku będzie, odkąd wprawiłam w to również przyjaciół. Może kiedyś i ciebie w to wciągnę?

– O ile za pół roku nie zapomnisz takiej szarej myszy jak ja, to kto wie? – zamilkł na moment, a jedynym dźwiękiem był cichy szmer oddalonego od nas wodospadu. – Z pewnością jest coś jeszcze, o czym chciałabyś porozmawiać – powiedział po chwili.

– Będzie wiele czasu na rozmowy – odparłam. – W końcu siedzę tu najbliższe kilka miesięcy. Chciałabym jednak wiedzieć, kiedy są jakieś treningi. Nie mogę pozwolić sobie na chociaż chwilę przystanku, należy być zawsze gotowym.

– Ogólnie odbywają się raz w tygodniu – powiedział po chwili namysłu. – Jeżeli chcesz trenować codziennie, to nie będziesz miała z kim. Trener najczęściej leży gdzieś pijany, a wojownicy spędzają ten czas na przesiadywaniu w grupach i rozmowach czy grach.

– I Mistrz nic z tym nie robi? – zdziwiłam się.

– Ostatnimi czasy Mistrz Shalim najbardziej interesuje się Biblioteką. Szykował najcenniejsze dzieła do podróży, podobno odesłał już kilka skrzyń w inne rejony. Nie wiem, dlaczego się tym zajął. Wśród ludzi mówi się, że to na starość.

– Wątpię – mruknęłam. – Z pewnością jest w tym wszystkim drugie dno. W każdym razie to chyba tyle, co chciałam wiedzieć. Jak myślisz, obiady będą takie jak śniadania?

– Zazwyczaj są podobnie niesmaczne. – Wykrzywił się chłopak. – Czemu pytasz?

– Jestem nadal głodna po tej brei.

– To chyba miała być owsianka – zaśmiał się.

   Wstałam z kamiennej ławy i otrzepałam spodnie. Wpadłam na pewien pomysł, ale nie byłam pewna, czy się uda. Chłopak również wstał.

– Gdzie idziesz? – spytał, zrównując się ze mną.

– Jeżeli chcesz wiedzieć, to mnie złap! – zawołałam i zaczęłam biec.

– Wracaj tutaj, Shadow! – krzyknął za mną rozbawiony i też zaczął biec.

   Oddychałam miarowo, korytarze odbijały echem kroki Malika. Tak jak z początku prawie się ze mną zrównał, tak po dotarciu do schodów odpadł. Już po kilkunastu stopniach był daleko w tyle, kiedy to ja prawie dobiegłam na górę. Spojrzałam na zdyszanego kolegę.

– No dalej, biegniesz czy wymiękasz?

– Wymiękam – wysapał, siadając na schodach tuż obok moich nóg. – Nie biegam zbyt dobrze. Raczej wcale.

   Oddychał ciężko i szybko, był naprawdę zmęczony. Uśmiechnęłam się pod nosem i zaczęłam powoli iść w stronę mojego celu. Stęknął i wstał. Zanim mnie dogonił i zobaczył, co zrobiłam, mnie już zaproszono do środka.

– Shadow! – syknął, ale zamknęłam drzwi komnaty Mistrza.

   Od dnia wcześniejszego nic się tam nie zmieniło. Prawie nic. Na biurku stała złota szkatuła, od której biło dziwnym blaskiem. Mistrza Shalima nigdzie nie widziałam. Podeszłam bliżej skrzynki. Coś było w niej intrygującego, ale szybko odwróciłam od niej wzrok i rozejrzałam się, szukając sześćdziesięciolatka.

– Mistrzu? – spytałam.

   Przez jedne z drzwi przeszedł czarno odziany mężczyzna. Uśmiechnął się jakby pobłażliwie i powiedział:

– W jakiej sprawie przybywasz, drogie dziecko?

– Chciałam spytać o kilka rzeczy, Mistrzu.

– Pytaj – powiedział, siadając w fotelu stojącym przy oknie i wskazując na drugi.

– Dziękuję, Mistrzu. – Usiadłam na wskazanym miejscu. – Mam kilka pytań. Chciałabym wiedzieć, czym jest Biblioteka.

– To zbiór wszelkiej wiedzy, jaką dysponuje nasze Bractwo od wielu lat. Najstarsze księgi są z czasów poprzednich Mistrzów. – Uśmiechnął się lekko. – Ale ty nie wyglądasz mi na osobę interesującą się księgami.

– To prawda, że wolę wojaczkę – zgodziłam się. – Jednak zdobywanie wiedzy także sobie cenię. Czy miałabym więc wstęp do Biblioteki?

– Niestety wstęp mają tylko Opiekunowie – odparł. – Jeżeli jednak chciałabyś zgłębiać wiedzę, możesz przychodzić do moich komnat. Nie miałbym nic przeciwko nowej uczennicy.

– Z przyjemnością, Mistrzu. Nigdy nie przykładałam się do nauki, słuchałam tylko najciekawszych rzeczy. Chętnie skorzystam z propozycji. Jednak nie chcę zapomnieć, jak się walczy.

– Słyszałem o tym, ile osiągnęłaś samotnie – powiedział, a w jego głosie słyszałam pochwałę. – Z przyjemnością udostępnię ci całą Cytadelę do treningów. Wiem, jak marnym trenerem jest nasz obecny człowiek. Chwilowo nie mam głowy do tego, aby zająć się jego postawą. – Uśmiechnął się. – Czy chciałabyś wiedzieć coś jeszcze?

– Chciałabym doskonalić się w sztuce łowieckiej – powiedziałam po chwili zastanowienia. – Czy mogłabym więc zająć się tym?

– Oczywiście – zgodził się. – Malik z pewnością cię oprowadzi.

– Przy okazji – zaczęłam niepewnie. – Czy Malik może towarzyszyć mi dłużej, niż miał nakazane?

– Jeżeli nie zaniedba przy tym swoich zajęć to oczywiście, że tak. Od południa będzie miał czas wolny. – Mistrz pokiwał głową w zamyśleniu. – Mogłabyś w czasie jego zajęć przychodzić tutaj. Byłbym niezmiernie rad, mogąc poprowadzić zajęcia jak za dawnych lat.

– Tak więc się stanie – odparłam, pochylając głowę. – Kiedy mam przybyć?

– Zaczniemy za dwa dni – odparł. – Teraz odejdź, Malik z pewnością czeka na ciebie pod drzwiami.

   Gdy wyszłam, od razu wpadłam na bruneta. Uśmiechnęłam się szeroko.

– Nawet nie wiesz, jakie mam wieści.

Opublikowano
Kategorie Assassin's Creed
Odsłon 482
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!