Nothing Is True, Everything Is Permitted – Część Piąta

Zaraz zginę jako zdrajca.

***

   Miałam ciężką noc, przez długi czas przewracałam się z boku na bok. Nie dawało mi spokoju to, co zobaczyłam wieczorem. Henry znał napastników, wypuścił ich z więzienia jakby nigdy nic. Skłamałam strażnikom, chociaż mogłam od razu podać ich jak na tacy. Przecież to mnie chcieli zabić, a za podniesienie ręki na kogoś z gubernatorskiej rodziny groziła śmierć bez sądu. Jakieś zdradzieckie przeczucie kazało mi jednak zachować to dla siebie. Tamta trójka z tawerny była w jakiś sposób połączona z moim bratem i jego organizacją, wiedziałam o tym. Ale czym zajmowała się ta organizacja? Na to nadal nie znałam odpowiedzi i właśnie to tak bardzo mnie męczyło.

   Rano czułam się jak wrak człowieka, chociaż niejeden raz zdarzało mi się zarywać nocki. Sądząc po podkrążonych oczach, tym razem bezsenność dotknęła mnie mocniej, niż zazwyczaj. Po szybkiej kąpieli w chłodnej wodzie trochę się rozbudziłam, ale nadal czułam się zmęczona. Obawiając się, że jak usiądę to znowu zasnę, wyszłam na balkon. Z dnia na dzień pogoda na wyspie zmieniła się, było pochmurnie, a zimny wiatr zmuszał do wyjęcia z szafy cieplejszego odzienia. Wróciłam do siebie, zrzucając na szybko zarzucony szlafrok i ubrałam się w spodnie, lekką koszulę i wysokie piratki. Ostrze ukryłam pod materiałem i zaczekałam trochę. Po kilku minutach przyszedł Aaron. Na szyi miał przewiązaną niebieską chustkę, charakterystyczny element noszony przez marynarzy ze statku, którym przypłynął król. Zaskoczył mnie ten widok.

— Zaciągnąłeś się na statek? — spytałam, kiedy wynosił mój kufer na korytarz.

— To była jedyna opcja, abym dostał się wraz z tobą na jeden okręt — wyjaśnił cicho, odstawiając ją na moment. — Chłopaki czekają już tam, gdzie zawsze, nie pozwolą odpłynąć ci bez pożegnania.

— Domyśliłam się. — Westchnęłam ciężko. — Tak czy siak, muszę iść do Ludwika, to wraz z nim wkroczę na statek.

— Leć w takim razie, ja będę na miejscu. — Skinął na innego marynarza i razem podnieśli skrzynię. — W trakcie rejsu nie będziemy mieli zbyt wielu okazji do rozmowy.

— Od czego jest noc. — Uśmiechnęłam się lekko. — Idź, bo jeszcze stracisz posadę.

   Pirat uśmiechnął się i poszedł z pomocnikiem do przystani. Ja zaś po chwili niezdecydowanego stania na korytarzu skręciłam do królewskiej komnaty, gdzie zastałam Ludwika. Wczoraj otrzymałam informację, że chce mnie widzieć przed wyprawą. Ubrany był jak zawsze, bez przepychu, a jego kufry odniesiono już na statek. Uśmiechnął się do mnie i przywitał ciepło:

— Shadow, miło cię widzieć. Muszę wyjaśnić ci jeszcze kilka spraw dotyczących naszej podróży. — Usiadł w miękkim fotelu. — Zajmiemy wspólną kajutę wraz z twoją siostrą i Harrym. Henry postanowił płynąć w kapitańskiej. Jest jednak opcja, że jeszcze się to zmieni. W zależności od twojej woli, możemy płynąć osobno, jednak nie ma żadnej pustej kajuty. Musiałaby nastąpić roszada miejsc z twoim bratem

— W takim razie chcę w kapitańskiej — powiedziałam, przerywając mu.

— Dobrze, w takim wypadku dalsza część już jest mniej ważna, ale nadal istotna. I równie nieprzyjemna — westchnął. — Chyba wiesz, z czym wiąże się tytuł królewskiej faworyty.

— Niestety. — Zacisnęłam bezwiednie pięści. — Do niczego mnie jednak nie zmusisz.

— I zmuszać nie będę. — Uspokoił mnie, chociaż pośpiech, z jakim to zrobił, sugerowałby coś innego. — Jednak…

— Jednak co? — przerwałam ponownie, lekko zirytowana. — Wiem, kim jest faworyta. Kobietą, którą arystokrata sobie upatrzył na żonę, ale etykieta nie pozwala na ślub. A to za nisko urodzona, nie przyniesie żadnego dodatkowego pożytku poza przedłużeniem rodu, wywołałaby skandal. Jest taką dziewczyną na tańce, do łóżka i ogólnej zabawy. Nie jestem jednak taka. Nie dam zrobić z siebie szmacianej zabawki. Nawet jeśli faktycznie miałabym tylko grać, a w rzeczywistości zostać twoją doradczynią, ludzie będą chcieli widzieć nas razem. Nie uwierzą, jeżeli nie będziemy się spoufalać, na co z kolei ochoty nie mam. Tak więc mamy tu mały konflikt interesów. — Skrzyżowałam ręce i spojrzałam hardo na mężczyznę. — Ja nie ustąpię.

— Wiem. — Zmarszczył brwi. — I mam propozycję. Ogłoszę to dopiero na dworze, w Stolicy. Do tego czasu nikt nie będzie się niczego domyślał.

   Zastanowiłam się chwilę. Jego słowa miały jakiś sens. Dopóki nikt nic nie wiedział, nie oczekiwał widzieć nas w bliskich, jednoznacznych sytuacjach. Sądząc po tym, jak Ludwik prześlizgiwał się wzrokiem po moim ciele podczas balu, dla niego nie byłby to problem, ale dla mnie oznaczałoby to kilka miesięcy odwleczenia męczarni. Do tego czasu z pewnością coś bym wymyśliła. Pokiwałam w zamyśleniu głową.

— Dobra, ale jest pewien warunek.

— Tak? — spytał.

— Nikt mnie nie uziemi. Będę robiła to, na co będę miała ochotę.

— Oczywiście. — Skinął głową, wstając. — Niedługo odbijamy, czas wyruszyć do portu.

— To moje miasto, dlatego udam się tam po swojemu — powiedziałam. — Czy zechciałbyś zobaczyć, jak to wygląda?

— Z przyjemnością pooglądam, jak biegasz po dachach — zaśmiał się, rozluźniając atmosferę.

   Poszłam do siebie i włożyłam płaszcz. Przeciągałam sytuację tak długo, jak tylko mogłam. W końcu wyszłam z komnaty, po raz ostatni zatrzymując się w drzwiach i oglądając się na swój pokój, z balkonem wychodzącym na miasto. Zawsze lubiłam ten widok, szczególnie wieczorem. Odwróciłam się, zamykając drzwi. Udałam się korytarzami do okna, skąd wyskoczyłam na ulicę. Robiłam to od tylu lat, codziennie, a teraz był to ostatni, smutny raz. Przyjaciele stali w kapturach naciągniętych na głowy. Wymieniliśmy tylko skinienia głowami, nikt nie był w nastroju do rozmów i nie wiedziałam, czy bardziej ze względu na pożegnanie, czy wczorajsze wydarzenia. W milczeniu wspięliśmy się na dachy, którymi przebiegliśmy do portu. Staliśmy tam przez chwilę na szczycie, po czym pożegnałam się z nimi, starając się nie okazać smutku. Przytuliłam każdego i powiedziałam:

— Od teraz podlegacie Samuelowi, jest waszym dowódcą. To już postanowione. Trenujcie i działajcie w ukryciu, nie dajcie się złapać. — Gardło zaczął ściskać mi żal, dlatego szybko skończyłam rozmowę. — Nic nie jest prawdą.

— Wszystko jest dozwolone — dokończyli smutnymi, przygaszonymi głosami.

   Zeskoczyłam w stóg siana i otrzepałam płaszcz. Po raz ostatni spojrzałam w ich stronę, po czym oddaliłam się na pomost. Król uśmiechnął się, ale nie odpowiedziałam mu na to, byłam w zbyt podłym nastroju. Od razu udałam się do kajuty kapitana, gdzie zaniesiono już moje rzeczy. W środku były dwie prycze, a przez środek przeciągnięto zasłonę, aby zapewnić mi trochę prywatności. Usiadłam na jednym z posłań i zamyśliłam się. Mimo że nie wiedziałam, kim okaże się mój współlokator, to i tak wolałam to niż ciągłe towarzystwo króla i pary młodej. Po chwili drzwi otworzyły się i do środka wszedł kapitan, mężczyzna średniego wzrostu. Jego zielone oczy okalało kilka zmarszczek, a ciemne włosy zaczesał w kucyka. Mimo marynarskiej aparycji ubrał się dość wytwornie, najwidoczniej musiał dostosować strój do pasażerów. Uśmiechnęłam się, rozpoznając go. Najpierw spojrzał na mnie zaskoczony, ale szybko przypomniał sobie, o co chodziło.

— Byłem pewien, że towarzyszyć mi będzie generał z wyspy — zaczął, ale uśmiechnął się. — Tak czy siak witam panią bardzo. Francesco Pedro.

— Shadow Grey — przedstawiłam się, wstając.

   Facet jakby przez chwilę zastanawiał się nad moim imieniem i nazwiskiem, po czym wybuchnął radosnym śmiechem:

— Panienka Shadow! — zawołał. — Ależ panienka wyrosła! Nie poznałem z początku. Trzy lata panienki nie widziałem.

— Ja pana także, ale wolałabym przejść po prostu do imion. Będziemy często razem siedzieć, dostanę szału z tą panienką. — Zrobiłam cudzysłów w powietrzu, na co ponownie się zaśmiał.

— Mam nadzieję, że będziesz zadowolona. — Uścisnął moją dłoń. — Korzystaj do woli z kajuty.

— Bezczynnie siedzieć nie będę — odparłam, zdejmując płaszcz. — Idę z tobą na mostek, popatrzę, jak to wszystko wygląda.

— Niech i tak będzie. — Zaprosił mnie gestem, przepuszczając w drzwiach.

   Udaliśmy się na mostek kapitański, gdzie Francesco stanął za sterem. Ludzie z dworu królewskiego ustawili się wzdłuż burty i przyglądali się żegnającym ich mieszkańcom. Dzieci machały z radością, dorośli raczej nie robili sobie nic z mieszczan i obdarzali ich beznamiętnymi spojrzeniami. Marynarze rozwijali właśnie żagle, zdejmowali cumy i zawijali kotwicę. Stanęłam przy balustradzie mostka, aby móc poczuć późnoletnią bryzę na twarzy. Na dachu nadal stali moi przyjaciele. Gdy odbijaliśmy od brzegu, uniosłam dłoń z ostrzem w górę i na moment je wysunęłam. Chłopcy powtórzyli gest i odbiegli w swoją stronę. To miał być prawdopodobnie ostatni moment, kiedy ich widziałam. Poczułam łzy w oczach, ale nie pozwoliłam sobie na płacz. Musiałam pozostać silna, jeśli nie ze względu na siebie, to ze względu na nich. Kapitan wypłynął z zatoki i rozpoczął się długi rejs. Stojąc w kącie, obserwowałam go w pracy, jak rozkazywał odpowiednio rozstawiać żagle, czy sprawdzał pokładową busolę. Praktycznie nie odchodził od steru, jakby nie istniało nic innego niż statek. Gdy wypłynęliśmy na pełne morze, trochę się rozluźnił i przywołał mnie.

— Jak po raz ostatni cię widziałem, byłaś małą dziewczynką. — Uśmiechnął się. — Opowiedz mi trochę, co robiłaś, proszę.

— Widzisz, Francesco, nudziłam się w zamku. — Wsparłam się o balustradę przed sterem, ale tak, aby mu nie przeszkadzać. — Więc jak t ja, wychodziłam głównie na ulicę i rozrabiałam.

— Cała ty, nic się nie zmieniło. Nadal nie masz narzeczonego? — spytał.

— Niezmiennie. — Wzruszyłam ramionami. — Ojciec nie miał za kogo mnie wydać, więc mnie i mojego brata zostawił w spokoju. Tylko Adelajda dostała swojego obiecanego księcia. A ty nadal kawaler?

— Poślubiłem morze — zaśmiał się. — Chociaż mam teraz narzeczoną. Jest jednak wystawiana na częste próby. Gdy wrócę, okaże się, czy nadal mnie kocha.

— Jak ma na imię? — Postanowiłam ciągnąć temat, widziałam, jak rozczulił się na myśl o kobiecie.

— Paola — odparł. — Dogląda bardzo intratnego interesu w Stolicy i niejednokrotnie czeka na mnie miesiącami. Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

— Jeżeli to prawdziwa miłość, to nie da się tak łatwo tego zniszczyć — powiedziałam, mając nadzieję, że zabrzmi to pokrzepiająco.

— Czeka nas długa przeprawa, jakie masz plany na ten czas? — zmienił szybko temat.

— Czuję, że będę się śmiertelnie nudzić na pokładzie — westchnęłam i wymownie spojrzałam na mężczyznę. — Gdybym tylko mogła się czegoś nowego nauczyć…

   Ten uśmiechnął się szeroko, bo wiedział, do czego zmierzałam. Oboje doskonale pamiętaliśmy pierwsze spotkanie, które miało miejsce trzy lata wcześniej. Jako ciekawska trzynastolatka weszłam kiedyś na mostek i wypytywałam go o każde wydarzenie na statku. Przychodziłam do niego codziennie, zawsze z taką samą fascynacją chłonąc nowe rzeczy. Francesco tłumaczył mi wtedy wszystko z cierpliwością ojca, a gdy udało mi się coś odgadnąć, to chwalił mnie, dumny z pojętnej uczennicy. Matka nie była z tego zbyt zadowolona i często w kajucie dostawałam niemałą burę, ale nigdy mnie to nie powstrzymało.

— Z pewnością znajdzie się coś, co będziesz mogła robić. Zobaczymy, ile zapamiętałaś z poprzedniej podróży — zamilkł na chwilę, po czym dodał — Na start coś łatwego. Wiesz, że podróżujemy trzema statkami, jednak najlepszy kapitan jest tu. — Wskazał na siebie, przybierając minę pyszałka. — Wespnij się na bocianie gniazdo i rozejrzyj. Weź ze sobą lunetę.

— Tak jest — powiedziałam i odebrałam od niego przedmiot.

   Ruszyłam w stronę najwyższego masztu, na jego szczycie znajdowało się małe bocianie gniazdo. Zatknęłam za pas spodni złożoną lunetę i spojrzałam w górę. Było wysoko, ale to nie stanowiło żadnego problemu, przecież od dziecka wspinałam się po ścianach budynków. Zbliżyłam się do lin, które łączyły pokład ze szczytem i podwinęłam rękawy tak, aby mi nie przeszkadzały. Chociaż odkryłam ukryte ostrze, to nie przejęłam się tym zbytnio. Kto mógłby podejrzewać, że to coś niebezpiecznego lub nieprzystającego kobiecie, jeżeli zaraz miałam zniknąć z zasięgu wzroku większości osób? Zaczęłam się powoli wspinać, trochę się to różniło od odnajdywania stabilnych punktów na murze. Ostrożnie dobierałam liny w siatce, aby nie natrafić na jakąś uszkodzoną, ale uparcie pięłam się w górę. Kilku marynarzy pilnujących żagli zatrzymało się i zaczęło przyglądać ze zdziwieniem temu, co wyczyniałam. Po krótkiej chwili zorientowałam się, że znajdowałam się po niewłaściwej stronie. Gdyby nie śmiech i głośne komentarze wspomnianych mężczyzn, prawdopodobnie dłużej zajęłoby mi odkrycie tego faktu. Spojrzałam na nich i sprawnie zmieniłam chwyt tak, aby przenieść swoje ciało na stronę zewnętrzną, tą od morza. Gdy tylko byłam odpowiednio ustawiona, wytknęłam język zaskoczonym mężczyznom i wznowiłam wspinaczkę. Wraz ze zwiększaniem wysokości, wiatr silniej targał moim ubraniem, zmuszając do zwolnienia. Cieszyłam się, że ścięłam włosy, które wylądowały na mojej twarzy, ale nie ograniczyły widoczności tak, jak miałoby to miejsce w przypadku dłuższej fryzury. Ręce zaczęły mnie boleć, jednak nie miałam innego wyjścia, jak wchodzić coraz wyżej. Trzymałam się myśli, że czeka tam na mnie piękny widok i chwila odpoczynku. Uniosłam na chwilę wzrok. Cel znajdował się niedaleko. Po kilku minutach dotarłam na szczyt, gdzie usiadłam na drewnianej konstrukcji i z przyjemnością rozluźniłam mięśnie rąk. Odetchnąwszy, wstałam i wyjęłam lunetę. Rozłożyłam ją i rozejrzałam się po okolicy w poszukiwaniu okrętów. Wszystko wyglądało w porządku, statki płynęły w odpowiedniej odległości, jednak nasz żaglowiec wysunął się na prowadzenie o kilkanaście węzłów. Złożyłam lunetę, sprawdziwszy wcześniej cały horyzont i zatknęłam ją ponownie za pasem. Westchnęłam, rozruszałam ręce i zaczęłam schodzić. Gdy w końcu znalazłam się na dole, z ulgą rozmasowałam barki i poszłam do kapitana.

— I jak, małpko? — spytał, sprawdzając kierunek.

— Wszystkie statki są w zasięgu wzroku — odparłam, masując bark. — Na horyzoncie żadnych obcych jednostek.

— Ręce bolą? — spojrzał na mnie lekko zatroskany.

— Trochę — przyznałam, nie chcąc udawać niezniszczalnej. — To jest znacznie większa wysokość niż domy u mnie na wyspie.

— Za kilka dni przyzwyczaisz się i przestaną się męczyć mięśnie. Jeżeli chcesz, to rozejrzyj się po statku, możesz też popatrzeć na mapy, które rozłożyłem w kajucie. Z pewnością zainteresuje cię jedna z nowych, którą zakupiłem od ciekawego osobnika. Mężczyzna, od którego ją dostałem, twierdził, że namalował nieznane jeszcze kontynenty. Wyobrażasz to sobie? — roześmiał się. — Twierdzi, że na dole jest jakaś biała plama lodu, od której odrywają się góry lodowe!

— Każde nowe odkrycie uznawane było za głupotę i nikt nie wierzył wynalazcom — mruknęłam zamyślona. — Z pewnością sprawdzę, co tam masz.

— W takim razie leć, ja się stąd nie ruszam. — Uśmiechnął się, po czym także zatopił w myślach. — Kto wie, może w przyszłości ktoś wymyśli sposób, aby kapitan tylko doglądał kursu, a statek sam będzie kierował się w odpowiednią stronę?

   Nie wdając się w jego teoretyczne rozważania, udałam się do kajuty. Zamyślona nawet nie zauważyłam, że ktoś stał mi na drodze. Wpadłam na swojego przyrodniego brata i przewróciłam się.

— Cholera jasna, patrz, jak łazisz, przygłupie jeden! — warknęłam, podnosząc się z desek pokładu.

— Shadow, jak cię rodzice uczyli? — spytał rozbawiony Henry, dopiero wtedy się zorientowałam, że to on.

— Przepraszać nie będę — odparłam, strzepując piach ze spodni. —A teraz mnie przepuść, chcę wejść do kajuty.

— Ależ proszę bardzo, wskakuj. — Uśmiechnął się dziwnie i zrobił mi miejsce.

   Weszłam do środka i usiadłam przy biurku. Nie dawał mi spokoju jego tajemniczy uśmiech, może wyszedł z tej kajuty, przejrzawszy najpierw moje rzeczy? Spojrzałam na skrzynię, stojącą na uboczu i podeszłam do niej. Kłódka była nienaruszona, kufer specjalnie zabezpieczyłam przed ciekawskimi rękoma kluczem, który trzymałam przy sobie. Najwidoczniej to nie było powodem jego zachowania, a ja niepotrzebnie popadałam w paranoję. Wstałam z kolan i podeszłam do półki z mapami. Wyjęłam kilka z nich, po czym wróciłam do biurka i zaczęłam je przeglądać.

   Płynęliśmy na Stary Kontynent, a dokładniej rzecz ujmując do Arynii. Musieliśmy przebyć praktycznie całe Wielkie Morze, bo nasza wyspa znajdowała się w okolicach Nowego Kontynentu, który odkryto kilkadziesiąt lat wcześniej. Nie przykładałam się nigdy do tego, jakie kraje założyły tam kolonie, ale słyszałam, że zaczęło panować tam ogólne poruszenie. Podobno nieliczni rdzenni mieszkańcy chcieli się zbuntować i wyswobodzić spod ucisku władzy. Rozeznawszy się na innych mapach, sięgnęłam po tą, o której mówił kapitan. Gdy ją rozłożyłam, na pierwszy rzut oka wyglądała tak, jak inne. Przeniosłam wzrok na białą plamę na dole, jedyny odróżniający ją element. Zastanowiłam się trochę. Nieodkryty jeszcze teren, to miało jakiś sens. Przecież glob był ogromny, co oznaczało marne szanse na odkrycie wszystkiego od razu. Wielką Wyspę odkryto dopiero dziesięć lat po skolonizowaniu Amy, więc dużo później niż Nowy Kontynent. To samo tyczyło się Lodowych Ziem na północy, czyli ogromnej wyspy pokrytej lodem.

   Kiedy już obejrzałam unikatową mapę, wstałam i zaczęłam ją zwijać. Nagle zawahałam się, dostrzegając coś. Niepewna, czy dobrze widzę, uniosłam ją w stronę światła wpadającego przez okno. Padające na nią słońce ujawniło dotąd niewidoczne symbole, które znikały od razu, gdy wsuwałam mapę w cień. Przyjrzałam się. Na brzegach mapy pojawił się tekst, a na kontynentach rysunki. Zaskoczona zaczęłam analizować kształty, które wydawały się przebijać z mojej podświadomości jak niewyraźne skojarzenie. Po chwili zorientowałam się, że na Amie i Stolicy zaznaczono coś krzyżem, takim samym, jaki pokazał mi brat. Na innym kontynencie zaznaczono coś innym znakiem. Nie byłam pewna, ale symbol wydawał mi się znajomy. Podwinęłam rękaw i zdjęłam ostrze, aby potwierdzić swoje przypuszczenie. Tak jak myślałam. Na wewnętrznej stronie widniał niewielki, ale wyraźny symbol, mniej więcej centymetrowej wielkości. Nie potrafiłam go dokładnie opisać, ale byłam pewna, że to te same znaki. Zwinęłam mapę i pobiegłam na mostek.

— Kapitanie? — spytałam, odruchowo używając tytułu.

— Tak panienko? — odparł pytaniem na pytanie, lekko uśmiechnięty.

— Czy będę mogła zabrać mapę z białą plamą?

— Jeżeli chcesz — powiedział. — Ja i tak mam pełno znacznie lepszych map. Ją kupiłem, bo mnie zaintrygowała.

— Mnie również — przyznałam, patrząc ponad jego ramieniem, na horyzont — nawet nie wiesz jak bardzo. Możliwe, że zgłębię jej tajemnicę. — Spojrzałam na niego. — Pamiętasz, od kogo ją kupiłeś?

— Facet był całkiem podobny do ciebie — powiedział Francesco po chwili zamyślenia. — Tak, gdybym nie wiedział, że jesteś córką gubernatora, to powiedziałbym, że jesteście spokrewnieni. Chciał się tej mapy ewidentnie pozbyć, jakby mogła mu zaszkodzić.

— Cholera — wymamrotałam, zdając sobie z czegoś sprawę i nagle niecierpliwiąc się nadejścia nocy.

   Po tym, jak przejrzałam mapę, pozostałam na pokładzie głównym. Miło spędziłam czas, ucząc się i przypominając, jak to było z marynarską sztuką. Kapitan pozwolił mi, abym przejęła rolę obserwatora, co oznaczało, że miałam codziennie sprawdzać położenie statków z bocianiego gniazda. Nocą, gdy wiatr stał się chłodniejszy, a na niebo wystąpiły gwiazdy, większość marynarzy z dziennej zmiany poszła do niższej kajuty wspólnej, gdzie położyli się spać. Górny pokład niemal całkiem opustoszał, a na mostku kapitańskim zaraz powinni się zmieniać. Czekałam tam z Francesco’em, jednocześnie wypatrując znajomej postaci. Musiałam porozmawiać z Aaronem, z pewnością wiedział coś więcej. Gdy tylko pojawił się na pokładzie, zeszłam do niego, obiecując kapitanowi dokończenie rozmowy w kajucie. Podeszłam do przyjaciela i uściskałam go.

— Jak się podoba rola pasażerki? — spytał, myśląc, że to zwykła pogawędka.

— Zajmuję się bocianim gniazdem — odparłam, co widocznie go zaskoczyło, widziałam to na jego twarzy. — Kapitan to mój stary znajomy, kiedyś już mnie trochę pouczył marynarki. Nie po to jednak zabieram ci cenny wypoczynek. — Ściszyłam głos, aby mieć pewność, że nikt nas nie usłyszy. — Wtedy w jaskini powiedziałeś, że od dawna było postanowione, że popłyniesz ze mną, nawet gdybym nie miała zostawać na dworze króla. Czy chodzi o ojca?

— Postanowiliśmy z chłopakami, że nie zostaniesz sama — zaczął, ale wiedziałam, że kłamie.

— Nie pal głupa — syknęłam. — Przyznaj, że ojciec coś ci przekazał, jakąś wiadomość.

   Chłopak westchnął. Nie miał innego wyjścia, jak się przyznać.

— Otrzymałem list, to miała być tajemnica — powiedział. — Dał mi go w dniu, kiedy odpływał z Amy. Kazał mi go odpieczętować dopiero następnego dnia. Napisał w nim, że mam udać się wraz z tobą statkiem do Stolicy, gdzie się spotkamy. Miałem popłynąć pod banderą Pedro, który…

— Który ma mapę z białą plamą — przerwałam, na co skinął głową.

— Facet przechwalał się tym w porcie, więc miałem pewność, że o niego chodzi.

— Odkryłam to dzisiaj. Mapa, o której mówimy, kryje coś więcej, jakieś symbole. To musi być jakaś grubsza afera. — Wskazałam na ukryte ostrze, które i on ciągle nosił na ręce. — Wiesz, że wewnątrz jest symbol?

— Tak, zauważyłem go jakiś czas temu.

— Taki sam symbol jest też na mapie, którą ojciec sprzedał kapitanowi. Tu jest coś na rzeczy. — Zamilkłam na moment, łącząc pewne fakty. — Mark otrzymał kiedyś szkice pewnej broni. Tę broń mamy teraz na nadgarstkach. Sądząc po opisie mężczyzny, od którego dostał te szkice i imieniu, jakie podał, sądzę, że to nasz ojciec. Edward razem z zamówieniem zabrał też szkice, ale nie wiedział, że zostały skopiowane. Mark naprawił mu ostrze, ale był tak zafascynowany mechanizmem, że zachował szkice gdzieś głęboko w swojej pracowni.

— Skąd wiedziałaś, że takie będzie miał? — spytał zaskoczony Pirat.

— Nie wiedziałam — przyznałam. — Dopiero jak poprosiłam go o jakieś dyskretne i poręczne sztylety, pokazał mi ukryte ostrze. Powiedziałam, żeby je wykonał i w ten sposób otrzymaliśmy te zabawki. — Skubnęłam usta palcami prawej dłoni, wspartej łokciem o biodro. — Nasz ojciec musi wiedzieć coś na temat tego symbolu, nie widzę innego wyjaśnienia.

— Będzie na nas czekał w Stolicy dopiero miesiąc po tym, jak my przybijemy do portu — odparł. — Do tego czasu niczego nowego się nie dowiemy.

— Niestety nie. —Przygryzłam wargę. — Ale możemy trochę potrenować. Kapitan mnie lubi, dzielę z nim kajutę. Jeżeli wytłumaczę mu, jaka jest sytuacja, z pewnością trochę nam zmieni zadania.

— Nam? — Uniósł brew.

— Mówiłam ci, że z nudów bawię się tutaj w marynarza. — Trzepnęłam go lekko w ramię. — Teraz idźmy już do swoich kajut. Jeżeli dowiem się czegoś więcej z mapy, to dam ci znać.

— Dobrze. — Objął mnie na pożegnanie. — Miłych snów.

— Dobrej nocy, Aaronie. — Chciałam już odejść, ale odezwał się.

— Shadow. — Obejrzałam się przez ramię. — Uważaj przy tym kapitanie. Nie darowałbym, gdyby coś ci zrobił.

   Uśmiechnęłam się. Przyjaźniliśmy się od dawna i wiedziałam, że powiedziałby tak samo, gdyby nie był moim bratem, ale poczułam się, jakby troszczył się o mnie jak o młodszą siostrę.

— To on mnie otoczył wsparciem, kiedy pierwszy raz… No wiesz. — Przejechałam wymownie po gardle.

— No dobra, to jednak można mu ufać. — Uśmiechnął się krzywo.

   Rozdzieliliśmy się i poszłam do kajuty kapitana. Mężczyzna — przebrany już w odzienie nocne i z rozpuszczonymi włosami — siedział przy stole, gdzie w blasku świecy przeglądał mapę. Uśmiechnęłam się lekko i podeszłam do kufra, po czym otworzyłam go. Gdy tylko uniosłam wieko, nerwowo spojrzałam na kapitana. Francesco chyba to zauważył, bo podniósł wzrok znad kart.

— Co tam ukrywasz, Shadow? — spytał żartobliwie. — Przemyciłaś sobie coś mocniejszego na wieczór i nie chcesz się podzielić?

   Rozluźniłam się, słysząc rozbawienie w jego głosie i wyjęłam ubranie na zmianę. Zasunęłam kotarkę, aby się przebrać w za dużą koszulę i lekkie spodnie, po czym zamknęłam kufer. Rozczesując włosy, dosiadłam się do stołu. Mimochodem zerknęłam na mapy, które przeglądał Pedro, jednak nie okazały się aż tak interesujące, jak ta poprzednia. Pedro nalał do drugiego kufla trochę wina i podał mi go. Rozsiadłam się wygodniej na krześle, popijając trunek, a po chwili przerwałam panujące milczenie. Odchrząknęłam, zwracając tym samym uwagę Francesco.

— Mam małą sprawę, kapitanie. — Uśmiechnęłam się słodko, na co o mało nie wybuchnął śmiechem. — Aaron, twój najnowszy marynarz, to mój bliski przyjaciel. Chciałabym mieć z nim czasem okazję potrenować…

— Teraz tak to nazywacie? — Parsknął mężczyzna, nie wytrzymując. — Mnie to nie przeszkadza. Tylko uprzedzaj mnie kiedy, to nie będę wchodził do kajuty.

   Kiedy dotarło do mnie, co sugerował, zmieszało się we mnie rozbawienie i zakłopotanie. Przez chwilę walczyłam ze swoją wyobraźnią, żeby wyrzucić nieprzyzwoitą myśl, jaka mnie naszła, ale w końcu powiedziałam:

— Nie to miałam na myśli. Chodzi mi o szermierkę. — Uniósł brwi. — Na wyspie trochę się w to bawiliśmy i nie chciałabym wypaść z formy. Zależałoby nam na wolnym pokładzie i odrobinie czasu. Dałoby się wygospodarować tak chociaż godzinkę? Naprawdę nie potrzebujemy wiele, możemy ćwiczyć nawet o lampach.

— I czuję, że to byłoby nawet najlepsze rozwiązanie. — Spojrzał na mnie uważnie. – Znając ciebie, nikt z rodziny nie wie o treningach.

— Brat wie, że co nieco umiem, ale o szermierce nie słyszał. — Uśmiechnęłam się przelotnie. — W sumie lepiej, aby tak pozostało.

— Jeżeli ten twój przyjaciel nie będzie zasypiał następnego dnia, to od jutra możecie zacząć. Warunek jest taki, aby było to jeszcze w czasie, kiedy ja stoję za sterem. Wolałbym was widzieć, abyście nie narobili szkód.

— Dostosujemy się. — Przytaknęłam wesoło.

   Porozmawialiśmy jeszcze chwilę i położyliśmy się spać. Rano obudziłam się wyspana, ale trochę przemarznięta. Cienki koc nie zapewniał takiego samego ciepła jak puchowa kołdra, którą dysponowałam w pałacu i musiałam się do tego przyzwyczaić. Usiadłam na pryczy, przecierając oczy. Kapitan był już na nogach i powitał mnie uśmiechem:

— Shadow, czas wstawać. Skoro jesteś odpowiedzialna za obserwowanie statków, to czas się ruszyć. — Rzucił mi płaszcz, wiszący na kołku przy drzwiach kajuty. — Wiatr jest powoli zimny, lepiej ubrać się ciepło, szczególnie na morzu.

— Tak jest. — Wstałam. — Za moment jestem.

   W mgnieniu oka umyłam się w miednicy zimnej wody i przebrałam w to samo, co miałam na sobie dzień wcześniej. Zgodnie z sugestią mężczyzny, złożyłam biały płaszcz, aby nie było mi zimno, po czym wybiegłam z kajuty, zamykając ją za sobą. Zwinnie wyminęłam kilku mężczyzn, którzy spacerowali po pokładzie i wbiegłam po schodach na mostek. Otrzymałam lunetę i powtórzyłam morderczą trasę na bocianie gniazdo. To stało się moją rutyną, tak samo, jak nocne treningi z Piratem. Francesco – co mnie zaskoczyło – czasem schodził nas pooglądać, poprawiając naszą technikę czy postawy. Chociaż niekiedy zauważał sporo błędów, to za każdym razem chwalił nas za wytrwałość i czynione stopniowo postępy.

***

   Przez pierwszy miesiąc podróży byłam tak zabiegana, że nawet nie miałam czasu rozmyślać o mapie czy tym, co czekało mnie na miejscu. Każdą minutę rejsu wypełniało coś ciekawego, w czym chciałam uczestniczyć, chociaż podróż przebiegała bezproblemowo. Codzienne wyprawy na bocianie gniazdo sprawiły, że mięśnie rąk przyzwyczaiły się, a ja bez problemu pokonywałam odległość od pokładu do szczytu. Aaron pogodził jakoś pracę i nasze treningi, dzięki czemu niekiedy trwały one nawet dłużej niż godzinę. Wszystko ładnie składało się w całość, pozwalając na całkowite odcięcie od wydarzeń spoza statku. Jeszcze bardziej cieszył mnie fakt, że od wyruszenia nie spotkałam ani brata, ani króla czy Adelajdy i Harry’ego. Widziałam ich czasem z oddali, ale raczej rzadko wychodzili na pokład, nie wspominając o rozmowie ze mną. Zresztą, dworzanie także niechętnie spędzali czas na zewnątrz, woleli swoje ciepłe kajuty. Ja za to czułam się jak ryba w wodzie, mogąc współpracować z marynarzami. A to rozpaliłam lampy o zmroku, czasem zmyłam pokład z najniżej postawionymi członkami załogi, chwytałam się każdego zajęcia. Raz nawet miałam chwilę za sterem. Dosłownie parę minut, ale byłam z siebie wtedy bardzo dumna.

   Którejś nocy, dryfując na granicy jawy i snu, przypomniałam sobie o mapie i jej napisie na brzegu karty. Postanowiłam sprawdzić to następnego wieczoru, co też uczyniłam. Odwołałam trening z Aaronem i usiadłam w ciemnej kajucie, wykorzystując czas, gdy Pedro nadal pozostawał przy sterze. Zapaliłam świeczkę i odszukałam interesującą mnie mapę. Rozwinęłam ją nad świeczką, chociaż ta dawała nikły blask. Pismo, którym zapisano słowa, było bardzo zdobne, przez co trudne do odczytania, w końcu jednak udało mi się je rozszyfrować i zapisać w moim prywatnym dzienniku, który zaprowadziłam jeszcze na Amie. Zwinęłam mapę i przejrzałam, już na spokojnie, wszystko, co znajdowało się w notesie.

   Na samym początku napisałam naszą przysięgę, potem były szkice czy to naszej broni, czy płaszcza, który uszyła mi krawcowa. Opisałam również kilka prostych technik, jakie wymyśliliśmy podczas treningów. W końcu przeszłam do krótkich notatek o nieznanej mi organizacji brata i notatek z tego dnia.

Laa shay’a waqi’un moutlaq bale kouloun moumkine. Oto słowa wypowiadane przez naszych przodków, które stanowią trzon naszego Credo. Tam gdzie inni podążają za prawdą ty pamiętaj, że nic nie jest prawdą. Tam gdzie innych ogranicza moralność bądź prawo ty pamiętaj, że wszystko jest dozwolone. Pracujemy w ciemności, by służyć światłu. Jesteśmy Asasynami.

   Pierwsze zdanie nic mi nie mówiło, nie znałam takiego języka, ale pozostałe linijki przywołały na moje usta mimowolny uśmiech. Wyglądało na to, że nie tylko ja i moi przyjaciele mieliśmy swoją przysięgę, opierającą się na podobnych zasadach. To budziło jednak pytanie, co mógł mieć z tym wszystkim wspólnego Edward – pirat, którego córką byłam. Czułam jakąś dziwną więź z tymi słowami i symbolami, ale tak samo, jak w przypadku sprawy ojca, nie potrafiłam jej racjonalnie połączyć z tym wszystkim.

   To dziwne odczucie nie opuszczało mnie do samego końca podróży, co wzmogła niespodziewanie podsłuchana rozmowa. Czasem zdarzało się, że nie mogłam spać, wychodziłam wówczas z kajuty i siedziałam na dziobie statku lub w bocianim gnieździe do rana. W jedną z takich nocy usłyszałam Henry’ego. Jego głos był gniewny, ale przyciszony. Ubrana w płaszcz, żałowałam, że nie zabarwiłam ubrania na ciemniejszy kolor. Wtedy mogłabym podejść bliżej, wtapiając się barwą w mrok otoczenia, ale i tak słyszałam go dość wyraźnie.

— Wielki Mistrz nas wzywa — mówił do kogoś stojącego najwidoczniej obok niego. — Niepokoi się, czy aby król nie zaczął odcinać się od jego sugestii. Coraz częściej Ludwik podejmuje własne decyzje, co niweczy nasze plany. Ostatni atak również się nie powiódł.

— O to możesz mieć pretensje do swojej siostry — warknął jego rozmówca, a ja rozpoznałam głos Harry’ego. — Według mnie jest jedną z nich. Nawet jeżeli wydawało ci się, że nie poznaje naszego symbolu, to musi tak być. — Splunął. — Zabiła już dwóch Templariuszy. Dwóch naszych.

— Na wyspie od lat nie ma Asasynów. Skład okradli piraci, tego jestem praktycznie pewien. Shadow pomagała mi wtedy bez zająknięcia, nie mogłaby czegoś takiego zrobić, a tym bardziej nikt z mieszkańców. Ojciec zakazał mi wtajemniczania kobiet, dlatego nic jej nie mówiłem o naszej organizacji, a przynajmniej nie otwarcie. Mistrz chce ją osobiście indoktrynować.

— Jutro zawijamy do portu, aby uzupełnić zapasy — stwierdził po chwili książę. — Musimy spotkać się wówczas z pozostałymi. Lepiej mieć się na baczność, ta smarkula może nam zaszkodzić. Ojciec planuje mieć ją jako swoją faworytę. Jeżeli tak się stanie, będzie niebezpiecznie blisko. Musimy coś z tym zrobić, jeżeli faktycznie ma sprawiać kłopoty.

— Nie podejmuj pochopnych decyzji — ofukał go Henry. — Dopóki nie dopłynęliśmy do Stolicy, nie ma co knuć. Musimy czekać.

   Zaczekałam, aż się rozeszli, po czym wróciłam do kajuty. Musiałam jak najszybciej przekazać to bratu, jednak jego obowiązki nie pozwoliły nam na to do następnego wieczoru. Jak tylko spotkałam Aarona, to opowiedziałam mu całą rozmowę, której byłam świadkiem. Chłopak zaniepokoił się i również opowiedział mi, co widział, będąc na brzegu:

— Henry i Harry rozmawiali z tamtą dwójką z karczmy. Wiesz chyba, o kim mówię. — Przytaknęłam, nadal mając w pamięci zatajone przed strażą wydarzenia. — Każdy z nich miał na szyi taki sam symbol. Dokładnie taki, jak pokazałaś nam wtedy na Amie. — Podrapał się w kark, myśląc nad czymś. — Najwidoczniej to są ci cali Templariusze. Na lądzie rozmawiali dość energicznie i nerwowo, jakby bali się, że ktoś ich podsłucha. To spowodowało, że nie usłyszałem dużo, ale wystarczyło, abym wywnioskował to samo, co ty. Władza naszego króla jest im chyba nie na rękę. — Zamyślił się, po czym pstryknął palcami. — Może ten symbol wewnątrz ostrza to Asasyni?

— Wątpię — powiedziałam, praktycznie z miejsca odrzucając jego teorię. — Musimy się teraz tym bardziej pilnować. Gdyby faktycznie wzięli nas za tych całych Asasynów, to chyba nie byłoby zbyt ciekawie.

— Też tak myślę. — Zapatrzył się gdzieś w dal. — Wydaje mi się, że wplątaliśmy się w coś większego, niż początkowo planowaliśmy.

***

   Tak, jak przez ponad dwa miesiące nic się nie działo, tak przez ostatni tydzień podróży ciągle były jakieś problemy. Zaczęło się od sztormu, który zaowocował zniszczeniem poszczególnych elementów takielunku. Marynarze na szczęście dość szybko sobie z tym poradzili i bez większych problemów płynęliśmy dalej. Kilka dni później, kiedy wspinałam się na bocianie gniazdo, usłyszałam bardzo nieprzyjemny dźwięk pękających lin. Spojrzałam pod nogi, gdzie zauważyłam przerywający się sznur. Wspięłam się wyżej i natrafiłam na kolejną, tym razem ewidentnie naciętą linę. Szybko wspięłam się na górę, skąd zauważyłam kolejny problem, tym razem znacznie większy niż zniszczone olinowanie. Rozglądając się przez lunetę, zobaczyłam okręt, który z pewnością nie należał do żadnej ze spółek handlowych czy sąsiednich państw. Serce zamarło mi w piersi, kiedy zorientowałam się, pod jaką banderą płynął. Po chwili jednak rozpoznałam statek. Zeszłam drugimi linami, które na szczęście nie kryły niespodzianek i poszłam do Francesca.

— I jak tam na morzu? — spytał.

— Nasi ciągle w pobliżu, na horyzoncie widać mały statek, ale nie powinien stanowić zagrożenia.

— To dobrze. — Uśmiechnął się. — Jeszcze dzień i będziemy na miejscu. Mam nadzieję, że będziesz zadowolona.

— Wolałabym tutaj zostać. — Uśmiechnęłam się smutno. — Chociaż pewnie byłam piątym kołem u wozu.

— Ja tam się cieszę, że nie siedziałaś naburmuszona w kajucie, jak prawie wszyscy pasażerowie.

— Co fakt to fakt, nie widziałam prawie nikogo na pokładzie — przytaknęłam. Wiedziałam, że rano nie będzie czasu na pożegnania, więc postanowiłam trochę z nim porozmawiać. — Może się jeszcze kiedyś spotkamy?

— Pewnie jeszcze nie raz. — Pokiwał głową jakby zamyślony. — Bardzo miłe było mi twoje towarzystwo, Shadow. Mam nadzieję, że na lądzie cię nie zmienią. Jesteś inna niż większość kobiet z wyższych sfer. — Westchnął, po czym przywołał swój niezastąpiony uśmiech. — Lepiej się już uszykuj na następny dzień. Może warto byłoby założyć suknię? — zaproponował żartobliwie. — Słyszałem, że na balu zrobiłaś z tego względu niemałą furorę.

— Może kiedyś jeszcze się na to zdecyduję. — Zaśmiałam się, schodząc z mostka na pokład.

   Idąc do siebie, zauważyłam Pirata. Szybko złapałam go za rękę i wciągnęłam do kajuty.

— Widziałam statek Edwarda — wyszeptałam, dla pewności, żeby nikt nas nie usłyszał. — Najwidoczniej przybył wcześniej, niż mówiłeś.

— Jesteś pewna, że to okręt ojca? — spytał z niedowierzaniem Aaron.

— To na pewno on. Sam mówiłeś, że jako jedyny ma banderę z czaszką orła i dwiema skrzyżowanymi szablami.

— Jeżeli tak, to pewnie masz rację. Jak tylko dopłyniemy, zorientuję się w sytuacji. — Obiecał. — Teraz muszę już iść.

— Spotkamy się jutro, dzisiaj podarujemy sobie trening. I jeszcze jedno. — Zatrzymałam go w drzwiach. — Postaram się ulokować cię na dworze Ludwika. Myślę, że przystanie na każdy mój warunek. Tym bardziej że uratowałam mu życie.

— Dobrze. — Skinął głową i wyszedł.

   Spakowałam wszystkie swoje rzeczy do kufra i wyszłam na pokład. Zbliżała się zima, przez co szybko się ściemniło. Nadal nie mogłam uwierzyć, że płynęliśmy całą jesień. Na Amie nie było zbyt wielkich różnic pomiędzy latem a zimą, ot, obniżenie temperatury i lekka zmiana krajobrazu. Jednak u nas nigdy nie widziałam śniegu, a na kontynencie było to możliwe, nawet wysoce prawdopodobne. Widziałam już w oddali blask latarni morskiej, która miała prowadzić statki do bezpiecznej przystani. Zastanawiałam się, co mnie tam czeka, kiedy z kajuty obok wyszła moja siostra, ubrana mniej wytwornie niż zazwyczaj. Uśmiechnęłam się do niej lekko. Mimo że nie przepadałyśmy za sobą, to była jedną z niewielu znanych mi tutaj osób. Adelajda zobaczyła mnie i zrobiła coś, czego się nie spodziewałam. Podbiegła i przytuliła się do mnie. W pierwszym odruchu nie wiedziałam, co zrobić, ale odwzajemniłam gest. Dopiero z bliska zauważyłam łzy na jej policzkach. Nagle poczułam się jak jej siostra, a nie śmieć, którego ledwo zaszczycała spojrzeniem. I poczułam, że muszę się dowiedzieć, co doprowadziło ją do płaczu.

— Co się stało? — spytałam, gładząc ją delikatnie po włosach.

— Zbyt wiele — wychlipała mi w bluzkę, jej ciałem wstrząsnął dreszcz. — Jesteś jedyną osobą z rodziny, jaka mi została. Nawet Henry ma mnie gdzieś.

— Chodź do mnie — powiedziałam łagodnie.

   Wprowadziłam ją do środka i nakryłam swoim kocem. Była już w nocnej koszuli i dygotała lekko z zimna. Nie miałam w kajucie samowaru do herbaty, która mogłaby ogrzać ją od środka, więc postawiłam przed nią butelkę gorzałki, wygrzebaną ze znanej mi skrytki Francesca. Dziewczyna od razu pokręciła głową, nakrywając się szczelniej kocem.

— Nie mogę pić — powiedziała, jej głos zdawał się trochę spokojniejszy. — Jestem w ciąży.

   Ta informacja mnie trochę zmroziła, co w połączeniu z wcześniejszym zachowaniem Adelajdy, odebrało mi na chwilę mowę. Nie wiedziałam, jak powinnam zareagować, więc powiedziałam pierwsze, co przyszło mi na myśl:

— Pewnie się cieszycie. Ty i Harry.

— On się na pewno nie cieszy. — Pociągnęła nosem, czego nigdy wcześniej u niej nie zaobserwowałam. Zawsze była tą nienaganną damą, której nie przystaje takie zachowanie. — Widziałam go, jak obłapiał się z jakąś dziewczyną na dziobie. Kiedy wrócił do kajuty, nawet się nie tłumaczył. Spytałam go o to, a on tylko wzruszył ramionami i powiedział, że zamykał właśnie stary rozdział.

   Zacisnęłam pięści, słysząc to. Już raz przyłapałam go, jak zdradzał moją siostrę. Ostrzegłam go, co się stanie, jeśli to powtórzy. Nie posłuchał. Wstałam i przeszłam się po kajucie.

— Nie daruję mu tego — warknęłam. — Najwidoczniej lekcja z Amy nie podziałała na tego skurwysyna.

   Wyszłam z kwatery i poszłam wściekła do pomieszczenia królewskiego. Nawet nie zapukałam, tylko od razu tam weszłam. Zastałam Ludwika kłócącego się z synem.

— To jest wręcz obrzydliwe! — Król uderzył ręką w blat.

— To jest chyba moje życie. — Harry mówił dość spokojnie, ale i on był zły. — Każdy popełnia błędy.

— Ty popełniłeś o jeden za dużo! — warknęłam, ciągnąc go za ramię i obracając twarzą do siebie. — Zraniłeś moją siostrę! — Zamachnęłam się i uderzyłam go w brzuch, przez co zgiął się w pół. — Nie posłuchałeś mojego ostrzeżenia — podniosłam go z kolan — ponownie zrobiłeś coś, czego nie powinieneś. Jesteś żałosną kreaturą. — Trzymałam go sztywno, jego twarz była na wprost mojej. — Najchętniej bym cię zabiła. Poderżnęła gardło i wyrzuciła do morza. — Puściłam go, kipiąc ze wściekłości. — Jednak masz żonę, a niedługo dziecko. Dlatego posłuchaj mnie uważnie. Albo się ogarniesz, albo twoje ścierwo znajdą rybacy. Wtedy tylko ostrzegałam. — Nim się zorientował, uderzyłam go z pięści w twarz. Zatoczył się i wpadł na stojące za nim krzesło. Przewrócił je i sam również wylądował na deskach. — Teraz cię informuję, jak skończysz.

   Nagle do środka wpadł Henry, także z grymasem furii na twarzy.

— Gdzie ten śmieć? — warknął.

— Na podłodze — powiedziałam, mijając go w drzwiach.

   Na pokładzie owiał mnie przyjemny chłód. Mimo że nie miałam płaszcza, to nawet nie było mi zimno, rozgrzewało mnie zdenerwowanie. Adelajda stała przed moją kajutą i patrzyła w moim kierunku. Przeszłam obok niej, zatrzymując się dopiero przy burcie. Zamknęłam oczy, chowając twarz w dłoniach. Grożąc mu, mogłam wydać na siebie wyrok śmierci, ale mimo wszystko zrobiłam to dla siostry, z którą miałam relacje gorsze niż z domową służbą. Otworzyłam oczy, słysząc kroki. Siostra stanęła obok mnie i przez moment milczała.

— Wiem, że nic nie naprawi naszych relacji — zaczęła po chwili. — Traktowałam cię podle tam, na wyspie. Chciałam mieć idealną siostrę, a ty byłaś inna — urwała, wzięła głęboki wdech i kontynuowała — ale tu wszystko się zmienia. Zauważam więcej, odkąd wypłynęliśmy. Widzę, jak się śmiejesz, jaką radość sprawia ci bycie sobą. Przepraszam za to, że byłaś dla mnie nikim. Przepraszam za odtrącanie cię w dzieciństwie. Może kiedyś uda się to naprawić.

   Chciała już odejść, ale coś we mnie pękło. Nienawidziłam jej za to, że była ulubienicą, tą idealną dziewczyną z gubernatorskiego dworu. Nienawidziłam ją za to, że nie była taka jak ja, że mnie nie rozumiała, traktowała z wyższością, które jej nauczono. Zatrzymałam ją, łapiąc delikatnie za rękę.

— Ja też przepraszam — powiedziałam. — Nie dopuszczałam do siebie myśli, że możesz być normalną osobą. Patrzyłam przez pryzmat buntowniczki, dziewczyny z ulicy. — Zawahałam się. — Nasz ojciec uciskał ludzi. Wiedziałaś o tym rygorze, jaki nad nimi roztaczał?

— Nie — odparła, patrząc na mnie. — Zawsze myślałam, że jest dobrze wśród ludzi. Że żyją niewiele gorzej od nas

— To się myliłaś. — Puściłam jej rękę. — Żyłaś w bańce dworu. Ja widziałam to wszystko. Może gdybyśmy obie wcześniej patrzyły przychylniej, to dzisiaj byłybyśmy siostrami nie tylko w więzach krwi. Teraz już idź i miej oko na swojego męża. Może się zdarzyć, że będzie martwy, o ile go nie powstrzymasz od flirtowania z panienkami. 

   Dziewczyna uśmiechnęła się lekko i odeszła, zostawiając mnie samą na pokładzie. Znowu oparłam się o balustradę. W głowie kotłowały mi się myśli, wszystkie na powrót uciekające do sprawy Amy. Dwór najwidoczniej nie wiedział, co się działo wśród niższych warstw społecznych. Nie znał metod gubernatora i Henry’ego, co powodowało jeszcze większą frustrację biedniejszych. Wszystko krążyło wkoło, napędzając nienawistne nastroje, które moje zachowanie mogło zarówno łagodzić, jak i dodatkowo nakręcać. Z rozmyślań wyrwała mnie czyjaś obecność. Obróciłam się błyskawicznie, uwalniając mechanizm ukrytego ostrza. Za mną stał jednak król Ludwik, nie żaden morderca.

— Już, spokój. — Uśmiechnął się lekko. — Widzę, że czujna jesteś.

— Jestem — przyznałam, chowając ostrze. — Szczególnie, odkąd ochroniłam władcę przed mordercą.

— To prawda, powinienem się domyślić po twoim refleksie, że masz dobre zmysły — powiedział, opierając się o burtę. — Harry porządnie dostał. Myślę, że teraz zapamięta, że nie ma tak pogrywać ze swoją żoną.

— Oby, bo nie żartowałam. — Splunęłam w morze. — Może spotkać go naprawdę niemiły los.

   Zapadła cisza, której wymowność była oczywista. Ludwik nie wątpił, że mogłabym coś takiego zrobić, widział jak szybko i bez zastanowienia zabiłam napastnika na balu. Prawdopodobnie to wspomnienie pozostawało żywe w jego pamięci.

— Nadal mam u ciebie dług wdzięczności — odezwał się w końcu. — Chciałabyś czegoś?

— Trzech rzeczy. — Od razu wykorzystałam moment. — Pełnej swobody. Całkowitej wolności pod względem moich zajęć. I komnaty dla Aarona, tuż obok mojej.

— Kto to ten Aaron? — zdziwił się król.

— Mój przyjaciel. — Omal nie powiedziałam brat. — Podróżował wraz z nami.

— Niech i tak będzie. — Uśmiechnął się. — Teraz jednak polecam udać się na spoczynek.

   Następnego dnia dobiliśmy do brzegu. Aaron wyszedł ze statku z moją skrzynią i swoim małym tobołkiem. Poszliśmy razem do jednej z bryczek i już mieliśmy wsiąść, kiedy zawołał nas Henry. Na statku zapomniałam o tym, że miałam być udawaną faworytą, a to stanowisko wiązało się z pewnymi przywilejami. Ludwik siedział w ozdobnej karocy i czekał na nas. Wsiadłam, a zaraz za mną Pirat.

— To jest ten twój przyjaciel, tak? — spytał król, kiedy ruszyliśmy.

— Tak. Jeden z tych, których poznałeś na wyspie — odparłam swobodnie. — Zabrał się ze mną.

— No dobrze, komnata się znajdzie. Może nawet blisko wyjścia, abyście mogli często opuszczać pałac.

— To miło. — Uśmiechnęłam się.

   Na miejscu od razu dostaliśmy komnaty obok siebie. Bogato zdobione sale sypialne przytłoczyły nas, ale i tak nie zamierzaliśmy spędzać tam wiele czasu. Rozpakowaliśmy się, a chłopak poszedł rozeznać się w porcie, co ze statkiem Edwarda. Przeglądałam szkice z dziennika, kiedy do pomieszczenia wbiegł Aaron.

— Mają ojca — wysapał. — Zaplanowano egzekucję.

Opublikowano
Kategorie Assassin's Creed
Odsłon 538
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!