Nothing Is True, Everything Is Permitted – Część Piętnasta

Prowadzą mnie dalej, szarpią jak psa na powrozie.

***

   Minęło kilka dni. Adelajda pochowała ciała powieszonych na miejscowym cmentarzu. Osobiście zakopałabym je gdziekolwiek, może nawet wyrzuciła do morza, ale ona była inna. Ze wzgląd na szacunek do zmarłych postanowiła pochować ich na poświęconej ziemi. Przemyślałam nasze następne kroki, przy okazji dając trochę czasu pozostałym. Musieli mieć chwilę wytchnienia. Doszłam do wniosku, że skoro gubernator należał do Zakonu Templariuszy, to z pewnością gdzieś ukrył komnatę taką, jak okradziony przez nas Uberto Huskarl. Co za tym szło, mogły znajdować się w niej cenne dla Bractwa i naszych następnych kroków informacje. Spotkaliśmy się na naradzie w sali głównej, gdzie na środku stanął duży, okrągły stół. Kiedy zasiedliśmy, zaczęłam mówić, o co mi chodziło. Na koniec podsumowałam całość dość krótko:

– Musimy przetrząsnąć wszystkie zakamarki – powiedziałam. – Aaron może potwierdzić, jak ciężko było znaleźć ten pokój. Jest nas jednak dużo, więc nie powinno być zbyt trudno. Ja zajrzę też do gabinetów gubernatora i Henry’ego. – Spojrzałam na Sama. – Bardzo dobrze, że nie ruszaliście nic z ich rzeczy. A co do Jabłka Edenu, podjęłam już decyzję. – Przeniosłam wzrok na Marka. – Należy przyszykować odpowiednią skrzynię z wytrzymałym zamkiem.

– Postaram się – odparł mężczyzna. – Chociaż nie ukrywam, że nawet najdoskonalszy zamek można wyłamać.

– Ja tam wierzę, że ci się uda. – Skinęłam głową, kończąc naradę.

***

   Po dwóch dniach intensywnych poszukiwań, w końcu znaleźliśmy komnatę. Byk zawołał nas do korytarza przy piwnicy, gdzie znalazł identyczne wejście, jak Aaron przed paroma laty w Stolicy. Potrzebny był jednak klucz. Pozwoliłam im zająć się swoimi sprawami, a ja oddałam się dalszemu przeszukiwaniu biur. U brata nie udało mi się znaleźć żadnych przydatnych rzeczy. Pozostało tylko kilka starych raportów, jego meble i księga zatrzymań. Zabrał wszystko ze sobą, najwidoczniej spodziewał się, że już nie wróci na wyspę. Zajęłam się gabinetem Bernarda, tam spędziłam więcej czasu. Chociaż księgi na półce nie zawierały niczego ciekawego, to jego biurkowe szuflady były pełne fascynujących znalezisk. Znalazłam tam dziennik i stare listy od Wielkiego Mistrza Templariuszy.

   Głównie korespondowali na temat króla, odpowiedniego momentu na atak oraz planie ożenku Harry’ego z moją siostrą. Wynikało z nich, że Harry i członkowie Rady już od dawna chcieli śmierci Ludwika, tylko nie mogli znaleźć odpowiedniej chwili. Ostatni list dotyczył… Mnie. Mistrz Templariuszy pragnął mnie poznać i wykorzystać do własnych celów. Uśmiechnęłam się pod nosem. Trzy lata wcześniej byłam dla nich potencjalną wspólniczką. To się jednak szybko zmieniło. Przejrzałam dziennik. W końcu znalazłam to, czego potrzebowałam. Nazwiska najważniejszych ludzi. Bankier, czyli Daemon Caltigar, Tyann Runciter zwany WywiadowcąSędzia Egido Troche, Wojskowy Michelletto zwany Bezdusznym, Sternik Juan Hakim i Księciunio – nikt inny jak sam Harry. Zapisałam ich w swoim dzienniku. Wiedziałam, kogo mam do załatwienia. Oni stanowili filary Templariuszy, ponad nimi był tylko Wielki Mistrz.

   Na dnie szuflady znalazłam klucz, który pasował do odnalezionego przejścia. Gdy weszłam do środka, zobaczyłam salę pełną różnych dokumentów. Na ścianie wisiał obraz mężczyzny ubranego na biało, z czerwonym krzyżem na piersiach. Najwidoczniej był to ich Mistrz, po raz kolejny trafiłam na taki obraz. Odnalazłam tam również kilka ksiąg, jakiś kolejny notes zapisany wykwintnym pismem gubernatora i wiele map, na których zaznaczano kolejne lokalizacje. Jak się domyśliłam, martwy mężczyzna odznaczał kolejne miejsca możliwego ukrycia Artefaktu. Przez kilka dni siedziałam tam i przeglądałam wszystkie znalezione tam papiery, jednak nie przybliżyło mnie to do odkrycia tożsamości ich Mistrza. Zwołałam naradę, ostatnimi czasy rzadko widywałam swoich przyjaciół poza oficjalnymi spotkaniami.

– Znam już następne pięć celów – powiedziałam. – Wszyscy byli w Radzie i są filarami Zakonu. Musimy jeszcze ukryć Artefakt i będziemy gotowi. Jakieś raporty?

– Skrzynia już prawie gotowa – odezwał się Mark. – Jeszcze kilka dni i będzie można jej użyć.

– To dobrze. – Pokiwałam głową. – Jakieś wieści ze Stolicy? Statki, kupcy, cokolwiek?

– Nie. Ale mam coś innego. – Uśmiechnął się Jack. – Sokoły. Wyszkoliłem je i dzięki temu latają daleko. Są szybsze niż statki.

– Wyślij wiadomość do Stolicy. – Przesunęłam po blacie kopertę z napisanym wcześniej listem.

***

   Po kilku tygodniach spędzonych na treningach otrzymaliśmy odpowiedź. Stolica nadal szalała z powodu braku króla. Radę królewską przemianowano na Radę Regencyjną, a na jej czele stanął Harry. Według ustaleń Lisiej Czupryny wszystko się jednak normowało. Postanowiliśmy, że wyruszymy za kilka dni. W przedostatni dzień zebraliśmy się, aby ostatecznie ustalić losy wyspy.

– Adelajda zostaje na wyspie – powiedziałam, a siostra skinęła głową. – Będzie sprawować władzę. Wraz z nią zostaje Mark. – Mężczyzna również potwierdził moje słowa. – Ukryłam tutaj skrzynię z Artefaktem. Będzie bezpieczna, z dala od Templariuszy. Reszta płynie z nami. Jakieś wieści?

– Ludność nie ma żadnych problemów. Wszystkim zaczęło się lepiej wieść, odkąd chłopaki zaprowadzili nowe rządy – powiedział Aaron.

– To dobrze. – Pokiwałam głową i po omówieniu kilku kwestii dotyczących statku, zakończyliśmy spotkanie.

   Wyszłam na dziedziniec, gdzie Adi i jej córka spędzały czas po naradzie. Moja siostrzenica była całkiem uroczym dzieckiem, ale nie potrafiłam zbyt długo przebywać z nią. Trzyletnie dzieci rozpraszały tylko uwagę, a ja potrzebowałam maksymalnego skupienia. Szatynka podeszła do mnie, ręce skrzyżowała na piersiach.

– Kiedy ostatni raz z kimś rozmawiałaś? – spytała, patrząc na Danae, spacerującą po dziedzińcu.

– No teraz – odparłam, nie wiedząc, co miała na myśli.

– Nie, to nie była rozmowa. – Spojrzała na mnie, wyglądała na zmartwioną. – Ty tylko powiedziałaś co mamy zrobić i wysłuchałaś raportu. Pytam o prawdziwą rozmowę.

   Przygryzłam wargę. Ostatnio często ją zagryzałam, była już skaleczona w tamtym miejscu. Siostra patrzyła na mnie wyczekująco.

– Odkąd powiedziałam wam o mojej żałobie, skupiam się na naszym zadaniu. – Przyznałam w końcu. – To jedyne, o czym potrafię ostatnio myśleć, mówić… – zawahałam się.

– To jedyne, czym potrafisz żyć. – Siostra wypowiedziała to z wyrozumiałością, może nawet politowaniem. – Mam nadzieję, że jak tylko wszystko się skończy, wrócisz do żywych.

***

   Nastał wieczór, a ja miałam dość, pierwszy raz chciałam się upić i zasnąć pod stołem. Słowa siostry uświadomiły mi, jak słaba byłam. Następnego dnia wypływaliśmy do Stolicy, ale pozwoliłam sobie wyjść z pałacu. Poszłam do karczmy, trzos pieniędzy ciążył mi u boku. Weszłam do środka i od razu przypomniałam sobie burdę, jaką kiedyś rozpętała tam trójka Templariuszy. Chcieli mojej głowy już wtedy. Westchnęłam i usiadłam przy kontuarze. Zamówiłam pierwszy kufel i dość szybko go otrzymałam. Na ogół unikałam alkoholu, ale po jakimś czasie kolejne kufle wydawały się coraz lepsze. Z naciągniętym na głowę kapturem popijałam kolejny łyk. Czułam się jak nigdy wcześniej. Głowę przepełniały myśli, po raz pierwszy jednak wszystkie kierowały mnie do jednego. Trunek przytłumił zmysły, a gdy postanowiłam odejść, nogi poplątały mi się, jak nigdy.

   Wyszłam z budynku i od razu musiałam oprzeć się o ścianę. Poszłam na plażę, co jakiś czas zataczając się. Kilka razy wpadłam na nielicznych przechodniów, którzy mruczeli coś pod nosami i odchodzili dalej. Nie interesowało mnie to, szłam dalej z wyjątkowo dobrym humorem i uśmiechem na ustach. W końcu dotarłam do naszej starej miejscówki. Dotknęłam szorstkiej powierzchni skalnej ściany. Jak przez mgłę pamiętałam, jak wspinaliśmy się na nią w dzień przybycia króla Ludwika na Amę. Kilka tygodni przed ślubem mojej siostry z tamtym sukinsynem. Westchnęłam i wyczułam ręką zaczep. Drugą ręką zrobiłam to samo. Byłam pijana, ale wspinaczki nawet wtedy się nie zapomina. Fakt, ciężej się skupić, kilka razy prawie spadłam, ale w końcu znalazłam się na górze. Wiatr zaczął się wzmagać, jakby natura nie chciała dać mi dojść do krawędzi. Stanęłam nad skarpą prowadzącą do morza. Fale uderzały o skały, wiatr zerwał mi z głowy kaptur. Rozłożyłam ręce, jakbym przygotowywała się do Skoku Wiary – skoku, który miałam we krwi, który tyle razy sprawiał mi przyjemność. Miał mi ją sprawić po raz ostatni. Wtedy usłyszałam swoje imię:

– Shadow – powiedział męski głos, a ja obróciłam się.

– Sam. – Mój głos chyba nie brzmiał zbyt dobrze. – Co ty tutaj robisz…

– O to samo mogę spytać ciebie. – Podszedł trochę bliżej. – Do tego jesteś pijana.

– Nie jestem pijana – sprzeciwiłam się, chociaż wiedziałam, że miał rację.

– Właśnie, że jesteś – odparł, podchodząc jeszcze kilka kroków. – Co chcesz zrobić?

– Może skoczyć – odparłam prostolinijnie, a moje policzki ponownie odwiedziły łzy, dawno nieobecne. – Nikt mnie nie potrzebuje. Jabłka nikt nie znajdzie, moja misja się skończyła.

– Nawet tak nie myśl. – Kolejne kroki. – Wszyscy cię potrzebujemy. Jutro wyprawa, pamiętasz? Mamy kilku Templariuszy do skopania. – Ponownie się zbliżył, był już bardzo blisko. – Chyba nie zostawisz nas z tym samych.

– Ale ja wciąż tęsknię za nim. – Osunęłam się na kolana, głowę zwiesiłam na klatkę piersiową. To w połączeniu z moją bełkotliwą mową z pewnością wyglądało żałośnie.

– Rozumiem. – Przyklęknął obok i objął mnie. – Ale nie możesz pozwolić temu zapanować. Zbyt długo walczyliśmy dla ciebie, abyś ty teraz się poddała.

   Sprowadził mnie z klifu po wąskiej ścieżce i zaprowadził do pałacyku. Czuwał przy mnie długo, chyba aż zasnęłam. Obudziłam się z bólem głowy. Miałam za swoje. Byłam głupia, myśląc o śmierci. Co mnie podkusiło, aby iść na klif? Nie potrafiłam na trzeźwo odpowiedzieć, żeby to zrozumieć, chyba znowu musiałabym się upić.

   Statek został już załadowany, załoga czekała tylko na mnie. Pożegnałam siostrę i Marka, powtarzając, że tam nic im nie grozi. Głównie to skłoniło mnie do pozostawienia Adi i jej córki na miejscu. Po kilku ostatnich słowach  pożegnania weszłam na pokład. Rozwinięto żagle i statek wypłynął z portu.

– Connor, prosto do Stolicy! – zawołałam. – Żagle mają być ciągle pełne wiatru, czy to za dnia, czy nocą. – Chwyciłam się takielunku. – Kierunek legowisko Hydry.

   Rejs nie dłużył się, chociaż mało rozmawiałam. Głównie stałam za sterem, gdzie ciągle należało sprawdzać współrzędne, korygować kilka rzeczy, słowem były ręce pełne roboty. Mimo spokojnych nocy, na lądzie moje myśli nadal wracały do Ezia, co statek niwelował. Za sterem czułam się wolna, na nowo panowałam nad sytuacją, zapominałam nawet o tym, że Asasyni uczynili mnie swoim Mistrzem i o tym, co doprowadziło mnie w to miejsce.

   Przeszłość w pewien sposób wróciła, kiedy usłyszałam rozmowę moich przyjaciół. Wiedziałam, że moi starzy znajomi jeszcze na wyspie polubili się z Connorem i Brodatym Lee. Często ze sobą rozmawiali, ale wtedy poruszyli temat mojego stylu walki.

– Chciałbym w końcu zobaczyć ją podczas boju – powiedział Jack, oparty o burtę. – Widziałem, jak ćwiczyła, styl walki niewiele się jej zmienił, odkąd nas uczyła. Jednak to za mało. Pragnę zobaczyć, jak i czy w ogóle sieje śmierć.

– Nie chcesz tego zobaczyć – mruknął Connor, a Lee mu przytaknął.

– Widziałem wiele. – Brodacz pokiwał głową. – Ale takiego bojowego szału nie spotyka się często. Podczas abordażu niejednokrotnie wskakiwała pomiędzy ludzi drugiego statku. Walczy nie jak człowiek. Walczy jak demon w ludzkiej skórze. A jak umaże się krwią podczas walki, to już w ogóle wygląda makabrycznie. Nim się obejrzysz, połowa atakujących ją, jest posiekana na kawałki, zakrwawione podłoże śliskie od posoki. Nie pamiętam nawet, kiedy stała się tak mordercza.

– Jest szybka, zwinna i zabójczo precyzyjna – podsumował Aaron. – Nawet Azize, mimo takiego samego stylu walki, nie jest aż tak szalona w boju. To wszystko zaczęło się przy abordażach, ale jej szał… Takie zabójcze akcje zapoczątkowała Cytadela. To musiała być trauma, nie wiem, jak się z tego pozbierała.

   Ich słowa kazały mi zastanowić się nad sobą. Czy to możliwe, że moje umiejętności stały się aż tak zdradzieckie? Tak szalone, że nawet tego nie zauważyłam? Nie było mi dane tego zrozumieć. Może po prostu dali zbyt wyolbrzymione opisy tego, jak walczyłam? A co do traumy… Chyba się z niej nie wyleczyłam. Straciłam tam chłopaka. Przemilczałam tę sprawę. Nie wiedzieli, że ich słyszałam i nie musieli wiedzieć. Kilka dni później znaleźliśmy się na miejscu. Przywitała nas późno-zimowa bryza i piętnastostopniowe temperatury Stolicy. Podróż zakończyła się bez żadnych komplikacji, a dzięki Jack’owi Asasyni wiedzieli o naszym przybyciu. Wyszliśmy po trapie na brzeg. Rozejrzałam się odruchowo, ale nigdzie nie zobaczyłam strażników. Obróciłam się do przyjaciół.

– Azize, ty zabierzesz ze sobą Horacego. Aaron idzie z Samem, a tata pójdzie z Jack’iem. Spotkamy się na miejscu, musimy udać się okrężnymi trasami, aby nie wzbudzić podejrzeń.

– Co z piratami? – spytał Aaron.

– Zawiną do bezpieczniejszej przystani i dołączą do nas – odparłam. – Są już przeszkoleni do naszego wywiadu.

   Mieliśmy już się rozejść i spotkać dopiero u Lisiej Czupryny, jednak czekało mnie coś jeszcze.

– Witamy w Stolicy, Shadow – usłyszałam znajomy mi głos.

   Moje zmysły oszalały. Ten głos… Moje imię brzmiało tak cudnie, gdy padło z ust stojącej gdzieś za mną osoby. Ale to było niemożliwe. Przecież on nie żył.

Opublikowano
Kategorie Assassin's Creed
Odsłon 460
1

Komentarze (1)

  • 15 maja 2020 at 23:48
    Gdybyś Ty słyszała mój pisk, gdy w końcu wstawiłaś kolejną część... xDDD I jeszcze niczym Polsat kończysz część, jeez xD Z niecierpliwością czekam ^w^

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!