Nothing Is True, Everything Is Permitted – Część Siódma

Służyłam wiernie i lojalnie.

***

   Ocknęłam się w półmroku pomieszczenia. Wszystko kołysało się miarowo, świat nabierał powoli ostrości. Przez chwilę nie wiedziałem, gdzie jestem i co powoduje kołysanie, ale wszystkie wspomnienia wróciły jedną falą. Atak na egzekutorów, walka, ucieczka, postrzał. Poruszyłam się i mimowolnie wydałam z siebie cichy jęk bólu, spowodowany gwałtownym ruchem ranionej ręki. W półmroku usłyszałam głos przyjaciela. Sądząc po pogłosie, siedział nieopodal pryczy, ale poza zasięgiem mojego wzroku: 

— Spokojnie Shadow. — Podszedł do mnie i podał mi dłoń. — Powoli usiądź. 

   Złapałam go zdrową ręką i podniosłam się, zwieszając nogi z posłania. Moje oczy wreszcie przyzwyczaiły się do wpadających przez okno ostatnich promieni słońca, barwiących niebo na czerwono-pomarańczowy kolor. Aaron patrzył na mnie z troską, ale w końcu uśmiechnął się. 

— Nastraszyłaś nas — powiedział. — Przez to, że podczas walki ochlapałaś płaszcz czyjąś posoką, myślałem, że dostałaś w klatkę. 

— Nie tak łatwo mnie zabić, pamiętaj o tym — odparłam z lekkim uśmiechem. 

   Mówiąc to, zorientowałam się, że w kajucie był ktoś jeszcze. Na środku pomieszczenia stał masywny stół, obok którego siedział Edward. Przypatrywał się nam, rozwalony na krześle. Nogi wyciągnął na całą ich długość i skrzyżował w kostkach. Jedną rękę oparł o blat i, jakby w zamyśleniu, trącał raz po raz karwasz ukrytego ostrza. Na blacie leżały też inne rzeczy – obie mapy i notesy, miecze, sztylety, dwa pistolety. Wszystko to należało do mnie i mojego brata. Poruszyłam zranioną, ale opatrzoną ręką. Bolało, jednak nie wydawało mi się, żeby postrzał wyrządził jakieś większe szkody. 

— Jak długo byłam nieprzytomna? — spytałam, utkwiwszy wzrok w ukrytym ostrzu, leżącym tak daleko ode mnie. Bez niego czułam się niemal jak naga. 

— Może z godzinę — odparł ciemnowłosy chłopak. — Zdążyliśmy wypłynąć na pełne morze. 

   Na chwilę zapadła cisza, trochę niezręczna, ale o dziwo przyjemna. Żadne z nas nie spieszyło się z jej przerwaniem, prawdopodobnie dlatego, że sytuacja nie należała do łatwych. Jakże by mogła? Aaron znał Edwarda, ale żaden z nich nigdy nie myślał o tym, żeby chłopak dołączył do załogi. To rzemiosło niosło za sobą tak wielkie ryzyko, że Edward nie chciał go podejmować. Ja weszłam w to wszystko nagle, nie wiedząc praktycznie nic na temat mężczyzny, którego powinnam nazywać ojcem. Korsarz musiał oswoić się z myślą, że w obecnych okolicznościach nie było mowy o tym, że spokojnie wysadzi nas gdzieś na lądzie i pozbędzie problemu. W końcu pirat zdecydował się zabrać głos, chociaż zrobił to niepewnie. 

— Dziękuję — zaczął. — Connor i Aaron opowiedzieli mi, co zrobiłaś. Jestem pod wrażeniem, że większość planu ułożyłaś sama. — Wstał i zaczął powoli iść w stronę pryczy. — Naprawdę nie wiem, jak udało się wam utrzymać załogę w ryzach przez dwa tygodnie i podczas samego przedsięwzięcia. — Usiadł obok mnie i po chwili wahania objął delikatnie ramieniem, uśmiechając się. — Zawdzięczam wam życie.  

   Spojrzałam na niego, w pierwszej chwili rozważając strącenie jego ręki. Nie zrobiłam tego jednak, bo o dziwo gest ten sprawił, że poczułam bijące od mężczyzny ciepło, jakiego nigdy nie zaznałam od gubernatora. Spotkałam Edwarda drugi raz w życiu, a on traktował mnie cieplej niż człowiek, którego przez szesnaście lat nazywałam ojcem. Gdy prześlizgnęłam po nim wzrokiem, zauważyłam na jego ręce ukryte ostrze, które wykradliśmy od tamtego urzędnika. Skóra była już wytarta, broń wyglądała na kilka lat starszą niż nasze sztuki, ale nie dało się go pomylić z żadną inną bronią. Zebrałam rozbiegane myśli i odezwałam się: 

— To było dla nas oczywiste, aby spróbować ci pomóc — urwałam na moment. — Jest jednak kilka kwestii, które nie dają nam spokoju od dawna. Ciągną się za nimi pytania, na które odpowiedzi chcę poznać, a ty możesz mi ich udzielić. — Spojrzałam na Aarona. Brat skinął głową, więc kontynuowałam — Im prędzej o nie spytam, tym lepiej. Czekamy z rozwikłaniem ich zdecydowanie dłużej, niż byśmy chcieli. 

— Mów w takim razie. Jeżeli faktycznie będę w stanie udzielić odpowiedzi, to z pewnością to zrobię. — Nadal uśmiechał się kojąco, wręcz ojcowsko. 

   Nigdy nie widziałam takiego uśmiechu. Gubernator nigdy tak na mnie nie spojrzał, nigdy nie obdarzył uwagą, troską. Zawsze obowiązki stawiał wyżej od rodziny, nawet pierworodnego syna traktował bardziej jak podwładnego mu wojskowego niż swoje dziecko. Jeżeli poświęcał komuś uwagę, to było warte zapamiętania święto. Odepchnęłam wspomnienia. Nie powinnam zaprzątać sobie głowy kimś takim, jak Bernard, nie teraz, kiedy nareszcie mogłam usłyszeć wyjaśnienia na nurtujące mnie tematy. Jeszcze raz spojrzałam na brata, ale ten nie kwapił się do włączenia do rozmowy. Wzięłam głęboki wdech. 

— Zacznę od samego początku — powiedziałam, wskazując prawą ręką na stolik. — Zapewne przejrzałeś to, co tam leży. W takim razie wiesz, że w jednym z notesów prowadzę notatki. Naszkicowałam tam kilka rzeczy, w tym płaszcze i mechanizmy tego. — Dotknęłam jego karwasza. — Wzory płaszczy wykonałam osobiście, a wyglądają prawie identycznie jak twój. To najprawdopodobniej zbieg okoliczności, ale co do pozostałych elementów nie ma takiej szansy. Kowal z wyspy dysponował szkicami twojej broni. Opisał dokładnie ciebie jako osobę, która dała mu kiedyś do naprawy ukryte ostrze. Podobnie było z mapą. Jedną skradliśmy, gdy udaliśmy się po twoje rzeczy, ale to nie pierwszy egzemplarz, jaki miałam w rękach. Ten wcześniejszy otrzymałam od kapitana, który twierdził, że sprzedałeś mu ją w pośpiechu. — Spojrzałam w szare oczy mężczyzny. — Chociaż odrzucałam teorię Aarona, wszystko to, w połączeniu z kilkoma informacjami, jakie wpadły nam w uszy i ręce, wskazuje, że jesteś kimś, kogo nazywają Asasynem — urwałam, mając nadzieję, że nie brzmiałam zbyt chaotycznie.

— Jeżeli więc tak jest, to wyjaśnij nam, kim są ci Asasyni — Aaron przejął inicjatywę. — I Templariusze, bo taka grupa też przewinęła się w całej tej historii. 

   Mężczyzna odetchnął głęboko, zabierając dłoń z mojego ramienia. Zamknął na chwilę oczy, po czym spojrzał na Aarona, na mnie i stół. Po chwili wstał, powoli podszedł do stołu i sięgnął po trzy kubki. Zawahał się, ale w końcu nalał do nich wina i podał nam. Wymieniłam szybkie spojrzenia z bratem. Milczenie przeciągało się, powodując nieznośnie napiętą atmosferę. Myślałam, że już nigdy nie zacznie, ale wtedy usłyszałam jego głos. W porównaniu z wcześniejszym tonem, teraz brzmiał, jakby ktoś wyciągał z niego siłą bolesną przeszłość.

— Nie mogę udzielić odpowiedzi, na wszystkie zadane teraz pytania — urwał, biorąc tęgi łyk. — Nie od razu. To byłoby zbyt wiele na jeden moment, szczególnie po tym, ile się dzisiaj wydarzyło. Nie mam tu na myśli faktu, że miałem zawisnąć, a to, że postawiliście mnie przed faktem dokonanym, ryzykując własnymi głowami. — Wziął głębszy wdech i kontynuował — Jeżeli chodzi o tego kowala z wyspy, Marka, tak, naprawiał moją broń. To mój stary znajomy i nie bałem się powierzyć mu tak delikatnego mechanizmu do odnowy. Nie myślałem jednak, że będzie w stanie stworzyć je od podstaw. Co do mapy i kapitana. — Pokiwał głową w zamyśleniu. — Francesco Pedro, dobrze pamiętam? Facet jest znany z zainteresowań nowinkami z dziedziny kartografii. Szczególnie często szukał takowych u Czarnych Bander. Mapę miałem od dawna, ale od jakiegoś czasu była problematyczna. Sprzedałem mu ją za bardzo niską cenę. Powiedzmy, że jej posiadanie stało się dość problematyczne. — Ponownie upił łyk trunku. — No i zostali nam jeszcze Asasyni oraz Templariusze. Na te tematy przyjdzie czas, ale i tak już połączyliście pewnie fakty. Obie grupy się nienawidzą, co zresztą łatwo zauważyć, gdy się już o nich wie. Ratując mnie, wplątaliście się w ciężką walkę o to, która strona wygra odwieczny konflikt o dominację. Jak zapewne wyczytałaś z notesu naszego sędziego i ja jestem częścią tej walki. — Odstawił kubek, wzdychając ciężko. — Przynajmniej byłem, a jeżeli Mistrz przyjmie mnie z powrotem, to nadal będę. Teraz jednak czas, abyście odpoczęli, szczególnie ty, Shadow. — Spojrzał na mnie w sposób, który można było nazwać troskliwym. — Postrzał to nic strasznego, ale sen leczy najlepiej. Kajuta jest wasza. Jutro wyjaśnię wam więcej. 

   Mężczyzna wstał i zasunął krzesło. Aaron od początku miał rację, Edward był Asasynem, to ich symbol zdobił nasze karwasze i to ich zatargi z Templariuszami sprawiły, że tamci powiązali nasze poczynania z nadal nam nieznaną organizacją. Popatrzyłam na brata i z powrotem na biologicznego ojca. Miałam ochotę wstać i przytulić się do niego, ale coś nadal mi na to nie pozwalało. Może fakt, że prawie go nie znałam? Był mi ojcem tylko w genach tak, jak niegdyś gubernator jedynie z nazwy. Rozdarta pomiędzy niepewnością a pragnieniem serca wbiłam spojrzenie za okno, wypiłam do końca wino i odstawiłam kubek. Edward zdążył już wyjść, zostawiając nas samych. W ciszy uprzątnęliśmy jeszcze rzeczy ze stołu i dopiero po tym położyliśmy się. Leżąc na pryczach, rozmawialiśmy na temat tego, co powiedział nam Edward. 

— Myślisz, że wtajemniczy nas? — spytał brat, zaplatając ręce pod głową. — Nie gra z nami w otwarte karty. 

— Już to po części zrobił — odparłam, zastanawiając się. — W zasadzie sami to zrobiliśmy, odnajdując informacje i łącząc je ze sobą. Już na statku Pedra dysponowaliśmy mglistym obrazem, z którego ty wyciągnąłeś wnioski niewiarygodnie bliskie prawdy. On może nam to wszystko rozjaśnić. 

   Wpatrywałam się w okienko, przez które widziałam mały skrawek ciemniejącego nieba. Nie myślałam o niczym konkretnym, zawieszona pomiędzy przeszłością a przyszłością. Edward miał rację, że postawiliśmy go pod ścianą, ale nie wydawał się z tego powodu niezadowolony. Nie wiedziałam, ile zmieniła nasza akcja, ani jak potoczą się następne tygodnie, czy chociażby dni, jednak nie przejmowałam się tym. Fakt pozostawał faktem – postawiliśmy wszystko na jedną kartę, podjęliśmy ryzykowną decyzję i przyłączyliśmy się do piratów. Nie mieliśmy już odwrotu i co najdziwniejsze, nie obawiałam się konsekwencji tego wyboru.

— Widzę, jak on na ciebie patrzy — powiedział Aaron, przerywając chwilę ciszy, jaka zapadła. W pierwszej chwili nie zrozumiałam, co miał na myśli. — Jest z ciebie dumny, pod wieloma względami. Opowiedziałem mu, jak przeprowadziłaś nasze szkolenie, o naszej akcji i małym bractwie z wyspy. Wszystkiego słuchał z uśmiechem na ustach, jakby nie spodziewał się po tobie niczego innego. Możesz nie czuć się jego córką, ale on chce być dla ciebie ojcem takim, jakim jest dla mnie. Nie mieliśmy zbyt wielu okazji do dłuższych spotkań, ale zawsze poświęcał mi tyle czasu, ile tylko mógł. To samo chciał zaoferować tobie, ale nie miał szansy. — Spojrzał na mnie. — Wydaje mi się, że teraz spróbuje nadrobić te wszystkie lata, przez które w ogóle cię nie widywał.

   Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Aaron znał go, więc najpewniej wiedział, że tak jest. Jednak nadal nie byłam przekonana. Czy mogłam odnaleźć więź z obcym człowiekiem, nawiązać relację ojciec-córka, mając w pamięci przeszłość i chłód gubernatorskich objęć? A z drugiej strony, czy nie powinnam zapomnieć o przeszłości, która była jednym wielkim kłamstwem, i otworzyć się na nieznane, a podświadomie żywe uczucie?

— Mam nadzieję, że nie będziesz miał mu tego za złe, mnie także wybacz — powiedziałam w końcu, nie chcąc ewentualnej niezgody pomiędzy nami.

— Nie myśl tak. — Uśmiechnął się pokrzepiająco. — Nie będę zazdrosny, jeżeli o to ci chodzi, bo to bez sensu. Dam wam się lepiej poznać, abyście mogli zrekompensować stracone chwile. Potrzebujesz w końcu ojca, prawdziwego, kochającego na swój własny sposób, ale zawsze cię wspierającego. Zapewniam, że on nigdy nie potraktuje cię tak, jak tamten sukinsyn. A zdecydowanie nigdy nie powie, że przynosisz mu wstyd. 

   Uśmiechnęłam się na jego słowa, bo najprawdopodobniej celowo nawiązał do tego, co powiedział do mnie gubernator w dzień przybycia Ludwika na wyspę. A nawet jeśli to był przypadek, w jakiś niewytłumaczalny sposób te słowa sprawiły, że przychylniej popatrzyłam na możliwość poznania ojca. Aaron ziewnął przeciągle. 

— Dobranoc, bracie — powiedziałam, widząc jego zmęczenie. 

— Dobranoc, siostrzyczko — odparł, obracając się na drugi bok. 

   Przez jakiś czas wpatrywałam się w ciemność i myślałam o Aaronie. Chociaż starszy o dwa lata, na wyspie często zachowywał się, jakby był młodszy. Lubił się wygłupiać, rozweselać nas, czasem w gorszych chwilach zgrywał największego optymistę. Znaliśmy się od dawna, a ja nawet podejrzewałam, że to mój brat. Nie widziałam nawet żadnych przesłanek, żeby tak myśleć. Jedynym podobieństwem pozostawały oczy i chociaż szare tęczówki stanowiły rzadkość, nigdy nie uznałabym ich za przesłankę do rozważania naszego pokrewieństwa. Zastanawiałam się, jak mogłoby to wyglądać, gdybym nie dowiedziała się, że gubernator nie był moim ojcem. Czy wówczas Edward próbowałby mnie spotkać w Stolicy? I skąd wiedział, że miałam wypłynąć wraz z Ludwikiem? Zmarszczyłam brwi, ale zanim dobrze się zastanowiłam, pochłonął mnie sen. 

***

    Rano Aaron i Edward dali mi czas, abym spokojnie się przebrała. Wykorzystując chwilę samotności,  obmyłam się w miednicy z zimną wodą i przycięłam włosy. Kobieta na pokładzie pirackiego statku faktycznie mogła okazać się problematycznym pasażerem, ale nikt nie narzekał. Po szybkiej toalecie porannej wyszłam na pokład, gdzie piraci doglądali takielunku, rozmawiali i szorowali deski. Uśmiechnęłam się na myśl, że oprócz ciągłego uzbrojenia oraz gotowości do ewentualnego abordażu, nic ich nie różniło od zwykłych marynarzy. Ledwo zamknęłam kajutę, od razu podszedł do mnie Brodaty Lee. Był to mężczyzna potężnej budowy, o długiej, gęstej, ciemnej jak smoła brodzie. Takie same włosy przepasał czerwoną chustą, pozwalając jednak aby opadały mu na kark i ramiona kaskadą lekko skręconych pukli. Mimo aparycji zaciętego korsarza okazał się człowiekiem przyjaznym i zaskakująco delikatnym. Uśmiechnęłam się na jego widok, bo bardzo go polubiłam przez te dwa tygodnie.

— Jak ręka? — spytał.   

— Nie jest źle — odparłam, na dowód poruszając ramieniem. — Boli, ale to chyba normalne, kiedy kula rozwali ci rękę.   

— Naprawdę? Nie wiedziałem! — zaśmiał się. — Mógłbym zobaczyć? To ja cię opatrzyłem, więc wolałbym skontrolować sytuację.   

   Zgodziłam się, dlatego poszliśmy do pomieszczeń poniżej. Lee usadowił mnie na niskim krześle, po czym sięgnął po utensylia. Z delikatnością, jakiej spodziewać by się można po medyczce, zsunął rękaw z miejsca postrzału, odwinął bandaż i przyjrzał się ranie. Zszyto ją w prosty, porządny sposób, charakterystyczny dla szycia polowego. Skóra wokół była zaczerwieniona i bolała przy dotyku, ale nie dolegało mi nic więcej. Wylał na skrawek lnianego materiału odrobinę alkoholu i przetarł tym ranę, po czym zawinął ją ponownie.  

— Kilka dni i będzie dobrze — powiedział, zwinnie zawiązując kokardkę na opatrunku. — Potem będziesz musiała rozćwiczyć mięśnie, ale szybko wrócisz do siebie. Chodź już, z pewnością coś ciekawego dzieje się na morzu, w końcu nadeszła zima. Wyprawy o tej porze roku nie są rzadkością, może uda nam się coś zgarnąć. Statki najczęściej są teraz wyładowane dobrymi towarami.   

— Ahoj przygodo! — Zasalutowałam, na co zaśmialiśmy się.   

   Weszliśmy na górę. Nic nowego się nie działo, więc poszłam na mostek, a Lee wrócił do reszty piratów. Kilku z nich przywitało mnie ciepłym uśmiechem lub krótką rozmową. Nie dało się nie zauważyć, że mężczyźni darzyli mnie sympatią i, co dalej budziło moje zaskoczenie, dużym szacunkiem. Wspięłam się schodkami na mostek. Connor, stojący nieopodal ojca, skinął głową na powitanie i spytał:   

— Jak się czujesz?   

— Wszystko dobrze. Trochę boli, ale nie jestem taka miękka. 

— Nie da się ukryć — odparł z lekkim uśmiechem. 

— Ma to w genach — przytaknął Edward, uśmiechając się do mnie ciepło. 

  Po chwili szarooki kapitan odesłał skinieniem dłoni swojego zastępcę, który natychmiast wykonał polecenie. Wcześniej Aaron towarzyszył im przy sterze, ale także nas opuścił, zostawiając mnie sam na sam z ojcem. W pierwszym odruchu chciałam zatrzymać brata, ale  widząc lekko nerwowe zachowanie pirata, domyśliłam się, że zbierał myśli do rozpoczęcia rozmowy. Odezwałam się pierwsza, chcąc jak najszybciej wyrazić swoje uczucia i uniknąć ewentualnych niedomówień:  

— Pamiętasz nasze pierwsze spotkanie? — spytałam, na co skinął głową. — Powiedziałam wtedy, że nie czuję się niczyją córką. Byłam wówczas rozgoryczona tym, że wychowywałam się w kłamstwie i zła na wszystko, co się wokół mnie działo. A ciebie nie znałam, nie wiedziałam o tobie nic poza tym, że jesteś piratem — zawahałam się. — Nadal nie znam cię na tyle, na ile powinnam, ale już czuję ten szczególny rodzaj więzi, jakiego nie da się zdefiniować. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie nazwać cię ojcem, ale nie dlatego, że mam do ciebie jakiś żal, tylko przez rozdarcie, jakie czuję od dnia naszego spotkania. Czuję, że przez te kilka godzin razem traktujesz mnie lepiej niż człowiek, który zajmował twoje miejsce. — Otuliłam się ramionami, nagle czując się całkowicie zagubiona. — Chcę nadrobić stracony czas, abyśmy mogli nawiązać relację, której nie dane nam było zaznać, ale… Chyba boję się, że coś pójdzie nie tak, że nie uda nam się porozumieć.

— Rozumiem, że nadal masz wątpliwości — powiedział, nie kryjąc mieszających się w nim emocji. Starał się jak najlepiej dobierać słowa. — Nie miałem szansy cię poznać, doglądać twoich poczynań, pocieszać czy pomagać w trudnych decyzjach i wiem, że możemy nigdy nie nadrobić straconych w ten sposób chwil, ale chcę być dla ciebie ojcem. A nawet jeśli nie poczujesz tego, nawet jeśli nie uda ci się pozbyć wątpliwości, chcę, żebyś miała we mnie oparcie i przyjaciela. — Uśmiechnął się, na co odpowiedziałam tym samym, chociaż miałam ochotę płakać. — Chodź tutaj. — Najwidoczniej zauważył łzy w moich oczach, bo puścił jedną ręką ster i przytulił mnie. — Mam nadzieję, że z czasem faktycznie będę dla ciebie kimś więcej, niż teraz, ale nie będziemy niczego robić na siłę. 

   Nie odpowiedziałam, wtulając się w niego. Targały mną różne emocje, potrzebowałam chwili, aby się opanować. Czując jego ostrożny, a jednak mocny uścisk poczułam się, jakby uleciały ze mnie wątpliwości. Nie wszystkie, ale przynajmniej te, które sugerowały mi odrzucenie kiełkującego uczucia bliskości, jakie zrodziło się w mojej podświadomości już wieczorem. Uśmiechnęłam się, odsuwając od Edwarda. 

— Żyjąc razem na jednym statku będziemy mieli mnóstwo okazji do nadrobienia straconego czasu — powiedziałam. 

— Nie da się ukryć — przyznał. — Najwyżej któregoś razu jak będziesz miała dość to wyrzucisz mnie za burtę. Tylko najpierw musiałbym nauczyć się pływać.  

  Oboje roześmialiśmy się na perspektywę płynącego wpław Edwarda. Po chwili dołączył do nas Aaron, który bardzo taktownie przemilczał kwestię naszej prywatnej rozmowy. Byłam mu za to wdzięczna, bo nie czułam się na siłach omawiać ten temat jeszcze raz.

   W trójkę do wieczora urzędowaliśmy na mostku kapitańskim, spędzając czas całkiem miło. Przy okazji popisałam się umiejętnościami nabytymi podczas poprzedniej podróży, odczytywałam kierunek z busoli i przez kilka chwil miałam nawet ster pod kontrolą. Nie trwało to długo, ale niewątpliwie sprawiło mi satysfakcję.

   Wieczorem zeszliśmy z pokładu, oddając ster Connor’owi. Czekając na kolację, usiadłam w kajucie i spojrzałam na mapę zdobytą od Pedro. Po połączeniu zawartych na niej informacji z moją niepełną wiedzą czytania z gwiazd, wywnioskowałam, gdzie płynęliśmy. Wszystko wskazywało na podróż wkoło Dzikiego Kontynentu, także skolonizowanego przed wieloma laty. Słyszałam kiedyś, że znajdował się tam przyczółek idealny do uzupełnienia zapasów, a dla pirackiej załogi szczególnie ciekawym punktem byłyby tawerny i burdele. Możliwe, że wybieraliśmy się gdzieś dalej, ale nie chciałam nachalnie pytać. W tamtej chwili i tak nie miało to znaczenia. 

***

  Kilka następnych dni spędzałam głównie z ojcem przy sterze, niecierpliwiąc się powrotu ręki do lepszej sprawności i irytując się na każdą wzmiankę na temat niemal zagojonej rany. Zazdrościłam, że Aaron trenował z piratami albo wspinał się na bocianie gniazdo, co kiedyś było moim zadaniem. W końcu ramię wygoiło się na tyle, że ojciec przestał protestować i pozwolił mi wrócić do treningów. Nim się obejrzałam, zabrałam też Aaronowi satysfakcję z samotnej wspinaczki na bocianie gniazdo i niejednokrotnie ścigaliśmy się w tym, kto dotrze na szczyt pierwszy. Każda wycieczka na górę kończyła się jednak tak samo – na horyzoncie nie znajdowaliśmy żadnego statku. Chociaż doskonale zdawałam sobie sprawę, że gdybyśmy uświadczyli jakiś okręt, nie odmówilibyśmy sobie abordażu.

   Tak nurtujący dotychczas temat Asasynów i Templariuszy ucichł, ale postanowiłam wykazać się cierpliwością i nie naciskałam na ojca o wyjaśnienia. Aaron zaś wydawał się zapomnieć o tym całkowicie, czując się świetnie w nowym towarzystwie. W końcu jednak nadszedł dzień, kiedy mieliśmy dowiedzieć się więcej. Podczas kolejnego tygodnia ojciec przekazał ster Connor’owi i przywołał nas do kajuty. Kiedy weszliśmy, przy stoliku czekały ustawione przez niego trzy krzesła, kubki i butelka przedniego wina. Na blacie rozłożył też mapę i przeglądał jeden z notesów, ten zabrany z domu Huskarla. Na nasz widok uśmiechnął się i wskazał na krzesła. Usiedliśmy, patrząc, jak odkorkowuje trunek i rozlewa go do kubków. Podał nam je, mówiąc: 

— Widzicie, przez dłuższy czas nie poruszyłem z wami tematu, o który pytaliście. Musiałem przemyśleć kilka rzeczy, ułożyć to wszystko w głowie. Nie wiedziałem, jak to wszystko wam przekazać, ale myślę, że teraz jestem już gotowy, aby wszystko wyjaśnić w miarę zrozumiale — urwał i wziął łyk trunku, po czym kontynuował — Cały ten temat należy rozpocząć od samego początku. Przed wiekami utworzyły się dwie wrogie względem siebie grupy. Obie pragną tego samego, pokoju. Jednak obie widzą to w inny sposób. My, Asasyni, pragniemy wolności, równości, pokoju międzyludzkiego, braku wojen i podziałów. Templariusze pokój rozumieją poprzez zjednoczenie wszystkich pod jarzmem. Uciskać tych słabszych, zdobyć władzę, wprowadzić tyranię, oto ich plan na brak wojen. Bo kto będzie walczył z niepokonanym tyranem? Nikt. — Zapatrzył się w zawartość kubka, jakby wbrew przygotowaniom nadal miał problem z dobraniem myśli. — Był czas, kiedy Templariusze musieli się z nami liczyć, ale niestety to minęło. W jednym z wewnętrznych konfliktów w naszym Bractwie zginęło naprawdę wielu dobrych ludzi, dla których nasze wartości były świętością. Staliśmy się nieliczną, rozbitą i nieufną grupą, cieniem dawnej świetności. Musieliśmy ukryć się przed wrogami, którzy nie ustają w wysiłkach, aby doszczętnie nas zniszczyć. Nie wiem, ile pokoleń temu to było, ale jesteśmy cały czas tropieni. Ci mniej doświadczeni z naszych zostali już wybici, ci lepsi przetrwali, aby szkolić następców. Od czasu tamtego wewnętrznego sporu Asasynem może zostać tylko dziecko członka Bractwa, przez co nasza liczba nie zwiększa się zbyt szybko, a wręcz przeciwnie, cały czas maleje. Jako wasz ojciec miałbym prawo was wyszkolić i wcielić w nasze szeregi, powiadomiwszy Mistrza listownie. — Pokręcił głową, a ja wymieniłam szybkie spojrzenie z bratem. Czyżbyśmy mogli przystąpić do Bractwa? — Jednak nie mogę tego zrobić w tak łatwy sposób, nie ja. Niedługo minie prawie dwadzieścia lat, odkąd opuściłem mury Cytadeli, gdzie nas niegdyś szkolono. Wyszło stamtąd niewielu, ale nasze zadanie było proste. Osiedlić się, wmieszać w tłum, pomagać, poszerzać nasze wpływy. Niektórym trochę się to udało, inni mają na razie niewielkie możliwości. Od tamtego czasu nie wykonałem powierzonej mi misji, nie raz złamałem zasady naszego Credo. Mam marne szanse na powrót w szeregi Bractwa i wcale się nie dziwię, sam jestem sobie winien. Mimo to jest szansa, że mi wybaczą. Mistrz zażądał spotkania wszystkich liderów z Bractwa, których mamy na całym świecie. Nie jestem może żadnym liderem, ale przy tej okazji mam szansę przebłagać Mistrza. Odbędzie się ono w przyszłym roku, ale już teraz zmierzamy na miejsce. Mam nadzieję spotkać tam swoich starych przyjaciół i nie zostać przez nich zabitym. — Uśmiechnął się krzywo, przenosząc wzrok na naszą dwójkę. — Podejrzewam, że będzie nas niewielu, może nawet mniej niż wtedy, gdy wyszliśmy z murów twierdzy. Nie mam zbyt wielu informacji od nich, tylko jedna osoba nadal utrzymuje ze mną jakikolwiek kontakt. Z tego, co wiem, zostało zaledwie dziesięciu liderów wiernych Mistrzowi, ale i to może być nieaktualna liczba. Pozostali z nas rozpierzchli się po świecie i prowadzą lokalne sprawy, nie komunikują się już z Bractwem. Oswobodzonym idzie znacznie lepiej niż tym, którzy trzymają się starca i dawnych zasad, tak samo bliskich zapomnienia, jak on jest bliski grobu. Nasz świat się zmienił, teraz jedyną rolą Mistrza jest mieszkanie w Cytadeli, przeglądanie ksiąg w naszej Wielkiej Bibliotece i zatwierdzanie nowych członków. Asasyni już dawno połączyli się z tymi, których mają chronić. Jest nas jednak zbyt mało, abyśmy zapewniali bezpieczeństwo wszystkim — westchnął. — Mam nadzieję, że to, co wam powiedziałem, nie brzmiało bezładnie. Nie jestem przygotowany i przyzwyczajony do takich przemówień. Znacznie lepiej wychodzi mi uczenie walki i abordaże. 

— I to chyba mnie najbardziej się podoba — odparł Aaron, uśmiechając się. — Filozofowanie zostawmy uczonym.

— Nie uważam, żeby coś takiego jak credo walczącego o wolność i pokój Bractwa można było oddzielić od walczących w jego szeregach członków — powiedziałam. — Machanie mieczem to jedno, zrozumienie tego, w imię czego się walczy, jest równie istotne. Szczególnie, kiedy dotyczy ciebie bezpośrednio. — Spojrzałam na ojca uważnie. — Chciałabym więc podsumować dzisiaj zdobytą wiedzę. Jeżeli dobrze rozumiem, sprawy mają się tak. Templariusze to ciemiężyciele, Asasyni starają się pomagać. — Ojciec skinął głową. — Niegdyś Asasyni byli potężną organizacją, ale niestety wybuchł konflikt wewnętrzny, który pochłonął wiele istnień. Postanowiono zabezpieczyć się przed następnymi kłótniami, zmieniając zasady funkcjonowania Bractwa. — Ponownie potwierdził moje wnioski. —Asasyni rozdzielili się, co poskutkowało tylko kolejnym rozłamem. Część pozostała wierna Mistrzowi i starym zasadom, ale radzą sobie oni gorzej niż ci, którzy się oddzielili. — Jeszcze raz miałam rację. — Wmieszali się pomiędzy ludzi, których mieli chronić i starają się z tego miejsca pomagać, tak? 

— Tak. — Zmarszczył brwi. — W tym wszystkim nie dodałem jednego. Asasyni od kilkuset lat mieszkali wśród ludzi, ale swoje dzieci wysyłali do Cytadeli na naukę. Teraz jednak już się tego nie robi. Byłem ostatnim pokoleniem szkolonym według tej zasady. Od ponad dwudziestu lat rodzice mogą sami decydować, czy wtajemniczą dzieci w te sprawy, a jeśli tak to nie muszą rozstawać się z nimi na osiem lat nauki. 

— Czyli teraz są całkowicie wplątani w życie normalnych ludzi, przy okazji będąc Asasynami? 

— Mniej więcej — przyznał. — Może wydawać się to zawiłe, ale tak to wygląda przede wszystkim wśród tych z nas, którzy pozostali wierni credo, oddzielając się jednak od Mistrza. Ci pozostający pod wpływem Cytadeli niejednokrotnie decydują się poświęcić całkowicie swoje życie byciu Asasynem, odrzucając możliwość założenie rodziny i życie jak inni ludzie. Oficjalnych członków jest jednak coraz mniej, do tego nie mają jak przekazać wiedzy. Bractwo wymiera z powodu swojej własnej głupoty — urwał, jakby zastanawiał się, czy może nam coś powiedzieć. W końcu się przemógł. — Osobiście, jak tylko zostaniecie zaprzysiężeni, odcinam się od Mistrza. I tak już to zrobiłem, ale chcę dać wam szansę ujrzenia Prawdy. — Spojrzał na nas. — Sądząc po tym, że nie znając naszych założeń, sami walczyliście w imię naszych zasad wnioskuję, że chcielibyście zostać Asasynami, prawda?

   Spojrzałam na brata. Widząc jego szeroki uśmiech wiedziałam już, że tak jak ja podjął decyzję, nim ojciec w ogóle nas spytał. Nie widzieliśmy innej możliwości, jak dołączyć do Bractwa.

Opublikowano
Kategorie Assassin's Creed
Odsłon 533
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!