Nothing Is True, Everything Is Permitted – Część Szesnasta

Kilkanaście stopni w górę, blanki i znów w górę, docieramy do komnaty Mistrza.

***

   Odwróciłam się powoli. Głos… Ten głos świdrował mi czaszkę. Moje serce biło szybko i mocno, rwało się, napełniało nadzieją. Starałam się ją stłumić, bałam się, że następne rozbicie już nie pozwoli mi działać, wywoła ostateczne załamanie, że pchnie mnie na klif, tym razem ze skutkiem śmiertelnym. Mój oddech przyspieszył, czułam się gorzej, niż gdybym miała walczyć na śmierć i życie. W walce wiedziałam przynajmniej, co robić, a tym razem tak nie było. Podniosłam powoli wzrok. Na pomoście ktoś stał. Nogi rozstawione stabilnie, gotowy do ruchu, ręce swobodnie opuszczone wzdłuż ciała. Tak, jak go uczyłam. Ciemny płaszcz przypominający nasze, kaptur zakończony charakterystycznym szpicem narzucony na głowę. Zsunął go. Z pewnością wyglądałam głupio, ale nie wiedziałam, co zrobić. Bałam się, że to złudzenie, ktoś bardzo podobny. Jego skóra nie była już tak bardzo oliwkowa, mniejsza ilość słońca spowodowała, że trochę zbladł. Jednak ciemne włosy nadal nosił związane czerwoną wstążką, blizna przy ustach nadawała mu wyglądu doświadczonego wojownika, a nie uroczego mola książkowego, jak wcześniej. Brązowe oczy przepełniały iskry radości. Zrobiłam kilka niepewnych kroków. Bałam się, że to mara, był zbyt podobny. Ale wtedy wszelkie wątpliwości zniknęły. Uśmiechnął się lekko, zalotnie, tak jak kiedyś. Jak tamtego wieczoru. Jak za każdym razem, kiedy mieliśmy powód do rozbawienia.

– Ezio – wyszeptała ledwie słyszalnym głosem, gardło ścisnęło się od emocji.

   Podszedł trochę bliżej, moje serce coraz bardziej rosło, sklejało się na powrót, odzyskiwało chęć do życia. Nawet nie wiedziałam kiedy, a moje policzki zrobiły się mokre od łez. Tyle razy płakałam, ale tym razem ze szczęścia. Chłopak stał na tyle blisko, że widziałam naszyjnik z symbolem Bractwa, który nosił. Zsunął mi kaptur z głowy. Jedną dłonią objął mnie w pasie, drugą delikatnie, jakby nieśmiało, przyłożył do policzka. Kciukiem starł mi łzy. Uniosłam drżącą dłoń. Musnęłam jego policzek, linię ust. Wyrwał mi się cichy, nieokreślony dźwięk, ni to radość, ni to szloch.

– Myślałam, że nie żyjesz. – Nadal nie mówiłam swoim głosem, przytuliłam się do niego, kładąc głowę na jego ramieniu.

– Życie to w tym wypadku pojęcie względne. – Pogładził mnie delikatnie po włosach. – Oddychałem, jadłem i funkcjonowałem, ale dopiero teraz żyję.

   Wiedziałam, co miał na myśli, a mimo wszystko nie potrafiłam nic powiedzieć. Odsunęłam się od niego, ręce położyłam na jego klatce piersiowej, on nadal trzymał swoje na moich biodrach. Łowiłam każdy skrawek jego twarzy, łaknęłam tego widoku, stęskniona za nim. Oniemiała, zapomniałam na moment o swoich znajomych, stojących za nami. Zapomniałam o obowiązku, jaki na mnie spoczywał.

– Obiecałem, że spotkamy się po bitwie. – Uśmiechał się lekko. – Kocham cię – powiedział cicho i przysunął wargi do moich ust.

   Odwzajemniłam pocałunek, wplatając jednocześnie palce w jego włosy. Nasze wargi złączyły się na długo. Czułam się, jakbym odnalazła dawno zapomnianą przyjemność. Chciałam stać i całować go raz za razem, ale było kilka spraw, przez które reszta musiała zaczekać.

– Ja ciebie też kocham – wyszeptałam, po czym dodałam głośniej, tak, aby pozostali usłyszeli – ale najpierw mamy kilka templarskich tyłków do skopania.

   Chłopak uśmiechnął się i wziął mnie za rękę, splatając nasze palce. Ścisnął je delikatnie, jakby upewniał się, że naprawdę stoję obok. Odwzajemniłam gest i odwróciłam się w stronę pozostałych.

– Ruszamy, czas udać się do Federico.

   Tak jak planowaliśmy, rozdzieliliśmy się w dwójki, aby wyglądać jak najmniej podejrzanie i spotkać się w siedzibie Lisiej Czupryny. Zaczekałam, aż zostaliśmy sami. Musiałam nacieszyć się praktycznie zmartwychwstałym chłopakiem, ale należało też ustalić pewną regułę. Po tak długim czasie nie myślałam, że coś takiego przyjdzie mi tak łatwo, a jednak. Poszliśmy w plątaninę uliczek. Milczeliśmy, po upływie prawie dwóch lat, nie wiedziałam, jak zacząć. Wciągnęłam go w jeden ze ślepych zaułków, gdzie nikogo nie było. Delikatnie pchnęłam go na ścianę i pocałowałam namiętnie.

– Tęskniłam, tak bardzo tęskniłam – wyszeptałam, patrząc mu w oczy, palce wplatając w jego ciemne włosy. – Musimy jednak zabrać się za priorytetowe zadania.

– Wiem o tym, kotku – zgodził się, gładząc moje plecy. – Nawet nie wiesz, jak bardzo chciałbym zabrać cię gdzieś daleko i nie oddać światu – wsunął mi delikatnie kosmyk za ucho. – Ale mamy misję do wykonania.

– Jak tylko to wszystko się skończy, odpłyniemy stąd – obiecałam. – Znajdziemy swój własny kąt i nigdy się już nie rozstaniemy – odsunęłam się od niego z niechętnym ociąganiem. – A teraz czas wyprzedzić pozostałych.

– Z miłą chęcią. – Uśmiechnął się.

   Zobaczyłam ten błysk w jego oczach. Cieszyłam się, że ponownie się spotkaliśmy. Znowu był obok mnie i mimo tego, jakie dzieliły nas wydarzenia oraz czekały zadania, nic się nie zmieniło. Pozostał moim ukochanym, moim przyjacielem i towarzyszem broni. Nasze priorytety były takie same. Uśmiechnęłam się.

– No to złap mnie – rzuciłam wesoło i pobiegłam w stronę beczek.

   Przypomniał mi się dzień, kiedy po raz pierwszy się ścigaliśmy, jeszcze w murach Cytadeli. Wtedy nie mógł mnie dogonić. Wskoczyłam na beczki i odbiłam się od nich w górę. Kiedy wspinałam się na dach, chłopak zrównał się ze mną i powiedział:

– Nie jestem już tym chłopcem z Biblioteki.

– Wiem o tym – odparłam i dodałam złośliwie. – Ciekawi mnie, ile z Asasyna w tobie zostało.

– Tyle, co w tobie – mruknął cicho, ale nie wyczuwałam w jego głosie złości. – Paola może potwierdzić.

– A więc znasz burdel mamę? – zaśmiałam się. – To dobrze. Ciekawe ile jej dziewczyn poznałeś bliżej.

   Rzuciłam okiem w jego stronę, wciągnęliśmy się już na dach.

– Ani jednej – odparł, odgryzając się. – Ale słyszałem, że do twarzy ci w sukience.

– Doprawdy? – Rozpędziłam się, przeskakując na dalszy dach. – Pierwsze słyszę.

– A ja chętnie bym zobaczył. – Dołączył do mnie po drugiej stronie i dodał, kładąc mi ręce na biodrach – Może kiedyś dostąpię tego zaszczytu?

   Zaśmiałam się cicho. Zachowywaliśmy się lekko i niepoważnie, niczym dzieci, jednocześnie mając świadomość ciężaru, jaki na nas spoczywał.

– Kiedyś na pewno. – Pstryknęłam go lekko w nos. – Ale najpierw musi zginąć kilku Templariuszy i wiele wody w rzekach upłynąć.

   Uśmiech nie znikał z naszych twarzy. Dobiegliśmy do Gildii Złodziei jeszcze przed pozostałymi. Weszliśmy od dachów na dziedziniec. Lisia Czupryna stał oparty o mur, uśmiechając się jak zawsze.

– Dyskretnie – zaśmiał się, witając mnie tradycyjnym uściskiem dłoni. – Mistrzu.

– Nie chwaliłaś się – mruknął Ezio. – Dlaczego nie poinformowałaś mnie o tym fakcie?

– Bo jest nieistotny. – Wzruszyłam ramionami. – Najważniejsze to zaczekać na pozostałych i rozplanować następne kroki. Czeka nas dużo pracy, aby dosięgnąć szczytu Templariuszy. Pięć filarów, książę i mój brat to jedno. Najważniejszy będzie Wielki Mistrz.

– Zajmiemy się wszystkim – zgodził się Federico.

   Ezio złapał mnie za rękę, delikatnie ścisnął mi palce. Spojrzałam na niego, a po chwili złowiłam wesołe spojrzenie Króla Złodziei.

– Co? – spytałam, patrząc na niego.

– Nie wierzyłem, że potrafisz kogoś kochać. – Wykrzywił się. – Jak Ezio opowiedział mi o tym, jak bardzo tęskni, to pomyślałem, że to jakiś rozkochany w tobie maniak.

– Całe życie się czegoś uczymy. – Wytknęłam na niego język. – Jednak nie jestem bezduszna, moje serce po prostu było zamknięte.

   Wtedy na dziedziniec weszła pierwsza dwójka, Edward i Jack. Przywitali się z Lisem, po czym ojciec spojrzał na chłopaka, trzymającego moją dłoń.

– W końcu spotykam tego, który tak bardzo zawrócił mojej córeczce w głowie. – Zmierzył go wzrokiem. Wyglądał na niezbyt mile nastawionego, ale szybko rozwiał wątpliwości swoim uśmiechem. – Jak już jesteś z nami, to nie znikaj jej z oczu na zbyt długo. Znowu będzie w podłym nastroju.

– Nie mam zamiaru – zaśmiał się. – Moje zniknięcie z jej oczu oznaczałoby kolejną rozłąkę. Szukałem jej zbyt długo, aby teraz ją znowu zgubić. – Spojrzał na mnie, ale w jego oczach widziałam nieme pytanie.

   Odnotowałam w pamięci, że musiałam mu później wyjaśnić, co miał na myśli mój ojciec. Nie czekaliśmy długo na pozostałych. W ciągu niecałej godziny zebraliśmy się wszyscy w sali Federico. Przedstawiłam najpierw nowych członków Bractwa, po czym przeszłam do ważniejszych kwestii.

– Pamiętacie zapewne pięć nazwisk z listy gości. Obecna Rada Regencyjna to piątka najbardziej wpływowych ludzi w Zakonie Templariuszy. Nad nimi jest już tylko Wielki Mistrz. Będziemy musieli przemyśleć, kogo zaatakować najpierw, dostosować nasze poczynania do sytuacji w Stolicy i państwie. Zacznijmy od tego. Ustalimy, co się tutaj dzieje.

– To mamy na bieżąco – powiedziała Paola. – Niestety dzieje się coraz gorzej. Na początku był chaos spowodowany śmiercią króla. Po nim dostojnicy zaczęli szukać następcy. Ze względu na kilka… Problemów. Jak zapewne wiecie, Harry jest najmłodszy z rodzeństwa. Jego starszy brat jest chwilowo królem Pontaryki ze względu na brak dorosłych męskich potomków tamtejszego poprzednika. Teoretycznie to on powinien zasiąść na tronie.

– Jednak Templariusze spreparowali dowody i oskarżają go o ojcobójstwo. Wybielili się w oczach możnowładców i ustanowili siebie Radą Regencyjną – dodał Federico. – Podobno szykuje się wojna pomiędzy królewskimi synami. Z tego względu ogłoszono stan gotowości. Podwojono podatki, zaczęto przymusowo brać do armii.

– Ludzie dostają w kość ze względu na ich wymysły – wtrącił Samuel, marszcząc nos w niezadowoleniu. – Praktycznie jak u nas na wyspie.

– Co wówczas zrobiliście? – spytałam, patrząc na przyjaciela.

– Poszerzyliśmy zaufanie wśród najprostszych ludzi. Wykorzystaliśmy ucisk, który gubernator nakładał na nich, odwróciliśmy przeciwko niemu.

– To ma sens – mruknęłam, kiwając głową. – Jednak będziemy musieli wykorzystać to w odpowiednim momencie, nie od razu. Najpierw ustalimy jak pozbyć się filarów Templariuszy. Jeżeli zgramy to odpowiednio w czasie, powinno się udać. Teraz odpocznijcie.

– Możemy się już rozejść? – zdziwił się ojciec. – Tak szybko?

– Moment i odejdziecie – powiedziałam. – Nie możemy ciągle wykorzystywać gościnności naszych przyjaciół. – Spojrzałam na Paolę i Federico, lekko się uśmiechając. – Równocześnie zajmiemy się więc dwoma kwestiami. Po pierwsze, ustalimy najbliższe plany naszych wrogów. Co chcą zrobić z wiszącym widmem wojny o tron, jak możemy to wykorzystać. Po drugie, znajdziemy nową kwaterę. Dyskretną, najlepiej niewidoczną z głównych ulic. Teraz możecie się rozejść.

   Większość już wyszła. Zostałam jeszcze chwilę w pomieszczeniu, stojąc nad makietą i rozmawiając z gospodarzem Gildii oraz burdel mamą.

– Jak tylko dostaniemy dokładniejsze informacje o tym, czy planują walki, przejdziemy do eliminacji celów – powiedziałam, patrząc na makietę. – Pokładam praktycznie całą nadzieję w twoich złodziejach, Lisie. No i dziewczętach naszej Paoli.

   Kobieta skinęła głową, na znak, że zrozumiała, po czym dodała:

– Myślę, że dobrym źródłem informacji będzie również Francesco.

– Pedro? – zdziwiłam się, podnosząc głowę znad planów miasta. – Macie z nim kontakt?

– Co więcej jest jednym z nas – odparł Ezio, który wszedł do pomieszczenia. – Nie wiedziałaś?

– Nie – przyznałam.

– Jest naszym podwójnym agentem. – Uśmiechnęła się czule kobieta, a ja połączyłam fakty. – A jeden z naszych celów bezgranicznie mu ufa. To mógłby być dobry punkt zaczepienia.

– Niech zgadnę. Sternik Juan Hakim? – spytałam.

– A któż by inny. – Uśmiechnął się Lis. – Myślę, że plany marynarki będziemy mieli jak na talerzu.

   Pokiwałam głową. Zakończyliśmy naradę, ale ja nie skończyłam swojego zadania na ten dzień. Chciałam jeszcze zdobyć jakieś namiary na dobrą bazę. Siedziba złodziei była chwilowo jedynym możliwym miejscem spotkań. Od czasu tamtego niefortunnego zdarzenia, czyli wykrycia mnie w pałacu, przybytek Paoli i jej kurtyzan odpadał, a Gildia Złodziei powoli także wyczerpywała opcje, mieli już i tak ręce pełne roboty. Musieliśmy założyć własną małą kwaterę, w której mogliśmy mieszkać i planować swoje działania. Dyskusji podlegała również kwestia naszych piratów, co jednak zostawiłam na później. Pozostawali wiernymi nam korsarzami, ale zauważyłam, że nudziło ich pływanie od punktu do punktu. Byli dobrzy w wywiadzie, ale nie mogliśmy ich do niczego zmuszać. Tę decyzję zostawiłam ojcu, ze względu na to, że był kapitanem i właścicielem Kawki. Wyszłam z budynku Gildii i chciałam oddalić się w stronę centrum. Po chwili dogonił mnie ukochany.

– Gdzie idziesz? – spytał.

– Szukać miejsca na kwaterę – odparłam. – Czyżbyś nie uważał na zebraniu?

– Uważałem i dlatego powinienem iść z tobą. Mam kilka typów.

   Oprowadził mnie po budynkach, które uznał za godne uwagi. Między innymi był to stary magazyn, opuszczony od jakiegoś czasu, zrabowany pałacyk i puste gospodarstwo na skraju Stolicy. Miejsca te nie przekonywały mnie zbytnio, jednak spisałam ich zalety oraz wady. Postanowiłam przemyśleć je na spokojnie wieczorem. W drodze powrotnej przeszliśmy przez plac z pręgierzem. Ciągle intrygował mnie jego wzór. Wydawało mi się, że coś łączyło go z Asasynami. Nie przypadkowo początkowe słowa naszej przysięgi zdobiły coś, co przypominało rzeźbę z Cytadeli. Ciekawiło mnie to tak bardzo, że zostawiłam Ezia w komnacie i po zmroku poszłam do tej tajemniczej rzeźby. Nikogo nie było w okolicy. Podeszłam do pręgierza i obejrzałam z każdej strony. Zauważyłam tam charakterystyczną czaszkę. Taka sama znajdowała się w dystrykcie Azize i otwierała przejście do jej siedziby. Pociągnęłam za nią. Mechanizm okazał się dokładnie taki sam. Jednak tym razem nie otwierał przejścia, tylko skrytkę zamieszczoną w kuli na szczycie. Wsunęłam tam rękę i znalazłam starą kartę. Zabrałam ją ze sobą, a skrytka zamknęła się samoistnie.

   Wróciłam do chłopaka, który najwidoczniej nie zwrócił uwagi na moją nieobecność. Weszłam po cichu do pokoju, chciałam go zaskoczyć. Dwudziestotrzylatka tam nie było. Zdjęłam z siebie płaszcz i położyłam go na oparciu krzesła, kartę odkładając do tych, które zapisałam propozycjami na nową kwaterę. Zajrzałam do salki obok. Ezio siedział w wannie pełnej gorącej wody. Cieszyłam się, że Paola udostępniła nam łaźnię i pokój, ponieważ ten u Federica nie zachęcał mnie zbytnio. Normalnie nie miałam nic przeciwko. Tym razem jednak potrzebowałam czegoś innego. Na noc z kimś, kogo uważałam za zmarłego przez kilka ostatnich miesięcy, trzeba było czegoś wyjątkowego. Burdel mama dała nam do dyspozycji najlepszy pokój w swoim przybytku. Łóżko z baldachimem, ściany ozdobione arrasami, okna przysłonięte czerwonymi kotarami. Podeszłam cicho do ukochanego, po drodze odkładając ukryte ostrze obok tego należącego do niego. Nie wiedziałam skąd je miał, ale nie pytałam. Gdyby chciał, to by powiedział. Położyłam mu ręce na ramionach, delikatnie przesunęłam niżej, na klatkę piersiową. Pochyliłam się i pocałowałam go. Oddał pocałunek namiętnie, ochoczo.

– Czekam na ciebie w pokoju – powiedziałam cicho, wprost do jego ucha. – Ale lepiej się ubierz, mamy jeszcze coś do zrobienia.

– Musimy? – spytał, muskając dłonią mój policzek.

– Najpierw obowiązki – przysunęłam usta do jego ucha i wyszeptałam – a potem przyjemności.

– Chyba mnie przekonałaś – odparł z uśmiechem, na widok którego sama się rozpromieniłam.

   Wyszłam do głównego pokoju, gdzie na stoliku położyłam papiery związane z nową kwaterą. Musiałam przejrzeć kilka możliwych miejsc, a wiedziałam, że nikt nie byłby lepszym doradcą niż Ezio. Kiedy wyszedł, od razu podniosłam wzrok znad czytanych dokumentów. Uśmiechnęłam się lekko, koszula opinała mu się na rozbudowanym ciele. Widziałam już tylu dobrze zbudowanych wojowników, chłopców w moim wieku, a jednak tylko jego ciało mnie tak pociągało. Działał jak magnes, chciałam być ciągle blisko niego. Jednak były ważniejsze sprawy niż nasza miłość.

– Zobacz, co znalazłam – powiedziałam, odwracając pożółkłą kartkę w jego stronę. – Myślę, że to będzie dobry punkt zaczepienia. Rozpoznaję to pismo, jest identyczne z tym, które widziałam na mapie, otrzymanej od Francesca.

   Chłopak przysiadł się obok mnie i zaczął czytać na głos:

– Odkryłem idealne miejsce dla nas, Asasynów. Miejsce to zostało najprawdopodobniej stworzone przed wieloma laty, jednak nie zostało nadszarpnięte zębem czasu w żaden sposób. Niestety jestem już zbyt słaby, aby przenieść tam kwaterę i zbyt stary, aby przekazać tę wiedzę mojemu pokoleniu. Mam nadzieję, że te wskazówki nie trafią w ręce wrogów. Mój przyszły następco, udaj się na północ, daleko za port, gdzie kończy się miejska zabudowa. Tam odnajdziesz budynek z czaszką. Uruchom mechanizm i zobacz, co się stanie. Mam nadzieję, że wnętrze nie odbierze ci rozumu, jak stało się ze mną. W środku czeka cię gotowa siedziba, jedyne co musiałbyś zmienić, to gołębnik na dachu, jest jedynym elementem źle zachowanym. Powodzenia.

– Widzisz? – spytałam. – Chyba niepotrzebnie szukamy. To jest na wyciągnięcie ręki.

– O ile nie zostało już zrabowane – mruknął Ezio. – Ale masz chyba rację. Mimo to lepiej przejrzyjmy też pozostałe.

   Uporządkowaliśmy karty od najlepiej zapowiadających się lokacji do tych najsłabszych. Wstałam od stołu, chwytając chłopaka za rękę. Było już późno, nastał czas najwyższy na spoczynek. Po tak długim czasie nie mogłam jednak oprzeć się pokusie. Chciałam uczcić nasze ponowne spotkanie, odkąd tylko zobaczyłam go w wannie. Znowu czułam to pragnienie, moje ciało chciało go mieć. Ezio podszedł do mnie, stanęliśmy na wprost siebie. Tylko pojedyncza świeca rzucała blade i nikłe światło na naszą dwójkę. Pozwoliłam sobie na odpięcie kilku guzików jego koszuli, tym samym mogłam zobaczyć z bliska jego naszyjnik. Chłopak powoli zsunął ze mnie lnianą koszulę, lekki chłód owiał moje ciało. Pozbyłam się jego koszuli, napawając się gładkością jego skóry pod moimi palcami. Zobaczyłam bliznę na jego ramieniu. Dotknęłam jej delikatnie, jakby bojąc się, że sprawię mu ból. Rana, po której został ślad, była poważna.

– Zostawiła ją zdradziecka kula. – Uśmiechnął się delikatnie, muskając ciepłą dłonią moją szyję i podbródek. – Ta sama, która nas rozdzieliła.

– Nadal nie wiem, jak mogłam na to pozwolić – wymruczałam, przyciskając się do niego.

   Lekko błądząc po moim ciele, rozwiązał materiał, którym zawsze obowiązywałam piersi. Zimne naszyjniki dotknęły mojej skóry.

– Nadal je nosisz? – spytał, zauważając je. – Przecież należały do Templariuszy.

– Przypominają mi tych, których zabiłam na początku swojej drogi. – Objęłam go w pasie. – W przyszłości dołączy do nich kilka następnych. A na końcu ten, który należy do ich Wielkiego Mistrza.

– Wierzę, że ci się uda. – Pocałował mnie w czoło, w przestrzeń pomiędzy brwiami.

   Zrzuciłam buty, które nadal miałam na stopach, co po chwili Ezio powtórzył ze swoimi. Prześlizgnęłam się wzrokiem po jego twarzy. Niewiele się zmienił. Pocałował mnie, a po chwili przesunęliśmy się bliżej łóżka. Nadal spleceni w miłosnym uścisku, całując się namiętnie, wylądowaliśmy na miękkim materacu. Nawet nie wiedziałam kiedy, a byliśmy nadzy, napawaliśmy się sobą, karmiliśmy pożądanie, które rosło od chwili naszego porannego spotkania.

***

– Musimy zdecydowanie mniej czasu poświęcać uczuciom – mruknęłam cicho, kiedy leżeliśmy rano, przytuleni do siebie.

   Wsparłam się na łokciach i spojrzałam na twarz chłopaka. Moje słowa nie zmazały jego czułego spojrzenia i zawadiackiego uśmieszku.

– Wiem – nadal tak samo na mnie patrzył – ale na pierwszy dzień po tak długiej rozłące należy się odrobina czułości.

– Idealny prezent na ponowne spotkanie. – Pocałowałam go. – Od teraz czas jednak działać. Musimy odnaleźć tamtą kwaterę. Masz dwadzieścia minut.

   Wyskoczyłam z łóżka i pobiegłam do łaźni, gdzie nalałam do wanny wody. Umyłam się szybko i wytarłam. Naga weszłam do pokoju, gdzie Ezio zakładał koszulę. Ubrałam się, a kiedy zbierałam dokumenty, chłopak objął mnie od tyłu w talii.

– Zbieraj rzeczy i upewnij się, czy masz wszystko – powiedziałam, nie odrywając się od wykonywanej czynności. – Zaraz wychodzimy. Klucz oddaj Paoli.

– Tak jest – wymruczał mi do ucha cicho, jakby był to jakiś komplement, a nie odebranie polecenia.

   Chłopak zszedł już na dół. Rozejrzałam się, czy zabraliśmy wszystko. Kartki miałam w kieszeni płaszcza, inne rzeczy były w kwaterze Lisa. Przypięłam miecz do pasa, poprawiłam na ręce ukryte ostrze i wyszłam z pokoju. Żywiłam nadzieję, że ten dzień zakończy się odnalezieniem dobrej bazy. Poszliśmy w kierunku wskazanego miejsca. Chcieliśmy wypożyczyć konie, ale okazało się, że stajnie zostały zamknięte, a zwierzęta skonfiskowane na potrzeby armii.

– Zaczyna się – stwierdził chłopak. – Templariusze nie oddadzą tak łatwo strategicznego miejsca. Jako Rada mogą bez podejrzeń atakować kraje, szukać Artefaktu i tłumić bunty.

– Trzeba będzie jak najszybciej ich osłabić – odparłam i udaliśmy się dalej.

   Po blisko godzinie dotarliśmy do obszaru mniej więcej wskazanego przez list. Zaczęliśmy poszukiwania. Minęło sporo czasu, ale udało się. Budynek wyglądał niepozornie. Okna zabite deskami, składał się tylko z parteru, a po wspominanym gołębniku nie było śladu. Kiedy pociągnęłam za czaszkę, w ścianie pojawiła się wyrwa, a za nią schody prowadzące w dół. Weszliśmy tam, a za nami zamknęły się drzwi. Spowiła nas ciemność, ale kiedy postawiłam kilka niepewnych kroków, moja stopa natrafiła na przycisk w podłodze. Na ścianach rozświetliły się pochodnie. Zeszliśmy na dół, gdzie zastaliśmy dużą salę. Od niej odchodziły kolejne schody w dół, które prowadziły do korytarza z kilkunastoma drzwiami. Otworzyłam jedne z nich, za którymi znajdował się niewielki pokój, idealny na pokój mieszkalny. Wróciłam do sali głównej, gdzie brunet rozglądał się zaskoczony.

– Jakim cudem nikt tego nie odkrył? – spytał.

   Nie odpowiedziałam, układając w głowie plany zagospodarowania tego miejsca.

Opublikowano
Kategorie Assassin's Creed
Odsłon 347
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!