Nothing Is True, Everything Is Permitted – Część Szósta

Zdrajczyni swojego państwa, któremu służyłam!

***

— Co? — zawołałam, wstając gwałtownie. W ostatniej chwili złapałam krzesło, nim uderzyło o posadzkę.

— Rozmawiałem z Connor’em. To drugi kapitan na Kawce. — Chłopak zamknął drzwi i podszedł do mnie. — Tak jak mówiłaś, przybyli przed nami. Po wieczorze w tawernie się rozdzielili, większość poszła do burdelu, a ojciec poszedł do portu, dowiedzieć się czegoś o naszym statku. Wypili trochę za dużo i był nieostrożny. Wiesz, jak to jest, kiedy ma się w czubie. — Uśmiechnął się, jakby chciał wytłumaczyć przede mną zachowanie ojca. — Dopadli go strażnicy, którzy od razu połączyli go z listami gończymi. Jego ludzie nie wyszli poza obszar Czarnych Bander, dlatego są nadal na wolności.

— Na kiedy zaplanowano egzekucję? — spytałam, wypuszczając powoli powietrze z płuc.

— Równo za dwa tygodnie — odparł brunet.

   Zamknęłam na moment oczy i potarłam dłonią czoło. Nie mogliśmy pozwolić, żeby go stracono. Nie czułam z nim jeszcze zbyt silnej więzi, ale liczyło się dla mnie tylko to, że Aaron był z nim zżyty. Zaczęłam szybko łączyć wątki, analizując, co możemy zrobić w takiej sytuacji.

— To całkiem sporo czasu. — wymamrotałam jakby do siebie. — Kilka dni może zająć poznanie najważniejszych ulic, ale z dachów to drobnostka. Problemem nie będzie też ustalenie, gdzie go trzymają, szczególnie z obecnymi dojściami. Broń mamy… — Spojrzałam na brata, brakowało mi ostatniego elementu układanki. — Jesteśmy w stanie zorganizować jego ludzi?

— Nie wiem — odparł niepewnie. — Co ty planujesz?

— Odpowiedz. Da się czy nie? — naciskałam, układając w głowie wstępny zarys czegoś, co można było nazwać planem.

— To bardzo zdyscyplinowana grupa… — zawahał się. — Pod wodzą ojca są potulni jak baranki. Connor ledwo sobie daje radę, aby się nie wyrwali na ratunek albo do dalszego plądrowania. To piraci, wiesz chyba, jak to z nimi jest.

   Pokiwałam głową, rozumiejąc aluzję. Piraci nie należeli do osób, które w spokoju czekają na rozkazy czy walczą w jakimś szyku. Albo ktoś potrafił nad nimi zapanować, albo brali sprawy w swoje ręce, nie zważając na nic innego niż swój własny interes. Nie pozostawało jednak nic innego, jak spróbować.

— Są lojalni Edwardowi? — spytałam.

— Jak własnej matce — przytaknął, krzyżując ręce. — Objaśnisz mi swój wspaniały plan?

— Nie wiem, czy nazwałabym go wspaniałym. Chwilowo to jest on w fazie pierwszej i mam nadzieję, że z niej jak najszybciej wybrnie. Musimy rozeznać się po okolicy. — Sięgnęłam po płaszcz. — Chodź, idziemy pozwiedzać.

   Wyszliśmy z pałacu praktycznie niezauważeni, po korytarzach kręciła się masa służących i interesantów, wśród których zniknęliśmy, nim dostrzegł nas ktoś ze straży. Do wieczora zwiedziliśmy całe miasto, zapoznaliśmy się z głównymi sektorami i ulicami. Wiedzieliśmy już, gdzie był plac egzekucyjny, jak daleko znajdował się on od przystani Czarnych Bander – portu, do którego spływali piraci – a także znaliśmy najszybszą trasę do wybrzeża. Uzupełniając suche fakty rozpoznaniem w terenie, mogliśmy powoli przekształcić wstępną myśl w większy plan. Po kolacji i kąpieli spotkaliśmy się w mojej komnacie, aby omówić to, co skleciłam na szybko za dnia. Kiedy skończyłam tłumaczyć, Aaron wydawał się sceptycznie nastawiony, ale gotowy do podjęcia się tego.

— To będzie znacznie trudniejsze niż wtedy, na wyspie. — Podkreśliłam dla jasności. — Tutaj chodzi o życie człowieka, nie o jakieś głupie zboże. Musimy zjednoczyć jego załogę i zorganizować atak w środku dnia, co już zakrawa o samobójstwo. Jeżeli chcemy wyjść z tego cało, przygotowania musimy zacząć już teraz. Statek będzie musiał być gotowy do podróży od razu, ucieczka będzie natychmiastowa. Gdyby cokolwiek poszło nie tak, czeka nas stryczek.

— Nie brzmi zachęcająco.  — Uśmiechnął się, wstając. — Zacznijmy więc od rozmowy z piratami, jeśli pozyskamy ich wsparcie, będziemy mieli jakieś szanse powodzenia.

   Po kilku minutach zostawił mnie samą i udał się na spoczynek. Niedługo po tym zdmuchnęłam świecę i sama położyłam się spać. Rano obudziło mnie pukanie do drzwi. Do środka weszła służąca, wnosząc dzban z ciepłą wodą. Wyprosiłam ją grzecznie, po czym obmyłam twarz i ubrałam się jak na trening. Gotowa wyszłam na korytarz, gdzie zastałam czekającego na mnie brata. Uśmiechnęłam się do niego i poszliśmy razem do wytwornej jadalni dla gości. Stół właśnie nakryto zimnym bufetem, ale póki co nikt poza nami się tam nie zjawił. Zjedliśmy lekkie śniadanie, po czym zeszliśmy na dziedziniec.

   Dzięki uprzejmości Ludwika wiedzieliśmy kiedy odbywa się trening szermierki. Korzystając z okazji, uznaliśmy, że warto dołączyć do grupy i poćwiczyć pod okiem porządnego trenera. Tutaj nikt nas nie znał, więc mogliśmy sobie na to pozwolić. Co prawda obiło mi się o uszy, że po pałacu krążyły plotki o tym, jakoby król obdarzał mnie jakimiś afektami, ale nie zważałam na to. Jeżeli już zaczął pleść swoją wersję wydarzeń, mogłam wykorzystać moją rzekomą bliską relację z Ludwikiem na swoją korzyść. Zrobiłam tak w zbrojowni, sprzeczając się ze zbrojmistrzem o miecze. Nie chciał nam wydać żadnego z ćwiczebnych, ale słysząc o moich koneksjach od razu ustąpił. Wręczyłam Aaronowi jeden z mieczy i wyszliśmy na plac.

— Jeszcze mi się spodoba bycie faworytą — zaśmiałam się.

— Już mam zacząć tytułować cię Wasza Wysokość? — spytał, trącając mnie barkiem.

   Rozbawieni ustawiliśmy się naprzeciw siebie i rozpoczęliśmy trening. Znaliśmy swoje techniki i tempo praktycznie na pamięć, ale i tak nadal potrafiliśmy zaskakiwać siebie nawzajem. Aaron kładł nacisk na rozpoznanie, zawsze badał mocne i słabe strony przeciwnika. Jeżeli już znalazł lukę, atakował z rozwagą i celnością. Ja natomiast po odnalezieniu luki i tak często czekałam, innymi razy nacierałam, nim dostrzegłam jakiś słany punkt. Żaden sparing nie był taki sam, chociaż niewątpliwie każdy uczył nas czegoś nowego. Po jakichś dwóch godzinach skończyliśmy ćwiczenia. Zmęczeni, w rozchełstanych koszulach, poszliśmy się odświeżyć, po czym ponownie rozejrzeliśmy się po mieście. Jeszcze raz rozeznaliśmy się w trasie od miejsca egzekucji do portu, tym razem jeszcze uważniej wypatrując szczegółów. Musieliśmy zapamiętać wszystko, co sprzyjałoby w ucieczce – od posterunków straży po najmniejsze choćby przeszkody.

   Kiedy wróciliśmy do pałacu, otrzymałam informację, że pod moją nieobecność król chciał mnie widzieć. Zważywszy na to, że miałam pewne zobowiązania względem niego, musieliśmy odłożyć spotkanie z piratami na wieczór. Przebrałam się w coś bardziej eleganckiego, rozczesałam włosy i poszłam do komnat Ludwika. Otworzył mi kamerdyner i wpuścił do bogato urządzonego pomieszczenia. Królewskie komnaty zajmowały co najmniej pół piętra, a ich przepych aż zapierał dech w piersiach. Kamerdyner zaprowadził mnie do jednego z prywatnych salonów. Otworzył przede mną drzwi, zapowiadając moje przybycie. Weszłam do środka. Monarcha siedział w fotelu, z zamyśleniem wpatrując się w okno. Słysząc moje kroki, oderwał się od widoku miasta i uśmiechnął się. Wskazał ręką nie mniej gustowny fotel obok siebie. Gdyby ktoś wszedł, nie uszłoby uwadze to zrównanie mnie z jego pozycją. Nie wiedziałam, czy chce w ten sposób dolać oliwy do ognia pogłosek, czy zwyczajnie okazał mi zwykłą grzeczność.

— O co chodzi? — spytałam, zajmując miejsce.

— W najbliższym czasie odbędzie się egzekucja — zaczął. — Jakiś pirat wpadł nam w ręce i czas, aby zawisnął na stryczku. Te kanalie czują się na tyle bezkarnie, że spacerują po moim mieście bez obaw o areszt! — uniósł się, po czym zniżył ton. Miałam nadzieję, że nie zauważył, jak zacisnęłam ręce na wzmiankę o egzekucji. — Mimo okoliczności, jest to najbardziej odpowiedni moment, aby dworzanie zaczęli podejrzewać nas o bardziej zażyłe stosunki i dostali na to jakiś dowód. — Uśmiechnął się. — Gdybyś była tak miła ubrać się wtedy w tę piękną suknię, którą miałaś na ślubie siostry, byłbym niezmiernie zadowolony.

— Zobaczę, co da się zrobić — powiedziałam to obojętnie, jakbym przyjmowała zlecenie na brudną robotę. — Wszystko zależy od pogody, nie zamierzam się przeziębić.

— Jasne. — Przytaknął, po czym zmienił temat. — Jak ci się podoba w pałacu?

— Trochę zbyt elegancko jak na mój gust. Miecze ćwiczebne nie najgorzej wyważone, miasto też miłe dla oka. — Uśmiechnęłam się, ale nieszczerze, tylko dla rozładowania sytuacji. — Podoba mi się tutaj. Szczególnie że Aaron i ja mamy dużo swobody. Gdybym miała przesiedzieć wszystkie te dni w pałacu, chyba bym zwariowała. — Spojrzałam ukradkiem za okno, gdzie słońce chyliło się ku zachodowi. — Czy mogę już odejść?

— Tak, ależ proszę bardzo. — Wstał i ręką wskazał drzwi. — Wiem, że z pewnością masz mnie dość.

   Skłoniłam się, po czym wyszłam. Kamerdyner, który wprowadził mnie do komnat, czekał przy drzwiach i z uniżonym ukłonem otworzył je przede mną. Idąc korytarzami, czułam na sobie wzrok mijanych osób. Już wszyscy słyszeli o moim prywatnym spotkaniu z królem. Pałacowe plotkary roznosiły swoje nowinki szybciej niż przekupki na targu. Będąc już w komnacie, zrzuciłam z siebie elegancką koszulę i przebrałam ją na wygodniejszą. Mimo pośpiechu musiałam dać sobie chwilę na opanowanie. Po kilku minutach drzwi mojej komnaty uchyliły się, a w szczelinie zobaczyłam głowę Aarona. Zaprosiłam go gestem, po czym opowiedziałam, czego chciał Ludwik. Nie roztrząsając się nad tym dłużej, omówiliśmy jeszcze raz nasz karkołomny plan. Chłopak nie był pewien, czy się uda, ale nie wymyśliliśmy nic lepszego. Zamierzał już wychodzić, ale przywołałam go do siebie. Przyklęknęłam przy kufrze i otworzyłam wieko. Przedarłam się przez stertę niewypakowanych ubrań, po czym wyjęłam z długi pakunek. Położyłam zawiniątko na podłodze, odwijając warstwę materiału. W stare szmaty zawinięty był lekki miecz o misternie zdobionej głowicy i jelcu. Pochwa była dość prosta, ale skrywała ostre niczym brzytwa ostrze z najprzedniejszej stali. Podniosłam się z kolan, wręczając prezent bratu.

— Skąd to masz? — spytał Aaron, oglądając głowicę stylizowaną na głowę orła i jelec w kształcie skrzydeł tegoż samego ptaka. — Przecież to najprzedniejsza stal.

— Od tej samej osoby, która wykonała nasze ukryte ostrza. — Uśmiechnęłam się, przypinając do swojego pasa prawie identyczny miecz. Mój miał dodatkowe zdobienie na klindze, ten sam nieznany mi symbol, który był także we wnętrzu karwasza. — Wykonał takie również dla pozostałych, ale tamte ukryłam na wyspie, a ich tajemnicę powierzyłam Samuelowi. Miały zaczekać do innej okazji, ale teraz już czas na nie. Nie pytaj skąd te zdobienia, tego sama nie wiem. Mark obiecał coś specjalnego i otrzymaliśmy takie cuda.

— A więc zadbałaś o wszystko — stwierdził, zapinając pas. — Zaskoczysz mnie czymś jeszcze, siostrzyczko?

— Tak, mam coś w zanadrzu. — Mój uśmiech zrobił się jeszcze szerszy. — Proszę. — Wyjęłam płaszcz, dokładnie taki sam, jak mój. — Ciepły, nieprzemakalny, bardzo wygodny. Nadaje się idealnie na chłodne wieczory i spacer w deszczu.

— Shadow, ty moja kochana siostrzyczko. — Szturchnął mnie, po raz kolejny podkreślając nasze pokrewieństwo. Odkąd odkryliśmy, co nas łączy, często się tak do mnie zwracał. — Ile jestem ci dłużny?

— Ani srebrnika. Pieniądze wykradałam ze skarbca. — Mój uśmiech stał się złośliwy. — Bogaci nie schudną od kilku monet.

   Kiedy się przygotowywaliśmy, za oknami zapadł już zmrok. Pod jego osłoną, unikając bliższego spotkania z pałacową gwardią, wyszliśmy do miasta i udaliśmy się do pirackiej dzielnicy. Wbrew oburzeniu, jakie okazał Ludwik, kontakt z piratami był złotym interesem, który kwitł tuż pod jego nosem. Niejednokrotnie w stosunki handlowe wchodzili z nimi nawet wysoko postawieni urzędnicy, którzy wyrywali im łupy za bezcen. Nawet jeśli wilki morskie się targowały, to nie miały zbyt wielkiego pola manewru – albo się podporządkowali, albo lądowali w celi. Fakt, rzadko aresztowano jakiegoś pirata, bo traktowano to jak zabicie złotodajnej kury, ale wizja stryczka raczej zniechęcała nawet najgorszych kryminalistów. Oczywiście wszystko oficjalnie uznawano za proceder, ale w rzeczywistości kwitła zarówno inwestycja, jak i dzielnica pirackich uciech. Mimo powierzchownej obskurności właśnie tam mieściły się najlepsze domy rozpusty i wiele dobrych tawern. Z tego co wiedział Aaron, załoga Kawki miała spędzać ten wieczór w jednej z tawern. Nie mylił się.

   Gdy tylko zbliżyliśmy się do wskazanej przez Aarona karczmy, usłyszeliśmy odgłosy zabawy. Spojrzeliśmy na siebie, sprawdziliśmy dla pewności broń i weszliśmy do środka. Wewnątrz panował gwar rozmów i duszne od dymu powietrze, co stanowiło ogromny kontrast z rześką bryzą znad zatoki. Całą tawernę zajęła jedna załoga, licząca około piętnastu rosłych mężczyzn. Faceci nie żałowali złota, karczmarz uwijał się między nimi razem z dziewkami karczemnymi i kilkoma kurtyzanami. Gdy zamknęły się za nami drzwi, początkowo nikt się nami nie zainteresował. Przesunęłam sobie krzesło i usiadłam na nim okrakiem, ręce wspierając na oparciu. Cień, który rzucał mój kaptur, skrył moje oczy. Aaron stał za mną, ze zdjętym kapturem. Czekaliśmy. Mimo że to on znał drugiego kapitana, to ustaliliśmy, że ja będę z nimi rozmawiać. Po chwili zwrócił na nas uwagę jeden z piratów. Był ogolony na łyso i ubrany w czarną kamizelę oraz spodnie tego samego koloru, a jego rękę przecinał tatuaż. U pasa wisiał miecz i najnowsza zdobycz techniczna, czyli pistolet skałkowy. Spojrzał na nas i warknął:

— Tawerna zajęta.

   Nawet nie drgnęłam. Wiedziałam, że powinnam zrobić na nich wrażenie, aby w ogóle chcieli mnie wysłuchać, chociaż nie miałam pojęcia, jak to zrobić. Jedyne, co mi pozostawało, to zachować spokój z nadzieją, że to coś da. Kątem oka dostrzegłam, że Pirat robił się spięty. Tylko Connor go znał, pozostali nie wiedzieli, jak wyglądał syn Edwarda.

— Nie słyszeli? — powtórzył głośniej mężczyzna, a jego kompani ucichli i spojrzeli na nas złowrogo. — Już, wynosić się stąd, cholerni gówniarze!

   Wyczuwałam niechęć, jaka rosła wkoło. Piraci wypili już trochę, a znając temperament takich jak oni, wysuwał się jeden wniosek – byli skorzy do bójki. Szczególnie bez twardego kapitana mogła ponieść ich krew. Nadal nie zmieniałam pozycji, milcząc uparcie. Facet tracił cierpliwość, jego ręka drgnęła w stronę rękojeści. Moje mięśnie napięły się w pełnej gotowości, ale wciąż nie ruszyłam się z miejsca. W tej samej chwili stanął za nim wyższy oprych. Wyglądał na zatwardziałego wojownika, u jego boku zauważyłam zakrzywiony kordelas, po drugiej stronie dwusieczny topór. Facet miał ciemniejszą karnację, ciemne włosy spięte w krótkiego kucyka i krótko przystrzyżoną brodę. Na nadgarstku przewiązał ciasno czerwoną chustkę. Wykrzywił usta w uśmiechu, który zniekształcał lekko bliznę, biegnącą przez jego policzek.

— Chłopaki, toż to mały Aaron — zaśmiał się głośno. — Chyba nie pozwolicie, aby syn kapitana przerywał zabawę.

   Atmosfera lekko się rozluźniła, ale nadal byłam skoncentrowana. Chwilowo uwaga przeniosła się na Aarona, ale kwestią czasu było przerzucenie atencji na mnie.

— Byle żeby się nie pałętał — warknął ktoś stolik dalej, po czym spytał niemniej natarczywym tonem — a ty to kto?

— Shadow — powiedziałam, nadszedł czas na włączenie się do całego zajścia. — Przyszliśmy trochę pogadać. — Mój głos nie należał do najprzyjemniejszych, ale pasował idealnie do rozmowy z nimi.

— No to chyba pomyliliście lokal. — Splunął ktoś. — Nie mamy nastrojów do gadania.

— Tak więc jazda! — wrzasnął łysy, podchodząc szybko.

   Znalazł się blisko mnie, przez długi czas siedziałam spokojnie, śledząc jego ruchy wzrokiem. Zareagowałam, dopiero gdy sięgał w moją stronę. Błyskawicznie zeszłam z krzesła, wywinęłam się pod jego ramieniem i kopnięciem posłałam go na ścianę. Element zaskoczenia sprawdził się i facet bezwładnie poleciał tam, gdzie chciałam.

— Przyszliśmy pogadać — powtórzyłam, widząc wstających piratów. Zsunęłam kaptur. — Jestem dzieckiem Edwarda, tak samo, jak Aaron.

— Mamy plan jak uwolnić ojca — wciął się mój przyjaciel, za co skarciłam go wzrokiem.

   Piraci wybuchli śmiechem, nawet ten, którego przed chwilą popchnęłam na mur. Zaczekałam, aż salwa śmiechu minęła i powiedziałam:

— Macie zamiar w ogóle ruszać dupy po swojego kapitana, czy przehulacie cały dobytek na panienki i pijackie posiedzenia? — Przetoczyłam po nich wzrokiem. Nie powinnam spodziewać się innej reakcji, ale i tak trochę mnie to ubodło. — Macie niepowtarzalną szansę zdobyć jeszcze większą sławę niż dotychczas. Będziecie znani do tego stopnia, że nazwa waszego statku wzbudzać będzie strach nie tylko na morzu, ale i na lądzie. — Mężczyźni nadal wyglądali na rozbawionych, nie brali mnie na poważnie.

— Wiesz co, dziewczynko? — parsknął jeden z nich. — Masz zbyt wielkie wyobrażenie o sobie. Lepiej stąd spierdalajcie, bo to nie miejsce dla takich jak wy. Nawet nie wiecie jak machać tymi świecącymi się zabaweczkami, które macie u boku. A to, że wywinęłaś się spod rąk Charlesa?

— To nic nie znaczy. — Dokończył inny. — On ma refleks jak żółw.

   Zmarszczyłam brwi, niezadowolona z tego, że całkowicie nas zignorowali. Musiał być sposób, aby ich przekonać, chociaż jeszcze nie wymyśliłam, jaki. Rozwiązanie znalazło się szybciej, niż myślałam. Usłyszałam czyjeś kroki.

— Ktoś się zbliża — powiedziałam, odwracając twarz w kierunku drzwi.

   Ktoś się zaśmiał, że to najpewniej nowa dostawa dziwek, ale po chwili do tawerny weszło kilkunastu strażników. Gdyby był wtedy czas na żarty, wyśmiałabym tego, co wspomniał o panienkach za jego specyficzny gust.

— Jesteście aresztowani, piraci — zaczął sierżant, stojący na czele. — Z rozkazu…

   Nie dokończył, czyj to rozkaz. Dobyłam miecza i błyskawicznie zawirowałam. W obrocie rozpłatałam szyję ich dowódcy, natychmiast posyłając go w objęcia śmierci. Zanim pióropusz krwi zatoczył w powietrzu pełen łuk, mój miecz już pędził w stronę kolejnego zaskoczonego przeciwnika. Do walki przyłączył się też Aaron i piraci. Wysunęłam ukryte ostrze, które w małej przestrzeni także mogło się przydać. Następny przeciwnik, lekko opancerzony, z krótkim mieczem, szybko padł pod zabójczo precyzyjnym ciosem ostrza w nieosłonięte ciało. W ostatniej chwili uchyliłam się, przed spadającym na mnie ciosem halabardy, która w takich warunkach była całkowicie nieporęczna dla przeciwnika. Atakujący nie zdążył nawet podnieść broni, kiedy na jego plecy spadł cios topora dzierżonego w dłoni Connora. Skinęłam wdzięcznie głową i rzuciłam się w dalszy wir walki. Rozpłatałam ścięgna nóg kolejnemu strażnikowi, a kiedy upadał na podłogę, poderżnęłam mu gardło ostrzem. Był to cios łaski, aby dłużej nie cierpiał. Każdy z nich miał królewskie barwy, ale to nie przeszkodziło mi w ich zabijaniu. Nie minęło piętnaście minut i podłogę tawerny usłaliśmy trupami. Wśród piratów zaledwie dwóch zostało rannych i to tylko powierzchownie. Oberżysta siedział skulony za kontuarem, kiedy dorżnięto ostatniego rannego. Wytarłam klingę idealnie wyważonego miecza w tunikę jednego z martwych i schowałam go do pochwy przywieszonej u boku.

— Musimy usunąć stąd ciała — powiedziałam spokojnie, jakbym mówiła o wyrzuceniu obierków po jabłku. — I to jeszcze nocą.

   Piraci popatrzyli po sobie, po czym – co bardzo mnie zaskoczyło – skłonili przede mną głowy. Connor, jak się wcześniej domyśliłam mężczyzna z czerwoną chustą na ręce, przyklęknął nawet na jedno kolano i powiedział:

— Przejmujesz dowodzenie. — Uniósł na mnie wzrok. — To jaki jest plan?

   Spojrzałam na nich, potem na Aarona i ponownie na mężczyzn. Myślałam, że uda mi się w taki sposób zaskarbić co najwyżej ich ufność, ale to całkowicie przeszło moje oczekiwania.

— Najpierw pozbądźmy się zwłok. Najlepiej tam, gdzie nikt nie będzie szukał — odparłam, otrząsając się z szoku. — Cmentarz będzie idealny.

   O nikłym blasku księżyca mężczyźni wynieśli ciała na zewnątrz, a karczmarz i jego żona uprzątnęli krew i poprzewracane stoły. Opłaciliśmy ich milczenie na tyle sowicie, że przynajmniej na jakiś czas powinni zapomnieć o plotkowaniu na nasz temat. Udaliśmy się na pobliski cmentarz, gdzie wykopano spory dół przeznaczony na zbiorową mogiłę. Wśród trupów leżeli sami skazańcy, dlatego namęczyliśmy się z zakamuflowaniem strażników, których ubrania spaliliśmy, a co lepszą broń zabraliśmy ze sobą. W końcu wszystkie świeże trupy znalazły się na dnie, przykryte stertą starszych. Następnego dnia dół miał zostać zalany wapnem i nikt nie odnalazłby już ciał. Gdy piraci uporali się z zacieraniem śladów, udaliśmy się na statek. Tam zasiedliśmy we wspólnej kajucie i zaczęłam tłumaczyć:

— Za dwa tygodnie odbędzie się egzekucja, właśnie wtedy uderzymy. Odbijemy go prosto z podium. Jeszcze rankiem tego samego dnia pozbędziemy się kata i zastąpimy go naszym człowiekiem. Ktoś musi też przemycić broń Edwarda, abyśmy mogli mu ją dać.

— Tym mogę zająć się ja — zaproponował ochoczo Aaron.

— Chwilowo może skończę omawiać plan — spojrzałam na niego wymownie i kontynuowałam — będzie spory tłum, ale podest znajduje się bardzo blisko budynków. Potrafilibyście wspiąć się na dachy? — spytałam z nadzieją.

— Nie jesteśmy cyrkowcami, tylko piratami — powiedział Connor. — Ale kilku z nas potrafi.

— Nie będzie nas potrzebnych zbyt wielu — stwierdziłam. — Statek musiałby czekać od razu gotowy do odbicia od brzegu.

— W takim razie będziemy potrzebowali tutaj przynajmniej ośmiu ludzi. Sternik, ktoś do kotwicy i żagli to już coś koło tego. — Policzył na palcach Charles.

— W takim razie zostanie dziesięciu. Czy chociaż piątka z was potrafi się wspinać? — Powiodłam po nich wzrokiem.

— Tak — odparł Brodaty Lee, ten sam, który wcześniej nazwał mnie dziewczynką. — Będziesz miała pod sobą piątkę najszybszych ludzi. Dachami bez problemu uciekniecie z placu prosto do portu.

— To dobrze. — Wstałam. — Czas na przygotowania. Od jutra zaczynamy.

***

   Z samego ranka przetrząsnęłam okolicę, aby dokładniej przeanalizować plan. Lochy, w których przetrzymywano Edwarda, znajdowały się niedaleko pałacu i jakieś dziesięć minut od placu egzekucyjnego. Pierwszym i najważniejszym elementem wstępnych przygotowań było odzyskanie wyposażenia ojca tak, aby nikt się nie zorientował. Niestety nie okazało się to łatwe. Chociaż gdyby takie było, prawdopodobnie poczułabym pewne rozczarowanie.

   Kręciłam się na placu przed lochem, chcąc zdobyć potencjalnie przydatne informacje. Starałam się jak najmniej rzucać w oczy i chociaż nie wychodziło mi to idealnie, to wystarczająco dobrze, abym mogła zbliżyć się do dwójki wartowników, stojących przy drzwiach głównych. Zatrzymałam się nieopodal nich i wytężyłam słuch, z uwagą łowiąc ich cichą dyskusję. Miałam już dać za wygraną i poszukać innych strażników, kiedy podsłuchiwani weszli na interesujący mnie temat.

— Ten cholerny pirat miał przy sobie kawał porządnej stali, szkoda, że się zmarnowała — powiedział jeden z nich. — Na szczęście w depozycie jeszcze coś zostało.

— Nie tylko stal — sapnął drugi, niezadowolony. — Widziałeś, jakie miał pistolety? Jedna sztuka na czarnym rynku to chyba ze dwa nasze żołdy. Wiesz, kto je zgarnął? Ten szczeniak, ulubieniec kapitana.

— Uberto?! Przecież on nie ma pojęcia, jak prawidłowo trzymać miecz. Kundel chodzi na smyczy kapitana i szczyci się swoją pozycją urzędnika, jakby to było najwyższe stanowisko w kraju, a gdyby ktoś przystawił mu nóż do gardła, piszczałby jak panienka.

— Gdyby nie pozycja jego ojca byłby nikim — przytaknął drugi. — Rodzina Huskarlów istnieje tylko przez swoje koneksje, które sięgają naprawdę daleko, pamiętaj o tym. Jednak skończmy ten temat. Gdyby ktoś nas usłyszał, dwa słowa w odpowiednie uszy i nas zdegradują.

   Uśmiechnęłam się pod nosem, odchodząc. Strażnicy nie zdawali sobie sprawy, że ich niewinna rozmowa nie tylko groziła ich karierze. Dzięki nim zdobyłam potrzebne szczegóły, które w najbliższej przyszłości miałam wykorzystać. Wróciłam spokojnie do pałacu. Napotkani strażnicy nawet mnie nie zatrzymywali, chociaż mój wygląd w najmniejszym stopniu nie przywodził na myśl szlachcianki z królewskiego dworu. Zaskakujące, ile można zyskać, posługując się głupim tytułem. Zastanawiając się nad tym, skąd wydobyć adres tego całego Uberto, weszłam do swojej komnaty. Zatrzymałam się w drzwiach, zaskoczona. Na jednym z foteli siedziała Adelajda. Widząc mnie, wstała i uśmiechnęła się delikatnie, jak tylko ona potrafiła – z niewinnym urokiem, którego naturalność przewyższała wystudiowane miny niektórych dam. Teraz, kiedy stała przede mną w dość swobodnej sukni i bez makijażu, uśmiech ten wydawał się jeszcze szczerszy niż kiedykolwiek.

— Przepraszam, że weszłam bez zapowiedzi — powiedziała. — Odkąd jednak rozmawiałyśmy na pokładzie, chodzi mi po głowie kilka spraw. Chciałabym cię o nie zapytać.

   Stwierdziłam, że ta chwila mnie nie zbawi, więc skinęłam głową. Wskazałam na fotel, z którego wstała, a sama podeszłam do szerokiego parapetu i oparłam się o niego.

— Pytaj więc.

— Kiedy byłyśmy na wyspie, codziennie uciekałaś. Niejednokrotnie obracałaś się też wśród służby z taką swobodą, jakbyś wszystkich znała i szanowała — zawahała się. — Masz przyjaciół wśród biedniejszej warstwy?

— Miałam kilku — przyznałam, nie widząc powodu, aby moje wyznanie mogło im zaszkodzić.

— Jacy oni byli? — spytała, patrząc na mnie. Wydawała się faktycznie zainteresowana tym, o co pytała.

— Zawsze radośni. — Przed oczami stanęli mi przyjaciele, tak żywi, jakbym widziała ich zaledwie chwilę temu. — Mimo że ich rodziny nie miały zbyt kolorowych sytuacji to i tak nie przejmowali się tym zbytnio. Nie interesowały ich tytuły ani różnice majątkowe. Każdy sobie pomagał, wspieraliśmy się na tyle, na ile mogliśmy. Jeden miał czegoś więcej, to dawał drugiemu, nie było mowy o wyniosłym zachowaniu. Szanowaliśmy siebie nawzajem, zupełnie inaczej niż w pałacu. Nie było intryg, zawiłych podtekstów, wyuczonych zachowań. — Uśmiechnęłam się. — Byliśmy sobą i dla siebie, niezależnie od sytuacji.

— A jak postrzegałaś sytuację w pałacu? — dopytywała, ciekawa mojej opinii. — Dla mnie było rozkosznie, miałam swoje przyboczne, służki, wszelkie dobra na wyciągnięcie ręki. Czułam się jak w raju, z którego nie chciałam uciekać.

— Ja czułam się tam jak w klatce. — Spojrzałam za okno, moje włosy rozwiał chłodny wiatr, który wdarł się do pomieszczenia. — Nigdy nie potrafiłam zrozumieć tej udawanej sympatii przybocznych. Tak naprawdę to wiedziałam, że każda z nich nie miała po prostu ciekawszego zajęcia, skazane na swoje towarzystwo, zmuszały się do sztucznych uśmiechów i wymuszonej swobody. — Spojrzałam na siostrę. — Nie wydaje mi się, żeby to była prawdziwa przyjaźń, a raczej próba zyskania pozycji. Niejednokrotnie słyszałam, jak plotkowały o sobie nawzajem, mówiły też wiele niemiłego o tobie. To podsycało we mnie brak sympatii nie tylko do dworu, ale i naszej rodziny. 

— Dlatego odsunęłaś się od nas. — Posmutniała. — A my, zamiast starać się to naprawić, tym bardziej cię odpychaliśmy. — W jej oczach widziałam szczery żal, nie myślałam, że takie uczucie jest w stanie się przez nią przebić. Zachowywała się inaczej niż na Amie. — Traktowaliśmy cię jak czarną owcę, a powinniśmy zaakceptować, kim jesteś.

— Ostatnie dni na wyspie trochę poprawiły moje relacje z Henrym — powiedziałam, chociaż to nie była do końca prawda. Chciałam ją podnieść jakoś na duchu. — Może następne tutaj poprawią nasze?

— Kto wie. — Uśmiechnęła się lekko. — Może już pójdę — zaproponowała, wstając.

— Nie będę cię zatrzymywać — odparłam, również wstając. Odprowadziłam ją wzrokiem do drzwi, ale coś mnie tknęło. — Adelajda? — Zatrzymałam ją tuż przed drzwiami. — Ja również mam pytanie.

— Tak? — spytała, odwracając się twarzą do mnie.

— Czy naprawdę nikt z dworu nie wiedział, jaki rygor zaprowadzali nasz ojciec i brat? O tym, jak surowe kary groziły za najmniejsze przewinienia?

— Naprawdę — odparła, a jej oczy wyrażały pełną szczerość, tak jak kiedyś wyrażały odrazę w stosunku do mnie. — Chociaż muszę przyznać, że czasem słyszałam, jak służba rozmawiała o egzekucjach, biczowaniu, ubóstwie… Naprawdę było aż tak źle, że niektórzy ludzie głodowali?

— Niestety tak — odparłam.

   Wydawała się wstrząśnięta, ale nic nie powiedziała. Gdy wyszła, odczekałam chwilę i wyszłam odszukać Aarona. Nie mogłam dłużej zwlekać z przekazaniem mu zdobytych informacji. Zastałam go w królewskim ogrodzie, gdzie siedział pod rozłożystym dębem. Na mój widok od razu wstał i podszedł do mnie.

— Musimy odnaleźć Uberto Huskarla — powiedziałam bez ogródek. — To on otrzymał część broni.

— To nie powinno być trudne — stwierdził, zaplatając ręce za plecami. — Jego nazwisko widnieje na wszystkich listach gończych, a koneksje zapewniły mu opłacalne stanowisko. Odczytuje wyroki na egzekucjach, jego ojciec jest sędzią i wprawia syna w ten sam fach.

— W takim razie nietrudno o niego. — Ruszyliśmy jedną z nasłonecznionych alejek. — Pozostaje tylko pytanie, gdzie go znajdziemy osobiście.

— Popytajmy przy pręgierzu — stwierdził chłopak. — Tam najczęściej można go podobno spotkać.

— A ty coś taki oblatany — zaśmiałam się lekko. — Zaczynam zastanawiać się, czy nie byłeś uczniem Pająka.

— Przez tyle lat czegoś się nauczyłem. — Uśmiechnął się szeroko. — Jak ty rozpoznawałaś teren, ja nawiązałem kontakt z półświatkiem. Będę musiał i ciebie tam wkręcić, chociaż to nie powinno być trudne. Dowiedziałem się też, gdzie mieszka kat. To niedaleko lochu, facet nie jest zbyt rozgarnięty, będzie więc dość łatwym do podmienienia celem.

— W takim razie chodźmy.

   Po raz kolejny tego dnia opuściliśmy pałac, ale tym razem w najbliższej cichej uliczce wspięliśmy się na dachy. Przeskakując pomiędzy kolejnymi budynkami, udaliśmy się w stronę placu egzekucyjnego, po czym zeszliśmy na ziemię w jednym z zaułków. Przedostaliśmy się na środek, gdzie stał kamienny pręgierz. Zatrzymaliśmy się na moment, a ja zadarłam głowę i po raz pierwszy porządnie się przyjrzałam temu narzędziu tortur. Jak na coś, c służyło zadawaniu bólu, pręgierz był całkiem ładnie ozdobiony. Na szczycie znajdował się wykuty z kamienia orzeł, siedzący na czymś w kształcie kuli z wyrytym napisem. Nie był on w żadnym znanym mi języku, ale podświadomie coś kazało mi przypomnieć sobie te słowa. Korzystając z okazji, że jeszcze nie ruszaliśmy, wyjęłam dziennik, który cały czas nosiłam przy sobie i chciałam zapisać obcojęzyczne zdanie. Kartkując notes zorientowałam się, że to te same słowa, które znalazłam na mapie. Zmarszczyłam brwi, jednak nie mogłam poświęcić czasu na zastanawianie się nad tym. Ledwo schowałam notatnik, Aaron pociągnął mnie za ramię i poprowadził przez tłum w stronę jakiegoś chłopaka. Był średniego wzrostu, szczupły, ale wysportowany, o ciemnozielonych oczach i włosach koloru lisiego futra, wystających niesfornymi kosmykami spod przewiązanej chusty. Zdawało mi się, że pochodził z biedniejszego dystryktu, na co wskazywały jego nie najlepszej jakości ubrania. Uśmiechnął się wesoło na widok mojego przyjaciela.

— Witaj z powrotem — przywitał go, wyglądał na niewiele starszego od nas, maksymalnie cztery lata. — Chciałbyś dowiedzieć się czegoś nowego?

— Szukamy kogoś — odparł ściszonym głosem Pirat.

— Chodźcie za mną — odparł chłopak, poważniejąc.

   Wyszliśmy ze ścisłego centrum i udaliśmy się w kierunku mniej tłocznych uliczek. Po kilkunastu minutach zatrzymaliśmy się przed budynkiem, który na myśl przywiódł mi Gildię Złodziei. Chociaż osobiście nigdy takiej nie widziałam, to właśnie tak wyobrażałam sobie takie miejsce. W zasadzie to nie był jeden budynek, a ich cały kompleks. Ich fasady nie wyglądały najlepiej, tynk odpadał w niektórych miejscach całymi płatami, a obdrapane z farby drzwi prowadziły do nie mniej zniszczonego dziedzińca. Nieznajomy podszedł do nich i zapukał. Po chwili ktoś otworzył i mogliśmy wejść na niewielki placyk. Tam się zatrzymaliśmy, nie dopuszczono nas do wnętrza żadnego z budynków. Chłopak oparł się swobodnie o jedną ze ścian i uśmiechnął się do nas.

— Dopiero tutaj tak naprawdę można swobodnie rozmawiać o jakichkolwiek interesach — zaczął, ale przerwał na moment, patrząc na mnie. — Ciebie chyba znam, ale nie potrafię dokładnie określić, skąd. Zdejmij kaptur. — Wykonałam polecenie. — Teraz już lepiej. — Skinął głową ni to jak na powitanie, ni potwierdzenie swojego domysłu. — Shadow Grey, siostra nowej pani dworu, podobno faworyta króla. Persona, która stała się nowym obiektem miejskich plotek stoi obok pirackiego syna i złodzieja — zaśmiał się. — Naprawdę ciekawe towarzystwo.

— W tym mieście zdecydowanie zbyt szybko rozchodzą się plotki — stwierdziłam, uśmiechając się i krzyżując ręce na piersiach. — A ty jesteś?

— Wszyscy mówią mi Lisia Czupryna. — Jego uśmiech stał się jeszcze szerszy, chociaż nie wiedziałam, że to możliwe. — A matka dała na imię Federico.

— Miło mi — odparłam. — Niestety musimy przejść do konkretów, mamy strasznie napięty grafik.

— Jasne. — Skinął głową, przenosząc wzrok na Aarona. — Tak więc kogo szukacie?

— Potrzebujemy informacji o Uberto Huskarlu — powiedział. — Gdzie mieszka, kiedy pracuje, gdzie się szlaja, o której godzinie jego dom jest pusty, praktycznie wszystko.

— W takim razie zgłosiliście się do najodpowiedniejszych ludzi. W tym mieście nic nie dzieje się bez wiedzy dwóch grup; szumowin i dziwek. — Wyprostował się. — Zaraz będziecie mieli najdokładniejszy opis jego rutyny, jakiego nie zdobyłby nawet państwowy wywiad. Zaczekajcie tutaj.

   Lisia Czupryna zostawił nas na dziedzińcu, znikając w drzwiach jednego z domów. Po chwili przyniósł nam coś do picia i jedzenia, mówiąc coś o gościnności Gildii, i zniknął, obiecując niedługo wrócić. Nie mając nic lepszego do roboty, usiedliśmy pod ścianą i rozmawialiśmy. Temat zszedł na to, że zawitała u mnie siostra. Aaron był tym zaskoczony nie mniej ode mnie.

— I naprawdę nikt nic nie wiedział? — powtórzył, gdy skończyłam opowiadać, na co skinęłam głową. — To dziwne.

— Wiem — zgodziłam się. — Sądząc po tym, co mówiła, żadna kobieta żyjąca u jej boku nie zdawała sobie sprawy z tego, co dzieje się poza murami pałacu. Nie wiem tylko, co z trenerem, ojcem przybocznych. Był bliskim doradcą ojca.

— Więc na pewno coś wiedział. Ale te damy — zamyślił się. — Chyba nigdy nie widziałem żadnej poza pałacem.

— Nawet jeśli wychodziły, nie oddalały się poza obręb centralnego miasta, a tam nie było tak bardzo widać, co się dzieje. Prawdopodobnie gdybym nigdy z wami nie wychodziła, sama też nie wiedziałabym, co się dzieje. — Westchnęłam, na samą myśl o wyspie dopadła mnie nostalgia. — Mam nadzieję, że chłopcy sobie radzą.

— Po twoim wyszkoleniu z pewnością. — Brat uśmiechnął się pokrzepiająco, na co również uśmiechnęłam się blado.

   Kilka chwil później przyszedł nowo poznany chłopak. Był wyraźnie zadowolony z siebie. Przysiadł się obok nas, sięgnął po bukłak i zaczął mówić:

— Uberto i jego rodzina, czyli około czterdziestoletni rodzice i młodsze rodzeństwo, opuszczą swoją posiadłość i udadzą się do jednej ze świątyń na sumę. To samo tyczy się większości służby, co daje wam około godziny. Zostanie tam tylko jeden służący, ale on jak zawsze będzie pijany. — Federico uśmiechnął się chytrze. — Jednak w zamian za te informacje oczekuję, że przyniesiecie część łupu.

   Wymieniłam zaskoczone spojrzenia z bratem.

— Musimy odzyskać należące do naszego ojca rzeczy — zaczęłam, ale nagle pomyślałam o czymś. — W sumie nie mieliśmy zabierać niczego innego, ale gdy zginie im więcej przedmiotów, szczególnie tych o większej wartości, wszystko będzie wyglądało na zwykłe włamanie. — Pokiwałam głową. — Zgoda. Dostaniecie coś z tego, co uda nam się zrabować.

***

   Pierwsze dzwony wzywające na jutrznię rozbrzmiały nad miastem. Przykucnęłam na dachu budynku, nie chcąc rzucać się w oczy na tle nieba i zmrużyłam oczy, obserwując dom naprzeciwko. Rezydencja, którą mieliśmy obrabować, była spora, chociaż nie większa od mojej. Zauważyłam już kilka słabych punktów, które oznaczały dla nas dobre wejście do środka. Czekałam, nieporuszona niczym posąg. Aaron czekał na dachu od strony podwórza, oboje widzieliśmy siebie nawzajem. Gdy zobaczyłam wychodzących, spięłam wszystkie mięśnie w gotowości do akcji. Gdy tylko odeszli od drzwi, wstałam i dałam znać przyjacielowi. Przebiegłam na inny dach, z którego przeskoczyłam na ten właściwy. Poślizgnęłam się, ale Aaron złapał mnie za rękę i pomógł mi odzyskać równowagę. Skinęłam głową w podzięce, po czym rozdzieliliśmy się. Ja weszłam przez okno na strych, a chłopak zeskoczył na balkon i przedostał się na niższe piętra. Stanęłam na środku poddasza, którego powietrze ciężkie było od dusznej atmosfery. Wszystko pokrywała warstwa kurzu, który wzbijał się przy każdym moim kroku, tworząc duszącą chmurę, ale zajrzałam w każdy kąt. Zabrałam ze sobą jakieś stare kielichy, wyglądające na złote, i upchnęłam je do sakwy przytroczonej do boku. Zeszłam niżej. Następne piętro także przetrząsnęłam, ale zajęło mi to znacznie dłużej. Pirat w tym czasie zajął się piwnicą i parterem, gdybym była sama, nie zdążyłabym tam zawitać. Mieliśmy mało czasu i denerwowałam się, czy nam się uda. Właśnie zbiegałam na niższy poziom, kiedy wpadłam na niego. Wyglądał na równie zdenerwowanego, co ja.

— Znalazłeś? — spytałam.

— Nie, chociaż przetrząsnąłem wszystko dokładnie. — Pokręcił głową. — A ty?

— Gdybym znalazła, to bym nie pytała — odparłam, rozglądając się. — To musi być gdzieś tutaj, na górze nie ma miejsca, do którego bym nie zajrzała.

   Mój wzrok padł na gładką ścianę klatki schodowej. Było tu na tyle wysoko, że można by spokojnie wygospodarować jeszcze jeden pokój, a i schody biegły po jednej stronie tuż przy zewnętrznej ścianie, co potwierdzało spore okno witrażowe i przebijające się przez nie światło. Wytężyłam wzrok, szukając chociażby śladu jakiegoś przejścia. Niektórzy ekstrawaganci z bogatych rodów lubowali się w tajnych pokojach, liczyłam na to, że podobnie rzecz miała się z Huskarlami. Zamrugałam, zaskoczona. Ku mojemu zdziwieniu i ujrzałam zarys drzwi, ale nie taki, jak się spodziewałam. Dostrzegłam świetlisty obrys, jakby ktoś go tam namalował.

— Widzisz to, co ja? — spytałam szeptem.

— Co? — odparł zaskoczony. — Tutaj nic nie ma.

   Przyjrzałam się dokładniej. O ile nie zwariowałam, to zarys faktycznie tam był.

— Przyjrzyj się — powiedziałam, rozglądając za jakimś przełącznikiem.

   Już myślałam, że faktycznie mój umysł dostrzegł to, czego po prostu oczekiwał, kiedy usłyszałam zaskoczony głos Aarona

— Co do diabła? — wyszeptał, przecierając oczy.

— Teraz wiesz, o co mi chodziło? — Pokiwał niepewnie głową. — To pomóż mi szukać czegoś, co otworzy to przejście.

   Ja zajęłam się górną częścią schodów, a Aaron dolną. Przesuwałam dłońmi po ścianach, mając nadzieję cokolwiek wyczuć. Niestety, nic takiego nie miało miejsca, a czas nam się kończył. Powoli traciłam nadzieję, kiedy zawołał mnie przyjaciel. Obejrzałam się przez ramię. Aaron odnalazł przycisk, który otworzył tajne wejście. Jego krawędzie zgrano ze ścianą tak idealnie, że nie dałoby się ich zobaczyć. A jednak je widzieliśmy. Wymieniliśmy szybkie spojrzenia i weszliśmy do środka. Komnata nie była wielka, bez okien, umeblowana całkiem prosto. Zabraliśmy się do przetrząsania jej. Na ścianie na wprost drzwi wisiała podobna mapa do tej, którą dał mi kapitan Francesco Pedro. Bez zastanowienia zdjęłam ją ze ściany i zwinęłam pospiesznie, mówiąc:

— Szukaj skrzyni, w której mogłaby być broń ojca.

   Na innej ścianie wisiał obraz mężczyzny w białym płaszczu z czerwonym krzyżem na piersi. Jeżeli dobrze łączyłam fakty, mógł to być jeden z członków organizacji, o której mówił kiedyś Henry, może nawet jakiś ważny Templariusz. Przejrzałam szuflady, w jednej z nich leżał notes. Otworzyłam go, a wewnątrz zobaczyłam swoje i Pirata nazwiska. Zresztą nie tylko nasze. Uwzględniono w nim również ojca i całą jego załogę. Dopisek był jednoznaczny, Asasyni. Notatki w nim zawarte zagrażały nam wszystkim, dlatego – chociaż nie wiedziałam czym, czy też kim, byli ci Asasyni – wzięłam notatnik. W tym czasie Aaron znalazł i otworzył skrzynię. Podeszłam do niego, widząc, że zamarł w bezruchu z ręką na wieku. Spojrzałam przez jego ramię, mając zamiar go zrugać, ale zobaczyłam, co było powodem jego zaskoczenia. W skrzyni leżało kilka rzeczy, których się spodziewaliśmy, pistolety, dwa miecze, noże do rzucania, ale pośród tego znaleźliśmy coś zaskakującego. Między bronią walało się ukryte ostrze, które wydawało się potwierdzać teorię, że Mark otrzymał szkice naszej broni właśnie od Edwarda. Na dnie znaleźliśmy też płaszcz, całkiem podobny do tych, które mieliśmy na sobie. Otrząsnęłam brata ze stanu szoku, chociaż sama również nie byłam pewna, co o tym sądzić.

— Musimy się spieszyć — syknęłam, wyjmując rzeczy. — Potem będzie czas na zastanowienia.

   Pokiwał głową i wziął ode mnie część łupu. W ostatniej chwili wyważyliśmy drzwi główne i uciekliśmy w jedną z odnóg. Zatrzymaliśmy się na moment w ciemnym zaułku, upchnęliśmy rzeczy lepiej w sakwach i wspięliśmy się na dach, gdzie łatwiej było uniknąć ewentualnej straży. Wciągając się na krawędź budynku, zobaczyłam wybiegającego z domu mężczyznę. Rozejrzał się po okolicy, ale byliśmy wyżej, niż sięgał jego wzrok. Facet właśnie odkrył kradzież, kwestią czasu było to, żeby pospieszył po straż. Pobiegliśmy z Aaronem w stronę Gildii Złodziei, gdzie Lisia Czupryna wpuścił nas do środka, witając serdecznym uśmiechem.

— Widzę, że macie sporo towaru — zaśmiał się, widząc przewieszoną przez plecy Aarona sakwę. Ta u mojego pasa była tak wypchana, że ściągała mi spodnie. — Chodźcie, nasz Król Złodziei chce was poznać.

   Poszliśmy za nim, chociaż nie planowaliśmy tego. Jednak zważywszy na to, jak wiele informacji uzyskaliśmy z pomocą złodziei, nie wypadałoby odmówić. Zaprowadził nas do skromnego pomieszczenia, gdzie siedział starszy mężczyzna. Miał około pięćdziesięciu lat i widać było, że powoli zbliżał się już na tamten świat. Federico podszedł i z pełnym szacunku ukłonem odezwał się do niego.

— Wuju, to właśnie im pomogłem. — Mężczyzna spojrzał na nas. — Aaron i Shadow nie są naszymi wrogami, co udowodnili dzisiaj. — Chłopak odezwał się do nas. — Podajcie nam część tego, co zabraliście.

   Aaron zdjął torbę i wyjął garść kosztowności, ja odpięłam swoją sakwę. Na znak Czupryny podeszliśmy do stołu. Brat odłożył to, co miał w rękach, a ja wysypałam wszystkie zbyteczne błyskotki, których nie zdążylibyśmy spieniężyć przed zbliżającą się akcją.

— Teraz możecie odejść i zbratać się z piratami. — Uśmiechnął się mężczyzna, chociaż uśmiech nie wyglądał na szczególnie wesoły. — Pamiętajcie, ktokolwiek będzie moim następcą, zapamięta wasze imiona. Przychodźcie do nas, kiedy będziecie chcieli. Progi naszej Gildii zawsze pozostaną dla was otwarte.

— Dziękujemy. — Skłoniłam się. — Będziemy wam za to wdzięczni.

   Wyszliśmy lżejsi o trochę złota i udaliśmy się do Czarnych Bander. Musiałam przyznać, że to spotkanie było jakieś dziwne, ale nie zaprzątałam sobie tym myśli, mieliśmy na głowie ważniejsze sprawy niż enigmatyczne słowa starego człowieka. Musieliśmy wynieść część naszych rzeczy z pałacu i sprawdzić, czy piratom udało się już zorganizować zapasy. O ile korsarze mogli po prostu za jednym razem zorganizować wszystko, my wynosiliśmy wszystko partiami. Kiedy załatwiliśmy najważniejsze sprawunki, w tym pozbycie się na czarnym rynku łupów, powróciliśmy na statek. Kiedy krzątaliśmy się wśród naszych nowych towarzyszy, zatrzymał nas Charles.

— Hej, zobaczcie, co udało mi się zorganizować — powiedział, wyjmując z kieszeni okrągły przedmiot z wystającym lontem.

— Bomby? — spytałam, odbierając przedmiot i oglądając go.

— Nie takie zwykłe bomby. — Uśmiechnął się, podając Aaronowi zapałkę. — Niech któreś z was ją odpali.

   Wymieniłam z bratem lekko zaskoczone spojrzenia, po czym wzruszyłam ramionami. Podałam bombę Aaronowi, który zapalił zapałkę i przystawił ją do lontu. Odczekał chwilę, po czym rzucił ją za burtę, w stronę morza. Nie rozległ się jednak huk, a cichy syk. Bomba nie wybuchła, tylko wytworzyła gęsty dym, który unosił się jeszcze chwilę w powietrzu po tym, jak przedmiot wpadł do wody.

— Co to takiego? — spytał chłopak, widząc efekt.

— Bomby dymne — odparł Charles. — Dość droga zabawka, ale się przydaje.

   Uśmiechnęłam się. Nigdy wcześniej nie słyszałam o takiej broni, ale zdałam sobie sprawę, że mogła ona naprawdę mocno dezorientować wrogów. Poprosiłam, żeby zorganizował takich więcej. Kiedy wracaliśmy późnym wieczorem do pałacu, zdałam sobie sprawę, że dzień akcji zbliża się nieuchronnie.

***

   Patrzyłam z góry na plac egzekucyjny, gdzie ustawiano szubienicę, i po raz ostatni analizowałam każdy punkt. Przeniosłam wzrok na coś, co przypominało trybunę, gdzie miał siedzieć król i jego najbliższa świta, w tym ja. Wzięłam głęboki wdech, uspokajając myśli. Ostatnie, czego mi brakowało, to zdenerwowanie. Upomniałam się, że póki co wszystko poszło zgodnie z planem. Aaron udał się po pozostałe rzeczy z depozytu w lochu i otrzymał je bez problemu. Strażnik odpowiadający tego dnia za depozyty został przez nas przekupiony za pieniądze, skradzione podczas wcześniejszej akcji. Jeden z piratów zawitał już do domu samotnego kata i zajął jego miejsce. Mężczyzna niestety musiał zginąć, ale w tym wypadku nie liczyło się nic, oprócz wykonania zadania. Następna czwórka piratów miała zaszyć się w powoli zbierającym się tłumie, blisko podwyższenia. Specjalnie na ten moment ubrali się jak najmniej piracko, co nawet im się udało. Gdybym nie wiedziała kogo szukać, nigdy bym ich nie wypatrzyła.

   Zeszłam na dół, kiedy zbliżyła się godzina egzekucji. Zdjęłam kaptur i upewniłam się, że sztywno przypięty do nogi miecz nie jest widoczny spod płaszcza. Zawiał zimny wiatr, na którego dotyk uśmiechnęłam się pod nosem. Ludwik chciał zobaczyć mnie w sukni, ale pogoda postanowiła pomóc mi w odnalezieniu pretekstu, dlaczego nie mogłam jej założyć. Na trybunie zasiadła już grupa dworzan, na najbardziej zaszczytnym miejscu zasiadł król. Dołączyłam do niego, czując na sobie wzrok arystokratów. Mężczyzna wstał i przywitał mnie ciepło, nawet zbyt ciepło. Nie dość, że okazał mi względy tym, że się podniósł, to jeszcze objął mnie w talii i pocałował w policzek. Zmusiłam się do nieśmiałego chichotu, chociaż wewnątrz czułam obrzydzenie. Facet ze spokojem mógłby być moim ojcem, a przystawiał się do mnie jak rówieśnik. Usiadłam sztywno i rozejrzałam się ukradkiem po placu. Widziałam swoich ludzi na miejscach, zastępca kata także czekał już tam, gdzie powinien. Wsunęłam rękę pod płaszcz, sprawdzając subtelnie, czy miecz gładko wysunie się z pochwy. Przesunęłam też dłonią po nożach i sakwach. Wszystko znajdowało się na miejscu, łatwo dostępne. Wystarczyło zaczekać na sygnał, a on miał nadejść od naszego podstawionego kata. Znajdował się najbliżej naszego skazańca i najlepiej mógł wyczuć, kiedy nadejdzie odpowiedni moment na ucieczkę.

   Po kilku minutach na plac wprowadzono więźnia. Ojciec miał skute ręce i nogi, prowadziło go czterech strażników. Przekalkulowałam jeszcze raz nasze szanse i uśmiechnęłam się lekko. Chyba nie pomyśleli o tym, że ktoś spróbuje odbić Edwarda. Patrzyłam, jak wprowadzali trochę poturbowanego, ale nieugiętego korsarza i ustawiali go na podwyższeniu. Dumnie uniósł głowę, kiedy strażnicy rozstawili się przy schodach. Okradziony przez nas Uberto odczytywał zarzuty, a ja odpięłam pochwę od nogi, aby nie przeszkadzała mi przy wspinaczce i ucieczce. Rzuciłam szybkie spojrzenie na piratów i brata. Byli opanowani i czekali. Dobrze, że mnie wysłuchali i wykazali się cierpliwością. Gdy lista zarzutów skończyła się, a duchowny pobłogosławił skazańca, rozpoczęła się nasza akcja.

   Kat powinien wówczas nałożyć pętlę na jego szyję. Zamiast tego, błyskawicznym ciosem katowskiego topora rozłupał kajdany u nóg ojca. Wstałam i rzuciłam nożem w strażnika najbliżej nich. Zabójczo precyzyjny sztylet trafił w szyję. Ludzie spanikowali, kiedy piraci wybiegli i starli się z pozostałą trójką. Dworzanie otaczający mnie i króla pierzchli, gdy wybiłam się do skoku i wylądowałam na podwyższeniu. Kątem oka złapałam jeszcze wzrok Ludwika, który pozostał najbardziej opanowany spośród ludzi wokół. Wyglądał trochę tak, jakby nie zdziwiło go moje zachowanie. Odwróciłam się od niego, cokolwiek myślał czy czuł, nie interesowało mnie. Zauważyłam wybiegających na plac następnych mundurowych. Pchnęłam uratowanego w stronę ściany i zakomenderowałam odwrót. Zanim strażnicy dopadli miejsca niedoszłej egzekucji, my wspinaliśmy się już na górę. Łańcuchy obijały się ostatkami ogniw o nogi i ręce Edwarda, ale nie było czasu się ich pozbywać. Wciągnęliśmy się na górę i zaczęliśmy biec. Aaron prowadził, a ja zamykałam szyk. Obejrzałam się przez ramię. Kilku lżej opancerzonych rzuciło się za nami w pościg. Zatrzymałam jednego z piratów i starliśmy się z goniącymi. Dach nie należał do stabilnych miejsc do walki, ale po kilku chwilach strąciliśmy i zabiliśmy tych kilku ścigających. Dogoniliśmy pozostałych w porcie Czarnych Bander. Nie oznaczało to jednak, że dotarliśmy do bezpiecznego końca akcji. Taka grupa biegnących dachami ludzi nie uszłaby uwadze nikomu, a tym bardziej strażnikom posłanym na nami. Statek piracki stał na pełnym ożaglowaniu, ludzie na pokładzie zaczęli wciągać kotwicę. Tak jak im kazałam, połączyli liną balustradę na mostku z jednym z budynków. Część piratów zjechała już po linie na pokład. Zostało jeszcze trzech ludzi, w tym Edward. Obejrzałam się. Pościg zbliżył się na odległość strzału, kilku kuszników i strzelców ustawiło się i szykowało broń.

— Szybciej! — wrzasnęłam na towarzyszy. — Nie ma czasu, zjechać jednocześnie!

   Wyjęłam pistolet, który zabrałam ze sprzętu ojca i wystrzeliłam do najbliższego, gotowego do strzału mężczyzny. Mimo że nie należałam do dobrych strzelców, to trafiłam go w brzuch. Cofnął się kilka kroków, a ja wymierzyłam do następnego. Pociągnęłam za spust, ale broń nie wypaliła. Zapomniałam, że należało ją przeładować po każdym strzale. Zaklęłam i schowałam pistolet. Strzelcy już do mnie mierzyli, a piraci byli prawie na pokładzie. Rzuciłam się na dachówki i przeczołgałam. Zniknęłam na moment za kominem, ale statek powoli oddalał się ode mnie, napinając linę. Zarzuciłam na nią kawał innej linki i puściłam w szaleńczy pęd, wykorzystując siłę grawitacji. Kilka kul furknęło w powietrzu, wszystkie wymierzone w moją poprzednią pozycję. Prawie wszystkie. Wylądowałam ciężko na pokładzie, ktoś przeciął linę. Usłyszałam pytanie Edwarda:

— Kto was tak zorganizował i utrzymał w szyku? — zaśmiał się. — Na pewno nie Connor!

   Kawka osiągała swoją pełną prędkość, wszyscy cieszyli się z uwolnienia kapitana. Podniosłam się i stanęłam oparta o ścianę kajuty, przyciskając rękę do postrzelonego lewego ramienia. Zrobiło mi się sucho w ustach, ból zawładnął moim umysłem, pierwszy raz czułam, że mogę odpłynąć. Rana nie była poważna, ale szok, adrenalina i utrata krwi sprawiły, że nogi się pode mną załamały. Obok mnie stanął Aaron, dotychczas nierzucający się w oczy ojca. Uśmiechnęłam się do niego i chciałam powiedzieć, że się udało, ale nie zdążyłam.

Opublikowano
Kategorie Assassin's Creed
Odsłon 526
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!