Nothing Is True, Everything Is Permitted – Część Trzecia

Wiem, gdzie mnie prowadzą.

***

   Stałam u progu budynku, w którym niespełna dwa dni wcześniej zamordowałam czterech dorosłych mężczyzn. Nie myślałam, że tak szybko tu wrócę, ale sytuacja wymogła to na mnie. Obok stał mój brat, wydając jeszcze kilka rozkazów dla dowódcy dziennej zmiany. Przyrodni brat, ciągle poprawiałam się w myślach. Zazwyczaj traktował mnie jak podrzutka, ale okoliczności zmusiły go do współpracy ze mną, co zakrawało na niemały absurd. Według planu miałam mu pomóc w rekonstrukcji włamania, którego sama byłam sprawcą. Oczywiście nie mógł tego wiedzieć, a ja nie mogłam się z tym zdradzić, wtedy z pewnością zawisłabym na stryczku, prawdopodobnie zabierając na szafot także przyjaciół. Zważywszy na to, zmobilizowałam swoje wszelkie pokłady gry aktorskiej i zabrałam się do zadania. Najpierw rozejrzałam się po okolicy, głównie po uliczkach wkoło składu. Udawałam bardzo przejętą tym, co robiłam i chyba wychodziło mi to naturalnie, bo Henry nie wyczuł blefu. Kilka razy wspięłam się na dachy, które od dołu wydawały się idealne, chociaż w rzeczywistości było zupełnie inaczej. Chciałam w ten sposób zmylić brata. W końcu dotarłam do właściwego dachu, ale zrobiłam to na tyle późno, że próby mogły być zbyt niebezpieczne. Albo nierzetelne, jak to wtedy stwierdził mój brat, chociaż sam wcześniej wspominał, że napadu dokonano nocą. Pewnie nie chciało mu przejść przez gardło, że mimo naszych napiętych relacji nie chciał, abym coś sobie zrobiła. Wróciliśmy więc do pałacu, a ja zaszyłam się w swojej komnacie.

   W nocy znów nie mogłam zasnąć, chociaż tym razem nie znałam powodu bezsenności. Z nudów wykonałam kolejny szkic, a potem przez długi czas wpatrywałam się w widok za oknem. W końcu zapadłam w krótką drzemkę, która niestety skończyła się przed świtem. Niewyspana, wyszłam się przygotować. Kiedy wróciłam z łaźni, okazało się na tyle późno, że śniadanie jadłam w drodze do jaskini, gdzie umówiłam się z przyjaciółmi. Przeprosiłam ich za małe spóźnienie, po czym przeszliśmy do ćwiczeń. Tym razem trening trwał krócej, miałam jeszcze coś do zrobienia.

   Kiedy skończyliśmy, wróciłam do siebie w mój ulubiony sposób – skacząc po dachach. W rozpędzie udało mi się tak doskoczyć, że złapałam się blanek. Krawędź była chropowata, co zapewniło mi stabilny chwyt, dlatego bez większych problemów wdrapałam się na mur. Natknęłam się na zaskoczonego strażnika, któremu posłałam słodki uśmiech i pobiegłam dalej. Wdrapałam się schodami do swojej komnaty i od razu wyjęłam szkice. Nie znałam się na szyciu, wykonane przeze mnie prace były więc niezbyt adekwatne do tego, co chciałam na nich pokazać. Mimo to wzięłam je i poszłam do krawca. Otworzył mi jego syn, jak zawsze serdecznie uśmiechnięty.

— Witam madonna i całuję rączki — przywitał mnie. — W czym możemy służyć?

— Chciałam rozmawiać z twoją matką, panią Smith — odparłam, nie patrząc na niego, tylko w stronę schodów. — Jest może w domu?

— Tak, zaprowadzę — zaproponował, ale już go wyminęłam i poszłam na górę.

   Krawiec był dobry w swoim fachu, ale często niedyskretny, z tego względu wolałam współpracę z jego żoną. Kobieta także pięknie szyła, nie raz wykazała dyskrecję i lojalność, a do tego pamiętała, co zrobiłam dla jej siostrzeńca – a mojego przyjaciela – Jack’a. Gdy tylko weszłam, kobieta od razu podniosła głowę znad zagniatanego ciasta. Uśmiechnęła się ciepło, wręcz matczynie, i powiedziała:

— Witam, panienko Shadow. Czy mogłaby panienka chwilę zaczekać?

— Oczywiście, pani Smith — odparłam, uśmiechając się.— Przy okazji rozłożę już szkice.

— Zaraz do panienki dołączę. — Wróciła do swojej pracy.

   Skierowałam się do drewnianego stołu, przy którym zazwyczaj członkowie rodziny krawieckiej jedli obiad. Wiedziałam jednak, że czasami krawcowa skrajała na nim materiały, a niemal zawsze załatwiała sprawy indywidualnych zamówień. Rozłożyłam swoje godne pożałowania prace i jeszcze raz je przejrzałam. Były może i słabo wykonane, ale mniej więcej obrazowały, co chciałam mieć i czego oczekiwałam od kobiety.

— Tak więc czego panienka sobie życzy? — spytała, podchodząc i wycierając dłonie w fartuch. — Zamieniam się w słuch, moja droga.

— Widzi pani — podniosłam głowę znad prac — potrzebowałabym czegoś takiego. — Wskazałam. — Mam nadzieję, że da się rozczytać, co mam na myśli.

— No, widzę, że trafił mi się bardzo konkretny klient. — Spojrzała uważnie. — Nic trudnego, taki długi płaszcz spinany klamrami i pasem nie będzie stanowił problemu. Kaptur także nie powinien sprawić kłopotu, jedynie ten asymetryczny rękaw może być trochę trudniejszy do wykonania. — Pokiwała głową w zamyśleniu. — Panienka sposobi się do dalekiej podróży, że szykuje takie ubrania?

— Podróż statkiem. — Uśmiechnęłam się lekko. — Wie pani, niedługo ślub Adelajdy, a potem trzy miesiące morskiej żeglugi w celu rewizyty na królewskim dworze. Lepiej mieć coś ciepłego.

— Zgadza się. — Pokiwała głową. — Tym bardziej że zbliża się już jesienna pora. Musiałabym panienkę dokładnie zmierzyć, aby wiedzieć, ile materiału będzie mi potrzebne. Prosiłabym zdjąć buty i wskoczyć na stół. Pójdę tylko po miarę.

   Kiedy kobieta wróciła, ja już stałam gotowa na stole. Krawcowa zmierzyła mnie w wielu miejscach. Od szerokości ramion, przez rozmiar klatki piersiowej aż do mojego ogólnego wzrostu. Po skończeniu pomiarów przeszłyśmy do interesów.

— Jaki materiał panienka sobie życzy? — spytała, wyciągając rysik i kreśląc nierównymi literami moje dane oraz oczekiwania. — Jestem w stanie uszyć ten płaszcz praktycznie ze wszystkiego.

— Biała bawełna — odparłam po chwili namysłu. — Tak, myślę, że to będzie najlepszy kolor.

— Nie chcę panienki martwić, ale biel dość szybko ulega zabrudzeniom. — Spojrzała na mnie. — Nie lepiej coś w odcieniach szarości?

— Wiem, ale niech zostanie biały. — Uśmiechnęłam się do niej. — Najwyżej częściej będę go prała.

— Dobrze. Koszty uregulujemy po wykonaniu przeze mnie pracy — powiedziała z lekkim uśmiechem. — Postaram się jak najszybciej to panience uszyć.

— Po odbiór przybędę osobiście — poinformowałam ją.

   Miałam już wychodzić, kiedy zatrzymała mnie pytaniem:

— Dlaczego nie poszła panienka do mojego męża? Oczywiście, jeżeli mogę o to spytać.

— Pani jest dyskretna, pani Smith — powiedziałam. — A mi zależy na dyskrecji.

   Powróciłam do pałacu. Wiedziałam, że dłużej nie wytrzymam bez treningu, dlatego też udałam się do siebie i przebrałam w strój gorszego sortu, takiego, którego nie bałam się zniszczyć. Dotychczas nie mogąc się ukazać, trenowałam samotnie w komnacie, odtwarzając w pamięci ruchy mężczyzn i chłopców ćwiczących szermierkę. Tylko raz udało mi się trenować wraz z nimi, a mianowicie na królewskim dworze, trzy lata wcześniej. Od tamtej pory nie mogłam jednak trenować, wzbudzałabym zbytnie podejrzenia, a wystarczało mi kłopotów z ucieczkami do miasta. Odkąd postawiłam matce warunki, pozwalałam sobie stopniowo na znacznie więcej. Nadszedł w końcu czas, aby i w tej dziedzinie się ujawnić, sprawdzić swoje umiejętności. Nawet książę był mi już obojętny. Zeszłam na dół, poprawiając pas spodni. Na dziedzińcu ćwiczebnym zaczęłam odczuwać lekkie podenerwowanie. Co, jeżeli wyszłabym na ofermę albo w ogóle nie dostała do rąk miecza? Z pewnością wyśmialiby mnie, ale zacisnęłam zęby i przełamałam się. Potrafiłam coś więcej, niż połowa żółtodziobów wywijających tu tempom bronią i doskonale zdawałam sobie z tego sprawę. Weszłam pomiędzy odpoczywających mężczyzn i chłopców. Naprawdę od przyjazdu dworu zrobił się tu mały tłok. Większość nie zwróciła na mnie uwagi, rozmawiając między sobą. Przeszłam dalej, aż dotarłam do kierującego treningami szlachcica. Chociaż powoli popularyzowały się takie wynalazki, jak pierwsza broń palna, nasi strażnicy, żołnierze i arystokraci nadal doskonalili się w broni białej, co było zwyczajnie bardziej dostępne. Wysoki mężczyzna z początku mnie nie rozpoznał. W końcu jednak zrozumiał, kto przed nim stoi.

— Panienka Shadow? — zdziwił się. — Jak mogłem panienki nie poznać. To zapewne przez zmiany w wyglądzie, jakie panienka zaprowadziła.

— Mniejsza o to, panie Rance. — Machnęłam ręką. — Chciałam dołączyć do trenujących.

— Panienka żartuje ze mnie? — spytał, o mało nie roześmiawszy się.

— Nie, nie żartuję. — Skrzyżowałam ręce na piersiach. — Pragnę dołączyć do trenujących tu chłopców i mężczyzn. Od kilku lat obserwuję was w treningach i chcę w końcu sama tego spróbować.

— Nie godzi się, aby panienka wojowała! — zaprotestował, a wkoło nas zgromadziło się kilkoro ciekawskich. — To nie do pomyślenia!

— Wie pan co? Gdzieś mam co się godzi, a co nie! — Zdenerwowałam się. — Natychmiast dobrać mi odpowiedniego partnera! Za moment powrócę tu z mieczem, wtedy ma na mnie czekać przeciwnik — wrzasnęłam, odnajdując pewną satysfakcję z wyższego statusu. Na ogół tego nie robiłam, ale tym razem nie potrafiłam powstrzymać się od przypomnienia mężczyźnie o tym, z kim miał do czynienia. — Wykonać!

   Z twarzy trenera wyczytałam zaskoczenie. Najwidoczniej nie spodziewał się tak ostrego wydźwięku w słowach młodej dziewczyny, do tego córki gubernatora. Jednak gdy wróciłam ze zbrojowni, czekał na mnie już gotowy chłopak. Wykręciłam młynka mieczem, warząc go w ręce. Był to jeden z niewielu mieczy, jakie trzymałam w dłoniach, dlatego nie mogłam wiedzieć, czy należał do tych dobrze, czy źle wyważonych. Jedyne co wówczas stwierdziłam, to fakt, że nie ciążył mi w dłoni. Bałam się, że zaraz się zbłaźnię, ale łatwo przełamałam to uczucie. Gdybym wyszła na podejrzanie dobrą, mogłoby zwrócić to niepożądaną uwagę. Z dwojga  złego lepiej więc byłoby, gdyby mężczyzna uznał mnie za niedouczoną.

   Rance rozkazał młodzieńcowi obchodzić się ze mną delikatnie, za co obrzuciłam go nienawistnym spojrzeniem. Mężczyzna uśmiechnął się pod wąsem i nakazał rozpocząć ćwiczenia. Chłopak ciął lekko, jakby bojąc się mnie trafić. Sparowałam cios z dziwną łatwością, nasze klingi nie wydały nawet zbyt głośnego szczęku. Trener zatrzymał nas na chwilę, poprawił błędy w mojej postawie i pozwolił działać dalej. Wywinęłam mieczem tak, aby klinga chłopaka znalazła się pod spodem, po czym pchnęłam, jakbym chciała go trafić w gardło. Byłoby jednak zbyt proste i piękne, gdyby Rance się nie doczepił. Ponownie poprawił nas, tym razem głównie chłopaka, który zaczerwienił się, słysząc, jak łatwo zostałby w tej sytuacji zabity, a przynajmniej raniony. Rozstawiono nas naprzeciw sobie i pozwolono na drugie starcie. Tym razem ja natarłam jako pierwsza. Zadałam cios od dołu, z lewej. Chłopak sparował, ale niezbyt pewnie. Nudziły mnie jego delikatne podchody, więc przestałam na nie zważać, a wykorzystywać. Mimo wszystko chciałam pokazać, co potrafiłam. Cięłam tym razem w skroń. Chłopak sparował ponownie, wyczuwając w końcu, co się święci. Sam przypuścił atak, od prawej. Odskoczyłam, aby uniknąć. Trener uznał to za ucieczkę i skwitował pobłażliwym uśmiechem.

— Widzi panienka? — spytał, przerywając nasz trening. — To nie jest zabawa. Tu się walczy. Na miecze, nie na szydełka. Ten chłopak trenuje już od kilku lat, dałem panience doświadczoną osobę, aby było łatwiej. Jednak panienka i tak poległa przez strach. 

   Zacisnęłam pięści i warknęłam cicho: 

— Jeszcze zobaczymy, kto będzie polegał na strachu. 

   Zdegustowana poszłam do zbrojowni. Mark nic nie powiedział, kiedy odkładałam miecz w odpowiednim miejscu. Wskazał, abym do niego podeszła. Zbliżyłam się, a on rozejrzał, jakby nie chciał, aby ktoś był w pobliżu. 

— Słuchaj, Cieniu. — Położył mi dłoń na ramieniu. — Jak dla mnie, rozłożyłabyś tamtego chłopaczka w parę minut. Widziałem niejednego szermierza i powiem ci, że zwyczajnie jesteś za dobra, a twoje zwody odczytali inaczej, niż powinni. — Uśmiechnął się. — Gdybyś chciała, mam kilka mieczy w zakładzie. Jeżeli tylko masz z kim trenować, mogę ci je dać. 

   Wiedziałam, że moje oczy musiały zrobić się duże, roziskrzone od nadziei. Nie wytrzymałam i przytuliłam go. Nie chciałam dociekać, dlaczego oferuje mi taką możliwość, po prostu z wdzięcznością przyjęłam dar losu. 

— Dziękuję — powiedziałam szeptem. — Przyjdę po nie jutro, do zakładu w mieście. 

— Dobrze. — Skinął głową. — Coś mi się wydaje, że zarówno twoje wcześniejsze zamówienie, jak i obecny prezent nie dotyczą tylko ciebie. — Uniósł dłoń, nim odpowiedziałam. — Widzę jednak, że nie jestem osobą upoważnioną do tych informacji, przynajmniej nie w stu procentach. Leć już. Zdaje mi się, że twój brat cię wyczekuje. — Wskazał palcem na Henry’ego, stojącego u wejścia do dziedzińca.

— Jeszcze raz ci dziękuję — powiedziałam i poszłam w stronę brata.

   Henry zauważył mnie, gdy szłam w jego stronę. Nie tracąc czasu, podszedł do mnie i powiedział:

— Nawet nie będę komentował, co robiłaś na nieprzeznaczonych dla ciebie zajęciach, mamy ważniejsze sprawy na głowie. — Wyszliśmy z pałacu. — Dzisiaj musimy sprawdzić miejsce, które wczoraj wskazałaś. Taki otrzymałem rozkaz od ojca. Jeżeli dziś nie znajdziemy winowajców, król ogłosi amnestię wszystkich spraw przestępczych na wyspie. A to jest jak na razie jedyna taka sprawa. To oznacza, że musimy dać z siebie wszystko, siostrzyczko.

   “Siostrzyczko — pomyślałam, mając ochotę napluć mu w twarz. — Teraz jestem twoją siostrzyczką, a jak tak, to mną gardziłeś. Nawet nie wiesz, że masz przed sobą mordercę czterech strażników, złodzieja, który okradł twój skład. Taką masz przed sobą siostrzyczkę.” Udaliśmy się na miejsce w milczeniu. Nie mieliśmy zbyt wielu wspólnych tematów i nie zamierzałam ich na siłę wynajdować. Kwestia jego dochodzenia była już tylko formalnością. Czując na sobie jego wzrok, szybko wspięłam się na dach. Wróciły do mnie wspomnienia tamtej nocy. Zamknęłam oczy, zajmując dokładnie to samo miejsce, co wtedy. Wzięłam głęboki wdech, po czym otworzyłam oczy. Wzięłam rozbieg i przeskoczyłam, lądując tak samo, jak wówczas. Stanęłam na dachu składu i spojrzałam na brata, stojącego na dole. Nie mógł wiedzieć, że właśnie odtwarzałam swoje własne poczynania, ale i tak przez moment czułam ucisk w żołądku. Henry skinął głową i gestem dłoni kazał mi wrócić. Po chwili byłam już koło niego. Położył mi rękę na ramieniu z zadowoloną miną.

— Czyli sposób mamy — powiedział. — Brak nam tylko sprawców, tym jednak zajmę się już sam. Możesz odejść.

   Już miałam to zrobić, jednak coś, jakby przeczucie, obudziło się we mnie. Zatrzymałam się i spojrzałam na niego. Musiałam wybadać, czy jednak nie podejrzewa kogoś z mojego otoczenia albo całkiem niewinnych ludzi. Odezwałam się:

— Henry.

— Tak? — spytał, o dziwo nie skrzyczał mnie, za zatrzymywanie go w pracy.

— Nie masz szans sprawdzić, kto się tam dostał — zaczęłam. — Skoro było to w nocy, jedynymi świadkami są, czy też były, ofiary no i sprawca, bądź sprawcy, tego nie wiadomo. Możesz szukać, ale nie znajdziesz nikogo, kto skacze po dachach tak, jak ja…

— I tu się mylisz — przerwał mi z triumfalnym uśmiechem, a ja poczułam na karku szpon strachu. — Wiem, że są tacy, co skaczą równie chyżo, jak ty. Są jednak za głupi, aby zorganizować tak przemyślaną akcję. Są zbyt przelęknieni, aby próbować kradzieży. Słowem, ja wiem, kto to zrobił. Tylko do jutra tych osobników nie zdołam złapać — splunął — bo byli to piraci. A teraz, Shadow, idź lepiej do swoich komnat, masz przymiarkę sukni, tak tylko przypominam. — Otworzyłam szerzej oczy, bo na śmierć o tym zapomniałam.

   Odwrócił się i odszedł w stronę koszar. Byłam zdziwiona jego zmianą nastawienia, zaskakiwał mnie od momentu, gdy tylko poprosił o pomoc. To nie pasowało mi ani do jego charakteru, ani do relacji, jakie nas w przeszłości łączyły. Nie miałam jednak czasu, aby się nad tym zastanawiać. Musiałam biec na to głupie spotkanie z krawcem, który miał mi uszyć suknię na wesele siostry. Gdy w końcu przedarłam się przez gąszcz ludzi i dotarłam do pałacu, mężczyzna już czekał w pokoju mojej matki. Zostałam tam skierowana od razu, nie zdążyłam nawet zdjąć i schować ukrytego ostrza, cały czas towarzyszącego mi na ręce. Weszłam do pokoju. Matka ledwo na mnie spojrzała, prawie natychmiast odwróciła wzrok. Krawiec, zdecydowanie znudzony, wstał i prędko zabrał się do roboty. Za parawanem zdjęłam z siebie ubrania. Służąca, która pomagała mi ubrać suknię, była ewidentnie nieprzygotowana do tego, co zobaczyła na moim przedramieniu. Pokazałam jej palec przyciśnięty do ust i delikatnie odłożyłam ostrze pod stertę ubrań. Gdy kobieta sznurowała mi gorset, spytała cicho:

— Co panienka tam chowała?

— Cokolwiek to było — odszepnęłam — nie ma cię interesować. Nawet cię to nie dotyczy.

— Tak jest, panienko. — Skinęła szybko głową.

   Gdy zakończyła sznurowanie sukni, pozwoliła mi wyjść zza parawanu. Szłam sztywno, nie mogłam nabrać tchu. Odzwyczaiłam się od sztywności, jaką powodował dopasowany i dobrze zawiązany gorset. Krawiec szybko zabrał się za poprawki. W oczach matki widziałam nieme poczucie wyższości. Zmusiła mnie do założenia sukni, dla niej to był niemały sukces. Nie mogła wiedzieć, że mnie to mimo wszystko nie zatrzyma przed utarciem jej nosa. Mężczyzna bardzo się namęczył, zanim skończył wprowadzać zmiany. A w zasadzie na nowo rysować plan sukni. Jak tylko ustawiono mnie przed lustrem, usłyszał, co miało zniknąć, a co zostać doszyte. Ostatecznie pełną przepychu suknię z falbanami i gorsetem miało zastąpić proste odzienie, niewiele odbiegające od dziennej kreacji zwykłej mieszkanki. Żeby jednak nie tworzyć kolejnego rodzinnego skandalu, pozostałam przy sukni. Kiedy dopełniono ostatnich formalności, krawiec wyszedł, a ja zaraz za nim. Rozejrzałam się, czy nikt się zbliżał i podeszłam do niego.

— Panie Smith — zaczepiłam go, zatrzymując.

— Tak? — spytał zmęczonym tonem.

— Chciałabym tylko jeszcze jedną, malutką zmianę. — Uśmiechnęłam się.

— Było ich już tyle, że wyszła zupełnie inna suknia — zaczął, ale przerwałam mu.

— Wiem, chcę jednak zrobić z pana kogoś, o kim będzie mówiło się nawet w Stolicy. Nowy rodzaj sukni, przełamujący konwenanse. Nie chciałby pan czegoś takiego?

— Z przyjemnością, panienko. Zapraszam jutro do mojego warsztatu. — Rozpromienił się i wyszedł.

***

   Udałam się do niego z samego rana. Aby jeszcze bardziej się mu przypodobać, założyłam suknię jego roboty. Musiałam przez to przełożyć trening z chłopakami, ale nie była to wielka różnica. Tym razem otworzył mi sam mężczyzna. Uśmiechnęłam się i weszłam.

— Tak więc zamieniam się w słuch, panienko. Pragnie panienka czegoś wyjątkowego, jak mniemam — powiedział, wyciągając szkice sporządzone dzień wcześniej. — Niech się więc panienka nie krępuje, tylko mówi co i jak.

— Dobrze się składa. — Usiadłam wygodnie, ciesząc się, że suknia nie była jedną z tych, które zazwyczaj zamawiała mi matka. — Jak pan widzi, przyszłam w najlepszej mojej sukni. Nową chcę mieć, jak zapewne pan zauważył, w podobnym stylu. — Skinął głową, więc kontynuowałam — Dekolt ma odsłaniać jednak trochę więcej. — Wprowadził poprawkę na papier i ponownie na mnie spojrzał. — Rękawy, jak już mówiłam, chcę długie, rozszerzające się mniej więcej od łokcia. No ale najważniejsze zaczyna się dopiero od talii. — Kiwnął głową, chociaż powoli chyba tracił nadzieję na wyjątkowość mojego pomysłu. — Ma być przyległa tak, jak ta.

— Chwilowo jest to bardzo podobne ubranie do tego, co ma panienka na sobie — zauważył, nie bez cienia zawodu. — I niemal identyczne z wczorajszym projektem.

— Teraz zacznie się znacząca różnica — odparłam, uśmiechając się. — Dół będzie tu najważniejszy. — Wstałam. — Chcę, aby odtąd — pokazałam miejsce trochę powyżej połowy uda — rozpoczynało się głębokie nacięcie. Obustronnie. Suknia ma być prosta, ale w ten sposób bardziej się wybije jej niestandardowy krój.

   Mężczyzna naszkicował i to, chociaż nie umknęło mi jego spojrzenie. Wiedziałam, że niektórym mogło się to skojarzyć z panną lekkich obyczajów, ale nie przeszkadzało mi to. Stawiałam na wygodę i mój własny komfort, nie ustalone już normy. Zapisał parę rzeczy na odwrocie szkicu, po czym spytał:

— Czy panienka życzy sobie jakiegoś szczególnego materiału?

— W tym zostawię wolną wolę panu, ale z pewnością barwę wybiorę ja. — Uśmiechnęłam się, myśląc przez moment. — Niech będzie w ciemnym, niebieskim kolorze. Nie intensywnie wybarwionym, a takim lekko zszarzałym.

— Dobrze. — Zapisał. — Będzie to dla mnie zadanie priorytetowe.

— Dziękuję, panie Smith — powiedziałam, a wychodząc, rzuciłam jeszcze przez ramię. — Postaram się, aby kreacja została dobrze zapamiętana na dworze.

   Prosto od krawca udałam się do kowala. Mijani ludzie pozdrawiali mnie z zaskoczonym uśmiechem, a ja wiedziałam, że większość mieszkańców kojarzyła mnie raczej z męskim strojem. Taka mała zmiana, a wszyscy to dostrzegli. Weszłam do zakładu, gdzie panowało duszne, parne od ogniska powietrze. Mark uniósł głowę znad wykonywanej pracy i uśmiechnął się na mój widok. Zaczekałam, aż skończył kuć podkowy, po czym podeszłam do niego. Od razu udaliśmy się na tyły, gdzie trzymał trochę niezagospodarowanych mieczy.

— Shadow w sukni, nieczęsty widok — zażartował, sięgając kilka odłożonych sztuk. — Coś mi się wydaje, że to tylko podpucha.

— Jak widać. — Uśmiechnęłam się i odsłoniłam ostrze. — Mam je zawsze przy sobie.

— To chyba dobrze — odparł z tajemniczym uśmiechem, po czym spoważniał. — Miecze nie są najwyższej jakości, bardziej ćwiczebne niźli bojowe, ale myślę, że się przydadzą.

— Oj i to bardzo. — Skinęłam głową w zamyśleniu. — Nie wiem, jak ci dziękować.

— Nie ma sprawy. — Uśmiech spełzł mu z twarzy. — Obiecaj mi jednak, że nie wpakujesz się przez to w kłopoty.

— Obiecuję — powiedziałam. — A ja nie rzucam tego słowa na wiatr.

   Skinął głową i podał mi zawinięte w materiał miecze. Z pakunkiem pod pachą udałam się do naszej jaskini, chłopcy już tam czekali. Wspinaczka pod górę w plączącej się suknie nie należała do przyjemnych, ale reakcja przyjaciół poprawiła mi nastrój. Pirat zagwizdał na mój widok.

— Panienka Shadow! — Wykonał ukłon parodiujący dworski gest. — Widzę, że wydoroślałaś z głupich, młodzieńczych buntów i wróciłaś do sukni. — Puścił oczko ze śmiechem.

   Wszyscy zaczęli się śmiać, w tym także ja. Nie traciliśmy jednak czasu. Pokazałam, im co przyniosłam, po czym zabraliśmy się do treningu. Stały się one najważniejszymi elementami naszych spotkań, a ja z przyjemnością obserwowałam, jak robili postępy. W końcu mogłam powiedzieć, że byli gotowi. Każdy trening, każde spotkanie, wszystko to utwierdzało mnie w przekonaniu, że stali się kimś, dla kogo ochrona ludzi była jedynym przeznaczeniem. Może ich postawa i styl walki nie należały do dworskich, pojawiały się mniejsze lub większe błędy, ale żadne z nich nie stanowiłyby dla nich śmiertelnego zagrożenia. A wszystko to zaledwie w dwa tygodnie. Do ślubu Adelajdy i Harry’ego zdążyłam zrobić z nich mistrzów skradania i cichego zabijania. Przynajmniej takiego teoretycznego, bo oni jeszcze nikogo nie uśmiercili.

   W końcu nadszedł dzień wielkiego ślubu. Chociaż dla wszystkich stanowiło to niemałe wydarzenie, ja starałam się zachować pozory normalnego dnia. Jeszcze przed ceremonią udałam się po odbiór płaszcza. Weszłam do pracowni krawieckiej, tym razem nikt nie otworzył. Mężczyzna zjawił się u nas kilka minut wcześniej, aby dokonać ostatecznych poprawek w sukni siostry, ale zapomniał zabrać moją. Z tego względu powiedziałam, że udam się po nią sama. Tak też zrobiłam i pod przykrywką odbioru tejże kreacji, zawitałam też u pani Smith. Chwilę zaczekałam na górze, aż krawcowa dokończyła sporządzanie szkiców innej klientki i uśmiechnęłam się. Zawsze miło wspominałam spotkania z tą kobietą.

— Panienko Shadow, zaraz przyniosę zamówienie. — Odwzajemniła uśmiech i zniknęła w drzwiach innego pokoju.

   Po chwili przyszła z powrotem, niosąc białe odzienie. Podała mi je i zaczęła opowiadać o jego wykonaniu:

— Ciepła bawełna zatrzyma wodę i zapewni panience komfort w podróży. Klamry są porządne, solidne, wytrzymają na długo. Pas szeroki, ze skóry, tak jak panienka chciała. Kaptur bardzo obszerny powinien osłonić twarz przed kroplami deszczu. Długość asymetryczna, dokładnie jak na szkicach panienki. Trochę zajęło mi uszycie tego, za co panienkę bardzo przepraszam.

— Nic się nie stało. — Uśmiechnęłam się, przeglądając w lustrze. — Jestem bardzo zadowolona z efektu, naprawdę. Koszty uregulujemy za moment, tylko zdejmę go z siebie.

   Po dopełnieniu formalności, wróciłam do pałacu i odwiesiłam płaszcz w szafie. Musiałam już się uszykować, za co zabrałam się bez zwłoki. Po kąpieli ubrałam nowo uszytą suknię. Była bardzo piękna i delikatna, nie krępowała mi ruchów, aż dziw brał, że suknia podobała mi się tak bardzo. Nieodzowne ukryte ostrze skryłam pod materiałem rękawa. Nie bez powodu nalegałam na to, aby wbrew modzie suknia zakrywała mi całe ręce. Szyję i odsłaniający piersi dekolt ozdobiłam elegancką kolią. Na ogół nie lubiłam żadnych ozdób i odświętnych ubrań, jednak zrobiłam dla niej wyjątek. Dzień wcześniej otrzymałam ją od króla, w komplecie z bransoletą. Wydawały się na swój sposób wyjątkowe, dlatego nawet chętnie je założyłam. Obie ozdoby zrobiono ze srebra, wysadzanego niebieskimi euklazami i przyozdobiono małymi łańcuszkami. Dodatkowo kolię zdobiła mała zawieszka w kształcie piórka, które opadało tuż nad krawędź dekoltu. Włożyłam buty z czarnej skóry, które lekko mnie podwyższyły. Specjalnie uczyłam się w nich chodzić, aby nie wyjść na ofermę podczas balu. Wbrew panującej modzie nie przypudrowałam się, nie miałam zamiaru wyglądać jak blady trup. Gotowa zeszłam na dół.

   Nie czekając na nikogo, udałam się od razu do świątyni, w której odbywała się ceremonia ślubna. Zasiadłam na odpowiednim miejscu, a po chwili zjawili się inni goście i moja rodzina. Brat uśmiechnął się na mój widok. Był podejrzanie uprzejmy względem mnie, odkąd mu pomogłam. Nie minęło wiele czasu, a rozbrzmiały kościelne organy, wypełniając budynek dźwiękiem marszu weselnego.

   Wszyscy wstali i odwrócili się w stronę wejścia. Gubernator, ubrany w elegancką kamizelę, prowadził pod rękę wystrojoną Adelajdę. Dziewczyna miała na sobie bogatą i pełną przepychu suknię. Ciasny gorset bardzo pięknie podkreślał jej talię i odkrywał biust. Mocno rozkloszowaną spódnicę zdobiły liczne falbany i kokardy. Wyglądała na ciężką. Głowę otulał delikatny welon sięgający aż do podłogi, a twarz skrywała łagodna woalka. W upięte w koka włosy wpięto diadem z diamentami, symbol jej nowej pozycji. Ojciec ceremonialnie przekazał Adelajdę księciu, który zachował większą rezerwę z ubraniem. Nie był przesadnie wystrojony, jedyną jego ozdobę stanowiła książęca tiara. Razem podeszli do ołtarza i poproszono kapłana o udzielenie im sakramentu małżeństwa. Później odmówiono przysięgę, para się pocałowała, w zasadzie pomijając wielką pompę dotyczącą tego, kto ten ślub brał, niczym się to nie różniło od klasycznych zaślubin.

   Po ceremonii udaliśmy się do pałacu uroczystym szpalerem. Z przodu szły małe dziewczynki, ubrane w jasne sukienki, które sypały kwiaty pod nogi młodej pary. Za radosnymi nowożeńcami szedł król Ludwik i moi rodzice. Ja wraz z Henrym szliśmy w lekkim oddaleniu od poprzednich. Brat prowadził mnie pod rękę. Z rozwagą ustawiłam się tak, aby nie podać mu lewej dłoni. Szliśmy powoli, ze względu na mnie i moje niewypraktykowane poruszanie się w wysokich butach. Brat uśmiechał się, grzecznie skinął parę razy głową, w odpowiedzi na pozdrowienia. Spojrzał na mnie po chwili i powiedział coś, co mnie zaskoczyło:

— Pięknie dziś wyglądasz, Shadow. Nie spodziewałem się tak… Odważnego i nowatorskiego kroju, ale naprawdę do twarzy ci w nim.

— Dziękuję — odparłam, czując się lekko niezręcznie. Nie przywykłam do komplementów, szczególnie tych prawionych przez kogoś z rodziny.

— Wyrosłaś na piękną młodą damę — kontynuował, prowadząc mnie dalej. — Nie spodziewałem się, że tak się stanie. Już dawno spisałem cię na straty — zawahał się. — Oczywiście nie dosłownie. Widziałem w tobie kogoś, kogo nie da się wyprowadzić na ludzi. Pokazałaś mi jednak na co cię stać, siostro. Jestem pewien, że nadawałabyś się na mojego doradcę w garnizonie. Ta twoja determinacja, z którą oddałaś się sprawie, twój upór, nawet twoje ostatnie słowa, choć wyrażały sceptycyzm, to wszystko pokazało, że byłabyś doskonałym generałem. No ale niestety jesteś kobietą. Chociaż niezwykle piękną i inteligentną, to nadal tylko kobietą.

— Kobietą czy nie — przerwałam mu, wyczuwając w jego słowach ukryty zamysł — nie bez powodu mi to wszystko mówisz. Zapewne masz w tym jakiś cel. A ja zaraz usłyszę od ciebie jaki.

— Piękna, inteligentna, sprytna — zaśmiał się lekko. — Tak, mam w tym wszystkim cel. Nawet niebagatelny. Problem jednak w tym, że nie powiem ci tego ja, tylko ktoś inny. I nie teraz, a w Stolicy. Chciałem jednak powiedzieć ci już część, nie mogłem się wręcz powstrzymać. Obserwowałem cię trochę. Przez wcześniejsze lata nie byłaś dla mnie nikim więcej niż drażniącym dzieciakiem młodszym ode mnie dziesięć lat. Ostatnio dostrzegłem w tobie utalentowaną osobę godną dołączenia do — urwał na moment — do pewnej organizacji. Jestem pewien, że gdy tylko cię im przedstawię, to od razu z chęcią cię przyjmą. Będą musieli tylko trochę cię utemperować, ale tym zajmą się później. Nawet potężniejsi uginali karki w obliczu ich potęgi.

   Miałam zamiar już coś odpowiedzieć, jednak dotarliśmy na miejsce i rozdzielił nas wir zadań weselnych. Wiedziałam, że spotkam go ponownie dopiero przy stole, podczas wielkiej uczty i tak też się stało. Po hucznym rozpoczęciu goście zasiedli do stołów i zaczęła się biesiada. Jako rodzeństwo panny młodej zajmowaliśmy miejsce obok siebie, na podwyższeniu. Od razu spytałam Henry’ego o to, co chciałam już wcześniej:

— Co to za organizacja?

— Nie mogę zdradzić zbyt wiele — odparł enigmatycznie. — Jednak mogę pokazać ci to. — Wyjął zza koszuli srebrny łańcuszek. — Obejrzyj ze spokojem i mi go oddaj.

   Wzięłam go do ręki i dokładnie obejrzałam. Naszyjnik przypominał krzyż rycerski wykonany z rubinu oprawionego w srebro. Z tyłu, drobnymi literami, wyryto napis. Z trudem go odczytałam, był już zatarty i naprawdę niewielki. May the Father of Understanding guide us. Jak przez mgłę wydawało mi się, że skądś znałam to hasło, ten krzyż. Nie mogłam sobie jednak przypomnieć skąd. Oddałam go bratu i milczałam chwilę, patrząc w dal, na salę pełną gości. Nie wiedziałam, co mam mu powiedzieć. Mężczyzna zauważył to i uśmiechnął się:

— Nie frasuj się tym. Dopóki nie dotrzemy do Stolicy, nie masz nad czym myśleć. Zwyczajnie nie mogłem się doczekać, aby ci o tym powiedzieć. Teraz bawmy się, w końcu nasza siostra wyszła za mąż. — Nalał mi wina. — Chociaż mam wrażenie, że to ty jesteś największą atrakcją przyjęcia. Wszyscy na ciebie patrzą, w szczególności płeć tobie przeciwna.

   Rozejrzałam się dyskretnie po sali. Faktycznie kilku mężczyzn patrzyło w moją stronę i wymieniało jakieś uwagi. Nie podobało mi się to, ale sama się prosiłam, zakładając taką suknię. Po chwili rozbrzmiała orkiestra, a para młoda rozpoczęła bal pierwszym tańcem. Adelajda z gracją poruszała się na parkiecie, wpatrzona w swojego męża jak w obrazek. Zgodnie z zaplanowanym ceremoniałem za nimi dołączyli rodzice, a po nich ja z królem. Czułam się niezręcznie nie tylko dlatego, że nigdy nie przepadałam za tańcem. Mężczyzna był znacznie starszy ode mnie, a rękę trzymał mi na talii zdecydowanie niżej, niż powinien. Prowadził mnie jednak z wprawą i, nawet jak na mój nieumiejętny taniec, nie było najgorzej.

— Ładnie wyglądasz — powiedział król. Niemal namacalnie czułam jego wzrok prześlizgujący się po moim ciele. — Nie mogę się nadziwić, że tak się ubrałaś, Shadow. Przykuwasz uwagę.

— Dziękuję — odparłam lekko speszona. — Chciałam czegoś nowego. Myślę, że się udało.

— I to bardzo. — Okręcił mnie w piruecie, po czym przysunął ponownie do siebie. — Przyznaję, że w takiej konfiguracji kolia pięknie się dopasowała.

   Muzyka skończyła przygrywać, zeszliśmy z parkietu. Król poprosił mnie, abym wyszła wraz z nim na spacer. Zgodziłam się, bo sama chciałam udać się na zewnątrz. Mężczyzna prowadził mnie chwilę pod rękę, po czym puścił. Zaczekał za mną, aż zdjęłam niewygodne buty i uśmiechnął się.

— Chciałem z tobą porozmawiać — powiedział.

— Tak? — spytałam, obracając się twarzą do niego. — Zamieniam się w słuch.

— Nie wiem, czy znasz już sytuację, w jakiej się znalazłaś. — Uniosłam pytająco brew, więc kontynuował — Jesteś młoda, piękna, inteligentna, bardzo rozsądna i dobrze znasz ludność. Masz wszystko, czego potrzeba młodej damie dworu, a nawet znacznie więcej. Jak już mówiłem oni, ludzie znaczy, potrzebują cię — urwał na chwilę, jakby szukając odpowiednich słów. — Ja cię potrzebuję. Potrzebuję cię na dworze, przy sobie, u mojego boku. Moja żona zmarła kilka lat temu, wielu nalega, abym ponownie się ożenił. Zostaniesz moją oficjalną faworytą, tak przynajmniej będą myśleli na dworze. W rzeczywistości będziesz moją doradczynią. — Chciałam się wtrącić, ale nie dał mi szansy wyrazić mojego oburzenia. — Zabieram cię na dwór królewski, tak samo, jak twoją siostrę. Będziesz miała zapewnione wszelkie luksusy, stałą ochronę… — urwał, odepchnięty przeze mnie.

   Odkąd wyszliśmy z sali, ktoś za nami podążał. Ciemno ubrany mężczyzna, w zasadzie chłopak niewiele starszy ode mnie, trzymał się na uboczu, ale nie umknął mojej uwadze. Obserwowałam go cały czas kątem oka, coś mi się w nim nie podobało, wydawał się podejrzany. Jak tylko zatrzymałam się z królem, ten także stanął w lekkim oddaleniu, pod ścianą pałacu. Gdy Ludwik zaczął mówić, o co mu chodzi, od razu skupiłam spojrzenie na obcym osobniku. Skryty w cieniu, szykował coś dyskretnie. Oczy mnie nie zmyliły, ruch znałam doskonale. Zanim wypuścił idealnie wymierzony sztylet, władca już lądował na ziemi, a ja odskoczyłam zwinnie. Ostrze wbiło się w drzewo, jedno z niewielu jakie mieliśmy na dziedzińcu. Zanim tamten otrząsnął się z zaskoczenia spowodowanego moją szybką reakcją, zaczęłam już biec w jego stronę. Rzucił się do ucieczki, bezmyślnie kierując się w stronę bramy głównej. W duchu wychwalałam moment, w którym zdjęłam z nóg obuwie, bo prawdopodobnie już dawno by uciekł. Dogoniłam go w kilkunastu długich susach i powaliłam na ziemię. Nie czekałam długo, strażnicy byli zbyt daleko, a ten zaczął się szarpać. Nim zastanowiłam się, co robię, dźgnęłam go ostrzem. Przeszło gładko przez ubranie, skórę i mięśnie, przebiło tętnicę, ale jeszcze żył.

— Kto kazał ci to zrobić? — spytałam. — Dlaczego miałeś zabić króla?

— Nie tobie to wiedzieć — wycharczał i oddał ducha dosłownie w moich ramionach.

   Zamknęłam mu oczy i miałam już wstać, ale zauważyłam coś na jego szyi. Rozpoznałam naszyjnik, taki sam jak mojego brata. Zerwałam go szybko i schowałam w dekolcie sukni, zanim nadbiegli strażnicy. Nie rozumiałam nic z całej sytuacji, poza jednym. Nie mogłam ufać bratu i jego tajemniczej organizacji. Razem z żołnierzami przyszedł Henry, który odciągnął mnie od ciała i spytał:

— Co się stało?

— Ten mężczyzna chciał zabić króla — odparłam, otulając się ramionami. Chciałam, żeby myślał, że mną to wstrząsnęło bardziej, niż w rzeczywistości. — Powstrzymałam go.

— Idź natychmiast do siebie — powiedział, patrząc na moje okrwawione dłonie. — Oczyść się i jeżeli będziesz czuła się na siłach, wróć na bal.

— A co z królem? — dopytałam. — Nic mu nie jest?

— Trochę poobijany, ale żywy — wtrącił Ludwik, podchodząc do nas i otrzepując piach z ubrania. — Wszystko dzięki tobie. Dziękuję, Shadow. Nie wiem, czy będę miał możliwość odwdzięczyć się za to.

— Może kiedyś. — Posłałam mu blady uśmiech.

   Oddaliłam się stamtąd i udałam do swojej komnaty. W małej miednicy zmyłam z siebie krew zabitego i przebrałam suknię. Musiałam sprać z niej plamy, nie chciałam, aby się zniszczyła. Po kilku chwilach z eleganckiej damy na powrót stałam się sobą. Przysiadłam na parapecie, wyjmując zabrany naszyjnik. Przyjrzałam się mu z uwagą. Był identyczny z tym, który pokazał mi brat, z tyłu miał nawet taki sam grawerunek. Po raz kolejny tego wieczoru próbowałam przypomnieć sobie, co mówił mi ten wzór. Sama nazwa Father of Understanding budziła we mnie mgliste wspomnienia, jednak moje wysiłki okazały się bezskuteczne i nic nie wyjaśniało jej znajomego brzmienia. Zawiesiłam naszyjnik na swojej własnej szyi i schowałam go pod koszulą. Postanowiłam mieć go przy sobie dopóki nie odkryję, o co chodziło. Wyszłam z komnaty i niepostrzeżenie udałam się na dół. Na chwilę zajrzałam na salę biesiadną, gdzie po raz kolejny tańczono. Zniknęłam stamtąd prawie natychmiast, po czym opuściłam zamek. Poszłam do domu Pirata. Chłopak otworzył, ubrany w luźną koszulę. Jego wygląd sugerował, że wyrwałam go ze snu.

— Shadow? — spytał, ziewając. — Czy ty wiesz, która godzina? Może dla ciebie to środek imprezy, ale ja i moja matka już spaliśmy.

— Wybacz. — Uśmiechnęłam się słodko, wiedząc, że w ten sposób go ułagodzę. — Musimy spotkać się całą ekipą. W jaskini. Jeszcze dziś.

— Dobra, daj mi chwilę. — Znowu ziewnął przeciągle. — Zaraz pójdziemy po resztę.

   Poszedł się ubrać, po czym poszliśmy po pozostałych. Całą piątką udaliśmy się do jaskini, którą zdążyliśmy przemienić w naszą główną bazę. Rozpaliłam małe ognisko, kiedy pozostali rozbudzali się dopiero. Byk, ziewając, wypowiedział nieme pytanie, wiszące w powietrzu, odkąd tylko się zebraliśmy:

— Po co nas tu ściągnęłaś w środku nocy?

   Nie wiedziałam jak zacząć, więc chwilę milczałam. W końcu odezwałam się:

— Musiałam wam o czymś powiedzieć.

— No to mów — powiedział Pająk, krzyżując ręce na piersi. — Słuchamy, po co nas wywalałaś w środku nocy.

— Na weselu ktoś próbował zabić króla — powiedziałam, wyjmując naszyjnik. — Miał ten symbol na szyi. Dokładnie taki sam pokazał mi brat. — Schowałam go. — Wydaje mi się, że to jakaś organizacja, ale nie mogę mieć pewności. Może ktoś taki jest nawet na wyspie i już coś knuje.

— Bawisz się w teorie spiskowe? — spytał Byk z nutą ironii. — Kto wie, ile jest takich naszyjników. Mogą być w każdym sklepie — zbagatelizował.

— Wiem, ale brat mówił coś o organizacji w Stolicy. — Nie dawałam za wygraną. — Chce mnie tam zabrać i spróbować w to wszystko wmieszać. Do tego wszystkiego król zabiera mnie do Arynii. — Spojrzałam w dal, następne słowa nie chciały przejść mi przez gardło. — Chce mnie tam mieć na stałe.

— Co?! — uniósł się Sam, wstając gwałtownie. — Nie ma takiego prawa!

— Obawiam się, że ma — wtrącił milczący do tej pory Jack. — Ma takie prawo, jest w końcu królem. Co rozkaże, musi zostać spełnione. — Podniósł wzrok, był bardzo poważny. — Cokolwiek się stanie w Stolicy, czy Shadow tam zostanie, czy wróci, to nie zmieni naszych planów. Nasze bractwo nie upadnie. Możemy nazwać to próbą rozszerzenia wpływów, jeżeli tak będzie nam łatwiej pogodzić się z sytuacją. Jest nas piątka. Wyspa jest dość niewielka, nawet gdy nasza ilość skurczyłaby się do czterech czy trzech, to nic się nie stanie. Shadow, jako nasza założycielka, ma prawo zwerbować wielu innych tam, w Stolicy. A, jako że samej cię nie puścimy, ktoś z nas do ciebie dołączy.

— Nie! — sprzeciwiłam się. — Jeżeli ktoś ma się od was oddzielić, to tylko ja! Nie pozwolę, abyście opuszczali rodzinne strony ze względu na mnie!

— Shadow, nawet jak będziesz przeciwna, nic to nie zmieni — powiedział stanowczo Pirat, patrząc mi w oczy. — I najlepiej będzie, jeżeli to ja się z tobą udam. Nie zostawię cię samej, jesteś moją siostrzyczką. — Uciszył mój protest, nim otworzyłam usta. — To już postanowione, nie zmienię decyzji. Od dawna wiedziałem, że tam popłynę. A wy, panowie, doskonale wiecie dlaczego. Jutro nasz ostatni wspólny dzień, więc spędzimy go należycie.

Opublikowano
Kategorie Assassin's Creed
Odsłon 579
2

Komentarze (1)

  • 3 maja 2020 at 01:18
    Wiedziałam! Wiedziałam! Jak tylko Henry stał się super milutki, już podejrzewałam, że może jakaś sekta lub organizacja. Potem sam wspomniał o tej organizacji, od razu zapaliła mi się czerwona lampka w głowie (czerwona jak krzyż Templariuszy XD)

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!