Nothing Is True, Everything Is Permitted – Część Trzynasta

Są jednak w błędzie, zaczęło się zupełnie gdzie indziej.

***

   Największy błąd, jaki popełniliśmy, to brak planu. Popłynęliśmy do Stolicy, chociaż nie wiedzieliśmy nic więcej ponad to, że gdzieś tam podobno miał siedzibę Wielki Mistrz Templariuszy. To było wszystko. Żadnych kontaktów, tylko nasza załoga i Jabłko Edenu.

– To było głupie – powiedział Aaron, patrząc w moją stronę z lekkim wyrzutem. – Trzeba było to przemyśleć. Mogłaś chociaż spytać Artefakt o to, kogo mamy szukać.

   Przymknęłam powieki i odetchnęłam kilka razy. Nie mogłam się przemóc, aby powiedzieć mu, co pomyślałam. Nie mogli wiedzieć, że jeszcze zanim dobiliśmy do brzegu, przeczuwałam, że nic dobrego z tego nie wyjdzie. Trzeba było jednak spróbować. Odparłam tylko:

– Damy radę. To nie będzie trudne, a Artefakt będzie naszą ostatecznością. – Spojrzałam na przyjaciół. – Jeżeli przez ten tydzień nie rozeznamy się w uczestnikach ataku na Cytadelę i nie dowiemy się, kim jest ich Mistrz, to użyje Fragmentu Edenu. Zgoda?

– Niech i tak będzie – zgodził się Edward. – Trzeba było jednak sprawdzić.

   Rozdzieliliśmy się. Edward, Azize i Aaron poszli odnowić kontakt z miejscowymi złodziejami, ja poszłam z piratami do krawca. Musieliśmy zorganizować im lepsze ubrania. Może mijało się to z celem, ale wolałam zapewnić swoim ludziom odpowiedni strój, aby nie rzucali się zbytnio w oczy. Kiedy krawiec i jego asystenci zbierali miarę, ja upomniałam siebie, co tak naprawdę musiałam zrobić.

   Dzień wcześniej, gdy jeszcze płynęliśmy, postanowiłam po raz ostatni użyć Fragmentu Edenu. Już nie żądałam od niego, tylko prosiłam o pomoc. Spytałam, co powinnam zrobić. Jabłko rozbłysnęło, ukazując przede mną dwie postaci. Rozpoznałam mężczyzn tylko dlatego, że Mistrz pokazał mi ich ryciny jeszcze w Cytadeli. Uklękłam na jedno kolano, nisko chyląc głowę i przykładając prawą pięść do serca. Stali przede mną dwaj poprzedni Mistrzowie, jeszcze z czasów przed kataklizmem. Altair Ibn La-A’had, w białej szacie ze szpiczasto zakończonym kapturem oraz Ezio Auditore da Firenze, w ciemnej szacie, z brodą przyprószoną siwizną.

– Wstań, moja droga – powiedział pierwszy z nich. – Rozmawiamy jak równy z równym.

– Jesteśmy jednym Bractwem – dodał drugi. – I wszyscy mieliśmy styczność z Fragmentami Edenu.

   Spojrzałam na drzwi kajuty i miałam nadzieję, że nikt w tym czasie nie wejdzie do środka. Przeniosłam nieśmiało wzrok na mężczyzn. Nie, nie mężczyzn. Ich zjawy. Mimo że widziałam ich wyraźnie, to byli otoczeni jakąś aurą. Aurą świata zmarłych. Przełknęłam ślinę, aby zwilżyć odrobinę gardło i odezwałam się niepewnie.

– Co mam zrobić? Powiedzcie, proszę.

– Przede wszystkim nie strać Artefaktu z oka – powiedział duch w ciemnej szacie. – Miej je zawsze przy sobie.

– Potem znajdź dla niego bezpieczne miejsce. Zabezpiecz je tak, aby tylko twój następca mógł odczytać drogę do niego – dodał drugi. – I nie pozwól, aby pokusa Jabłka tobą zawładnęła.

   Przytaknęłam. Nie mogłam jednak nie spytać o dwie rzeczy:

– Jak mam postąpić? Postaram się chronić i ukryć Fragment Edenu, ale jak zapobiec walkom? Jak powstrzymać Templariuszy?

– Nie jesteś w stanie ich powstrzymać – odparł duch Ezia Auditore. – To jak walka z Hydrą, powinnaś o tym wiedzieć.

– A my pomożemy ci tyle, ile będziemy w stanie. – Altair dotknął mojego ramienia, poczułam, jakby jakaś jego cząstka przeniknęła we mnie.

– Jesteśmy z tobą – dodał drugi, robiąc to samo.

   Wówczas zniknęli, ale to uczucie przez jakiś czas trwało we mnie. Nawet wtedy, gdy siedziałam u krawca, miałam wrażenie, że ich wsparcie towarzyszyło mi cały czas. Wróciłam jednak do spraw bieżących, pozostawiając wspomnienie za sobą. Potrzebowaliśmy kontaktu ze złodziejami, oni stanowili zdecydowanie najlepszą siatką wywiadowczą. Tym zajął się Aaron, który podczas naszego poprzedniego pobytu w Stolicy zdążył nawiązać nić porozumienia z przedstawicielem Gildii Złodziei. Ja nie miałam głowy do zapoznawania się z ludźmi. Czasem zdawało mi się, że stałam się zbyt szorstka nawet dla moich najbliższych przyjaciół. Westchnęłam, zdając sobie nie po raz pierwszy sprawę z tego, ile zmienił we mnie ostatni rok.

   Krawiec skończył już ze spisywaniem zamówienia. Wyszliśmy na plac główny, niemal natychmiast wtapiając się w tłum. Odetchnęłam parę razy, koncentrując myśli. Piraci, ubrani najzwyczajniej jak tylko mogli, rozproszyli się, a ja poszłam w stronę pręgierza. Wydawało mi się, że znałam to miasto bardzo dobrze, mimo upływu dwóch lat od ostatniej wizyty. Ani razu nie zatrzymałam się, szybko znalazłam swój cel. Tam, oparty o narzędzie tortur, stał Edward. Uśmiechnął się do mnie i powiedział:

– Król Złodziei chce osobiście spotkać naszą przywódczynię.

– Przecież Azize tam była. – Również się uśmiechnęłam, ale szybko spoważniałam. – Prowadź, wolałabym nie zjawić się niezapowiedziana na obcym terenie.

   Poszliśmy do Gildii Złodziei. Ojciec wystukał najwidoczniej ustalony rytm, po czym drzwi otworzył nam znajomo wyglądający chłopak. Uśmiechnął się miło i przywitał nas:

– Witam ponownie, Edwardzie. – Przeniósł wzrok na mnie. – A to zapewne nasza Shadow.

– Federico? – spytałam z niedowierzaniem. – Teraz ty jesteś Królem Złodziei?

– Mój wuj odszedł na tamten świat kilka tygodni temu – odparł. – Przejąłem jego funkcję i teraz sprawuję pieczę nad złodziejami.

– Pracujemy w ciemności – zaczęłam, wiedziona jakimś dziwnym przeczuciem.

– By służyć światłu – dokończył, na co uśmiechnęłam się.

– Mamy tu więcej ludzi niż myślałam – powiedziałam, wchodząc na dziedziniec. – Ciekawe, ile spotkanych przeze mnie osób, było Asasynami.

– Na pewno ja i mój wuj. – Wzruszył ramionami. – Już przy waszej poprzedniej wizycie coś podejrzewałem, ale nie miałem pewności. No nic, czas przejść do teraźniejszości. Już słyszałem, co was sprowadza. Moi złodzieje zbierają informacje.

– Dziękuję – powiedziałam, po czym wymownie spojrzałam na ojca, który tylko wytknął język. – Potrzebujemy waszego wsparcia, jest nas mało, ale razem dopniemy swego.

– W takim razie czeka nas owocna współpraca. – Uśmiechnął się lekko. – Wieczorem przyjdzie nasza druga Asasynka, ona również zorganizuje swoje kontakty.

   Zasiedliśmy w Gildii Złodziei i zaczekaliśmy na pozostałych. Nie uczestniczyłam w miłej pogawędce, toczonej przez Federico i mojego ojca. Myślami krążyłam wkoło Fragmentu Edenu. Musiałam go dobrze ukryć, ale nie w Stolicy. Nie byłam pewna gdzie, skoro niegdyś potężna Cytadela tak łatwo została zniszczona, to wszelkie skrytki tutaj również mogły zawieść. Chwilowo najlepszym rozwiązaniem pozostawało trzymanie Artefaktu przy sobie.

   Gdy zapadł zmrok, do siedziby Federica przyszła odziana w czerwoną suknię kobieta. Przetoczyła po nas spojrzeniem bursztynowych oczu, jej wzrok na dłużej zatrzymał się na mnie. Uśmiech miała flirciarski, suknia nie pozostawiała wiele wyobraźni, mocno odkrywała dekolt. Brązowe włosy spięła w eleganckiego koka, usta podkreśliła wyrazistą pomadką.

– Paola jest naszą najlepszą informatorką – powiedział Federico, gdy zasiedliśmy przy stole. – Wie wszystko, co dzieje się w okolicy.

– Tak samo, jak to, że sprowadza was kilka spraw. – Uśmiechnęła się lekko, ale po chwili spoważniała. – Mamy ten sam cel. Jesteśmy w końcu jednym Bractwem, nasze priorytety są takie same. Słyszałam już kilka rzeczy o tym, czego szukacie. A w zasadzie kogo. – Uśmiechnęła się ponownie. – Chciałabym jednak usłyszeć to od was.

– Jak zapewne wiecie, Cytadela została zaatakowana i zniszczona – zaczęła Azize. – Mistrza zamordowano, zostaliśmy już tylko my. Chcemy rozbić tutejszych Templariuszy tak, jak zrobiliśmy to w moim dystrykcie.

– Podejrzewamy, że to tutaj mają siedzibę – dodał Edward.

– Dobrze podejrzewacie – odparł rudowłosy Król Złodziei. – Wiemy, że się tutaj panoszą, ale dwójka Asasynów nie ma zbytniej siły przebicia, aby zareagować.

– Teraz jest nas trochę więcej – wtrącił Aaron. – Jeżeli zorganizujemy plan i ludzi to będziemy w stanie coś zrobić.

– Tym bardziej że mamy to. – Wyjęłam Artefakt, na co dwójka miejscowych spojrzała zaskoczona. – Chcę dowiedzieć się jak najwięcej, roznieść w proch Templariuszy, a potem ukryć go w bezpiecznym miejscu.

– Ukrycie Artefaktu powinno być pierwsze – stwierdziła Paola. – Jest zbyt niebezpieczny i potężny.

– Coś o tym wiem. – Westchnęłam ciężko. – Jednak postanowiliśmy najpierw tutaj zadziałać. Najważniejsze to zakończyć, a przynajmniej wyciszyć, wpływy naszych wrogów. Nie liczę na to, że od razu znajdziemy ich Wielkiego Mistrza, ale potrzeba nam więcej informacji.

– Macie szczęście – powiedziała Paola. – Moje kurtyzany mają dość dobrą reputację. Wiele urzędników zaspokaja swoje fantazje w naszym domu rozkoszy. Nie mam zbyt wielu informacji o samych w sobie Templariuszach, ale wiem, kto może coś o nich wiedzieć. Rozdzielę zadania pomiędzy moje dziewczęta. Jak tylko dowiem się czegoś ważnego, poinformuję was od razu.

***

   Przez następne tygodnie rozpoznawałam teren. Wraz z miejscowymi Asasynami wymieniliśmy się wszelką wiedzą o tutejszym Zakonie Templariuszy i ich członkach. Powiedziałam im o Harrym i Henrym, co potwierdził Lis. Harry podobno miał swoich ludzi na dworze. Ich tożsamość nie była nam jednak znana, tak samo sprawa wyglądała z Wielkim Mistrzem Templariuszy. Nikt nie wiedział, gdzie i kogo szukać, ale w końcu nastąpił niewielki przełom. Któregoś wieczoru do salonu, odnowionej trochę, Gildii przyszła jedna z dziewczyn Paoli, Lilii. Kurtyzana już na wejściu wyglądała na podekscytowaną.

– Za trzy tygodnie ma odbyć się bankiet – powiedziała. – Zbieramy jeszcze informacje, ale według naszych dotychczasowych ustaleń, planują wówczas usunąć króla.

– Co takiego? – spytałam. – Templariusze dobierają się do tronu?

– Na to wychodzi – mruknęła Azize. – Czas na nasze działanie.

   Następnego dnia spotkałam się z Paolą i Federico. Resztę poprosiłam, aby osobiście rozeznali się w okolicy. Nie chciałam zbytnio obciążać ludzi naszych sojuszników. Piraci także udali się na zwiady, rozdzieliłam ich odpowiednio do zadań. Jedni poszli do Czarnych Bander, aby wypytać o ewentualne statki napływające na bankiet, inni poszli do portu, aby rozpytać u źródeł, a Asasyni rozeszli się w mieście. Poszliśmy w trójkę do pokoju Lisa. Na środku stał ogromny stół. Na jego blacie ustawiono makietę miasta. Ktokolwiek ją wykonał, musiał spędzić dużo czasu i czerpać ze sporych zasobów cierpliwości. Domyśliłam się, że mogła to być sprawka wuja Federica, ale nie była to sprawa, której powinnam poświęcać uwagę.

– Jedynymi ludźmi, jakich wpuszczą, oczywiście poza zaproszonymi, będą nasze kurtyzany. Zgromadzi się wielu dobrze postawionych mężczyzn, oni lubią kobiece towarzystwo. Nasze dziewczyny lubią towarzystwo ich sakiewek i informacji, dlatego będą wiedzieć wszystko – powiedział Lisia Czupryna, siadając w fotelu. – Będziesz musiała się tym zadowolić.

   Zastanawiałam się chwilę, opierając się o narożnik blatu. Musiał być jakiś sposób, abym znalazła się bliżej. Spojrzałam na burdel mamę, która stała przy oknie. W mojej głowie narodził się plan. Uśmiechnęłam się pod nosem.

– Ile kurtyzan pójdzie? – spytałam.

– Co najmniej dwadzieścia – odparła, odwracając się w moją stronę. – W tym moje najlepsze dziewczęta.

– Masz dwudziestą pierwszą – mruknęłam cicho, jeszcze raz rozważając swoją decyzję. – Federico, zostaw nas same, dosłownie na moment. Przynieś w tym czasie wino.

   Chłopak wyszedł, a Paola spojrzała na mnie przenikliwie. Chyba już domyśliła się, co przyszło mi do głowy.

– Spróbuję znaleźć dla ciebie suknię – powiedziała. – Jutro z rana przyjdź do mojego przybytku, a z pewnością nauczysz się trochę od nas. Myślę, że to, co planujesz, ma szansę się udać, ale musimy jeszcze dokładnie ustalić kilka rzeczy.

   Skinęłam głową, a po chwili przyszedł Król Złodziei. Zaraz za nim do pokoju weszła Azize, wyraźnie zadowolona.

– Mamy listę gości – powiedziała i wyjęła spod płaszcza kopertę. – Nie wiemy, czy jest pełna, ale na pewno zawiera większość nazwisk.

   Uśmiechnęłam się szczerze, od dawna nikt nie uradował mnie tak bardzo. Powinnam się jeszcze wiele od niej nauczyć, nie potrafiłam nawet wyobrazić sobie, jak ją zdobyła.

– To świetnie – powiedziałam, odbierając od niej listę. – Dowiemy się, kto z nich jest wrogiem naszej sprawy.

   Gdy zebrali się wszyscy, przejrzeliśmy razem nazwiska. Znaczną część stanowili ludzie znani Paoli. Urzędnicy, sędziowie, kilka ważniejszych osobistości. Niektóre nazwiska były warte zauważenia.

– Ta piątka – wskazał Edward – to doradcy króla. Nie jestem pewien, czy nie są czasem powiązani z Templariuszami.

– Trzeba będzie się rozeznać. – Spojrzałam na burdel mamę. – Twoje kurtyzany będą musiały się tego dowiedzieć.

– Jeżeli będą w stanie, to dostaniesz informacje od razu po zakończeniu balu. – Zastanowiła się. – Jakieś znaki szczególne?

– Takie naszyjniki. – Wyjęłam symbole spod koszuli, ciągle je nosiłam, o czym wiedzieli nieliczni. – Każdy Templariusz ma taki sam wisiorek, niezależnie od jego statusu w organizacji.

– W takim razie czas się przygotować, na każdą ewentualność – powiedział Aaron. – Musimy mieć uszykowane wszystko, spodziewać się najgorszego nawet do tego stopnia, aby statek był w pełni wyposażony do ewentualnej podróży.

   Skinęłam głową, przyznając mu rację. Zauważyłam, że także mój brat zmienił się, nie byliśmy już dwójką buntowników, oboje zrozumieliśmy, jaki ciężar spoczął na naszych barkach. Jednak na takie rozważania nie miałam czasu. Rozmawialiśmy potem kilka minut o nazwiskach, po czym rozeszliśmy się.

   Z samego rana poszłam do przybytku Paoli. Budynek stał w centrum miasta, a fasadą nie wyróżniał się pomiędzy pozostałymi. W środku było jednak pięknie. Bogato urządzone wnętrze podkreślało luksus tego miejsca. Asasynka zaprowadziła mnie do zimowego ogrodu, gdzie czekało kilka dziewcząt.

– Nauczysz się od nas kilku zachowań, postaw i typowych odpowiedzi na zaczepki – powiedziała, jak tylko odłożyłam płaszcz. – Jeżeli masz wtopić się w nasze otoczenie, to musisz znać podstawy. Zacznijmy jednak od czegoś łatwego. – Paola zaklaskała i dwie dziewczyny podeszły do mnie swoim dumnym, wyzywającym krokiem. – Musisz nauczyć się chodzić jak my. Spójrz.

   Kurtyzany miały na nogach buty na obcasach, stawiały nogi jedna przed drugą. Powtórzyłam to po nich, co mogło wydawać się idiotyczne.

– Dobrze – Paola nie szczędziła ironii – ale więcej kobiecej gracji. No dalej, wiem, że gdzieś tam ją masz.

– Zaraz ją wydobędę – mruknęłam.

   Chociaż z początku średnio mi się podobało, to pod koniec dnia byłam w znaczenie lepszym humorze. Dawno nie śmiałam się tak głośno i często. W zasadzie od straty Ezia, nie miałam takich okazji do śmiechu. Dziewczyny pokazały mi głównie swoje postawy i zachowania. Wieczorem wraz z Paolą poszłyśmy na targ, aby odebrać nowy arras. W celu praktyki szłam tak, jak uczyły mnie Ana i Lilii – dwie kurtyzany z Rosa in Fiore. Paola uśmiechnęła się, widząc to.

– No no, ktoś tu nauczył się jak kręcić biodrami. – Zaśmiała się lekko. – Aż sama z chęcią uszczypnęłabym cię w tyłek.

– Nawet nie próbuj – odparłam, piorunując ją wzrokiem, chociaż nie ukrywałam rozbawienia. – Bo sama będziesz niosła swoje kosztowne dzieło.

   Następne kilka dni spędziłam w przybytku, oglądając dziewczęta przy pracy. Flirtowały z klientami lekko i bardzo swobodnie, czego ja nie potrafiłam. Po ponad tygodniu ćwiczeń byłam gotowa, a przynajmniej moje zachowanie wyglądało chociaż odrobinę podobnie. W samą porę, bo przyjęcie miało odbyć się lada chwila. Lista nazwisk wypełniła się o kilka brakujących, ale nadal nie zgromadziliśmy dokładniejszych danych o Templariuszach. W tej kwestii liczyłam na dziewczęta Paoli, nic innego nie pozostało.

   W dzień uczty wszyscy zebraliśmy się w przybytku Paoli. Azize, Paola i Lilii poszły ze mną na górę, faceci zostali w głównej sali. Kobiety zabrały nas do pokoju, gdzie przebrałyśmy się z pomocą kurtyzan. Azize szła ze mną, Paola miała zostać w przybytku wraz z pozostałymi. Uznaliśmy, że w razie niefortunnego obrotu spraw, burdel mama nie zostanie osobiście powiązana z sytuacją w pałacu, co mogłoby zagrozić jej wieloletniej pozycji.

  Z pomocą Lilii ubrałam czerwoną, bardzo wyrazistą suknię. Dziewczyna zawiązała mi gorset, do czego nigdy nie przywykłam. Musiałam przestawić się na płytsze wdechy, przez co na moment zakręciło mi się w głowie. Kiedy przeszło, założyłam spartanki na koturnie i oddałam się w ręce kurtyzany. Po kilku minutach ustawiła mnie przed lustrem, obok Azize. Pomalowała moje powieki bardzo mocno, wyzywająco, a usta podkreśliła czerwoną pomadką. Suknia ledwie zasłaniała moje piersi, a jej asymetryczna spódnica odsłaniała nogi od połowy ud. Azize, ubrana w ciemniejszą suknię, rozplotła mój warkocz, który od jakiegoś czasu był nieodzownym elementem mojego wyglądu. Włosy posypały się delikatnymi falami, sięgały połowy pleców. Oczy zaszły mi łzami. Odsunęłam się od lustra, otaczając się rękoma.

– Ja tak nie wyjdę. – Mój głos się załamał. – Nie dam rady.

– Shadow, co się dzieje? – spytała Azize. – O co chodzi, to był twój plan.

– Nie dam rady. – Po policzkach spłynęły mi łzy. – To zbyt boli.

– Co boli? – spytała Paola, ale Azize przerwała jej, zanim zdążyła cokolwiek więcej powiedzieć.

– Zostawicie nas na chwilę same? – poprosiła, ale nacisk w jej głosie był mocno wyczuwalny.

   Usiadłam na kanapie obitej miękką okładziną. Ręce mi się trzęsły, z trudem powstrzymywałam się przed wylaniem litrów łez. Przygryzłam palec, aby nie łkać. Kobieta usiadła obok i otoczyła mnie ramieniem. Delikatnie pocałowała moje czoło i wyszeptała:

– Skarbie, co się dzieje?

– Minęło tyle czasu – wyłkałam, wtulając się w jej ramię. – A ciągle boli tak samo. Minął rok, a moje serce krwawi za każdym razem, kiedy o nim pomyślę. Dzisiaj moje dziewiętnaste urodziny. Ale ten dzień już nigdy nie będzie dla mnie radosny. – Pociągnęłam nosem. – Właśnie wtedy wyznał mi miłość. Na samą myśl chce mi się płakać, nie wiem, czy jestem w stanie wyjść tak ubrana. Żal mi serce ściska na myśl, że on już tego nie zobaczy. 

– Zrób to dla niego – wyszeptała Azize, ocierając mi łzy z policzków. – On jest tutaj, razem z tobą. Jest przy tobie zawsze. – Uśmiechnęła się delikatnie. – Nosisz go tutaj. – Wskazała na moje serce.

– Może i mam siłę, aby walczyć, ale czy wystarczy mi jej, aby przetrwać ten ból? – spytałam.

– Oczywiście, że tak. – Przytuliła mnie, oparłam głowę na jej piersiach. – No już, uspokój się, otrzyj te zdradzieckie łzy.

   Uspokoiłam się trochę, wsłuchując w rytm jej serca. Zrównałam oddech z jej oddechem, rozluźniłam mięśnie. Odsunęłam się od niej, opanowałam w końcu nerwy.

– To co, czas skopać dupska kilku Templariuszy – powiedziałam, ścierając ostatnie łzy.

– To mi się podoba. – Dotknęła mojego policzka, przesuwając po nim kciukiem. – Chodźmy, już czas.

   Zeszłyśmy na dół, trzymając się za ręce. Czułam jej wsparcie i cieszyłam się z niego. Prawdopodobnie, gdyby nie ona, znacznie później odnalazłabym się w świecie Asasynów, a może i wcale nie potrafiłabym skupić myśli na tym, co właściwe. Edward zagwizdał na nasz widok.

– No, nie myślałem, że tak dobrze będziecie wyglądać – stwierdził żartobliwie. – To co, widzimy się jutro rano, tak?

– No tak – odparła Azize. – Ale nie ruszajcie się stąd, na wszelki wypadek.

   Aaron podał mi sztylet o cienkiej rączce. Był jednak mały problem.

– Cholera, a gdzie ja mam go schować? – spytałam. – Co z Artefaktem?

– Nie byłoby lepiej zostawić Jabłko Edenu tutaj? – zaproponował Aaron. – Chyba nam ufasz.

   Zrobiło mi się gorąco. Miałam nadzieję, że na moich policzkach nie ujawnił się rumieniec. Wstydziłam się za to, że nie chciałam im zostawić Artefaktu. Jednak to mnie powierzono go w opiece, cała odpowiedzialność spadła w moje ręce.

– Niech będzie – powiedziałam, chociaż wolałam zabrać je ze sobą.

   Wsunęłam sztylet w przestrzeń pomiędzy gorsetem a moją skórą. Wraz z pozostałymi kurtyzanami wyszłyśmy z burdelu. Dziewczęta szły dumnym szpalerem, co jakiś czas zalotnie machając do mężczyzn, przechodzących uliczkami. Ja i Azize raczej nie miałyśmy tego we krwi, dlatego niekiedy wychodziło nam sztucznie, tuszowałyśmy to jednak chichotami. Dotarłyśmy do pałacu. Opuściłam to miejsce jako szesnastolatka. W grudniu 1597 nawet nie myślałam, że kiedykolwiek wrócę w jego mury. A tym bardziej jako dziwka, udawana, ale jednak dziwka. Wpuszczono nas przez główne wejście, dziewczęta od razu rozproszyły się po pałacu. Weszłyśmy do głównej sali bankietu. Wśród gości przeważali mężczyźni, nie widziałam zbyt wielu kobiet. Najwidoczniej mężowie wielkich rodów woleli zabrać ze sobą dziewczyny z burdelu, nie swoje żony.

– Musimy się rozdzielić – mruknęła Azize, prosto w moje ucho. – Ja zajmę się rozeznaniem tutaj, poszukam Harry’ego i Henry’ego.

   Skinęłam głową. Aby nie wyglądać podejrzanie, zachichotałam i wskazałam palcem na jednego z mężczyzn.

– Ja poszukam króla i ostrzegę go – odparłam. – Spotkamy się po balu w przybytku.

   Rozeszłyśmy się. Kuszącym krokiem oddaliłam się w stronę drzwi. Uśmiechałam się sztucznie, lekko zaczepiłam kilku mężczyzn. Nie wdawałam się w dłuższe dyskusje, raczej krótko kusiłam. Wyszłam na korytarz, gdzie nadal było sporo osób. Głównie stali tam mężczyźni i dziewczęta Paoli, obściskujący się. Zauważyłam, że kurtyzany szybko przechodziły do rozchylania ich koszul – sprawdzały, czy mieli naszyjniki. Przemknęłam na wyższe partie, nadal nie widząc króla. Miałam nadzieję, że spędzał czas w swoich komnatach. Wyczuliłam zmysły, jak tylko dotarłam na piętro jego komnat. Pamiętała, że jego syn również zajmował tutaj pokoje. Harry z pewnością mnie pamiętał, nieraz pokrzyżowałam mu plany. Szłam korytarzem, kiedy usłyszałam szloch. Zatrzymałam się. Ktoś otworzył drzwi i warknął znanym mi głosem:

– Jak wrócę, będzie czekała cię gorsza kara.

   Skryłam się w cieniu, za kolumną. Minął mnie szybkim krokiem, ale nigdy nie zapomniałabym tej postury. Harry. Wyszłam z cienia i powoli udałam się do pomieszczenia, z którego wyszedł. Przez uchylone drzwi zobaczyłam siedzącą na podłodze kobietę. Jej brązowe włosy były potargane, biała koszula nocna naznaczona śladami walki. Albo bezwiednego poddania się agresji. Płakała, po chwili do jej szlochu dołączył płacz dziecka. Wstała i delikatnym głosem, drżącym z emocji, odezwała się do dziecka:

– Już nie płacz, Danae, tatuś już poszedł.

   Nie mogłam się powstrzymać. Moje serce ścisnął żal. Weszłam do środka, zamykając za sobą drzwi. Kobieta odwróciła się w moją stronę. Jej twarz zaczerwieniła się od płaczu, ale wyraźnie zarysował się na niej zalążek sporego siniaka. Jej ręce również nosiły ślady przemocy.

– Co on ci zrobił? – wyszeptałam.

– Nie powinno cię tu być – powiedziała błagalnie. – Proszę, odejdź stąd, zanim cię zobaczy.

– Nie pozwolę, aby dłużej cię tak traktował – powiedziałam, podchodząc trochę bliżej. – Nie pozwolę, Adi.

– Skąd… Skąd mnie znasz? – spytała przestraszona.

– W końcu jesteś moją siostrą. – Podeszłam do niej.

– Shadow? – Głos jej się załamał, podeszła i przytuliła się do mnie. – Co ty tutaj robisz? Jak się w ogóle tutaj dostałaś?

– Na to przyjdzie czas kiedy indziej – odparłam, spoglądając za siebie. – Zaraz was stąd zabiorę. Za kilka chwil może stać się nieprzyjemnie.

– Ale jak ty chcesz nas stąd zabrać? – spytała. – Nie mamy szans. Lepiej zostanę, bo…

– Bo znowu cię zbije, tak? – Spojrzałam na nią. – Nie, tak nie będzie. Już nigdy więcej cię nie uderzy. – Utkwiłam spojrzenie w jej niebieskich oczach, pełnych strachu. – Obiecuję. Wrócę za kilka chwil i cię stąd zabiorę. Weź ze sobą tylko coś ciepłego dla siebie i dziecka. Muszę iść do Ludwika.

– Shadow. – Zatrzymała mnie na moment. – Harry i Henry coś szykowali. Słyszałam, że zamówili jakąś truciznę, ale bałam się powiedzieć o tym komukolwiek.

– Cholera – mruknęłam. – Muszę się spieszyć.

   Wyszłam na korytarz. Kierowałam się już prosto do komnat królewskich. Usłyszałam czyjeś kroki. Spojrzałam w stronę schodów, kryjąc się w za arrasem. Nie było jednak takiej potrzeby, szła Azize. Wyszłam jej na spotkanie.

– Harry pojawił się na dole – powiedziała. – Nigdzie nie ma króla.

– Wiem – odparłam i wskazałam na drzwi, przez które przed chwilą wyszłam. – Tam jest moja siostra. Musimy ją stąd zabrać.

– To nie jest punkt naszej misji – sprzeciwiła się przyjaciółka.

– Wiem, ale nie może tutaj zostać. – Zrzuciłam niewygodne obuwie i zaczęłam iść tyłem, w stronę komnat. – Powiedz jej, że jesteś jedną z moich przyjaciółek. Zabierz ją i jej dziecko. Musimy to zrobić. Właśnie wplątała się w naszą wojnę.

   Pobiegłam w stronę celu. Nie zwalniając, wdarłam się do komnaty, nie zważając na to, że nikt nie powinien wiedzieć o mojej obecności w tym miejscu. Wydawały się opustoszałe, co nie napawało mnie optymizmem. Wyjęłam sztylet. Starając się nie narobić hałasu, przeszłam przez główne pomieszczenie, od którego odchodziły drzwi do dwóch innych pokoi – sypialni i salonu. Wytężyłam słuch. Coś zdecydowanie mi nie pasowało. Cichy pomruk, rzężenie właściwie, nie dawał nadziei. Weszłam do środka, otwierając gwałtownie drzwi. Na fotelu siedział, czy też rzucał się w agonii, władca. Twarz Ludwika siniała, oczy błądziły po pokoju. Jego spojrzenie zatrzymało się na mnie, a potem przesunęło gdzieś indziej. Powtórzył to kilka razy. Ostatnimi siłami gasnącej świadomości próbował coś przekazać, ale nie wiedziałam, o co mogło chodzić. Zapatrzyłam się na umierającego, to była moja wina, że nie zdążyłam go uratować. Nawet nie zarejestrowałam obecności jeszcze jednej osoby. Zorientowałam się dopiero wtedy, gdy poczułam ból, promieniujący od szczęki. Pojawił się nagle, praktycznie znikąd, ale musiałam szybko odnaleźć się w sytuacji. Mocniej ścisnęłam sztylet, obracając się w stronę napastnika. Zobaczyłam znaną mi postać. Obudziła się we mnie furia. To ta sama sylwetka, którą zobaczyłam w dzień ataku na Cytadelę. To był ten sam człowiek. Mój brat.

– Henry – warknęłam przez zaciśnięte zęby, rzucając się w jego stronę.

   Mężczyzna uskoczył zwinnie i znowu poczułam ból uderzenia. Co się ze mną działo? Czyżby ślepa furia osłabiła moje umiejętności? Przejęła nad nimi kontrolę?

– Spotykamy się po raz kolejny – odwarknął. – Myślę, że teraz już ostatni.

   Rzucił się w moją stronę i ciął, w jego dłoni zalśnił nóż. Uskoczyłam w ostatniej chwili, swoim sztyletem cięłam po jego ręce. Materiał ustąpił, na skórze pojawiła się cienka pręga krwi. Ten jednak szybko skontrował, trafiając mnie w nieosłonięty bark. Poczułam chłód ostrza prześlizgujący się po mojej skórze. Po nim jednak nie nastała fala bólu, nie poczułam nawet ukłucia. Przeciwnik zasłonił twarz, a pomieszczenie wypełniła jakby fala światła. Spojrzałam ukradkiem na swoje dłonie. Otoczyła je złotawa aura. Uśmiechnęłam się pod nosem. Dobrze się stało, że zabrałam ze sobą Jabłko Edenu. Artefakt przypięłam do spódnicy sukni, czerwona sakiewka skryła się wśród materiału. Nagle do pokoju wpadło kilku strażników, a brat zawył:

– Otruła króla! – wrzasnął. – Zabić ją!

   Pomyślałam tylko, a Fragment Edenu błyskawicznie wydobył z siebie falę. Strażnicy również zasłonili twarze, przekrzykując się.

– Czarcie sztuczki! – zawył jeden z nich, padając na podłogę.

   Przeskoczyłam nad nim i uciekłam. Wparowałam do komnaty siostry. Azize zdążyła ją zabrać. Odetchnęłam trochę spokojniej na tę myśl. Zbiegłam po schodach, po drodze spotykając kilka kurtyzan.

– Zaczyna się robić niebezpiecznie – powiedziałam do jednej z nich. – Najlepiej ucieknijcie.

– To będzie zbyt podejrzane – odparła dziewczyna. – Czy ktoś cię widział?

   W tym samym momencie strażnicy zaczęli krzyczeć do siebie:

– Szukajcie dziewczyny ubranej w czerwoną suknię. Zabiła króla. Pozostałe zostawcie w spokoju.

– Masz odpowiedź – mruknęłam, odbiegając.

   Wybiegłam z korytarza na dziedziniec. Tam, przy bramie, stało kilku żołnierzy, rozmawiali z Harrym. Rozejrzałam się w panice. Zorientowałam się, że jestem gotowa pogorszyć sytuację czymś głupim,  dlatego nakazałam sobie opanować nerwy. Nie takie rzeczy już robiłam. Zanim mnie zauważyli, podbiegłam do muru. Wspięłam się na górę, chwaląc dzień, w którym kurtyzany zdecydowały się na tak swobodne cięcie w sukni. Znalazłam się na górze, musiałam zabić stojącego mi na drodze mężczyznę. Na szczęście nie zauważyli mnie. Wmieszałam się w tłum i udałam do burdelu. W salonie siedziała już trójka kobiet, moja siostra przytulała swoje dziecko.

– Zamordowali króla – powiedziałam już na wstępie. – A o wszystko oskarżyli mnie.

– Cholera! – wrzasnęła Azize. – Miałaś uważać!

– Henry był na miejscu, cały czas siedział z Ludwikiem. Podziwiał swoje dzieło jak jakiś zwyrodnialec. – Westchnęłam. – Zaraz wracam.

   Poszłam na górę i przebrałam się w moje codzienne odzienie. Na plecy zarzuciłam lekki płaszcz, który w odróżnieniu od tego zimowego, był przewiewny i idealny na letnią pogodę. Uzbroiłam się, witając ukryte ostrze z ulgą. Odkąd otrzymałam je od Marka, stało się przedłużeniem mojej ręki. Zeszłam do głównego salonu, zaplatając włosy. Na dole wszyscy postawieni byli już w stan najwyższej gotowości. Połowa kurtyzan wróciła z balu.

– W każdej chwili mogą przysłać tutaj swoich ludzi – powiedziała Paola.

   Poczułam wyrzuty sumienia. Mój brak profesjonalizmu naraził naszych sojuszników. Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo w tym samym momencie drzwi do budynku otworzyły się gwałtownie, a do środka weszło kilku mężczyzn. Na ich czele stał Henry. Wszyscy złapali za broń, jednak nie pozwoliłam im zaatakować. Wyszłam przed swoich ludzi, Jabłko Edenu trzymałam wysoko nad głową. Nie wiedziałam, co robiłam, zdałam się na instynkt. Artefakt rozjarzył się złotym blaskiem, oczy wchodzących zrobiły się mętne. Wpatrywali się w trzymany przeze mnie przedmiot, a ja zrozumiałam, że kontrolowałam ich. Mogłabym nakazać im pozabijać się nawzajem, ale wówczas przybytek Asasynki byłby obiektem ataków Templariuszy. Odezwałam się, a Artefakt jakby zwielokrotnił mój głos:

– Odejdziecie stąd w spokoju. Powiecie, że Rosa in Fiore było niepowiązane z dziewczyną w czerwieni. Zostawicie w spokoju kurtyzany Paoli i samą kobietę. A co do samej w sobie dziewczyny w czerwieni – zawahałam się, czując ból. – Przekażecie, że nie żyje, a jej ciało pochłonęło morze.

   Artefakt zgasł. Mężczyźni odwrócili się i wyszli z budynku, jakby nigdy nic. Usiadłam ciężko na sofie, po raz kolejny podziwiając potęgę Jabłka. Poczułam ciepłą stróżkę, która toczyła się od nosa, spływała po wargach. Przyłożyłam palec. Krew. Zapanowanie nad umysłami tych ludzi doprowadziło do osłabienia mnie, włożyłam w to zbyt wiele wysiłku.

– Musimy wypłynąć jutro rano – powiedział Edward. – Nie możemy tutaj zostać, nie teraz.

– Gdzie mamy niby odpłynąć? – spytała Azize. – Nigdzie daleko, nie teraz.

– Musimy przeczekać zamieszanie ze śmiercią Ludwika – wtrącił Lis. – Najlepiej by było, jakbyście się nie wychylali.

– Może powinniśmy zdobyć więcej ludzi? – zaproponował Aaron.

   Wymieniali się kolejnymi pomysłami, jednak żaden nie wydawał się odpowiedni w tej chwili. Nie wiedziałam, czy czar Artefaktu zadziała na długo, możliwe było, że pryśnie od razu, jak tylko ktoś z omamionych spotka mnie na ulicy. W końcu podjęłam decyzję.

– Czas wrócić na wyspę – powiedziałam, a wszyscy spojrzeli na mnie. – Tam mamy kilku takich jak my. Zdobędziemy Amę i ustanowimy ją siedzibą Asasynów. Tam ukryjemy Artefakt. A gdy tutaj sprawy ucichną, wrócimy.

   Nikt nie sprzeciwił się tej myśli i już rano wyruszyliśmy. Kajutę zajęła moja siostra, stwierdziliśmy, że należy jej się odrobina samotności. Rejs, w porównaniu z rokiem poprzedniej podróży, okazał się naprawdę krótki. Któregoś dnia, kiedy stałam na dziobie statku, podeszła do mnie siostra. Z jej twarzy zniknęły już siniaki, ale najwidoczniej nadal odczuwała lęk. Widziałam w jej ruchach napięcie, jakby którakolwiek z jej czynności mogła kogoś rozsierdzić.

– Mogę zająć ci chwilę? – spytała nieśmiało. Kiedyś nie pomyślałabym, że będzie tak ostrożna w stosunku do mnie.

– Jasne, że tak. – Uśmiechnęłam się lekko.

– Chciałabym ci podziękować – powiedziała.

– Nie masz za co – odparłam, delikatnie łapiąc ją za rękę. – Nie pozwoliłabym, aby dalej cię bił. Nie pozwoliłabym, a sobie nie wybaczyła.

   Przytuliła się do mnie, a ja odwzajemniłam uścisk. Nie potrafiłam inaczej zareagować. Przez następne tygodnie dziewczyna opowiedziała mi kilka rzeczy. Harry był zwykłym katem, a wszystko zaczęło się po narodzinach Danae. Bił ją za każdym razem, kiedy miał zły humor. Dobrze zrobiliśmy, zabierając je stamtąd. Poczułam odbudowującą się pomiędzy nami więź. Gdy dopłynęliśmy na wyspę, już całkowicie zapomniałyśmy stare zwady, a Adelajda postanowiła przyłączyć się do naszej sprawy. Gdy zeszliśmy na ląd, przywitał nas niespodziewany widok.

Opublikowano
Kategorie Assassin's Creed
Odsłon 477
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!