Tajemnica Cloe Turner | Rozdział I

Siedziałam w gabinecie z kubkiem ostygłej już kawy w dłoniach i z trudem powstrzymywałam ziewanie. Przez ogromne, sięgające podłogi okno wpadały poranne promienie słońca, wschodzącego nad rozległym krajobrazem wiejskich łąk. Obserwowałam ze znużeniem, jak blask oświetla kolejne nowoczesne meble, utrzymane w szarych i białych barwach, przesuwa się leniwie w stronę stojącego na środku pomieszczenia biurka, powoli dosięga moich bosych stóp, marznących na jasnobrązowej podłodze. Chciałam po prostu zająć czymś wzrok, zmęczony godzinami wpatrywania się w monitor komputera i kserokopie z korekt wydawnictwa. Wschód słońca wydawał się nie gorszą odskocznią, a przynajmniej pozwolił na chwilę oderwać się od monotonii myśli, do których jednak ostatecznie i tak wróciłam.

Popijając zimny napój, po raz kolejny zastanawiałam się, co jest nie tak w ostatnich rozdziałach mojej nowej książki. Wydawca domagał się końcowych szlifów na przyszły tydzień, a ja ciągle nie mogłam dopracować problematycznych scen. Nieważne ile razy je czytałam i ile razy pisałam na nowo, zawsze czegoś brakowało, jakby bohaterowie nagle wyblakli z dotychczasowych emocji. Może kwestią było to, że początkowo planowałam zabić dwoje z nich? Wszystkie wcześniejsze prace kończyły się jednak podobnie, więc musiałam coś zmienić, wyeliminować schemat. Może winny był spadek tempa akcji lub pozostawienie otwartego zakończenia? Możliwe, bo w porównaniu z początkiem, koniec wydawał się ciągnąć. Czy też to ja się wypaliłam, narzucając sobie zbyt szybkie tempo tworzenia? Brałam taką opcję pod uwagę, ale nie mogłam pozwolić, aby to mnie zatrzymało.

Gdy słońce zalało pomarańczowym blaskiem całe pomieszczenie, przeniosłam błędny wzrok na porozrzucane kartki. Gdyby nie to, że nauczono mnie zawsze jak najszybciej rozwiązywać problemy, prawdopodobnie zrobiłabym sobie dłuższą przerwę, taką co najmniej kilkudniową. Odstawiłam pusty kubek i westchnęłam, ponownie zatapiając się w ostatni rozdział w poszukiwaniu tej jednej, nieuchwytnej luki.

Przeszukując kolejne linijki byłam tak skupiona, że nawet nie zauważyłam, kiedy w drzwiach stanął Horacy. Zastukał lekko w drewno, wyrywając mnie z zamyślenia. W pierwszym odruchu spięłam mięśnie, odczuwając nigdy niezapomniany impuls gotowości do ewentualnej obrony, ale rozluźniłam się prawie natychmiast. Głupi nawyk pozostał, nie potrafiłam go wyeliminować. Podniosłam zmęczone oczy, kierując wzrok na męża. Oparty barkiem o framugę i oświetlony porannym słońcem wyglądał niezwykle atrakcyjnie. Szczególnie że miał na sobie tylko bokserki i rozpiętą koszulę w kratę. Poza tym nic nie zakrywało jego dobrze zarysowanej, muskularnej sylwetki. Gdybym nie padała ze zmęczenia, już dawno wstałabym i rzuciła się na niego w wiadomym celu. Trzydziestopięciolatek uśmiechnął się ciepło, a w jego zielonych oczach dostrzegłam rozbawienie.

— Pytanie za sto punktów, wcześnie wstałaś, czy wcale się nie kładłaś — powiedział, podchodząc do biurka. Przesunął kilka leżących na brzozowym blacie kartek i oparł się o kant.

— Obie odpowiedzi są prawidłowe — odparłam, uśmiechając się lekko. Mimo ogarniającej niemocy, nie potrafiłam powstrzymać ciepłych emocji, jakie wyzwalał w moim sercu. — Położyłam się na chwilę, ale nie mogłam zasnąć przez natłok myśli.

— I jak zawsze postanowiłaś zabrać się do roboty — stwierdził.

Wzruszyłam ramionami, nie znajdując dobrej odpowiedzi. Doskonale wiedział, jak podchodzę do pisania. Doprowadzenie do perfekcji danej historii zawsze przedkładałam nad własne samopoczucie, szczególnie jeśli zbliżał się deadline. Kilka nieprzespanych nocy i straconych dni nie znaczyło zbyt wiele wobec satysfakcji, jaką dawał odzew zadowolonych czytelników.

— Nie mogę oddać półfabrykatu do wydania — rzuciłam w końcu, opadając na miękkie oparcie obrotowego fotela. — Przedostatnim wydaniem postawiłam sobie zbyt wysoką poprzeczkę, teraz żadna z prac nie może być gorsza.

— Moja mała perfekcjonistka — zaśmiał się i pocałował mnie w czoło, przeczesując palcami moje długie włosy. Lubiłam tę pieszczotę chyba bardziej od nawet najbardziej namiętnego pocałunku. — Ale tym razem przesadzasz. O dziesiątej masz spotkanie autorskie, powinnaś się wyspać, zamiast ślęczeć tu całymi nocami.

— Wystarczy mi porządna kawa i kilka minut pod prysznicem — odparłam, przekonując samą siebie, że faktycznie tak jest.

— Raczej kilka godzin w łóżku i dobre śniadanie. — Wstał z biurka. — Idziesz ze mną.

— Nie skończyłam… — zaczęłam, chociaż było za późno na protesty.

Horacy bezceremonialnie zrobił to, co powinnam była zrobić już wcześniej. Skrótem klawiszowym zapisał edytowany w Wordzie plik, po czym wyłączył laptopa i zamknął go z cichym trzaskiem. Spojrzałam na niego z pomieszaniem złości i lekkiej ulgi. Chyba bez jego interwencji dalej usiłowałabym wyłowić bezczelne luki logiczne, wywołujące ciągły zamęt w mojej głowie. Nieważne, że litery w niektórych momentach zaczynały mi się zlewać, a akapity czytałam machinalnie, po kilka razy.

Horacy podał mi rękę, którą pochwyciłam. Poderwał mnie z fotela, przyciągając jednocześnie do siebie i obejmując czule, jak zawsze gdy miałam kryzys czy gorszy dzień. Przylgnęłam do jego nagiego torsu, wsuwając dłonie pod materiał flanelowej koszuli, kradnąc ciepło nagromadzone przez niego podczas wylegiwania pod kołdrą. Zważywszy na sporą różnicę wzrostu, przytulając się do niego sięgałam mu tylko klatki piersiowej, ale przez to czułam się jeszcze lepiej. Szatyn pozwolił mi przez chwilę napawać się przyjemnym uczuciem bliskości, po czym szybko rozluźnił uścisk i – jak miał w zwyczaju – podniósł mnie. Gdy silne ramiona oderwały moje stopy od ziemi, pisnęłam z zaskoczenia, aby już po chwili wierzgać dziko ze śmiechem. Horacy przewiesił mnie przez bark, klepiąc w tyłek wolną ręką.

— Jędrny jak zawsze — skomentował, również ze śmiechem. — Dobra, idziemy do kuchni i nie warz mi się wyrywać — zakomenderował, wynosząc mnie z pokoju.

— Umiem sama chodzić — zaśmiałam się, gdy wyszedł na korytarz.

— Ani myślę cię puszczać — odparł, schodząc już po schodach. Wiszenie tyłem w stronę marszu zdecydowanie załamuje odbiór rzeczywistości. — Musiałbym cię nie znać, od razu wrócisz po kopie i zaczniesz czytać przy jedzeniu.

Chciałabym zaprotestować, ale miał rację. W końcu odstawił mnie w części kuchennej naszego salonu. Zafundowane przez męża atrakcje z samego rana zdecydowanie wprawiły mnie w lepszy i znacznie żywszy nastrój. Z uśmiechem poprawiłam rozchełstaną podomkę z czarnego muślinu i podeszłam do ekspresu, aby zrobić nam kawę.

— To co dzisiaj pani sobie życzy? — spytał Horacy, otwierając zabudowaną w jasne drewno lodówkę. — Jajecznicę, omlet, naleśniki?

— Owsiankę, taką jaką tylko ty potrafisz — odparłam bez zastanowienia. Z nas dwóch on zdecydowanie lepiej gotował. — Na którą masz dzisiaj zmianę?

— Dogadałem się z Deckerem, że pojadę koło dziesiątej lub jak będzie coś pilnego. Odwiozę cię na spotkanie i chwilę posiedzę.

— Dziękuję, naprawdę nie musiałeś. — Postawiłam na blacie obok niego filiżankę gorącej kawy. — Podwójne espresso.

— Dzięki — upił łyk, jednocześnie wstawiając na palnik owsiankę. — Denerwujesz się?

— Nie bardziej niż zawsze. — Wzruszyłam ramionami i odstawiłam swój kubek. — Nie spodziewam się niczego nowego. Pogadam, poodpowiadam na pytania, podpiszę parę egzemplarzy. Nic szczególnego.

— Gdybym ja miał tak monotonną robotę, łapanie morderców byłoby zdecydowanie łatwiejsze — stwierdził z przekąsem.

Zgodziłam się na to skinieniem głowy. Wzięłam jeszcze jeden łyk kawy, po czym zostawiłam męża w kuchni, a sama poszłam do łazienki na piętrze. Wiadomo, że napoje kofeinowe uwielbiają napełniać pęcherz niebywale szybko. Nim skorzystałam z toalety, rozczesałam niesforne pukle i wróciłam na dół, śniadanie czekało już na blacie wyspy kuchennej. Usiadłam na stołku barowym, plecami w stronę ogromnych okien balkonowych prowadzących z salonu na taras, i zaciągnęłam się zapachem skrojonych na moją porcję owoców. Pokrojone w plasterki truskawki, rozgniecione maliny i odrobina borówek. Horacy doskonale wiedział, co uwielbiam.

— Smacznego, Cloe — powiedział, zabierając się do swojej, trochę skromniejszej owsianki. On wolał bakalie, skropione obficie miodem lub syropem klonowym.

— Smacznego, skarbie.

Zjedliśmy w milczeniu, jedynie w tle słychać było włączony na szybko telewizor z porannym serwisem informacyjnym. Horacy bez większego zainteresowania przejrzał leżące na blacie koperty z rachunkami, segregując na osobne kupki reklamy z banków i faktycznie istotną korespondencję. Podsunął mi też kolorową kopertę z czyimś odręcznym pismem, ale odłożyłam ją nieotwartą na bok. Podejrzewałam, że to kolejny list od jakiegoś czytelnika, który zdobył się na odwagę i napisał parę słów uznania. Zostawiłam sobie lekturę tego na później.

Po posiłku zebrałam naczynia i wstawiłam do zlewu. Chociaż moglibyśmy pozwolić sobie na zmywarkę, żadne z nas nigdy nie zaproponowało jej kupna. Woleliśmy tradycyjne metody, a do tego łatwiej było rozstrzygnąć spór, kto sprząta po jedzeniu. Jedno z nas gotowało, a drugie zmywało, jedynym wyjątkiem były święta i choroby. Podwinęłam rękawy i zabrałam się za sprzątanie, Horacy w tym czasie poszedł pod prysznic. Spojrzałam na zegarek, odkładając ostatnią miskę na suszarkę do naczyń. Do wyjścia mieliśmy spokojnie dwie godziny, dlatego gdy skończyłam myć zachlapany blat wokół zlewu, wytarłam ręce i od razu poszłam do łazienki.

Wyłożone ciemniejszymi kafelkami pomieszczenie zdecydowanie nie było duże, ale funkcjonalnie urządzone. Weszłam do środka, zamykając za sobą drzwi i rozwiązując szlafrok. Subtelny materiał zsunął się na podłogę, a zaraz po nim wylądowała tam koronkowa bielizna. Nie przejmowałam się, że okno jest odsłonięte. Kto mógł nas widzieć na tym odludziu? Po wschodniej stronie domu mieliśmy same łąki, po zachodniej gruntowy dojazd do drogi głównej, a od najbliższych sąsiadów dzieliło nas spokojnie pół kilometra z każdej strony. Moglibyśmy sobie pozwolić na nagie figle nawet przy zapalonym świetle.

Otworzyłam drzwiczki stosunkowo przestronnej kabiny prysznicowej, na twarzy natychmiast poczułam gorąco pary i kropelki wody. Rano rozbudzone pragnienie teraz dało o sobie znać na nowo. Skoro mogliśmy połączyć przyjemne z pożytecznym, to czemu nie? Wsunęłam się pod ciepłą strugę płynącą z deszczownicy i zamknęłam kabinę, aby nie zalać łazienki.

Horacy stał tyłem, spłukując z siebie pianę. Objęłam go w pasie, przesuwając dłońmi po jego umięśnionym brzuchu. Zjechałam niżej, zdecydowanie dając mężowi znak, czego chcę. Nie zawiódł mnie, od razu ochoczo wykazując gotowość. Odwrócił się, a ja wpiłam się chciwie w jego usta, spijając pocałunki razem ze spływającymi z nas kroplami wody. Zarzuciłam ręce na jego kark, poczułam delikatny dotyk silnych dłoni najpierw na talii, potem na udach, pośladkach. Przyparł nas do zimnej ściany, co nie ostudziło pożądania. Oplotłam go udami, oddając się z zapamiętaniem godnym wygłodniałej kochanki. Wplotłam palce w jego włosy i jęknęłam z rozkoszy, gdy wziął mnie w posiadanie. Bez opamiętania oboje dążyliśmy do spełnienia i satysfakcji, jakie mogliśmy sobie dać.

***

Prawie dwugodzinne spotkanie autorskie dobiegło końca, ale wcale nie oznaczało to wolnego. Gdy ostatnie oklaski ucichły, wstałam i wyszłam na należną mi, kilkuminutową przerwę, a prowadzący rozmowę zapowiedział możliwość odebrania autografów. Zanim zajęłam swoje stanowisko na korytarzu przed audytorium, odwiedziłam szybko zaplecze. Złapałam po drodze jakieś ciastko czy batona, bez zastanowienia odpakowując je i jeszcze w drodze zjadając. Nie jadłam nic od siódmej, ale dzisiejsze spotkanie zdecydowanie warte było tej małej głodówki. Czytelnicy nie zawiedli mnie, zadawali mnóstwo pytań tak zawodowych, jak i prywatnych. Kilka odważniejszych osób spytało nawet, czy nie zechciałabym przeczytać ich własnych opowiadań. Gdybym miała czas, pewnie bym się zgodziła, ale wymigałam się pracami nad nową publikacją.

Idealnie na czas zdążyłam usiąść przy małym stoliku pod oknem, kiedy z sali wytoczył się niemały tłum uczestników. Część osób ustawiła się w kolejkę, która ciągnęła się od mojego stolika aż do drzwi głównych. Westchnęłam i wzięłam łyk kolejnej już tego dnia kawy, chcąc ukryć pewne niezadowolenie. Lubiłam spotkania z czytelnikami, ale zarwana noc dawała się we znaki. Odstawiając kubek, uśmiechnęłam się promiennie, gotowa na kolejną dawkę imion, dyktowanych dedykacji i masy podpisów. Nie zaskoczyły mnie też pojedyncze wyrazy uznania, na które odpowiadałam wyuczonym skinieniem głowy i jakimś miłym słowem. Chyba dobrze grałam miłą pisareczkę, bo wszyscy odchodzili od biurka zadowoleni.

Na samym końcu podeszła do mnie na oko szesnastoletnia dziewczyna. Z nieukrywanym zainteresowaniem otaksowałam wzrokiem jej wiśniowe włosy i twarz, do której nie pasował lekko przetrącony nos. Widziałam takie dziewczyny nie raz i zastanawiało mnie, skąd z wyglądu pyskata laska znalazła w sobie tyle nieśmiałości. Uśmiechała się niepewnie, z wahaniem i jakby zawstydzeniem. Podając do podpisu trochę sfatygowany egzemplarz jednej z pierwszych wydanych przeze mnie książek nawet nie podniosła wzroku.

— Dla Lili Marry Smith — powiedziała. — Czytałam Twierdzę już kilkanaście razy i nadal nie mogę się nadziwić, jak wspaniale oddała pani uczucia bohaterów.

— Dziękuję, moja droga — odparłam z uśmiechem i wpisałam klasyczną dedykację, opatrując ją swoim zamaszystym podpisem.

Nastolatka odebrała książkę, ale na chwilę jeszcze się zatrzymała. Spojrzała mi w twarz, niemal natychmiast spuszczając wzrok. Wyglądała, jakby się nad czymś zastanawiała, znałam ten wzrok. Zatknęłam nasadkę długopisu i złożyłam obie dłonie na stole, cierpliwie powtarzając to, co niejednokrotnie mówiłam w takiej sytuacji:

— Chciałabyś o coś spytać?

— Skąd… — zawahała się, ale nie ponaglałam. Wielu ludzi w rozmowie ze mną jąkało się, jakby bycie pisarzem stawiało mnie wyżej od nich. — Skąd bierze pani pomysły? — wydusiła w końcu. — Te pełne przemocy i strachu opisy, barwne odczucia bohaterów… Wszystkie historie mają w sobie tyle emocji i autentyczności, a jednocześnie są tak niewyobrażalne…

— Nie wiem — powiedziałam. — Czasem czerpię ze spraw kryminalnych, czasem tego nie potrzebuję. Po prostu odpowiedni bodziec potrafi wzbudzić moją wyobraźnię, a ja przelewam to na papier najlepiej, jak potrafię.

Wiśniowowłosa pokiwała głową i pożegnała się, przyciskając do piersi egzemplarz Twierdzy. Gdy zniknęła mi z oczu, zgarbiłam się, przyjmując na barki stary ciężar. Spojrzałam za okno. Zawsze odpowiadałam, że pomysły same przychodzą, ale prawda była zupełnie inna i dla wielu mogłaby wydać się surrealistyczna. Większość spisanych historii i wiele postaci nie stanowiło wymysłu literackiego. Znałam ludzi, którzy stali się podwaliną dla moich bohaterów, znałam przeszłość, która zmieniona mogła uchodzić za fikcję.

Twierdza, chociaż kończyła się śmiercią bohaterki, była moją własną przeszłością, którą – jak błędnie sądziłam – szczęśliwie przeżyłam i miałam za sobą.

Opublikowano
Kategorie 18+ Akcja
Odsłon 161
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!