Tajemnica Cloe Turner | Rozdział III

Wróciłam do domu i pierwsze co zrobiłam, to rzuciłam torebkę na wyspę kuchenną, a sama opadłam na kanapę w salonie. Nawet nie włączyłam telewizji czy radia, na moment przytłoczona zbyt wielkim nawałem wspomnień. Tak dawno nie otwierałam drzwi przeszłości, że teraz nagłe ich uchylenie poskutkowało całkowitym zalaniem mnie ówczesnymi realiami. Starałam się, tak usilnie starałam się zapomnieć, ale to nigdy się nie udało. Mogłam tylko nosić w sobie dawne wydarzenia niczym cierń w sercu i codziennie rano udawać, że nic takiego nie miało miejsca, że to wszystko nie ma znaczenia i w żaden sposób na mnie nie oddziałuje. Od dziesięciu lat okłamywałam samą siebie z nadzieją, że w ten sposób będzie po prostu łatwiej. Może faktycznie tak było? W końcu, unikając mówienia o przeszłości, udało mi się zajść tak daleko.

Jednocześnie wiedziałam, że to właśnie te wspomnienia, bolesna przeszłość, pozwoliły mi na zbudowanie obecnego życia. Gdybym nie przeżyła tego, co mi zafundowano, nigdy nie napisałabym żadnej ze swoich książek. Prawdopodobnie żyłabym gdzieś w zapadłej dziurze, spłacając kredyty po rodzicach, dorabiając w podrzędnym sklepie albo puszczając się gdzieś po krzakach. Związałabym się z kimś innym niż Horacy, zamieszkała w bloku i martwiła o rachunki, na które ledwo by starczało. A może byłabym singielką, pracującą na utrzymanie samej siebie i gromadki kotów, wysłuchując przy tym lamentów rodziny o to, że chcą dożyć mojego ślubu. Naprawdę nie chciałam nawet gdybać, co lepsze. Nic nie mogło zmienić tego, co już się stało.

Zamknęłam oczy i położyłam kark na oparciu szarej kanapy. Słońce, które o świcie zalewało praktycznie całe pomieszczenie, już dawno się przesunęło, dlatego siedziałam poza jego ciepłym zasięgiem. Przy odrobinie poetyckiego wysiłku na pewno jakoś bym to skwitowała. Może porównałabym do właśnie walczących we mnie dwóch skrajnych osobowości? Siedząc w cieniu godziłam się z mroczniejszą stroną podświadomości, chociaż pozytywy mojego charakteru były na wyciągnięcie dłoni. Wystarczyło wstać, stanąć w słońcu i zapomnieć o czającej się w umyśle ciemności, uśpić ją na jakiś czas. Westchnęłam, zdając sobie sprawę, że w tym słabym porównaniu znalazłam więcej zachęty do zabrania się do roboty niż w jakichkolwiek książkach motywacyjnych.

Podniosłam się i poszłam na górę, po drodze zdejmując kremowy golf. Z własnej głupoty potknęłam się na schodach i w ostatniej chwili złapałam za poręcz. Mamrocząc przekleństwo, wspięłam się na korytarz górnego piętra. Skierowałam się do sypialni, gdzie otworzyłam jasnobrązową szafę, pasującą nowoczesnym stylem i kolorystyką do umeblowania w całym domu. Ściągnęłam jasne dżinsy i zamieniłam je na trochę wytarty, granatowy dres oraz rozpinaną bluzę w podobnym kolorze. Przebrana poszłam do łazienki, zmyłam subtelny makijaż i zaczesałam włosy w wysokiego kucyka, przy okazji odnotowując w pamięci, że wypadałoby umówić się do fryzjera.

Powoli decydowałam się na powrót do naturalnego koloru włosów, ale coraz wyraźniejsze kasztanoworude odrosty nie wyglądały zbyt estetycznie przy dawnym blondzie. Gdybym farbowała się na ciemne kolory, mogłabym spróbować dekoloryzacji. W obecnej sytuacji musiałam raczej postawić na ponowne farbowanie, tym razem dobierając kolor jak najbardziej zbliżony do naturalnego.

Zanim jednak zajęłam się takimi duperelami, zeszłam ponownie do kuchni i przejrzałam lodówkę. Znalazłam resztę pizzy z piątku i bez zastanowienia wrzuciłam ją do mikrofali, aby się trochę podgrzała. Normalnie starałam się unikać takiego jedzenia, ale uśpiony batonikiem głód zaczął się na nowo odzywać, a na zdrowe posiłki nie miałam ani czasu, ani ochoty. Zresztą, z natury byłam dość szczupła, więc mała dyspensa nie powinna mi zbytnio zaszkodzić.

Gdy mikrofala zapikała, wyjęłam talerz z pizzą i sięgnęłam po sztućce, po czym poszłam usiąść na kanapę. Postawiłam jedzenie na ławie, pokroiłam na mniejsze kawałki i z talerzem w jednej, a widelcem w drugiej ręce, usadziłam się wygodnie w kącie sofy. Gdyby Horacy zobaczył, jak nadziewam kolejne kawałeczki na sztuciec, na pewno by mnie wyśmiał. Zawsze w takich sytuacjach stwierdzał żartobliwie, że osoba jedząca pizzę w ten sposób to niezdiagnozowany jeszcze psychopata. O tym, że jadłam w ten sposób frytki, to już w ogóle miał złe zdanie. Uśmiechnęłam się na to pod nosem i włączyłam telewizor. Długo skakałam po kanałach ostatecznie orientując się, że zanim znalazłam cokolwiek ciekawego, zdążyłam zjeść obiad. Wyłączyłam wszystko w diabły, odniosłam naczynia do kuchni i zabrałam się za sprzątanie w domu.

Wytarcie wszystkich mebli z kurzu zajęło trochę czasu, co nie dziwiło przy ilości pokoi. Sam aneks kuchenny pochłonął dobre dziesięć minut, a i tak odpuściłam sobie omiatanie pajęczyn. Miałam zaraz włączać odkurzacz, aby dokończyć dzisiejszy rytuał porządkowy, kiedy rozległ się dzwonek mojego telefonu.

Mimowolnie zgrzytnęłam zębami, rozpoznając sygnał. “Down With The Sickness” miałam ustawione tylko na jedną osobę i była nią Sara Med – zarówno moja bliska przyjaciółka, jak i kierowniczka wydawnictwa, które publikowało moje książki. Sięgnęłam po telefon, chociaż przez chwilę kusiło mnie, aby odłożyć rozmowę na później i po prostu oddzwonić po skończeniu obowiązków. Znając jednak upór Sary, ta łatwo by nie odpuściła i nie poprzestałaby na dobijaniu się na pocztę głosową. W ostateczności skłonna byłaby nawet przyjechać. W zasadzie w takiej skrajnej sytuacji postąpiłaby tak nie po to, aby suszyć mi głowę o zakończenie prac, a z troski, czy coś się nie stało. To nie zmieniało jednak faktu, że zjawiłaby się niezapowiedziana. Odebrałam więc i – z tylko trochę wymuszoną uprzejmością – przywitałam ją ciepło. Mimo wszystko lubiłam z nią rozmawiać i najpewniej nie zamierzała nawiązywać tylko do samej pracy.

— Cześć Sara, co u ciebie słychać? — spytałam i nie pożałowałam, że odebrałam.

— No cześć złociutka, u mnie wszystko w porządku. Wiem, że ostatnimi dniami ciągle się dopytuję o postępy, ale tym razem nie po to dzwonię! — Głos Sary wydawał się niesamowicie podekscytowany, co zapowiadało albo nowy kontrakt, albo jakieś plotki. Nie pomyliłam się. — Zebrałam ostatnio sporo soczystych ploteczek, a my nie miałyśmy okazji się spotkać poza wydawnictwem. Co ty na małą sobotnią kawkę?

— Kawy to ja dzisiaj wypiłam aż za dużo — zaśmiałam się. — Masz czas wieczorem? Możemy wypić lampkę albo dwie i porozmawiamy sobie jak za dawnych czasów.

— Tylko dwie lampki, złociutka? — zaśmiała się, jakby już zdrowo podpita. Zdecydowanie dopisywał jej humor. — Dobra, wpadnij do mnie, koło osiemnastej. Szatynek w domu?

— Nie, dzisiaj ma dyżur do wieczora.

— To idealnie się składa, odbierze cię po drodze.

— Nie wiem, czy będzie z tego zadowolony — stwierdziłam, przypominając sobie ostatnie wieczorne spotkanie z przyjaciółką i winem. Nawet nie pamiętałam, jak wróciłam do domu, a Horacego podobno pytałam, czy ma już żonę. Dobrze, że nie wygadałam wtedy czegoś niewygodnego. — Ale protestować też nie powinien.

— No widzisz, złociutka, to jesteśmy umówione! — W słuchawce usłyszałam jakieś ciche słowa jej sekretarza. — Dobra, obowiązki wzywają. Pamiętaj tylko o spotkaniu i nawet nie myśl, żeby zabierać ze sobą kopie. Mamy odpocząć od papierków, tym razem odstawiamy na bok sprawy zawodowe.

— Przyda mi się chwila zapomnienia — zgodziłam się. — Do zobaczenia.

— Do zobaczenia, złociutka.

— Znowu nadużywasz tej złociutkiej! — zaznaczyłam na koniec ze śmiechem.

— Już nie będę, złociutka — podkreśliła ostatnie słowo i rozłączyła się.

Gdy odłożyłam telefon, zdałam sobie sprawę, że wpakowałam się po uszy. Nie chodziło o spotkanie, ale sposób, w jaki na nie dotrę. Mój samochód był na warsztacie, Horacy zabrał swój do pracy, a zresztą sama niespełna półtorej godziny temu wróciłam ze spotkania autorskiego autobusem i to jeszcze wysiadając na przystanku kilometr od domu. W wirze myśli kompletnie zapomniałam o tym fakcie, jakby był nieistotny.

— Trzeba będzie zamówić Ubera — mruknęłam do siebie.

Nie przeciągając już, odkurzyłam podłogi i zastanowiłam się chwilę, co zrobić dalej. Miałam jakieś pół godziny, zanim zacznę się szykować. Na kolejną dawkę pisarskich problemów zdecydowanie za mało czasu, ale też za dużo, aby po prostu siedzieć bez celu. Ostatecznie zdecydowałam się wyjąć matę do yogi i poćwiczyć w salonie. Rozłożyłam ją blisko okien i włączyłam w tle muzykę, po czym w telefonie odszukałam jakiś sensowny zestaw. Padło na lekkie cardio połączone z odrobiną yogi. Rozebrałam się do podkoszulki i włączyłam aplikację. Może i byłam szczupła, ale zależało mi na utrzymaniu nie tylko zgrabnej figury, ale i dobrej kondycji. Chociaż na pewno nie byłam już aż tak wysportowana, jak przed dwudziestką. Wtedy to, co teraz nazywałam średnio wymagającym treningiem, było zaledwie rozgrzewką.

Gdy skończyłam, zwinęłam matę i schowałam ją razem z dwoma ciężarkami do komody pod telewizorem. Starając się ułożyć jak najekonomiczniej swoje kolejne działania, poszłam na górę. Domowe ubranie schowałam na szybko do szafy i sięgnęłam wygodną koszulkę z krótkim rękawem oraz ciemne dżinsy. Do Sary spokojne mogłabym pojechać nawet w wytartym na tyłku dresie, ale skoro miałam jechać taksówką, wolałam się jakoś prezentować. Z ubraniami w ręce skierowałam się następnie do łazienki. Obmyłam trochę spoconą twarz i zrosiłam się wodą, aby doprowadzić do porządku zaczerwienioną skórę. Osuszyłam się i ubrałam przyniesione ciuchy, po czym sięgnęłam po szczoteczkę. Myjąc zęby, zamówiłam Ubera pod dom na siedemnastą piętnaście. Powinno starczyć czasu na przejechanie miasta, nawet gdyby pojawiły się jakieś korki. Rozpuściłam i rozczesałam włosy, ale malowaniem się nie przejmowałam. Aż tak mi nie zależało na kokietowaniu taksówkarza.

Gotowa zeszłam na dół, gdzie napisałam do męża z prośbą, aby odebrał mnie od przyjaciółki. Prawie natychmiast dostałam odpowiedź, że zrobi zakupy i przyjedzie około dwudziestej. Nie oczekiwałam tak szybkiego odpisania, najwidoczniej miał spokojny dyżur. Po krótkim namyśle otworzyłam jeszcze górną szafę, w której stały mocniejsze trunki.

Przesunęłam kilka butelek whiskey i innych alkoholi, żeby w końcu dokopać się do ulubionego różowego Carlo Rossi. Nie należało do wytrawnych czy drogich, ale zdecydowanie obie za nim szalałyśmy. Wsunęłam butelkę do torebki, sprawdziłam dla pewności, czy wszystko co można było wyłączyć z prądu faktycznie wyłączyłam i z kluczami w ręce skierowałam się na korytarz. Tam założyłam trampki, a po chwili wahania także kurtkę ze sztucznej skóry.

Zamknęłam za sobą najpierw drzwi wewnętrzne, odliczając dwa pełne obroty klucza w zamku, a następnie główne – górny zamek na raz, dolny znowu na dwa. Zawsze odnotowywałam w pamięci, który zamek zamknęłam w jaki sposób i starałam się nigdy nie powtarzać kombinacji więcej niż raz w ciągu trzech dni. Horacy niejednokrotnie pytał, skąd to zboczenie, jednak nigdy mu nie wyjaśniłam. Prawdopodobnie i tak by nie zrozumiał.

W momencie, gdy wyszłam na zewnątrz, główną drogą przejechało auto, które skręciło w gruntową ścieżkę do naszego domu. Przeszłam przez posesję po szarym chodniku z kostki brukowej, a kierowca przejechał kawałek za podjazd do garażu. Gdy zatrzymał pojazd, wsiadłam na tylne siedzenie. Czekała mnie blisko półgodzinna jazda, więc wyjęłam telefon i zatopiłam się w mediach społecznościowych, poczcie oraz innych aktywnościach internetowych. Zawsze mówiłam, że to złodziej czasu i nie po raz pierwszy się to potwierdziło. Nawet nie wiedziałam, jak szybko przebiliśmy się przez centrum.

Kierowca zajechał pod dom Sary jakieś dwadzieścia minut przed czasem, najwidoczniej ominął najbardziej zakorkowane o tej porze części miasta. Gdy zapłaciłam, wysiadłam z samochodu i weszłam przez otwartą furtkę do zadbanego ogrodu. Gdybym kiedykolwiek zdecydowała się na sesję zdjęciową w stylu renesansowym, na pewno spytałabym, czy można ją przeprowadzić właśnie tutaj.

Ogródek, chociaż otoczony współczesnymi willami, miał w sobie coś z dawnych czasów. Wytyczone równo alejki, zadbane klomby, no i płot z cegieł i przęseł jak sprzed lat zdecydowanie przywodziły na myśl jakieś ogrody pałacowe. Za domem co prawda był taras i ławka, ale również tam dominowała symetria i elegancja podobne do dworskich standardów. Niespiesznie przeszłam pomiędzy krzewami róż i weszłam na ganek. Sara miała słabość do renesansowych ogrodów, ale dom z fasady bardziej przypominał staroangielski. Oczywiście z tegoż względu nie oszczędziła sobie lwiej kołatki na drzwiach. Podarowałam sobie stukanie i użyłam zamontowanego przy framudze dzwonka. Nie czekałam długo, aby otworzyła.

Sara była niska, nawet ja patrzyłam na nią trochę z góry, a tu i ówdzie według społecznych standardów miała za dużo ciała, ale nie odejmowało jej to seksapilu. Przesunęłam wzrokiem po jej skąpym stroju i domyśliłam się, że dopiero co wybył od niej inny gość. Inaczej nie przywitałaby mnie w koronkowym szlafroku i to tak skrojonym, że ledwie zasłaniał jej kształtne, ciemnoskóre uda.

— Witaj, złociutka, wchodź, wchodź — powiedziała, wpuszczając mnie do środka. — Jesteś trochę wcześniej, mam nadzieję, że nie masz mi za złe powitania w bieliźnie.

— Domyślam się, że kochanek skłamał żonie o nadgodzinach — zaśmiałam się, obejmując Sarę na powitanie. Jej brązowe, układające się w burzę sprężynek włosy pachniały cudnie piwonią.

— Dzisiaj odwiedził mnie singiel — odparła z sugestywnym uśmiechem i zamknęła drzwi. — Jeśli chcesz, zaczekaj w salonie. Przebiorę się tylko i już do ciebie wracam.

— Mówisz, jakbym nigdy nie widziała cię w samych gaciach. — Zostawiłam w korytarzu kurtkę i buty, a torebkę rzuciłam na mijaną po drodze szafę. — Dzisiaj przynajmniej zdążyłaś coś na siebie narzucić.

— Co racja, to racja — zaśmiała się, idąc po schodach na górę. — Tylko uprzedzam, że właśnie chowałam zabawki. Możesz jakąś przez przypadek znaleźć.

Nie skomentowałam tego, doskonale zdając sobie sprawę, że najpewniej i tak natrafiłabym na coś z jej kolekcji. Poszłyśmy na górę, do zdumiewająco przestronnej sypialni, która spokojnie mogłaby konkurować z alkową jakiejś księżniczki. Na środku stało łoże z baldachimem, teraz całkowicie zdemolowane, a pod ścianami meble z ciemnego drewna w stylu rokoko. Gdyby nie skośny dach dosłownie poczułabym się jak w jakimś osobliwym muzeum.

— Widzę, że świetnie się bawiłaś — powiedziałam, kręcąc na palcu znalezionymi kajdankami z pluszem w panterkę.

— Żebyś wiedziała! — Podeszła do szafy i wyjęła ciemne spodnie. — Dał się całkowicie zdominować.

Pokiwałam głową, rozumiejąc, co miała na myśli. Była dominą i podniecała ją sama myśl o tym, że mężczyzna poddaje się jej woli. Nie miałam najmniejszych problemów z zaakceptowaniem jej preferencji, w końcu każdy ma swoje upodobania, ale co w niej ceniłam to fakt, że potrafiła oddzielić fantazje seksualne od codziennego życia. W przeciwieństwie do niektórych, nigdy nie próbowała na siłę stłamsić otaczających ją w pracy przedstawicieli płci przeciwnej. To nie oznaczało jednak, że nie starała się kusić co przystojniejszych mężczyzn, wręcz przeciwnie. Miała całkiem sporo adoratorów.

Czekając, aż przyjaciółka się ubierze, podeszłam do eleganckiej toaletki, przy której Sara zazwyczaj się malowała. Przeglądając kosmetyki, a miała ich całkiem sporo, natrafiłam na coś, co zdecydowanie nie należało do normalnych akcesoriów makijażowych.

— Jestem w stanie pojąć, że lubisz ostro, ale nie rozumiem, co cię podnieca w tym — stwierdziłam, podnosząc pejcz.

Sara spojrzała na mnie pytająco, po czym podeszła szybko, widząc trzymany przeze mnie przedmiot.

— Myślałam, że go schowałam — powiedziała ze skruchą, odbierając skórzaną zabawkę. — Przepraszam.

— Nie jestem aż tak przewrażliwiona. Doskonale wiesz, że parę fajniejszych gadżetów przemyciłam do własnego łóżka. — Uśmiechnęłam się, łagodząc poprzednie słowa. Sara zdawała sobie sprawę z tego, że wszelkiego rodzaju bicze i pejcze wywoływały u mnie odrazę. Zbyt dobrze znałam ból gojących się pręg na plecach, aby smagnięcie rzemieniem akceptować jako przyjemność. — Nowa bluzka? — Zmieniłam temat.

Sara spojrzała na zieloną koszulkę z głębokim dekoltem i cekinami, po czym pokręciła głową.

— A gdzie tam, znalazłam ją na dnie szafy. Dobra, złociutka, idziemy się napić, nie po to przyjechałaś, żebyśmy gadały w sypialni. — Skinęła na mnie palcem, jak miała w zwyczaju robić względem kochanków. — Bo z tego co wiem, to mój urok na ciebie nie działa.

— Myślałam, że nie gustujesz w kobietach!

— Gdybyś mi uległa, zrobiłabym wyjątek! — odparowała ze śmiechem, prowadząc mnie na dół.

W salonie był zdecydowanie większy porządek niż w sypialni. Sara włączyła dwa kinkiety nad telewizorem, więc siedziałyśmy w lekkim, ale klimatycznym półmroku. Parapet i stół zdobiły małe świeczki, a w pokoju unosił się lekki zapach cynamonu. Uśmiechnęłam się, czując to. Ten zapach kojarzył mi się wyłącznie z Sarą, bo nawet w swoim gabinecie zapalała świeczki lub kaganki z woskiem o tym aromacie. Na ławie stały już gotowe kieliszki, dwie butelki wina i korkociąg. Sięgnęłam po niego, dostawiając przywiezioną butelkę.

— Które na początek? — spytałam, wodząc dłonią od butelki do butelki. Zapowiadał się ciekawy wieczór.

Musiałam przyznać, że bawiłyśmy się świetnie. Oczywiście zaczęłyśmy od tego, co zawsze. Wypytałam ją, jak idą sprawy w wydawnictwie. Wyglądało na to, że przez najbliższy czas nie będzie narzekać na ilość nowych publikacji, bo zbliżał się gorący sezon. Obsmarowałyśmy przy tym równo jedną z młodych autorek, która koniecznie chciała wydać jakieś ochłapy o porwanej nastolatce. Fabuła była okropną krzyżówką Greya Ojca Chrzestnego, a bohaterka na końcu nawet nie wiedziała, czy jest w ciąży z porywaczem, czy jakimś innym gangsterem. Z kolejnymi lampkami wina stawałyśmy się bardziej wścibskie i bez skrępowania obgadałyśmy nową korektorkę z firmy Sary, kilku wspólnych i bardzo nielubianych znajomych, a nawet nowego uległego mojej przyjaciółki. Dwie butelki później dryfowałyśmy na granicy wstawienia a upicia się, na co raczej nie mogłam sobie tego dnia pozwolić.

Sara zostawiła mnie na chwilę samą i poszła do łazienki. Zapatrzona w kieliszek, podpita i zmęczona, znowu uciekłam myślami do książki. W tym stanie byłam bliska stwierdzić, że to nie z historią jest problem, tylko przede wszystkim ze mną, a gdybym miała pod ręką zeszyt, prawdopodobnie zaczęłabym spisywać jakieś badziewne pomysły. Albo mogłabym nawet rozważyć skasowanie całej książki. Wtedy, wygodnie rozłożoną na skórzanej sofie – a przy tym w skrajnej desperacji i stanie bliskim samolinczu – znalazła mnie przyjaciółka.

— Dobra, złociutka, miałyśmy nie wchodzić na tematy pracy, ale znam ten mętny wzrok — powiedziała, rzucając się na kanapę w przeciwnym rogu i kładąc nogi na moich kolanach. — Co cię gryzie w tej nowej książce?

— Iwan. — Spojrzałam na mulatkę i westchnęłam ze zanurzeniem. — Jest bólem w dupie i cierniem całej historii.

— Czekaj, czekaj, to ten rusek co przez pół książki jest stawiany jako wróg bohaterów, tak? — spytała, bawiąc się przez chwilę wziętym do ręki kieliszkiem. — Jest zajebiście rozpisany, co ty od niego chcesz?

— Chcę go zabić — odparłam bez ogródek, szczera jak jeszcze nigdy w życiu. — Jednak jego historia się nie skończyła.

— Otwarte zakończenie? — Sara spojrzała na mnie z większym zainteresowaniem. — Wcześniej nie pisałaś serii.

— Coś w ten deseń — przyznałam. — Na początku planowałam go zabić, ale to jeszcze nie ten moment, jeszcze gdzieś się z nim zetknę. — Zacisnęłam pięść. — Nawet nie wiesz, jak długo obmyślałam jego śmierć. Ile nocy i dni wyobrażałam sobie, czego mógłby doświadczyć. Myślałam o kuli w łeb, ale jak na to, ile istnień zniszczył, byłaby to zbyt szybka śmierć. Myślałam o torturach, ale przez wyszkolenie nie dałby się złamać. Analizowałam tyle opcji, od wyrywania paznokci po powolne ćwiartowanie, ale wszystkie muszą zaczekać.

— Jeszcze opiszesz jego śmierć i to w taki sposób, że wszystkim szczeny opadną. — Sara podniosła się i dolała nam resztę wina do kieliszków. — Nie bez powodu krytycy okrzyknęli cię najlepszą pisarką scen krwawych. Masz w tym wieloletnie doświadczenie.

— A żebyś wiedziała, że mam w tym doświadczenie — powiedziałam, uśmiechając się. — Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak wielkie.

Opublikowano
Kategorie Akcja
Odsłon 156
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!