Tajemnica Cloe Turner | Rozdział V

Pochylona nad talerzem zupy w pierwszej chwili nawet nie zauważyłam, co się stało. Usłyszałam tylko niosące się echo tłuczonej porcelany i nagły krzyk jednego z opiekunów. Nie, nie opiekunów. Cholernych strażników więziennych ze skłonnościami sadystycznymi, którymi Iwan obsadził kadrę po objęciu stanowiska dyrektora. Podniosłam głowę, kierując wzrok w stronę źródła hałasu i w tym samym momencie zauważyłam kulącą się na podłodze adeptkę. Wyglądała na jakieś osiem lat i gdyby po odsunięciu Ilerii Moon nie wprowadzono nowego regulaminu, byłaby w grupie zero – przygotowującej najmłodsze adeptki do wymagających warunków wychowania wyższych roczników.

Chcąc się rozeznać, szybko otaksowałam sytuację wzrokiem. Sądząc po plamach na podłodze i ubraniu mężczyzny, dziewczynka wylała na niego zupę, którą właśnie niosła. Talerz się zbił i wraz z zawartością rozniósł po posadzce w postaci mieszanki porcelanowego kruszywa, warzyw i cieczy mającej przypominać wywar z mięsa, a w rzeczywistości będącej zaledwie wodą z kostką rosołową. Dawniej za coś takiego mała dostałaby co najwyżej porządną burę i nakaz posprzątania po obiedzie całej stołówki, ale obecnie wszystko zależało od nastroju oblanego przez nią faceta. A ten najwidoczniej nie był w najlepszym humorze.

— Ty małe ścierwo! — wrzasnął, zagłuszając ciche mamrotanie przerażonej adeptki. — Ty pieprzona idiotko!

Nim ktokolwiek zareagował – co było mało prawdopodobne – jednym ruchem poderwał ją z podłogi, ciągnąc za długi warkocz. Dziewczynka z okrzykiem bólu na ustach posłusznie się podniosła. Nie miała innego wyjścia, sukinsyn użył wobec niej takiej siły, że pewnie wyrwałby jej włosy. Zamknęłam oczy, odwracając głowę od całego zajścia.

Takie sytuacje miały miejsce coraz częściej. Odkąd Iwan został dyrektorem, dał swoim podwładnym zdecydowanie zbyt wiele swobody względem egzekwowania ich zdaniem słusznych kar. Spóźnienie na wykład mogło oznaczać albo zwrócenie uwagi, albo uderzenie w twarz. Słaby wynik na zajęciach wytrzymałościowych skutkował dodatkową dawką ćwiczeń dla całej grupy, co było łagodnym obrotem spraw, albo zajęciami po godzinach spędzonych sam na sam z trenerem. Oficjalnie adeptki były nietykalne seksualnie, ale nikt nie mówił o zakazie obmacywania, co teraz często uchodziło na sucho. Nawet raz czy dwa słyszało się plotki o zmuszaniu adeptek do seksu, potwierdzanego przez nie po wszystkim dokumentem zawierającym oficjalne wyrażenie rzekomej zgody. Kiedyś może i nie było lekko, ale teraz to miejsce przypominało obóz przetrwania połączony ze szkołą dla socjopatów.

Podniosłam powieki, walcząc z odzywającym się gdzieś z tyłu głowy człowieczeństwem. Nowe adeptki nie znały innych realiów niż ciągły strach, brutalność, ból, czy spotykające je na każdym kroku upokorzenia. Kiedyś wszystko to istniało w inny sposób. Było z nami, groziło nam, trzymało w ryzach, ale nie stanowiło codzienności. Byłyśmy szkolone, nie torturowane. Uczono nas bólu i odporności na niego, ale nie wbijano go batem. Doskonale znałyśmy karność i dyscyplinę. Rozumiałyśmy, dlaczego mamy być posłuszne, że w innym wypadku wyciągane będą konsekwencje, a kary wymierzane dla przykładu raz wystarczały, aby na długo inne adeptki zapominały o niesubordynacji. Teraz kolejne kary, zamiast stanowić przykład, stały się źródłem zobojętnienia. Codziennie obrywałyśmy, więc dlaczego miałoby nas przerazić cierpienie innej? Bardziej stanowiło perwersyjną rozrywkę niźli źródło lęku. Skłonność tych wszystkich strażników do nadużywania swoich praw poskutkowała jedynie bezprawiem wśród szeregów adeptek.

Gdy tu trafiłam bójki i nienawiść stanowiły nierozerwalne elementy codzienności, górowały nad współczuciem czy przyjaźnią, ale dało się współpracować chociaż na poziomie zawodowym. Teraz nikt nie zawierał sojuszu na czas dłuższy, niż wymagała tego sytuacja. Nie było czegoś takiego, jak bezinteresowna relacja z osobą spoza danej grupy, a i wewnątrz nich często panowała napięta atmosfera. Jedynie strach wobec przełożonych nie doprowadził do regularnej wojny między adeptkami.

Nieliczne – najczęściej te, które trafiły tu wraz ze mną lub wcześniej – zatrzymały gdzieś w sobie dawne wartości. Stanowiłyśmy jednak relikt przeszłości i chociaż nie dopasowałyśmy się do obecnych realiów, to ani zarząd, ani rada nie próbowały nas na siłę zmieniać. Reforma dotyczyła głównie tych adeptek, które dotarły po niej, chociaż wiele starszych również uległo temu zezwierzęceniu. Nawet nie chciałam myśleć, co z tego wszystkiego mogło wyniknąć w dalszej perspektywie. Jeśli zarządowi zależało na stworzeniu plutonu egzekucyjnego złożonego z nieczujących bólu czy emocji suk, to zdecydowanie szli w dobrą stronę.

Dobiegł mnie kolejny krzyk dziewczynki. Spojrzałam w stronę ofiary i jej kata. Mężczyzna, nie rozluźniając uścisku, skierował się z adeptką w stronę wyjścia ze stołówki. Domyślałam się, co to oznacza. Szedł z nią na wewnętrzny dziedziniec, otoczony z każdej strony murami głównego budynku ośrodka. Bruk tamtego miejsca zasmakował tyle krwi, że niektórych plam już nie domyto, tak wżarły się w kamień. Dziewczynka szarpała się, krzycząc, szlochając, błagając o wybaczenie lub łaskę. Nie uzyskała jej i raczej nie mogła na to liczyć.

Zacisnęłam zęby, upominając się, że dawne czasy nie wrócą, a mi został zaledwie rok do opuszczenia murów tej pieprzonej wylęgarni socjopatek, ale trzask otwieranych drzwi ostatecznie zagłuszył racjonalność. Serce zabiło mi szybciej i już wiedziałam, że na moim ciele pojawią się kolejne rany. Nie potrafiłam jednak siedzieć bezczynnie. Wstałam z zajmowanej ławy i, ku zdumieniu siedzących obok adeptek z mojej grupy, poszłam w stronę drzwi. Po chwili ktoś mnie dogonił, złapał za rękaw. Obejrzałam się, w pierwszym odruchu omal nie wyrywając ręki z subtelnego chwytu.

— Hagia, nie rób tego — powiedziała Roza, patrząc na mnie z błyskiem w zielonych oczach. — Wiesz, jak to się skończy.

— Nie pozwolę, aby to dziecko oberwało za nic — syknęłam, chociaż dziewczyna nie zasługiwała na wysłuchiwanie mojego rozgoryczenia.

— W takim razie idziemy z tobą — rzuciła zaczepnie inna adeptka, obiekt dwudziesty ósmy, piętnastoletnia Suzi. Była pod moimi skrzydłami od sprawy z Laleczką i nigdy nie ustępowała pola. — Grupa piąta trzyma się razem, nie zostawiamy nikogo z naszych. Jesteśmy ostatnim bastionem wierności i nie możemy jej porzucić.

Spojrzałam na wstające zza stołu dziewczyny i zmełłam w ustach grubsze przekleństwo. Jako najstarsza z grupy byłam kimś w rodzaju ich przewodniczki, odpowiadałam za nie, podejmowałam najważniejsze decyzje. Zacisnęłam pięść, patrząc na nie, a potem odwracając twarz w stronę wyjścia. Zebrał się tam niemały tłumek żądnych widowiska adeptek. Znając upór dziewczyn z grupy piątej, mogłam podjąć tylko jedną, szybką i precyzyjną decyzję.

— Macie się nie wychylać, niezależnie od rozwoju sytuacji — powiedziałam, ruszając dalej. — A najlepiej by było, gdybyście w ogóle za mną nie szły.

Nie patrząc już więcej za siebie, przeszłam przez stołówkę i przecisnęłam się pomiędzy zebranym tłumem adeptek. Wszystkie chciały jak najszybciej wyjść na dziedziniec, dlatego przebicie się wąskim korytarzykiem do drzwi głównych zajęło mi chwilę. O chwilę za długo, o czym świadczył przeciągły, wibrujący wrzask, który poniósł się po zamkniętym kwadracie dziedzińca w momencie, gdy wyszłam. Spóźniłam się. Przedarłam się między ostatnimi kilkoma dziewczynami odgradzającymi mnie od centrum wydarzeń, zostawiając tym samym swoją grupę daleko w tyle. Miałam nadzieję, że faktycznie nie zrobią nic głupiego, a przynajmniej nic głupszego ode mnie. Jednak nie było już czasu na myślenie.

Oceniając przebieg wypadków poprzedzających moje przyjście, wystąpiłam przed szereg obserwatorek i stanęłam na moment za plecami faceta. Karana dziewczynka stała, a właściwie niemal wisiała, przypięta za nadgarstki do stanowiącego główny punkt placu słupa i płakała z bólu. Sądząc po rozdartej na plecach koszulce i barwiącej ją krwi, dostała czymś mocniejszym niż rzemieniem. Przeniosłam wzrok na strażnika. Właśnie brał zamach, więc niewiele myśląc, weszłam pomiędzy niego a młodą adeptkę.

Nim zauważył moje działanie, zakończony zadziorami bat pomknął w stronę przywiązanej, ale ja już stałam twardo w lekkim rozkroku, zasłaniając się jedynie przedramieniem odzianym w rękaw czarnego golfa. Zasłoniłam głównie twarz, bo stanowiła ostatni nienaznaczony bliznami element mojego ciała, a do tego oczywiście najbardziej newralgiczną część. Poczułam ból, gdy końcówka bicza zawinęła się z trzaskiem wokół kończyny, jednak wytrzymałam i zawinęłam skórzane narzędzie wokół nadgarstka, zamykając na nim również silny chwyt dłoni.

— Dość! — wrzasnęłam, szarpiąc ramieniem do dołu.

Niespodziewający się oporu – a już na pewno nie tak zdecydowanej reakcji – mężczyzna wypuścił z dłoni rączkę bicza, która z cichym trzaskiem upadła na bruk. Spojrzałam na oprawcę zdając sobie sprawę, że to właściwie gówniarz. Może był starszy ode mnie, ale nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat. Kiedyś takie stanowisko zajmowali ludzie nie młodsi niż trzydziestolatkowie, co stanowiło kolejny dowód na to, jak za rządów Iwana stoczyła się cała szkoła Baletnic.

— Co to ma znaczyć, obiekcie? — warknął młokos, najwidoczniej przypominając sobie o swojej wyższości w hierarchii. — Świadomie występujesz wobec przełożonego udzielającego kary?

— Przełożonego, czy kata? — spytała Roza, stając obok mnie. Jej śladem już szły kolejne dziewczyny z mojej grupy, co trochę krzyżowało mi szyki. Teraz musiałam myśleć nie tylko o sobie, ale i o ich bezpieczeństwie. — To tylko dziecko, a ty właśnie chciałeś ją skatować.

Na jego twarzy przez chwilę pojawiła się niepewność, ale stosunkowo szybko przywołał się do porządku. Wyprostował się i postąpił dwa kroki do przodu, mówiąc:

— Macie natychmiast odstąpić, to rozkaz.

— A pocałuj nas w… — zaczęła jedna z dziewczyn, ale podniosłam dłoń, aby ją uciszyć.

Nie przewidziałam, że staną za mną murem, narażając się na chłostę, głodówkę lub jakąkolwiek inną karę cielesną, bo właśnie to nam groziło. Najwidoczniej przeceniłam ich instynkt samozachowawczy, ale powinnam się tego spodziewać. Skoro ja wykazałam się brakiem zahamowania w tej materii, one uznały to za sygnał do okazania zakrawającej o głupotę odwagi. Facet po początkowym zdezorientowaniu już zdążył odzyskać rezon, toteż od razu wykorzystał amunicję, jaką tak ochoczo mu podrzuciłyśmy.

— Oto zaczątek jawnego buntu — powiedział, a każde z jego słów ociekało wręcz satysfakcją zakrawającą o mokry sen sadysty. Chyba tylko czekał, aż pojawi się okazja do chłosty i szukał pretekstu. W przypadku małej była to zupa, w naszym faktyczna i jawna niesubordynacja. — Zdajecie sobie sprawę z konsekwencji, jakie na was spadną, jeśli nie odstąpicie od właśnie realizowanego postępowania. Macie natychmiast ustąpić, inaczej zostaną wyciągnięte konsekwencje.

Dziewczyny nie ruszyły się z miejsca, widziałam już powoli kwitnący uśmiech na twarzy mężczyzny. Podjęłam decyzję. Wyprostowałam się i spojrzałam mu hardo w oczy. Powoli odwijając bat, dotychczas nadal zawinięty wokół mojej ręki, wydałam spokojne polecenie, które dziewczyny potraktowały niczym oczywisty rozkaz.

— Adeptki z grupy piątej, baczność — powiedziałam, a ledwie wybrzmiało to hasło, już kilkanaście par butów stuknęło służbiście o bruk. — Macie odstąpić na bok i sformować szereg wyrównany do prawej. To sprawa między mną a opiekunem. Nie mieszajcie się.

— Tak jest! — rozległo się krótkie stwierdzenie powtórzone przez kilkanaście gardeł w takiej synchronizacji, jakby mówiła jedna osoba.

Odwinęłam do końca bat i rzuciłam go pod nogi mężczyzny. Demonstracyjnie spojrzałam na ustawiające się w szeregu adeptki, obserwując je z mieszaniną ulgi i zadowolenia. Jeśli chodziło o ich bezpieczeństwo, rozwiązałam chociaż ten problem, a przy okazji dowiodłam ich dyscypliny. Szkoda tylko, że ktoś bystrzejszy od tego konkretnego strażnika mógłby odczytać ich zachowanie jako uległość wobec mnie, a nie wobec przełożonego w ogólnym tego słowa znaczeniu. Gdy ostatnia z szeregu wyrównała do prawej, odwróciłam twarz z powrotem w stronę mężczyzny. Nie wydawał się zadowolony z obrotu spraw, ale kto by się spodziewał innej reakcji po takiej demonstracji? Oczywiste, że rozsierdziłam go jeszcze bardziej niż na początku. Mimo to postanowiłam pójść w zaparte, odwrót nie leżał w mojej naturze. Nie tego nas uczono.

— To bestialstwo, aby karać dziecko batem za przypadkową niezdarność — powiedziałam, krzyżując ręce na piersiach.

— Nie ucz mnie, jak was karać! — krzyknął, tracąc nad sobą panowanie. Nie wiedziałam, jakim cudem ktoś go przyjął na to stanowisko, zdecydowanie nie przebijał inteligencją wyszkolonego do kąsania psa. — Jeśli to ścierwo ma się nauczyć szacunku…

— Co ma skatowanie dziecka do nauki szacunku? — Nie ustąpiłam, nie podniosłam głosu. Zdecydowanie lepiej dyskutować i podpuszczać kogoś wściekłego, samemu będąc spokojnym. — Czy to, że upuściła talerz, oznacza, że celowo cię zaatakowała? Nie. Jedyną jej przewiną mogła być nieostrożność, a za to należy się nagana lub upomnienie, nie kara cielesna. Tak przewiduje regulamin.

— Sram na regulamin! — wrzasnął w odpowiedzi, nie znajdując żadnego argumentu. — To ja decyduję, jaka kara jest słuszna i jaką karę otrzyma ta gówniara.

— Nie zamierzam obserwować linczu z boku. Jeśli chcesz ją wychłostać, najpierw musisz to samo zrobić ze mną.

— Skoro tak stawiasz sprawę, to zajmiesz jej miejsce — syknął, wykorzystując moje słowa na swoją korzyść. Chyba pod skorupą bestialstwa czaił się jakiś nieoszlifowany spryt. — Wedle tego twojego regulaminu, za wystąpienie przeciwko opiekunowi należy się od dwudziestu do pięćdziesięciu batów rozłożonych tak, aby karany przeżył i był zdolny do dalszej służby. Ty natomiast otrzymasz ich tyle, ile zdołasz wytrzymać bez omdlenia.

— To wbrew… — zaczęła Roza, ale uciszyłam ją spojrzeniem.

— Jeśli taka twoja wola — powiedziałam.

Byłam przygotowana na to, że trafię pod pręgierz, bo całe moje działanie prowadziło do kary za niesubordynację lub nawet bunt. Pewnie chciał usłyszeć mój krzyk, błagania, skomlenie o to, aby przestał. Nie zamierzałam jednak dać mu satysfakcji z zadawanego mi bólu, a przynajmniej nie dawać jej przez jak najdłuższy czas. Uczono mnie, jak znosić cierpienie.

Starając się nie spuszczać wzroku z twarzy mężczyzny powoli i niemal z namaszczeniem zdjęłam z siebie golf, który cisnęłam mu pod nogi. Zaraz po nim pozbyłam się podkoszulki i stanika, nic sobie nie robiąc z nagości czy poczucia zawstydzenia. Odarł mnie z tego uczucia w momencie, gdy rzucił mi w twarz wyzwanie, jakim było dobrowolne poddanie się chłoście.

— Odepnijcie tamtą gówniarę i zakujcie ją — powiedział, wskazując na dwie stojące w szeregu adeptki. Te spojrzały na mnie, szukając potwierdzenia i ruszyły dopiero po tym, gdy skinęłam głową. Pewnie nie uszło to uwadze młokosa, który przed chwilą podniósł bicz z ziemi, a teraz zaciskał na nim palce aż do zbielenia knykci.

Gdy dziewczyny odpięły małą, ta niemal upadła. Suzi, która przed chwilą mocowała się z zapięciem, w ostatniej chwili złapała dziewczynkę i podtrzymywała tak długo, aż ta stanęła na własnych nogach. W tym czasie druga adeptka – obiekt sto dwudziesty, pseudonim Koral – przejęła od niej zapięcie kajdan i zaczekała na zakucie mnie. Stanęłam twarzą do pręgierza i bez wahania podałam najpierw jeden, a potem drugi nadgarstek. Kajdany były na tyle wysoko, że wyciągnięte nad głową ręce miałam całkiem napięte, ale przynajmniej stałam na własnych nogach, a nie wisiałam.

— Nie ważcie się mieszać — syknęłam, nim odeszły.

Wzięłam głęboki wdech, wyciszając umysł i bodźce. Nadal czułam chłód jesiennego, niemal zimowego wiatru na skórze, nadal słyszałam dźwięki otoczenia, nadal widziałam kamień pręgierza, ale wszystko to zaczęłam usuwać ze świadomości. Zamknęłam oczy, nadając sobie maskę spokoju, iluzorycznie narzucając sobie wrażenie odcięcia ciała od duszy. Z uporem skoncentrowałam się na tym, aby kontrolować oddech. Wiedziałam, że nie mogę całkowicie odciąć się od bólu, jaki mnie czeka, ale mogłam udawać, że go nie czuję, a przynajmniej ignoruję.

Powietrze przeciął cichy trzask rozpędzającego się bicza. Zacisnęłam powieki, oczekując ciosu. Ten nadszedł, wyduszając mi tlen z płuc, rozchodząc się po skórze palącym uczuciem, załamując pode mną kolana. Skontrolowałam ponownie oddech, nie wydając najmniejszego jęku, przyjmując cios w ciszy. Na moje plecy spadł kolejny cios, przecinając je tym razem pod innym kątem. Zacisnęłam zęby, skupiając się na tym, aby nie zgubić rytmu głębokich wdechów i wydechów. Samokontrola była moją jedyną bronią wobec kolejnych uderzeń.

Raz za razem, szybciej lub wolniej, na moje ciało padały kolejne baty. Nie liczyłam ich, chcąc ignorować, jednak powoli moja maska pękała, tak jak skóra na plecach, zamieniona w siatkę pręg i otwartych ran. W ustach czułam smak krwi, bo w zapamiętaniu przygryzłam wargę, ale nie zdało to efektu na zbyt długo. Przy piętnastym, a może dwudziestym uderzeniu, moja siła woli skruszyła się doszczętnie. Z moich ust wydostał się najpierw jęk, a potem głośniejszy i bardziej nieartykułowany krzyk. A potem kolejny i kolejny. Każdy cios rozchodził się już nie tylko na skórze, ale i po kościach, wibrując w umyśle milionami tłamszących mnie igieł bólu. Całkowicie straciłam rachubę, ile razy oberwałam, zatapiając się coraz mocniej w jedyny bodziec, jaki odczuwałam. Nie pamiętałam, kiedy kolana załamały się pode mną na dobre i zawisnęłam bezwładnie na nadgarstkach. Nie pamiętałam, że kajdany wpijały się w kończyny, zadając rany nie mniej bolesne niż każda pręga z osobna. Stałam się jednym wielkim kłębowiskiem bólu.

To było jedyne, co pamiętałam przed stoczeniem się w ciemność.

Opublikowano
Kategorie Akcja
Odsłon 143
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!