Tajemnica Cloe Turner | Rozdział VI

Rzeczywistość powróciła do mnie wraz z falą bólu, a może to ból przywrócił mnie do rzeczywistości. Ocknęłam się na moment, szarpana cierpieniem na miliony kawałeczków, a potem znowu zapadłam w miękką nicość nieświadomości. Nie wiedziałam, ile czasu powracałam i zatracałam się w stanie na granicy świadomości, aż w końcu odzyskałam przytomność na dobre.

Pierwszym bodźcem, jaki dotarł do mojego ocuconego umysłu, była ogólna jasność, przebijająca się przez przymknięte powieki. Otworzyłam powoli oczy, aby zdać sobie sprawę, że leżę w skrzydle szpitalnym. Wszędzie poznałabym te białe, nienaturalnie sterylne jak na nasz ośrodek ściany wyłożone do połowy kafelkami, a od połowy pomalowane bladożółtą farbą. Po bójkach często tu zaglądałam, żeby opatrzeć poważniejsze rany. Najwidoczniej po chłoście ktoś mnie tu zabrał, ja przecież leżałam bez ducha i sama się nie przetransportowałam przez prawie całą długość kompleksu. Czyżby któryś strażnik? A może dziewczyny z grupy postanowiły się mną zająć? Ktokolwiek to zrobił, najwidoczniej nie byłam mu obojętna.

Poleżałam chwilę, przywołując ciało do ponownego funkcjonowania i spróbowałam się podnieść. Wsparłam się na łokciu, ale nim podniosłam się do pozycji chociaż półleżącej, poczułam przechodzący przez całe ciało spazm okropnego bólu, koncentrującego się głównie na skórze pleców. Syknęłam, a może nawet wrzasnęłam, opadając na szpitalny materac, zatapiając głowę w puchową poduszkę. Nieustające pulsowanie rozchodzące się w świeżych ranach zaćmiło mi umysł. Chociaż nie zemdlałam, to mdlące odczucie obezwładnienia ogarnęło mną na dłużej.

Leżałam na poranionych, ale opatrzonych plecach, bojąc się ruszyć. Wiedziałam, że następna próba skończy się takim samym cierpieniem, dlatego nie spieszyłam się z tym. Wpatrywałam się w zimną jarzeniówkę, migającą niezbyt rytmicznie tuż nad moim łóżkiem, wyciszając umysł i odsuwając myśli od nieprzyjemnego bodźca. Starałam się w ten sposób zebrać siły, podjąć kolejną próbę podniesienia się. Wzięłam głęboki wdech i znowu spróbowałam, tym razem najpierw przekręcając się na bok, a potem wspierając rękę o materac. Zdążyłam się zaprzeć, zagryzając zęby, kiedy nagle zgrzytnęły zawiasy.

Zastygłam w bezruchu, zaskoczona czyjąś obecnością. Na ogół higienistki odwiedzały sale tylko rano i wieczorem, w południe robił to lekarz, a w pozostałych godzinach kontrolowano tylko nagłe przypadki. Nie wiedziałam co prawda, jaka jest pora dnia, ale sądząc po pozostawionym świetle, mógł być już późny wieczór lub nawet głęboka noc. Czyżbym była aż tak pokiereszowana, że zakwalifikowano mnie do przypadku wymagającego intensywniejszej opieki?

— Nigdy nie uczysz się na błędach, co nie Sophie? — spytał łagodny, męski głos, a moje zaskoczenie ustąpiło.

Zmusiłam się do wsparcia o łokieć i powolnego wygięcia ciała tak, aby spojrzeć w stronę ściany prostopadłej do mojego łózka. W drzwiach stał postawny, ubrany w czarną bluzę z kapturem i tak samo ciemne spodnie mężczyzna. Nabite mięśniami ramiona i przeorana bliznami po nożu bojowym twarz nadawały mu wygląd nie tyle doświadczonego przez życie człowieka, co bardziej najgorszego zakapiora lub weterana jakieś misji. Uśmiechnęłam się do Stephana, naprawdę ucieszona jego wizytą. Wbrew aparycji, jak dla mnie pozostawał najmilszym i najczulszym facetem, jakiego dotychczas znałam.

— Jak widać nie potrafię — wychrypiałam przez zaschnięte gardło.

Mężczyzna podszedł do mojego łóżka i przysunął sobie stojące nieopodal krzesło. Ustawił je tyłem do mnie, po czym usiadł na nim okrakiem, wspierając ręce na oparciu.

— Co ci strzeliło do głowy, żeby stawać pomiędzy tym gówniarzem a adeptką? — ofukał mnie na wstępie, chociaż przez gniew przebijały też nuty troski. — Zapomniałaś już, co zrobił Iwan z Tianą, gdy przerwała karę skazanej za nią dziewczyny?

— A miałam pozwolić, żeby skatował to dziecko? — odparłam pytaniem na pytanie, po czym porządnie odchrząknęłam. Naprawdę miałam Saharę w ustach.

— Czekaj, nic nie mów. — Stephan wstał i wyszedł na chwilę z sali, aby wrócić z dzbankiem wody i kubkiem. Postawił je na szafce obok łóżka. — Spróbujemy cię podnieść, po pierwsze powinnaś zacząć ruszać mięśniami, a po drugie na leżąco mi się zachłyśniesz i tyle będzie.

— Nie jestem dzieckiem — warknęłam mimowolnie i zaparłam się obiema rękami, aby usiąść. Ledwo to zrobiłam, poczułam każdą niezasklepioną jeszcze pręgę i każdą otwierającą się ranę z osobna.

— Przede mną nie musisz grać twardzielki. — Stephan złapał mnie za ramiona i delikatnie podciągnął w górę. Nie powiem, żeby to był mniej bolesny sposób, ale przynajmniej faktycznie usiadłam. — Plecy to ty masz posieczone gorzej niż Chrystus przed ukrzyżowaniem, a nie zszywali cię i nie starali się za specjalnie z wysmarowaniem maścią przeciwbólową czy chociażby przyspieszającą gojenie, więc domyślam się, że przez dłuższy czas każdy ruch odezwie się w plecach.

Gdy puścił moje ręce, oparłam się o ścianę. Nie wytrzymałabym bez tego w pionie, napięcie skóry wywoływało nieprzyjemne odczucie. Mężczyzna sięgnął po szklankę, nalał wody i podał mi ją. Dopadłam wargami do zimnego szkła i chciwie wypiłam zawartość, nie zważając na krople spływające mi po brodzie i szyi. Ugasiwszy wstępne pragnienie, otarłam usta.

— Dzięki — powiedziałam, nadstawiając szklankę do ponownego napełnienia. — Przyszedłeś mnie zganić oficjalnie, czy prywatnie?

— Oficjalnie to by przyszedł Iwan — stwierdził trochę spokojniej. — To twoja czwarta interwencja przeciwko łamaniu regulaminu. Tym razem skutecznie zwróciłaś uwagę na to, że strażnicy popuścili sobie pasa w tej kwestii.

Zatkało mnie. Faktycznie już kilka razy zdarzało mi się wchodzić w paradę w podobnej sprawie. Raz chodziło o zaogniony spór między adeptkami, kiedy to strażnik kazał im się bić w celu rozstrzygnięcia, której ostatecznie przyznana zostanie słuszność. Potem weszłam w rolę mediatora między innym strażnikiem a dziewczyną z mojej grupy, którą chciał wykorzystać pod pretekstem spóźnienia na trening wytrzymałościowy. Na szczęście przekonałam go, że cała grupa odpowie za to przewinienie i chociaż ona uniknęła cielesnego zbliżenia z prawie pięćdziesięcioletnim prowadzącym. Kilka razy brałam też winę za czyjeś błędy, ale poważniejszą konfrontacją – jeszcze przed chłostą – było zastąpienie trzynastoletniej adeptki podczas zajęć z rzucania nożami. Prowadzący specjalnie celował tak, aby ją zadrapać, więc przerwałam mu to w kilku ostrych słowach. Za karę to mnie postawił na jej miejscu i rozharatał mi lewe udo oraz obie ręce w paru miejscach. Czyżby ostatecznie to wszystko nie poszło na marne?

— Czyli rada pochyli się nad tą sprawą? — spytałam w końcu z mieszaniną niedowierzania i ulgi.

— Niestety pohamuję twój entuzjazm — odparł, siadając ponownie na krześle. — Kiedy trafiłaś do skrzydła, Iwan rozeznał się w sprawie i uznał, że chłosta za wylaną zupę to faktycznie zbyt duże nadużycie. Przyznając ci rację, musiał wyciągnąć jakieś konsekwencje. Tamtego chłystka najpierw publicznie sprawił batem, chociaż mniej brutalnie niż on ciebie, a potem usunął go ze stanowiska z wilczym biletem. Podobno kwestia kar cielesnych ma zostać na nowo usankcjonowana regulaminem, ale nadal nie zmieniło się zbyt wiele.

— Nadal? — Uniosłam brwi. — To ile ja tu leżę, skoro mówisz to z takim zawodem.

— Coś koło czterech dni — powiedział. — Wiem, niewiele czasu na zmiany, ale za kadencji Ilerii…

— Nie kończ — syknęłam, upominając go niczym mojego rówieśnika, a nie przełożonego. Czasem się zapominałam, że dzieli nas spora przepaść w hierarchii. — Ściany mają uszy, szczególnie w tym skrzydle.

— Masz rację — zgodził się z przekąsem, po czym zmienił temat. — Postaram się, żebyś została tutaj aż się wygoisz albo przynajmniej ból zelżeje do znośnego poziomu. Nie wiem, jak długo pozwolą ci na odpoczynek, ale korzystaj z tego do oporu. Nie wszystkim spodobała się twoja interwencja, mogą cię z tego powodu mocno docisnąć. — Sięgnął do mojej dłoni i delikatnie pogładził ją kciukiem. — Tymczasem potrzebujesz czegoś? Przysłać ci z dormitorium coś do czytania, zeszyty, cokolwiek osobistego?

— Jeśli będą chcieli mnie wypisać, zagryzę zęby i pójdę — rzuciłam na odczepne, chociaż w duchu naprawdę cieszyłam się, że Stephan zaproponował dłuższy pobyt. Z doświadczenia wiedziałam, że po bacie rany lubiły się babrać nawet do kilku tygodni. — Ale gdybyś mógł przysłać mi jakąś książkę…

— Więcej nie mów, zaraz pójdę po wszystkie egzemplarze Tolkiena. — Uśmiechnął się, wstając. Nie zdziwiło mnie, że pamiętał, co najbardziej lubię czytać. Znał mnie prawdopodobnie lepiej niż dziewczyny z mojej grupy. — Ya seychas vernus, moya malen’kaya Sofi. [1]

— Khorosho, dyadya. [2] — Również się uśmiechnęłam. Niewielu mówiło do mnie po rosyjsku, chociaż uczyliśmy się tego języka. Tylko on wiedział o moim sentymencie spowodowanym słowiańskimi korzeniami.

Kiedy Stephan wyszedł, przymknęłam oczy i oparłam głowę o ścianę. Nie powiem, czułam pewną satysfakcję, że moje działanie nie poszło na marne, ale nie liczyłam na wiele. Spodziewałam się raczej, że dalsze sprawy rozejdą się po kościach, a Iwan zapomni o problemach z regulaminem czy nieprawościach swoich strażników. Nie łudziłam się, znałam go od dawna i doskonale wiedziałam, że ma w sobie więcej z psychopatycznego despoty niż trzymającego dyscyplinę przywódcy.

Co innego Stephan. On był opanowany, zawsze kierował się ustalonymi regułami, a przede wszystkim pozostawał konsekwentny i posłuszny przełożonym czy regulaminowi. Czasem nawet do bólu, czego dowodziły liczne blizny na jego ciele. Przelewał to posłuszeństwo na innych, nigdy nie słyszałam, żeby ktoś nie wykonał jego polecenia czy mu się postawił. Nie mogłam ręczyć za wszystkie adeptki, ale grupa piąta zawsze traktowała go z szacunkiem, wysłuchując tak rozkazów, jak i próśb czy sugestii. Zresztą, on też traktował nas dobrze, nawet jeśli wymagał dyscypliny graniczącej z bezwolnym posłuszeństwem, robił to dla naszego dobra, chcąc nauczyć prawidłowego postępowania wobec wszystkich przełożonych. Jako jedyny w tym ośrodku zachowywał się jak opiekun, a nie sadysta. A dla mnie był szczególnie ciepły, bo łączyła nas więź, wykraczająca poza te mury.

Od samego początku traktował mnie trochę lepiej niż inne adeptki i szczególnie przez pierwszy rok dało się to wyraźnie zauważyć. Kiedy zaczynałam naukę, tęskniłam za domem, po kryjomu nawet płakałam z nadmiaru emocji lub bólu tak psychicznego, jak i fizycznego. On zawsze to wiedział, jakimś cudownym sposobem odgadywał moje odczucia i wspierał na różne sposoby. Kiedy byłam po kontuzji, a przez jakiś czas prowadził wszystkie nasze zajęcia, to odpuszczał całej grupie i zmniejszał tempo lub wymagania. Gdy mijaliśmy się na korytarzu, zawsze rzucał mi uśmiech lub jakieś miłe słowo. Raz, kiedy przyłapał mnie ze łzami na policzkach, otarł je i pomógł mi się uspokoić. Dopiero, gdy opuściłam grupę zerową, postarał się stonować nasze relacje na tyle, aby nikt nie zarzucił nam jakichś zbyt zażyłych znajomości. Mimo to mogłam liczyć na jego wsparcie i radę zawsze, nawet jeśli graniczyło to z nagięciem lub złamaniem regulaminu. Prawdopodobnie to jemu, a nie wychowaniu Ilerii Moon, zawdzięczałam zachowanie w sobie człowieczeństwa, a przynajmniej własnych wartości. Czasem, gdy byliśmy sami, pozwalałam sobie na więcej spoufałości i mówiłam do niego wujku, jak w dzieciństwie. Jak wtedy, gdy przyjaźnił się z moim ojcem.

Wiedziałam, kim był, bo rozpoznałam go już w dniu, w którym przyjechałam tu z Iwanem. Doskonale pamiętałam nagłą ulgę, gdy zobaczyłam znajomą twarz i ponowny strach, kiedy Stephan nakazał mi nikomu nie mówić o naszej wspólnej przeszłości. Długo żyłam w przeświadczeniu, że może to przypadek, ale w moje jedenaste urodziny wyznał mi, że wcale tak nie było. To on wygadał kiedyś ojcu, że pracuje w wywiadzie i pomaga formować kobiecą jednostkę. To przez niego ojciec natrafił na Baletnice i namiary do Iwana. Poniekąd to on odpowiadał za to, że mnie sprzedali.

Początkowo byłam o to wściekła, zraniona po raz kolejny przez kogoś, kogo traktowałam jak swoją jedyną ostoję. Potem zaczęło mi przechodzić, a złość ustąpiła przed zrozumieniem, a nawet przebaczeniem. W końcu nie przyprowadził Iwana do mojego domu, nie zmusił mojego ojca do podpisania takiego kontraktu, do oddania mnie. Nawet nie myślał, że taka wzmianka rzucona przy kielichu cokolwiek zasugeruje. A nawet jeśli celowo wyszukiwał takich jak mój ojciec, desperatów gotowych pozbywać się swoich córek za kilkanaście tysięcy, co mogłam na to poradzić? Obrazić się i porzucić ostatnią bliską mi osobę, odwrócić się od dobrego, czułego człowieka? Nie tylko serce, ale i zimna kalkulacja dowodziły, że takie postępowanie byłoby samobójstwem, a przynajmniej bardzo głupim ciosem, zdolnym mnie osłabić. Wolałam więc o tym zapomnieć, wykasować z naszej relacji, wybaczyć i przejść dalej. Stephan jednak czasem dawał do zrozumienia, że chociaż ja przeszłam nad tym do porządku dziennego, on sobie tego nie wybaczył. Najwidoczniej spośród wszystkich grzechów, ten doskwierał jego sumieniu najbardziej.

Otumaniające zamyślenie przeszło w senność, a ta w krótką drzemkę tak płynnie, że nawet tego nie zauważyłam. Ze stanu spoczynku wyrwał mnie uginający się materac i czyjaś delikatna dłoń, dotykająca mojego ramienia. Otworzyłam oczy. Tuż przed swoją twarzą ujrzałam łagodne rysy i subtelny uśmiech Rozy.

— Obudziłam cię? — spytała cicho, jakby nie chciała zwrócić na siebie niczyjej uwagi. — Przepraszam, myślałam, że tylko przymknęłaś powieki.

— Nic się nie stało — odparłam równie cicho. Nocne wizyty innych adeptek były obwarowane kilkoma warunkami, a wątpiłam, że Roza je spełniła. — Jak się tu dostałaś?

— Stephan mnie przemycił, mam tylko chwilkę — wyjaśniła. — Przyniosłam ci książki, które miałaś w szafce i ostatnie tematy zadań grupowych, abyś się z nimi zapoznała. Notatkami się nie martw, przepisujemy ci z dziewczynami najważniejsze rzeczy z zajęć teoretycznych.

— Dziękuję, ale nie kłopoczcie się tym zbytnio. — Sięgnęłam do jej dłoni i splotłam nasze palce. Lubiłam czuć ciepło i miękkość jej skóry. — Niedługo powinnam dojść do siebie.

— W to nie wątpię, jesteś twarda — odparła, po czym wyszczerzyła zęby w zawadiacki sposób. — Nie tylko naszej grupie zaimponowałaś. Połowa adeptek szemrała przez jakiś czas po kątach o tym, co odjebałaś.

— Chłosta jak chłosta. — Chciałam wzruszyć ramionami, ale zaprzestałam w pół ruchu. — Może okoliczności inne…

— Chłosta też inna — przerwała mi. — Naliczyłyśmy czterdzieści pięć uderzeń, nim odleciałaś na dobre. Jak osłabłaś na tyle, że przestałaś krzyczeć, facet jeszcze kilka razy uderzył, dopiero wtedy zemdlałaś. A pewnie dalej by tłukł, gdybym nie pobiegła po Stephana.

— Miałyście się nie mieszać — syknęłam.

Gdyby uznano moją chłostę za słuszną, jej interwencja zostałaby okrzyknięta bezczelnością i także ukarana batem. Właśnie tego chciałam uniknąć, kiedy kazałam im stać z boku i nie interweniować.

— Waliłby tak długo, aż zostałby z ciebie ochłap mięsa, a nie żywy człowiek! — Uniosła głos, wyrywając rękę z mojego uścisku. Odsunęła się, najwidoczniej dotknięta do żywego. — Nie mogłam pozwolić, żeby stało ci się coś gorszego. I tak ledwo żyłaś, a ja… Nawet nie chcę myśleć, jak to wszystko mogło się skończyć! Ty bez zająknięcia zgrywałaś bohaterkę, bardzo głupio ryzykując zdrowiem, a może nawet życiem. Nie mogłam cię tak zostawić.

— No już, już. — Z wysiłkiem przesunęłam się po materacu, zwieszając nogi na podłogę. Chciałam do niej wstać i ją przytulić, ale powstrzymał mnie ból. To Roza dopadła do mnie i objęła, wtulając twarz w moje ramiona. Odwzajemniłam gest, klepiąc ją lekko po plecach. Z nas dwóch ona nie kryła emocji zbyt dobrze, szczególnie kiedy byłyśmy same. Ja wolałam nie pokazywać wzruszenia jej zachowaniem i przyjemnego odczucia ciepła, rozlewającego się po mojej duszy od chwili, w której tylko zobaczyłam przyjaciółkę w swojej sali. — Nie powinnam się tak odwdzięczać za uratowanie mi dupska, przepraszam.

Roza nie odpowiedziała, przez chwilę tuląc się w ciszy. Nie odtrącałam jej, czerpiąc niemałą przyjemność z tej bliskości, ogarniającej nasze ciała. Może gdybym potrafiła to jakoś nazwać, odkryłabym wtedy, że Roza niekiedy mnie pociągała, ale wolałam wówczas widzieć w niej tylko bliską przyjaciółkę, a nie obiekt głębszych uczuć. W końcu dziewczyna puściła i odsunęła się na długość ramion.

— Odpoczywaj i wracaj do zdrowia. Nie wiem, czy uda mi się jeszcze przyjść, ale na pewno wpadnę po ciebie w dniu wypisu. Będziemy na ciebie czekać. — Usłyszałyśmy ciche pukanie we framugę uchylonych drzwi. — To Stephan, muszę już iść.

— Leć i nie rób nic głupiego. — Uśmiechnęłam się, puszczając ją. — I pilnujcie się nawzajem, dopóki nie wrócę.

— Tak jest. — Zasalutowała ze śmiechem, po czym wyszła.

Kiedy zamknęły się za nią drzwi, starłam z twarzy uśmiech. W tym miejscu nasza relacja mogła być zarówno wspaniałym lekiem na ból i okrucieństwo, jak i słabym punktem wykorzystanym przeciwko nam. Wolałam nie myśleć, jak wiele możliwości stwarzało to naszym rywalkom i radzie. Przecież żyłyśmy w watasze szaleńców, a nasza ukryta natura stanowiła dla takich idealną pożywkę.

[1] Zaraz wracam, moja mała Sophie.

[2] Dobrze, wujku.

Opublikowano
Kategorie Akcja
Odsłon 470
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!