Tajemnica Cloe Turner | Rozdział VII

Horacy odebrał mnie od Sary i od razu zawiózł do domu, jakbym była podpitą nastolatką, a nie jego trzydziestoletnią żoną. Oczywiście zgodnie z tym podejściem ofukał mnie, że wypiłam więcej niż powinnam, ale puściłam to mimo uszu. Wiedziałam, że w ten sposób okazuje swoją miłość, chociaż czasem przesadzał, traktując mnie z wyolbrzymioną troską. Przywykłam do tego i często ignorowałam, ale tym razem nie protestowałam, gdy kazał mi pójść niezwłocznie pod prysznic i do łóżka. Zrobiłam to z miłą chęcią, a on w tym czasie zajął się rozpakowaniem zakupów. Nie byłam pijana, jednak szumienie w głowie połączone z ogólnym zmęczeniem zrobiło ze mnie nieprzydatny wrak. Zanim mój mąż przyszedł do sypialni, ja już spałam w najlepsze, co dawno się nie zdarzyło.

Rano przebudził mnie delikatny pocałunek w policzek, którego ulotność wydawała mi się zaledwie wspomnieniem snu. Uśmiechnęłam się sennie, jednak nie potrafiłam otworzyć oczu, aby odwzajemnić pożegnanie. Gdy obudziłam się na dobre, Horacego już dawno nie było, za to na etażerce obok mojej części łóżka leżała kartka, przygnieciona aktualnie czytaną przeze mnie książką. Wsparłam się na łokciu i sięgnęłam po notatkę, aby ją odczytać. Przebiegłam wzrokiem po niezbyt starannym piśmie męża i uśmiechnęłam się lekko, rozczulona treścią tekstu. Życzył mi miłego dnia i nakazał nie przesiadywać zbyt długo przy papierach. Tego nie miałam zamiaru obiecywać, termin oddania książki do redakcji był coraz krótszy.

Opadłam na moment z powrotem na poduszkę, zastanawiając się, co zrobię z wolnym dniem. Chociaż w sumie czy można tak nazwać dzień pisarza? Jesteśmy na samozatrudnieniu, równie dobrze każdy mój dzień mógłby być dniem wolnym. Niezależnie od nazewnictwa, na pewno musiałam zająć się tymi samymi, niebywale nudnymi obowiązkami domowymi, wypadało również zabrać się za porzuconą wczoraj korektę, a może przygotować też coś na wieczór. W końcu była niedziela, a Horacy powinien skończyć wcześniej. Mogliśmy to wykorzystać na wiele sposobów i tylko kilka z nich zakładało pozostanie w ubraniach.

Ułożywszy wstępny plan, odrzuciłam kołdrę i poprawiłam sponiewieraną pościel, ścieląc ją starannie na później. Gdy się z tym uporałam, przebrałam się w getry, luźną koszulkę i rozpinaną bluzę, po czym poszłam na krótki bieg po okolicy. Jeżeli chciałam zadbać o inne aspekty, musiałam zadbać także o siebie.

Przebieżka nie była długa, obiegłam główną ulicę od pierwszego do ostatniego zabudowania w rozstrzelonym na jakieś dwa kilometry osiedlu i wróciłam. Nie zajęło mi to więcej niż pół godziny, co uznałam za całkiem dobry wynik. W domu poszłam pod prysznic, a potem, z włosami zawiniętymi w ręcznik, uraczyłam się małym śniadaniem i niemal półlitrową kawą. Dopiero wtedy zabrałam się za porządki, które umiliłam sobie muzyką puszczoną z masywnych głośników w salonie. W końcu, gdy cały dom był doprowadzony do względnego porządku – a była już godzina dwunasta – poszłam na górę, do gabinetu.

Z westchnieniem zamknęłam za sobą drzwi pomieszczenia, które stanowiło dla mnie zarówno oazę spokoju, jak i pokój tortur, po czym opadłam na fotel. Czekając, aż włączy się laptop, przejrzałam leżące na biurku papiery. Po posegregowaniu niektórych z nich, mój wzrok padł na kopertę, którą dzień wcześniej przekazał mi Horacy. Podczas wczorajszego sprzątania zaniosłam ją tutaj, a potem zapomniałam o jej istnieniu.

Zawahałam się, sięgając po nią. Co prawda miałam zabrać się do pracy, ale przeczytanie listu przysłanego przez fana mogło dodać mi więcej zapału do pisania. Zawsze milej siedzieć przy nużącym zadaniu wiedząc, że komuś przyniesie to trochę radości. Nie zastanawiając się dłużej, sięgnęłam po kopertę i rozdarłam górną krawędź przeznaczonym do tego nożykiem, stojącym w przyborniku na długopisy.

Gdy wyjęłam i rozłożyłam znajdującą się wewnątrz kartkę, nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Znałam to równe pismo. Każdy zawijas, każde załamanie, każde kółko zamiast kropki. Tyle razy obserwowałam smukłą dłoń, dzierżącą długopis i stawiającą kolejne fantazyjne litery, że nawet teraz potrafiłam przywołać ją z pamięci i wyobrazić sobie, jak pisze te słowa. Wśród adeptek miała tak charakterystyczne pismo, że nie mogłabym jej zapomnieć.

Zapatrzona w litery, początkowo nie zaznajomiłam się z treścią, po prostu patrzyłam jak urzeczona, znowu uderzona powiewem przeszłości. Chociaż nie, tym razem to był oddech bestii, zaciskającej powoli szpony wokół mojego serca. Czułam gdzieś w głębi duszy powoli kiełkujący strach, czy może niesprecyzowaną jeszcze obawę. Miałam złe przeczucie, przesuwając po raz kolejny spojrzenie na pierwsze linijki tekstu.

Do obiektu siedemnastego z rocznika czterdziestego, pseudonim Hagia Sophia.

Sophie, czy jak się teraz nazywasz Cloe Turner, piszę najzwięźlej, jak potrafię i mam nadzieję, że nikt nie przechwyci wiadomości przed Tobą. Dla pewności osobiście wrzucę Ci ją do skrzynki. Nie powinnam tego robić, ale zaryzykuję przez wzgląd na nasze dawne relacje.

W zarządzie i radzie wrze. Ktoś powiązał Twoje publikacje z wydarzeniami z akademii. Są na Twoim tropie i lada dzień mogą odnaleźć Twoją dokładną lokalizację. Skoro ja to zrobiłam zaledwie w godzinę, oni może nawet już to odkryli i moje ostrzeżenie nie dotrze na czas. Wiedzą już, pod jakim nazwiskiem się ukrywasz, teraz zbierają informacje i wiesz, że rozliczą się z Tobą wedle regulaminu Baletnic, a może nawet gorzej. Udawało Ci się ukrywać od dawna, ale w końcu powiązali fakty.

Skoro i tak ryzykuję głową, w kopercie dołączam klucz do skrytki, na nim wygrawerowano jej lokalizację. Nie wątpię, że zostawiłaś sobie coś z podstawowego wyposażenia, ale to może Ci się przydać. Nie wiem, co planuje zarząd, ale najpewniej obie domyślamy się, że bez rozlewu krwi się nie obędzie. Zbyt wiele wstydu kosztowała ich Twoja ucieczka, którą skrycie podziwiam.

Gdy już na dobre zapoznasz się z treścią, spal list. Myślę, że nie musiałam Ci tego przypominać, ale wolę to podkreślić.

Podpisane

obiekt trzynasty z rocznika czterdziestego pierwszego, pseudonim Roza.

Odłożyłam, a wręcz rzuciłam kartkę na biurko. W pierwszym odruchu uznałam to za głupi dowcip. To nie mogła być przecież prawda! Dziesięć lat. Dziesięć cholernych lat i mieliby trafić na mój ślad? Rok, dwa lata, jeszcze rozumiem, ale dekadę później? Ślady powinny być już zatarte, a przynajmniej trudniejsze do prześledzenia.

Sięgnęłam lekko drżącą ręką po kartkę i przesunęłam wzrokiem po tekście jeszcze raz. Mogłabym na siłę naciągnąć, że pismo po prostu jest podobne, ale kto miałby zrobić taki żart i dlaczego? I skąd miałby wiedzieć to wszystko?! Dokładny rocznik, pseudonim, numer… Kurwa mać, przecież zadbałam o to, aby mnie nie namierzyli, a książki opatrywałam taką dozą fikcji, żeby ktoś ich przypadkiem nie połączył. A jednak, trafili na mnie. Pokusiło mnie wydać swoją przeszłość jako publiczne dzieło, niczym skończona idiotka zaserwowałam się jak na talerzu! Poczułam się zbyt pewnie, opuściłam gardę, a przecież powinnam wiedzieć, że nigdy nie odpuszczą. Na własne życzenie kusiłam los i teraz miałam za swoje. Zarząd nigdy nie darował uciekinierkom, a co dopiero komuś, kto tak ich upokorzył, uciekając już po zakończeniu etapu adeptki i ukrywając się niebywale długo, jak na ściganą Baletnicę. Na samo wspomnienie tego słowa poczułam skurcz w żołądku.

Baletnice, elitarna jednostka wywiadowcza, tajny organ rządowy. Szkoła, która miała za zadanie wyszkolić dziewczynki na agentki, dowódców, szpiegów i cholera wie na kogo jeszcze. Dla mnie zwykła wylęgarnia socjopatycznych morderczyń. Na adeptki wybierano ładne, dobrze ułożone, stosunkowo silne i dość bystre ośmiolatki, poddawano je treningowi, indoktrynacji i wieloletniemu szkoleniu, aby uzyskać idealnie posłuszne dowództwu marionetki, a jednocześnie zdolne do samodzielnego myślenia kobiety. Zabierano sieroty i skupowano dzieci z biedniejszych rodzin niczym surowiec, a nie ludzkie istoty. Zarząd zawsze mówił, że to szansa na lepsze życie. Dla niektórych może i tak było, ale okupiły to zniszczoną psychiką i codziennym obcowaniem z bestialstwem, doświadczaniem bólu, cierpienia, upokorzeń. Nie wszystkie miały tyle szczęścia, co ja. Nie wszystkie zachowały własne wartości, nie wszystkie potrafiły się stamtąd wyrwać, odnaleźć w innych realiach… O ile w ogóle przeżyły. Sama w czasie szkolenia powstrzymywałam kilka ucieczek i doskonale wiedziałam, jak się kończyły.

Przymknęłam na chwilę oczy, odchylając się na oparcie fotela. Panika nie była wskazana nigdy, a szczególnie w tej sytuacji. Musiałam się uspokoić, nie mogłam sobie pozwolić na jeszcze większe błędy. Spróbowałam się skoncentrować, przeanalizować swoje położenie. Wyciągnięcie odpowiednich wniosków powinno dać dobrą podstawę do dalszych kroków.

Pomyślałam o źródle obecnego zamętu, czyli o liście. Właściwie, jeżeli był prawdziwy, to wcale nie musiał przedstawiać czystych intencji, wręcz przeciwnie, mógłby stanowić podpuchę, która miała zmusić mnie do chaotycznych działań. Czego by wtedy oczekiwali? Zmiany nazwiska, ucieczki, całkowitego porzucenia obecnego wizerunku. Jeśli nie chciałam zwrócić na siebie uwagi, musiałam postępować rozważnie, a przede wszystkim nie pokazać, że cokolwiek wiem. Tak mnie wyszkolono, w końcu zimnej kalkulacji uczono mnie od dziecka. Baletnica nie mogła dać się ponieść emocjom, musiała zapomnieć o strachu, okiełznać instynkt ucieczki i przekuć go w wolę walki. I dokładnie to zamierzałam zrobić.

Przetrząsnęłam jeszcze kopertę i znalazłam tam wspomniany klucz. Nie patrząc na niego zbyt dokładnie, wrzuciłam go do szuflady, po czym wstałam, podnosząc list i rzucając na niego ostatnie spojrzenie. A może faktycznie nikt na mnie nie dybał, tak jak pomyślałam na samym początku? Stałam przez chwilę, walcząc z tą myślą, ale pokręciłam głową, zaprzeczając samej sobie. Musiałam zapomnieć o głupiej nadziei i brać pod uwagę najgorszy, a jednocześnie jedyny możliwy scenariusz. Wiedziałam, że muszę w razie konieczność zerwać maskę, jaką przybrałam w ciągu życia jako Cloe Turner i być gotową na to, aby obnażyć przed światem zewnętrznym twarz, którą tak starannie usiłowałam ukryć. Twarz potwora, którego codziennie rano zamykałam na dnie duszy i co noc widziałam w snach.

Opublikowano
Kategorie Akcja
Odsłon 173
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!