Ani z Kotem, ani przeciw Kotu – 1.”Słaby Miot” cz.1

“Słaby Miot”

  Ocknęła się, nabierając w płuca głęboki haust powietrza. Znów była przytomna, żywa, wiedziała to, czuła głęboko w trzewiach. Ten przeraźliwy ból nie mógł kłamać. Nie było to jednak oznaką słabości. “Jeśli boli, to znaczy, że bogowie wciąż mają powody, by trzymać cię na tym zapyziałym świecie. Może cierpienie czegoś cię nauczy, może jest to plan na życie, bo tylko w bólu żyje się prawdziwie.” Te słowa dudniły w jej głowie, obijały się o ściany czaszki, niczym serce dzwonu, w kółko i w kółko rozsiewając wokół tę samą melodię. Tak. Była pewna, że wydarzenia z ostatnich tygodni miały jakiś cel, w którym odgrywała ważną rolę, ale czy mogła nazwać to szczęściem? A może pechem i niefartem? Rwący ból przeszył jej ciało, gdy tylko spróbowała się poruszyć. Stawy paliły, ścięgna zdawały się ciągnąć, a kończyny jakby z kamienia, ciężko było wykonać jakikolwiek ruch. Ile spała? Kilkanaście minut? Godzin? Dzień czy dwa? Odważyła się na próbę powolnego otwarcia oczu, ale czując nieprzyjemne mlaśnięcie zimnego, klejącego się do powiek, jak i do reszty ciała, mokrego od potu materiału, zaniechała dalszych starań. Może gdyby tylko ktoś był w pobliżu… A co jeśli był? Na tę jedną myśl, dziewczynkę przeszedł zimny dreszcz. Wyobrażenie postaci, stojącej nad nią i obserwującej jak się męczy z nabraniem w usta najmniejszego oddechu, graniczyło z horrorem. Stres dopadł jej drobny organizm, potęgując adrenalinę. Serce zaczęło pompować krew szybciej i szybciej, ciało wygięło się w łuk, zachłannie łaknąc powietrza, mając wrażenie, że się zaraz udusi.

  Cienkie płótno poderwało się nagle do góry, odsłaniając drobną, wątłą, wychudzoną sylwetkę w luźnym, chłopięcym odzieniu. Zimne powietrze wczesnego poranka liznęło przemoczone ciałko dziecka, niosąc ze sobą gęsią skórkę, która natychmiast zaatakowała trupio bladą cerę małej. Nie była na niej cienia rumieńca, a mimo to była jak najbardziej żywa, wciąż jeszcze ze śladami krwi pod nosem.

  – Na bogów…

  Niski, męski głos niedowierzania skłonił dziewczynkę do ponowienia próby i tym razem, w końcu otworzyła oczy. Pośród sklejonych, jaśniutkich rzęs, dało się dostrzec zielone tęczówki i zwężające się pod wpływem drażniącego światła, okrąglutkie źrenice, tak bardzo inne od tych, które dostrzegła nad sobą. Ostre promienie słoneczne zakłuły gdzieś głęboko w oczodołach, nasuwając mroczki w zewnętrznych kącikach. Zamrugała więc kilkukrotnie, mierząc się z dyskomfortem, by w końcu normalnie unieść spojrzenie na dręczące ją cienie nie jednej, ale trzech sylwetek, z których każda była męska, postawna w ramionach i szczupła w biodrach. Przyglądały się żółtymi ślepiami, niczym zjawy z koszmarów, niebezpiecznie ciekawskie i szczwane.

  – Udało się? – zagaił jeden, pochylając się nad leżącą.

  – Pytasz jakbyś robił to po raz pierwszy.

  – Pff. Gdyby pozostałe zazwyczaj przeżywały, to bym nie pytał.

  – Przeżywałyby, gdyby nie dżuma, Derano.

  – Bez dżumy było tak samo…

  – Morda. – warknięcie trzeciego skutecznie uciszyło pozostałą dwójkę.

  Poznała jego głos, pamiętała go jeszcze z pierwszego dnia – był najstarszym tutaj, w twierdzy. Pewnie dlatego reszta natychmiast zachowała swoje dalsze uwagi dla siebie, bez zbędnego burczenia. Tej dwójki stojącej z boku nie kojarzyła, nie znała starszych adeptów, będąc bez przerwy faszerowana unikalną mieszanką grzybów, mchów, traw i ziół, po której sama przestała orientować się w tym co robiła i co mówiła. Traciła rachubę czasu i kontrolę nad własnymi emocjami, nad wybuchami agresji. Czuła się jak w jakimś transie. Podobno wszyscy jej rówieśnicy przez pierwsze tygodnie byli tak otumaniani, większość nie przetrzymywała pierwszych czternastu dni tej morderczej diety. Do tego dochodziła szalejąca epidemia dżumy, która z pewnością przez wieki będzie rozpamiętywana, jako najważniejsze wydarzenie 1137 roku, na Kontynencie. Bóle wątroby, kłucie w sercu i zawroty głowy były podczas pierwszej Próby na porządku dziennym. Zwali ją “Wyborem”. Całe szczęście ta i kolejna były już za nią. Przeżyła “Próbę Traw”.

  – Pokaż no się, młoda.

  Mężczyzna ujął w dłonie wysmukłą twarz ośmiolatki i począł badać szorstkimi palcami węzły chłonne, tarczycę, uciskać sine, podkrążone oczodoły. Zwykła, rutynowa kontrola, konieczna, jeśli zależało im na młodych uczniach, o których w tych czasach było coraz trudniej. Dziewczynka miała teraz okazję przyjrzeć się twarzy swojego opiekuna, nie wysilając przy tym spojrzenia. Pierwszą rzeczą, przyciągającą spojrzenie, były charakterystyczne, żółte ślepia o pionowej źrenicy, jak u kota czy węża. Bystre i czujne, cała trójka takie miała, podobnie jak starsi adepci, którzy mieli już za sobą trzecią Próbę. Ona też na to zachoruje? No bo jak inaczej nazwać przemienianie młodych chłopców w potwory? Tak ich nazywali u niej we wsi – potworami, mutantami, ale to czym się zajmowali nosiło inne miano. Mężczyzna miał też siwą brodę, pod kolor włosów, ciasno spiętych w kucyk. Zmarszczki wskazywały na podeszły wiek, którego nawet najstarsi nie dotrzymywali. Ale on trzymał się nadzwyczaj dobrze, będąc wciąż wyprostowanym i żwawym… dziwne. Wielkie łapska przeniosły się wpierw na wychudzony brzuch, by po dłuższej chwili skupić uwagę na drobnych nadgarstkach blondynki, owiniętych przesiąkniętymi już krwią bandażami. Przyjrzał się im, pomacał miękką tkankę, świeżo zszytą, aż wzdrygnęła się ledwo powstrzymując od piśnięcia. Całe szczęście nie naciskał dłużej.

  – I co? – odezwał się Derano, wysoki czarnowłosy, wyczuwając w końcu moment, w którym mógłby kontynuować przerwane rozważania. – Wylew wewnętrzny, światłowstręt i błędy układu nerwowego?

  – Wręcz przeciwnie.

  Młodsi wiedźmini w jednej chwili zdębieli. Spojrzeli po sobie z niedowierzaniem, by natychmiast po tym wbić kocie oczy w leżącą na twardym, drewnianym kojcu uczennicę. Pierwszą była, która nie zmarła im na stole. Pierwszą z dziewcząt… i oby nie ostatnią.

  – Zabierzcie ją, niech się wyrzyga i umyje. Krispin, zmienisz jej opatrunki. Będziemy kontynuować dietę na Zmiany.

  – Poczekajże! – fuknął zgarbiony nauczyciel alchemii, chwytając za ramię, szykującego się już do wyjścia, siwego. Ten tylko spojrzał na niego czujnie. – Daj sobie z tym spokój, to nigdy nie wychodziło.

  – Dlaczego mam nie dać jej szansy? Chyba chciałbyś zobaczyć zazdrość w oczach innych cechów, gdyby się o niej dowiedzieli…

  – Kurwa, Boromir! Ona do końca tygodnia będzie już martwa.

  Boromir uśmiechnął się do przyjaciela po fachu, parsknąwszy cicho. Jako jedyny z tej całej ferajny potrafił być wyrozumiały i cierpliwy, co w przypadku reszty wiedźminów z twierdzy, zwłaszcza młodych, było trudne, wręcz niewykonalne. Złapał szeroką dłonią za trzymające go łapsko i silnym, brutalnym chwytem oderwał paluchy towarzysza zakleszczone na swoim rękawie, zostawiając go niechlujnie pomiętym. Ich żółte spojrzenia mierzyły się przez krótką chwilę, tocząc walkę, jedną, małą wojnę o przekonania jednego i drugiego. Niezależnie od wyniku, którego oczekiwał sam czarnowłosy młodzieniec, znając ich charakterystyczne przepychanki, stary spojrzał po raz ostatni na osłabioną, bladą ośmiolatkę, by finalnie wrócić wzrokiem do Krispina.

  – Więc zobaczymy jaki sprawy przybiorą obrót do końca tygodnia.

  Tyle wystarczyło, choć alchemik długo jeszcze pluł sobie w brodę za decyzję podjętą przez kompana. Pesymizm z wiekiem coraz częściej mu się udzielał. Zaczął burczeć cicho pod nosem i gdyby nie wieloletnie doświadczenie, rozwaliłby właśnie pół izby.

  – Jebany…. ugh, Derano, zajmij się nią. Muszę znaleźć czarodzieja.

  – Daj mu spokój, ma wolne.

  – To ja decyduję kiedy ma wolne. Bierz smarkulę.

  Czarnowłosy, smukły w talii wiedźmin, wydął blade usta w niezadowoleniu. Znów został sam z obowiązkami, z których Krispin nic sobie nie robił. Wredny staruch. Wywiązanie się z powierzonego zadania nie było dla niego żadnym problemem, po tych wszystkich latach nawet zdążył przywyknąć do widoku, który teraz czekał na niego na ławie, wiotki i bezwładny, brudny od potu, krwi, patrzący zmęczonymi, szklistymi oczkami, niezdolnymi już do wypuszczenia nawet najmniejszej łezki. Dziecię, którego każda godzina będzie stała pod znakiem zapytania, a życie zmieni się w nieustanną walkę o przetrwanie, pełną zła, nienawiści, bólu i rozpaczy. Dzień jak co dzień. Bez najmniejszego westchnięcia zbliżył się do obserwującej wszystko dziewczynki, i okrywszy ją suchym kocem, uniósł na rękach filigranowe ciałko, tak drobne, że do niedawna wystarczyłby jeden mocniejszy ścisk, a z pewnością połamałby jej kości jednym ruchem. Ale nie teraz, nie po drugiej Próbie.

  Niósł ją tak dobre kilkanaście minut, wracając do swego siedliszcza. Jasność poranka przebijała wszystkie dotychczasowe, na nowo objawiając przed jej oczami piękno tutejszych, polnych i górskich krajobrazów. Ona jednak nie zwracała na nie uwagi. Miast tego jej spojrzenie ciągnęło do błyskotki na szyi nauczyciela. Błyszczący, srebrny wisior, na srebrnych ogniwach łańcuszka, przedstawiający nic innego jak rozwartą w ryku głowę zwierzęcia.

  Głowę kota.

Autor Alex
Opublikowano
Kategorie Fantasy Wiedźmin
Odsłon 477
2

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!