Diamentowe Jaskinie, Rozdział 1 – Mapa

1.Mapa

– Opowiem wam o Nashy nazywanej Szklaną Wyspą bądź Kościstą Rozgwiazdą.

Starowinka pochyliła się nad kotłem i zamieszała w nim ogromną chochlą, tak że zapach ziemniaków i mięsa rozniósł się po niewielkim pomieszczeniu, wdzierając się w nozdrza marynarzy i pobudzając ich żołądki.

– Koścista rozgwiazda? – zapytał patykowaty mężczyzna o twarzy oblanej piegami. Potarł chuderlawe ramię i pociągnął nosem. 

– Co to nas interesuje? – burknął grubszy i wyższy z nich, spacerując wzdłuż szafek zapełnionych specyfikami leczniczymi, kryształami magicznymi czy suszonymi ziołami, które także zwisały z sufitu, niemal głaszcząc jego łysą głowę.

– Przyszliście, aby o tym posłuchać, czy raczej któryś z was potrzebuje medyka? – Kobieta wstała, odsunęła niski taboret i podeszła do blatu, przy którym zazwyczaj przyjmowała klientów. Leżały na nim puste fiolki, pokruszone liście i wielka księga.

– Doszły do nas plotki, że masz informacje na temat Wyspy Skarbów. – Stuknął palcem w zwisającą tuż przy oknie klatkę. Nietoperz wyszczerzył ostre jak igiełki zęby, zatrzepotał skrzydłami, uderzając w ściany więzienia, popiskując niczym szczur w ciemnych zaułkach portu. – Ksy! – syknął na zwierzaka i przeszedł dalej, wyglądając za brudne szyby na biedną uliczkę, skąpaną w szarościach pochmurnego popołudnia.

– Wyspa ta ma wiele imion, tajemnic i niebezpieczeństw.

– Jak każda inna – odparł grubszy z nich i z pobłażliwym westchnieniem podszedł do starowinki.

– Może powinniśmy posłuchać.

– Słuchamy. – Łupnął pięściami o blat i spojrzał w jej jasne niemal błękitne oczy. Nietoperz w strachu ponownie zaczął szamotać się w klatce, popiskując i szczerząc wampirze kły.

– Ta opowieść ma niewielką cenę – odparła, a głos nawet jej nie drgnął, choć zerknęła na zwisający u pasa mężczyzny miecz.

– Dziesięć szreblinów to wcale niemała cena.

– Za mapę wskazującą całe góry złota, kryształów i gobelinów, których pozazdrościłby wam sam król, to sprawiedliwa zapłata. – Kobiecina odeszła w głąb pomieszczenia, gdzie całą ścianą zajmowały szuflady z wystającymi z nich papierami oraz szafki pełne w słoiki z ziołami i maziami. Znowu zamieszała w kotle, tak że zapach zacisnął nieprzyjemne supły na pustych żołądkach mężczyzn.

– Skąd mamy pewność, że nas nie oszukujesz?

– Jeśli mi nie wierzycie, odejdźcie, ale jeśli te blizny – z tymi słowy odsłoniła rękawy szarej sukni, ukazując ciągnące się od łokcia, aż po nadgarstek szramy. – są wystarczającym dowodem, zapłaćcie, a dam wam mapę.

– Skąd mamy pewność, że to nie wilki cię pogryzły?

– Wilki o głosie piekielnie pięknym, o ustach kuszących i śmiercionośnych, o oczach hipnotycznych i gadzich. Te wilki płynęły szybciej niż niejeden galeon, okazały się bardziej brutalne od głodnych rekinów i jednocześnie zachwycały pięknem dworek zamieszkujących zamki – mówiła z zapalczywością i złością, jakby przed nią pojawiła się ta, która sprawnym szarpnięciem, oderwała jej palca i rozszarpała przedramię. Gdyby nie szybka reakcja jednego z medyków, z pewnością straciłaby nie tylko częściowe czucie, ale i całą dłoń. – Te wilki pokona tylko i wyłącznie magia, gdyby nie ona, nikt by nie wrócił.

– Skoro uszłaś z życiem z tej wyprawy, to gdzie podziało się złoto? – Z kpiną rozejrzał się po skromnych progach czarownicy. – Czemu zamiast dożyć wśród luksusów, podejmujesz się pracy medyka za połówki shreblina?

– Żaden, nawet największy worek złota, nie jest wystarczająco kuszący, abym wybrała go ponad własne życie.

– Skąd pomysł, że my wybierzemy worek złota?

– Gdyby było inaczej, już dawno byście stąd wyszli.

Mężczyzna zmrużył małe oczka i mruknął coś pod nosem. Jego niższy, patykowaty towarzysz potarł ramię i powiedział:

– Potrzebujemy tej mapy. Rosnące podatki głodzą nasze rodziny, więc to jest nasza jedyna szansa.

– Cicho! – syknął grubszy, ponownie strasząc nietoperza. Piszcząc, uderzał błoniastymi skrzydłami o ściany klatki. – Masz monety i mów, ale jeśli okaże się, że łżesz, przyjdę i wyrwę ci złoto z gardła – zagroził jej, ale to nie zrobiło wrażenia na kobiecie.

Wstała z taboretu, podeszła do blatu, wyjęła czysty pergamin i tłumacząc drogę, zaczęła kreślić mapę. Znajdujący się nad ich głowami żyrandol z trzema świeczkami, tworzył groteskowe cienie, które w akompaniamencie pisków nietoperza i strzelających pod kociołkiem iskier, wzbudzał niepokój. Cichy, zachrypnięty głos czarownicy opisujący niebezpieczeństwa i wskazówki, jak dotrzeć do skarbu, zlał się z szumem uderzających o dach kropel deszczu. Szczupły mężczyzna zerknął na bliznę na przedramieniu kobiety i przeszedł go dreszcz. Przełknął gulę w gardle i starał się nie wrzeszczeć, z całych sił powstrzymał się, aby nie zabrać szreblinów i nie uciec. Uciec z rodziną gdzieś, gdzie nikt by ich nie odnalazł. Ani poborca podatkowy, ani czarownica z mapą, ani syreny, ani żadne inne przekleństwo tego świata.

– Radzę wam zabrać ze sobą maga, albo dwóch.

– Żaden nie wyruszy. W końcu magowie nie potrzebują skarbów, skoro mają dobrze płatne posady.

– Bez maga nie macie szans.

– Jeszcze jakieś porady? – zapytał znudzony mężczyzna i potarł łysą głowę.

– Zabierzcie skarby i nic więcej nie dotykajcie.

– Nie potrzebujemy egzotycznych roślin ani zwierząt. Monety nam wystarczą. Chodźmy. – Machnął na swojego towarzysza.

Czarownica schowała monety do kieszeni i podała im mapę. Grubszy z nich wyszedł z aurą zwycięzcy, a patykowaty zawrócił. Niepewny i pełen pytań.

– Czemu wyspa nazywana jest szklaną?

– Plaże i ścieżki usypane są szklanymi kamieniami – odpowiedziała, nawet nie podnosząc na niego wzroku znad kotła.

– Tylko tyle?

– Radzę ci, abyś ich nie zabierał.

– Czemu?

– Należą do kogoś, kto karze tych, co kradną jego własność.

– Kim on jest?

– Nie wiem. – Wzruszyła ramionami, choć w jej pomarszczonej twarzy skrywał się pewien cień. Jakby wspomnienie z dawnych lat przysłoniło wszelkie życie. – Nie odwróciłam wzroku za siebie, kiedy moi przyjaciele wrzeszczeli, błagając o życie, ani kiedy jeden po drugim umilkł, kiedy to monstrum rozszarpało ich, tylko biegłam.

– Rozszarpało? To był tygrys? Albo…

– Nie wiem – warknęła, obrzucając klienta ostrym spojrzeniem. – Nic nie widziałam! Wyjdź już. – Nagląco machnęła na niego ręką, a wraz z tym gestem nietoperz ponownie zaczął uderzać skrzydłami o klatkę, niemiłosiernie przy tym popiskując. Także wypraszał niechcianego gościa. Marynarz cofnął się o krok, posłał nieufne spojrzenie bujającej się na żelaznym podeściku paskudzie.

– Kto jeszcze przeżył?

– Martw się o swoje życia, a nie te, które już dawno minęły. – Zamieszała chochlą w kociołku, ale tym razem w powietrzu zamiast smakowitego zapachu mięsa i ziemniaków rozniósł się smród zgnilizny. Marynarzowi podszedł żołądek do gardła, zakrywając usta dłonią, niemal zwrócił czerstwe pieczywo ze śniadania.

– Co to…? – jęknął w przestrachu, niemal przewracając się o własne nogi w drodze do drzwi.

– Nie dotykaj kamieni! – wrzasnęła za nim, kiedy wypadł przez drzwi, niemal dusząc się smrodem. 

Łapczywie łapiąc duże hausty powietrza, rozejrzał się po uliczce skąpanej w popołudniowej szarości. Przechodnie popatrzyli na niego, jak na obłąkanego, omijając go szerokim łukiem. Wysokie, drewniane budynki slumsów zdawały się zamykać go w potrzasku, okno wyzierać na niego niczym niewidome ślepia zjaw, firany poruszyły się przy mrugnięciu wiatru, a odgłosy szemrzącego deszczu na dachówkach zlały się w jedną wielką kakofonię szeptów.

– Nie dotykaj! Wyjdź! Życie…

Jęknął w przestrachu, niemal piszcząc jak dziewczynka, w momencie, kiedy bryza przesunęła palcami po jego uchu, szepcząc słodkie:

– Uciekaj.

Czując nieprzyjemny smak żółci w ustach, splunął na ziemię i otarł zroszoną potem twarz, poklepując się po policzkach.

– Co się tak guzdrzesz?

Niemal podskoczył w miejscu, kiedy zza zakrętu wyszedł jego korpulentny kamrat. Miał na sobie długim płaszczu, z którego spływały krople deszczu. Łysa głowa błyszczała w niemrawym świetle latarni.

– Chodź! Musimy znaleźć maga.

– Idę – wychrypiał i zanim ruszył, odwrócił się w kierunku domku wiedźmy.

Stała w oknie niczym zjawa w swojej szarej sukni. Uśmiechała się w jego kierunku, a nietoperz leżał w jej wystawionych dłoniach. Marynarza zaniepokoiła krew na jego nieruchomych skrzydłach, ale nie odważył się tam wrócić. 

Pospiesznie pobiegł za swoim towarzyszem.

szreblin* – waluta w Królestwie Czarownic.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 320
1

Komentarze (2)

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!