Czarnołuska – 5. Problem Child

Od samego rana wiedziałam, że ten dzień okaże się porażką.

Wczoraj wieczorem, choć nie miałam bladego pojęcia dlaczego, babcia zadzwoniła i nalegała, abym nie szła dziś do szkoły. Rodzice dziwili się mocno, ja sama też wietrzyłam w tym jakiś podstęp, ale w końcu uległam (nie powiem, żeby było zbyt trudno mnie przekonać). Jak zwykle nękana bezsennością, tym razem nie przewracałam się w łóżku z boku na bok, stresując się zbliżającym budzikiem i na siłę zamykając oczy, tylko wzięłam się w garść, zrobiłam sobie kilka kilogramów solonego popcornu i zasiadłam przed telewizorem, bo leciały akurat powtórki seriali paradokumentalnych. Patrząc na głupich ludzi i ich równie głupie problemy (o głupiej grze aktorskiej już nie wspominając), zasnęłam na kanapie, nakryta kocem, za poduszkę mając pogniecioną bluzę, która akurat walała się pod ręką. Obudziłam się z miską po popcornie czule przytuloną do piersi. Włączony telewizor właśnie pokazywał reklamę kolejnego magicznego proszku do prania.

Przez chwilę nie wiedziałam, co mnie obudziło. Uniosłam się na łokciu, odstawiłam miskę, póki jeszcze jej nie potłukłam, i zaczęłam nasłuchiwać. Miki Gladiator popiskiwał radośnie na dole, machając ogonem tak, że aż uderzał nim o futryny drzwi wejściowych.

Ktoś przyszedł. Raczej ktoś znajomy, bo obcych mój pieseczek pożera bez ostrzeżenia.

Przeciągnęłam się, jęknęłam, ziewnęłam, znowu jęknęłam, gdy coś gruchnęło mi w kręgosłupie. Z trudem zwlokłam się z kanapy. Zastałe kości tak bolały, że mało brakło, a zaczęłabym krzyczeć. Podrapałam się, mlasnęłam i wreszcie skierowałam do schodów.

Na dole zastałam babcię, która wściekle zrywała z siebie płaszcz i szpilki, jak zwykle tworząc zaskakujący chaos wokoło.

– No wstałaś wreszcie! – zawołała na mój widok. – Ubieraj się, szybko!

– Co się dzieje? Ktoś umarł? – zainteresowałam się. Dawno nie widziałam jej tak zdenerwowanej.

– Co ty znowu opowiadasz? Jakie umarł?! – ofuknęła mnie i pchnęła w stronę łazienki. – Będziesz miała ważnych gości.

– Jakich znowu gości? – Oprzytomniałam w jednej chwili.

– No cóż… – Przez moment sprawiała wrażenie bardzo zmęczonej. – Rada Smoków postanowiła się wreszcie tobą zainteresować.

– Że co?! – Wywinęłam się zwinnie i zatarasowałam babci drogę do kuchni. – A może z kolei ja nie chcę interesować się nimi? – warknęłam, czując wzbierającą w gardle gulę ognia.

– Niestety musisz. Takie mamy zasady. Chcą z tobą porozmawiać, a więc porozmawiają, czy tego chcesz, czy nie. Twój wybór, czy przy herbatce na twoim terenie, czy u nich w sali sądowej. A teraz przepuść mnie.

– Nie zamierzam z nimi rozmawiać! – ryknęłam, machając bezładnie rękami. – Nie będę rozmawiać z kimś, kto wykluczył mnie z całej społeczności przez to tylko, że wybrał mnie niewłaściwy smok! No cholera, oni mnie nienawidzą! – rozkręcałam się. – Jak to określiłaś? „To dziecko nie miało prawa powstać”! Tak powiedzieli! Jakbym była rzeczą, w dodatku niechcianą! Oni chcieli mnie zabić! Słuchasz mnie w ogóle?!

– Kanapki chcesz z serem czy z szynką?

– Mogą być z serem… – Westchnęłam i przeklinając pod nosem, odeszłam w stronę łazienki.

No cóż. Wściekłością starałam się właściwie zamaskować to, że makabrycznie się przestraszyłam perspektywą spotkania tych osobistości. To trójka osób dyktujących warunki funkcjonowania całej smokońskiej rzeczywistości, to oni przydzielają obowiązki i – jak na przykład w moim przypadku – odbierają. Już szesnaście lat temu, gdy dopiero odkryli, jaki smok wybrał mnie sobie na Dziedziczkę, wykluczyli mnie właściwie ze wszystkiego. Nie przypuścili do egzaminu, nie wzięli na szkolenie, nie powierzyli pozycji Strażnika miasta, choć należała mi się jak psu buda. Z samego początku chcieli mnie w ogóle zabić, ale wszystko skończyło się dobrze ze względu na to, że babcia, Dziedziczka najpotężniejszego smoka w historii, legendarnego Mardrama, ujęła się za mną i obiecała pilnować mnie jak oka w głowie.

Wszyscy bali się Dagona jak przysłowiowego ognia. Miałam wrażenie, że właściwie tylko czekają, aż pół-wyvern spróbuje przejąć władzę nad moim ciałem i umysłem. Nie słuchali, gdy próbowałam tłumaczyć, że ani trochę nie przypomina tego strasznego złoczyńcy i rebelianta z lekcji historii – w rzeczywistości jest smutny i raczej wycofany.

Westchnęłam ciężko, wzięłam pierwszego gryza kanapki. Wyglądało na to, że chyba jednak muszę się jako tako naszykować. Gdybym to ja została zaproszona, to jeszcze dałoby się coś wymyślić – na przykład zawsze mogłabym zamknąć się w piwnicy i kategorycznie odmówić wyjścia, a tak… Przecież nie ucieknę.

Ale nie będę też miła. O nie! Zamierzam na pełnej parze uruchomić suczą część własnej osobowości. Zamierzam zmieszać wrogów z błotem, tak ich ochrzanić, jak na to zasłużyli. Czas odpalić Hulka.

Spodziewałam się tego, że Rada swoją pewnością siebie już na wejściu podepcze moje poczucie własnej wartości, tak więc musiałam z odpowiednim wyprzedzeniem zadbać o rekwizyty, które niejako mnie podbudują. Już na początku zastrzegłam babci, że nie zamierzam zamykać Mikiego w pokoju rodziców, ustawiłam też na komodzie w dużym pokoju zdjęcie z zawodów, na którym salutuję mieczem po zajęciu drugiego miejsca. Ubrałam się tak, że właściwie to mogło jedynie pomóc – w krótką, lekko rozkloszowaną spódniczkę moro, obcisłą czarną bluzkę sznurowaną na dekolcie i koronkowy choker, tylko podkreślający szczupłą szyję. O rany, ja nawet włosy ułożyłam i uzupełniłam makijaż czerwoną szminką i eyelinerem! Mocne kreski na powiekach tylko dodawały uroku czerwono-białym oczom smoka, których tym razem nie zamierzałam ukrywać. Usiadłam na kanapie i spróbowałam się odprężyć. Uśmiechałam się pod nosem, wyobrażając sobie po kolei wszystkie zniewagi, których doświadczyłam od tych ludzi. Możliwość rychłej zemsty podbudowywała mnie tak, że aż chciałam ryknąć psychopatycznym śmiechem.

Co nie zmienia faktu, że jak tylko rozległ się dzwonek do drzwi, to cała praca poszła się bujać. Rzuciłam się na podłogę przed babcią, zastępując jej drogę.

– Babciu, błagam, ja nie chcę! – zawyłam jak mała dziewczynka. Mała zarzynana dziewczynka.

– Ale musisz – ucięła staruszka.

– Bądźże człowiekiem! – płakałam dalej, choć wyswobodziła się już z mojego uścisku i zdecydowanym ruchem przekręcała klucz w zamku.

– A ty weź tego psa! – odparowała, pchając w moją stronę pieniącego się Mikiego.

– Mikuś, spokój! – syknęłam na kundla. Ten spojrzał na mnie z wyrzutem, lecz posłusznie zamilkł i usiadł.

Wyglądało na to, że przyszła pora na ponowne wzięcie się w garść, jeśli nie chcę, by tak ważne osobistości zobaczyły mnie w roli dywanika. Szybko pobiegłam do dużego pokoju i usiadłam na kanapie, z nerwów zwijając się w kulkę.

Kłębek nerwów, he he he…

Cholernie ciężko było się z tego wyprostować.

Do mieszkania weszła najdziwniejsza trójka, jaką kiedykolwiek widziałam: wysoki, postawny mężczyzna o lekko szpakowatych włosach i sumiastych wąsach, żylasta i koścista czarnowłosa kobieta o wąskich, pociągniętych czerwienią ustach i niski, ryżawy człowieczek, tak mało rzucający się w oczy, że aż trudny do określenia jakimkolwiek innym słowem, niż „jest”.

– Witaj, Nihal – odezwał się wąsaty, w którym rozpoznałam przewodniczącego Rady.

– Dzień dobry – wydukałam, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Najchętniej wyrzuciłabym siebie za kanapę.

– Pewnie zastanawiasz się, po co ta wizyta? – zagadnęła Tanja, ta zasuszona kobieta, gdy już wszyscy usiedli i zostali poczęstowani herbatą z rumiankiem (moja babcia nawet do pieczeni potrafi dodać rumianku, poważnie. Bo zdrowy i w ogóle).

– Tak, nie mam pojęcia, dlaczego nagle stałam się wystarczająco ciekawa na to, by składać mi wizyty – odparłam słodko. Mój wewnętrzny Hulk właśnie się rozgrzewał. Nie ma bata, żebym była miła dla tych ludzi.

Babcia posłała mi mordercze spojrzenie. Udałam, że nie zauważyłam.

– Tak… Trzeba przyznać, że wcześniej woleliśmy umyć ręce i nie angażować się w twoją sprawę. Ze względu na Dagona, sama przecież wiesz – podjął Hans, przewodniczący.

Dagon zawarczał w mojej głowie i poruszył się niespokojnie.

– Tak, wiem. Ale nie wiem natomiast, dlaczego tak bojkotujecie mnie z jego powodu – drążyłam dalej, widząc, że chwilowo jestem górą.

– Bo nie jesteś zwyczajną smokonką! – Tanja przejęła inicjatywę, przez co natychmiast skuliłam się w sobie. – Jesteś pół-wyvernem, czy tego chcesz, czy nie! Obowiązki woleliśmy przydzielić zwyczajnym smokom, ponieważ one nawet myślą w inny sposób, niż ty. Teraz rozumiesz?

– Nie – warknęłam. – Jestem w stanie uwierzyć wam w to, że myślę inaczej, choć sama nie potrafię tego zweryfikować. Ale okej. Tylko co z tego? Może okazałoby się, że to tak zwane… świeże spojrzenie? Może do czegoś by się to przydało? Dlaczego od razu mnie skreśliliście, zamiast to sprawdzić? Nie pozwoliliście mi nawet przejść szkolenia, choć wszystkie smoki je przechodzą. Nawet te, które nigdy nie będą Strażnikami.

– Czy ty pamiętasz, kim był Dagon? – wycedził przewodniczący. Jego oczy zmieniły się nagle w dwie szparki.

– Pamiętam. Tak jakby nieustannie słyszę jego myśli.

– Dagon wywołał ogromną rebelię. Stanął na czele wyvernów, by zagrozić smokom. Bitwy, które rozpętał, przyniosły ogromne straty. Sam w pojedynkę zabił tyle smoków, że nikt nie jest w stanie ich zliczyć! On wyrwał Drzewo Świata z korzeniami i spalił je! Łuny pożarów, które objęły wtedy całą ziemię, przysłoniły słońce na całe lata! Gdyby nie ofiara Mardrama, nikt nie wie, jak by się to skończyło! – Mężczyzna wstał odruchowo i nachylił się w moją stronę. Nawet babcia cofnęła się kilka kroków.

– Dagon wywołał rebelię z poczucia krzywdy. Mardram zamknął go w celi, gdy był jeszcze pisklakiem, bo bał się jego siły. Wiele lat spędził w jaskini tak ciasnej, że nie mógł się w niej obrócić. Gdy wyszedł na wolność – a właściwie nie tyle wyszedł, co wyverny go uwolniły – nie umiał nawet latać. Nic dziwnego, że chciał zemsty – sprostowałam zaskakująco spokojnym głosem. Chociaż sama średnio wierzyłam, że jest to usprawiedliwieniem dla zabicia tysięcy smoków.

– To bez znaczenia!

– Dobrze, nawet jeśli. – Stanowczo odstawiłam kubek na ławę. Miałam jakieś takie niemiłe wrażenie, że dopóki zachowuję spokój, jestem górą w tej rozmowie. Tamci tak się gotowali, że aż niemal im szła para uszami. – Nawet jeśli to wszystko się stało i nie ma nic do rzeczy jego przeszłość… co to ma wspólnego ze mną?

– Wiesz doskonale, że silniejsze smoki potrafią przejąć kontrolę nad ciałem swojego Dziedzica.

– Dagon nigdy by tego nie zrobił – przerwałam. – Obawiam się, że znam go lepiej, niż wy. Jemu już nie w głowie wojny.

– Wciąż nie mamy takiej gwarancji. I nie pozwolimy ci zyskać większej potęgi, dopóki nie będziemy jej mieć. Masz pojęcie, co w tobie siedzi? Po szkoleniu przewyższyłabyś mocą każdego smokona. Nie możemy na to pozwolić. Stwarzałabyś dla nas ogromne zagrożenie.

– A może ja wcale nie chcę stwarzać zagrożenia? Może ja wolałabym być waszą bronią, niż zagładą? – wycedziłam. Tak jest, właśnie pozwoliłam, by Dagon przejął dowodzenie, czego tak bardzo się bali. I jaki jest tego skutek? Żadnych pożarów, żadnych wybuchów, tylko nieco mądrzejsze słownictwo.

Temperatura w pokoju obniżyła się o kilka stopni. Ukryte smoki słuchały w takim skupieniu, że aż bez problemu można było wyczuć ich obecność.

– Nie możemy nic dla ciebie zrobić – syknęła Tanja. – Żadne z nas nie przyłoży ręki do uwolnienia pełni twojej mocy.

– W tej chwili sami robicie sobie wroga. – Po tych słowach odniosłam wrażenie, że goście nagle się jakby skurczyli. To mnie jeszcze bardziej ośmieliło – wyprostowałam się dumnie i założyłam nogę na nogę. Następnie uśmiechnęłam się słodko z nutką wyższości, w myśli klepiąc Dagona bo ciepłym boku.

Babcia chyba chciała mnie zamordować.

– Wroga? – Przewodniczący nagle przybrał postawę podobną do mojej. Powietrze tak kipiało nadmiarem smoczej mocy, że aż zdawało się iskrzyć.

– Tylko ja to widzę? – zaśmiałam się, rozkładając ręce w bezradnym geście. – Mogliście mieć najlepszego żołnierza. Komandosa na każde zawołanie. Myślącego jak wasi wrogowie, a więc mogącego pomóc w walce z nimi. Gotowego na każde skinienie rzucić się do walki, czekającego z niecierpliwością na każdy rozkaz. Ale… och, jaka szkoda. Wszystko zaprzepaściliście.

Na chwilę zapadła cisza. Wszyscy patrzyli na mnie, w kolorowych oczach błyskały tak różne emocje, że niemożliwością było je odczytać. Trochę strachu, niepewności, wyrzutów sumienia… Z pewnością najmocniej zaskoczyło mnie to ostatnie.

– Nihal… – zaczął przewodniczący. Mało brakło, a połknęłabym język, gdy położył mi dłoń na ramieniu. – Dobrze, przyznaję, że nie jesteśmy idealni. Popełniamy błędy, jak widać. I jedyne, o co mogę prosić cię w tej sytuacji, to o wybaczenie, bo nic już nie zdołamy naprawić. Jeśli chcesz wiedzieć, to ja osobiście byłem za tym, by poddać się chociaż częściowemu szkoleniu…

– Więc dlaczego tego nie zrobiliście? – przerwałam. Próbowałam ukryć to, że zebrało mi się na płacz. O nie, nie ma wzruszania się przy obcych ludziach. Popłaczesz sobie później, kobieto!

– Szkolenie kosztuje pieniądze – syknęła Tanja. – Woleliśmy wydać je na innych, bardziej obiecujących.

– Tanju, proszę… – Hans spojrzał na kobietę morderczo.

– Co ja poradzę, że taka jest prawda? – Rozłożyła demonstracyjnie ramiona z kpiącym uśmieszkiem. – Mieliśmy wybór: albo wyszkolić ciebie i przez następne kilkadziesiąt lat borykać się z wrażeniem, że siedzimy na bombie, albo wybrać kogoś mniej potężnego, ale za to zupełnie bezpiecznego i przewidywalnego. To chyba jasne, na co się zdecydowaliśmy. Nie powinno cię to dziwić!

– Ale dziwi – warknęłam. – W takim razie, dlaczego teraz tutaj przyszliście? Bo chyba nie po to, by jeszcze bardziej mnie pogrążyć?

Babcia kopnęła mnie pod stołem, ale nawet się nie skrzywiłam.

– Przybyliśmy do ciebie, ponieważ mamy problem – zaczął trzeci, który nie odzywał się do tej pory. – Jak wiesz, w każdym mieście służy jeden młody smokon, pełniący obowiązki Strażnika granicy między oboma światami.

– Tak, a ja takowym nie jestem. Wybraliście na tę pozycję jakiegoś trzynastoletniego gówniarza – przerwałam, krzyżując ramiona na piersi.

Wszyscy wymienili spojrzenia.

– Tak, wybraliśmy Huberta, ponieważ w tak dużym mieście nie może nie być smokona pełniącego funkcję Strażnika. A ty, jak już mówiliśmy, nie nadawałaś się do tego. Teraz jednak wszystko się skomplikowało. – Ryży westchnął. – Hubert zaginął, a jego siostra nie jest najodpowiedniejszą osobą na zastępstwo. Nikogo innego nie mamy.

– Jego siostra nie jest przypadkiem ledwie rok młodsza ode mnie? – Uniosłam powątpiewająco jedną brew. – Obawiam się, że wyszkolona piętnastolatka bije mnie na głowę.

– Tu nie chodzi już nawet o wasze wyszkolenie, lecz… o emocje. Ona, w przeciwieństwie do ciebie, nie podejdzie do tej sprawy zupełnie na luzie. Tu chodzi o jej brata. Martwi się o niego, nie mamy gwarancji, że pod wpływem chwili nie zrobi czegoś głupiego. Chyba rozumiesz?

– Rozumiem. Ale nadal nie mam bladego pojęcia, co chcecie ze mną zrobić. – Jak gdyby nigdy nic sięgnęłam po ciastka, które babcia postawiła na szklanym blacie stolika kawowego. Wyszła po nie do kuchni pewnie tylko po to, by nikt nie usłyszał, jak na mnie pod nosem przeklina.

– Nihal, niniejszym mianujemy cię tymczasowym Strażnikiem Berlina. – Tanja wyjęła z długiego pudła jakiś ciężki przedmiot i wręczyła mi go z szacunkiem.

Przez chwilę myślałam, że zostałam obdarowana prętem zbrojeniowym. Jednak gdy odwinęłam materiał, zobaczyłam coś zupełnie innego: idealnie czarny miecz o smukłej klindze i rękojeści w kształcie doskonale wykonanego smoka – rozłożone skrzydła tworzyły jelec.

To nie była zabawka ani zwykła błyskotka. To był smokoński miecz, jaki otrzymuje każdy smokon po przejściu szkolenia i objęcia obowiązków Strażnika. Każdy z tych mieczy odzwierciedla kolor łusek właściciela i jest twardszy niż diament.

– Ale przecież… – Przełknęłam ślinę. – Przecież ja nawet nie przeszłam szkolenia!

– Nie mamy na to czasu. Strażnik potrzebny nam jest natychmiast. Przejmujesz obowiązki do czasu, aż odnajdziemy Huberta i ustalimy, co spowodowało jego zniknięcie.

– Babcia nie może? Chyba jest w tym lepsza, niż ja – zaproponowałam. Trochę mnie cała ta sytuacja męczyła – niby zostałam doceniona i w ogóle, ale z drugiej strony… Żeby zauważyli moje istnienie, najpierw musiało stać się coś strasznego. Jestem tu tylko na doczepkę, co potwierdzało wielokrotne podkreślanie tego, że Strażnikiem będę tymczasowo. W jakiś sposób czułam, jakby mi to ubliżało.

– Twoja babcia była już Strażniczką, jej służba się skończyła. Teraz kolej na ciebie. – Przewodniczący uśmiechnął się lekko.

– Ta. Ale tylko do czasu, aż znajdziecie tamtego gówniarza, potem znowu pójdę w odstawkę – burknęłam niezbyt uprzejmie. – Szkoda, że zniknięciem Volkera tak się nie przejęliście!

Babcia znowu kopnęła mnie w kostkę.

– Pójdziemy już. Pewnie wiesz, na czym będą polegać twoje obowiązki w najbliższych dniach? – spytał mężczyzna, wstając. Zdawało się, że nie usłyszał mojego tekstu.

– Babcia mi wszystko wytłumaczy – powiedziałam szybko, zdecydowanie nie mając ochoty na to, by zostawali tu dłużej.

– Pamiętaj. Nie zawal tego! – przestrzegła mnie jeszcze Tanja na odchodnym i wreszcie drzwi się za nimi zamknęły. Miki zaczął w skupieniu obwąchiwać wycieraczkę.

– Nihal, zachowywałaś się skandalicznie! – krzyknęła babcia, jak tylko przekręciła klucz w zamku i znowu pojawiła się w dużym pokoju. – Powiedz mi, co było znowu nie tak?! Bo ja już nie rozumiem twojego toku myślenia!

– Nieważne – westchnęłam. Zawinęłam miecz w materiał i wstałam z kanapy. – Pójdę już do siebie.

Siostra Huberta nie mogła objąć jego pozycji, bo podejdzie do tego zbyt emocjonalnie. A co ze mną? Miałam jakieś niemiłe wrażenie, że zniknięcie mojego brata również może mieć jakiś związek z całą sprawą. Przecież też był berlińskim Strażnikiem, i to bijącym na łeb doświadczeniem całą braną pod uwagę resztę. Nic jednak nie mówiłam. Może po prostu mam paranoję.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 570
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!