Manora

— On wrócił — powiedział ze strachem Dalian, któremu ręce trzęsły się tak, że prawie wylał piwo z trzymanego kufla. Dwóch mężczyzn siedziało obok niego i uważnie słuchało. — Już po nas! On tu jest!… Pewnie gdzieś tam, za Ognistym Wzgórzem, planuje już swój wielki powrót, założę się… On tak łatwo nie odpuszcza, wiem coś o tym…

— To on odrąbał ci rękę? — zagadywał Bolen. Spojrzał na kikut Daliana, który z każdym rokiem wyglądał coraz gorzej.

Kaleka skinęła głową nieśmiało, po czym wszyscy trzej mężczyźni łyknęli piwo. Zaległa cisza, podczas której cała gromada nie wiedziała, co powiedzieć. Ktoś mógł przecież podsłuchiwać. A co, jeśli w tej karczmie przebywał jeden z wysłanników tego, którego się bali?

Do stolika podeszła kształtna kelnerka ubrana w jasne łachmany i trzymająca tacę. Mężczyźni od razu oderwali się od swoich myśli, by spojrzeć na jej gęste, brązowe loki i przenikliwe, szmaragdowe oczy. Gdy patrzyli na kobietę, zdawało im się, że przyszła tylko po to, by ich kusić. Ruszała się zjawiskowo, a jej uwydatnione piersi zachęcały do tego, by ich dotknąć. Kelnerka uśmiechała się tak uroczo, że Wolar, najlepszy przyjaciel Bolena, zapomniał o strachu i całej rozmowie, która była powodem tego spotkania. Wszyscy przy tym stoliku daliby jej maksymalnie dwadzieścia lat. Jeszcze nigdy w życiu nie widzieli tak młodej, pięknej i smukłej kobiety.

— Coś podać? — spytała miłym głosem.

— Jeszcze po jednym piwku, przepiękna — prawie że wymruczał Dalian.

Kelnerka zachichotała słodko, dygnęła i ruszyła do barku, by spełnić zamówienie, a mężczyźni w tym czasie bacznie obserwowali jej niezwykle przyciągające wzrok ruchy.

— Aj, żebym to ja miał taką w domu!… — Machnął ręką Wolar, na co jego koledzy mruknęli ze zgodą. — Wszystko bym dla niej robił. Dosłownie wszystko! Byle tylko była mi wierna i posłuszna, ot co… Ale nie, muszę użerać się z moją babą, która od dziesięciu lat nic ze sobą nie zrobiła… No ileż można jeść, ja się pytam?!

Bolen parsknął śmiechem.

— Twoja przynajmniej gotuje, moja nawet chleba upiec nie potrafi, a co dopiero obiadu ugotować!

— A moja niby święta? — dołączył Dalian. — Włosów na nogach ma tyle, że ja tylu nie mam.

Resztę czasu mężczyźni spędzili na obgadywaniu swoich żon i wymienianiu ich największych oraz najmniejszych wad, byle tylko dojść do wniosku, że był im potrzebny ktoś młody, piękny i urokliwy, a najlepiej, gdyby ta osoba miała szmaragdowe oczy.

Dokładnie tak, jak Morga.

I tak mijały godziny, aż Dalian, Bolen i Wolar stali się ostatnimi przebywającymi w karczmie klientami. Zamawiali coraz to więcej, aby tylko za każdym razem móc napatrzeć się na kształty kelnerki. W pewnym momencie doszło do tego, że nawet nie dotykali swoich zamówień.

Kiedy zegar wybił trzecią, Morga ostatni raz podeszła do stolika i powiedziała z wyraźnym rozczarowaniem na twarzy:

— Przykro mi, ale już zamykamy lokal. Muszą panowie opuścić karczmę.

Mężczyźni z żalem spojrzeli po sobie.

— Już idziemy, kochana, już, tylko się ogarniemy — odezwał się Dalian.

Kelnerka uśmiechnęła się i położyła kartkę na stoliku. Chciała już odejść, ale Bolen zapytał:

— Co to?

Kobieta miała takie oczy, jakby bardzo zdziwiła się tym, że ktoś zadał tak głupie pytanie.

— Rachunek, oczywiście.

Wtedy odeszła. Kiedy stała przy barku i czekała na zapłatę, Wolar sięgnął po zostawioną przez nią kartkę. Prawie zszedł na zawał, widząc taką cenę. Nie mógł w to uwierzyć, ale Dalian przypomniał mu, że przecież zamawiali, co popadnie.

— Parchaty łodzibuk… — zaklął cicho Wolar, łapiąc się za głowę. — Nie mamy tylu pieniędzy, prawda? Och, bogowie… Co nas podkusiło?…

Strach mężczyzn przerwał Bolen. Wstał gwałtownie z krzesła i powiedział:

— A wiecie co? Ja to wszystko pierdolę. Załatwię to.

— Co masz zamiar zrobić? — zdziwił się Dalian. — Zatłuczesz kelnerkę?

— Ogłupiałeś? — wycedził z urażeniem Bolen. — Czy ja wyglądam na kogoś, kto bije takie kobiety? Mam lepszy pomysł. Upiekę dwie pieczenie na jednym ogniu!

Zostawił kolegów i ruszył do barku, by porozmawiać z Morgą twarzą w twarz.

— Co on wyprawia? — prychnął Wolar. — Myśli, że ona pójdzie do łóżka z takim brzydalem?

— I ja myślę, że to marzenie ściętej głowy — zgodził się Dalian. — My wszyscy takie mamy baby, na jakie zasługujemy. Jeśli on wróci do nas uradowany, to chyba zmienię swoje przekonania i sam zdradzę swoją żonę. Skoro jemu się uda, to dlaczego mi nie?

— No… no…

— No? Przecież jestem przystojniejszy od niego, a w dodatku nie jestem takim gburem. Chyba że masz jakieś wątpliwości przez moją rękę, a raczej jej brak, hm?

— Nie! — zaprzeczał Wolar nieszczerze. — Po prostu wątpię, że któregokolwiek z nas zechce taki cud natury.

Dalian uderzył pięścią w stół.

— Ja też. I to jest właśnie niesprawiedliwość tego świata. Piękni zawsze mają lepiej. My musimy ciężko pracować na to, by chociaż bochenek chleba zjeść. Uganiamy się za czymś, czego i tak nie zdobędziemy, bo jesteśmy brzydcy… Garbate nosy, brudne ręce, wszy we włosach… Na nic idą nasze wszelkie starania.

Pokusili się, by jednak wypić to, co zamówili, a na co nie mieli pieniędzy. Obserwowali w tym czasie rozmowę Bolena z Morgą i oczom nie wierzyli, kiedy mężczyzna po jakimś czasie przeszedł przez drzwi prowadzące na zaplecze, a kelnerka wydawała się naprawdę szczęśliwa.

— Idziemy do nich? — zaproponował Wolar.

— Durniu! — Dalian uderzył go w tył głowy i nie zareagował na jego „au!”. — Nie psuj mu tego. Pewnie będą bawić się do piątej, więc lepiej już chodźmy. Zajął ją czymś, to my przynajmniej nie będziemy musieli płacić. Chodź.

Wolar z żalem opuścił karczmę, a Dalian, napełniony zazdrością, trzasnął drzwiami.

*

Zadir delektował się muzyką, która grała w pokoju obok. Mieszkał tam pewien muzyk, który jeszcze nigdy nie spojrzał Zadirowi w oczy i nawet nie wiedział, że sprawiał mu przyjemność każdego popołudnia. Obaj uwielbiali każdy dźwięk harfy.

Były zabójca królewski wstał z wanny i nakrył się ręcznikiem. Oj, jak dawno nie żył w takich luksusach. Co prawda mieszkał w zwykłym, małym hotelu dla ubogich mieszczan, ale to na pewno było lepsze niż szałas w puszczy. Minęło już trochę czasu, odkąd ostatni raz kąpał się w jeziorze. Teraz nie musiał martwić się o zimno, bo tutaj, w Księstwie Nalonii, ludzie nie znali cierpienia, jakie wiązało się z Wielkim Mrozem.

Ale Zadir wciąż się nie golił. Prawdę mówiąc, nie miał najmniejszego zamiaru.

Po dokładnym wytarciu i ubraniu się w mieszczańskie szmaty mężczyzna wyszedł ze swojego pokoju i już miał zejść po schodach, ale dźwięk harfy nakłonił go do tego, by podejść do drzwi prowadzących do pokoju numer trzysta dwa i wsunąć pod nie trzy miedziaki.

Nikt go nie rozpoznał. Zadir czuł się wspaniale, mogąc mieszkać z ludźmi i być kimś, kogo nikt się nie lęka. Większość osób z hotelu miała go za biednego staruszka, ale gdy ktoś dokładnie wpatrywał się w jego oczy, to od razu zmieniał zdanie. Może i nikt nie wiedział, że miał do czynienia z najlepszym nemrodem na świecie, ale i tak czuł, że nie można było z nim zadzierać. Magia brody i nieprzyjemnego, wzbudzającego nieufność spojrzenia.

Kiedy Zadir zszedł na dół, by udać się do jadalni, nikt nie ucichł. Nadal wszyscy rozmawiali, w ogóle nie zwrócili na niego uwagi. Nawet dzieci, które znane były ze swojej ciekawości, posłusznie jadły obiad. To pozwalało Zadirowi poczuć się normalnym człowiekiem.

Mężczyzna wziął jeden z talerzy, znajdujących się przy wejściu do jadalni, i podszedł do lady, by wybrać posiłek. Okazało się jednak, że nie miał zbyt wielkiego dylematu. Mógł zjeść kotlet z laudory, zupę jajeczną lub gulasz z różnorakim mięsem pozyskanym z Kniei, o dźwięcznej nazwie „Kniejska uczta”.

Wybrał kotlet.

Kiedy jadł, nie przejmował się tym, że mięso nie było doskonałe. Nie zapomniał smaku wykwintnych potraw, które miał okazję jadać, gdy jeszcze mieszkał w pałacu. Nie wybrzydzał. Cieszył się z tego, że obiady były w cenie.

Jego i innych gości hotelowych spokój został zakłócony przez dwóch mężczyzn, którzy z wielkim impetem weszli do środka. Ktoś mógłby pomyśleć, że byli bardzo zdenerwowani. Pomyśleli tak wszyscy ludzie, którzy jedli posiłki, ale nie Zadir. On czuł, że to nie gniew ich tu przywiódł, a lęk.

Zadir uważnie obserwował mężczyzn, a wzrok mieli oni obłąkany. Nie wiedzieli, do kogo się zwrócić, ale tak głośno sapali i tak mocno się trzęśli, że kelner stojący za ladą nie wezwał ochroniarzy. Sam ciekawy był tego, o co im się rozchodziło.

— Po… po… pomocy!… — wołali. — Ktoś… ktoś!…

— Co was gnębi? — odezwał się ochrypłym głosem Zadir. Mężczyźni podeszli do niego chwiejnie i położyli ręce na stole. Nie wzbudził w nich zaufania, ale nikt inny nie zdawał się zainteresowany ich problemem.

— Racz nam pomóc, mości panie… — błagał jeden z nich.

— Nasz towarzysz… on zaginął! — krzyknął drugi.

— Proszę, czy go widziałeś?…

— Jak wyglądał wasz kolega? — zapytał Zadir z zaciekawieniem.

Mężczyźni spojrzeli po sobie. Byli tak przerażeni i zestresowani, że nie wiedzieli, kto miał zacząć, więc nic nie mówili. W końcu jeden, ten z grubym pasem i wielkim nosem, postanowił odpowiedzieć:

— Raczej niski… Nie nosił nic na głowie, ale zawsze miał kilka kul w kieszeni, na wszelki wypadek i…

— A coś bardziej konkretnego? — Zadir był zirytowany tym, że rozmówca podawał tak drobne i nieznaczne szczegóły.

— To może ja powiem — zaproponował drugi z mężczyzn, którego palec zdobił pierścień ze srebra. — Nasz przyjaciel przypominał raczej chłopa niż księcia. Żeby go nie urazić, nie należał do najpiękniejszych. Czarne, krótkie włosy, brązowe oczy, niesamowity smród…

Zadir pokręcił głową. Jeśli miałby szukać kogoś na podstawie takich opisów, to wystarczyłoby, gdyby wyszedł z hotelu i natknął się na pierwszego lepszego mężczyznę. Strata czasu, a kotlet już stygł. Wiedząc, że niczego konkretnego się nie dowie, zabrał się znowu za jedzenie.

Mężczyźni nie wzięli tego do siebie. Dalej ględzili o tym, że ich przyjaciel zaginął. Podchodzili do różnych gości hotelowych i na siłę próbowali uzyskać od nich jakąkolwiek pomoc, dopóki nie przyszedł właściciel lokalu — krnąbrny, ulizany, otyły jegomość, który był ubrany tak, jakby obrabował samego księcia.

— Halo! Co to ma znaczyć?! — krzyknął gniewnie, wymachując zaciśniętą dłonią i zbliżając się do dwóch mężczyzn. — Czy wy jesteście chociaż gośćmi MOJEGO hotelu?! Jeśli nie, to proszę go opuścić! Nie życzę sobie, aby ktoś przeszkadzał moim gościom w spożywaniu posiłku! Ale już!

— Ale to bardzo ważna sprawa! — zapierał się rozpaczliwie ten o grubym nosie. — Nasz przyjaciel…

— NIE INTERESUJE MNIE WASZ KOLEŻKA! DO WIDZENIA, ŻEGNAM!

Właściciel hotelu wziął go za fraki, by go wyprowadzić, lecz wtedy drugi z przestraszonych mężczyzn krzyknął:

— TU CHODZI O BOLENA!

Pan Mgiełko ma moment zastygł w bezruchu. Zdawało mu się, że się przesłyszał, ale przecież nie miał żadnych problemów ze słuchem. Dopiero po kilku sekundach niezręcznej ciszy puścił Wolara, który był w równym szoku, co właściciel.

Pan Mgiełko podszedł powoli do bezrękiego Daliana, mając nadzieję, że nie usłyszy tego, czego się obawiał.

— Bolena?…

*

Zadir siedział w purpurowym fotelu, obserwując jak Wolar i Dalian pili z właścicielem hotelu w jego gabinecie. Coś mu się wydawało, że ci panowie bardzo lubili alkohol. Rozpoznał to po ich stosunku do butelki, a żył dość sporo, by dojść do takich wniosków.

Przekonał pana Mgiełka, że będzie potrzebny w trakcie tej rozmowy, ale z każdą kolejną chwilą żałował, że dał się wrobić w coś takiego. Zadir uwielbiał takie sprawy, a ta nadzwyczaj go nudziła. Już wolałby użerać się z jakimś pyskatym gnomem niż wysłuchiwać tak żałosnych pogadanek na temat zaginionego.

— Tak mi przykro… — mówił właściciel, któremu ciągle się odbijało. — To był i mój przyjaciel… Czasem dochodziło między nami do kłótni, ale nigdy bym nie chciał, żeby zaginął… To dobry człowiek, bardzo dobry… Powiedzcie mi, przyjaciele — zwrócił się do Daliana i Wolara. — Gdzie ostatni raz go widzieliście?

— No jak to gdzie? — zdziwił się pijany już Dalian. — W tej brudnej knajpie jakieś trzy ulice stąd. Prowadzi ją baaardzo gorąca obsługa… Aż za gorąca, głowę daję!

— Jak to tak to? Mówicie o karczmie „Pod lipą”?

— Co? Nieee! — zaprzeczył Wolar dobitnie. — Ta jest cztery ulice stąd! Co pan? Nie zna się na tym mieście? Tu nie Laweranda, tu Josalen! Małe miasteczko w małym księstwie, wstyd nie znać całego.

— Nie mów tak — skarcił przyjaciela Dalian. — Pan Mgiełek też przeżywa, nie widzisz? Ślepyś? Nie męcz go tak, daj mu się w spokoju napić…

— Mgiełko — poprawił go właściciel. — Pan Mgiełko, nie Mgiełek.

— Jeden pies…

Łyknęli piwo, a Zadir umierał z nudów. Mógł po prostu wyjść i wrócić do swojego pokoju, ale wciąż liczył na to, że dowie się czegoś ciekawego.

— Co do tej gorącej obsługi — odezwał się nagle właściciel hotelu. — Czy ona ucięła sobie pogawędkę z Bolenem? No wiecie, panowie… Może po prostu śpi u niej?

— U Morgi? — nie dowierzał urażony Wolar. — No… może… Ponoć byli razem na zapleczu, sami widzieliśmy. A może nam się śniło? Już nie pamiętam… Taka piękna, atrakcyjna, kusząca kobieta nie mogła przecież przespać się ze zwykłym wieśniakiem…

Zadir zerwał się z fotela.

— Co powiedziałeś?

Wolar spojrzał na niego jak na wariata.

— Kolejny? Najpierw ślepy, teraz głuchy? Rzekłem, że pani Morga nie mogła pójść z Bolenem do łóżka, bo to towar z górnej półki, a on…

Ale Zadir już go nie słuchał. Opuścił gabinet, zostawiając coraz bardziej pijanych mężczyzn samych.

Czas na złożenie wizyty.

*

Pokryty rdzą szyld z napisem „Karczma” nie zachęcał Zadira do wejścia. Gdyby miał ochotę się gdzieś napić, na pewno wybrałby dużo bardziej zadbany lokal. W końcu stać go było na coś więcej, choć nie miał wielu pieniędzy po ich znacznej stracie nad rzeką Irris.

Knajpa zdawała się pusta od zewnątrz. Nie było słychać ani muzyki, ani chociaż głośno rozmawiających mężczyzn. To dziwne, że wieczorem karczma ta była martwa. Zazwyczaj o tej porze nie dało się nie słyszeć wrzasków, bójek i śpiewów.

Choć Zadir nigdy tu nie był, przeczuwał, że to jego ostatnia wizyta w tej karczmie.

Spróbował otworzyć drzwi. Bezskutecznie. Jeśli ktoś przebywał w karczmie, powinien usłyszeć, że ktoś się dobijał. Niestety nikt nie otworzył.

— To nie ma sensu. — Dał się słyszeć jakiś pozbawiony nadziei głos.

Zadir odwrócił się i spojrzał na mężczyznę ubranego w brudne szmaty. Nie miał nawet butów.

— Knajpa jest zamknięta, nic z tego — powiedział biedak. — Wielu dzisiaj pukało, ale nikt nie otwierał. Wracaj do domu, brodaczu. Nie przyjdzie nam się dzisiaj razem napić.

A kiedy Zadir nic nie odpowiadał, tylko patrzył mu głęboko w oczy, mężczyzna odszedł.

No więc tak. Karczma była zamknięta, choć nikt nie zawiesił kartki, by o tym poinformować. Skoro Dalian i Wolar ostatni raz widzieli swojego przyjaciela tutaj, to bez wątpienia właściciel lokalu musiał mieć coś wspólnego ze zniknięciem Bolena.

Zadir rozejrzał się, by mieć pewność, że nikt teraz nie przechodził tą uliczką.

ŁUP! Wyważył drzwi. Trochę to bolało, ale ból był dość znośny, by wstawić drzwi w swoje miejsce. Mężczyzna nie chciał przecież, aby dziura w ścianie zachęciła innych do wejścia. Chciał to rozegrać sam. Inni nie daliby rady.

Hałas spowodowany wyważeniem drzwi był na tyle głośny, by usłyszeli go wszyscy, którzy przebywali na zapleczu. O dziwo nikt się nie pojawił. Zadir stawiał powoli kroki, coraz bardziej zbliżając się do barku. Ostrożnie się rozglądał, aby przynajmniej wychwycić coś, co mogłoby stanowić poszlakę. Restauracja wyglądała jednak tak, jakby nic się w niej nie wydarzyło. Wszystkie stoły i krzesła były na swoich miejscach. Dziwne natomiast Zadirowi wydało się to, że przy jednym stoliku wciąż znajdowały się kufle nieskończonego piwa, brudne talerze i jakiś papierek. Tak, jakby jeszcze niedawno ktoś tu jadł.

Czyżby chodziło o Bolena?

Nikt się nie pojawił. Zadir uśmiechnął się pogardliwie, ale uśmiech szybko spełzł mu z twarzy. Spodziewał się tego, wiedział, że sprawca nie będzie się wychylać, ale gdy zdał sobie sprawę z tego, co będzie musiał zrobić, nie cieszył się już tak bardzo. W dodatku denerwowało go to, że osoba, której poszukiwał, chowała się jak zwykły tchórz.

— Wiem, że tu jesteś! — zawołał z chrypką. — Nie ma już sensu się ukrywać. Lepiej wyłaź, słyszysz?! Możesz chować się cały dzień, ale i tak cię znajdę! Możemy to zakończyć po dobroci, ale jeśli będziesz udawać, że śpisz, nic z tego nie będzie! Masz dziesięć sekund!

Zadir zaczął z większą pewnością siebie chodzić po lokalu.

— Dziesięć!… dziewięć!… osiem!…

BAM! Podniósł krzesło i rzucił nim z całych sił w kierunku barka. Prawie wszystkie butelki spadły na podłogę i rozbiły się.

— Siedem!… sześć!… pięć!…

Mężczyzna przewrócił kilka krzeseł tak głośno, że nawet ktoś z zewnątrz mógł to usłyszeć. Mimo, że Zadir miał swoje lata, wciąż miał w sobie mnóstwo sił.

— Tracisz czas, Morga! — krzyknął ze złośliwym uśmieszkiem, który trudno było zauważyć pod jego gęstą brodą i dużymi wąsami. — Lepiej wyjdź, zanim zniszczę całą restaurację! Cztery! Trzy! Dwa! Jeden!…

Drzwi prowadzące na zaplecze otworzyły się ze skrzypnięciem. Przez pierwsze sekundy nikt nie wychodził, ale wkrótce przed Zadirem pojawiła się piękna kobieta o brązowych lokach i hipnotyzujących, szmaragdowych oczach. Aksamitna sukienka dodawała jej wdzięku i seksapilu. Wzrok jednak miała ostry, tak samo, jak czerwone paznokcie, które teraz były tak długie, że przypominały bardziej pazury.

— Mówił ci ktoś, że te pazurki nie pasują do twoich oczu? — spytał sarkastycznym tonem Zadir.

Morga nie przejęła się tą uwagą. Wzruszyła ramionami, zamknęła drzwi machnięciem ręki i oparła się o nie.

— Cały ty — powiedziała z podnieceniem w melodycznym głosie. — Gruboskórny, agresywny, szczery do bólu. Dziw, że jeszcze cię nie zabito.

— Cóż, w pewnym sensie mam stróża na karku.

— Ha? Zabawne… Bardzo zabawne, ale i… intrygujące. — Kobieta pociągnęła przeciętym na górnej części językiem po swoich paznokciach. — Wiesz? Nie spodziewałam się tego, że ktoś taki jak ty zacznie przejmować się zwykłymi ludźmi. Jesteś tu dlatego, prawda? Szukasz tego żałosnego chłystka, który nawet porządnie klepnąć nie potrafi?

Uch. Zadirowi, aż niedobrze się zrobiło.

— Tak, coś w tym stylu — odpowiedział beznamiętnie.

— Mhm… Dlaczego? To jest baaardzo ciekawe… — zamruczała, przeciągając każdy wyraz. — Od kiedy to legendarny Zadir robi za chłopca na posyłki? Byłeś niegrzeczny? Mmm…

— Daj spokój. Wiesz dobrze, że twój głos i miny na mnie nie działają.

— Nie wiedziałam, że masz problemy z erekcją, przepraszam.

Zadir nie skomentował tego.

— Nie mam na to czasu! — warknął. — Oddaj mi tego nieszczęśnika, a zostawię cię w spokoju.

Morga zaśmiała się.

— Że co? Myślisz, że jestem głupia? Ranisz moje uczucia, skarbie. Oboje dobrze wiemy, że mnie zabijesz. W końcu musisz, prawda? Przecież inaczej nie oddam swojej zdobyczy. Nawet sobie nie wyobrażasz, jak dobrą ma krew… Ma w sobie tyle smutku, tyle żalu, tyle niespełnionych marzeń, wyrzutów sumienia i grzechów!… Ach… Na samą myśl się rozpływam!

— Zabiłaś go. — Zadir pokręcił głową z dezaprobatą. — I zrobiłaś to…

— Taaak… Miał przepyszną głowę… Ach!… Aż cała się rozgrzewam!… Mmm!…

— Ty suko.

Mężczyzna wyciągnął miecz i rzucił się z nim na kobietę. Ta przeskoczyła zwinnie nad jego głową, raniąc go w szyję pazurami, i stanęła na jednym ze stołów. Niewielka ilość krwi spływała z ran Zadira, ale nie bolało go na tyle, by nie mógł dalej walczyć. Spojrzał z nienawiścią w oczy Morgi i przeklął w głowie, żeby poszła do Hary. Podbiegł do niej i zamachnął się, ale ona była szybsza. Przeskoczyła na kolejny stół, a z każdym kolejnym machnięciem, który kończył się jedynie zniszczeniem następnego stołu, z ran Zadira płynęło coraz więcej krwi.

Kiedy mężczyzna sapał już ze zmęczenia, Morga pociągnęła nosem.

— Ach… Cudowny zapach… Jesteś taki chytry, Zadirze. Dlaczego wobec tego nie przyłączysz się do mnie i nie zapolujemy razem?

Zadir splunął na podłogę, starając się nie przejmować bólem.

— Nie polujesz na bogatych. Szukasz wyłącznie biedaków, bo wiesz, że w nich jest najwięcej nieszczęścia.

— Masz rację.

Tym razem to ona rzuciła się na niego, ale Zadir zdążył się obronić. Ostrzem zranił Morgę w udo, lecz ta jedynie syknęła. Spojrzała na swoją ranę i oblizała się. Jej przeciwnik postanowił wykorzystać tę chwilę nieuwagi. Podbiegł do niej szybko i uderzył w twarz, a ona nie miała czasu, by zareagować. Zachwiała się, ale prawie natychmiast odzyskała równowagę. Dlatego, gdy Zadir znów brał zamach mieczem, uniknęła ataku i spróbowała go szarpnąć, lecz zamiast tego wbiła swoje pazury głęboko w jego ciało. Mężczyzna tym razem zawył z bólu. Wykorzystując to, że Morga nie mogła ruszyć rękoma, uderzył ją mocno łokciem. Dopiero wtedy jej pazury zmniejszyły się, zadając Zadirowi dodatkowy ból. Kobieta padła na podłogę, ale podniosła się szybko i wykonała kilka kroków w tył, byle tylko oddalić się od mężczyzny.

— Jesteś stary — zasyczała. — Nie masz już tylu sił! Przegrasz tę walkę, pogódź się z tym! Czuję to w twojej krwi… Ach… Gorąco mi… Niedługo umrzesz, mmm!…

Zadir stał daleko, więc Morga myślała, że będzie bezpieczna, dlatego ciągnęła nosem, chcąc poczuć więcej z zapachu płynącej krwi mężczyzny.

Ale nie spodziewała się, że Zadir rzuci w nią małym ostrzem. I nie spodziewała się, że miał tak dobre oko.

Dostała w krtań. Gdy zorientowała się, że nie mogła oddychać, a krew, którą tak blisko czuła, była jej krwią, zdała sobie sprawę, że to nie ona dzisiaj wygra. Kaszlała krwią, patrząc wielkimi oczami na Zadira, który się do niej zbliżał. Robiła kroki do tyłu, a gdy dotknęła plecami ścianę, zsunęła się po niej i usiadła na drewnianej podłodze, wiedząc, że nie ucieknie przed mężczyzną.

Dusiła się własną krwią. Krwią, którą czuła tak doskonale, jak żadną inną. Rzeczy, które z niej wyczuła, były dla niej oczywiste, ale najbardziej ekscytujące ze wszystkich, z jakimi miała do czynienia.

„Żal… gorycz…” — wymieniała w myślach, ciesząc się tym, że nikt inny jej nie słyszał. „Tęsknota… rozczarowanie… nienawiść… cierpienie… gniew…”

Zadir kucnął przed Morgą i spojrzał w jej smutne oczy, które z każdą sekundą traciły swój niezwykły kolor. Dotknął ostrze wbite w jej krtań i wyjął je powoli, pozwalając, by kobieta nasyciła się zapachem swojej krwi.

„Miłość…”

Zamknęła oczy.

*

— Nie żyje? — nie dowierzał Dalian. — Niemożliwe! Aj…

— To potworne — smucił się Wolar. — Dlaczego? Dlaczego Bolena to spotkało? Dlaczego jego?!

Zadir cały był umazany krwią. Czuł się żałośnie, kiedy patrzył na tych dwóch mężczyzn, którzy z taką rozpaczą opłakiwali starego przyjaciela. Według siebie wykonał kawał dobrej roboty, dlatego po prostu czekał, aż dostanie swoją nagrodę.

— Dobrze się spisałeś, panie… — uciął pan Mgiełko, próbując przypomnieć sobie imię człowieka, który przyniósł worek z ręką Bolena.

— Taril — dokończył Zadir. — Nie przedstawiałem się jeszcze.

— Ach, tak, rzeczywiście… Przepraszam najmocniej… Głowa tak mnie boli, że wszystko mi się myli.

— Nie szkodzi.

— Więc… kto go zabił? — Właściciel hotelu podrapał się po głowie, obserwując płaczącego Daliana i Wolara.

— Manora — odpowiedział Zadir bez wzruszenia. — Stworzenie, które karmi się ludzkim nieszczęściem, które płynie w ludzkiej krwi. Wybrała sobie najbiedniejszą dzielnicę miasta i przejęła karczmę, by żywić się biedakami, chcącymi zabawić się z nią z desperacji. Tylko czekała na okazję. Musiała być głodna, bo zjadła nawet głowę.

— Głowę?! — Pan Mgiełko prawie zemdlał. — Na bogów!… Niemożliwe… Myślałem, że takie stworzenia nie istnieją… Ale że tutaj? W Josalen? W Księstwie Nalonii? Nieprawdopodobne…

— Musiała uciec z Lawerandy. Panuje tam Wielki Mróz, a to właśnie tam zamieszkują manory. Morga musiała walczyć o swe przetrwanie.

— Dokładnie tak jak ty, prawda? Widać po tobie, że twardy z ciebie facet. Skąd pochodzisz, Taril? Nie wyglądasz na kogoś, kto byłby stąd.

Zadir prychnął w myślach. Dopiero teraz właściciel hotelu zaczął się tak interesować swoimi gośćmi?

— To prawda, nie jestem stąd, ale nie zamierzam o sobie mówić. Byłem człowiekiem, którym już nie jestem. Niech moja przeszłość pozostanie tajemnicą. Są rzeczy, których nie powinno się rozpowiadać. Tymczasem — gdzie moja nagroda?

— Ach, no tak… Już po nią idę.

Kiedy Zadir otrzymał worek ze złotem, pan Mgiełko zdawał się niezadowolony.

— Co cię gryzie, panie? — spytał.

— Wiesz… Skoro w Josalen zdarzył się taki przypadek, to możliwe, że całe księstwo może być w niebezpieczeństwie. Poradziłeś sobie z taką kreaturą, więc pewnie z innymi też dałbyś sobie radę. Pomyślałem, że może…

— Nie — powiedział Zadir stanowczo. — Nie jestem łowcą potworów. To nie jest moja praca. Pomogłem raz, by otrzymać pieniądze, ale to nie jest życie, jakie chciałbym prowadzić. Nie wynajmuj mnie więcej do takiej roboty. Raz wystarczy.

— Więc co zamierzasz teraz robić?

Zadir potrzebował chwili, by odpowiedzieć.

— Pójdę tam, gdzie będę mógł być człowiekiem.

Odszedł. Opuścił hotel, a potem miasteczko. Miał przed sobą długą drogę, która zdawała się nie mieć końca. Skoro nawet w tak małym Josalen musiał użerać się za takimi kreaturami, to czy w większych miastach mógł poczuć się bardziej ludzko?

Nie mógł od tego uciec. W końcu sam nie był do końca człowiekiem.

Autor Dadi
Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 1493
4

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!