Zadir

Nie wiadomo, czy ktokolwiek wiedział, gdzie aktualnie przebywał. Ludność mawiała, że nagle rozpłynął się w powietrzu, jakby rozkaz z samej góry został wypełniony. Inni plotkowali w gospodarstwach, że błąkał się po niezbadanych terenach, na których żaden człowiek nie postawił jeszcze stopy. Cokolwiek rozpowszechniono, stało się to niewiarygodnie szybko. W ten sposób zaledwie szept o zniknięciu Zadira stał się legendą — legendą, która przekazywana odtąd była z pokolenia na pokolenie. A kiedy po latach Zadir upewnił się, że wszyscy o nim zapomnieli i sam stał się jedynie duchem, którego nikt nie traktował jako kogoś, kto mógł jeszcze żyć, postanowił wrócić do życia, które miał w zwyczaju nazywać „udręką śmiertelnych”, lecz jako ktoś inny: ktoś, kogo nikt się nie boi i nikt nie oczekuje od niego czegoś, na co nie ma sił.

Mroźna zima dawała się we znaki nawet takiemu stworzeniu, jakim był legendarny Zadir — niegdyś jednemu z najpotężniejszych władców władców. Takiej zimy jeszcze nigdy nie spotkano w Lawerandzie. Nosy i dłonie zamarzały w ułamku sekundy, toteż niewielu było takich, którzy przetrwali w gąszczu puszczy. Tam zima okazała się najsurowsza. Ludzie błagali bogów, by dał im najgorętsze słońce, byle tylko śnieg całkowicie stopniał, a lód pod ich stopami przestał zabijać. Wydawało się, że Amar i Reja zajęci byli czymś innym, przestali słuchać modlitw, a może i byli o nie obrażeni. Bo kto to pomyślał, aby brudni, skaleni, okrutni mieszkańcy dzikiej puszczy śmieli zwrócić się do boga ognia i lodu? Wszyscy wiedzieli, że takie zachowanie nie spotka się z aprobatą tych, którzy stanowili równowagę świata.

Jednak Zadir wiedział, że naciągały mroźne czasy. Od kiedy zniknął, nie golił swej siwej brody ani nie obcinał równie siwych włosów, które swoją długością mogły dorównać nawet driadom z Folliady. W ten sposób Zadir mógł ochronić się przed zimnem, choć w puszczy, w której od tylu lat przebywał, śmiano się za każdym razem, gdy ktoś go zobaczył. Zawsze panował tam niezwykły upał, więc nie dziwota, że nikt nie rozumiał dziwactwa mężczyzny, który za wszelką cenę nie pozwalał sobie obciąć włosów. Teraz być może ktoś błąkał się po puszczy w poszukiwaniu Zadira, aby tylko skraść jego gęstą brodę i zrobić z niej byle czapkę.

To nie wszystko, co posiadał Zadir, by ochronić się przed Wielkim Mrozem, jak to później te czasy nazwano. Mężczyzna miał również grube rękawiczki z krokodylej skóry, bardzo stare i niemodne już futro, które zabrał lata temu pewnemu arystokracie podczas wędrówki, a także duże, twarde, niewygodne buty, z każdym krokiem coraz bardziej niszczące palce stóp Zadira.

To wszystko nie wystarczyło, aby uchronić się przed śmiertelnym zimnem. Mężczyzna drżał, gdy szedł przed siebie, mając kolana pod grubą warstwą śniegu. Choć ciężko było mu iść, wykorzystywał całą swoją siłę, aby przejść chociaż dziesięć centymetrów dalej.

Końcówka brody już dawno mu przymarzła. Zadir nie mógł się nawet pocić. Nie mijała nawet minuta od pojawienia się kropli na czole, a już przestawała być cieczą.

Hara. Choć według wierzeń panował tam wieczny gorąc, Zadir przypuszczał, że było wręcz przeciwnie. Wszak gorszym od ciepła, który symbolizuje miłość i rozkosz, jest przecież mróz, który stanowi brak jakiegokolwiek uczucia. Tak. W miejscu dla złych dusz na pewno było jeszcze zimniej, niż teraz w Lawerandzie, a zwłaszcza w puszczy, w której mróz zabijał najbardziej.

Ale została jeszcze jedna rzecz, którą trzeba było zrobić, aby nie stać się trupem w skradzionych ubraniach.

Przeżyć Zadirowi pozwalało to, że wiedział, dokąd zmierzał. Nie spodziewał się, że będzie musiał robić to tak szybko, ale nie zniechęcał się. Choć pomylił dni, miał w sobie wystarczająco dużo zapału, aby opuścić puszczę żywy. Liczyło się tylko to, by nie zniknąć ze świata jako ktoś, kogo cały świat miał za bajeczkę.

On istniał. Żył i musiał żyć. Na wieki.

Mężczyzna czuł, że jego ciało już tak dłużej nie wytrzyma. Jeszcze kawałek… Jeszcze trochę… Już blisko…

Zimno przeniknęło go całego. Czuł je nawet w kościach. Nie mógł nic zrobić. Mimo że tak bardzo chciał, nie było to możliwe. To koniec. On o tym wiedział. Wystarczyło jedynie w odpowiednim czasie ruszyć, a on się spóźnił.

Zadir padł na twardy śnieg obok zamarzniętego drzewa i z ogromną goryczą oraz żalem w lodowatym sercu zamknął oczy, pozwalając sobie na wieczny odpoczynek.

*

Czuł zapach miodu i słyszał mały dzwonek, nie wiedząc dokładnie, skąd ten dźwięk pochodził. Stawał się on jednak coraz głośniejszy. Mężczyzna nic nie widział. Wokół panowała jedynie ciemność. Kiedy zapach miodu był coraz intensywniejszy, Zadir zorientował się, że leżał na zimnej podłodze, która wcale nie raniła tak bardzo, jak klimat puszczy. „Umarłem?” — pomyślał. Jeśli była to prawda, oznaczałoby to, że nie miał racji co do Hary. Miał pewność, że właśnie tam znajdzie się po śmierci. W końcu popełnił w swoim życiu tyle zbrodni, że niejeden bandyta mógłby pozazdrościć mu listy złych uczynków.

Tak… To nie może być Hara. Żadne Księgi nie głosiły, że mieli tu miód.

Nagle Zadir odzyskał wzrok. Ujrzał taką jasność, że prawie oślepł. Ledwie cokolwiek widział, ale mógł dostrzec jakąś czarną postać, która poruszała się dla niego za szybko. To było jedynie wrażenie, bo w rzeczywistości szata tej istoty jedynie powiewała, a ona sama nie wykonywała żadnego ruchu. To dziwne, bo Zadir nie czuł żadnego wiatru. Co więc wprawiało szatę tajemniczej postaci w ruch?

— Och, nareszcie się obudziłeś — rzekła z przejęciem postać, która głos miała taki, że Zadir nie mógł zidentyfikować jej płci. Mimo to był on ciepły, jakby osoba ta od wieków zajmowała się innymi. — Długo spałeś, Zadirze. Powinieneś jeszcze odpocząć, dlatego radzę jeszcze nie wstawać.

— Skąd znasz moje imię? — zapytał ochrypniętym głosem mężczyzna. W pierwszej chwili naprawdę pomyślał, że mógł jakimś cudem trafić do Raahu. Przez pomyłkę? Nie, to niemożliwe. Tak potężne bóstwo nigdy się przecież nie myliło. To nie mógł być Raah. — Kim jesteś?

Tajemnicza postać uśmiechnęła się pod kapturem i uklęknęła przy Zadirze, a wtedy poczuł on dziwną energię, która nie zdawała się stanowić zagrożenia. Nie zareagował, gdy obcy dotknął jego klatki piersiowej. I tak nie miał nawet sił, by podnieść ręki, dlatego pozwolił mu na wszystko.

— Nic nie mów, tracisz wtedy energię — szepnęła istota. Kiedy ścisnęła pierś Zadira, mężczyzna syknął cicho. — Twoje serce dzielnie walczyło, ale nadal potrzebuje czasu, by wydobrzało. Masz waleczne serce, godne prawdziwego wojownika. Nigdy nie było mi dane dotknąć czegoś takiego.

„On… dotknął mojego serca?…”

Nagle Zadir poczuł przepływ gorąca w górnej części ciała. Ból trudno było mu wytrzymać, ale dał radę. Nawet nie pisnął, choć nawet tacy jak on nie powinni sobie tego zabraniać.

Po chwili w miejsce bólu wstąpiło pieczenie, a zaraz potem dołączyło do niego pulsowanie, przy którym mężczyzna mógł poczuć, jak z jego serca usuwane zostają resztki lodu.

Gdy wszystko ustało, zdał sobie sprawę, że jeszcze nigdy nie czuł takiego spokoju.

Tajemnicza postać wstała, by udać się po coś udać. Zadir miał wtedy czas, by zidentyfikować miejsce, w które został zabrany. Nie zdziwił się szczególnie, kiedy uświadomił sobie, że leżał w zamieszkałej jaskini pełnej różnorakich mebli. Rozpoznał nawet markę niektórych z nich. Sam miał kiedyś okazje siedzieć na krzesłach Rullespa. Wcześniejszy ból w pewnym sensie uzdrowił również jego oczy, ponieważ mężczyzna widział już lepiej. Ta jasność była spowodowana tym, że przez niewiadomą ilość czasu miał na oczach opaskę, która teraz leżała obok niego. Źródło światło stanowiły pochodnie zawieszone na ścianach jaskini oraz położone na stołach świece.

Nieznana Zadirowi istota wróciła z glinianą miseczką, w której mieszała. Mężczyzna nadal nie potrafił stwierdzić, czy była ona kobietą, czy nie. Jej ciało potrafiło zmylić, ale może powodem tego była szata, która zakrywała ją tak, że nawet wyborowy strzelec z Agrehin nie mógłby dostrzec żadnych kształtów.

Postać kucnęła przy Zadirze, a wtedy zrozumiał on, że to stąd wydobywał się intensywny zapach miodu.

— Proszę, zjedz to. Dzięki temu poczujesz się jeszcze lepiej. Potem porozmawiamy.

Zadir usiadł na podłodze i wziął miskę w ręce. Nie zastanawiając się długo, zaczął jeść. Nie było to najlepsze danie w jego życiu, ale nie jadł dość długo, by nie wybrzydzać. Kiedy skończył, spojrzał na postać, której tylko usta mógł zobaczyć. Resztę zakrywał kaptur.

— Dlaczego to robisz? — spytał Zadir.

— Dlaczego co robię?

— To wszystko. Ostatnia rzecz, jaką pamiętam, to zimny śnieg na twarzy i uczucie pustki, które nie trwało krótko. Myślałem, że umarłem, ale jestem tutaj. Bierzesz mnie do jaskini, uzdrawiasz i karmisz. Powinienem ci podziękować, ale nie potrafię, bo nie rozumiem. Kim jesteś i dlaczego ratujesz moje życie?

Postać uśmiechnęła się lekko, co zauważył Zadir.

— Zadajesz wiele pytań — stwierdziła z zaciekawieniem. — Powiedz mi: nie zastanawiałeś się nigdy, dlaczego zawsze wszystko idzie zgodnie z twoim planem? Nie dziwiło cię to, że nigdy nie zostałeś poważnie ranny? Pomyśl, jak często mogłeś umrzeć. Gdybyśmy mieli wymieniać, spędzilibyśmy na to więcej niż jeden dzień. Uważasz, że miałeś farta? Że jesteś człowiekiem szczęścia, którego nie ruszy nawet skała? Odpowiedz.

— Nie wszystko idzie zgodnie z moim planem — powiedział i charknął. — Miałem sam zmierzyć się z tym mrozem. Sam miałem dotrzeć do…

— Lasu Umarłych? — dokończyła za niego postać i uśmiechnęła się szyderczo.

Zadir był w szoku.

— Tak… Do Lasu Umarłych. Tam miałem znaleźć pierwsze napotkane ciało zwierzęcia, rozciąć mu brzuch i zrobić naszyjnik z jego flaków, ale zapewne to wiesz, skoro taki dobry z ciebie zgadywacz. A może jesteś prorokiem?

Postać zaśmiała się, rozbawiona jego ironicznym tonem.

— Tego można było się spodziewać. No tak, to oczywiste, że legendarny nemrod i niegdyś królewski zabójca zna tajniki, o których reszta łowców może tylko śnić. Kto cię tego nauczył, Zadirze? Miałeś nauki u zielarki?

Tajemnicza istota zachichotała, co trochę zirytowało mężczyznę.

— Najpierw opiekujesz się mną jak własnym dzieckiem, a teraz robisz sobie ze mnie żarty?

— Sam zacząłeś. Nie widzisz tego, więc powiem ci, że puściłem do ciebie oczko.

— No, dobrze wiedzieć, faktycznie… To nie była byle zielarka, a wielka mistrzyni. Nauczyła mnie prawie wszystkiego, co wiedziała. Nie zdążyła, bo zmarła na chorobę, na którą nie znała lekarstwa. Na klątwę.

— To przykre — rzekła szczerze postać. — No cóż, tak to już jest, kiedy człowiek całe życie siedzi w jednej metodzie, zamiast szukać pomocy we wszystkim. Zielarka nie lubiła boskiej pomocy, co?

— Nienawidziła.

— No właśnie.

Potem nastała cisza. Zadir rozmyślał o kobiecie, od której tyle się nauczył. Była dla niego jak babka, choć nigdy nie upiekła dla niego ciastek. Co za czasy. Lata temu jego jedyne zmartwienie stanowiło zdobywanie wiedzy, a teraz musiał walczyć o przetrwanie wśród ludzi, którzy nawet nie wiedzieli, kim naprawdę był. Teraz nagle spotkał osobę, która wiedziała o nim wszystko.

Mężczyzna postanowił przerwać milczenie.

— Znasz mnie doskonale, a ja o tobie nie wiem nic. Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć, kim jesteś?

— Zdaję mi się, że dostałeś już podpowiedź — rzekła postać.

— Nie jesteś Yierą — powiedział Zadir tak, jakby nie był tego do końca pewny.

— Nie, nie jestem. Jestem kimś, kto obserwuje cię, odkąd opuściłeś Trojlandię.

— Ale… Przecież opuściłem ją tyle lat temu… To niemożliwe…

Zadir wstał i odruchowo sięgnął po miecz, którego nie miał tak samo, jak koszuli. Wiedział, że musiało to głupio wyglądać, ale skupiał się na najważniejszym.

— Kłamiesz — powiedział dobitnie. — Zauważyłbym cię! Nie mówisz prawdy, więc zginiesz jako kłamca! POWIEDZ PRAWDĘ!

Postać zaśmiała się cicho, a wtedy mężczyzna rzucił się na nią z pięściami, lecz ta bez żadnego wysiłku przesunęła się na bok tak szybko i w taki sposób, jakby nie miała nóg, dzięki czemu uniknęła Zadira, który upadł z łoskotem na podłogę. Nagle poczuł on kucie w swoim sercu. Było tak mocne, że nie mógł ponownie wstać. Czuł się tak, jakby ktoś ściskał jego serce, choć nikt go nawet nie dotknął.

Zadir odwrócił powoli głowę, błagając w myślach wszelkie bóstwo, aby ból ustał, a on mógł przyłożyć istocie jeszcze mocniej.

— Nie walcz, Zadirze — powiedziała chłodno postać. — To i tak nie ma już sensu. Twoje serce już należy do mnie.

Czarna powiewająca szata spadła z jej ciała, a kiedy to się stało, jej twarz również została odkryta. Zadir zamarł ze strachu. Łysa, pełna strupów i wgłębień głowa była tak blada, że swoją bielą przewyższała śnieg, przez który próbował przebrnąć Zadir. Oczy istoty przerażały mężczyznę, gdyż nie miały ani źrenic, ani tęczówek. Te oczy były zupełnie białe, ale nie tak bardzo, jak jej zniszczona skóra.

Postać zbliżyła się do Zadira, który nie mógł się ruszyć. Kontrolowała ona wszystkie połączenia z jego sercem. Władała jego krwią.

„Nie, to nie może się tak skończyć!” — myślał mężczyzna. „Nie po tym wszystkim!…”

— Uch… Au… Aj… — jęczał. — Jesteś… uch… j-jesteś…

— Tak — potwierdziła z chłodem istota. — Zgadza się. Jestem atronem, sługą samego Zara. Traktuj to wyznanie jako błogosławieństwo, Zadirze. Nie każdy ma okazję spojrzeć w moje oczy. — Ostatnie zdanie powiedział z takim syczeniem, jakby był wężem.

— Cze… uch… Cz-czego ty… czego… uch… czego chcesz?…

— Ja? Ha, ha! Ja czego chcę? Nie bądź śmieszny! Gdybym chciał cię zabić, już dawno byś umarł! To nie ja chcę twojej śmierci, tylko Zar. Tak bardzo chce mieć cię w Harze, a ty ciągle od tego uciekasz… Nieładnie, Zadirze, nieładnie. Tyle lat wykorzystujesz moją dobroć. Okazałbyś chociaż wdzięczność Kealowi!

— Z-zabij… z-zabij… z-zabij mnie… P… P-proszę…

— Co? — zdziwił się Keal. — Mam cię zabić?! Tego chcesz?! Przecież pragniesz żyć wieczność, Zadirze! Dlaczego chcesz, żebym teraz cię zabił, skoro przez tyle lat trzymałem cię przy życiu?!

To wystarczyło, by Zadir mógł zrobić to, co planował. Ściśnięcie w sercu nie było już tak mocne, dlatego mężczyzna jak najszybciej wstał i rzucił się na nagie lodowate ciało, które pozbawione było narządów płciowych. Tym razem Keal nie zdążył zareagować — kiedy padł plecami na podłogę, Zadir włożył palce w jego oczy i z całej siły je z nich wyjął. Atron stracił na chwilę kontrolę nad sercem mężczyzny. Nic nie widział, a czarna krew płynęła strumieniem z jego oczodołów, plamiąc przy tym podłogę. Wrzasnął z bólu tak głośno, że Zadir, który już wybiegł z jaskini, poczuł ból w całym swoim ciele.

Uciekł. Albo tak mu się tylko wydawało.

Autor Dadi
Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 813
5

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!