Zimna Wiedźma

Rozdział I

Energicznym krokiem przemierzałam mokre ulice mojego miasta. Okropnie lał deszcz, a ja, przemoknięta do suchej nitki spieszyłam się do domu. Bardzo lubiłam deszcz i z chęcią postałabym chwilę tutaj, na środku opustoszałego chodnika, ale nie mogłam. Było już ciemno, słońce zaszło już kilkanaście minut temu, a na niebie zobaczy być można blady księżyc w nowiu. 

– Zaraz godzina policyjna – pomyślałam przestraszona i z niepokojem potarłam zmarznięte dłonie. 

Codziennie po dwudziestej pierwszej ludzie mieli zakaz pałętania się po ulicach, wyjątkiem byli ci śmiałkowie, którzy mieli pozwolenie od samego króla. Jednym problemem jest to, że Król, jak i część policjantów patrolujących miasto są wampirami. Te stworzenia ujawniły swoją obecność światu niecały rok temu. Od tamtej pory my, ludzie mamy krótko mówiąc przerąbane. Gdyby mnie złapali po godzinie policyjnej w najlepszym wypadku zostałabym kolacją jakiegoś krwiopijcy. Wolałam tego uniknąć, więc jeszcze bardziej przyspieszyłam kroku.

Widziałam już z daleka mój dość duży dom, lecz nagle usłyszałam pięć strasznych dźwięków. Pięć strasznych dźwięków wybijanych przez stary zegar, ustawiony na samym środku ogromnego rynku. Pięć strasznych dźwięków oznajmiającym godzinę policyjną. Pięć strasznych dźwięków oznaczających koniec mojego krótkiego życia. 

Może akurat dzisiaj panowie policjanci zapomnieli o swojej pracy i uda mi się przemknąć cichutko do domu – zaczęłam optymistycznie i nieco ironicznie pocieszać się w myślach. 

Wampiry miałyby odpuścić sobie taką wyśmienitą okazję do skrzywdzenia młodej, ludzkiej dziewczyny? To jest raczej niemożliwe – skrytykował mnie ten trzeźwo myślący głos w mojej głowie. 

Przestałam rozmyślać i zaczęłam biec ile sił w nogach. Mój dom znajdował się już około dziesięć metrów ode mnie, gdy poczułam, jak czyjeś silne dłonie szarpią mnie za talię i ciągną gdzieś.

Zaczęłam się z całych sił wyrywać, lecz po chwili szarpania się stwierdziłam, że te działania są bezcelowe. Podniosłam ostrożnie wzrok i nerwowo rozejrzałam się po otoczeniu. Zobaczyłam czarną, policyjną furgonetkę, którą ledwie było widać, przez ciemności, które panowały na ulicach. Następnie przeniosłam uwagę na funkcjonariuszy, którzy stali obok auta. Zauważyłam, że każdy z trzech policjantów ma naszytą na kołnierzyku munduru niebieską plakietkę.

Czy to możliwe, że wysłali samych ludzkich policjantów? – zastanawiałam się w myślach.

Wampiry zawsze miały naszyte czerwone plakietki, a ludzie niebieskie. To ułatwiało rozróżnianie, kto jest wampirem, a kto tylko dla nich pracuje.

– Ludzie, jak to ludzie, łatwo ich przekupić, oraz prosto nimi sterować  – zaczęłam gorączkowo przypominać sobie słowa mojego taty, prawnika.

Zdecydowałam, że moim ,,planem A’’ będzie granie miłej, bezbronnej dziewczyny. Jeśli ten plan się nie powiedzie będę musiała uciekać.  

-Witam miłych Panów, policjantów – powiedziałam radośnie, uśmiechając się przyjaźnie do pierwszego mundurowego, tego, który cały czas mnie trzymał. 

-Patrz, John, jaka wesoła świergotka nam się dziś trafiła – powiedział jeden, z dwóch innych niebieskich, tych, którzy stali przy samochodzie. 

-Właśnie widzę – odpowiedział mu John, czyli prawdopodobnie trzymający mnie policjant – Jak się nazywasz, dziewczynko – to pytanie, wypowiedziane z kpiną skierował prosto do mnie. 

-Merina Maer – odpowiedziałam z godnością, prostując się.

-Córka Marca Maera? Tego najlepszego w mieście prawnika? – spytał, choć przypuszczam, że doskonale znał odpowiedź. 

Mój ojciec słynął ze swoich zdolności manipulacyjnych i chyba każdy w tym mieście wiedział, że, gdy wampiry cię pojmą, jedyną nadzieją na przeżycie jest właśnie Marc Maer. No chyba, że ojciec chciał inaczej, a w takim przypadku ginąłeś szybko i boleśnie. Ojciec lubił zawierać umowy z ludźmi, co nie podobało się niektórym wampirom. Czasem tata pracował także dla tych wyżej postawionych krwiopijców, jednym z takich osób był nawet sam Król. 

-Właśnie tego – odpowiedziałam pewna tego, co się zaraz zdarzy – Nie chcieliby Panowie, żeby ojciec miał u was mały dług wdzięczności? Tak na wszelki wypadek – kusiłam ich swoją ofertą dalej. 

-John, co sądzisz o propozycji tej młodej damy? – spytał jeden z funkcjonariuszy i podszedł w naszą stronę.

-Uważam, że to bardzo ciekawy pomysł – odpowiedział koledze John i mnie puścił – To co, umowa stoi? – zadał pytanie i wyciągnął dłoń w moim kierunku.

-Stoi – chwyciłam jego wysuniętą dłoń i nią potrząsnęłam. Na usta wkradł mi się wredny uśmieszek. 

Pożegnałam się z mężczyznami i zaczęłam powoli, ale stanowczo oddalać się w stronę domu. Niespodziewanie po chwili usłyszałam, jak ktoś zwinnie wyszedł z furgonetki i do moich uszu dobiegł dźwięk odbezpieczanej broni. Błyskawicznie odwróciłam się w tamtym kierunku. Zanim zdążyłam choćby spojrzeć na napastnika, zobaczyłam ruch po mojej prawej stronie. 

Trzy martwe ciała padły na ziemię z głuchym łoskotem. U każdego policjanta można było zobaczyć krwawiącą dziurę po pocisku, na samym środku czoła. Cała otępiała powoli przyklękłam, przy żyjących jeszcze przed chwilą ludziach. Przyłożyłam dwa palce do tętnicy szyjnej, szukając jakichkolwiek oznak życia. Cisza. Żadnego dźwięku, ruchu, niczego. 

Poczułam się bezbronna wobec śmierci i miałam ochotę płakać. Nie rozumiałam, dlaczego ktoś miałby zabijać stróżów prawa. Znaczy rozumiem, jest wiele powodów, by to zrobić. Ale dlaczego ktoś uśmiercił akurat tych, z którymi zawarłam umowę. Ludzie to naprawdę mają wyczucie czasu. Na szczęście szybko na moją twarz wróciło opanowanie, bo na tej brutalnej planecie nie można okazywać swoich słabości. Każdy tylko czeka, by wykorzystać je, przeciwko tobie. Ojciec od małego wpajał mi tę zasadę. 

Zrozumiałam, że sprawca tego okrutnego czynu nadal pozostaje mi nieznany. Szybko podniosłam się z brudnej ziemi, otrzepałam ciemne spodnie i ze skupieniem spojrzałam na osobę, która, chwilę temu zadała śmiertelne rany, trzem ludziom.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 733
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!