Córa rodu Phoenix – Rozdział 26

 Profesor Luther

                   Luther wrócił do Hogwartu wczesnym rankiem, po całej nocy spędzonej u boku swej pani. Siedział obok Lady na łóżku, uspokajająco gładząc jej płomienne włosy i rozmyślając co dalej. Może był naiwny, ale liczył na to, że jednak cokolwiek czuła i była świadoma jego obecności oraz tego, że zawsze będzie przy niej – bez względu na okoliczności. Chciał w to wierzyć. Zawiódł jako tarcza. Nie ochronił Vallerin, kiedy zaszła taka potrzeba. Wszystko, co mógł w tym momencie zrobić, to nieznośne wyczekiwanie, przyprawiające go o mdłości. Każda jedna sekunda upływająca od spotkania z Samaelem wzmagała w nim poczucie bezradności, co zaważyło na jego niezbyt dobrym nastroju. Pospiesznie szedł szkolnym korytarzem, kierując się wprost ku gabinetowi dyrektora, nie mając zamiaru odwiedzać swojego dormitorium. Był przekonany, że ostatnie dwadzieścia cztery godziny były równie wykańczające dla Albusa, jak i dla niego. Musiał w miarę szybko poinformować staruszka o sytuacji i postarać się nieco utemperować jego obawy – Lady Crown nie chciałaby, żeby jej oddany przyjaciel tkwił w limbo niepewności. Pospiesznie wspiął się po ukrytych przed wzrokiem uczniów schodach i zapukał delikatnie w ciężkie drzwi, które ustąpiły niemalże natychmiast, zapraszając go do środka. Zdenerwowany Albus siedział za swoim biurkiem, wpatrując się w niego szklistymi, zmęczonymi oczyma. Sądząc po żałosnej prezencji, dyrektor nie pokusił się o dobrodziejstwo snu.

– Wejdź, chłopcze – czarodziej postarał się uśmiechnąć.

Turkusowooki podszedł do swojego ulubionego fotela, rozsiadł się w nim wygodnie i zarzucił nogę na nogę, przybierając całkiem nonszalancką pozycję. Chciał dać tym staruszkowi do zrozumienia, że sytuacja nie była aż tak dramatyczna. Widząc cień spokoju na przybitej twarzy gospodarza, uznał, że się udało. Uśmiechnął się sam do siebie. Znacznie łatwiej było rozmawiać ze względnie spokojnym Dumbledorem, niż mierzyć się z prawdopodobnych brakiem koncentracji słuchacza i tłumaczeniem tego samego po kilka razy. Albus nienachalnie wychylił się w stronę Luthera, najwyraźniej gotów do rozpoczęcia dyskusji.

– Jak miewa się Vallerin? – usiłował zabrzmieć swobodnie, jednak niepokój mu na to nie pozwolił.

– Ciężko powiedzieć – Dragan wzruszył ramionami. – Dziadkowi udało się przywrócić ją fizycznie do pełni sił, jednak nastąpiły pewne komplikacje z niespodziewanej strony. Lady popadła w stan katatonii – przerwał na moment, dając staruszkowi czas na przyswojenie informacji. – Arien z pomocą swego bucowatego braciszka, Damona, nie może jej z tego wyciągnąć. Lordowie wstrzymują się od inwazyjnych działań w obawie przed wyrządzeniem trwałego uszczerbku na zdrowiu Vallerin. Wezwali mnie, żebym skontaktował się z jedynym w swoim rodzaju specjalistą, o którego wsparcie nie mogli osobiście poprosić.

– Dlaczego? – dyrektor zapytał automatycznie.

– Bo wzajemnie się nienawidzą – kruczowłosy uśmiechnął się półgębkiem. – Lordowie ogólnie niezbyt dogadują się z kimkolwiek, więc w sumie to bez znaczenia. Najważniejsze jest to, że zgodził się pomóc, nie stawiając żadnych warunków. Powiedział, że zrobi co w jego mocy, żeby zwrócić nam Vallerin, a ja wierzę w jego zapewnienia. Tylko on może na tyle wybadać przyczynę dziwnego stanu Lady, by ewentualne próby jej wybudzenia były w pełni bezpieczne. W tym momencie nie możemy zrobić dla niej nic więcej – jego ton stał się nieco gorzkawy. – Musimy zaczekać na opinię Sammy’ego.

– Kim jest ten Sammy? – Albus nie mógł powstrzymać się od drążenia tematu – To uzdrowiciel?

Luther roześmiał się mimowolnie, a jego dziwaczny śmiech przeraził profesora. Nie miał pojęcia co ukrywało się za płaszczykiem tego niepokojącego dźwięku, ale z całą pewnością nie mogło być niczym przyjemnym. Im dłużej Dragan się śmiał, tym wyraźniej Dumbledore odczuwał lodowaty dreszcz rozchodzący się po jego ciele.

– Lepiej dla ciebie, Siwobrody, jeśli jeszcze przez baaardzo długi czas go nie spotkasz – Kolekcjoner przestał się śmiać, wracając do pełnej powagi. – Kocham tego faceta jak brata i darzę go zaufaniem. To musi ci wystarczyć. Podałeś oficjalny powód mojej nieobecności?

Nagła zmiana tematu nieco zaskoczyła Albusa, jednak nie dał po sobie tego poznać. Najwidoczniej Luther nie zamierzał dzielić się z nim szczegółami odnośnie współpracy z tajemniczym mężczyzną, a jakie miał prawo, żeby o to wypytywać? Tak niewiele wiedział o świecie, w którym żyli Dragan oraz Vallerin…niby czarodzieje byli częścią tej samej rzeczywistości co nieśmiertelni, jednak wydawali się odcięci od szerokiego, niezbadanego spektrum wydarzeń, dziejących się poza granicą ich wzroku. Może tak było lepiej? Nieśmiertelni zapewne doskonale wiedzieli co robią, trzymając ich z daleka od realiów własnych żywotów.

– Jeszcze nie zdążyłem – przyznał szczerze. – Sądziłem, że nie będzie cię przez co najmniej kilka najbliższych dni.

– Tym lepiej. Powiem, że byłem u uroczej panny Dumbledore, co niewiele minie się z prawdą. Wyluzuj, staruszku – kruczowłosy uśmiechnął się szeroko. – Sammy podjął się zadania, więc wkrótce odzyskamy Vallerin.

– Skoro jesteś tak przekonany, nie wątpię w twoje słowa – dyrektor odpowiedział z łagodnym uśmiechem. – Martwi mnie coś innego. Dlaczego Lady, wracając do pełni zdrowia, popadła w katatonię?

– Bezużyteczne dinozaury nie wiedzą – skwitował krótko i dobitnie. – Prawdopodobnie nie dowiemy się tego, dopóki się nie wybudzi. Możliwe, że przeciążyła się znacznie bardziej, niż początkowo zakładaliśmy, a powrót wszystkich sił spowodował coś na kształt szoku, na który jej świadomość zareagowała instynktownym odcięciem. Teraz możemy jedynie spekulować, a za tym nie przepadam – turkusowe oczy zalśniły władczo. – Wolę zaczekać na fakty i dopiero wtedy analizować przyczyny katatonii. Zadręczanie się pytaniami nic nam nie da.

– Masz rację, chłopcze… – czarodziej pokiwał głową – masz rację. Rozmyślania na nic nam się teraz zdadzą. Oby twój przyjaciel zadziałał szybko.

– O ile go znam, już podjął wyzwanie. Sammy darzy Vallerin olbrzymim sentymentem i nie pozwoli, żeby działa jej się krzywda.

Między mężczyznami zaległa cisza, bowiem każdy z nich pochłonięty był własnymi myślami. Albus nerwowo skubał rękaw swojej szaty, analizując wszystko, co zostało mu przekazane. Nie często zdarzało się słyszeć, by Dragan mówił, że komuś ufał – dlatego głupstwem z jego strony byłby próby podważania jego opinii. Myśli czarodzieja skupiły się wokół czegoś zupełnie innego. Zaczynał czuć przejmujące brzemię winy, przygniatające jego barki swoim ciężarem. Jeśli to przez przebywanie wśród uczniów Hogwartu Vallerin popadła w tak dramatyczny stan…on był temu winien. To na jego prośbę Lady przez tak długi czas utrzymywała niebezpieczną dla siebie formę. Zacisnął mocno pięści. Chciał ją zobaczyć. Chciał usiąść przy jej łóżku i przeprosić za to, przez co musiała przechodzić, by spełnić oczekiwania, jakie w niej pokładał. Podniósł wzrok, wbijając go w policzek Dragana i bezwiednie zacisnął wargi. Nie wiedział co powinien sądzić o minie Luthera. Turkusowooki wydawał mu się jeszcze bardziej odległy niż zazwyczaj – nieobecny myślami oraz w jakiś sposób wściekły. W jego niezwykłych, demonicznych oczach błyszczały złowrogie cienie dławionej złości, nieprzyjemnie załamując bystrość turkusu. Jeszcze przez kilka koszmarnie długich chwil Albus nie mógł zdobyć się na wznowienie rozmowy, choć zbierał się do tego kilkukrotnie. Jakiś nieprzyjemny podszept podświadomości kazał mu bać się Luthera oraz uważać na każde słowo, które miał zamiar wypowiedzieć w jego kierunku. W końcu ten chłopak był dość nieprzewidywalnym indywidualistą o nieodgadnionym, skomplikowanym sposobie postrzegania świata. Co, jeśli Luther także widział jego winę w obecnym stanie Vallerin? Co, jeśli właśnie w tym momencie tworzył kolejny ze swych misternych planów, mający na celu ukarać go za egoizm? Nie miał pojęcia, czy kruczowłosy zezwoli mu na wizytę w rezydencji, ani jak zareaguje na równie zuchwałą prośbę.

– Draganie, czy mógłbym odwiedzić Vallerin? – zapytał z umiarkowaną nadzieją.

Przez najupiorniejsze w jego życiu sekundy musiał mierzyć się z pozbawionym emocji, pustym spojrzeniem kruczowłosego. Mężczyzna łypał na niego ni to ze wzgardą, ni ze współczuciem – dokładne określenie cóż takiego czaiło się w tych oczach było niemożliwe. Demoniczne ślepia młodego Luthera co rusz mieniły się tysiącami ulotnych niuansów, splecionych w nazbyt oczywistą obojętność. Albus zadrżał, widząc na twarzy młodzieńca sarkastyczny, kpiący półuśmieszek.

– Załatwię to – głos Ślizgona zabrzmiał niemalże ostrzegawczo. – Obecnie w rezydencji przebywa dwóch Lordów. Arien nie powinien za bardzo marudzić, ale nie ręczę za Damona. To bardzo dziwny, wkurwiający typek. Obawiam się, że może mieć do ciebie żal o to, jak wykończona była moja pani. On już tak ma! – zaśmiał się szyderczo – Jest ślepy na własne błędy, natomiast czyjeś wychwytuje z odległości setek kilometrów i z dziką rozkoszą je wypomina, dramatyzując jak jakaś przewrażliwiona królewna. Skontaktuje się z dziadkiem, przedstawię twoją prośbę i dam ci znać, jaka decyzja zapadła. Chcesz iść sam, czy z towarzystwem? – uniósł pytająco brew.

– Masz kogoś konkretnego na myśli? – dyrektor spojrzał na rozmówcę, zaintrygowany usłyszaną sugestią.

– Gacoperza – Dragan uśmiechnął się oszczędnie. – Vallerin lubi jego towarzystwo, więc pewnie doceniłaby odwiedziny, a nasz Ponurak wydawał się mocno przejęty jej losem. Niech zna moją łaskę i ma chwilę radochy w tym smutnym, nudnym życiu.

– Obawiam się, że nie będzie mógł skorzystać z twojej hojności – Albus poprawił okulary. – Severus musiałby opuścić zajęcia, a ja nie mam nikogo na ewentualne zastępstwo. Spróbuję porozmawiać z resztą grona i poprzesuwać zajęcia, chociaż czarno to widzę.

– Zapomniałeś o czymś, staruszku. Masz mnie – turkusowooki teatralnie odrzucił włosy. – Sten zajmie się wami w rezydencji, a ja zostanę i przejmę godziny Nietoperza. Mam zostać nauczycielem, więc niczym dziwnym nie będzie, jeśli zacznę wprawiać się w kontaktach z uczniakami.

– Poradzisz sobie? – Dumbledore spojrzał na towarzysza zaczepnie.

– Wątpisz? Wiedzę mam dużo rozleglejszą niż wy wszyscy razem wzięci – zaśmiał się protekcjonalnie. – Dam sobie radę z bandą rozbrykanych, opornych na naukę gówniarzy. Przypominam uprzejmie, profesorze Dumbledore, że przerabiałem już kiedyś karierę wykładowcy z nie najgorszym rezultatem. Słodkie dziewczęta będą we mnie zbyt wpatrzone, żeby sprawiać problemy, a młodzi gentlemani albo mnie podziwiają, albo się mnie boją – uśmiechnął się z nutą odrazy. – Nic prostszego.

– Jesteś bardzo pewny siebie – Albus podsumował z rozbawieniem.

– Mam ku temu wszelkie powody, a fałszywa skromność zawsze mnie brzydziła. Mamy umowę?

– Z mojej strony masz pełne wsparcie, ale powinienem jeszcze to przedyskutować z Severusem. Wypocznij, Draganie. Musisz być wykończony przez te ciągłe nerwy.

– Znacznie mniej niż ty, okularniku. Weź sobie własną radę do serca i prześpij się, bo wyglądasz jak gówno. Nawet nie takie zwykłe gówno, tylko paskudna, mokra kocia kupa – Luther podniósł się z fotela. – Dyrektor powinien zachować nienaganną prezencję oraz trzeźwy umysł, zwłaszcza, kiedy u wrót jego szkoły szlaja się zbieg-morderca. To powinno martwić cię znacznie bardziej, niż przejściowe kłopoty zdrowotne Vallerin. Popatrz na mnie – zaśmiał się, wskazując kciukami swój tors. – Gdybym uważał jej stan za mocno niepokojący, sam zacząłbym ostro świrować, zamiast wpraszać się do ciebie na przeurocze pogawędki. Dam znać, gdy to chodzące muzeum się określi.

Kruczowłosy puścił oczko dyrektorowi, zbierając się do opuszczenia gabinetu. Martwił się jak cholera – to oczywiste – lecz chciał oszczędzić tego samego Albusowi. Raz, że był już mocno wiekowy, a w takim wieku o zawał znacznie łatwiej, dwa, nie mógł wyjaśnić mu dokładnie, na czym stali. Był przekonany, że Vallerin nie powiedziała Dumbledore’owi o Aniele Śmierci, co potwierdził swoimi durnymi pytaniami. Lady nigdy nie chwaliła się znajomością z upadłym, ponieważ uważała ją za nieszczerą i męczącą. Uniósł lewy kącik ust, w oznace rozbawienia. Ta uparta, wredna baba była kompletnie ślepa na to, co czuł do niej Samael, usilnie powtarzając, że Sammy nie kochał jej, tylko wspomnienie Lilith. Słyszał to tak często z ust swej pani, iż zaczął w to święcie wierzyć, traktując wyznania przyjaciela z przymrużeniem oka – ot, nieszkodliwe dziwactwo nieszczęśliwie zakochanego faceta. Po ich ostatniej rozmowie wszystko się zmieniło, a wątpliwości uleciały. Samael kochał Vallerin – tego mógł być pewien. Lata temu ta świadomość zapewne sprowokowałaby konflikt między nim i pierzastym, który ukróciłby ich przyjaźń, zanim zdążyłaby na dobre rozkwitnąć. Chociaż nie należał do przesadnie sentymentalnych stworzeń, z całą pewnością czułby się zazdrosny o Sammy’ego, przekonany, że ta durna miłość zagrozi jego pozycji – obawiałby się odsunięcia w cień przez swoją Lady, by zrobić miejsce dla ukochanego u jej boku. Teraz idealnie widział, jak bardzo był ślepy…jak daleko było mu do zrozumienia uczuć, zupełnie naturalnych dla wszelkiego stworzenia. Przez wieki coraz lepiej poznawał swego białowłosego brata, a po ich rozmowie ostatecznie przekonał się, że upadły nigdy nie wszedłby między pannę Crown i jej rodzinę – za bardzo zależało mu na jej szczęściu. Cała ta sprawa była za mocno skomplikowana, żeby wysilił się na pobieżnie tłumaczenie jej Dumbledore’owi. Odrębną kwestią było pytanie, czy jego aniołek życzyłby sobie takiej rozmowy. Gdyby Vallerin chciała porozmawiać z Albusem na ten temat, zrobiłaby to lata temu – stary czarodziej wiedział dokładnie tyle, ile powinien, a on nie czuł się powołany do uzupełniania tej wiedzy o kolejne szczegóły. Powstrzymując się do informacyjnej wylewności, Luther skinął czarodziejowi na pożegnanie, po czym wyszedł. Powrót do dormitorium o tej godzinie nie wchodził w grę, więc musiał gdzieś się zaszyć – ostatnim czego chciał, było obudzenie współlokatorów i narażanie się na wysłuchiwanie potoku bzdurnych pytań. Przypomniał sobie o mapie braci Weasley i idąc za zapamiętanymi wskazówkami odnalazł zapomnianą klasę, której wejście ukrywała jednak z pospolicie wyglądających, pozornie nieciekawych wnęk. Turkusowooki zatrzymał się przed litą ścianą i uśmiechnął się z politowaniem, widząc żałosny system zabezpieczeń. W sumie nie powinien spodziewać się niczego bardziej wyrafinowanego niż prosty system przycisków zapadkowych, wtopionych w kamienną całość. Bez zawahania namierzał kolejne ruchome elementy, opierając się na własnym doświadczeniu w rozwiązywaniu tysięcy bardziej skomplikowanych łamigłówek, jakimi najeżone były wiekowe ruiny, o których tajemnicach ludzkość dawno już zapomniała. Po co ktokolwiek w Hogwarcie miałby lepiej ukrywać zwyczajną klasę? Po kilku minutach przejście ustąpiło i mógł swobodnie wejść do ciemnego, zaniedbanego pomieszczenia, dawno nie goszczącego w swych progach żywej istoty. Pstryknięciem palców zapalił do połowy wypalone świece, stojące na zdezelowanych meblach. Przeciągnął dłonią po blacie stojącego najbliżej biurka, po czym uśmiechnął się, patrząc na solidną warstwę kurzu przyczepioną do jego palców. Zdecydowanie od dobrych kilkunastu lat nikt tutaj nie zaglądał, co było mu na rękę. Zadowolony z nowego azylu zaczął rozglądać się za możliwością przygotowania jako takiego miejsca do spania. Przywykł do spartańskich warunków, dzięki czemu wieki temu wyzbył się uciążliwej tęsknoty za komfortem – w jego fachu umiłowanie luksusów byłoby wyłącznie utrapieniem. Idąc wzdłuż krzywo ustawionych, zarośniętych kurzem biurek, dotarł do uchylonych, niewielkich drzwi w kolorze staromodnej, złamanej bieli. Nie zastanawiając się, przekroczył próg, ciekaw tego, co czekało na niego po drugiej stronie. Ze swojego miejsca miał doskonały widok na opustoszały, zagracony gabinet pracowniczy. Wysłużone meble potwierdzały, że nikt nie kwapił się do używania ich od co najmniej dekady, przez co wyglądały na istną wylęgarnię roztoczy. Tak samo prezentowała się wytarta kanapa, obita paskudną, brązową tapicerką. Szału nie było, ale nie zamierzał narzekać. Podszedł do obskurnej kanapy i ściągnął swój płaszcz, którym przykrył brudne siedzisko, po czym położył się wygodnie. Wsparł nadgarstek u nasady nosa i przysłonił dłonią lewe oko, jednocześnie wypuszczając nagromadzone w płucach powietrze. Musiał odpowiednio się nastroić do ponownego wcielenia się w Ślizgona, co nie napawało go chociażby względnym optymizmem. Znów miał grać, oblegany przez bandę nieświadomych niczego, rozpuszczonych dzieciaków przekonanych o tym, że Hogwart jest centrum wszechświata. Musiał powtórnie wcielić się w jedną z najbardziej uciążliwych postaci, wtapiającą się w przytłaczający ogrom ignorancji – miał stać się jednym ze ślepców niedostrzegających otaczającego ich ogromu. Ograniczeni czarodzieje nie wiedzieli, że tuż obok nich istnieją siły, których potęgi nie potrafiłyby sobie wyobrazić ich wątłe umysły. Zajęci własnymi – pozbawionymi znaczenia – sprawami, nie dostrzegali toczących się od wieków wojen, ani nieustannych starć tych bezgranicznych mocy. Bezwiednie przygryzł dolną wargę. Ludzie byli tak beznadziejnie zaślepieni i nawinie szczęśliwi we własnej niewiedzy…tak cholernie obrzydliwi. Miał ich serdecznie dość, a niemożność przebywania z Vallerin jedynie potęgowała narastającą frustrację, czyniąc ją coraz bardziej namacalną. Westchnął przeciągle, zmuszając się do zajęcia myśli czymś zupełnie innym. Musiał skontaktować się z Arienem. Normalnie skorzystałby z niezawodnych usług Ravena, lecz nie chciał odrywać podwładnego od Blacka. Już zdecydowanie zbyt długo wystawiał na próbę cierpliwość Syriusza, a z idiotami był taki problem, że nigdy nie wiadomo co im do łba strzeli. W sumie nie tak źle się to wszystko złożyło. Wysłanie Dumbledore’a i Snape’a do rezydencji skutecznie ułatwiłoby mu zorganizowanie spotkania, bez konieczności uważania na sapanie Ponurego wprost na jego kark. Smuteus ostatnimi czasy za bardzo interesował się tym, co Dragan robił poza zajęciami i powolutku zaczynało się to robić wkurwiające. Wcześniej aż tak bardzo nie odczuwał wszędobylstwa mistrza eliksirów, ponieważ czarodziej poświęcał sporo uwagi płomiennowłosej. Uśmiechnął się półgębkiem sam do siebie. Nie, żeby Vallerin nie zdawała sobie z tego sprawy. Lady celowo odciągała Severusa na tyle, by Luther mógł działać w miarę swobodnie – podobnie organizując czas również Albusowi. Była w tym dobra…bardzo dobra. Już niedługo…jego ukochany anioł powróci, a on odzyska dzięki temu swoją przestrzeń. Turkusowooki podniósł się z kanapy, zamierzając wrócić do obowiązków. Postanowił skontaktować się z upierdliwą skamieliną za pomocą magii krwi, uznając ją za najszybszy i najskuteczniejszy sposób. Dopełnił formalności, po czym ruszył na przechadzkę po starym gabinecie, chcąc zabić czas oczekiwania na odpowiedź. Wokół swojej dłoni wzniecił niewysoki, pulsujący ogień – przydatna sztuczka, której nauczył się od Lady Crown. Przesuwając się niespiesznym krokiem wzdłuż zaniedbanych mebli, próbował ocenić, jakąż to żałosną sztukę magiczną wykładano w tych czterech kątach. Sądząc po kolekcji podniszczonych książek, sala niegdyś służyła do przeprowadzania zajęć z zakresu magii pradawnej, co okazało się umiarkowanie interesującym odkryciem. Wszystkie tytuły, na jakie się natykał, były mu doskonale znane, w czym nie było niczego zaskakującego – przez całe dziesięciolecia nauki w jego głowie powstała istna biblioteka. Ciekawiło go, z jakiego powodu szkoła zrezygnowała z przeprowadzania podobnych zajęć. Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem wydawało się prostackie wtłoczenie starodawnej wiedzy w arkana podstawowych dziedzin magii. Magia pradawna skupiała w swoim zakresie niemalże wszystko: animagię, metamorfomagię, teleportację, wróżbiarstwo, magomedykę, magię bezróżdżkową, a także wiedzę o specyficznych stworzeniach, takich jak: wampiry, wilkołaki, demony czy też smoki. W magii pradawnej bez znaczenia było, czego konkretnie nauka dotyczyła. Tutaj liczyło się to, od jak dawna wykorzystywano daną wiedzę, kto ją opracował, kiedy i z jakiego powodu, a także cel jej powstania oraz skutki które odcisnęła w historii sztuk tajemnych. Znając świetnie magię pradawną, można było z łatwością odnaleźć się w każdej magicznej sztuce, chociażby nie miało się z nią uprzednio większego kontaktu. Uśmiechnął się sam do siebie, z nutą goryczy. Brzmiało to pięknie, jednak był jeden – zasadniczy – problem. Pradawna wiedza najczęściej spisywana była w dawno wymarłych językach oraz skomplikowanych szyfrach, a do jej przekładu potrzebni byli najwyższej klasy specjaliści, których brakowało. Kolejne nieprecyzyjne tłumaczenia były coraz odleglejsze od pierwowzoru, przez co zniekształcały przekaz, czyniąc go właściwie bezużytecznym. Luther sięgnął po jeden z tomów i usiadł na podłodze, wyciągając wyrzeźbione, długie nogi. Delikatnie otworzył księgę, swą ostrożnością czyniąc zadość naukom przyjaciółki. Pergaminowe, cienkie strony przez lata poniewierki zdążyły zawilgotnieć i poważnie się wystrzępić, przez co ciężko było odczytać odręczne, staranne pismo. Wyraźny odór stęchlizny uderzył w jego nozdrza, wywołując irytację. Kochał książki. Miłość do nich przez dość długi czas zastępowała mu interakcje międzyludzkie, dlatego szczerze nienawidził ludzi, którzy nie potrafili w pełni docenić ich szlachetnego, metafizycznego piękna. Wczytał się uważnie w eleganckie pismo, bez problemu rozpoznając język retycki – mało dźwięczny, zapisywany z wykorzystaniem północnych odmian alfabetu etruskiego. Przesunął dłonią po włosach, zakładając bardziej dokuczliwe pasma za lewe ucho. Od bardzo dawna nie spotkał nikogo, będącego w stanie bezbłędnie rozczytać podobne notatki, ponieważ należało to do zadań niebywale ciężkich i wymagających niemałego uporu. Ta konkretna książka poświęcona była magomedyce, a konkretnie wpływowi rozwoju warzenia eliksirów na skuteczność podejmowanego leczenia. W sporym uproszczeniu można było ją uznać za swoistego rodzaju przewodnik dla uzdrowicieli, traktujący o tym, w jaki sposób połączyć ich dotychczasową wiedzę i arkana zielarstwa z najnowszymi osiągnięciami z dziedziny eliksirów. Uznał lekturę za dość zajmującą, choć znał już treść tego konkretnego tomu. Bywały takie książki, które można było czytać kilkanaście razy i zawsze czerpać z tego przyjemność – ta była jednym z takich przypadków. Zajęty czytaniem ignorował wszystko wokół, dopóki nie poczuł charakterystycznego bólu zbliżającej się wiadomości. Z czułością odłożył księgę, nie chcąc przypadkowo zachlapać jej krwią – to byłaby wielka strata. Za pomocą magii bezróżdżkowej rozciął dłoń, po czym przesunął nią po (uprzednio otartej z warstwy kurzu) drewnianej podłodze. W skupieniu czytał odpowiedź Ariena, nieszczególnie zaskoczony jej treścią. Kilka zdań typowego marudzenia starego, zmęczonego życiem buca niespecjalnie go ciekawiło, natomiast znacznie więcej uwagi poświęcił konkretom, wplecionym w ten cały bełkot. Jeżeli Albus oraz Severus chcieli odwiedzić Vallerin i spędzić trochę czasu przy jej łóżku, dziś była jedyna okazja. Wedle słów dziadka, Lady z dnia na dzień wyglądała coraz gorzej, dlatego niezbyt chętnie podchodził do zezwolenia komukolwiek na składanie wizyt w rezydencji. Lord Phoenix poinformował wnuka, że po krótkiej acz zaciętej rozmowie z Damonem, przekonał brata do opuszczenia domostwa, by czarodzieje nie musieli obawiać się zderzenia z jego wrzącą nienawiścią. Dragan zakończył czytanie, sięgnął po papierośnicę i zapalił. Nie spodziewał się po cholernym brodatym szykowania imprezy powitalnej dla gości ani rozwijania czerwonych dywanów, więc w gruncie rzeczy był całkiem zadowolony z wiadomości. Mógłby od razu zawlec tyłek do dyrektora, żeby podzielić się z nim dobrymi wieściami, ale postanowił zaczekać do rana. Liczył na to, że uparty Siwobrody raczył go posłuchać i postanowił się przespać, co nie było jedynym powodem takiej decyzji – ukryte pomieszczenie interesowało go znacznie bardziej niż budzenie Dumbledore’a. Zamierzał zapytać Albusa, czy na czas odgrywania teatrzyku z udawaniem nauczyciela będzie mógł zaadaptować ten pokój na swój gabinet. Całe to pomieszczenie wyglądało jak wyjęte z zupełnie innej epoki – spokojniejszej i śmielszej w swych odkryciach – a jemu podobał się ten nieco antykwaryczny styl. Skoro miał czas, mógł na rozejrzeć się po przyległej sali lekcyjnej. Wyszedł z gabinetu i podszedł ku nierównym rzędom topornych, archaicznych biurek. Większość z nich miała zdezelowane, mocno zużyte blaty. Pochylił się nad jednym z nich i uśmiechnął się szeroko, widząc ślady nadpaleń, sadzy oraz plam, pozostawionych przez bliżej niezidentyfikowane substancje, wżarte w gładkie drewno. Nabrał przekonania, że prowadzone tu zajęcia miały charakter praktyczny, co ostatecznie potwierdziły rozległe osmolenia na suficie, będące pozostałością po, najpewniej niekontrolowanych, wybuchach. Usiadł na biurku, gasząc papierosa o jego blat. To wszystko przypominało mu o eksperymentach prowadzonych w pracowni Lady Crown i pełnych pretensji krzykach Stena, odpowiedzialnego za utrzymanie jej w czystości. Często wraz z Vallerin – po nieudanym eksperymencie, skazującym starego skrzata na godziny wytężonej pracy – uciekali z pracowni, zanim majordomus zdążył ich przyłapać i zadręczyć nieustannym narzekaniem. Kruczowłosy zaśmiał się cicho. Płomiennowłosa nieraz zgrabnie wyłgała się z przyłożenia ręki do powstania bałaganu, zostawiając go na pastwę rozgniewanego staruszka – zawsze, kiedy wychodziła po takim numerze, zerkała na niego przez ramię i ukradkowo pokazywała mu język. Uwielbiał wspominać takie chwile… Wielka Lady Vallerin Crown! Córa przemożnego rodu Phoenix! Chodzący postrach świata magii, okrzyknięty mianem potwora! Przepiękna, ciepła kobieta, wygłupiająca się w zaciszu własnego domu, niczym mała dziewczynka. Wyglądała wtedy tak uroczo niewinnie, że nie potrafiłby nawet udawać rozgniewanego lub obrażonego. Jego najwspanialszy anioł…tęsknił za nią i to cholernie. Poczuł nieprzyjemną szpilkę, wbijającą się w okolice klatki piersiowej. Nieważne jak bardzo tego chciał, ani ile był w stanie poświęcić…w tej chwili nie było możliwości, żeby usłyszał jej głos. Nie mógł wsłuchać się w symfonię jej słów. Nie mógł podziwiać jej śmiechu. Nie mógł z nią porozmawiać, ani jej dotknąć. Nie mógł być przy niej…Gorycz niebezpiecznie szybko przeistaczała się w gniew, więc skoncentrował wszystkie myśli na sali lekcyjnej, zmuszając się do koncentracji na czymś błahym. W przeciwieństwie do gabinetu, ten syf wymagał gruntownej renowacji, ponieważ obecny stan nie gwarantował ani wygody użytkowania, ani spełnienia minimalnych norm bezpieczeństwa. W sumie…miał już pomysł, jak doprowadzić tę ruinę do stanu używalności. Meblami nie musiał się przejmować – zagracały zgrabnie ukryty magazyn wielkości hangaru. Posiadał również obszerną kolekcję narzędzi, które by tu całkiem nieźle pasowały – wspaniale zachowanych, antycznych sprzętów oraz prostych artefaktów, pozbawionych nieprzewidywalnych właściwości. Skoro miał grać przyszłego nauczyciela eliksirów, mógł wykorzystać mocno wiekową aparaturę do ich pokazowego warzenia. Co prawda ten konkretny majstersztyk był zbyt skomplikowany i cenny, żeby przekazać go w łapska niedoświadczonych gówniarzy, ale prezentował się mocno efektownie i mógł posłużyć jako ozdoba, świetnie obrazująca jak długą drogę przebyło warzenie eliksirów. Roześmiał się. Początkowy, niewinny chichot przerodził się w histeryczny wybuch gardłowego, niepokojącego śmiechu. Oparł czoło na otwartej dłoni, sam nie wierząc w to, co przychodziło mu do głowy. Zamierzał urządzić się w tym pierdolonym zameczku!!! Mógł się oszukiwać, że robił to wyłącznie ze względu na Vallerin, ale nie przywykł do zakłamania. Najwyraźniej coś ciągnęło go do Hogwartu, jednak nie miał pojęcia cóż konkretnie. Świadomość tego, że nie będzie skazany na odgrywanie roli pospolitego ucznia, wydawała się czymś pocieszającym, jednak czy to o to chodziło? Prawdę powiedziawszy swego czasu całkiem lubił pracę nauczyciela, lecz nie miał do niej krzty cierpliwości na dłuższą metę – czego był w pełni świadomy. Wiele rzeczy go denerwowało. Zdecydowanie zbyt wiele…Spokojniejszy, jednak wciąż rozbawiony wrócił do gabinetu i pobieżnie przejrzał podręczniki walające się chaotycznie po dolnych półkach przekrzywionych regałów. Zdecydowanie było na czym pracować. Tłumaczenia nigdy nie sprawiały mu najmniejszych problemów, dzięki czemu mógł swobodnie wykorzystywać w prowadzeniu zajęć oryginalną treść, pozbawioną przekłamań, wynikających z błędów poprzednich tłumaczy. Może, jeśli Dumbledore wyrazi zgodę, mógłby nawet poprowadzić dodatkowe zajęcia z wymarłych dialektów? Wyszkolenie kompetentnej kadry przyszłych specjalistów od przekładów dawało nadzieję na renesans magii pradawnej w całej jej okazałości, a co za tym idzie także podniesienia świadomości czarodziei na temat tego, czym tak właściwie była magia na samym początku. Tracąc zainteresowanie gabinetem, wrócił do czytania wcześniej odłożonej książki, nad którą spędził czas do samego śniadania. Niepocieszony wizją opuszczenia swojego azylu wymknął się z zapomnianej klasy, po czym ruszył do Wielkiej Sali. Siwobrody zazwyczaj pojawiał się znacznie wcześniej niż uczniowie, żeby zjeść śniadanie we względnym spokoju. Tym razem także siedział już za stołem nauczycielskim, delektując się filiżanką herbaty i lekturą porannej gazety. Kruczowłosy rozejrzał się dyskretnie po Sali, żeby ocenić, czy może swobodnie podejść do dyrektora. Zauważył jedynie trzech uczniów, mocno jeszcze zaspanych i całkowicie zobojętniałych na to, co się wokół nich działo – warunki idealne na szybką akcję. Zgrabnie wyminął stoły domów, po czym wskoczył na podest, ściągając na siebie uwagę czarodzieja. Staruszek czekał aż turkusowooki podejdzie, wpatrując się w niego z pytającym uśmiechem. Luther przewrócił oczami, oparł dłonie o stół i wychylił się ku Dumbledore’owi.

– Arien zezwolił wam na zobaczenie Vallerin – wyszeptał niemalże bezgłośnie. – Możecie odwiedzić rezydencję jedynie dziś i zostać do wieczora, jeśli macie ochotę. Dziadek przekonał Damona do opuszczenia rezydencji na czas wizyty, więc nikt nie powinien was ze skóry obedrzeć. Arien przyjmie was osobiście i nieco bardziej szczegółowo wyjaśni, jaki jest obecnie stan Lady. Znając jego zamiłowanie do chwalenia się, pewnie będzie was też zanudzał jakimiś informacjami o podjętym leczeniu.

– Możemy zjawić się tylko dziś? – Albus wolał się upewnić.

– Wyłącznie, Siwobrody – Dragan uśmiechnął się zaczepnie. – Skamielina jest mocno przeczulona, zawzięta i straszliwie uparta. Albo będziecie tam dzisiaj, albo wcale.

– Pojedziemy. Dziękuję, Draganie – czarodziej skinął ku rozmówcy.

– Nie ma sprawy. Ostrzegam, że dziadek nie ma wybitnego nastroju i może być bardziej marudny niż zazwyczaj. Po prostu staraj się nie zwracać uwagi na humorki tego dinozaura – Luther puścił Albusowi oczko – Rozmawiałeś już z Nochalkiem?

– Nie – profesor uśmiechnął się, słysząc nowe przezwisko. – Chciałem zaczekać z tym na odpowiedź Lorda.

– Ja z nim pogadam – kruczowłosy odepchnął się od krawędzi stołu. – Siedź grzecznie i skup się na udawaniu wyspanego – zaśmiał się zaczepnie. – Póki co, kiepskawo ci idzie.

Staruszek jedynie skinął, rozbawiony tonem pana Luthera. Turkusowooki zrobił gwałtowny zwrot w tył i zeskoczył z podestu, zwinnie lądując na podłodze. Wyszedł z Sali, chcąc złapać Severusa jeszcze przed śniadaniem. Ta czepliwa kupa złego nastroju przed pierwszym posiłkiem dnia siedziała w swoim upierdliwie ponurym gabinecie, przygotowując zajęcia na rozpoczynający się dzień. Dragan wiedział o tym nawyku mistrza eliksirów, więc skierował się wprost ku lochom, chcąc jak najszybciej zniknąć za drzwiami królestwa nietoperzastego. Nie miał najmniejszej ochoty na natknięcie się na któregoś ze Ślizgonów, jednak szczęście najwidoczniej go opuściło, bo tuż przed upragnionymi wrotami do krainy depresji, wpadł na Zabiniego. Dzieciak stanął jak wryty – najwidoczniej zaskoczony nieoczekiwanym spotkaniem – lecz już po chwili uśmiechnął się i podszedł bliżej do starszego kolegi.

– Gdzieś ty znowu zniknął, Luther? – Blaise lekko klepnął go w ramię.

– Przygotowywałem dla was niespodziankę, Blaisy! – Dragan starał się zachowywać w miarę swobodnie, chociaż korciło go, żeby bezceremonialnie spławić smarka – Zaczekaj cierpliwie, a gwarantuję, że opadnie ci ta kwadratowa szczęka!

– Po pierwsze, wcale nie mam kwadratowej szczęki – chłopiec rzucił z przekąsem. – A po drugie, cały dzień ci to zajęło?

– Tego nie powiedziałem, Pitt. Wczoraj rano pojechałem do Gallatei.

– Byłeś w szpitalu? – oczy Blaise’a zalśniły – Czemu nic nie mówiłeś?! Jak ona się czuje?

– Spokojnie, narwańcu – Dragan uśmiechnął się półgębkiem. – Nie mówiłem, bo Dumbledore dorwał mnie z zaskoczenia, przed śniadaniem. Tea nie wygląda najlepiej, ani nie czuje się fantastycznie – jego ton stał się chłodny. – Nie chcę cię martwić, rycerzyku, ale lekarz uważa, że nasza księżniczka nie wróci do szkoły przed świętami.

Kruczowłosy wbił spojrzenie wprost w czekoladowe tęczówki rozmówcy. Zawsze doskonale wychodziło mu łganie prosto w oczy, a dekady praktyki nauczyły go precyzyjnie kontrolować wszelkie sygnały zazwyczaj podświadomie zdradzające kłamcę. W tej dziedzinie nie miał sobie równych, niwelując wszystkie słabości. Skrzywił się, widząc minę Zabiniego, choć do końca nie wiedział, co takiego w twarzy dzieciaka aż tak go zirytowało. Smarkacz z całą pewnością martwił się o płomiennowłosą, z czego powinien być zadowolony. Co więc mu nie pasowało? Dlaczego poczuł się dziwnie, obserwując pobladłą skórę chłopaka oraz jego szkliste, przygnębione oczęta? Prychnął ledwo słyszalnie. Ot zagadka. Położył dłoń na ramieniu Blaise’a, nie chcąc wypaść z roli Ślizgona.

– To jeszcze nic pewnego, dzieciaku. Tak czy inaczej, Gall wraca do zdrowia – mocniej wbił palce w bark Zabini’ego. – Trochę wolniej niż byśmy chcieli, ale nie mamy na to wpływu. Posłuchaj, Blaisy – spojrzał na chłopaka – Zachowaj to dla siebie, dobrze? Nie chcę nawet myśleć, jak zareagowałaby Greengrass na takie rewelacje. Póki co, chcę jej tego oszczędzić.

– Jasne – Ślizgon przytaknął niemrawo – nikomu nie powiem. Idziesz na śniadanie?

Turkusowooki uniósł subtelnie brew, odrobinę rozbawiony nieoczekiwaną zmianą tematu. Szczerze powiedziawszy sądził, że młody czarodziej nie odpuści mu tak łatwo i będzie chciał się dowiedzieć znacznie więcej. Cóż. Nie zamierzał narzekać. Najwidoczniej Zabini chciał odciągnąć myśli od niedoli przyjaciółki i wybrał właśnie taką metodę. Mężczyzna westchnął, uśmiechając się przepraszająco. Musiał pokrzyżować plany smarkacza, choć o dziwo nie miał na to większej ochoty.

– Nie – odpowiedział twardo. – Muszę iść do Ponurego na dywanik. Spotkamy się później.

– Rozumiem – Blaise wymusił pokraczną namiastkę uśmiechu. – Do zobaczenia po zajęciach.

– Zobaczymy się znacznie wcześniej niż myślisz!

Luther szturchnął młodszego kolegę w ramię, żegnając się w ten sposób i wtargnął do gabinetu Severusa, nie bawiąc się w kurtuazyjne bzdety. Profesor siedział przy swoim biurku, bazgrząc coś na jednym z pergaminów ułożonych w równy stosik. Snape gwałtownie podniósł głowę, gotów ostrymi słowami wyprosić nachalnego gościa, jednak zamarł, widząc Dragana.

– Już wróciłeś? – poderwał się zza biurka.

– Na oczy ci padło, Gacek? – zakpił kruczowłosy – Chyba widać. Siadaj. Mamy do pogadania.

– Chcesz kawy? – czarodziej zadał pytanie, nie zastanawiając się nad jego sensem.

Mistrz eliksirów przyzwyczaił się już do standardów goszczenia Luthera i traktował je jako naturalne przygotowanie do podjęcia rozmowy. Wiedział aż za dobrze, że dobrą kawą można było udobruchać tego świra na tyle, by nie wysłuchiwać istnego potoku złośliwości i chętnie korzystał z tego koła ratunkowego. Dragan nigdy nie odmawiał porządnej kawy, więc zdziwił się, gdy tym razem zbył jego pytanie lekceważącym machnięciem ręką.

– Nie tym razem, urocza pani domu. Siadaj.

Niepokojąco władcze spojrzenie turkusowookiego zaalarmowało nauczyciela i zmusiło go do natychmiastowego wykonania polecenia. Nie, nie prośby. Głos Luthera nie pozostawiał wątpliwości, że właśnie wydał rozkaz i oczekiwał jego bezzwłocznego wypełnienia. Severus, kręcąc się w fotelu, który w tym momencie okazał się upiornie niewygodny, czekał na podejście rozmówcy, nie mogąc oderwać wzroku od jego powolnego, przesyconego dominacją kroku. Każdy jeden krok Dragana niemalże namacalnie potęgował napięcie, które czarnooki odczuwał wszystkimi atomami swego ciała. To przerażające wrażenie nie ustąpiło nawet wtedy, gdy Luther w końcu raczył usiąść. Starym zwyczajem sięgnął po papierośnicę i zapalił, chcąc ukoić nerwy przed pogadanką.

– Lord Phoenix wyraził zgodę, żebyś razem z Albusem złożył wizytę w rezydencji Lady Crown – przemówił oficjalnym, szorstkim tonem. – Ostrzegam, że widok może być dość paskudny. Możecie pojawić się w rezydencji tylko i wyłącznie dzisiaj.

– Jak to paskudny widok? – profesor zignorował wszelkie inne informacje, skupiając się wyłącznie na tym jednym, makabrycznym zdaniu.

– Nie kumasz, co? – Dragan zakpił, unosząc lewy kącik ust w szyderczym uśmieszku. – Skoro Arien mnie wezwał, chyba oczywiste jest to, że z Vallerin nie może być najlepiej. Marudnej skamielinie udało się poskładać jej cudne ciało, ale coś innego poszło mocno nie tak, jak powinno. Lady popadła w stan katatonii – zaciągnął się dymem, dając Severusowi kilka sekund na przetrawienie tej informacji. – Jej świadomość najprawdopodobniej odłączyła się od ciała i nie może, lub nie chce powrócić. Byłem potrzeby Lordowi Bufonowi do wezwania stosownego specjalisty, który ma pomóc w ściągnięciu mojej pani do domu. To tak w wielkim, wielkim skrócie, Ponury – uśmiechnął się pobłażliwie. – Resztę opowiem wam Arien, już na miejscu. Jesteś zainteresowany wyjazdem?

– Oczywiście! – entuzjazm na twarzy mężczyzny zgasł równie nagle, jak się pojawił – Ale, co z zajęciami? Nie mogę ot tak opuścić szkoły.

– Spokojna twoja nieumyta – Luther zachichotał, wypuszczając powoli dym. – To już ustaliłem z Siwobrodym. Dzisiaj zastąpię cię w prowadzeniu zajęć, a dyrektor poinformuje resztę nauczycieli, że ma to sprawdzić, czy nadaję się do tego fachu. Bandzie szczyli nie musimy się z niczego tłumaczyć, prawda? Zostawisz mi swój plan?

– Tak, tak… – Snape zaczął nerwowo przerzucać papiery, w poszukiwaniu stosownych dokumentów. – Zostawić również rozpiskę tematów,

dla poszczególnych roczników? Gdzieś powinno to leżeć. Napisać ci na szybko wskazania? Powinienem się wyrobić w dwadzieścia minut.

– Nie spinaj się, bo ci żyłka pęknie. Sam plan w zupełności wystarczy. Jeśli masz z którąś klasą zaplanowaną kontynuację tematu, zwyczajnie to zignoruję. Nie chcę ci wchodzić z butami w harmonogram realizacji zajęć, więc zrobię im lekcję teoretyczną na temat eliksiru wzmacniającego czasowo siłę czarów – demoniczne oczy rozbłysły. – Powinni być tym dostatecznie zainteresowani, żeby utrzymać ich uwagę przez całe zajęcia. Może, jeśli czas pozwoli, zacznę prezentację praktyczną. Co ty na to?

– Dragan… – profesor jęknął bez przekonania. – Wiesz, że eliksiry wzmacniające należą do niezwykle wymagających? Nie wiem, czy cokolwiek zrozumieją ze sztuki ich warzenia. Sam ledwie raz widziałem eliksir podnoszący siłę czarów.

– Wymaga dostępu do bajecznie rzadkich składników, więc jakoś mnie to nie dziwi. Nie zrozum mnie źle, nietoperzasty. Nie chcę im robić nie wiadomo jak szczegółowego wykładu, ani prezentować zbędnych detali – mężczyzna uśmiechnął się melancholijnie. – Chcę, żeby byli świadomi istnienia eliksirów, posiadających właściwości, o jakich im się nawet nie śniło. Ta banda roszczeniowych kretynów nie podchodzi z należnym szacunkiem do możliwości, jakie otwiera przed nimi wnikliwa nauka. Wystarczy im opanowanie banalnych sztuczek, żeby myśleli o sobie jak o wybitnych czarodziejach i nie czuli potrzeby sięgania znacznie głębiej. Nie ma w nich krzty naturalnej ciekawości, co niebotycznie mnie wkurza – jego ton stał się ostrzejszy. – Wykorzystam dzisiejsze zajęcia, żeby otworzyć im te ograniczone oczęta na świat ukryty przed wzrokiem tych, którzy nie szukają wyzwań ani granic do przekroczenia. Pracowałem już jako nauczyciel i mniej więcej wiem, jak powinienem się za to zabrać.

Snape przez chwilę obserwował swego gościa, wytrącony z równowagi jego słowami. Zawsze uważał Luthera za książkowy przykład utalentowanego lenia, niechętnego do poświęcania czasu nauce. Widocznie się pomylił i to bardzo. Być może Dragan wcale nie był leniwym arogantem, tylko Hogwart nie był w stanie zaoferować mu niczego, co uznałby za godne wysiłku? Tak czy inaczej, to nie był odpowiedni moment na takie rozważania.

– W takim razie zostawiam ci wolną rękę. Dziękuję, że mnie zastąpisz – Severus wyciągnął dłoń ku kruczowłosemu.

Turkusowooki patrzył na wyciągniętą prawicę z rosnącym rozbawieniem. Och, słodki Severus Snape! Tak rozczulająco niezgrabny w okazywaniu emocji! Zamiast uścisnąć dłoń czarodzieja, nonszalancko ją odtrącił i roześmiał się.

– Zależy mi na tym, żebyś ją odwiedził, kretynie – wbił spojrzenie w ciemne oczy mistrza eliksirów. – Podziękowania możesz sobie darować. Vallerin lubi z tobą rozmawiać i pewnie ucieszyłaby się, wiedząc, że pofatygowałeś się w odwiedziny. Zajęcia biorę na siebie, więc rusz tyłek i nie przejmuj się pierdołami. Zostaw mi papierologię stosowaną i idź do Wielkiej Sali. Arien dał wam cały dzień, nie marnujcie ani minuty.

Severus wstał, uśmiechając się delikatnie. Pomimo słów Luthera podziękował mu jeszcze raz, po czym szybkim krokiem wyszedł z gabinetu, zostawiając za plecami turkusowookiego. Kiedy tylko drzwi zamknęły się za depresyjnym profesorem, Dragan rozsiadł się w jego fotelu i zaczął przeglądać ułożone w równy stos dokumenty. Konspekty lekcji; rozpiski, dotyczące przeprowadzania eksperymentów; wykazy zaopatrzenia zaplecza; uwagi, co do słabości poszczególnych uczniów; praktyczne notki na temat bezpieczeństwa…Ponury miał pełen opis wszystkiego, co działo się podczas jego zajęć – pedantyczny nawyk, którego kruczowłosy nie mógł nie docenić. Sięgnął po plan lekcji, chcąc zorientować się co na niego czeka. Pierwsze ćwiczenia dzisiejszego dnia miał poprowadzić z szóstym rokiem, grupą Ravenclaw-Hufflepuff. Uśmiechnął się sam do siebie. Więc przyjdzie mu zrobić wejście smoka i już na samym początku przyprawić Ceda o mikrozawał, a później zapowiadało się tylko lepiej! Kolejną lekcję miał z grupą Gryffindor-Slytherin, rok trzeci. Był ciekaw miny Zabiniego, gdy zorientuje się, co miał na myśli mówiąc, że spotkają się znacznie szybciej niż dzieciak myśli. Zostawił póki co papiery i zerknął na zegarek, krzywiąc się nieznacznie – czas gnał nieubłaganie. Westchnął ciężko, po czym wstał mając zamiar na chwilę skoczyć poza mury szkoły. Musiał przygotować swoje piorunujące show.

               Gryfoni, jak zwykle utrzymując bezpieczną odległość od swoich Ślizgońskich rówieśników, oczekiwali na rozpoczęcie eliksirów. Harry, Ron i Hermiona stali pod ścianą, zawzięcie dyskutując o tym, co mają dalej robić w sprawie Dragana – o ile w ogóle mieli robić cokolwiek. Chociaż wałkowali ten temat bez końca, nijak nie potrafili wypracować kompromisu. Weasley, niesiony ciekawością oraz wciąż zły na braci, upierał się przy tym, że powinni dowiedzieć się jak najwięcej o Lutherze. Takiego stanowiska trzymał się oficjalnie, jednak miał znacznie lepszy powód, by uprzeć się przy swoim jak ostatni osioł. Wizja tkwienia w kompletnej niewiedzy co do turkusowookiego bardzo go drażniła i nie potrafił sobie z tym poradzić. Nie, żeby lubował się w ploteczkach! Martwił się. Nie lubił, gdy ktoś tak tajemniczy kręcił się w pobliżu jego rodziny oraz przyjaciół – pojęcia nie miał, czego powinien się spodziewać i przyprawiało go to o drgawki. Wcześniej Luther nie budził w nim duszącego uczucia niepokoju, więc niezbyt przejmował się jego niechęcią do gadania o sobie. Doceniał taką powściągliwość, znając aż zbyt dobrze ból bycia skazanym na wysłuchiwanie czyichś wynurzeń, bez względu na to, czy się tego chciało, czy też nie. Liczna rodzina nie mogła pozwolić sobie na luksus zapewnienia nietykalnej, osobistej przestrzeni – trzeba by bliźniaków potraktować Drętwotą. Ron był w pełni świadom tego, że przez swój upór nieuchronnie uderzy w mur, noszący nazwisko Granger. Hermiona oczywiście nie mogła przyznać mu racji i to wcale nie dlatego, że taką już mieli tradycję. Jej zdaniem nie powinni tak lekkomyślnie wtrącać się w sprawy, o których najwidoczniej Dragan mówić nie chciał. Im dłużej o tym myślała, tym trudniej było jej pozbyć się wrażenia, że samo rozważanie nagłego osaczania Luthera było czymś okropnie podłym z ich strony. Jak mogli chociażby myśleć o tym, żeby za jego plecami podstępnie wyciągać informacje, do których nie mieli najmniejszego prawa? Dragan nigdy nie dał im żadnych powodów do podejrzewania go o złe zamiary. To nie była zagadka typu: co Hagrid zabrał ze skrytki, albo gdzie może być Komnata Tajemnic! To nie były wątpliwości, jak w przypadku Snape’a, czy Malfoy’a, których ciężko było nie podejrzewać o jakieś podłości! Gryfonka była przekonana, że tym razem dali się ponieść i należało to jak najszybciej zakończyć – zanim przez ich głupotę ktoś ucierpi. Snuli coraz to bardziej zawiłe teorie…godzinami gubili się w domysłach, polegając jedynie na zaobserwowanym, bezczelnym zachowaniu Ślizgona, które akurat w jego przypadku należało uważać na normę oraz podsłuchanym imieniu jakiejś kobiety. Potter czuł się rozdarty. Słuchając słów przyjaciółki, doskonale rozumiał, dlaczego chciała zostawić Luthera w spokoju – szpiegowanie kogoś, kogo uważał za dobrego znajomego, również nie leżało w jego naturze. Ciężko było mu zaufać komukolwiek, jednak turkusowooki od razu wzbudził w nim pozytywne odczucia, co było mocno nietypowym doświadczeniem, a samo ich podważanie wydawało się sprawą bolesną. Z drugiej strony…był po prostu ciekaw. Zainteresowanie Draganem potęgował fakt, że tak naprawdę niewiele o nim wiedzieli, tak jak inne trzymające się blisko niego osoby. Bliźniacy, Ced i Zabini nie wydawali się tym przejmować, choć obiektywnie rzecz biorąc powinni. Gryfoni rozprawiali półszeptem o swoich wątpliwościach, coraz mocniej popadając w impas. Brak porozumienia w końcu zdenerwował Hermionę, która nie miała najmniejszej ochoty zmarnować całej przerwy na powtarzanie w kółko swoich racji. Dziewczyna splotła ręce na piersi, przewróciła gniewnie oczami i skupiła się na obserwowaniu otaczającej ich grupy uczniów. W jej głowie rozbrzmiał cichy alarm, gdy dostrzegła Zabiniego. Coś było z nim nie tak…już na pierwszy rzut oka jego zachowanie wydało się jej dziwne. Ślizgon nie stał ze swoją grupą, ani nie reagował na zaczepki Greengrass oraz Parkinson, uparcie ignorując słowa koleżanek, zupełnie jakby do niego nie docierały. Przylgnął plecami do kamiennej ściany zamku, najwidoczniej pogrążając się w nieprzyjemnych myślach, których źródła nie miałaby śmiałości nawet się domyślać. Coś jej to przypominało. Ostatni raz widziała u Blaise’a tak zatroskaną minę, gdy Tea leżała w Skrzydle, a po szkolnych korytarzach szalał huragan Dragan. Pewnie zastanawiałaby się nad tym znacznie dłużej, gdyby nie cichy trzask drzwi, który skutecznie odciągnął jej myśli od wychowanka domu węża. Z sali do eliksirów powoli zaczęli wyłaniać się starsi uczniowie, którzy zbici w niewielkie grupki, żwawo o czymś dyskutowali, nie szczędząc sobie szerokich uśmiechów ani przytłumionych chichotów. Wyglądali na rozluźnionych, podekscytowanych i podejrzanie radosnych, a to było już mocno zastanawiające, biorąc pod uwagę to, jakie zajęcia pochłaniały ich chwile temu – nie tak powinni wyglądać skazańcy, którzy przeżyli męki eliksirów. Sytuacja stała się wręcz kuriozalna, kiedy na końcu roześmianego korowodu pojawiła się profesor Sprout, krocząca nieco zbyt sztywno, z wyraźnym zdumieniem wymalowanym na dobrotliwej twarzy. Początkowy szok w szeregach trzecioklasistów opadł, uwalniając ze swych okowów co bardziej ciekawskie okazy. Harry otrząsnął się jako jeden z pierwszych, więc zaczął szukać wśród starszych uczniów Diggory’ego, chcąc zapytać go o co chodzi. Uśmiechnął się szeroko do kolegi, jednak został olany. Cedrik milcząco szedł wśród swoich przyjaciół, jakby był czymś mocno wytrącony z równowagi. Ponieważ nie zareagował na nieśmiałe próby, Gryfon postanowił go zatrzymać – jeśli Snape wymyślił coś zatrważającego, wolał być na to psychicznie przygotowany. Przecisnął się przez zwarte szeregi Puchonów i delikatnie poklepał ramię Ceda, w efekcie czego chłopak w końcu się zatrzymał i spojrzał półprzytomnie na zielonookiego.

– Cześć, Harry – powiedział z cudacznym odrętwieniem. – Wybacz, nie zauważyłem cię.

– Nie szkodzi – Potter uśmiechnął się i wskazał głową na drzwi pracowni – Co tam się stało?

Diggory ociężale podążył za nim wzrokiem, wbijając szare tęczówki w otwarte na oścież podwoje. Uśmiechnął się pod nosem, jakby wciąż nie dowierzał w to, co działo się w przeciągu ostatniej godziny zajęć.

– Za chwilę sam się przekonasz – skwitował sucho, po czym wyminął Harry’ego, żeby dołączyć do swoich znajomych.

Zaskoczony wynikiem rozmowy, Gryfon zerknął przez ramię na przyjaciół. Ron nie był zainteresowany pogaduszkami z Cedem, ponieważ bardziej interesowało go to, co Sprout robiła na lekcji eliksirów. Wszyscy wiedzieli, że choć zielarstwo ściśle wiązało się z eliksirami, Snape nie przepadał za panią profesor i bynajmniej się z tym nie krył. Hermiona, zdezorientowana całym zajściem, zdobyła się jedynie na wzruszenie ramionami, dając koledze do zrozumienia, że nie miała bladego pojęcia, cóż takiego mogło się wydarzyć. Potter westchnął przeciągle i spojrzał na oddalające się plecy Diggory’ego. Pozostało im czekać, aż doświadczą tego samego, co Puchon na własnej skórze – mało ciekawa wizja. Powoli i niepewnie ruszyli ku sali, ostrożnie zajęli swoje miejsca i rozglądając się badawczo po wnętrzu, modlili się, żeby Nietoperz był w dobrym nastroju – lub choć tak obojętnym jak ostatnio. Przy biurku nikogo nie było, ale z zaplecza dobiegały wyraźne szmery świadczące o tym, że nie byli sami. Na blacie profesorskiego biurka, wykonanym z podniszczonego mahoniowego drewna, stał kociołek zupełnie inny od tego, który widywali codziennie. Ten egzemplarz był znacznie większy i wykonany z czegoś, co nie przypominało ani trochę cyny – w miękkim świetle lśnił, niczym wypolerowane srebro. Wszyscy uczniowie zasiedli przy swoich stolikach, wyczekując pojawienia się mistrza eliksirów. Czas oczekiwania upływał im na cichych rozmowach oraz śmiechach, znacznie mniej donośnych niż zazwyczaj. Zamilkli, gdy usłyszeli kroki, które nie pasowały do Snape’a – były za lekkie i rytmicznie powolne. Odgłosowi kroków nie towarzyszył również charakterystyczny, gwałtowny trzask drzwi, oznajmiający przybycie wymagającego nauczyciela. Ledwie kilka sekund później nikt ze zgromadzonych nie był w stanie wykrzesać z siebie chociażby jęknięcia i to nie z powodu strachu przed gniewem opiekuna domu węża. Wprost przed nimi, przy biurku ustawionym na delikatnym podwyższeniu, zatrzymał się Dragan. Ślizgon był ubrany inaczej niż zazwyczaj, jednak zdecydowanie nie na profesorską modłę. Turkusowooki założył zwykłe, czarne spodnie; gładką koszulę w tym samym odcieniu, z nonszalancko wyciągniętym kołnierzem oraz smolistą marynarkę o perfekcyjnie dopasowanym, asymetrycznym kroju. Długie, krucze włosy związał w niski, niedbały kucyk przerzucony luźno przez lewe ramię, a efektu dopełniały stylowe okulary w czarnych oprawkach. Na co dzień Dragan prezentował się doskonale, ale w tym stroju robił oszałamiające wrażenie.

– Nazywam się Dragan Luther i witam państwa na dzisiejszych zajęciach – przemówił głębokim, mruczącym basem. – Proszę, żebyście zabrali z biurek podręczniki i przygotowali pergaminy do notowania. Tak, panno Granger?

Wystrzelonej w górę ręki Gryfonki nie dało się przeoczyć, chociażby próbował. Powoli przeczesał wzrokiem twarze uczniów, mając ochotę roześmiać się, widząc ich zszokowane miny – wychowankowie obydwu domów wpatrywali się w niego pytająco, choć w szeregach Slytherinu było to znacznie wyraźniejsze. Uśmiechnął się półgębkiem, po czym przeniósł spojrzenie na Hermionę, której nie mógł dłużej trzymać w niepewności.

– Czemu ty… – dziewczynka urwała na chwilę, zastanawiając się nad swymi słowami – pan, prowadzi zajęcia?

– Profesor Snape udzielił mi pozwolenia na przeprowadzenie dziś zajęć próbnych, ponieważ od przyszłego roku będę mu asystował, przygotowując się do objęcia w przyszłości funkcji nauczyciela eliksirów. Czy mają państwo jeszcze jakieś pytania odnośnie tej kwestii?

Powiedział to takim tonem, by dobitnie zaakcentować, że dalszych pytań sobie w żadnym razie nie życzył. Wystarczyło to, żeby ostatecznie zdusić ciekawość smarkaczy, co przyjął z nieukrywanym zadowoleniem – nie miał ochoty nikomu się tłumaczyć. Mimo upływu lat wciąż pamiętał, jak należało radzić sobie z dzieciakami.

– Doskonale. Zanim przejdziemy do części właściwej zajęć, musimy jeszcze chwilę poczekać na…

Nie dokończył zdania, ponieważ przerwał mu odgłos otwieranych drzwi. Zaintrygowani uczniowie, odwrócili się niemalże jednocześnie. W progu sali stała Minerva.

– Profesor McGonagall! – kruczowłosy wskazał na swoje krzesło – Zapraszam panią do nas.

Kobieta uśmiechnęła się ciepło i zajęła wskazane miejsce, nie komentując, po co właściwie się zjawiła. Na blacie biurka rozłożyła nieduży pergamin, po czym spojrzała na Dragana, który w lot pochwycił, co miała na myśli.

– Profesor McGonagall będzie wizytowała nasze zajęcia – zwrócił się twarzą do klasy. – Proszę, żebyście nie przejmowali się obecnością pani profesor, ponieważ jest tu dzisiaj, żeby oceniać mnie, a nie was. Skoro jesteśmy w komplecie, zaczynajmy! Czy ktoś z was wie, z czego wykonano ten kociołek? – zadał ogólne pytanie.

Zgodnie z jego przewidywaniami, jako pierwsza zgłosiła się Hermiona. Początkowo nie zamierzał prosić ją o udzielenie odpowiedzi, jednakże nikt inny nie kwapił się do zabrania głosu. Najwyraźniej większość zgromadzonych nie poradziła sobie jeszcze ze zmianą prowadzącego, a obecność Minervy musiała dodatkowo spotęgować zaskoczenie. No cóż,…skoro potrzebowali czasu, niech im będzie.

– Słucham, panno Granger – kruczowłosy wymierzył palcem w Gryfonkę.

– To srebrny kociołek – zakomunikowała z pełnym przekonaniem. – Czytałam o takich.

– Myli się pani. Proszę się nie przejmować, pomyłka jest w pełni rozumiała w tym przypadku! – uśmiechnął się, widząc rozgoryczoną minę dziewczynki – Metal, z którego wykonano ten konkretny kociołek łudząco przypomina srebro, jednak znacząco różni się od niego właściwościami. To kociołek platynowy – położył dłoń na gładkiej krawędzi. – Jeżeli podejdziecie bliżej, zauważycie skrzące drobiny, wtopione w platynę. Proszę, nie krępujcie się. Możecie go dokładnie obejrzeć.

Odsunął się od biurka, zachęcająco wskazując na nietypowy przedmiot. Uśmiechnął się szeroko, widząc, że Dafne oraz Blaise poderwali się ze swoich miejsc, a za ich przykładem ruszyła cała reszta zgrai. Pozwolił uczniakom swobodnie dotykać eksponatu i wpatrywać się w niego do woli, kątem oka obserwując satysfakcjonujący blask ciekawości, rozpalający rozliczne pary oczu. Na wiele pozwalał tej bandzie ignorantów, ale uważnie śledził każdy ich ruch, gotów do natychmiastowej reakcji, gdyby cokolwiek zagrażało kociołkowi. Pożyczył to cudeńko od Bastet, asystentki doktora Q, która specjalizowała się w wytwarzaniu mocno specyficznych mikstur, koniecznych do ratowania życia w przypadkach niemalże beznadziejnych. Jeśli cokolwiek stałoby się jej bezcennemu skarbowi, musiałby jak najszybciej wystarać się o kolejny egzemplarz, co obecnie graniczyłoby z cudem. Nie mówiąc już o upierdliwym jęczeniu tej marudnej baby, która żyć by mu nie dała. Uczniowie wykazali się zadowalającą ostrożnością w podziwianiu kociołka, a kiedy wszyscy mieli już okazję spędzić z nim chwilę, zaczęli kręcić się nerwowo, nie mając pojęcia, czy powinni już wracać na swoje miejsca.

– Proszę, żebyście zostali jeszcze przy biurku – Luther bez problemu wczuł się w nastrój – Wszystko, co teraz powiem, otrzymacie w formie gotowej notatki, więc proszę, byście skupili się na słuchaniu. Drobinki, o których wcześniej wspominałem to sproszkowane łuski z ogona Chimery. Obecnie istnieje jedynie pięć tego typu kociołków. Dostanie jednego z nich jest trudnym wyzwaniem, jednak niezbędnym, żeby poprawnie wykonać eliksir, o którym zamierzam dziś wam opowiedzieć – obrzucił dzieciaki pełnym powagi spojrzeniem. – Zapewne profesor Snape nie raz i nie dwa wspominał wam o miksturach podnoszących takie walory jak siła lub wytrzymałość. Takie eliksiry mają jedną, wspólną cechę. Ich efekt działa jedynie przez ściśle określony czas, zależny od receptury jaką zastosujecie. Do tej grupy oczywiście zaliczamy eliksir wzmacniający siłę czarów, będący tematem dzisiejszych zajęć. Wyjątkowo trudny do uwarzenia specyfik, przez co niebywale rzadko stosowany i niespotykany wśród czarodziei, mających przeciętne pojęcie o eliksirach. Specjaliści od historii magii od lat sprzeczają się o to, skąd dokładnie pochodzi ta receptura – przybrał rzeczowy ton – Niektórzy sądzą, że przywędrowała do Europy z okolic Chin, inni natomiast doszukują się jej początków już w starożytnej Mezopotamii. Brak jest jednoznacznych dowodów, potwierdzających którąkolwiek z tych teorii, jednak z całą pewnością przepis na ten eliksir zapisano na kartach Kuul-Akh, pierwszej księgi poświęconej wyłącznie eliksirom. Na dzisiejszych zajęciach nie podam wam kompletnej receptury, z bardzo prostego powodu. W całej historii sztuk magicznych nieraz określano tę miksturę mianem „Zguby Śmiałka” i nie działo się tak bez powodu. Śmiałków w tej sali akurat nie brakuje, ale umiejętności oraz doświadczenia jak najbardziej – zaśmiał się miękko. – Dziś przybliżę wam najważniejsze składniki i zaprezentuję działanie gotowego wywaru. Jeśli dostanę zgodę dyrektora i profesora Snape’a, poprowadzę pełnowymiarowe zajęcia z tego eliksiru, jako dodatkowe dla klas najstarszych. Koniec tego przydługiego wstępu! Panie Zabini, mógłby pan pomóc mi przynieść składniki z zaplecza?

– Oczywiście… – Blaise uśmiechnął się zadziornie – panie profesorze.

Turkusowooki skwitował zaczepkę Ślizgona przewróceniem oczami. Uczniowie rozsunęli się usłużnie, robiąc miejsce Draganowi, który poprowadził Blaise’a wprost do pomieszczenia, pełniącego funkcję podręcznego magazynu. Już w progu wskazał koledze niewielkie, drewniane pudełko, szczelnie zamknięte i zabezpieczone metalowym zamkiem.

– Od teraz będziesz nas uczył? – Ślizgon zapytał z rozbawieniem.

– Zobaczymy – Luther wzruszył ramionami. – Jeżeli dostanę w miarę dobre opinie od wizytatorów i nikt nie straci dzisiaj kończyn, to kto wie? Może będziecie musieli mnie znosić w przyszłym roku. Uważaj z tym pudełkiem, Blaisy – spojrzał ostrzegawczo na kolegę. – O utracie kończyn mówiłem poważnie.

Kolekcjoner roześmiał się, widząc niepewną minę smarkacza – Zabini wyciągnął ramiona, bojaźliwie spoglądając na gładkie drewno. Sam sięgnął po większą skrzynię i wyszedł z zaplecza, prowadząc za sobą młodego uczniaka. Mając obydwa tajemnicze pudełka na biurku, otworzył je wprawnie i wyjął z nich kilka niewielkich, kryształowych fiolek. Ustawił naczynka w równym rzędzie, na wszelki wypadek sprawdzając, czy nie zapomniał zabrać któregoś z oznaczeń.

– Przyjrzyjcie się proszę składnikom – uśmiechnął się do młodych czarodziei. – Kto poprawnie nazwie połowę z nich, ma szansę zgarnąć niezłą ocenę. Tylko niczego mi nie dotykać! – lodowate tęczówki zalśniły metalicznie – W życiu nie zostanę nauczycielem, jeśli któryś mi tu zginie.

Rozbawiona tonem kruczowłosego Minerva, uniosła jedną brew, nie do końca pewna tego, jak poważnie powinna podejść do tak osobliwego ostrzeżenia. Nie znała tego eliksiru, więc nie potrafiła ocenić, czy jego przyrządzenie wiązało się z ryzykiem. W skupieniu lustrowała fiolki, które skupiły całą uwagę młodzieży. Uczniowie przekrzykiwali się, rzucając najróżniejsze pomysły odnośnie zawartości kryształowych naczynek. McGonagall zerknęła na Luthera, nie mogąc powstrzymać ciepłego półuśmiechu – sądząc po minie chłopaka, uczniowie snuli domysły bardzo dalekie od prawdy. Demoniczne oczy z minuty na minutę stawały się coraz to bardziej znudzone, chwilowo sprawiając wrażenie nawet poirytowanych, co zaniepokoiło panią profesor. Dragan nie należał do najcierpliwszych osobników…

– Czy to sok z aloesu, pęd Miesięcznika i Diabelskie Sidła? – nieśmiało zapytał Neville, wskazując kolejne fiolki.

– Doskonale, panie Longbottom! – kruczowłosy ożywił się nieznacznie – Ma pan talent do zielarstwa. Dziesięć punktów dla Gryffindoru.

Dragan uśmiechnął się łagodnie do zawstydzonego chłopca, co nie przyszło mu w sposób naturalny – chciał nieco poprawić samoocenę Neville’a, która zazwyczaj oscylowała gdzieś w granicach zera. Po wymuszonym geście dobrej woli sięgnął po przygotowane wcześniej karteczki i położył je obok właściwych fiolek, których zawartość została ujawniona. Jeszcze przez kilka chwil pozwolił dzieciakom zgadywać – głównie po to, by nieco ich rozluźnić – po czym poprosił ich o zajęcie miejsc.

– Przyglądajcie się uważnie i notujcie, póki macie okazję. Teraz po kolei, mamy tu: łzy Trytona; ślinę Kelpi; włos z ogona Testrala, spalony w ogniu smoka opalookiego Antypodzkiego; jad Tentrakuli; oddany dobrowolnie – to słowo wyraźnie zaakcentował, żeby uniknąć niedomówień – włos Jednorożca; oddech Nundu, sproszkowaną pokrzywę oraz świeży imbir. Na dzisiejszych zajęciach nie powiem, co jest w tych czterech ostatnich fiolkach.

Dla pewności jeszcze raz powtórzył nazwy składników, prezentując poszczególne pojemniczki. McGonagall przysłuchiwała się słowom Luthera, szczerze zdumiona tym, jak dokładnie, powoli i cierpliwie wyjaśniał sposób przygotowania poszczególnych składników. Turkusowooki, przed otwarciem którejkolwiek z fiolek, założył dziwnie wyglądające, eleganckie rękawiczki z czarnego materiału. Wyjaśniając każdy krok, zaczął mieszać ze sobą składniki, nie odrywając wzroku od kociołka. Czarownica rozejrzała się ukradkiem po twarzach uczniów, chcąc pobieżnie ocenić ich zaangażowanie w prowadzone zajęcia. Młodzi czarodzieje wpatrywali się w Dragana, słuchając w skupieniu każdej sylaby, którą wypowiadał – nie w głowie były im śmiechy, szepty, czy przepychanki, towarzyszące w mniejszym lub większym stopniu każdym z zajęć. Uczniowie, zaczarowani aksamitnym głosem kruczowłosego oraz płynnością jego ruchów, pozwolili całkowicie porwać się sztuce warzenia eliksirów. Minerva uśmiechnęła się subtelnie, mając ochotę na cichy śmiech. Dragan bywał trudnym młodzieńcem, jednak z całą pewnością posiadał wyjątkowy talent – sama złapała się na tym, że nie chciała ominąć ani jednego jego słowa. Z takim darem…mógłby zostać wspaniałym nauczycielem…mentorem, o których było wyjątkowo ciężko w ostatnich latach. Luther podchodził do wykonania eliksiru ze swobodą i pewnością osoby, która zajmowała się tym setki razy. Choć szczegółowo objaśniał, jak należało prawidłowo dobierać proporcję składników, sam niczego nie ważył, doskonale wiedząc, ile konkretnie powinien dodać. Profesor z niemym zdumnieniem obserwowała czułość, z jaką mężczyzna o demonicznych oczach podchodził do wykonania skomplikowanego eliksiru. Jego długie, smukłe palce delikatnie obchodziły się z każdym składnikiem, a gdy mówił, w jego głosie dało się wychwycić ulotną nutę miękkiego, pieszczotliwego ciepła – najwidoczniej cała procedura sprawiała mu coś na kształt przyjemności, jakiej nie spodziewałaby się po nikim, za wyjątkiem Severusa. Całą swą uwagę skupiła na magii jego ruchów, kiedy odsunął się o krok od biurka i dorzucił do wywaru ostatni składnik, uśmiechając się szeroko. Po kilku minutach, z wnętrza kociołka wystrzeliła jasnobłękitna poświata, na tyle nagła i oślepiająca, że wszyscy zebrani zostali zmuszeni do przymknięcia powiek. Lekko zatęchłe, wilgotne powietrze podziemi wypełnił wspaniały zapach – delikatny, kojący aromat, z przyjemnie świeżą, subtelną nutą. Woń przypominała mieszankę zapachu kwiatów wiśni oraz drzew cytrusowych, którą ciężko było spotkać w Wielkiej Brytanii. Luther podszedł do swego dzieła i korzystając z chochli, pieczołowicie przelał odrobinę eliksiru do kryształowej czarki, chcąc zaprezentować gotowy rezultat. Ciecz miała niezwykły, ujmujący kolor żywej rtęci – zmieniał się nieustannie, przywodząc na myśl mleczne mgławice nocnego nieba. Było to zjawisko magnetyczne i unikatowe…jedno z tych, od których nie chciało się odrywać wzroku.

– Jak pewnie już zauważyliście, najbardziej pracochłonnym etapem jest samo przygotowanie składników, a gdy będą gotowe, do uwarzenia eliksiru wystarczy ledwie dwadzieścia minut. Tak wygląda gotowy produkt.

Podniósł czarkę tylko po to, by chwilę później podejść do pierwszego uczniowskiego stanowiska i postawić ją na blacie. Polecił uczniakom przyjrzenie się eliksirowi i podanie go kolegom, żeby każdy miał okazję zobaczyć go z bliska. Sam wrócił do biurka i przelał miksturę do kolejnego naczynia.

– W poprzedniej grupie mi nie wyszło, ale może u was uda się znaleźć ochotnika do wypróbowania tego cudeńka. Ktoś ma ochotę? – uśmiechnął się zaczepnie.

McGonagall drgnęła na swoim prześle, niepewna tego, co począć. Nie powinna pozwolić, żeby uczeń korzystał z równie potężnej magii bez uprzedniego przygotowania. Już miała się podnosić w geście protestu, gdy padła bezwładnie na siedzisko, powstrzymana rozbawionym wzrokiem Luthera. Uśmiechnęła się sama do siebie. No tak. Mogła się spodziewać, że Dragan zaplanował przeprowadzenie prezentacji praktycznej, skoro zakładał takie rozwiązanie. Sama była bardzo ciekawa, jakież to fenomenalne skutki niosło za sobą skosztowanie tej nietypowej mikstury, więc postanowiła zaufać turkusowookiemu. W sali zaległa pełna wyczekiwania, napięta cisza. Choć wielu zapałało szczerą ochotą na wypróbowanie zagadkowego eliksiru, nikt nie zdobył się na odwagę, by wstać. Kruczowłosy spodziewał się, że pomimo jego jak najlepszych chęci, tak właśnie może skończyć się podjęcie próby wciągnięcia uczniów w prezentacje. Już miał zamiar samodzielnie zaprezentować dobrodziejstwo uwarzonej mikstury, gdy dostrzegł gwałtowny ruch, po stronie Slytherinu. Roześmiał się mimowolnie, widząc Blaise’a, który z zaciśniętymi pięściami i hardym wyrazem młodej buźki poderwał się ze swojego miejsca. Sam chłopiec pojęcia nie miał, skąd wziął się ten nagły impuls karzący mu wstać – chciał, żeby zajęcia Dragana odbyły się zgodnie z jego założeniami, ale to nie był jedyny powód. Zabini’ego ciekawiło, jak wielka przepaść dzieliła zwykłych uczniów od Luthera i teraz miał doskonałą okazję, by przekonać się o tym na własnej skórze. Jeżeli ten eliksir był tak potężny i wręcz absurdalnie skomplikowany, a turkusowooki radził z nim sobie porównywalnie do zaparzenia kubka herbaty…

– Pan Zabini! – Kolekcjoner uśmiechnął się szeroko – Doskonale! Skoro mamy ochotnika, proszę, żebyście zabrali swoje rzeczy. Prezentację siły eliksiru bezpieczniej będzie przeprowadzić w mniej…ograniczonej przestrzeni. Przejdziemy się na błonia, ale zanim wyjdziemy z sali, proszę o zwrot eliksiru!

Młodzi czarodzieje, podekscytowani wizją odbycia końcówki zajęć w plenerze, sprawnie spakowali swoje rzeczy. Dafne osobiście odniosła czarkę z eliksirem, za co Dragan podziękował jej uprzejmym, acz zdystansowanym uśmiechem profesjonalisty. Po zabezpieczeniu kryształowego naczynka otworzył drzwi i gestem dłoni nakazał dzieciakom ruszyć przodem. Miękkim ruchem złapał za ramię Blaise’a, gdy Ślizgon go mijał.

– Znasz zaklęcie Rictusempra? – demoniczne oko rozbłysło figlarną iskrą.

– Nauczyłem się go, zanim jeszcze na dobre usłyszałem o Hogwarcie – Zabini wyszczerzył się. – Tak to już jest, kiedy ma się matkę mistrzynię zaklęć.

– Chwała niech będzie zacnej kobiecie, dzięki której mamy jeden problem mniej. Posłuchaj – mocniej wbił palce w skórę smarkacza. – Mną się nie przejmuj i wal z całej siły, rozumiesz?

Ślizgon skinął głową na znak zrozumienia. Chciał zapytać Luthera o wiele rzeczy, jednak ton głosu kolegi skutecznie wybił mu ten pomysł z głowy – Dragan z całą pewnością nie miał w tym momencie ochoty na marnowanie czasu. Kruczowłosy wskazał czarodziejowi oddalających się znajomych, wysyłając jednoznaczny sygnał, który uczeń w lot pochwycił i pobiegł w stronę rówieśników. Sam turkusowooki zaczekał na profesor McGonagall. Kobieta przystanęła obok niego, obserwując jak zamykał pracownię.

– Jak mi idzie, Minervo? – zerknął na nią badawczo.

– Po raz kolejny mnie zaskoczyłeś, chłopcze – uśmiechnęła się ciepło. – Nie sądziłam, że potrafisz być aż tak cierpliwy.

– Moja cierpliwość ma bardzo kruche granice, których nie polecam przekraczać. Przypominam, pani profesor, że pracowałem już z dzieciakami. Najwidoczniej tego się nie zapomina! – uśmiechnął się zaczepnie, podsuwając nauczycielce ramię – Idziemy?

Czarownica zawahała się przez moment, jednak skorzystała z szarmanckiego gestu. Początkowo podobne spoufalanie się z, bądź co bądź, uczniem wydawało jej się czymś niestosownym, ale dość szybko zmieniła nastawienie. Dziś nie musieli udawać nauczyciela i kłopotliwego wychowanka. Dziś po raz pierwszy mogła pozwolić sobie na publiczne traktowanie Dragana jak prawowitego członka grona pedagogicznego, co było miłą odmianą. Szli więc razem, ciesząc się banalną, cichą rozmową o błahych tematach, których Kolekcjoner z całego serca nienawidził. Co jakiś czas idący przed nimi uczniowie zerkali za siebie, nie mogąc uwierzyć w to co widzą. Minervę bawiły ich zdumione, niepewne spojrzenia – o tak wielu rzeczach nie mieli jeszcze pojęcia. Dopiero na błoniach Luther skinął ku niej subtelnie głową i zabrał ramię, czym niezamierzenie wzbudził nutę rozczarowania w sercu kobiety. Gestem przywołał do siebie Zabini’ego i polecił mu stanąć naprzeciw siebie tak, by zapewnić reszcie zebranych jak najlepszy widok na cały spektakl. Blaise przygotował różdżkę, nerwowo wyczekując dalszych instrukcji. Jedna rzecz nie dawała mu spokoju…

– A twoja… – urwał nagle – znaczy się, pana różdżka?

– Nie musi się pan o mnie martwić, panie Zabini – odkrzyknął ku kruczowłosy. – Proszę zaatakować, kiedy będzie pan gotowy.

Blaise odsunął na bok obawy i skoncentrował się na zadaniu, co nie należało do zadań najprostszych. Lubił Dragana i nie chciał zrobić mu krzywdy, ale wiedział, że skoro turkusowooki kazał mu się nie wstrzymywać, zdecydowanie nie powinien tego robić. Wystąpił krok w przód, zaciskając mocniej palce na rękojeści różdżki.

– Rictusempra! – wykrzyczał, wykonując elegancki ruch nadgarstkiem.

Trafił perfekcyjnie, jednak efekt uderzenia nie był taki, jakiego się spodziewał. Zaklęcie powinno odrzucić Luthera, skutecznie powalając go na ziemię. Kruczowłosy jednak nawet na chwilę nie oderwał się od podłoża, a jedynie przesunął o kilka metrów, o czym świadczyły wyraźne ślady na namokłej murawie. Kolekcjoner, zamiast zanosić się śmiechem, chichotał niepokojąco, pochylając głowę ku podłożu.

– Doskonale, panie Zabini! – krzyknął, rozpościerając ramiona – Gratuluję precyzyjnej ręki! Teraz zapraszam pana do mnie!

Luther podszedł do McGonagall i zabrał z jej rąk czarkę, którą zostawił pod jej czujną opieką i podał naczynko koledze. Blaise przez kilka chwil wpatrywał się w ciecz, po czym pociągnął spory łyk, obawiając się przykrego spotkania z obrzydliwym posmakiem, jaki towarzyszył większości magicznych mikstur. O dziwo ten eliksir smakował równie dobrze, jak pachniał – cytrynowo, z lekką nutą przyjemnej słodyczy.

– Nie taki znowu paskudy, prawda? – Luther skwitował kpiąco – Odczekajmy dwie minuty i możemy powtórzyć ćwiczenie.

Czas, niezbędny do rozejścia się eliksiru w ciele Ślizgona, Dragan wykorzystał na rozdanie wcześniej przygotowanych notatek, dotyczących specyficznego kociołka oraz historii omawianej mikstury. Po upływie dwóch minut, on i Zabini zajęli wcześniejsze pozycje. Blaise był mocno sceptyczny. Nie czuł za szczególnej różnicy po wypiciu specyfiku i z jego punktu widzenia, nic tak na dobrą sprawę się nie zmieniło. Spojrzał na oponenta i dał mu znać, że jest już gotowy, po czym przyłożył różdżkę do czoła, biorąc głęboki wdech. Musiał zaufać przyjacielowi.

– Rictusempra!

Tym razem także wyprowadził doskonały cios, jednak skutek był wręcz piorunujący. Dragana dosłownie wystrzeliło w powietrze, z niewyobrażalnym impetem. Minerva, przerażona tak gwałtownym efektem, gotowa była zatrzymać ten szaleńczy lot, gdy coś śmignęło tuż nad jej głową, całkowicie ją rozpraszając. Zszokowana, dostrzegła zarys miotły, a chwilę później usłyszała magnetyczny śmiech Luthera, gdy ten chwycił wprawnie trzon pędzącego przedmiotu. Kruczowłosy zwinnym ruchem wskoczył na miotłę i siedząc na niej wygodnie, wrócił do oniemiałych uczniów. Nie miał zamiaru pokusić się o zachowanie pozorów normalności, więc zeskoczył z dość imponującej wysokości, miękko lądując tuż obok skamieniałego Blaise’a. Młody czarodziej patrzył to na swoje dłonie, to na turkusowookiego, nie mogąc wykrztusić słowa. W życiu nie widział, żeby Rictusempra miała aż taki zasięg! Nawet jego mama, pomimo wielu lat mozolnych ćwiczeń i wrodzonego talentu, nie osiągała tak powalających efektów!

– To, czego przed chwilą byliście świadkami, można osiągnąć za pomocą najmniej złożonego eliksiru wspomagającego siłę czarów, który zaprezentowałem wam na dzisiejszych zajęciach – Luther przemówił twardo – Jego efekt utrzymuje się do pięciu minut więc nie radzę jeszcze drażnić pana Zabini’ego. Najpotężniejsza wersja tego eliksiru jest dużo skuteczniejsza, a jej działanie potrafi sięgać nawet do sześciu godzin.

– Nauczy nas pan go robić? – Seamus podniósł rękę i nie czekając na przyzwolenie zadał pytanie – No wie pan! Tą najlepszą wersję!

– To byłaby czysta głupota z mojej strony, panie Finningan – diabelski turkus zasnuła metaliczna poświata. – Stężenie składników w najpotężniejszej wersji jest zabójcze, a gdy minie czas działania eliksiru, ten kto go wypił natychmiast umiera. Prowadząc dzisiejsze zajęcia, chciałem wam pokazać, że świat eliksirów jest dużo bogatszy i bardziej fascynujący, niż mogłoby się wydawać. Wiem, że większość z was nie przepada za eliksirami, za co absolutnie was nie winię – uśmiechnął się łagodnie. – Warzenie mikstur jest wymagającą dziedziną, której nie opanujecie w pełni, jeśli nie wykażecie się cierpliwością, uporem, zaangażowaniem, opanowaniem i odrobiną talentu. Profesor Snape przez kolejne lata cyklu nauki dopasowuje odpowiednią trudność eliksirów, żeby nauczyć was niezbędnych podstaw. Daje wam narzędzia oraz umiejętności, dzięki którym będziecie gotowi do samodzielnego odkrywania tej sztuki magicznej. Eliksir, który dziś widzieliście, nie zalicza się nawet do pierwszej trzydziestki najpotężniejszych – ton jego głosu stał się przyjemnie głęboki i nieco nostalgiczny – Jest ich tak wiele… a jeszcze więcej czeka spokojnie na odkrycie. Eliksiry są sztuką. Magia sama w sobie jest sztuką i jak każda sztuka, wymaga nieustannego doskonalenia. To właśnie róbcie! Doskonalcie swoje umiejętności, żeby w przyszłości dosięgnąć linii horyzontu. Teraz, pod okiem profesorów, jest na to najlepszy czas. Nikt nie obiecuje, że będzie to łatwe zadanie i ja też nie obiecam wam czegoś równie absurdalnego. Mogę was zapewnić, że czekają was setki dołujących zawodów oraz dziesiątki porażek, ale każda z nich powinna stać się dla was bezcenną nauką na przyszłość. Na tym to wszystko polega! – nieoczekiwanie roześmiał się – Upadajcie i podnoście się pamiętając, że nawet najboleśniejsza porażka jest kolejnym krokiem ku perfekcji. To tyle, jeśli chodzi o dzisiejsze zajęcia. Mam nadzieję, że was nie zanudziłem. W razie jakichkolwiek pytań, zapraszam na popołudniowy dyżur. Dziękuję wam za uwagę.

Dragan obdarzył uczniów wymuszonym, ciepłym uśmiechem i podszedł do profesor McGonagall. Kobieta wpatrywała się w niego, nie zdolna do wykrztuszenia składnego zdania. Kiedy Luther przemawiał do uczniów był tak…zdecydowany, łagodny i inspirujący…sama dała się zahipnotyzować ulotnemu czarowi, który od niego bił. Zerknęła ukradkiem przez ramię, by móc spojrzeć na twarze dzieciaków, po czym westchnęła cicho. Zajmowała się nauczaniem od wielu lat, lecz nigdy nie widziała tylu rozpalonych par oczu. Dragan Luther, w jakiś niebywały sposób, w ciągu ledwie jednych zajęć zaszczepił w młodych czarodziejach zalążek najczystszej pasji, a to zdarzało się upiornie rzadko. Uczniowie, ociągając się jak tylko mogli, powoli zaczęli opuszczać błonia. Żaden z dzieciaków nie odszedł jednak ot tak po prostu – wszyscy, bez wyjątku, posyłali ku czarnowłosemu znaczące, pełne niemego szacunku spojrzenia. W tym momencie niepokorny, buntowniczy Ślizgon błyszczał w sposób, którego nikt nie mógł przewidzieć, a młodzieży ciężko przychodziło rozstanie się z tym blaskiem. Minerva niecierpliwie czekała, aż zostaną sami. Tysiące myśli wirowały w jej głowie, ale nawet najdrobniejsze z nich kazały jej przedefiniować sposób, w jaki dotychczas patrzyła na Luthera. Zniknęła cała ta jego nieznośna arogancja, przez którą nie potrafiła traktować go w pełni poważnie. Teraz…przypominał jej doświadczonego życiem mężczyznę, dźwigającego brzemię wiedzy, pozostającej daleko poza granicami pojmowania przeciętnych ludzi. Dostrzegła w nim coś, na co była ślepa przez cały ten czas…mądrość, tak podobną to tej, którą ujrzała w błękitnych oczach Lady Crown. Podeszła do chłopaka i niesiona impulsem, uścisnęła go. Sama nie wiedziała, dlaczego tak nagle się wzruszyła.

– Nie doceniałam cię, chłopcze – przyznała półszeptem. – Jesteś urodzonym mentorem. Przywódcą! Oni w pełni ufają każdemu twojemu słowu…to coś wspaniałego!

Luther prychnął pogardliwie i zdecydowanym ruchem strząsnął ramiona czarownicy. Zdjął marynarkę, po czym nonszalancko przerzucił ją przez prawy bark, nie zamierzając dłużej ciągnąć tego uciążliwgo cyrku. Zimny, metaliczny blask turkusowych oczu znikł, zastąpiony zwykłym znużeniem.

– Raczej upierdliwego – uśmiechnął się półgębkiem, zgarniając włosy z czoła. – Wracajmy do zamku. Zabini całkiem nieźle mi przyłożył! – zaśmiał się radośnie – Potrzebuję kawy przed kolejnymi zajęciami. Masz ochotę się napić?

– Za chwilę zaczynam zajęcia… – wymamrotała niepewnie.

– Nie taką znowu chwilę. Puściłem ich wcześniej, bo nie spóźniłaś się jak Sprout. To co? – posłał towarzyszce zaczepne oczko – Do gabinetu Gacoperza?

– Z przyjemnością – odpowiedziała z uśmiechem.

Całą drogę powrotną poświęciła na wypytywanie Dragana o jego doświadczenie w prowadzeniu zajęć, coraz bardziej zaciekawiona przebiegiem jego niegdysiejszej kariery – nie wyglądał, jakby zajmował się tym jedynie przez rok. Luther wprawnie unikał jednoznacznych, precyzyjnych odpowiedzi niestrudzenie powtarzając, że „lepiej, żeby nie wiedziała”. Mężczyzna wydawał się lekko poddenerwowany nachalnością towarzyszki, jednak nie na tyle, by ostatecznie uciąć temat. Po prostu ogólnikowo opowiadał o swojej pracy w Stanach, nie wnikając zbytnio w żadne szczegóły, zadowolony z tego, że kobieta się ich nie domagała. Był w połowie historii o tym krótkim epizodzie w jego przygnębiająco długim życiu, kiedy dotarli pod drzwi gabinetu Ponuraka. McGonagall zatrzymała się, splotła ręce na piersi i bez słowa przyglądała się tymczasowemu gospodarzowi. Miała wątpliwości co do tego, czy Severus przekazał klucze turkusowookiemu – w pełni słusznie. Dragan nawet nie udawał, że posiada coś tak upierdliwego, jak zbędny do szczęścia pęk irytująco brzęczącego żelastwa. Starym zwyczajem otworzył drzwi jednym, nonszalanckim pstryknięciem palcami. Zaprosił Minervę do środka, prosząc ją o usadowienie się wygodnie w fotelu, a sam zajął się przygotowaniem kawy. Częste wpadanie bez uprzedzenia do Nietoperza poskutkowało tym, że znał jego osobliwe królestwo jak własną kieszeń, więc doskonale wiedział, gdzie powinien szukać interesujących go gratów. Nastawił wspaniałą, acz nieco archaiczną aparaturę, po czym zajął miejsce mistrza eliksirów, rozsiadając się naprzeciw pani profesor. Odruchowo sięgnął do wewnętrznej kieszeni marynarki i zacisnął smukłe palce na gładkim metalu papierośnicy, jednak zatrzymał się na moment, parząc pytająco na czarownicę. Normalnie miałby gdzieś jej zdanie, lecz dzisiaj nie miał nastroju na zabawę we wkurzanie wszystkich wokół – chciał mieć choć chwilę względnego spokoju.

– Nie krępuj się – nauczycielka posłała mu ciepły, wyrozumiały uśmiech. – Jeśli Severusowi nie przeszkadza palenie w jego gabinecie, nie mam zamiaru tego negować.

– Nigdy jakoś za specjalnie się nie rzucał – prychnął Luther, przytrzymując filtr papierosa w zębach.

Z czeluści kieszeni wygrzebał zwyczajną, plastikową zapalniczkę, odpalił ją i przysunął do ust, nie mogąc powstrzymać goryczy, coraz wyraźniej wyczuwalnej w nagromadzonej ślinie. Ta tandetna zabaweczka nie mogła równać się z jego ukochaną zapalniczką…tą samą, którą musiał zostawić Samaelowi – była przedmiotem należącym do Vallerin, mogącym ułatwić Upadłemu odszukanie jej pośród odizolowanej, bezkresnej pustki. Vallerin…Samo wspomnienie imienia aniołka, sprowokowało nagłe, bezlitosne ukłucie bólu. Bezwiednie cisnął plastikowym szmelcem o podłogę, niezamierzenie wzbudzając niepokój McGonagall. Vallerin. Nie mógł teraz o tym myśleć! Miał swoją rolę do odegrania, z daleka od rezydencji Lady Crown. Zaciągnął się głęboko dymem, łagodząc tym samym nadszarpnięte nerwy. Tak. Musiał skupić się na Hogwarcie, a resztę zostawić Sammy’emu. Wypuścił gęsty, szaro-mleczny obłok pilnując, by nie dotarł wprost przed twarz Minervy.

– Chcesz wiedzieć, dlaczego odszedłem, – wbił spojrzenie w oczy kobiety – prawda?

– Ja… – nie wiedziała, jak powinna zareagować na jego pozbawiony emocji ton – Nie…

– Darujmy sobie grę w podchody, Mini – zarzucił nogę na nogę i odchylił się – Podjąłem pracę w Ilvermorny, bo wydawało mi się, że zmęczył mnie wcześniejszy sposób życia. Całe to niekończące się podróżowanie; poszukiwanie miejsc, które oficjalnie nie istnieją; robienie sobie wrogów w każdym miejscu, jakie udało mi się odwiedzić…Sądziłem, że zbrzydło mi ciągłe przemieszczanie się, polowanie, uciekanie, budowanie swojego własnego imperium i temu podobne rozrywki. Ubzdurałem sobie, że wykładanie w szkole magii, jako znawca artefaktów, pozwoli mi zacząć nowe życie – uśmiechnął się półgębkiem. – Wiesz, takie lepsze i spokojniejsze, z poukładanym harmonogramem; jasnymi, prostymi celami; czujną ręką wielkiego brata nad głową…pozbawione ryzyka utraty głowy. To była jednak jedna z najgorszych decyzji w moim życiu, a wierz mi, że podjąłem ich całą masę! Ta cholerna, monotonna stagnacja tak bardzo mnie dusiła! Całkiem lubiłem prowadzenie zajęć dla dzieciaków i dzielenie się z nimi moją wiedzą, ale wkurwiała mnie cała reszta. Nienawidziłem udawania porządnego, poukładanego, odpowiedzialnego, uprzejmego faceta – w gabinecie rozbrzmiał jego przyjemny, głęboki śmiech. – Szlak trafiał mnie za każdym razem, kiedy zajęcia dobiegały końca i musiałem znów wtopić się w społeczność uczniów oraz pracowników. Siedząc w Ilvermorny, z każdą pierdoloną sekundą traciłem to, co pozwala mi czuć, że żyję – turkus jego oczu stał się głębszy i bardziej magnetyczny niż kiedykolwiek. – Nieskrępowaną wolność. Szybko zrozumiałem, że to nie mój poprzedni tryb życia był problemem, tylko jego powtarzalność. Wpadłem w szalenie nudny cykl wypracowanych schematów, pozbawionej krzty emocji rutyny oraz przyzwyczajeń, które hamowały mnie i niebezpiecznie ograniczały sposób postrzegania świata. Zabawne, że musiałem wpaść w pułapkę szkolnego życia, które okazało się dla mnie gorszym koszmarem od więzienia, żeby zrozumieć, co tak naprawdę dręczyło mnie przez cały ten czas. Zostałem do końca roku akademickiego, żeby nie zostawiać smarkaczy na lodzie i zwinąłem się przy pierwszej okazji. Po tym upiornym doświadczeniu przemodelowałem nieco swoje życie. Zmieniłem miejsca, które odwiedzałem, kryjówki, przyzwyczajenia, sojuszników i wrogów. Przekułem na nowo sposób myślenia o wielu rzeczach. Najlepiej czuję się pośród chaosu…w nim odnajduję coś, co można określić jako spokój.

Turkusowooki puścił oczko w kierunku pani profesor, po czym wstał zgrabnie

i skierował się ku prowizorycznemu kącikowi kuchennemu. Charakterystyczne bulgotanie aparatury dało mu jasny znak, że kawa była już gotowa, a on nie przywykł do odmawiania sobie czarnego nektaru. Minerva w skupieniu obserwowała, jak kruczowłosy nalewał aromatyczny napar do śnieżnych filiżanek, milcząco analizując to, co przed chwilą usłyszała. Niespodziewana myśl zmąciła jej skupienie. Nie miała pojęcia, że Severus posiadał w swoim gabinecie specjalne urządzenie do parzenia kawy. Znała kolegę po fachu od lat, ale nie potrafiła sobie przypomnieć, by kiedykolwiek zdradzał zamiłowanie do tego typu napojów – zwykle widywała, jak raczył się herbatą. Uśmiechnęła się, gdy dostrzegła ukradkowe spojrzenie Dragana. Najwidoczniej musiała dość uporczywie patrzeć w jego kierunku, skoro napomniał ją w równie subtelny sposób. Grzecznie podziękowała, kiedy mężczyzna postawił tuż przed nią filiżankę i zmrużyła oczy, gdy ciężko opadł na swoje miejsce. Uważniej przyjrzała się jego twarzy, która o dziwo wydała jej się zmęczona – musiał całkiem dobrze ukrywać znużenie, skoro wcześniej się nie zorientowała. Uniosła delikatnie porcelanowe naczynko, nie zamierzając tracić czasu.

– Draganie – zaczęła zdecydowanym, łagodnym tonem. – W tej szkole nikt nie odczekuje od ciebie, żebyś zmuszał się do zmiany swojego zachowania. Jestem pewna, że Albus nie chciałby patrzeć, jak męczysz się z utrzymaniem pozorów przykładnego, sztywnego profesora. Te dzieciaki lubią cię za twój charakter – ostrożnie upiła niewielki łyk. – Dla nas twoja bezczelność, bezpośredniość, arogancja i brak poszanowania jakichkolwiek norm, bywają czasem kłopotliwe, ale dzięki nim tak bardzo fascynujesz uczniów. Widząc pasję, z jaką działa ktoś, kto do wszystkiego podchodzi z lekceważącą obojętnością, nie sposób nie dać się oczarować. Jeśli ty z powagą traktujesz eliksiry, oni podświadomie zaczną robić to samo. Wiem, że dziś tylko zastępujesz Severusa i najprawdopodobniej nie zależy ci na naszych opiniach, ale chcę, żebyś wiedział, że ode mnie otrzymasz najlepszą, jaką będę w stanie napisać – uśmiechnęła się życzliwie. – Za rok z radością przywitam cię w gronie nauczycieli, jako pełnoprawnego profesora.  

– Dzięki, Mini – Luther postarał wyszczerzyć się na tyle przekonująco, by ukryć brak zainteresowania. – Sądziłem, że skarcisz mnie za przeprowadzenie prezentacji siły eliksiru.

Zgrabna zmiana tematu wydawała mu się rzeczą konieczną. McGonagall nie powiedziała niczego, czym mogłaby go w jakikolwiek sposób rozdrażnić, jednak jej ckliwa gadka podziałała mu na nerwy. Nie chciał być ulubieńcem bandy gówniarzy, ani jakimś zasranym mentorem! Nie chciał przewodzić stadu wpatrzonych w niego, zaślepionych owieczek, z którymi mógłby zrobić wszystko co zechce. Westchnął ledwo słyszalnie. Po tysiąckroć wolałby wrócić w szeregi Legionu, zamiast tymczasowo dzierżyć zaszczytny tytuł profesora Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.

– Byłam zaniepokojona, muszę przyznać. Pozwolenie na to, żeby uczeń potraktował cię zaklęciem? – zaśmiała się mimowolnie – Szalony pomysł! Gdyby na coś podobnego wpadł któryś z moich kolegów, pewnie natychmiastowo ukróciłabym jego zapędy. Do ciebie jednak tak nietypowe podejście pasuje doskonale. Nie naraziłeś zdrowia żadnego z uczniów i zaplanowałeś, jak bezpiecznie wykonać prezentację, więc nie miałam powodu, żeby się wtrącić. Jestem pod wrażeniem tego eliksiru, jeśli mam być szczera. Nie sądziłam, że istnieją tak wymagające receptury.

– Ocena trudności wykonania zależy od tego, jak dobrze czujesz się w eliksirach – wzruszył obojętnie ramionami. – W mojej opinii eliksir podnoszący siłę czarów zalicza się do grona łatwych miksturek, ale zajmuję się warzeniem eliksirów od wieków. Istnieją o wiele trudniejsze i groźniejsze ustrojstwa, takie jak na przykład eliksir totalnej obrony, uodparniający na wszelką magię. Przy tym to jest cyrk dopiero! – z jego gardła wydobył się mruczący, krótki śmiech – Uwierzysz, że pichci się go przez pełne 20 lat?! Korzystając z okazji, Minervo, chciałbym cię o coś zapytać. Czy w Hogwarcie uczono kiedyś magii pradawnej?

Czarownica zamyśliła się, nieco wytrącona z równowagi nieoczekiwanym pytaniem. Znała dość dobrze historię szkoły, – czym od czasu do czasu nieskromnie się szczyciła – ale pewne fakty potrafiły jej umknąć, zwłaszcza wtedy, gdy nie było potrzeby wracać do nich pamięcią przez całe lata. W skupieniu przemykała po ważnych dla życia szkoły wydarzeniach, aż w końcu sobie przypomniała.

– Tak, niegdyś odbywały się tu zajęcia z tego przedmiotu, prowadzone głównie dla absolwentów, chcących pogłębić swoją wiedzę. Po śmierci nieodżałowanego profesora Biriusa, magię pradawną usunięto z wykazu zajęć.

– Dlaczego?

To z pozoru proste, nieszkodliwe pytanie przyprawiło ją o ciarki. Spojrzała na rozmówcę, czując suchość w ustach. Lodowate, turkusowe tęczówki wpatrywały się w jej oczy z przerażającą intensywnością, domagając się natychmiastowych wyjaśnień. Czuła się, jakby Dragan wypowiadając to jedno słowo oskarżał ją o dopuszczenie się niewybaczalnego okropieństwa, jakim musiało być dla niego zrezygnowanie z nauczania tej konkretnej dziedziny magii.

Powoli napiła się kawy, chcąc zwilżyć usta i kupić sobie trochę czasu na uspokojenie myśli. Ten facet potrafił wzbudzać skrajne emocje, z pozoru kompletnie nic nie robiąc.

– Z tego co wiem, szkoła nie była w stanie znaleźć kolejnego specjalisty z tego zakresu. Profesor Birius był jedynym w swoim rodzaju pasjonatem i jednym z ostatnich czarodziei, mogących wykładać na temat magii pradawnej. Skąd takie pytanie?

– Kręcąc się po szkole, natrafiłem na starą, opuszczona klasę z przylegającym do niej gabinetem pracowniczym. Wygląd tych pomieszczeń i obszerny zbiór staroci sugerowały, że wykorzystywano je właśnie do nauczania magii pradawnej – swobodny ton Luthera rozluźnił kobietę. – Zamierzam zapytać Albusa, czy mogę przejąć tę rupieciarnię i urządzić tam moje tymczasowe centrum dowodzenia. Dzięki mojemu doświadczeniu oraz zebranej kolekcji najróżniejszych artefaktów, będę mógł odnowić salę i przywrócić ją do stanu względnego użytku.

– Jesteś w stanie nauczać magii pradawnej?!

Profesor gwałtownie odstawiła filiżankę, niemalże krusząc jej delikatne denko o mocny, sfatygowany blat biurka. Mówiąc, że profesor Birius był jednym z ostatnich, mogących uczyć tej rzadkiej dziedziny magii, rozminęła się z prawdą. Wedle wszelkich zapisków, kronik i dokumentów Ministerstwa…Birius był dosłownie ostatnim czarodziejem posiadającym odpowiednią wiedzę. Sympatyczny, wiecznie zaczytany staruszek był tak ceniony w środowisku, że na dobrą sprawę bardzo często wyjeżdżał, zajęty prowadzeniem gościnnych wykładów w innych placówkach edukacyjnych. Powszechnie uważano go za niezastąpionego, dlatego jego śmierć była wielkim ciosem dla całego świata magii.

– Bez większego problemu. Najtrudniejsze w magii pradawnej jest tłumaczenie oryginalnych tekstów, najczęściej spisanych w dawno zapomnianych, nieużywanych już językach. Tym również mogę się zająć. Poznałem niemal wszystkie wymarłe języki i dialekty oraz ich kombinacje, a także techniki szyfrowania. Jeżeli dostanę pozwolenie, zrobię z Hogwartu centrum wiedzy o tej dziedzinie. Skoro utknąłem tu na jakiś czas, chciałbym zabić nudę i wyszkolić przyszłą kadrę wykwalifikowanych tłumaczy, żeby przywrócić magię pradawną do łask. Mam do niej słabość.

                Raven siedział bez ruchu nieopodal Chaty. Powoli zaczynało się ściemniać, a on dobrych kilka godzin temu dostał wiadomość od Dragana. Kolekcjoner zapowiedział, że zjawi się po zmroku i porozmawia sobie z panem Blackiem. Były Łowca spojrzał w zasnute chmurami, ciemnoszare niebo. Najwyższa pora. Syriuszowi z każdym dniem ubywało cierpliwości, co objawiało się coraz częstszymi i bardziej niepokojącymi pytaniami. Raz spróbował nawet opuścić bezpieczny azyl, więc Raven – jak na troskliwą niańkę przystało – zmuszony był użyć argumentu siły i wyperswadować durnemu czarodziejowi podobne głupoty. Właściwie cieszył się, że w końcu coś się działo, ponieważ męczyło go siedzenie w jednym miejscu, zwłaszcza, że w szeregach Legionu postrzegany był jako prawa ręka Kolekcjonera, więc spływały do niego raporty z działalności informatorów. Poza Anglią atmosfera stawała się mocno napięta, a przez to intrygująca – czekała na niego masa zaległości do nadrobienia i nie mógł doczekać się powrotu w wir wydarzeń. Zawsze dobrze czuł się w samym centrum akcji, dlatego tak dotkliwie odczuwał monotonię sprawowania opieki nad niewdzięcznym sukinkotem w tym nudnym, deszczowym państewku. Niechętnie spojrzał na wiszącą obok niego skórzaną torbę, po czym skrzywił się z niesmakiem. Szykowała się kolejna wyprawa do Chaty – co dzień zanosił temu cholernemu uciekinierowi obiadki. Nieprzyjemny dreszcz przebiegł wzdłuż jego kręgosłupa, a to samo, uporczywe pytanie rozbrzmiało gdzieś w podświadomości. Co, jeśli Kolekcjoner z jakiegoś powodu zmienił o nim zdanie i dlatego powierzył mu równie beznadziejne zajęcie? Obserwować Chatę mógł którykolwiek z jego bardziej zaufanych ludzi – każdy należycie wykonałby rozkaz szefa, w obawie przed popadnięciem w jego niełaskę. Mimo wszystko Luther właśnie jemu nakazał zostać w tym parszywym lesie. Może turkusowooki uznał, że obecna prawa ręka nie spełnia dłużej oczekiwań, stawianych przed głową siatki informatorów? Może uznał go za niezdolnego do dalszego działania w terenie, albo – co gorsza – stracił do niego zaufanie, o które walczył latami? Raven westchnął ciężko i przerzucił torbę przez ramię, zamierzając wykonać codzienny obowiązek. To nie był najlepszy moment na rozmyślania, a logika Dragana lubiła chadzać ścieżkami nie do pojęcia dla zwykłego śmiertelnika. Czym nie byłaby podyktowana decyzja Kolekcjonera, musiał ją zaakceptować i nienagannie wykonać powierzone zadanie – jak każdy wyższy rangą członek Legionu. Szybkim krokiem ruszył ku Chacie, zostawiając za sobą dywagacje. Z przyzwyczajenia zacierał za sobą ślady, choć wiedział doskonale, że wracać będzie tą samą drogą – takie dziwne, zbędne urozmaicenie rutynowej wędrówki. Oparł dłoń na wysłużonej, przerdzewiałej klamce i przybrał obojętny, kamienny wyraz twarzy. Bez pukania gwałtownie wtargnął do znienawidzonego wnętrza, dając w ten sposób delikatny upust nagromadzonej frustracji. Black siedział na kanapie, pochłonięty lekturą starego wydania Proroka. Jakiś czas temu szarooki czarodziej poprosił o dostarczenie mu tych egzemplarzy gazety, które wyszły podczas jego odsiadki w Azkabanie – starał się poprzez czytanie wyrobić sobie pogląd na świat, którego wciąż nie rozpoznawał. Dla Ravena spełnienie tej prośby nie było w gruncie rzeczy niczym kłopotliwym, jednak odebrał to jak najbardziej drażniącą, bezsensowną czynność na świecie. Tego jeszcze brakowało, żeby nieudolny czarodziej traktował go jak chłopca na posyłki! Podzielił się wzburzeniem z Kolekcjonerem, dając mu jasno do zrozumienia, że kolejna tego typu prośba będzie skutkowała natychmiastowym uduszeniem szanownego dziedzica za pomocą gołych dłoni. Luther cierpliwie wysłuchał zażalenia, jednak polecił mu ten jeden raz spełnić fanaberię Syriusza – szczerze mówiąc, nie pożałował wykonania rozkazu. Black wciągnął się w rozszyfrowywanie tego co go ominęło do tego stopnia, że przestał zadręczać niebieskookiego naiwnymi pytaniami i banalnymi uprzejmościami. Czarodziej siedząc z gazetą rozłożoną na kolanach oderwał wzrok od pożółkłego papieru i spojrzał na Ravena. Jak co dzień uśmiechnął się przyjacielsko, co zostało całkowicie zignorowane. Tak już wyglądały ich codzienne, krótkie spotkania, więc spodziewał się, że Raven jak zawsze rzuci torbę i wyjdzie bez słowa, trzaskając drzwiami. Poderwał się gwałtownie z siedziska, gdy tak się nie stało. Były Łowca zamiast testować wytrzymałość zawiasów, zamknął za sobą drzwi, nie wychodząc. Syriusz niemalże podbiegł do małomównego mężczyzny, odrobinę zażenowany własną reakcją. Przez lata spędzone w Azkabanie przywykł do samotności. Przestał ją aż tak boleśnie odczuwać i stracił ochotę na kontakty z innymi ludźmi, które w więziennych realiach nie kojarzyły mu się z niczym dobrym. Całe to zobojętnienie oraz lęk prysnęły jak bańka mydlana, dzięki pobytowi w rezydencji rodzeństwa Crown. W pięknych, gościnnych murach dworku odzyskał namiastkę chęci do życia i powtórnie zasmakował nieopisanej przyjemności spędzania razem czasu oraz kojącej magii długich, niezobowiązujących rozmów na wszelkie tematy. Po raz pierwszy od naprawdę wielu ponurych lat mógł się szczerze uśmiechać, bez obaw o przeszłość i przyszłość. Cudowna pan tamtego domu podarowała mu spokój, zrozumienie, wsparcie oraz nadnaturalne ciepło, w którym ogrzewał się wraz z pozostałymi mieszkańcami. Kiedy odszedł…samotność wróciła, uderzając w niego z niepojętą siłą. Początkowo łudził się, że poradzi sobie z nią tak jak wcześniej, ale nie podołał temu wyzwaniu. Każdego dnia tęsknił za rozmowami, wspólnym czytaniem, śmiechem i towarzystwem. Z powodu tej palącej tęsknoty zaczął pragnąc kontaktu z kimkolwiek – nawet oschłym, niepokojąco cichym Ravenem. Ostrożnie odebrał torbę z rąk swojego opiekuna, czując przyjemne ciepło posiłku, ukrytego w połaciach czarnej skóry. Uśmiechnął się delikatnie. Był wdzięczny mężczyźnie za codzienne przynoszenie jedzenia i wiele razy mu za to dziękował, jednak Ravena najwidoczniej niewiele to obchodziło. Tym razem również spojrzał na niego tymi zimnymi, niebieskimi oczyma.

– Dziś zjawi się tutaj wysłannik Kolekcjonera. Ogarnij ten burdel. On nie przepada za bałaganem – czarnowłosy lakonicznie zakomunikował suchym, mechanicznym tonem.

– Dziękuję za informację. Jak mam zwracać się do wysłannika Kolekcjonera? – Black usilnie starał się podtrzymać rozmowę, choć spodziewał się, że jego trud jest daremny.

– Dowiesz się.

Raven odwrócił się gwałtownie, po czym wyszedł, tradycyjnie trzaskając drzwiami. Syriusz uśmiechnął się szeroko. To była jego najdłuższa wymiana zdań z tym tajemniczym, wyzutym z emocji facetem. Właściwie chyba po raz pierwszy Raven odezwał się do niego pełnym zdaniem! Mocniej przycisnął torbę do piersi i rozejrzał się krytycznym okiem po pomieszczeniu, krzywiąc się nieznacznie. Rzeczywiście w Chacie panował nieład – niemal całą podłogę pokrywały rozłożone gazety i pergaminy z odręcznymi, chaotycznymi notatkami. Starał się połączyć opisane w Proroku wydarzenia, z tym, czego dowiedział się z rozmów z Kaiem. Udało mu się wypełnić wiele luk, jednak wciąż daleki był od poznania całokształtu minionych lat. Nie mógł opuszczać Chaty, – o czym Raven dosadnie mu przypomniał – więc grzebanie w nieodległej przeszłości stało się dla niego swoistą rozrywką, a po części również obsesją. Kiedy on siedział bezczynnie w ciasnej, ciemnej celi więzienia popadając w coraz głębsze szaleństwo, świat nieubłaganie gnał naprzód. Podczas odsiadki, dla niego nic się nie zmieniało. Każdy dzień podobny był do poprzedniego, aż w końcu zlały się w jednolitą, bezkształtną masę pozbawioną naturalnego cyklu dni i nocy. On stał w miejscu, podczas gdy czas bezlitośnie przemieniał to, czym uparcie żył w mętne echa przeszłości. Nie wiedział co stało się z jego dalszymi znajomymi. Nie miał bladego pojęcia, czy przetrwali wojnę i byli bezpieczni ani gdzie ich szukać, o ile mieliby ochotę w ogóle go oglądać. Kolejne pytania zaczęły mącić jego umysł. Był ciekaw, czy Hogwart bardzo zmienił się od jego szkolnych czasów. Jak radził sobie Albus i, co ważniejsze, Remus? Zerknął na leżącą najbliżej gazetę i mocniej zacisnął palce na ciemnej skórze torby. Nie rozpoznawał nazwisk polityków, ważnych osobistości świata magii, ani nawet reporterów podpisujących się pod artykułami. Nie rozumiał, o czym tak właściwie pisali, co było dla niego dezorientujące i niepokojące zarazem. Podejrzewał, że świat o nim zapomniał i sądził, że pogodził się z tą myślą, jednak uzyskanie co do tego pewności…okazało się znacznie boleśniejsze, niż chciał przyznać. Jego ród przepadł. Niegdyś szanowane nazwisko Black zostało zbrukane i powiązane z poszukiwanym mordercą. Znajomi rozpłynęli się gdzieś poza jego zasięgiem. Nie mógł zbliżyć się do własnego chrześniaka. Zdobył dom, w którym czuł się chciany i akceptowany, ale musiał go opuścić. Dawni wrogowie cieszyli się spokojnym, dostatnim życiem. Tak mało jeszcze wiedział…i nie był pewny, czy chciał wiedzieć więcej. Każda nowo zdobyta informacja wiązała się z ryzykiem otrzymania ciosu w plecy, a nie wiedział ile byłby w stanie znieść. Odłożył torbę, wzdychając ciężko. Jak nigdy wcześniej chciał zapalić, żeby uspokoić myśli i zająć się czymś. Musiał czymś się zająć! Czymkolwiek…więc zaczął sprzątać. Denerwował się nieodległym spotkaniem z człowiekiem Kolekcjonera. Zbierając notatki rozmyślał, kim mógł być ten cały wysłannik. Logika podpowiadała, że to jeden z grona uczniów albo nauczycieli, lecz obydwie opcje wydawały mu się tak samo absurdalne. Spędził w murach Hogwartu siedem lat i znał większość profesorów, dlatego wątpił, by któryś z nich chciał mieć do czynienia z kimś takim jak Kolekcjoner. Zwłaszcza Albus nie pasował mu do tej roli – Dumbledore, w jego przekonaniu, nigdy nie zaakceptowałby metod, jakimi posługiwał się Doktor Plagi. Pozostawali uczniowie, ale w tym przypadku był jeden, zasadniczy problem – w jaki sposób jeden z młodziutkich, niedoświadczonych czarodziei miałby być powiązany z Kolekcjonerem? Skąd dzieciak miałby znać kogoś takiego i jakim cudem dziwak w masce miałby uznać go za przydatnego? Sam Kolekcjoner był na tyle specyficzny, że nie mógł sobie łatwo zjednywać sympatii, pomimo dość przyjemnego usposobienia. Snuł domysły co do człowieka, który mógłby zawiązać bliską współpracę z Doktorem Plagi, ale nie potrafił wyobrazić sobie nikogo innego poza Ravenem, który idealnie pasował do swego pracodawcy. Ci dwaj kontrastowali ze sobą w każdy możliwy sposób. Jeden był niepokojący, zabawny i wygadany, natomiast drugi cichy, przerażająco stoicki i oziębły – ich współpraca musiała być nie lada przeprawą. Zajęty robieniem porządków oraz intensywnym rozmyślaniem, zapomniał nawet o jedzeniu. Powtarzalne czynności przynosiły mu pewien rodzaj ukojenia – były przyjemną rutyną, odciążającą zszargany umysł. Przynajmniej dopóki nie natrafił na wyryte w Chacie relikty przeszłości, znacznie wyraźniejsze, niżby sobie życzył. Z nutą nostalgicznej czułości przesunął pieszczotliwie opuszkami palców po pooranym głębokimi bruzdami drewnie. Luniaczek był tak blisko…krążył po szkolnych murach, jak za dawnych lat, choć w zupełnie innej roli. Po tak długiej rozłące, pragnął zobaczyć przyjaciela i usłyszeć jego rozbawione prychnięcie, gdy powie coś beznadziejnie głupiego. Chciał znów ujrzeć to charakterystyczne przewracanie oczami, które uparcie przywoływał we wspomnieniach. Jak Remus radził sobie z okropieństwem przemian, kiedy zabrakło ich u jego boku? Czy na jego twarzy przybyło blizn? Czy nienawidził go tak bardzo, jak on samego siebie? Gdyby stanął z Lupinem twarzą w twarz, przyjaciel pozwoliłby mu chociaż się przywitać, zanim potraktowałby go szeregiem zaklęć? Patrzyłby na niego z tęskną radością, a może przerażającym obrzydzeniem? W ogóle byłby w stanie na niego spojrzeć? Jak znosił codzienne spotkania z Harrym, który tak bardzo przypominał Rogacza? Pytania mnożyły się z każdą sekundą, bezlitośnie pogłębiając przytłaczające poczucie izolacji. Syriusz bezradnie klęczał na podłodze, mechanicznie przesuwając dłoń wzdłuż śladów, pozostawionych przez potężne pazury. Sam nie wiedział kiedy na jego spękaną skórę zaczęły spadać gorzkie, słone łzy. Poczucie winy powtórnie spętało go swymi żelaznymi obejmami, a piętrzące się wątpliwości tamowały oddech, więżąc go głęboko pośród trzewi. Każde uderzenie serca okupione było straszliwym bólem, wzniecającym przemoże pragnienie zakończenia tego wszystkiego – bez znaczenia z jakim skutkiem. Przymknął powieki, starając się odnaleźć wytchnienie w ciemnościach. Nic to nie dało. Otoczony przez mrok czuł jedynie, jak przybiera na sile nienawiść i odraza wobec samego siebie. Nagle całun ciemności rozdarło ostre, nieoczekiwane światło. „Zaakceptuje każdy, nawet najmniejszy, element pozwalający ci być tym kim jesteś, poza jednym – póki żyję, a pożyć zamierzam jeszcze całkiem długo, nigdy nie zaakceptuje twojej nienawiści do samego siebie, słyszysz?„. Echo tych ciepłych, przesyconych troską słów, wyrwało go z objęć marazmu. Uśmiechnął się delikatnie. Vallerin…Poderwał się na równe nogi, gdy usłyszał odgłos otwieranych drzwi, który skutecznie odciągnął jego myśli od Lady Crown. Niezdarnym gestem otarł policzki, wykorzystując do tego przybrudzony mankiet koszuli i skrzywił się, patrząc na niewielkie, wilgotne plamki. Zdecydowanie za łatwo popadał w skrajne nastroje i nijak nie potrafił tego opanować, zwłaszcza ostatnio. Otrzepał przykurzone ubranie, po czym przesunął na bok w miarę równy stosik pergaminów. Odwrócił się ku wejściu, próbują przyjąć jak najbardziej naturalną, swobodną pozę. Pierwszy pojawił się Raven, który przytrzymał drzwi i pochylił się w subtelnym ukłonie, najwyraźniej ustępując miejsca komuś za nim. Zachowanie niebieskookiego zaskoczyło Syriusza. Małomówny mężczyzna w tym momencie wyglądał jak wierny sługa, oczekujący przybycia swego pana, a on nie potrafił wyobrazić sobie, by Raven miał służyć komukolwiek poza Kolekcjonerem. Ta osobliwa sytuacja pozbawiła go resztek opanowania, pozwalając wziąć górę zwyczajnej ciekawości. Serce załomotało mu jak oszalałe, gdy w progu zatrzymała się wysoka, smukła postać, szczelnie okryta płaszczem, którego obszerny kaptur skrywał twarz przybysza. Sądząc po kształcie sylwetki, wysłannik Kolekcjonera musiał być mężczyzną. Nieznajomy miękko położył dłoń na ramieniu Ravena, klepiąc lekko jego bark.

– Możesz odejść – wyszeptał mruczącym, niskim głosem.

Raven wyprostował się, skinął sucho w stronę Blacka, po czym zniknął, szczelnie zamykając za sobą drzwi. Szarookiemu bardzo kiepsko wychodziło ukrywanie zdumienia, narastającego z każdą minutą. Pokorne zachowanie Ravena całkowicie zbiło go z tropu, ponieważ każdy jego gest naznaczony był eleganckim, zdystansowanym szacunkiem, którego wcześniej nigdy nie dane było mu zobaczyć. Ociężale przeniósł wzrok na swego gościa, przyglądając mu się trochę zbyt nachalnie – pojęcia nie miał, czy powinien oficjalnie zaprosić go do środka. Kiedy w końcu zdecydował się na przyjęcie roli przyzwoitego gospodarza, zamarł. Mężczyzna zdjął płaszcz i przerzucił go nonszalancko przez ramię, przyprawiając Syriusza o palpitacje – czarodziejowi zrobiło się wręcz słabo na widok mundurka Hogwartu z wyszytym symbolem Slytherinu. Szok błyskawicznie przemienił się we wrzącą wściekłość. Cholerny Kolekcjoner!!! Naprawdę ten świr w masce oczekiwał, że powierzy swój los jakiemuś Ślizgonowi?! Złość rozpędziła krew w żyłach Blacka, odbierając mu zdolność trzeźwego ocenienia sytuacji w jakiej się znajdował. Tylko czekać, aż za chwilę drzwi się otworzą, a do wnętrza Chaty wpadną Aurorzy, żeby zaciągnąć go z powrotem do Azkabanu, w akompaniamencie śmiechu tego oślizgłego gnojka! Zacisnął mocno pięści, dysząc ciężko. Pieprzony dom węża!!! Widok symbolu Slytherinu wydobył z jego pamięci wszystkie wspomnienia dotyczące odwiecznego konfliktu między domami. Doskonale pamiętał każdą jedną przykrość, jakiej w jego czasach Gryfoni uświadczyli ze strony Ślizgonów – całe to odstręczające zakłamanie i ciągłe wbijanie noża w plecy. Pamiętał wszystkie ich zdrady, a w tym tą najgorszą, której nie sposób było wybaczyć! To właśnie przeciwko Ślizgońskim poplecznikom Voldemorta przyszło im stanąć w wojnie! To oni, przybierając butne miano Śmierciożerców, mordowali niewinnych w imię swojej pokrętnej ideologii!!! Obraz ich twarzy, które niegdyś mijał obojętnie na szkolnych korytarzach, tuż obok najgorszego wroga świata magii na zawsze wyrył się w jego pamięci. Przez całe lata je wspominał, pielęgnując w ten sposób gniew oraz przemożną chęć zemsty.

– Mogę wejść?

Spokojny, przyjemnie melodyjny głos przybysza zdławił nasilającą się furię, sprowadzając tym samym Syriusza na ziemię. Dopiero teraz przyjrzał się wysłannikowi Kolekcjonera, przestając dostrzegać w nim wyłącznie Ślizgona. Stał przed nim młodziak, jeszcze przystojniejszy od Doktora Plagi, co samo w sobie wydawało mu się czymś absurdalnym. Coś w twarzy dzieciaka nie pozwalało oderwać od niego wzroku wzbudzając zarówno zachwyt, jak i grozę. Po dłuższej chwili zorientował się, skąd się to wszystko brało. Jego oczy… Nigdy nie widział tak zimno turkusowych tęczówek, przeciętych przedziwnymi źrenicami, przypominającymi bardziej te należące do węży niż ludzi. Lodowaty blask tych niesamowitych oczu uwydatniał nieskazitelną biel skóry, kontrastującą ze smolistą barwą długich włosów. W tym młodzieńcu było coś znajomego…jakaś ulotna nuta, której Black nie był w stanie pochwycić ani przeanalizować. Czarodziej milcząco wpatrywał się w chłopaka, na co kruczowłosy zareagował śmiechem. W tym śmiechu próżno było jednak doszukiwać się życzliwości lub radości – śmiał się w sposób wyrachowany i cyniczny.

– Wy i te wasze bzdurne uprzedzenia! – zakpił, przewracając oczami – Wystarczy, że jakaś czapeczka przydzieli wam zestaw dwóch kolorków, a zaczynacie zawierzać im bardziej niż temu, co dana osoba sobą reprezentuje! Nigdy nie przestanie zadziwiać mnie równie ograniczone podejście!

– Nie jesteś urodzonym Ślizgonem? Chodzącą dumą czarodziei o nieskazitelnej krwi? Paniczem, przechadzającym się pośród niewiele wartego pospólstwa? – Syriusz nie mógł powstrzymać się od złośliwości.

Szarooki oczekiwał jakiegoś satysfakcjonującego oburzenia albo ciętej riposty, jednak to co nastąpiło okazało się znacznie gorsze. Wysłannik Kolekcjonera nie miał zamiaru wdać się z nim w słowną pyskówkę, za to jego śmiech zdecydowanie przybrał na sile – stając się nieprzyjemnym do tego stopnia, że Black poczuł zimne ciarki na plecach.

– Wyjaśnijmy sobie coś na wstępie, panie Black –turkusowooki niespodziewanie przestał się śmiać i przybrał ostrzegawczy ton. – Nie jestem Ślizgonem, tak samo jak nie byłbym Puchonem, Gryfonem lub Krukonem. Nie próbuj porównywać mnie do was, bo to raniąca bezczelność.

Przybysz ruszył ku Syriuszowi i zatrzymał się ledwie dwa kroki przed nim, po czym uniósł wyniośle podbródek. Jego wyraz twarzy zmieszał czarodzieja. Wystarczyło jedno spojrzenie tych niesamowitych oczu, żeby poczuł się tak mały, niemający znaczenia, kruchy… Coś w postawie młodziaka wywołało u niego przekonanie, że był przeraźliwie słaby w porównaniu do tego, przed którym stał. Ciężko przełknął nagromadzoną ślinę, zbierając odwagę do odezwania się.

– Kim więc jesteś? – wycharczał.

– Lutherem – kruczowłosy wzruszył ramionami. – Nikim więcej, nikim mniej. W moich żyłach płynie najczystsza krew w świecie magii, ale nie przywiązuję do tego za szczególnej wagi. Z polecenia Kolekcjonera obserwuję sytuację w Hogwarcie, a obecnie mam oko na pana Pottera. Na marginesie… – urwał na moment i sięgnął do swojej torby – Kolekcjoner przesyła flaszkę ognistej, wraz z pozdrowieniami.

Black niepewnie przyjął podarek, mocno skołowany tym co powiedział jego gość. Słyszał już kiedyś nazwisko Luther – padło dawno temu, podczas jednego z niezliczonych bali, wyprawianych w jego rodzinnym domu. Pamiętał, że dorośli wymawiali je ze strachem i ledwie szeptem, zupełnie jakby zbyt głośnie wymówienie tego nazwiska mogło sprowadzić na nich wszystkich nieopisane nieszczęście. Oczywiście w tamtych czasach zupełnie się tym nie przejmował, ponieważ niezbyt interesował go świat roztaczający się poza murami szkoły. Daleki był od chęci poszerzania swej wiedzy o otaczającej go rzeczywistości, skupiając się jedynie na własnym życiu oraz problemach rodzinnych. Wtedy nic innego dla niego nie istniało, a sam zawieszony był w bezpiecznej próżni otaczającej Hogwart. Teraz tego żałował i to mocno – słono przyszło mu zapłacić za ignorancję. Spojrzał na trzymaną butelkę i zacisnął mocno usta, porażony tym, jak bardzo dygotały mu dłonie. Nie śmiał zapytać przybysza o jego ród, a sterczeć jak kołek nie miał dłużej ochoty, więc wskazał mu kanapę, zachęcając tym samym do rozgoszczenia się. Przez moment obserwował, jak kruczowłosy oddalał się, zafascynowany jego sposobem poruszania się. Dzieciak miał specyficzny chód – zwinny i lekki, lecz pomimo tego naznaczony budzącą respekt dominacją. Coś mu to przypominało, lecz cień wspomnień uleciał równie szybko, jak się pojawił, nie przynosząc odpowiedzi. Odwrócił wzrok, po czym podszedł do kredensu, z którego wyciągnął dwie zaśniedziałe czarki i uśmiechnął się delikatnie, patrząc na naczynka. Stały niewzruszenie na swoim miejscu, mimo upływu ponad dekady. Wytarł je starannie i postawił na wysłużonym stoliku, tuż przed turkusowookim. Nie pytając gościa o zdanie, nalał alkohol i usiadł w bezpieczniej odległości od dziwacznego Ślizgona, trzymając kurczowo swoją czarkę.

– Więc… – szarooki zaczął nieśmiało – dobrze znasz Kolekcjonera?

– Nawet bardzo dobrze – dzieciak uniósł zawadiacko lewy kącik ust. – Pochodzimy z jednego rodu i nosimy to samo nazwisko.

– A Lady Crown?

Syriusz upił łyk ognistej pozwalając, by alkohol niespiesznie spłynął po jego gardle, drażniąc je swoim subtelnym ciepłem. Nie mógł się nie uśmiechnąć, rozpoznając znajomy smak oraz zapach – widać to jedno nie zmieniło się od jego szkolnych czasów. Stara, dobra ognista przywoływała nostalgiczne wspomnienia sekretnych wypraw po ten szlachetny trunek, wspólnego picia i niedowierzająco-karcących spojrzeń Luniaczka, gdy on i Rogacz przesadzili z ilością. Tak bardzo za tym tęsknił…Zaczynał zapominać. Był na siebie wściekły za to, że powoli umykały mu niuanse, takie jak błysk w oczach Jamesa, czy ton, jakim zazwyczaj karcił ich Remus. Nie mógł przypomnieć sobie zapachu błoni, kiedy wylegiwali się na nich podczas przerw między zajęciami. Nie pamiętał, jaką barwę miało niebo, gdy po raz pierwszy zabłądzili w drodze powrotnej z serca Zakazanego Lasu. Jakie dźwięki ich otaczały? Czy to Lupin ich wyprowadził? Jaką karę dostali za łamanie szkolnego regulaminu? Nie pamiętał…a jeśli on zapomni, to wszystko przepadnie raz na zawsze, rozmywając się w pędzie czasu. Z gorzkich przemyśleń wyrwał go niski głos turkusowookiego.

– Widziałem Lady ledwie kilka razy i wiem o niej dokładnie tyle, ile powinienem. Kolekcjoner bywa bardzo zaborczy, jeśli chodzi o jego ukochanego anioła – zaśmiał się miękko. – Mój krewniak wiele jej zawdzięcza, podobnie jak cała nasza rodzina. Czemu o nią pytasz?

– Bez większego powodu – były więzień ostrożnie zakołysał czarką. – Byłem po prostu ciekawy.

– Wszystko jedno. Skoro skończyliśmy pogawędki, przejdźmy do konkretów, jeśli łaska – kruczowłosy zerknął na kompana – Kolekcjoner życzy sobie, żebym wprowadził cię do Hogwartu, co w chwili obecnej zakrawa o desperacką głupotę. Po twoim nieudolnym włamaniu, w szkole dosłownie zawrzało. Rodzice, zatroskani o los swoich uroczych pociech, zmusili Dumbledore’a do wzmocnienia ochrony zamku. Podwojono ilość nauczycielskich dyżurów, ale to nie profesorami powinniśmy się martwić. Wokół terenu szkoły, przez całą dobę, radośnie hasają dementorzy. Póki co Albus nie wyraził zgody, żeby te pokraki bardziej zbliżyły się do zamku, jednak osobiście uważam, że niedługo ministerstwo oraz rodzice złamią opór dyrektora – uśmiechnął się gorzko, niepocieszony wizją bliskiego kontaktu z tymi latającymi paskudami. – Co jakiś czas pojawiają się również dość spore grupki Aurorów, ale nie są to wizyty szczególnie regularne. Jeśli mam przemycić cię za mury, musimy wybrać najbardziej odpowiedni moment. Proponuję okres świąteczny, o ile nie masz lepszych planów – rzucił prowokacyjnie. – Harry nigdy nie wraca do domu, bo woli zostać w szkole, czemu się nie dziwię. W tym roku również zostanie, czego jestem całkowicie pewny. Dumbledore chce go trzymać jak najdalej od ciebie, więc w Hogwarcie, pod okiem kadry nauczycielskiej – po prawdzie nieco przerzedzonej – będzie najbezpieczniejszy. Święta to zawsze czas zamieszania z szykowaniem szkoły, wyjazdami uczniów i falą pomniejszych egzaminów. Zapanuje lekki chaos. W tych warunkach, z pomocą Ravena, powinno udać mi się przeprowadzić cię do dormitorium Gryffindoru.

– Wszystko już przemyślałeś? – Syriusz ciekawie spoglądał na chłopaka.

– Owszem. Przeanalizowałem sytuację i wybrałem najbardziej optymalny plan działania. Od dłuższego czasu siedzę w Hogwarcie, budując wizerunek uzdolnionego aroganta przeniesionego z poprzedniej szkoły. Nie mogę zbytnio narażać swojej przykrywki, więc zbawienna okaże się twoja animagia. Niewielu zwróci uwagę na przemieszczające się w cieniu czarne psisko, zwłaszcza, jeśli dobrze to rozegram.

Czarka wysunęła się z dłoni Blacka, uderzając z głuchym łoskotem w podłogę. Nie potrafił złapać tchu. Najzwyczajniej zamarł, walcząc z natłokiem myśli rozsadzających jego głowę. Zszokowany patrzył na Luthera zapominając nawet o mruganiu.

– Co? – kruczowłosy zapytał prześmiewczo – Myślałeś, że Raven nie zauważy wielkiego, czarnego psa wymykającego się z Chaty? Wiemy o twojej animagii. Nie jesteś wpisany do ministerialnego rejestru, co również sprawdziliśmy, więc musiałeś nauczyć się jej nielegalnie. Doceniam, bo to niełatwa sztuka.

– Jak dużo o mnie wiecie? – wydukał Black.

– Bardzo dużo. Znamy historię twoich trudnych relacji z matką, konfliktu z bratem, udziału w walkach z Tomem Riddle’em. Wiemy o szkolnych wybrykach, przyjaźni z Jamesem Potterem, Remusem Lupinem i tym zdradzieckim gnojem. Wiemy, że pod koniec wojny byłeś niestabilny emocjonalnie i popadłeś w coś na kształt paranoi. Zdajemy sobie sprawę z twoich mocnych stron i oczywistych słabości.

– Kto… – pytanie przerwał Luther gestem dłoni.

– Kolekcjoner. Jest jednym z tych, którzy wierzą w niezrównaną potęgę informacji. Mając niezbędne dane można rozgromić dużo potężniejszych od siebie, bez konieczności brudzenia rąk. Dzięki temu podejściu Kolekcjoner od lat trzyma w szachu ważne figury świata magii. Nie stroni także od nieuzasadnionej przemocy, ale to już inna historia.

– Kim wy do cholery jesteście?

Głos Syriusza drżał, choć mężczyzna próbował nad tym zapanować. Ilość informacji, jakie zgromadzili na jego temat…przeraziła go. Nie miał pojęcia co jeszcze mogli o nim wiedzieć. Może wiedzieli już wszystko? Może znali go lepiej niż on sam w tym momencie? Oddychał coraz szybciej, walcząc z poczuciem bezsilności. To nie ból czy strach były najgorsze, a właśnie bezsilność. Zmagał się z jej przerażającym smakiem przez cały czas w więzieniu. Przekuł ją częściowo w gniew, jednak nigdy nie pozbył się duszącego uczucia beznadziei.

– Lutherami – turkusowooki rzucił bez cienia zbędnych emocji. – Robimy co musimy, żeby nasz ród przetrwał i na tym zakończmy ten temat. W szkole cieszę się sporą popularnością, szacunkiem oraz zaufaniem nauczycieli. To niezbędne, jeżeli mam zamydlić im oczy. Ważne, żebyś wiedział, że jestem w stanie zagwarantować ci tylko jedno pewne wejście. Późniejsze działania mogłyby nadmiernie narazić moją misję, a uwierz, że to rozwścieczyłoby Kolekcjonera. Zapewnię ci niepowtarzalną szansę, więc jej nie zmarnuj przez te swoje dziwactwa.

Black dopił ognistą i dolał sobie kolejną porcję, zawieszając wzrok na wnętrzu czarki. Wiedział, że nie miał prawa prosić o więcej niż o jedną, jedyną szansę. Z pomocą Luthera mogło wreszcie udać się mu porozmawiać z Harrym, a niczego innego w tym momencie nie pragnął. Zerknął na swojego gościa, który miękkim ruchem przybliżył czarkę do ust i pewnie ją przechylił, wypijając zawartość jednym łykiem. Dzieciak potrafił pić.

– Jesteś blisko z Harrym? – zapytał z nadzieją w głosie – Przyjaźnicie się?

– To za dużo powiedziane. Wydaje mi się, że Harry widzi we mnie wzór – ledwo powstrzymał się od parsknięcia śmiechem. – Kogoś, kogo chciałby naśladować, co jedynie potwierdza, że dobrze wykonuję swoją robotę.

– Jaki on jest?

Dragan uśmiechnął się. Przez chwilę rozważał co powinien powiedzieć. Mógł zapewnić Syriusza, że młody Potter to odważny, całkiem bystry i silny dzieciak, ale nie chciał powtarzać oczywistości. Sięgnął do kieszeni i wyciągnął papierosy. Wziął jednego, a resztę podał gospodarzowi, który natychmiast się nimi poczęstował. Nikotynowy głód nie pozwolił czarodziejowi zachować eleganckiej powściągliwości. Skorzystał z podanej przez chłopaka zapalniczki, po czym zaciągnął się upragnionym dymem, wyczekując odpowiedzi.

– Zagubiony – to słowo wydało mu się najodpowiedniejsze. – Nie potrafi zrozumieć, co tak właściwie dzieje się wokół niego i ma wyraźne opory przed zaufaniem dorosłym. Sądzę, że w jakiś sposób obwinia się za to, że jego rodzice zginęli, a on nie. Prawdopodobnie za nimi tęskni i niesiony tym uczuciem wciąż próbuje poznać prawdę o ich śmierci. Stara się samodzielnie stawić czoła mianu Wybrańca, choć nie pojmuje, z czym się ono dokładnie wiąże ani czego ci wszyscy ludzie od niego oczekują – wypuścił mleczny obłoczek dymu. – Musi byś mu bardzo ciężko. Nigdy nie zaznał miłości rodziców kształtującej dziecko od najmłodszych lat i nie sądzę, żeby potrafił sam dostrzec, że właśnie to jest źródłem pustki, którą odczuwa. Otaczają go oddani przyjaciele, z których pomocą powoli uczy się tego, co dla innych dzieci jest naturalne. Zaufania, oddania i najzwyklejszej, beztroskiej radości.

Słowa Luthera głęboko dotknęły Syriusza, poruszając najczulszą nutę w jego sercu. Harry był ostatnim, który mu został. Jedyną rodziną, jaką posiadał. Gdy pomyślał o nim w ten sposób, w jego świadomość wbiła się nieprzyjemna szpilka. Nie… Harry już nie był jego jedyną rodziną – od niedawna miał jeszcze Crownów. Nie zmieniało to faktu, że powinien być przy chrześniaku i zaopiekować się nim po śmierci Potterów, zapewniając mu kochający dom oraz wsparcie. Zamiast tego dał się ponieść i wylądował najdalej od niego, jak tylko to było możliwe – w lodowatych murach Azkabanu. Poczuł dłoń na swoim ramieniu. Zaskoczony spojrzał na turkusowookiego.

– Nie jesteś w stanie zmienić przeszłości, więc przestań się nią zadręczać, głupku. Zajmij się przyszłością. Masz jeszcze szansę naprawić relację z Harrym i być dla niego oparciem, jakim zawsze powinieneś. Nie spieprz wszystkiego przez niepotrzebne obawy, niestabilne emocje, czy przez co tam świrujesz. Lubię Harry’ego i chcę, żeby w końcu posiadał coś pewnego w swoim życiu. Fundament, na którym będzie w stanie zbudować życie lepsze od tego, które miał do tej pory. Zostaw przygotowania mnie, a gdy nadejdzie czas, zrób co w twojej mocy.

MGŁA

               Vallerin przycisnęła mocno splecione ręce do piersi. Nie miała pojęcia, gdzie się znajduje. Otaczała ją lepka, gęsta mgła. Tak nieprzenikniona, że traciła z oczu własne ręce, gdy wyciągnęła je przed siebie. Czuła wilgotną mgiełkę oblepiającą całe jej ciało oraz włosy, które nieprzyjemnie przykleiły się do jej skóry. Nie mając wyboru szła przed siebie. Od jak dawna? Nie wiedziała. Zbliżała się do czegoś, czy też oddalała? To wydawało się pozbawione znaczenia. Nie potrafiła nawet określić, czy jest tutaj sama. Co jakiś czas docierały do niej stłumione głosy, które potrafiła rozpoznać. Słyszała wyraźnie Ariena, Dragana, Stena, a nawet Damona. Krzyczała do nich, lecz nie odpowiadali. Tak bardzo pragnęła ujrzeć ich twarze. Nie chciała tu być. Ta wszechobecna pustka ją przerażała. W kompletnej ciszy słyszała jedynie głosy swoich bliskich oraz własny oddech. Kiedy oni milknęli, odgłos rytmicznych wdechów i wydechów doprowadzał ją do szału. Co to było za miejsce i dlaczego nie mogła się z niego wydostać? Pomimo nieprzerwanego marszu nie czuła bólu – fizycznie odczuwała jedynie zimno i lepkość mgły. O wiele gorsze były doświadczenia psychiczne. Nigdy nie była aż tak zmęczona, jednak ilekroć chciała przymknąć powieki, te odmawiały jej posłuszeństwa – jakby jej własne ciało nie zezwalało na zaznanie odpoczynku. Czy to na pewno było jej ciało? Nie odczuwała jego wagi, zupełnie jakby nie istniało. Chciała rzucić się na ziemię i płakać z bezsilności, ale nawet tego nie mogła. Jakaś siła nakazywała jej iść, a ona nie była w stanie się temu oprzeć. 

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 383
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!