Emerald | Severus Snape

Krótka informacja o moim dziele:

» One shot «

Oczy jak szmaragd zielony,
Uśmiech poważny czasem radosny,
Dłonie delikatnie niczym sam aksamit,
Zapach różanych perfum unosił się przy delikatnym wietrze.

❥ Dodane na Wattpadzie: 14.12.2020 (@Princessa_Ivys18) / Dodano na FanLore.pl 24.03.2021

❥ Okładka mojego autorstwa

[Przedstawiony przeze mnie świat został stworzony przez J.K.Rowling. Jedynie stworzyłam swoje własne postacie i zmieniłam bieg wydarzeń, które miały miejsce w książce. Nie zgadzam się na kopiowanie mojej pracy oraz fabuły!]

Oczy błyszczące jak szmaragd zielony…

Jest to mój pierwszy One-shot o Severusie z czasów Huncwotów. Mam nadzieję, że wam się spodoba i będziecie chcieli czytać więcej moich dzieł. Serdecznie zapraszam do czytania oraz komentowania. Mile widziane są wytykanie błędów, które będę się starała szybko poprawić.

Wasza Princessa_Ivys18

* * *

 Pocierał wewnętrzną stronę dłoni o nogawkę materiałowych spodni, ogrzewając swoje zmarznięte dłonie od panującego chłodu na zewnątrz. Dotychczas ciepła i słoneczna jesień ustępowała powoli nie zbyt lubianej przez uczniów deszczowej pogodzie, w której skazani byli na przesiadywanie całymi dniami w zamku. Tylko nieliczni wychodzili, aby skorzystać z ostatnich ciepłych promieni słońca, a także uciec od codzienności. Severus był jedną z tych osób. Posiadał ku temu kilka ważnych powodów, ale nie zawsze kończyły się tak, jak on chciał.

 Młody Ślizgon spoglądał na spokojną taflę jeziora, odbijającego niczym lustrzane odbicie pochmurne niebo skąd przedzierały się co chwilę jasne promienie słońca. Lekki, ale zimny wiatr z północy szumiał w gałęziach starych drzew, rosnących tuż u nieopodal jeziora, przy którym siedział na pniu starego drzewa. Rzadko miał okazję spędzić czas w odosobnieniu, z dala od reszty uczniów, a w szczególności samych Huncwotów, pojawiających się zawsze w nieodpowiednim momencie. Nie liczył, ile razy został przez nich upokorzony oraz trafiał do Skrzydła Szpitalnego ze złamanym nosem, czy skutkami paskudnej klątwy. Większość profesorów przymykała na to oko, uważając, że to były jedynie dziecinne zabawy. Jakby nic złego przez nie, nie mogło się wydarzyć. Nie przypominał sobie, od kiedy inni uważali Jamesa Pottera za doskonały przykład do naśladowania, którym nie był choć trochę nawet jako prefekt. Przykładnym uczniem się stawał, gdy chodziło o Quiddicha, gdzie grał na pozycji szukającego Gryffindoru. Severus i inni Ślizgoni wiedzieli, jaki był naprawdę. Aroganckim dupkiem, niewidzącym nic poza czubkiem własnego nosa.

  Nie zwrócił uwagi, że nie był sam.

– Orientuj się! – usłyszał i nim zdążył zareagować, oberwał niedużym płaskim kamieniem w swoje prawe ramię. Syknął cicho, a na jego twarzy pojawił się grymas bólu. Dla niego nie było zabawne, gdy był dręczony przez kogokolwiek. Czuł się wtedy jak zwykłe pomiatane dziwadło, które uciekło prosto z cyrku. Odmienne. Nieznane.

– Miałaś celować w głowę, nie w ramię – zwróciła jej uwagę Gryfonka. Nie odwróciła wzroku znad swojej najlepszej przyjaciółki, której kazała rzucić kamieniem w czarnowłosego Ślizgona. Zauważyła, że nie była z tego powodu zadowolona. Anna by przynajmniej trafiła w cel.

– Nie zamierzam trafić do Azkabanu za zabójstwo – odpowiedziała spokojnie. Uśmiechnęła się po chwili złośliwie do chłopa, patrząc na niego z góry. Odwróciła od niego szybko wzrok, kiedy napotkała jego wzrok. Dostrzegła jednakże, jak podnosi się ze swojego miejsca z zamiarem odejścia. – Widzisz już ucieka tam gdzie pieprz rośnie do swoich umiłowanych lochów.

– Oczywiście, bo wie gdzie dla takich jak on miejsce.

  Severus podniósł się z pnia starego drzewa, które kilka lat wcześniej zostało wyrwane z korzeniami przez silny, porywisty wiatr. Doskonale pamiętał, że jako jedenastoletni chłopiec często tutaj przesiadywał w towarzystwie rudowłosej dziewczyny o zielonych oczach. Poznał ją, nim oboje rozpoczęli swoją przygodę w jednej z trzech najsłynniejszych szkół magii na świecie. Hogwart otwierał przed nimi szerokie horyzonty oraz możliwości, które mogli zdobyć wyłącznie za sprawą swojej ciężkiej pracy. Nie każdy jednakże na tym zależało. Ślizgonowi bardzo, ponieważ swoją przyszłość chciał wiązać z Eliksirami oraz Obroną Przed Czarną Magią. Nie dało się ukryć, że był z nimi zafascynowany i dążył do osiągnięcia perfekcji. Była to jedna z przyczyn, które poróżniły go z Lily. Nie podobało jej się, że maczał palce w czarnej magii, którą uważała za niebezpieczną. Bo faktycznie taka była, ale jeśli ją kontrolował, to nic złego nie powinno się wydarzyć. Znał granicę, której nigdy by nie przekroczył. Jednak Gryfoni mieli znacznie inne podglądy od uczniów z domu Salazara Slytherina i uważali, że jedynie przyszli słudzy Czarnego Pana szliby tą ścieżką.

  Zmienił się pod względem wielu kwestii, ale nadal był zagubiony we własnych myślach oraz w życiu. Nadal szukał swojego miejsca w przeogromnym świecie, wiedząc, że każda najmniejsza upływająca minuta była na wagę złota. Bezcenna. Czas był zwykłym złodziejem, ale i przestrogą, aby wykorzystać go, jak najlepiej się tylko dało.

  Czuł się, jak skończony tchórz, uciekający od zaistniałych po drodze problemów niż stawić im czoła i spróbować je rozwiązać. Dla większości rówieśników, a nawet i młodszych było nie do pomyślenia, żeby pozwolić młodym czarownicą się zastraszyć. Aby ktokolwiek to mógł. Severus nie chciał przede wszystkim wyładować na kimkolwiek swojej frustracji, która mogła przybrać nieprzewidywalny obrót sprawy. Bywały dni, kiedy tracił cierpliwość na wszystko i wszystkich. Starał się wtedy trzymać swoje nerwy na wodzy, ale nie zawsze się mu to udawało.

– Tchórz! – krzyknęła tuż za nim jedna z dziewcząt, która usilnie starała się go jeszcze zatrzymać i ponabijać się ze słabszego Ślizgona. Nie zwróciła uwagi, jak młody chłopak zerknął na stojącą tuż obok niej Rose. Właśnie to jej kazała w niego rzucić kamieniem.

  Ubrana była w dopasowane do jej szczupłej sylwetki czarne spodnie oraz beżowy bawełniany sweter, na który został narzucony długi płaszcz w tym samym kolorze. Głowę dziewczyny zdobił beret, spod którego wystawały krótkie do ramion kasztanowe włosy. Wolne, zbuntowane kosmyki powiewały pod wpływem lekkiego wiatru wraz ze złoto-czerwonym szalem z szytą podszewką przedstawiającą ryczącego, złotego lwa na tarczy. Lekko rozchylone malinowe usta, na których często można było zobaczyć ciepły uśmiech, gdy przechadza się po korytarzach w Hogwarcie. Na jasnej brzoskwiniowej cerze, nie dało się na pierwszy rzut oka dostrzec licznych piegów na jej nosie. Dopiero gdy przyjrzało się bliżej. Dodawały jej niewinnego oraz dziecinnego uroku. Jednak właśnie oczy młodej Gryfonki zwracały dużą uwagę przez swój szmaragdowy kolor, który co jakiś czas pobłyskiwał przy jasnym świetle. Były one hipnotyzujące.

– A życzę ci spotkania z Akromantulą – warknęła na niego. Spojrzała po chwili na Rose, która w ciszy patrzyła na to wszystko. – Idziemy dalej, bo z naszej zabawy nici.

– Tak, chodźmy – powiedziała, zakańczając trwający temat związany ze Ślizgonem.

  Rose odwróciła się powoli w stronę Zakazanego Lasu. Wszyscy uczniowie mieli tam zakaz wstępu, wyjątkiem były szlabany u gajowego Hogwartu, Hagrida. Pierwszoroczniaki bały się ich, słysząc od starszych kolegów czy koleżanek, co wtedy należało na nich robić. Szukanie rannych, czy w najgorszym razie martwych jednorożców nie było przyjemne. Tak samo można było powiedzieć przy spotkaniu jedną z Akromantulą, które palowały na swoje ofiary w ukryciu.

  Tylko nieliczni zdawali sobie sprawę, co tak naprawdę również kryło się w czeluściach mroku oraz panującej dookoła gęstej mgły, budzącej niepokój. Zakazany las tak samo, jak Hogwart skrywał swoje własne tajemnice, które tylko nieliczni mogli poznać.

– Myśleliśmy, że już się nie zjawicie.

– My i nie przyjść? – zapytała sarkastycznie Gryfonka, rzucając się w ramiona złotowłosego chłopaka. Musnęła czule jego usta, gdy Rose obserwowała ich z boku. Nie zauważyła, że ktoś do niej podszedł.

– Hej – przywitał się nieśmiało młody Puchon, który przyszedł na spotkanie wraz ze swoim bratem bliźniakiem na spotkanie. 

– Cześć – przywitała się również, nie zwracając uwagi na nieśmiałego brata Gregory’ego. – To idziemy w końcu na polanę, czy mam się wrócić do zamku?

– Przywitać się już nie można z własnym narzeczonym? – uniosła brew do góry, będąc w objęciach starszego o rok Gryfona.

– Nie.

  Przewrócili rozbawieni oczami i odsunęli się od siebie kawałek, żeby złapać się za swoje dłonie. Całą czwórką weszli szybko do Zakazanego Lasu, znikając we mgle. Trzymali się cały czas siebie, aby się nie zgubić.

* * *

  Zamknął na chwilę oczy, czując, jak położyła swoją drobną dłoń na jego szorstkim policzku. Na jego wąskich ustach skradł się delikatny uśmiech, który spowodowany był czułym gestem ze strony stojącej tuż przed nim dziewczyny. Pragnął, żeby ta krótka chwila w jej towarzystwie trwała już na zawsze. Nawet jeśli nie byłoby to nigdy możliwe. Z ust Severusa wydobyło się ciche mruknięcie zadowolenia, gdy złożyła ciepły pocałunek na jego policzku. Otworzył oczy, napotykając szmaragdowe tęczówki, które błyszczały pod wpływem jasnego księżyca. Nie potrafił od nich oderwać wzroku.

– I co teraz? – wyszeptał do jej ucha. Położył jedną dłoń tuż przy jej głowie, a drugą obejmował Gryfonkę w pasie. Nie chciał umożliwić dziewczynie szybkiej ucieczki, do której w ogóle się nie zapowiadało.

– Ja? – zapytała cicho. Uniosła się powoli na palcach, żeby musnąć delikatnie usta starszego chłopaka. – Teraz dobrze – dodała, mrucząc zadowolona.

– Bardzo dobrze – powiedział.

  Na ustach rozbawionej Rose pojawił się lekki uśmiech. Bez jakiegokolwiek namysłu zarzuciła swoje ręce za szyję czarnowłosego, żeby po raz kolejny pocałować go w usta. Mruknęła cicho z zadowolenie, kiedy czule oddał jej pocałunek. Przymknęła oczy, rozkoszując się tą krótką chwilą, gdy byli sami. Nie zawsze mogli go spędzić wspólnie, gdyż za wszelką cenę chcieli uniknąć nieprzyjemności ze strony obcych dla nich osób oraz najbliższych. Zależało im jedynie na odrobinie prywatności. Pewnej swobody, w której nie będą musieli się pytać każdego o zgodę. W szczególności od własnych rodziców. Nie chcieli również prosić ich o pomoc, wiedząc, że prędzej wniknęłaby się kłótnia, niż doszli do jakiegokolwiek porozumienia. Każde z nich wywodziło się z innej bajki.

  Rose wywodziła się z jednego ze starych i szanowanych rodów czarodziei czystej krwi, którzy posiadali wszystko, co tylko by ich dusza zachciała. Nigdy nie doświadczyli na swojej skórze, jak wyglądało życie w skrajnej biedzie. Martwienia się z dnia na dzień, czy wszystko co posiadali, nie zostanie im odebrane na zawsze. Nie chodziła również całymi dniami głodna, gdy lodówka świeciła pustkami. Jednak nawet w tym bajkowym życiu, nie wszystko było można uznać za cudowne. Kryło w sobie wiele bólu oraz ograniczeń, jakie zostały narzucone wiele lat czy wieków wcześniej przez przodków. Rodzice młodej Gryfonki byli sceptyczni, aby młode czarownice czy czarodzieje wiązali się z mieszańcami, a w najgorszym przypadku z Mugolami. Sztywno trzymali się swoich własnych zasad. Dla nich tradycje przekazywane z pokolenia na pokolenie były czymś świętym, nieodmiennym elementem w ich całym życia. Nie uznawali zmian, które mogły zrujnować wszystko. Tak było w przypadku państwa Prince, którzy oprócz wydziedziczonej córki nie posiadali więcej dzieci. Nikt nie spodziewał się, że młoda czarownica ucieknie i porzuci wszystko dla nic niewartego Mugola. A także będzie się spodziewała jego dziecka.

  Przeczesał dłonią kasztanowe kosmyki włosów dziewczyny za ucho, gdy kurczowo się go trzymała i nie chciała puścić. Sam nie chciał tego uczynić. Nie raz przez myśl przychodziło mu pytanie, dlaczego wybrała jego, gdy mogła związać się z kimś godniejszym. Kimś, kto zapewni jej wszystko, do czego była od początku przyzwyczajona.

– Łaskoczesz – zadrżała delikatnie.

– Nie moja wina, że masz wszędzie łaskotki. Ja tylko je znalazłem – zaśmiał się krótko.

– I myślisz, że po tym znasz mnie bardzo dobrze?

– Nie do końca – przyznał. – Nie sądziłem, że wrzucisz we mnie kamieniem.

– Nie podobało ci się? – zapytała z niewinnym uśmiechem.

  Severus przewrócił oczami.

– Przecież, widzę, że tak. – zaśmiała się głośno, gdy ją podniósł i okręcił dookoła. Zaciskała dłonie na jego szkolnych szatach. – Jeszcze nas tutaj znajdą…

– Czyżby Gryfonie tchórzyli? Nie przypominam sobie, aby tchórz był znakiem rozpoznawalnym domu Gryffindora. – ucałował ją w policzek, nim ujął delikatnie jej dłoń swoją. Pociągnął ją w stronę ogromnego teleskopu, dzięki któremu mogli zobaczyć oddalone gwiazdy oraz planety znacznie bliska.

– Co ty kombinujesz?

– Nic – powiedział niewinnie.

  Rozbawiona, pokręciła głową na boki, słysząc niewinną odpowiedź z jego strony. Gdyby nie znała na tyle dobrze Severusa, uznałaby, że nic nie kombinował za jej plecami. Był urodzonym Ślizgonem, który bez jakiegokolwiek problemu mógł ułożyć plan na każdą sytuację. W tym również, gdy chodziło o słodką zemstę. Jeszcze nie miał okazji ich użyć, a nie było trudno odgadnąć, kto mógł się znaleźć pierwszy na celu.

  Ułożyła się wygodnie, aby przystawić oko do lunety i spojrzeć z bliska na gwieździste tej nocy niebo. Jasny blask księżyca padał na nią, ale nie przeszkadzało to Rose w niczym.

  Nastąpiła pomiędzy nimi dłuższa cisza, w której mogli nasłuchiwać nocnego życia, jakie obudziło się po zachodzie słońca. Cichy, a zarazem chłodny szum wiatru muskał delikatnie ich ciała. Powodował u nich gęsią skórkę, dzięki czemu nie myśleli o śnie. Jedynie mogło sprawić, potrzebę ukrycia się w cieplejszym miejscu. Czarna peleryna starszego Ślizgona trzepotała pod jego wpływem, przez co musiał nie raz ją poprawiać za siebie. Była ona prezentem na tamtego roczne święta, na których w końcu wszystko zaczęło się układać w należyty porządek. Nie sądził, że jego ojciec zaakceptuje magie w swoim życiu i nawet będzie chciał ją poznać bliżej. Odkąd pamiętał, Tobias traktował ich w najgorszy możliwy sposób, a kłótnie były na porządku dziennym. Miały one wiele różnych oblicz, o jakich trudno było można zapomnieć.

– Nie wiem czemu, ale obserwowanie gwiazd zawsze wydawało się takie interesujące. W szczególności, gdy nie robi się tego na ocenę – odparła rozbawiona. – Ale naprawdę dzisiaj ładnie je widać.

– To prawda. – przyznał, patrząc się na zielonooką dziewczynę. O wiele bardziej była interesująca od gwiazd, jakie mógł tak naprawdę każdy zobaczyć.

  Schował dłonie w głębokich kieszeniach, odwracając na chwilę wzrok od Rose. Słuchał każdego jej następnego słowa uważnie. Nikt nie wiedział lub po prostu nie widział, że Gryfonka oprócz przebywania w dość sporym towarzystwie może interesować się czymś prostym. Nie raz niezrozumiałym dla innych. Severus na początku bardzo mu przeszkadzało, gdy wróżyła mu cały czas z fusów od herbaty, ponieważ nienawidził wróżbiarstwa i żałował, że kiedykolwiek się na to zapisał. Chciał być tylko blisko swojej przyjaciółki.

– Severusie musisz to zobaczyć! Spadające gwiazdy! – zapiszczała podekscytowana.

– Rose? – zawołał cichym głosem, patrząc, jak się ku niemu obracała. Zacisnął mocniej dłoń na ciemnogranatowym pudełku, schowanego w prawej kieszeni przed jej ciekawskim wzrokiem.

  Nigdy wcześniej nie znalazł się w podobnej sytuacji, ponieważ był to pierwszy, a zarazem najważniejszy moment w całym jego życiu. W końcu po raz pierwszy miał się oświadczyć dziewczynie, której oddał swoje całe serce oraz duszę. Jednak mimo tego zjadał go stres. Żołądek w nieprzyjemny sposób ściskał się w ciasny węzeł, a dłonie delikatnie drżały. Severus czuł swoje walące w piersi serce, które omal nie wyskoczyło mu z jego piersi.

  Rozchyliła delikatnie usta, gdy Severus uklęknął przed nią na jednym kolanie i ujął jej dłoń swoją.

– Tak miałaś rację, że coś kombinuje… – zaczął niepewnie, patrząc prosto w jej szmaragdowe oczy, w których dostrzegł zaskoczenie. – Nie jestem dobry w wyrażaniu swoich uczuć, a w szczególności mówieniu o nich – wziął głęboki wdech. – Odkąd ciebie poznałem tamtego wieczora, nie zdawałem sobie sprawy, że kiedykolwiek staniesz się dla mnie ważna. Pokazałaś mi, że w tym szarym świecie można dostrzec promyk światła. Dotknąć go. Poczuć całym sercem, nie zależnie kim się było. Sama jak dobrze wiesz, nie pochodzę z zamożnego rodu, w którym miałbym wszystko za wyciągnięciem dłoni. Na wiele rzeczy nie będę mógł sobie pozwolić, jednak będzie to tylko kwestia czasu… Chciałbym cię uczynić najszczęśliwszą kobietą na świecie, której jak na chwilę obecną mogę obiecać szczerą miłość aż do śmierci… Nawet dłużej, jeśli się tylko da. Wiem, że to za wcześnie na zaręczyny, ślub… Ale poczekam tyle, ile będziesz potrzebować. Wiem co się stanie, jak twoi rodzice się dowiedzą…

– Zaskoczyłeś mnie – przyznała. 

– Zrozumiem, że mnie odrzucisz i będziesz wolała z kimś innym ułożyć sobie życie…

– Nie wygaduj głupot – upomniała go nieco gniewnie. – Nigdy bym nie wybrała innego, dlatego że nie jesteś idealnym kandydatem według moich rodziców. Ja chce wyjść jedynie za mężczyznę, którego pokochałam i z nim spędzić kres swojego życia. Nawet jeśli stracę w jednej chwili wszystko. Rodzinę. Przyjaciół. – powiedziała nieco cicho, wiedząc, co się wydarzy. Ale jednak było to warte, aby nie stracić Severusa. – Oni nigdy by mnie nie zrozumieli, Severusie.

– Ale jednak są dla ciebie ważni…

– Są, jak i ty również – mruknęła cichym głosem. Zacisnęła nieco jego dłoń. – Byłabym nieszczęśliwa, gdyby mi cię odebrano. Straciłabym sens, nawet jeśli nikt się po nas czegoś takiego nie spodziewa. Czuje żal nie raz sama do siebie, że muszę patrzeć, jak inni się z ciebie śmieją. Po części sama jestem egoistką…

– To nie prawda, Rose – zaprzeczył od razu. Severus nie chciał, aby tak o sobie myślała. Nie była egoistką, która tylko myślała o sobie. Myślała również o innych. – Ja dużej mierze namawiałem cię, abyśmy ten związek i uczucia ukrywali. Wiesz dobrze jacy potrafią być inni, w szczególności ich zabawy, abym myślał, że na nic nie zasługuje. A w tym na ciebie – dodał. 

  Zmarszczył delikatnie brwi, ale nie podniósł się z kolana, klęcząc tuż przed nią nadal. Wyobrażał sobie całkiem inaczej ten moment, który choć raz miał się skończyć dla niego czymś więcej. Zdawał sobie sprawę, że za dużo oczekiwał od życia. Jednak nie chciał, żeby wszystko kończyło się zawsze tak samo. Niepowodzeniem. Zranieniem, jakby był nieznaczącym odłamem tego świata. Usłyszał cichy szelest, gdy Rose uklęknęła na kolana. Spojrzał na nią łagodnym wzrokiem.

– I tak kiedyś wszyscy dowiedzą się o nas, a wtedy już nie będzie ucieczki. – zaczesała kosmyki jego włosów za ucho. – Na początku będzie trudno. Dla ciebie, dla mnie, gdy zostanę wydziedziczona i więcej nie będę mogła zobaczyć rodziców oraz młodszego rodzeństwa. Chce być z tobą, rozumiesz? Jestem dla większości jeszcze młoda, aby w wieku szesnastu lat podejmować taką decyzję. Jednak wiem, co robię.

– Naprawdę się zgadzasz? – zapytał cicho.

– Tak – uśmiechnęła się. – Jak nigdy wcześniej.

  Poczuł po części ulgę, słysząc, że pomimo tego wszystkiego chciała z nim być. Zostać jego żoną, nawet jeśli na początku będą musieli się zmagać z wieloma przeciwnościami losu. Wyciągnął z kieszeni ciemnogranatowe pudełko, które powoli otworzył. Znajdował się w nim skromny, owalny srebrny pierścionek z małym szmaragdem. 

– Zostaniesz panią Snape?

  Zaśmiała się cicho i bez zbędnych słów, musnęła delikatnie jego usta. Była to jednoznaczna odpowiedź, że się zgadzała.

Autor Ivys18
Opublikowano
Odsłon 732
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!