Stucky: Piękno w sercu // Rozdział 19. Nigdy wcześniej nie krzyczał

      Przypatrywał się milczącemu ukochanemu, jego napiętej postawie, ładnemu profilowi, gdy spoglądał w bok i wyczuwał w nim coś więcej niż stres przed akcją. Strach. Z rodzaju tych, które już nieraz widywał na jego twarzy, które przywoływały to, od czego razem próbowali się uwolnić. Męczące wspomnienia, czy raczej… koszmary, które zdawały się być zbyt blisko rzeczywistości.

      Miał wrażenie, że Bucky nie chce spojrzeć mu w oczy, udając zajętego obserwacją innych żołnierzy przez okno w biurze. Stał naprzeciw niego i zastanawiał się, co powinien powiedzieć, by go na siebie otworzyć. Nie, nie, to nie tak… oczywiście, że Buck mu ufał, był mu oddany, ofiarował siebie… po prostu kiedy się bał, potrafił się w jakiś sposób oddalić. Zamknąć we własnych lękach. Tak bardzo go kochał, tak bardzo się o niego martwił… Boże, Bucky… potrzebował z nim porozmawiać i uwolnić ich z ciężaru, który obaj dźwigali. Zbyt wiele niewiadomych, zbyt wiele strachu o ukochanego człowieka… bał się, tak bardzo się bał tego, co tkwi w jego głowie, czym się zadręcza, czego mu nie wyznał… Boże, Buck, powiedz… pomóż…

      – Bucky.

      Zwrócił na siebie uwagę i kiedy Barnes skierował twarz w jego stronę, ujrzał w nim niepewność i skupienie. Jego rysy, takie piękne, takie wyraziste… i smutne spojrzenie. Tak bardzo bolała świadomość tego, że go skrzywdzili… Boże, oddałby wszystko, żeby go ocalić… i dokona tego swoim uczuciem. Nie cofnie tego, co mu zrobili… Boże, chciałby, tak bardzo by chciał… ale uratuje go przed wciąż przywoływanym poprzez pamięć echem traumatycznych przeżyć. Wiedział, że potrafi… potrafi… dla niego, wszystko dla niego… Bucky, kochanie… Pogładził delikatnie jego policzki, po czym ujął twarz, wiedząc że przyjaciel nie będzie mógł uciec wzrokiem. Wyczuwał jego niepokój pomieszany z zaufaniem.

      – Powiedz mi, kochanie. – poprosił miękko – Powiedz. Pomogę ci.

      Zobaczył w nim jak stres został wyparty przez strach… Boże, zabolało… tak bardzo pragnął uwolnić go od cierpienia, sprawić, by poczuł, że już zawsze będzie z nim bezpieczny. Potrzebował dać mu ukojenie, dzielić z nim wszystko… proszę, kochanie… zależało mu, by ukochany mu na to pozwolił. Dostrzegał jego zagubienie, wahanie i miał w sobie odczucie, że to właściwy moment na tak potrzebną im do zjednoczenia rozmowę. Przyjaciel był delikatny, wrażliwy… i dlatego mógł nim pokierować.

      – Już dobrze, Buck. Jestem tutaj. Porozmawiajmy, zrób to dla mnie. Obaj tego potrzebujemy.

      Nie naciskał, nadawał swojemu tonowi kojące brzmienie i widział jak Bucky zdaje się poddawać, jego usta wykrzywiły się lekko, bezradnie… wyczuwał jak ukochany tego potrzebuje, jak się boi… Boże, kochanie… kochanie… i wtedy usłyszał słowa, które niemal w niego uderzyły.

      – Nie dzisiaj.

      Przez chwilę nie potrafił nic odpowiedzieć. Wpatrywał się w tę piękną twarz i przesunął dłońmi po policzkach, wkładając w ten gest całą swoją czułość, po czym jedną przełożył na jego kark i zacisnął na nim palce po męsku, w sposób bardzo pewny, a jednocześnie delikatny. Tak, aby Buck uwierzył, że nie czeka go teraz nic złego, że on mu pomoże, że może mu się oddać. Drugą ręką sięgnął do jego ust i przeciągnął po nich… powoli… opuszkami palców. Uczuł, że wargi lekko drżą. Wiedział jak rozbroić ukochanego.

      – Steve, proszę, nie mogę.

      – Zaufaj mi.

      Dostrzegał w przyjacielu zawahanie, potrzebę… i tak przerażająco znajomy strach. Poczuł jego dłonie na plecach, przesunęły się wzdłuż… i jeszcze raz… jakby Barnes dodawał sobie odwagi poprzez dotykanie go, jakby to dawało mu siłę i wiarę, że mogą to przetrwać… razem… a jednak wciąż miał w sobie tyle niepewności… Bucky, skarbie…

      – Przepraszam, Steve. Powiem, obiecuję… ale jeszcze nie teraz. Ja chyba… nie jestem gotów. Nie umiem.

      – Rozumiem, kochanie, ale musimy przez to przejść. Pozwól sobie pomóc.

      Zdawał sobie sprawę, że wiedza, o którą prosi to ciężar… lecz większym ciężarem była niewiedza. Bał się tego, jak krzywdzili jego pięknego Bucky’ego… Boże… i jeszcze bardziej bał się tego, że on nie chciał… nie potrafił mu tego wyznać. Miał przez to bolesną świadomość, że krzywda, jaką mu wyrządzili jest tak straszna… tak straszna… zawsze dzielili się emocjami, troskami, a teraz… Bucky cierpiał i nie umiał go do siebie dopuścić, mimo tego, że odczuwał jego ból wraz z nim.

      – Pozwól sobie pomóc, Buck. – powtórzył cicho, prosząco.

      Bucky miał wrażenie, że już nie wytrzyma, nie zdoła dłużej się ograniczać, potrzebował się otworzyć, naprawdę… po prostu… nie potrafił. Jak miał powiedzieć Steve’owi, co mu robili? Jak? Miał narazić go na tak wielki bół? Tak? To miał zrobić? Zrzucić na niego ten koszmar? Boże, przecież niewiele pamiętał… a czuł się taki przerażony, przygnieciony poprzez traumę… inny niż kiedyś. Inny. Jak to możliwe, że tak bolało? Jak… to możliwe… że tak bolało? Boże. Przecież… był bezpieczny, więc skąd…

      (Sierżancie Barnes)

      …ten strach? Skąd to wrażenie, że nie jest wolny? Skąd to poczucie zagrożenia i straty? Boże, przecież nie stracił… siebie. Nie stracił. Musiał wierzyć, że pozostał tym dawnym Bucky’m… że zasłużył na ukochanego, że nic się z nim nie stało. A jeśli… okłamywał samego siebie? Przecież coś mu zrobili… Boże… Boże, coś zdążyli…

      – Buck?

      A jeśli to się uzewnętrzni z czasem? Przyjaciel zmienił się wręcz niebotycznie dzięki…

      (eksperymentowi)

      …zabiegowi doktora Erskine’a, ale wciąż pozostał jego małym, kochanym Stevie’m. Z nim miało być inaczej. Straszniej. Boże. Coś zdążyli, coś zdążyli…

      – Bucky! Co się z tobą dzieje? Gdzie teraz jesteś? Wróć do mnie! Wróć!

      Ocknął się, słysząc w głosie Steve’a tak wielki przestrach… Boże, kochanie, przepraszam… przepraszam… czuł jak jego dłoń gładziła go uspokajająco po karku. Jego dotyk… dawał ukojenie, pozwalał odetchnąć… zaczerpnąć powietrza… zapomnieć…

      – Proszę, Bucky.

      Ten słaby szept przyjaciela, cierpienie w jego oczach, czułe muskanie karku… nagle poczuł się tak zrozpaczony, tak bardzo zrozpaczony… Jak miał mu powiedzieć o możliwości, że jest…

      (odkształcony)

      …zmieniony, inny niż był dawniej, kiedy Steve go pokochał. Potrzebował pozostać jego miłością, nie mógł… nie mógł być…

      (nieudanym eksperymentem)

      …własną sprzecznością. Tak bardzo się bał, zmienili go… zmienili… nie, proszę nie… gubił się w chaosie własnych myśli… w chaosie tych wszystkich lęków.

      – Wysłucham wszystkiego, Buck.

      I wtedy coś w nim pękło. Tak bardzo, że poczuł się niemalże roztrzaskany.

      – Wszystkiego nie zniesiesz! Jak mógłbyś coś takiego znieść?! Nawet ja nie umiem, a przecież wiele nie pamiętam, więc powinno być mi lżej! A wcale… nie jest…

      Urwał zaskoczony. Nigdy wcześniej tak nie krzyczał… nie na swojego małego Steve’a… i widział po nim, że jest wręcz oszołomiony z szoku… jednak było za późno. Kurtyna iluzyjnego spokoju opadła.

      – Zmienili mnie! Uszkodzili! Czy rozumiesz?! Nie jestem już taki jak dawniej, wykrzywili… moją duszę… – zabrakło mu tchu.

      – Kochanie, posłuchaj, wiem, że się boisz…

      Syknął cicho, wykonując taki ruch, jakby chciał wydostać się spod dłoni spoczywającej mu na karku, lecz poczuł jak palce ukochanego się na nim zaciskają, uniemożliwiając mu ten manewr. Uścisk stał się stanowczy, lecz nie bolesny.

      – Nie rozumiesz! – sam sobie odpowiedział, jego ton zabrzmiał trochę… zimniej – Jestem zniekształcony, bawili się moim ciałem, umysłem… a ja nawet nie wiem, co dokładnie mi zrobili! Zmienili mnie, zmienili… – głos mu się załamał, załkał cicho, krótko… ale nie płakał.

      Nagły gniew płynnie przeszedł w rozpacz, owładnęło nim wyczerpanie, łatwo się poddał, kiedy Steve przygarnął go ściśle do siebie za kark. Wplótł palce w jego włosy, desperacko potrzebując ich miękkości… nie chciał na niego krzyczeć… to stres, to nerwy… kochanie, wybacz… wybacz… tak bardzo mu na nim zależało. Pozwalał jednej jego ręce gładzić się po plecach, drugiej łaskotać ulotnie kark. Czuł się zmęczony własnym…

      (cierpieniem)

      …krzykiem. Tak bardzo się pogubił, potrzebował… potrzebował…

      (miłości)

      …pomocy Steve’a. Jego ciepła, dotyku… zapewnienia, że wszystko będzie dobrze, że… że to tylko strach, nic więcej, że prawdziwi są tylko oni dwaj… że są szczęśliwi i bezpieczni…

      – Tego się boisz, skarbie? Zmieniłeś się, to prawda, ale ja też. I nie, nie odkształcili cię. – Steve łaskotał oddechem skórę jego policzka – Wciąż cię kocham, to najprawdziwszy dowód, że pozostałeś moim pięknym Bucky’m. Wciąż cię kocham. Czujesz to?

      – T… tak. Przepraszam, najdroższy, że na ciebie krzyczałem. Tak bardzo przepr…

      – Ciiii… spokojnie. Dobrze się stało, zobaczysz, teraz będzie lżej.

      Wtulił się mocniej, czując niewyobrażalną ulgę… Boże, skarbie… tylko on mógł dać mu taki spokój po wszystkim, co przeszedł… co przeszli obaj, gdyż Rogers od początku dzielił z nim tę krzywdę. Jak mógł w niego wątpić? W jego uczucie? Nie, to nie tak… po prostu się bał… to wszystko. Nie wątpił w niego, lecz w siebie.

      – Dziękuję. – wyszeptał. – Znów mnie uratowałeś.

      Ucałował miękki policzek, przyciskając usta najmocniej jak mógł, by ukochany odczuł jak bardzo go kocha, jak bardzo jest wdzięczny za miłość, za zaufanie, za to, że Steve nie przestał w niego wierzyć… za to, że wierzył w niego za nich dwóch.

Opublikowano
Kategorie 18+ Marvel
Odsłon 343
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!