Stucky: Piękno w sercu // Rozdział 5. Razem

      Wpatrywał się w sufit, leżąc z jedną ręką zatkniętą za głowę, a drugą obejmując niewielkiego chłopaka wtulającego się w niego przez sen. Oddech śpiącego łagodnie łaskotał skórę na jego klatce piersiowej, obaj mieli na sobie jedynie bokserki. Od zawsze znał ciepło jego ciała, zapach, dotyk… Wszystko to znał i kochał. Teraz… teraz było jednak inaczej… zasmakował go na nowo… zaznali największej możliwej bliskości fizycznej i duchowej. Był spełniony. Zakochany. Szczęśliwy. Nie wyobrażał sobie, by cokolwiek mogło to zmienić. Miał wszystko. Miał Steve’a. Ten jeden chudy chłopak uczynił jego życie pełnym i pięknym, był taki drobny, a miał dla niego więcej miłości niż zdawało się mieścić jego ciało. Cóż, miłość jest w sercu, a serce Rogers miał wielkie.

      Poczuł lekkie poruszenie, a potem delikatne wargi musnęły jego pierś… i kolejny raz… Każde następne muśnięcie miało w sobie czułość, oddziaływało uspokajająco… i jednocześnie pobudzająco… mocniej ścisnął plecy ukochanego. Odetchnął cicho, odbierając miłosne pocałunki… zrelaksowany… oddany…

      – Stevie… – wymruczał.

      Usta ukochanego kreśliły odbicie subtelnych pragnień… takie delikatne… takie… wpływające na zmysły… przyjemne… lekkie…

      Steve nie przestawał całować klatki piersiowej Bucka… czuł smak jego skóry… smak jego przyjemności… dzielił z nim te doznania… i chciał, by było ich jeszcze więcej… Delikatnie dotknął językiem jego sutka… i przerwał… zapragnął jego warg… podwyższył się, by skraść krótki pocałunek zaskoczonemu tą zmianą Bucky’emu… i znów przyłożył język do jego piersi… polizał długo, rozsmakowując się w przyjemności, jaką mu dawał… jaką słyszał w jego niejednostajnym oddechu. Lizał jego tors, wyczuwając każde poruszenie wywołane raz słabszym wdechem, a za chwilę już silniejszym. Podobała mu się ta chwiejność doznań Barnesa… to jak ją wyrażał… jak się oferował… Mógł z nim zrobić wszystko. Skradł mu kolejny, przelotny pocałunek. Wziął jego sutek w swoje usta… przyjaciel jęknął krótko… zassał go lekko, potem mocniej… i ssał… i ssał… Dłonią pieścił drugą pierś… pocierał ją, chcąc jak najmocniej wpływać na przeżycia kochanka… dogodzić jego potrzebom… zmaksymalizować rozkosz… Wyczuwał jego uniesienie, słyszał je w jego jękach. Chwycił sutek między palce i ocierał go opuszkami, zasysając jednocześnie drugi. Buck tak przeżywał… a on z nim… już zawsze będą przeżywać razem.

      Złączył ich usta, nie przestając pocierać palcami sutka… Buck zachłannie odwzajemnił pocałunek, będąc przy tym lekko zadyszanym. Całowali się głęboko… podnieceni… rozgrzani… Barnes żarliwie przytulał do siebie chłopaka, chcąc go mieć jak najbliżej przy sobie… jak najintensywniej… Pocałunek przedłużał się… nabierał na sile… wkładali dogłębnie języki do swoich ust, pojękiwali… Zatracali się w błogiej, przenikającej ich bliskości.

      Steven przesunął dłoń po piersi Bucky’ego, docierając do brzucha, przeciągnął po nim opuszkami, a potem po wypukłości bokserek, zahaczył palcami o materiał i zaczął go zsuwać. Ukochany podniósł biodra, by mu to ułatwić, przez co dolne partie ich ciał otarły się o siebie. Odciągnął bieliznę na tyle, na ile pozwalała mu na to pozycja, podczas której wciąż się całowali, musiał nieźle się wyciągnąć, by zatrzymać bokserki na udach przyjaciela. Masował jego miednicę, podbrzusze… odczuwał jego nagość… przejechał ręką po twardej męskości… coraz trudniej było oddychać… Przerwał pocałunek, by zaczerpnąć tchu, lecz… Buck pozwolił na to tylko przez moment, ponownie łącząc ich wargi, tym razem bardzo subtelnie, ledwo je muskając i… chwycił jego dłoń i przyłożył sobie do krocza. Steve usłyszał jego drżące westchnienie… trzymał jego penisa… Boże… czuł jaki jest gorący… jaki sztywny… Boże… tak przyjemnie wypełniał dłoń… A Bucky… Bucky zaczął poruszać jego ręką, swoją trzymając na jej wierzchu… robił to delikatnie… powoli… rozkoszując się dotykiem… a on wczuwał się w jego ruchy, pozwalał sobą kierować… podniecało go, że Buck robił to tak, jak tego pragnął. Słyszał jak pojękiwał… patrzył jak obezwładniony przez rozkosz zmuszony został, by odchylić lekko głowę, rozłączając ich usta… patrzył na jego przymknięte oczy, ściągnięte w przyjemności brwi… Rozpalał go jego głos… jak jęczał mu w twarz… chciał by to trwało… upajał się jego doznaniami, łącząc z nim swoje własne… byli jednym. Wczuwał się w powolne poruszenia ręki Barnesa, oddając się temu, by to on prowadził… zaciskał dłoń na jego erekcji… jemu samemu także stanął… Odczuł, że stopniowo Buck zwiększył tempo, nadając jego dłoni na swoim penisie znaczniejsze tarcie… jęczał przy tym tak zmysłowo… seksownie… odchylając wciąż głowę… eksponując przy tym zachęcająco szyję… Wciąż chciał widzieć jego twarz, lecz… musiał… zasmakować ustami jego szyi… była taka odsłonięta… przyłożył do niej wargi, całując od razu mocno, tuż na pograniczu szczęki… i niżej… obsypywał ją całą pocałunkami… Barnes wciąż kierował jego ręką… lecz już nie kontrolował ruchów… stały się szybkie, silne… nieco chaotyczne… przyciskał jego zaciśniętą na swojej mokrej męskości dłoń… nadawał rytm tak mocny, że sam się w nim zgubił… jęknął przenikająco… wypchnął biodra, dociskając do ich połączonych dłoni…i doszedł… Jego nasienie zostało rozsmarowane na męskości przez już ostatnie, najlżejsze ruchy.

      Barnes oddychał ciężko, owiewając włosy wtulonemu w swoją szyję ukochanemu. Przytulali się ze zmęczeniem, ale mocno. Niezwykła chwila dla nich obu, mogliby w niej trwać… i trwać…

      Rogers zniżył się, całując przelotnie tors Barnesa, potem brzuch, zbliżył twarz do jego członka… nawet o tym nie myśląc, polizał go lekko, wyczuwając wyraźny posmak spermy… Kochanek zadrżał, spoglądał na niego osłabiony przez niedawny orgazm, wplótł palce w jego włosy i gładził go z uczuciem po głowie. Kolejny raz przesunął językiem, doświadczając lekkiej kwaskowatości nasienia… i znów to zrobił… i znów… Zapragnął wylizać ukochanemu całe przyrodzenie, nie pozostawiając ani kropli… poczuł jak on wzmocnił uchwyt na jego włosach…

      – Steve… nie… – Buck ledwo mówił, oddychał szybko i płytko – Nie mam… sił… nie mogę…

      Na Stevena bardzo podziałało to jak przyjaciel jest umęczony, jego urywany głos tylko jeszcze bardziej go nakręcił… brzmiał tak pociągająco… tak zniewalająco… Podobało mu się, że od niego zależy, co Buck będzie czuł… czego będzie doświadczał… Zechciał, żeby doznawał wiele… więcej niż byłby zdolny znieść.

      – No co ty, Bucky? Nie możesz? Będziesz mógł. – rzucił bezlitośnie.

      I polizał całą długość penisa osłupiałego Barnesa… bardzo powoli i bezczelnie… mocno naciskając językiem… wywołując u kochanka drżenie ciała… i ekstatyczny jęk.

      – S… Steve… ja… naprawdę…

      – Wiesz co? Nawet się tobą porządnie nie zająłem, a tobie już brakuje sił? – wciąż prowokował.

      Miał świadomość, że brak mu wyrozumiałości, lecz tak go pragnął… tak bardzo… A Bucky był tak słodko, uroczo… pociągająco… bezsilny… zdany na jego łaskę… lub raczej niełaskę. Nie miał zamiaru mu darować. Miał na niego ochotę, zamierzał doprowadzić go do skrajności. Polizał ponownie jego męskość… długim, pojedynczym pociągnięciem języka… polizał znowu… czuł jak coraz bardziej mu staje… czuł to pod językiem…

      – Stevie…

      – Jeśli nie chcesz, możesz się odsunąć. – zaczepił, doskonale wiedząc, że przyjaciel nie ma takiej możliwości, leżąc pod nim w takim stanie.

      Tym razem to Bucky go zaskoczył, przyciskając jego głowę do swojego krocza i wydając z siebie przeciągły, bolesny jęk. Też tego pragnął… nawet będąc tak wyczerpanym… Rogers zaczął go lizać po erekcji… rozkoszując się jego smakiem… pochłaniając jego cudownie przeżywające jęki… jego penis… taki twardy… Lizał go mocno, przejeżdżając po jego całej długości raz po raz… Buck trzymał go kurczowo za włosy już obiema dłońmi, nie mógł wytrzymać… znajdował się na granicy rozkoszy… cały czas ekscytująco jęczał…

     – Tak… proszę… Tak, kochanie… tak…

      O Boże. Będąc pod ogromnym wrażeniem, nie przestawał go wylizywać… wyczuwał, że jest już blisko… i chciał, by te słowa jeszcze bardziej uczyniły to przeżycie niezapomnianym… wyjątkowym… Przeciągał językiem po całym rozmiarze jego sztywnego członka… wyczuwał drżenie jego ciała… słyszał eskalację przyjemności w nagle głośniejszych jękach. Polizał kolejny raz, przyciskał silnie język… a przyjaciel ścisnął jego włosy, wyprężył się… Chwycił instynktownie główkę jego penisa między wargi… i poczuł posmak nasienia, kiedy człowiek, którego kochał spuścił mu się w usta. Przełknął z myślą, że lubi smak jego spermy… jego orgazmu.

      – Chodź… do mnie…

      Tym razem posłusznie usłuchał. Przytulił się do roztrzęsionego Barnesa i obdarował go czułym, uspokajającym pocałunkiem. Oparł głowę na jego torsie i patrzył mu w umęczoną, lecz jednocześnie ukojoną twarz. Owładnął nim gwałtowny napad miłości. Bucky był jedyny, wspaniały… wyjątkowy pod każdym względem… niepowtarzalny i niezwykle cudowny. Idealny, mimo że ideały nie istnieją. Jednak Buck istniał. Wpatrywał się w niego i tak bardzo pragnął to wyrazić…

      – Kocham cię. – odezwał się nagle Barnes z lekko zadziornym, lecz jednocześnie czułym uśmiechem – Chciałem być pierwszym, który to wyzna… wiesz, w ten sposób. Kocham cię.

      – Ja… ja ciebie też. – zaciął się Steve, sam sobie się dziwił, że potrafi go zaskoczyć jak bardzo przyjaciel potrafi go wyczuć – Ale… Buck, ale… ja właśnie chciałem ci powiedzieć to samo.

      Bucky splótł palce przyjaciela ze swoimi i położył sobie ich złączone dłonie na klatce piersiowej, wciąż zmęczony zdołał wyrównać oddech.

      – Wiem. Widziałem to po tobie, ale… jak mówiłem, zależało mi, żebym to ja pierwszy…

      – I zrobiłeś to pierwszy. Kiedy… kiedy, wiesz… – Rogers niespodziewanie się speszył na gorące wspomnienie ich intymności – Powiedziałeś… powiedziałeś do mnie…

      – Kochanie. – Barnes od razu wiedział, jego głos zabrzmiał delikatnie, miękko.

      Teraz już rozumiał… nie zdawał sobie wtedy sprawy, że wypowiedział to na głos… Pamiętał jak bardzo odczuwał wówczas, że kocha Steve’a… pamiętał jak było mu dobrze… jak chciał to okazać. Teraz… widział w twarzy ukochanego, że to od niego usłyszał… widział to w jego nieśmiałości, łagodności… w jego ciepłym, uczuciowym spojrzeniu.

      Leżeli razem, odpoczywali wtuleni w siebie, rozluźnieni własną bliskością… ufni we wzajemną miłość… oddawali się poczuciu bezpieczeństwa, błogości… słuchali obecnie cichszych oddechów… Relaksowali się własną nagością, dotykiem skóry… wspaniałością dogłębnego poznawania siebie.

      – Bucky? Chciałbym, żebyś wiedział… jaki jesteś dla mnie ważny. – odezwał się szeptem Steven, przyciągnął do ust ich splecione ręce i ucałował wierzch dłoni przyjaciela.

      – Wiem. Możesz mi wierzyć, że wiem.

      – Tak, ale… jesteś taki cudowny, kochany, dobry… piękny… i pokochałeś akurat mnie.

      – A ty mnie.

      – Tak… Bardzo łatwo było się w tobie zakochać.

      To wyznanie… czułość, z jaką Steve je wypowiedział… jego poruszenie… Bucky wyczuł, że ukochany jest mu wdzięczny za tę miłość… za to, że dał im szansę… że go przyjął. Jak mógłby tego nie zrobić? Jak? Odnaleźli się nawzajem. Wiedział, że życie bez tego chudzielca już dla niego nie istnieje.

      – Stevie… wiesz, że masz bardzo męski głos? Seksowny, powiedziałbym nawet. – zaśmiał się cicho, widząc zdziwienie Rogersa, przesunął delikatnie ręką przez jego plecy – Jesteś drobny, niepozorny, to prawda, ale ja to w tobie kocham. Twoją twarz, chłopięcą i ładną. Twoją subtelność, dobroć, łagodność. To jak mi ufasz, jak jesteś oddany… jak potrafisz na mnie patrzeć… jak mnie kochasz. 

      – Jesteś romantyczny. – chudy chłopak rozczulił się, po czym sam zdziwił się własnym stwierdzeniem, tym bardziej, że się nie pomylił.

      Bucky’emu opadła szczęka.

      – Wcale nie. Jestem facetem. – uzasadnił oburzony, jakby to miało znaczenie – Romantyzm jest dla dziewczyn.

      Rogers roześmiał się rozbawiony, musnął wargami nadgarstek ukochanego, patrząc mu przy tym w oczy.

      – Mój Bucky.

      Barnes pogłaskał drobne plecy, przejechał po łopatkach i lekko, niemal łaskocząc, musnął opuszkami kark.

      – Mój Steve.

      Połączyli się w miękkim, czułym pocałunku… pozwalali sobie na subtelne muskanie swoich warg… delektowali się przyjemnością, którą niosła delikatność… dzielili się uczuciem, bliskością.

      Buck zaczął wolno się przekręcać, przez co zsunął z siebie przyjaciela, lecz nie pozwolił ich wargom się rozdzielić, przez chwilę całowali się, leżąc na swoich bokach. Uniósł się i delikatnie oparł dłoń na chudym torsie, nacisnął nieznacznie i Steve leżał już na plecach, a on sam znajdował się nad nim i podpierał ręce po obu stronach jego głowy. Pogłębił pocałunek, wsunął język w jego usta… przesunął nim po podniebieniu… i poczuł, że Steve odpowiada tym samym… ich języki nasuwały się na siebie…

      Oderwał się od ust chłopaka, przejechał wargami przez jego szczękę… powoli… delektował się jego smakiem… dotarł do szyi… a ten mocno objął go za kark. Całował go tuż pod żuchwą… z namiętnością, mocno… spowodował, że Steven odchylił głowę, ofiarował mu się… tak bardzo było mu dobrze… Przeniósł pocałunki na obojczyki i niżej…

      – Jesteś piękny tutaj. – ucałował miękko odpowiednie miejsce – W sercu.

      – Bucky…

      Rozumiał, ile znaczą dla Rogersa jego słowa. Chciał mu okazać, jak bardzo są prawdziwe… jak bardzo je odczuwa… Pieścił ustami jego małą klatkę piersiową, wkładając w to całą swoją miłość… całą uczuciowość i namiętność… Steve tak niesamowicie to odbierał… oddychał w taki cudowny… doznający sposób. Polizał go przez pierś… dotarł językiem aż do szyi, zostawił tam ulotny pocałunek… wrócił, by poddawać pieszczotom jego klatkę i lizał… długimi, przyjemnie mokrymi pociągnięciami języka… a ukochany zaczął wyraźnie pojękiwać… Boże, ten jego głos… jeszcze w takiej sytuacji… podczas takiego doznania… Boże…

      Wiedział, że mu stanął, bieliznę miał opuszczoną po tym, jak to Steve się nim zajmował, lecz nie przeszkadzało mu to, mógł trzymać nogi razem.

      Osunął się niżej, by całować go po brzuchu… Steve był chudy, więc bez problemu mógł oznaczyć czułymi muśnięciami każdy jego fragment. Zależało mu, by tego dokonać… by Steve… jego Steve… to odczuł… Całował go wolno, lecz mocno… zmysłowo… przyciskał wargi, pomagając sobie momentami językiem… przesuwając nim, by zwiększyć doznania… by wydobyć z ukochanego kolejny seksowny jęk. Dotarł do granicy, jaką stanowiły zauważalnie wybrzuszone bokserki, całował tuż ponad nimi… ociągał się, lecz słyszał w oddechu kochanka, że mu się to… bardzo… podoba. Zsunął nieznacznie materiał… tylko tyle, żeby odsłonić kolejny kawałek skóry… miednicy… i móc składać tam mokre… podniecające… pocałunki. Jedną rękę włożył pod plecy chłopaka, tuż nad pośladkami, nieco go podniósł, drugiej dłoni użył, by pozbyć się bielizny… a im bardziej ją osuwał… tym bardziej było mu gorąco… odsłonił wolno jego członka… Boże, jaki jest sztywny… jaki jest sztywny… i pozostawił bokserki w połowie ud. Przyłożył wargi i otarł lekko o główkę, rozkoszując się tym, co wywołało to w nim… i w Rogersie, który zaczął trzymać się jego włosów. Potarł znów… i przyłożył koniuszek języka, ledwo dotykając… a przyjaciel tak na to jęknął… polizał powoli… i rozchylił wargi, by objąć nimi główkę stojącego penisa, starał się być jak najbardziej delikatny… chciał uczynić to ulotnym, a jednocześnie zniewalającym. Troszczył się, by Steve’owi było dobrze. Leciutko… bardzo leciutko… zaczął ssać… powoli i ostrożnie… i ssał… ssał… a Rogers jęczał tak zmysłowo, subtelnie wplatał palce w jego włosy, przeczesywał je palcami… tylko jeszcze bardziej go podniecał.

      – O tak… Bucky, proszę… o tak… tak…

      Spełniał jego wymagania… jego prośbę… tak łagodnie, jak tylko mógł, ssał miękko i lekko… chociaż sam czuł, że mógłby już przyspieszyć, ale nie… tu chodziło o jego ukochanego, o jego szczyt… zamierzał go do tego doprowadzić, dostosowując się do potrzeby powolnej przyjemności, którą słyszał w jego głosie… którą wyczuwał w ruchach dłoni przebiegającej mu po głowie. Wziął jego erekcję głębiej w usta… powoli… delikatnie nasuwając się najdalej jak potrafił… usłyszał przeciągły, bardzo głośny jęk… czuł, że penis wypełnia mu usta… cudowne uczucie… i trochę niebezpieczne. Zacisnął oczy, starając się rozluźnić gardło, żeby nie skompromitować się nagłym zakrztuszeniem. Zdał się na instynkt i zaczął wolno… bardzo wolno… poruszać głową… wywoływał u kochanka ekstatyczne jęki… o Boże… sam również wydawał przytłumione jęknięcia. Obciągał mu łagodnie… systematycznie powtarzał swoje ruchy… wsłuchiwał się w dźwięki jego rozkoszy… mimo że nigdy wcześniej tego nie próbował, doskonale wyczuwał, jakie nadawać tempo… jak powolny ma być… Pod wpływem własnego, lekko niecierpliwego, pożądania ścisnął ustami troszkę mocniej… wykonał pojedynczy, tylko trochę szybszy ruch… tylko trochę…

      – Wolniej…

      Dostosował się natychmiast, lekko zdziwiony, nie sądził, że taka drobna zmiana mogłaby wyjść poza oczekiwania Stevena. Nie wyszła… pewnie, że nie… po prostu… on chciał teraz jak najwolniej… chciał jeszcze większej delikatności niż delikatność sama w sobie miała. Wyzwanie. Jednak nie bał się, wiedział, że temu sprosta. Kochał go. Robił ukochanemu w poprzednim rytmie… poruszał z wolna głową… dobrze sobie radził… słyszał to w jego seksownym pojękiwaniu… czuł jak bardzo jego członek jest twardy… jak wypełnia… jego… usta. Niewiarygodny smak… Delektował się jego twardością, obciągając mu tak powoli… tak powoli… i nagle niemal załkał… nie, nie może szybciej… przecież sam też tak pragnie… też pragnie subtelności… tylko… Zasłyszał, że jęki Stevena zaczęły poza powolną przyjemnością wyrażać coś jeszcze… ból płynący z ekstazy tak skrajnej… i wiedział, że to już. Steve ścisnął kurczowo jego włosy… naprężył plecy… wypchnął biodra, głębiej wciskając swojego penisa w jego usta, a on w odpowiedzi mocniej zacisnął na nim wargi… i spuścił się w jego gardło. Połknął… i część ukochanego znalazła się w jego wnętrzu. Podnieciło go to… podnieciło i… ukoiło.

      Przesunął się w górę, by ucałować uchylone wargi zmęczonego Rogersa, który nawet nie miał sił, by się w tym odwzajemnić. Przewrócił powolutku jego wręcz bezwładne ciało na brzuch, twarzą do poduszki i przytulił się do spoconych pleców. Chłopak poddał się łatwo, tak jak oczekiwał, i oddychał z policzkiem na poduszce. Wiedział, że już zawsze będzie pamiętał go takim bezbronnym… kochanym… pięknym. Widział w nim jak bardzo jest oddany i ufny… aż w sercu go zabolało… musiał być bezwzględny.

      Pocałował go między wystającymi łopatkami… i polizał długo… zmysłowo, docierając aż do karku… przyprawiając ukochanego o szybszy oddech… i drżenie ciała. Całował go po karku… namiętnie… silnie przyciskał wargi… dyszał mu w skórę…

      – Kocham cię. – zaszeptał tuż przy jego uchu i musnął je wargami.

      – A ja… ciebie.

      Poczuł się bardzo szczęśliwy… Znów ucałował płatek ucha swojej… nie miał co do tego wątpliwości… jedynej miłości. Steve był cudownie… rozczulająco wymęczony… i łatwy, co zamierzał teraz wykorzystać. Leżąc przy nim, całował go po barkach… jedną ręką przejechał przez jego plecy i dotarł do miejsca, gdzie zaczynały się rozchodzić pośladki. Przesunął powoli palcem między nimi… delikatnie… i z powrotem… tylko odrobinę mocniej… a ukochany westchnął… Powtórzył pieszczotę już wyraźnie silniej… wzmacniając także pocałunki, którymi znaczył kark i barki.

      – Zmęczony? – zapytał z czułością.

      – Bardzo…

      – Idealnie. Czas się odegrać. Ty nie miałeś dla mnie litości.

      Złapał za pośladek Steve’a, będąc jeszcze bardziej nakręconym przez jego autentyczny szok. Ścisnął lekko… rozluźnił palce… i ścisnął kolejny raz, już mocniej… kochanek nabrał gwałtownie powietrza. Przylegał ściśle do jego pleców z poczuciem zwycięstwa… całował go w kark i chłonął to, jaki jest bezsilnie seksowny…

      – Co jest, Stevie? Myślałeś, że mnie zamęczysz i nie będzie rewanżu? – prowokował uwodzicielsko, wtulając twarz między łopatki kochanka.

      – Buck… ale… było ci dobrze…

      – Tobie też będzie.

      Podkreślił własne słowa poprzez namiętny pocałunek w plecy… i masował jeden pośladek… powoli… zataczając dłonią półkola… silnie przyciskając palce… czując jak bardzo go to podnieca… a Steven oddychał urywanie, zaciskał pięści na pościeli. Tak bardzo mu się taki podobał… tak bardzo…

      – Bucky…

      – Wcześniej mnie prosiłeś. Nie pamiętasz już?

      Zajął się drugim pośladkiem… pieścił go… rozkoszując się jego miękkością… słysząc jak jego dotyk oddziałuje na przyjaciela… wyczuwając leciutkie drżenie jego ciała. Obrysowywał niewidzialne, przyjemne okręgi… i przejechał palcem wskazującym po całej linii między pośladkami… Włożył palec do ust, nawilżył… i zaczął ocierać o zaciśniętą dziurkę… o Boże… Boże…

      – B… Buck…

      W odpowiedzi zbliżył własny palec do warg ukochanego, a on… pochwycił go między nie i possał przez chwilę. Znów przyłożył nawilgły palec do szparki Steve’a… rozcierał… powoli, ale nieubłaganie… Włożył koniuszek… ostrożnie wsunął trochę głębiej… i  głębiej… posuwał go wgłąb aż do połowy… czujnie rejestrując jak plecy Rogersa się napinają, jak jego oddech robi się ciężki… Zaczął lekko poruszać swoim palcem… wewnątrz… czując, jakie to… niesamowite…  przytulił się szczelniej do chudych pleców…  Słyszał, że Steven już jęczy… pozwolił sobie trochę zwiększyć tempo… nieznacznie, żeby nie przestraszyć… Jego własna erekcja dotykała uda kochanka… on też musiał to czuć, bo przylgnął bardziej… Dyszał w delikatny kark… stopniowo… powoli przyspieszał rytm poruszeń palca… o Boże… tak dobrze… tak dobrze… Jęki ukochanego przekraczały już wszelką możliwą granicę zmysłowości… Robił mu szybciej, lecz nie za szybko… Ciałem Steve’a wstrząsnęło nagłe… silne… drżenie… stłumił krzyk w poduszkę, zaciskając na niej kurczowo pięści… i zastygł w tej pozycji niezdolny do ruchu po drugim już… emocjonującym… wytrysku.

      Dosięgnął do policzka Rogersa, ułożył delikatnie jego głowę tak, by mógł swobodnie oddychać, nie leżąc twarzą wprost w wymiętej poduszce. Pogładził go po włosach, pocałował delikatnie w spocony kark. Leżał z nim, przytulony, kojąc go swoją bliskością.

      – Kochanie…

      – Wiem, Stevie. – zamruczał w ciepłą skórę – Wiem. Odpoczywaj.

      Otulał wymęczonego Rogersa swoimi silnymi ramionami, zapewniając mu spokój i bezpieczeństwo… Wcześniej rwący się z jego powodu oddech teraz wyciszał się… także dzięki niemu. Potrafił zapewnić ukochanemu tę skrajność… od wręcz niemożliwej rozkoszy do kojącej błogości.

Opublikowano
Kategorie 18+ Marvel
Odsłon 802
2

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!