Jedność światła || Ukąszenie Pustki

Tak. To mogłybyśmy być my. Dwa Aspekty złączone w jedno tak jak jest to im przypisane od zarania dziejów, od powstania Runeterry. A jednak odwróciłaś się plecami i wróciłaś do cytadeli Solari. Nie wybaczyłam, ale też nie znienawidziłam. Być może chciałbyś to wiedzieć.

– Niewysłany list Diany do Leony

               Diana spoglądała od dłuższej chwili w gwiazdy, stojąc na szczycie Targonu. Czuła jak moc dostosowuje się do harmonii nocnego blasku, idealnie współgra. Coś wewnątrz niej cieszyło się, czując blade, delikatne światło na skórze i czerpało ledwo uchwytną dla śmiertelnika siłę.

               Te same promienie padały łagodnie na okoliczne szczyty i wzgórza, ledwo muskając cytadelę Solari, która nawet po zaśnięciu ostrych płomieni słońca skrzyła się złocistą poświatą. Coś wewnątrz Diany drgnęło boleśnie, wspomnienie dawnych czasów, ale nie wiedziała już, czy to była jej pamięć, czy też bytu zamieszkującego jej ciało. Wiedziała jedynie, a w zasadzie czuła, że te kamienne bloki wzbudzają w niej nostalgię.

               Uklękła i przesunęła dłonią po gładkiej powierzchni zimnego kamienia góry Targon. Wyczuwała wszystkie prądy wokół. Spokojne, niosące za sobą senne szepty i marzenia. Jednak coś nie grało i czuła to aż za dobrze. Znane, a jednocześnie obce poczucie zagrożenia prześlizgnęło się słodkim śpiewem w umyśle Diany, podsuwając obrazy. Przesunęła wzrok w kierunku spieczonego słońcem południa i westchnęła. Już znała źródło zagrożenia.  

               Chociaż oddalone o dnie drogi, to widziała w głowie kształtujące się nicie wspomnień. Drgnęła i wstała, chwytając rękojeść miecza, po czym wzniosła dawno zapomnianą modlitwę Lunari w niebo.

– Boska esencjo – szepnęła, czując wzbierającą się w niej moc. – Daj mi siłę dzisiejszej nocy, aby odeprzeć zagrożenie. Nie pozwól mi się potknąć, nie pozwól zwątpić.

               Oparła czubek ostrza o ziemię, przygotowując się do wypowiedzenia słów Lunari. Wiedziała, że za parę chwil blask księżyca przeniesie ją prosto pod stopy najeźdźców. A jednak coś ją powstrzymało, coś ukrytego głęboko pod powinnością i obowiązkami, echo dalekich odczuć, które niegdyś wpłynęły na to kim się stała.

               Odwróciła głowę w kierunku świątyni Solari i wbiła wzrok w mury, jakby pragnęła je skruszyć samym spojrzeniem.

               Leona.

               – Leona – szepnęła. Delikatny wiatr poniósł ze sobą imię kobiety, nasączone mocą i tęsknotą. – Oto nadchodzi godzina próby. Oto czas, gdy oba Aspekty mogą udowodnić, że są jednością. Dwiema częściami… – Zamknęła powieki i wymamrotała słowo Lunari. Zanim światło zupełnie ją pochłonęło zdążyła jeszcze dokończyć regułę. – …tego samego koła.

               Księżyc upomniał się o swoje – z rozłożonymi ramionami i oddaniem, wymalowanym na twarzy, uniosła się w górę.

Nastał czas jedności.

Nastał czas walki.

               Tej nocy Leona przebudziła się i od razu wyczuła, że coś jest nie w porządku. Sięgnęła dłonią pod poduszkę i westchnęła z ulgą, zaciskając palce na rękojeści sztyletu. Przewróciła się na drugi bok i spojrzała w niebo usłane gwiazdami i księżyc, święcący nadzwyczajnie mocno, jak gdyby chciał coś przekazać świątyni Solari.

               Jakby chciał coś przekazać Leonie.

               Cokolwiek to było, to nie potrafiła tego rozszyfrować. Odkąd została obdarzona Aspektem Słońca odnosiła wrażenie, że utraciła zdolność do zachwycania się księżycem, chociaż coś głęboko wewnątrz aż wrzało na myśl o długich srebrnych włosach, powiewających na wietrze.

               Wydęła wargi w grymasie niezadowolenia i zbeształa samą siebie. Nie powinna o tym myśleć. Nie powinna już nigdy myśleć o Dianie. To, co było między nimi, to przeszłość i powinna o tym wiedzieć, ale część niej wciąż uparcie wracała do momentów, gdy razem przemierzały korytarze świątyni i wymieniały listy. Pomimo że nienawidziła wspominać chwil, które zniknęły, a przepełniały ją bezgranicznym szczęściem, to nie mogła się przed tym uchronić. Taki był jej charakter. W przeciwieństwie do Diany.

               Przewróciła się na plecy. Przeczuwała, że cokolwiek ją obudziło to już nie pozwoli zasnąć. Skupiła się więc na przesuwających się powoli po ścianach promieniach księżyca. Księżyca, który naprawdę świecił mocniej niż zazwyczaj, ale nie pozwoliła błądzić myślom w rejony, które mówiły, że Diana jej potrzebuje.  Zamiast tego wróciła do rozmyślania nad tym, jakie dzieliły je różnice.

               Jak gdyby to pomogło mi ją znienawidzić – pomyślała gorzko.

               Diana. Ona nigdy nie zajmowała się sentymentami. Zawsze parła naprzód zadając kolejne pytania i nie gasząc ciekawości. Kiedyś być może ją to zgubi, ale kto wie kim się stała po obdarowaniu Aspektu? Kim była dziewczyna, która kłóciła się z kapłankami o to czy noc jest ciemnością? Być może posiadła wiedzę, która dała jej wszystkie odpowiedzi, a być może Aspekt ją pochłonął, zgubił, być może…

               – Niech by to! – zaklęła i zerwała się z łóżka.

               Nie mogła dłużej leżeć i czekać na błogosławiony sen. Wiedziała, że nie nadejdzie. Nie nadejdzie tak długo póki nie pobędzie się świdrującego niepokoju, który wprawiał w drgnienie każdą najmniejszą cząstkę ciała Leony. Dlatego sięgnęła po ubrania, a następnie po zbroję. Nigdy się z nią nie rozstawała, jeśli nie była do tego zmuszona. Ostatnie lata nauczyły ją ostrożności, która stała się nawykiem, co w efekcie nieraz ocaliło życie jej i innym.

               Niewiele się zastanawiając, opuściła komnatę i ruszyła chłodnym korytarzem w stronę gabinetu. Chociaż uważała go za zbędny, to zdarzało się jej doceniać, że za jego pomocą mogła natychmiastowo przyzwać kogo tylko chciała. A w szczególności wtedy, gdy wymagała tego sytuacja – zupełnie tak jak teraz.

               Dowódca okolicznej jednostki Ra–Horakam stawił się niemalże natychmiastowo, uprzednio pukając. Krótkim: „Proszę!” nakazała mu wejść do środka. Nie zaproponowała krzesła, wiedząc, że długo by nie posiedział. Zresztą mężczyzna po czterdziestce z brązowymi włosami okraszonymi siwizną był zaprawionym weteranem. Dlatego tak bardzo ceniła Turlona, a jednocześnie uznała, że będzie najlepiej nadawał się do wypełnienia zadania.

               – Dobry wieczór, oświecona Słońcem Leono. – Wojownik skłonił się nieznacznie. – Zostałem wezwany. Jakie rozkazy?

               – Zbierz czterdziestu ludzi i udajcie się w stronę Nerimazeth. Jesteście grupą patrolowo–wywiadowczą. Jeśli przez dwa tygodnie nic wam się nie rzuci w oczy, to wracajcie i zdajcie mi raport.

               Wyraźnie zaskoczony Turlon uniósł brwi, ale wyprężył się na baczność.

               – Tak jest, oświecona Słońcem Leono. Jeśli mogę spytać…

               Westchnęła, przekrzywiając głowę. To właśnie pytań chciała za wszelką cenę uniknąć, ale wciąż widząc namysł i zdumienie w oczach mężczyzny, skinęła głową.

               – Mów, proszę.

               – Czy Górze Targon coś grozi?

               Pomimo obojętnego tonu wyczuła napięcie kryjące się za tak niewinnym pytaniem. Przez moment toczyła sama ze sobą walkę, ale w końcu przezwyciężyła chęć wyznania Turlonowi swoich obaw i przeczuć, więc po prostu uśmiechnęła się i pokręciła głową.

               – Nie. Jesteśmy bezpieczni. Po prostu uznałam, że powinniśmy mieć się na baczności na wszelki wypadek. Kto wie czy niedobitki armii Smoczej Głowy jeszcze nie krążą w okolicy.

               – To zrozumiałe, oświecona Słońcem Leono. – Skłonił się. – Przyjąłem rozkazy. Gdy tylko przygotuję ludzi, to wyruszymy w drogę.

               – Tego oczekuję, dowódco. Oby Słońce ci sprzyjało. Masz moje błogosławieństwo.

               Skłonił się po raz ostatni, po czym odwrócił się napięcie i opuścił gabinet. Leona odetchnęła z ulgą i opadła na krzesło. O dziwo poczuła spływające zmęczenie, a oczy same zaczęły się zamykać. Błogi sen…

               Zupełnie zapomniała o świdrującym niepokoju, nie wiedząc, że ranek przyniesie jej niezbyt dobre wieści i ostatnie co powinna robić, to zamykać powieki.

Opublikowano
Odsłon 342
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!