Melodia serc | Severus Snape

Krótka informacja o moim dziele:

» One shot «

Trudno jest opisać własne uczucia, które skrywane są w naszych sercach. Trudniej jest widzieć, jak szczęście ucieka nam sprzed nosa. Severus wiedział, co to za uczucie i jak chciał jej zmienić. Nie wiedział, czy nie było za późno.

❥ Dodane na Wattpadzie: 04.01.2021 (@Princessa_Ivys18) / Dodano na FanLore.pl 24.03.2021

❥ Okładka mojego autorstwa

[Przedstawiony przeze mnie świat został stworzony przez J.K.Rowling. Jedynie stworzyłam swoje własne postacie i zmieniłam bieg wydarzeń, które miały miejsce w książce. Nie zgadzam się na kopiowanie mojej pracy oraz fabuły!]

Jesteś tego pewna?

Prawdziwa miłość oznacza, że zależy ci na szczęściu drugiego człowieka bardziej niż na własnym, bez względu na to, przed jak bolesnymi wyborami stajesz.

~ Nicholas Sparks

* * *

– Nie mogę uwierzyć, że moja mała dziewczynka wychodzi za mąż – powiedziała starsza kobieta, ocierając zimne łzy wierzchem dłoni. Nie mogła powstrzymać łez, które same cisnęły się do oczu. Od wieści o zaręczynach Lily, nie mogła uwierzyć, że niebawem rozpocznie dorosłe życie u boku swojego przyszłego męża.

  Lily podniosła wzrok znad bukietu biało-różowych kwiatów i uśmiechnęła się ciepło do rodzicielki. Do tej pory nie potrafiła uwierzyć, że zaledwie za parę chwil zostanie poprowadzona do ołtarza przez swojego ojca i wyjdzie za mąż. W najśmielszych snach nie spodziewała się, że nastąpi to tak szybko. Nie narzekała, ponieważ poznała w swoim życiu odpowiedniego młodego mężczyznę, który skradł Gryfonce serce. Zakochała się w nim do szaleństwa i pragnęła jedynie spędzić z nim kres swojego życia, nawet dłużej jeśli było to tylko możliwe.

– Nie płacz, mamo – poprosiła łagodnym głosem. Odłożyła bukiet kwiatów, składający się z różowych goździków oraz białych lilii na kanapę, żeby podejść do płaczącej cicho pani Evans. Objęła ją delikatnie. – Nie odchodzę przecież na zawsze…

– Wiem. – Uśmiechnęła się przez łzy. – Jednak w domu już nie będzie tak samo, gdy wyprowadzisz się do swojego męża, jak wiele miesięcy wcześniej Petunia. Zaczniesz dorosłe życie. Założysz swoją własną rodzinę, której poświecisz wiele czasu oraz serca. Sama będziesz kiedyś w sytuacji, gdy jedno z twoich dzieci wyjdzie za mąż. Zauważysz, jak czas szybko gnie. Pamiętam, jak niedawno nauczyłaś się chodzić, a teraz masz osiemnaście lat i układasz swoje własne życie.

  Starła delikatnie dłonią łzy. Uważała na makijaż, którego nie chciała zniszczyć i to przed samym ślubem. Ale słowa kobiety ją coraz bardziej wzruszały.

– Myślałam, że chociaż ty nam tak szybko nie uciekniesz – zaśmiała się cicho. Złapała za jej dłonie, które ściągnęła z jej twarzy. Sama starła białą chusteczką łzy Lily. Nie sądziła nigdy, że pożegnania z własnym dzieckiem będą takie ciężkie. – Wiem, że gdziekolwiek byście byli, będziecie bezpieczni. Jesteście odpowiedzialnymi młodymi ludźmi, którzy robią ważny krok w swoim życiu. Jednak nadal będę o was się martwiła, aby nic złego wam się nie przydarzyło…

– Mamo, bo zaraz się rozpłaczę i ze ślubu nic nie będzie… – dodała drżącym głosem. Lily usilnie starała się nie rozpłakać. Najchętniej zostałaby z rodzicami do końca życia i nigdy nie opuszczała rodzinnego domu. Wiedziała natomiast, że kiedyś i na nią przyszłaby pora. Musi dorosnąć i wziąć swoje życie we własne ręce. Ale wiedziała, że jeśli by coś się działo, zawsze będzie mogła polegać na rodzicach.

  Zaczesała niesforne kosmyki kasztanowo-rudych włosów swojej córki za ucho. Na jej twarzy gościł delikatny uśmiech pomimo łez, które nie chciały o sobie zapomnieć. Od zawsze była płaczliwa i niemalże wszystko potrafiło ją wzruszyć, w szczególności się to działo podczas wesel. Bywała na różnych, ale to właśnie od Lily był pierwszym, gdzie magia będzie na porządku dziennym. Dla państwa Evans było to nowe doświadczenie, mimo że ich najmłodsza córka jako jedyna była czarownicą z całej rodziny. Ciągle uczyli się czegoś nowego, a dzięki pomocy Lily oraz rodziców pana młodego i jego samego zdecydowanie było to prostsze.

  Lily stała w całkowitej ciszy przed swoją matką, która cały czas trzymała jej dłonie. Wiele myśli kłębiło w jej głowie wraz z niepotrzebnymi na ten moment rozterkami. Zastanawiała się, czy faktycznie nie pośpieszyli się ze ślubem, który początkowo miał się odbyć po ukończeniu Hogwartu. Jednak zmienili datę o rok później. Nie chciała zostawiać rodziców samych, widząc reakcję starszej kobiety i jak to wszystko przeżywała. Sama do końca nie sądziła, że i ona tak szybko wyjdzie za mąż.

  W tej samej podniosły wzrok na drzwi, kiedy ktoś do nich zapukał cicho.

– Sprawdzę kto to. – Powiedziała pani Evans. Podeszła szybko do starych, ciemnobrązowych drzwi, które delikatnie uchyliła. Odetchnęła z ulgą, widząc, że nie był to jej przyszły zięć. – Już myślałam, że po raz kolejny będę musiała wyganiać Jamesa spod drzwi. Wejdź do środka – zaprosiła mężczyznę. Odsunęła się kawałek, aby zrobić mu miejsce. – Mam nadzieję, że mogę na ciebie liczyć w pilnowaniu naszej panny młodej?

– Jak zawsze proszę pani – odpowiedział jej jedwabisty głos młodego Mistrza Eliksirów. – Może być pani spokojna, ponieważ wątpię, że ktoś niepowołany tutaj wejdzie gdy ja jestem.

  Skinęła głową i szybko wyszła z komnaty, zamykając za sobą drzwi z cichym trzaskiem. Postanowiła zostawić ich samych, a sama zobaczyć czy wszyscy już się zebrali. Do samego końca liczyła, że to właśnie Severus zostanie jej zięciem. Więź pomiędzy nim, a jej córką była głęboka nawet jeśli byli tylko przyjaciółmi. Los nie był dla nich łaskawy, ponieważ musiał widzieć, że nie byli sobie pisani. Rozdzielił ich ze sobą przez pewien czas od siebie i dał czas, żeby ułożyli w swoje życie na nowo.

– Mogłam się spodziewać twoich słynnych szat.

  Severus wygiął kąciki wąskich ust do góry, co miało przypominać delikatny uśmiech. Ruszył w jej stronę powolnym krokiem, a jego długa czarna peleryna załopotała złowieszczo. Ubrany był w nowe szaty, które zakupił u Madame Malkin na specjalną okazję. Nie różniły się bardzo od tych, jakie zakładał na co dzień. Różnicą mogły być guziki od czarnego surduta, które były srebrne i się odznaczały przy świetle blasku zachodzącego słońca.

  Od samego początku zdawał sobie sprawę, że bardzo liczyła na jego obecność podczas uroczystości zaślubin. Nadal było mu trudno, myśląc, że wychodziła za samego Jamesa Pottera. Wybrała Gryfona, który przez większość szkolnych lat znęcał się nad nim wraz ze swoimi przyjaciółmi. Nie był w stanie zliczyć u jednej dłoni, ile razy trafił przez nich do Skrzydła Szpitalnego czy dostał kilkutygodniowy szlaban u Filcha. Większość uważała, że specjalnie prowokował Huncwotów do niepotrzebnych sprzeczek. Nie było to prawdą. Jak tylko mógł, unikał ich jak ognia. Ale mimo tego zawsze go znajdywali i wszystko zaczynało się od samego początku. Zmieniło się to wszystko, kiedy dzięki Lily zakopali topór wojenny i na tę chwilę był spokój.

  Objął ramionami znacznie niższą od siebie dziewczynę, którą przytulił mocno do siebie. Czuł, jak małymi pięściami, zacisnęła na jego szacie.

– Przyszedłeś. – Usłyszał cichy szept.

– W końcu jako twój drużba, nie mógłbym opuścić twojego ślubu – parsknął śmiechem, mimo że nie było mu dzisiejszego dnia do śmiechu. Nadal nie mógł się pogodzić z faktem, że to co ich łączyło było przeszłością. Teraz liczył się ktoś dla niej bardziej. – Poza tym wiesz, że prędzej przyszedłbym do ciebie, niż siedział z Potterem oraz Blackiem.

  Parsknęła cichym śmiechem, chowając twarz w jego szacie. Cieszyła się, że nie zmieniał się tak szybko i zostawał sobą. Lily i tak osiągnęła duży sukces, gdy udało się jej sprawić, że nie skakali sobie do gardeł przy pierwszej lepszej okazji.

– Do twarzy ci w bieli – powiedział po dłuższej chwili, przyglądając się jej uważnie. Dla niego cokolwiek by założyła, wyglądałaby niczym piękny anioł. – Stresujesz się? – zapytał.

  Zarumieniła się delikatnie, kiedy z jego ust wypad komplement. Nie uważała siebie za specjalną piękność, żeby od razu wszystkim o tym mówić. Inni uważali inaczej, ale ona nadal pozostawała sobą. Zwykłą Lily z Cokeworth.

– Trochę. – Lily wyznała szczerze. – W końcu zaczynam nową drogę w swoim życiu, którą będę musiała małymi krokami poznać. Poznać coś fascynującego oraz nieznanego do tej pory…

– Coś, co każdy bez wyjątku będzie musiał w odległej przyszłości poznać. – Severus przerwał swojej przyjaciółce, wiedząc, co chciałaby powiedzieć. On sam wątpił, że kiedyś zakosztuje czegoś podobnego, gdy w jego sercu tkwiła Gryfonka o pięknych zielonych oczach oraz uśmiechu. – Jesteś pewna, że chcesz wyjść za mąż? W każdej chwili mogę ci pomóc uciec…

– Nie chce uciekać – zmarszczyła delikatnie brwi, słysząc propozycję. – Kocham Jamesa i nie wybaczyłby mi gdybym teraz uciekła, zamiast spokojnie porozmawiać o tym. Chce tego ślubu… bardzo, ale to wszystko dla mnie jest obce. – Wyznała, odsuwając się od Severusa. Usiadła powoli na kanapie i wzięła do ręki bukiet kwiatów. – To nie to samo uczucie, kiedy byliśmy razem… Wtedy czułam nieszczęśliwa, jakbym spotykała się z członkiem własnej rodziny. Kocham cię jak brata, przyjaciela na którym zawsze mogę polegać i nigdy nie odejdzie bez słowa. Z Jamesem jest całkowicie inna bajka, jak można było się spodziewać. Może i wywodzimy się z dwóch odmiennych od siebie rodzin, ale mimo tego coś nas połączyło.

  Usiadł bez słowa obok zielonookiej dziewczyny, opierając dłonie na swoich kolanach. Słuchał ją uważnie i starał się zrozumieć, co musiała czuć do Gryfona. Podobne rzeczy powiedziała mu w dniu, kiedy ich związek definitywnie nie miał szans przetrwać. Czuł się wtedy oszukany, że nie powiedziała mu co wtedy czuła. Dawała mu fałszywą nadzieję, która zdecydowanie bardziej bolała od prawdy. Ledwo udało mu się pogodzić, że zostaną na zawsze tylko przyjaciółmi. Odciął się od niej, aby w samotności przemyśleć wiele nurtujących myśli. W pewnym momencie doszedł do wniosku, że mógł to samo czuć co ona, ale był zaślepiony. Nie zaznał w swoim życiu wiele miłości i nie raz się zastanawiał, czym ona właściwie była.

– Chce być jedynie szczęśliwa nie ważne, którą drogę wybiorę. Chciałabym, abyś ty również był i zrozumiał, że świat się nie kończy wyłącznie na mnie.

– Rozumiem. – Severus zakończył szybko ją rozmowę. Lily musiała nie zdawać sobie sprawę, że nie było to wcale łatwe. – Za krótką chwilę twój ojciec przyjdzie po ciebie. Jest za pięć szósta.

  Wzdychając cicho, zerknęła na siedzącego tuż obok niej, Severusa. Znała go na tyle dobrze, że spodziewała się z jego strony nagłej zmiany tematu. Nie lubił o sobie mówić. Przez całe swoje życie musiał wysłuchiwać kpin ze strony innych, a także najbliższych mu osób. Od samego początku nie było mu łatwo. Wychowując się na Spinner’s End, nie raz zaznał uczucia głodu. Pochodził z patologicznej rodziny, w której pan Snape był alkoholikiem i nie tylko znęcał się nad nim, ale również na swojej żonie. Matka Severusa po wielu latach znęcania się nad nią nie wytrzymała i popełniła samobójstwo, kiedy nikogo nie było w domu. Chciała mieć pewność, że nikt jej nie pomoże.

  Przejechała opuszkami palców po miękkich, a zarazem delikatnych płatków różowych goździków oraz białych lilii.

– Masz rację, że to już czas. – Podniosła się, nawet na niego nie patrząc.

* * *

  Mrucząc cicho pod nosem przekleństwa, omijał szybko tańczące na parkiecie pary. Chciał, jak najszybciej wyjść z namiotu i zaczerpnąć świeżego powietrza. W środku namiotu było duszno, mimo niejednokrotnego powiększenia dzięki magii, aby każdy mógł znaleźć dla siebie kąt. Na weselu zjawiło się wielu gości, którzy zostali zaproszeni przez państwa młodych oraz samych rodziców Pottera. Większości była rodzina, ale nie zabrakło także dobrych znajomych z Hogwartu. Severus niektórych znał wyłącznie z widzenia, a innych z krótkiej wymiany zdań. Jednak nadal wolał się trzymać z daleka od swoich rówieśników.

  Nikt spośród obecnych nie zauważył jego nagłego zniknięcia. W tym świeżo upieczona pani Potter, będącą zajętą słuchaniem komplementów ze strony swojego męża oraz spokojnym tańcem przy jego boku. Oboje byli wpatrzeni w sobie jak obrazek. Żadne z nich nie chciało oderwać od siebie wzroku, a łagodne uśmiechy gościły na ich twarzach. Wyglądali na bardzo szczęśliwych, jakby nie dostrzegali w tym pewnej goryczy ze strony Ślizgona.

  Severus rozejrzał się dookoła ogrodu, szukając miejsca, w którym przez krótki moment będzie mógł usiąść w samotności. Od samego początku siedział wśród innych, mimo że nigdy nie zrobiłby tego z własnej nieprzymuszonej woli. Nie robił tego dla siebie. Wolnym krokiem spacerował po ogrodzie, gdzie jedynym źródłem światła były gwiazdy na niebie oraz wiszące na każdym z drzew oświetlone lampiony.

  Stanął pod jednym ze starych drzew, opierając się ramieniem o pień. Schował dłonie do kieszeni i opuścił na chwilę wzrok. Miał nadzieję, że uda mu się wytrzymać do końca przyjęcia, na którym i tak był zbędny. Sam zresztą tak się czuł, widząc, że był tu jedynie ze względu na byciu drużbą panny młodej. Mogła wybrać każdego na jego miejsce, ale to jemu przypadł zaszczyt, a zarazem przekleństwo. Jednak w tym wszystkim Severusowi bardziej zależało na szczęściu przyjaciółki niż na swoim, które skryte było w zamkniętej skrzyni.

  Severus warknął cicho, kiedy coś uderzyło go głowę. Myślał, że zrobił to ktoś specjalnie, gdy dostrzegł tuż obok swoich stup lampion, który musiał spaść z drzewa. Dopiero po chwili zauważył, że nie był całkiem sam w ogrodzie.

– Chyba dobrze zrobiłam, że nie usiadłam w tym miejscu. Jeszcze lampion by mnie zabił – odezwał się delikatny kobiecy głos. Severus natychmiast podniósł wzrok, patrząc na nieznajomą postać stojącą naprzeciwko niego. – Raczej do wesela guz zniknie. – Uśmiechnęła się do niego.

  Uniósł brew do góry, patrząc się na młodą kobietę stojącą tuż kilka metrów przed nim. Obserwował, jak delikatnie dłonią przeczesywała niesforne kasztanowe włosy z twarzy. Ubrana była w długą ciemnogranatową suknię, która podkreślała jej kobiece kształty. 

– Jeszcze panią uznaliby za seryjnego mordercę, gdyby lampa faktycznie roztrzaskała mi głowę – dodał, masując dłonią obolałe miejsce.

– Różnie mnie nazywają, ale jeszcze nie byłam seryjnym mordercą, któremu musiała pomóc lampa. – Powiedziała rozbawiona i machnęła swoją różdżką. Lampa uniosła się pod wpływem zaklęcia do góry, zawiesiła ją na pierwszej lepszej gałęzi.

  Pokręcił głową na boki, słysząc, co powiedziała.

– Ale z drugiej strony – zaczęła powoli. – Nie wygląda pan na czarodzieja, który nie potrafi się ochronić przed atakiem. Raczej osądziliby pana, za próbę zabójstwa – dodała, siadając obok niego.

– Czemu pani nie siedzi na weselu, gdzie są goście? – zapytał zaciekawiony.

– Zbyt tłoczno, jak dla mnie w namiocie. Muzyka też nie zbyt ciekawa – uśmiechnęła się do niego. Wyciągnęła następnie do niego dłoń. – Rosalinde Black, łamane przez Potter.

– Severus Snape… – powiedział bez żadnych emocji. Nie był również ufny, słysząc, jakie nazwiska nosiła.

– Miło mi poznać, w szczególności nie na parkiecie. Jestem kiepską tancerką.

– Nie mogę potwierdzić.

  Odsunął się kawałek od kobiety, ale mimo tego przysunęła się do niego bliżej. Zaczynał się obawiać, czy faktycznie uda mu się przeczyć wesele, gdy siedział w obecności wariatki. Wszystkiego mógł się przecież spodziewać.

Autor Ivys18
Opublikowano
Odsłon 416
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!