Mężczyzna moich marzeń

1.

Eleonora uśmiechnęła się, próbując ukryć rumieniec zażenowania, który wykwitł na jej policzkach. Z uwagą starała się słuchać tego, co ma do powiedzenia starsza sąsiadka, jednakże absurdalność przeprowadzanego przez nią monologu, przyprawiała młodą kobietę o dreszcze.

– …I kupił sobie ten dom po Kwiatkowskich, co wynieśli się stamtąd pół roku temu. Podobno ma się tam wprowadzać dzisiaj wieczorem, bo w tej firmie przeprowadzkowej, z której skorzystał, pracuje wnuk mojej przyjaciółki z koła różańcowego. Jak dobrze zrozumiałam Basię, jest młody i przystojny… Dobrze mieć takich ludzi pod nosem. Przynajmniej ma ci kto zakupy przynieść na stare lata. A co u ciebie, kochana? Kończysz liceum w tym roku, prawda?

– Tak, proszę pani – potwierdziła Eleonora, kiwając głową. – Od jutra zaczynam trzecią klasę.

– Korzystaj, póki możesz, moja droga, bo życie po szkole wcale nie jest tak kolorowe, jakby się mogło zdawać – kontynuowała sąsiadka. – Wiesz, nie będę cię już zatrzymywać. Pewnie masz sporo zajęć w domu. – Eleonora z ulgą pożegnała się z Teresą. Mimo jej jawnego wścibstwa oraz zainteresowania życiem innych ludzi, nawet ją lubiła.

Tym razem opowiadała o jakimś mężczyźnie, który miał wprowadzić się do domu, stojącego naprzeciwko mieszkania nastolatki. Eleonorę nawet to ucieszyło – przynajmniej coś nowego wydarzy się w Wiśniowej. Mieszkańcy tego miasteczka wiedli spokojne życie. Zdaniem młodej kobiety – zbyt spokojne. Myśl o pojawieniu się nowej twarzy w okolicy powodowała, że na twarz Eleonory wpłynął delikatny uśmiech. Chwilę później stanęła przed drzwiami wejściowymi. Z kieszeni kurtki wyciągnęła pęk kluczy, przy okazji biorąc do ręki telefon. Wchodząc do domu wybrała numer do matki, lecz ta nie odbierała. Jak zwykle zresztą.

Mama Eleonory pracowała w Niemczech, opiekowała się starszymi, schorowanymi ludźmi. Ojciec dziewczyny nie żył – zmarł na raka, kiedy jego córka skończyła trzy lata. Rodzeństwa nie miała, chociaż słuchając opowieści rówieśników, cieszyła się, że tak jest. W końcu bycie jedynaczką również miało swoje dobre strony, na przykład nie musiała się z nikim dzielić czekoladą.

Eleonora rozpakowała zakupy i zabrała się za przyrządzanie obiadu. Nie była jakimś wybitnym kucharzem, lecz z dnia na dzień nabierała coraz większej wprawy. Postanowiła przygotować sobie frytki i pieczoną rybę, a następnie ciasto czekoladowe. W domu była sama, a jako dobra gospodyni postanowiła, że przywita nowego sąsiada z należytym szacunkiem. Miała tylko nadzieję, że nie były to puste plotki i mężczyzna naprawdę ma się wprowadzić.

Po dwudziestu minutach obiad był gotowy. Dziewczyna w samotności zabrała się za jedzenie, wsłuchując się w tykające wskazówki zegara. Cisza w żaden sposób nie była dla niej przytłaczająca, za to samotność już tak. Wzięła kawałek ryby do ust i uśmiechnęła się krzywo. Ma się ten talent. Kiedy była młodsza, uwielbiała pory obiadowe – zawsze spędzała ten czas z matką… Teraz? Teraz w całym domu było niezwykle pusto i cicho.

Po jakimś czasie, Eleonora wstała od stołu, pozmywała brudne naczynia i zabrała się za robienie ciasta. Gdy włożyła je do piekarnika, nastawiła minutnik i ruszyła w stronę gabinetu matki. Stała tam niewielka biblioteczka, a jedna z półek zapełniona była wyłącznie romansami. Eleonora często beształa się za to, że poświęca czas na takie bzdety, jednak… nie mogła się powstrzymać. Mężczyźni z tych powieści byli inni… często wyidealizowani… A jednak czuli i subtelni w swoich gestach. Zabrała się za czytanie ,,Dumy i uprzedzenia” gdy zadzwonił jej telefon.

– Mamo, nareszcie! Dlaczego nie odbierasz? – spytała dziewczyna z wyrzutem. – Dzwoniłam do ciebie tyle razy!

– Też miło cię słyszeć, El. Co u ciebie? Jak przygotowania przed rokiem szkolnym? Czujesz stres?

– Nie mam się czym stresować – odparła cicho Eleonora, bezwiednie gładząc kartki powieści. – Chciałam się dowiedzieć, kiedy wrócisz do Polski?

Przez chwilę głos zabrała cisza. Eleonora już chciała zmienić temat, gdy usłyszała:

– Nie wiem. Choćbym chciała ci powiedzieć, to nie umiem. Dobrze zdajesz sobie sprawę, jak te pieniądze są nam potrzebne. Nie mogę wrócić. Przynajmniej nie teraz. – Młodsza z kobiet westchnęła. Od kilku miesięcy dostawała wyłącznie taką odpowiedź, co niezbyt się jej podobało.

– A tak właściwie… co u ciebie?

– To co zwykle… – Po raz kolejny zapadła cisza. Eleonora zaczęła niepewnie rozglądać się po pomieszczeniu, gdy rozbrzmiał dźwięk minutnika. – Pieczesz coś?

– Twój popisowy tort. Jakiś facet ma wprowadzić się do domu obok i chciałam go przywitać – powiedziała dziewczyna, odkładając książkę na półkę. Skierowała się do kuchni, gdzie przytłoczył ją zapach świeżo upieczonego ciasta. Uśmiechnęła się, wyraźnie czując czekoladę.

– Dobrze, kochanie. Ja… Ja muszę kończyć, bo pan Drew nie czuje się najlepiej…

– To… do usłyszenia… – Eleonora westchnęła i rozłączyła się. Odłożyła telefon na kuchenny blat i założyła rękawice. Wyciągnęła ciasto i uniosła kącik ust, widząc, że to wygląda nawet znośnie.

Przynajmniej się nie zwęgliło.

Eleonora wyjrzała przez okno i sapnęła ze zdenerwowania. Nie powinnam była słuchać tej plotkary… Pewnie wymyśliła sobie całą tą historię… Przecież jakby ktoś miał się wprowadzać do tego domu, to już by to zrobił. Zdjęła rękawice i odłożyła je obok ciasta. Wróciła do gabinetu i sięgnęła po porzuconą lekturę.

Jest też przystojny – odparła Elizabeth – a młody dżentelmen powinien być urodziwy… jeśli oczywiście ma ku temu warunki. Bingley to chodząca doskonałość.

– Bingley – szepnęła nieobecnie Eleonora. 

Nagle usłyszała warkot silnika… Wyjrzała przez okno i uśmiechnęła się szeroko: sąsiadka miała rację. Samochód firmy przeprowadzkowej zatrzymał się na wjeździe, a z oddali widziała kolejny nadjeżdżający pojazd. Zatrzymał się on po stronie posesji Eleonory. Dziewczyna bacznie obserwowała osobę wychodzącą z samochodu. Zgasły wszystkie światła. Drzwi auta otworzyły się i… zobaczyła niskiego, pulchnego mężczyznę o siwej brodzie i czarnych włosach. Eleonorze opadły ramiona. Świetnie, czyli to jest typ mojej sąsiadki. Przystojny? Młody? Jak zamontuje sobie kiedyś internet, to dopiero tam zobaczy przystojnych mężczyzn. Dziewczyna odeszła od okna i kopnęła fotel, czego natychmiast pożałowała. Cudownie!  Zgasiła światło w kuchni i poszła do swojego pokoju. Nie wiedziała, że obok jej domu zatrzymał się kolejny samochód.

*

Eleonora wstała wczesnym rankiem. Jej nastrój nie należał do najlepszych, zwłaszcza po wczorajszej akcji: „ciasto dla mojego nowego przystojnego sąsiada”. Wstała z łóżka i nieco ociężałym krokiem ruszyła w stronę łazienki. Nigdy więcej plotek. Rozczesała włosy, zrobiła delikatny makijaż i ubrała się we wcześniej przygotowaną, białą sukienkę. Wzięła ze sobą torebkę, telefon i jabłko, po czym wyszła z domu.

Liceum, do którego chodziła Eleonora, uchodziło za prestiżowe, mimo faktu, że znajdowało się ono w centrum miasteczka, o którym zapewne większość ludzi świata nie słyszała. Nie wyróżniało się ono jakoś od innych szkół: miało własne logo, uczniów i nauczycieli. Co do tych ostatnich; znajdowali się tacy, którzy uczyli z pasją, jak i ,,więźniowie błędów przeszłości”. Eleonora lubiła uczyć się historii, języka polskiego, lecz tak naprawdę serce skradła jej matematyka. Dawniej nienawidziła jej i to ze wzajemnością. Chodziła na lekcje, jak na ścięcie, a czterdzieści pięć minut było istną katorgą. Tak było jeszcze zanim poszła do liceum. Gdy skończyła gimnazjum, trafiła na naprawdę dobrą nauczycielkę: Marię Mazurek. Miała dużo cierpliwości do uczniów, zwłaszcza do tych słabych. Potrafiła przekazać swoją wiedzę w sposób łatwy i zrozumiały. To właśnie dzięki niej, Eleonora zdołała wyjść na prostą.

Dziewczyna przeszła przez próg szkoły i niemal od razu została zaatakowana przez trzy pary rąk. Zaśmiała się głośno, a jej twarz rozpromieniała. Stały przed nią jej przyjaciółki, których nie widziała przez całe wakacje. Zapewne spotkałyby się, lecz dziewczęta urządziły sobie wspólny wyjazd nad morze.

– Ale dawno cię nie widziałyśmy! – zaczęła Alicja. Sapnęła zdenerwowana, gdy blond grzywka na chwilę przysłoniła jej pole widzenia.

– To nie ja nie odbierałam telefonów – rzuciła Eleonora z wyrzutem. – Wiem, byłyście na tym swoim wyjeździe, ale mogłyście się ze mną skontaktować, chociażby na skypie!

– Chciałyśmy… – usprawiedliwiała się Natalia. – Chciałyśmy, ale miałyśmy tyle rzeczy do zrobienia, że nie było czasu…

– Chociaż to nie znaczy, że nie tęskniłyśmy – dokończyła Gabriela. Prawdę mówiąc Eleonora nie miała pojęcia, dlaczego dziewczyna się trzyma z jej grupą. Gabriela była typem mówiącym, podejdź bliżej, a wydłubię ci oczy. – Na przeprosiny mamy dla ciebie niezłe info.

Dziewczyny przeszły na halę sportową, gdzie dyrektor miał wygłosić coroczne przemówienie, a w tym samym czasie, dziewczyny tłumaczyły Eleonorze powód swojej ekscytacji.

– Zmieniają nam nauczyciela od matmy!

– CO?! – krzyknęła oburzona dziewczyna. Kilka osób posłało ku nim spojrzenia, lecz nikt bardzo się tym nie przejął.

– To co słyszysz. Za Mazurek ma wejść jakiś nowy… Olga z IIC mówiła, że wygląda naprawdę dobrze. – Eleonora prychnęła. Po pierwsze, ostatnimi czasy miała dość przystojnych mężczyzn, a po drugie: dla Olgi z IIC wszyscy faceci wydawali się całkiem przystojni.

– Ma na imię Adam i przeprowadził się tutaj z Warszawy – Alicja podbiła temat, a Eleonora zachichotała.

– Już prześledziłaś jego życiorys?

– Nie – odparła blondynka, poprawiając włosy. – Wiem jedynie tyle, co powiedziałam… No, może jeszcze to, że jest singlem.

– Dziewczyno, przerażasz mnie! – zaśmiała się Eleonora. – Może jeszcze powiesz mi, jaki numer buta nosi?

– Stawiałbym na czterdzieści dwa. – Dziewczyny obróciły się i zobaczyły przed sobą kolegę z klasy – Jakuba. Eleonora mogłaby powiedzieć nawet, że są oni bliskimi znajomymi, jednak chłopak nigdy by się do tego nie przyznał. W końcu pochodziła z tej nielubianej części klasy. Jakub był wysokim blondynem o niebieskich oczach i zjawiskowej figurze. Nie dziwiło to żadnej z dziewcząt – chłopak był kapitanem szkolnej drużyny piłki nożnej. Eleonora już chciała rzucić jakąś ciętą ripostą, gdy w całej sali rozbrzmiał głos dyrektora.

– Moi drodzy! Witam was po raz kolejny na oficjalnym rozpoczęciu roku szkolnego! Mam nadzieję, że odpoczęliście i jesteście pełni energii do pracy! W sposób szczególny zwracam się do maturzystów, którzy w tym roku przystąpią do egzaminu dojrzałości! To będzie dla was rok szczególny! Rok, w którym zakończycie edukację w naszym liceum! Starajcie się wykorzystywać każdą lekcję do maksimum, bo to tylko i wyłącznie od was zależy, czy dostaniecie się na dobre studia, czy też skończycie w… Zresztą, nieważne. – Z kilku zakątków sali można było usłyszeć zduszone chichoty. – Każdy chyba wie, do jakiej klasy chodzi, a jeśli nie, to przy wejściu do szkoły wisi rozpiska. Zaraz skierujecie się do poszczególnych klas, by nauczyciele wręczyli wam wasze plany lekcji, lecz najpierw…

– El, zaraz go przedstawi! – pisnęła jej do ucha Gabriela.

– Pani Mazurek przeszła na należytą emeryturę. Wyznaczyliśmy jej następcę, którego nie ma tu, w tej sali, lecz…

Drzwi, prowadzące na halę otworzyły się z hukiem, a Eleonora z wrażenia szerzej otworzyła oczy.

To się nazywa wejście.

Powoli i majestatycznie, ku dyrektorowi zmierzał czarnowłosy mężczyzna, około trzydziestoletni, o szczupłej sylwetce i poważnym wyrazie twarzy. Eleonora była zbyt daleko, by mogła się mu przyjrzeć, lecz facet wiedział, co uczynić, by powietrze wokół niego zostało pozbawione tlenu.

– Pan Adam Karasiewicz przejmie obowiązki pani Mazurek. Jest on profesjonalistą w każdym calu i radzę wam wziąć się do roboty już od pierwszej lekcji. To już wszystko… Dziękuję za uwagę! Możecie rozejść się do klas!

Eleonora nie ruszyła się z miejsca. Wciąż wpatrywała się w tajemniczego nauczyciela, który miał w sobie coś, co wzbudzało jej niepokój. I wtedy ich spojrzenia skrzyżowały się. Nie na długo, bo dziewczyna spuściła wzrok, zarumieniła się i podążyła za Jakubem do klasy. Będąc przy wyjściu obróciła się jeszcze, by zobaczyć, jak nowy nauczyciel rozmawia z dyrektorem. Eleonora poczuła, że ktoś szturchnął ją w ramię i obróciła głowę w tamtym kierunku.

– O czym myślisz? – spytała Alicja, patrząc na zdjęcia, zawieszone na korytarzowych ścianach.

– Myślę… – zaczęła Eleonora, drapiąc się po policzku. – Myślę, że to będzie bardzo interesujący rok.

2.

– Spóźnia się – szepnęła Alicja, na co Eleonora skinęła głową.

– Pewnie zatrzymał go dyrektor – stwierdziła Natalia, wzruszając ramionami. Gabriela, choć uchodziła za osobę bardzo gadatliwą i towarzyską, nie mogła zdobyć się chociażby na szept. Matematyka ją przerażała; w poprzednim roku ledwo załapała się na dwa. Widząc, w jakim stanie znalazła się koleżanka, Natalia wywróciła oczami. – No nie przeżywaj tak tego. Może on w ogóle nie przyjdzie… – Drzwi klasy otworzyły się. W klasie zapadła kompletna cisza. Nowy nauczyciel przeszedł za biurko, odłożył aktówkę i zamiast usiąść na swoim miejscu, zaczął przechadzać się po sali.

– Dla tych, którzy nie słuchali przemówienia dyrektora – zaczął matematyk, a na twarzach niektórych dziewcząt wymalował się czysty szok. Mężczyzna miał głęboki, jedwabisty głos, który w żaden sposób nie zaburzał panującej wokół ciszy. Eleonora spojrzała na swoje dłonie, które w tamtym momencie wydały się jej niezwykle interesujące. – Nazywam się Adam Karasiewicz i w tym roku będę uczył was matematyki. – Nauczyciel podszedł do ławki, gdzie siedział Jakub i jego najlepszy kolega, Michał, po czym nachylił się delikatnie nad nimi i zmrużył oczy. – Czy mój wykład panów nudzi? Cóż jest tak ciekawego, że przeszkadzacie mi w prowadzeniu zajęć? Może podzielicie się tym z całą klasą? – Kąciki ust Eleonory zadrgały. Chłopcy zaniemówili, a nauczyciel uśmiechnął się krzywo i wrócił za biurko. – Tak myślałem – mruknął. – Wracając do tematu; na moich zajęciach oczekuję stuprocentowego przygotowania. Radzę uczyć się na każdą lekcję, bo nie będzie podciągania ocen. Z racji tego, że zdajecie w tym roku maturę, będę od was wymagał więcej, niż od innych uczniów tej szkoły… – Gabriela oparła głowę o dłonie, leżące na ławce. Była prawie pewna, że nie przeżyje tego roku. – A teraz zwracam się do osób, których wiedza przekracza szkolne wymagania – kilka spojrzeń odruchowo padło w stronę Eleonory, lecz dziewczyna nadal patrzyła na swoje dłonie. – Zorganizuję dodatkowe zajęcia dla tych, którzy naprawdę interesują się moim przedmiotem. Jeszcze w tym tygodniu odbędzie się test, wyłaniający ich członków. Radzę się poważnie zastanowić przed przystąpieniem do niego. – Przestał mówić, mierząc każdego z osobna wzrokiem. – Zapisy oczywiście u mnie. A teraz zaczynamy lekcję… – Nagle dłoń Michała wystrzeliła w górę. Kilka dziewcząt wciągnęło gwałtownie powietrze, a Alicja walnęła się dłonią w czoło. Przecież nie zabije go za zadanie pytania. – Chce pan coś powiedzieć, panie…

– Michał Radkowski, proszę pana – przedstawił się chłopak. Przeczesał palcami rude włosy i spojrzał niepewnie na nauczyciela. – Czy mamy jakieś nieprzygotowania?

– Na pierwsze półrocze przypada wam dwa nieprzygotowania, a na drugie jedno, z racji tego, że kończycie rok szkolny w kwietniu. Czy są jeszcze jakieś pytania? – Michał pokręcił przecząco głową, za to dłoń uniosła Natalia. Nauczyciel ruchem głowy nakazał, by zadała swoje pytanie.

– Co z osobami, które mają problem z matematyką? Czy będą organizowane jakieś zajęcia wyrównawcze?

– Będą, lecz to nie ja się nimi zajmę – odparł nauczyciel, podchodząc do biurka i opierając się o nie. – O zajęcia te proszę pytać się pana Mazurkiewicza. – Natalia podziękowała mężczyźnie skinieniem głowy, a Gabriela spojrzała na nią z wyraźną podzięką w oczach. Nagle kilka osób uniosło swe ręce. Nauczyciel westchnął i na chwilę przymknął oczy. – Chyba nie zaczniemy dzisiaj nowej lekcji. Dobra, pytajcie… – Wskazał ręką na Jakuba, a ten wstał zadowolony i skrzyżował ręce.

– Na długo pan tutaj zostaje?

Eleonora obróciła się w stronę kolegi i spojrzała na niego z niezrozumieniem. Dlaczego się tak zachowywał?

Karasiewicz wydawał się być jednak niewzruszony zachowaniem chłopaka. Uśmiechnął się krzywo i spojrzał wyzywająco w oczy Jakuba.

– Znam takich jak ty, chłopcze i RADZĘ ci poskromić ten twój temperament. To nie jest zabawne, a dziewczynom również nie zaimponujesz w ten sposób – chłopak poczerwieniał, a kilka osób zaśmiało się cicho. – Odpowiadając zaś na twoje pytanie, zamierzam gościć tu przynajmniej przez ten rok szkolny.

Uczniowie zdziwili się, słysząc, że nauczyciel postanowił jednak odpowiedzieć na pytanie. Eleonora obserwowała matematyka, lecz w dalszym ciągu nie mogła go rozgryźć.

Zadzwonił dzwonek, a Eleonora postanowiła zostać, by zapisać się na test, a tym samym na dodatkowe zajęcia. Za bardzo lubiła matematykę, by przejmować się „groźbami” nauczyciela. Niepewnie podeszła do biurka i czekała cierpliwie, aż zostanie zauważona. Karasiewicz zaprzestał szukania czegoś w swojej teczce i skrzyżował ręce, patrząc na nastolatkę.

– Mogę ci w czymś pomóc?

– Raczej tak – powiedziała dziewczyna z uśmiechem, patrząc w brązowe oczy mężczyzny. Ten uniósł brew i wpatrywał się z zapytaniem w oczach w uczennicę. – Chciałabym zapisać się na koło matematyczne. – Nauczyciel uśmiechnął się delikatnie i skinął głową. Z teczki wyciągnął notes i długopis.

– Skoro tak, to podaj mi swoje imię i nazwisko. – Otworzył zeszyt na jednej ze stron i czekał.

– Eleonora Kraszewska – dziewczyna zaczerwieniła się i spuściła wzrok. W takich chwilach nienawidziła swego imienia. Naprawdę, jej matka miała wyobraźnię.

– Dobrze… Eleonoro. Jak test będzie gotowy, to wyślę kogoś, by cię o tym powiadomił. – Dziewczyna skinęła głową, pożegnała się i wyszła. Przeszła przez korytarz i zatrzymała się pod salą historyczną. Niemal od razu została zasypana gradem pytań przez przyjaciółki.

– Opowiadaj! – rozkazała Alicja uśmiechając się konspiracyjnie. – Jaki jest, gdy inni uczniowie go nie obserwują? Składał ci niemoralne propozycje? – Eleonora zaśmiała się i pokiwała przecząco głową.

– Jest taki sam, jak na lekcji.

– Chłopcy prawie się popłakali, gdy wyszli z klasy – zaśmiała się Natalia. – Już obstawiają, kto będzie powtarzał rok.

– Pewnie ja – westchnęła Gabriela. – Moja matematyka jest gorsza, niż gimnazjalisty. Powinni byli mnie wrócić do czwartej klasy podstawówki.

– Bez przesady. Umiesz ją tak samo, jak ja. Zresztą, mamy w grupce matematycznego geniusza – zakpiła Alicja z uśmiechem.

– Raczej matematyczną desperatkę. Kto normalny z własnej woli chodzi na kółko z matmy?!

Eleonora uśmiechnęła się delikatnie. – Widocznie jestem desperatką i geniuszem w jednym. – Nagle poczuła dłoń na ramieniu. Obróciła się i zobaczyła historyczkę.

– Jak zadzwoni dzwonek, to otworzysz drzwi i wejdziecie do klasy, dobrze?

– Dobrze… – Eleonora wzięła klucze, a nauczycielka oddaliła się. Natalia rozejrzała się po korytarzu i po czym uśmiechnęła się i przygryzła wargę.

– Wracając do naszego kochanego matematyka… Też macie wrażenie, że coś jest z nim nie tak?

– Możemy już przestać o nim gadać? – jęknęła Gabriela, krzywiąc się. – Mam go dość już po pierwszej lekcji.

– Nie możemy, bo ja już wymyśliłam, jak mogę dowiedzieć się o nim czegoś więcej – rzekła tajemniczo Alicja. – A przynajmniej będę próbować. – Eleonora spojrzała podejrzliwie na przyjaciółkę. Ta tylko uśmiechnęła się w odpowiedzi. Zadzwonił dzwonek. Eleonora otworzyła drzwi i weszła do klasy, do której po kilku minutach przyszła nauczycielka…

*

Eleonora pożegnała się z przyjaciółkami i ruszyła pieszo w stronę domu. Oczywiście mogła jechać autobusem, ale wychodziła z założenia, że dwa i pół kilometra jest względnie krótkim dystansem. Z daleka zobaczyła, jak Natalia i Gabriela wsiadają do samochodu ojca pierwszej z nich. Eleonora już dawno zrobiła sobie prawo jazdy, ale póki co nie miała środków na zakup auta. Dziewczyna przeszła przez ulicę, wsłuchując się w dźwięk odjeżdżających samochodów. W duchu ucieszyła się, że zakupy ma już zrobione, bo nie miała najmniejszej ochoty po raz kolejny wychodzić z domu tego dnia. Gdy była przy drzwiach, zauważyła, że ktoś przyjechał do sąsiada. Samochód zatrzymał się, po czym kierowca zgasił silnik. Drzwi auta otworzyły się, a z wrażenia Eleonorze z ramienia spadła torba…

– To pan?!

*

Adam obrócił się, słysząc znajomy głos. Po drugiej stronie ulicy stała Eleonora, a wyraz jej twarzy był mało inteligentny. Zaraz się zreflektowała i zdecydowanym krokiem ruszyła w jego stronę. Niepewnie uśmiechnęła się, po czym założyła kosmyk brązowych włosów za ucho.

– Przepraszam, że się zapytam, ale… czy to jest pański dom? – Mężczyzna podążył wzrokiem za spojrzeniem uczennicy, po czym skinął głową.

– Wydaje mi się, że mój.

– Ale przecież… – zacięła się, po czym walnęła dłonią w czoło. – No nie wierzę!

– Czy coś nie tak? – spytał nauczyciel, unosząc brew. Eleonora machnęła ręką.

– Tak… To znaczy niezupełnie… Wyciągnęłam błędne wnioski i… lubi pan może ciasto czekoladowe? – Matematyk spojrzał na aktówkę, trzymaną w dłoni, a następnie na uczennicę, której policzki zaczerwieniły się.

– Mam dużo pracy. Poza tym…

– Mogę panu przynieść kawałek – odparła, starając się zachować pozory obojętności. Udawać dobrą gospodynię ci się zachciało. Zaraz uzna cię za jakąś napastliwą gówniarę.

– No dobrze… – Nie zorientował się, kiedy znalazła się za drzwiami swojego domu. Oparł się o samochód i odłożył aktówkę. Eleonora wydawała się być… ciekawą osobą. Póki co, tylko ona zapisała się na zajęcia dodatkowe. Uśmiechnął się, widząc przed oczami miny nowych uczniów tuż po zakończeniu jego przemowy. Może i ich wystraszył, ale Adam wyszedł z założenia, że aby zapanować nad klasą, trzeba pokazać, kto tak naprawdę tam rządzi. Z zamyślenia wyrwało go ciche chrząknięcie.

– Bardzo proszę. – Westchnął ciężko, widząc ogromny kawałek ciasta czekoladowego. – Niech pan to weźmie, bo długo tego nie utrzymam.

– I ja mam to niby zjeść? – Widząc zrezygnowane spojrzenie dziewczyny, dodał: – Jak chcesz, żebym ja zjadł to sam? Tu potrzeba przynajmniej trzech osób.

– Widzi pan, jak się dla pana starałam? – rzuciła ironicznie. Podała mężczyźnie tacę z ciastem i ponownie założyła kosmyki włosów za uszy. – Muszę iść. Lekcje wzywają.

– Zadali wam pracę domową pierwszego dnia?

– Dziwi to pana? – zapytała, a w jej głosie pobrzmiewało rozbawienie. – Jestem pewna, że gdybyśmy zaczęli dzisiaj temat, pan również by coś zadał, mam rację?

– Być może – przyznał niechętnie. Eleonora uśmiechnęła się, po czym odchrząknęła.

– To ja już pójdę. Życzę panu miłej pracy.

– Wzajemnie i… do jutra. – Dziewczyna uśmiechnęła się ponownie, po czym obróciła się i ruszyła w kierunku swojego domu. Mina Adama diametralnie się zmieniła. Otworzył drzwi i wszedł do kuchni. Odłożył ciasto na blat i wrócił po aktówkę, którą zostawił przy samochodzie. Niemal od razu skierował się do gabinetu i westchnął. To będzie bardzo ciężki rok…

*

Eleonora uśmiechnęła się i zadzwoniła do przyjaciółek. Niestety Natalia była zajęta i nie mogła odebrać, za to Gabriela i Alicja nie mogły się już doczekać. Prawdą było, że zwykle to one musiały kontaktować się z Eleonorą jako pierwsze, co utwierdzało je w przekonaniu, iż informacje, które zaraz usłyszą, będą niezwykle interesujące.

– Nasz nauczyciel jest moim nowym sąsiadem.

Przez chwilę odpowiadała jej cisza. I nagle w całym pokoju rozległy się dziewczęce piski.

– O matko, ale masz szczęście! – zachichotała Alicja. – Ciągnie swój do swego! – Eleonora pokręciła głową niedowierzająco, lecz nie mogła pozbyć się delikatnego uśmiechu z twarzy. – Będziesz mogła przypadkiem na niego wpaść i lepiej go poznać!

– Ja nie jestem bohaterką jakiejś głupiej telenoweli, żeby się tak zachowywać. Nie potrzebuję go poznawać.

– Idziecie na trening do chłopaków? Pojutrze o piętnastej, muszę zawieźć tam brata…

– Ja idę! – pisnęła Alicja. – Może wreszcie kogoś poznam. Myślicie, że powinnam się jakoś szczególnie ubrać?

– Wystarczy sportowy dres – powiedziała Eleonora z uśmiechem. – Jak jakiś chłopak będzie chciał cię poznać, to choćbyś wyskoczyła nago na boisko, to podejdzie i się zapyta o numer telefonu, czy coś…

– Jaka znawczyni od związków się znalazła – rzuciła ironicznie Gabriela. – Ciekawa jestem, dlaczego, skoro tak się na tym wszystkim znasz, sama nie masz nikogo.

– Pff, czy ty próbujesz mnie właśnie sprowokować do przyjścia? – Gabriela pokazała dziewczynom język i nagle jej ekran zaciął się. Eleonora zaśmiała się głośno i szybko zrobiła zrzut ekranu. – Dobra, dziewczyny, lecę, bo muszę się pouczyć.

– Mhm, wszyscy wiedzą, że będziesz chciała wyrobić sobie opinię u Adaśka.

– Głupia – prychnęła Eleonora. – To do jutra!

– Do jutra. Pamiętaj, że matematyka jest jutro pierwszą lekcją! – Eleonora wyłączyła komputer i zaśmiała się cicho. Wariatki. Ale moje wariatki…

3

Eleonora siedziała przy klasie numer trzy i oczekiwała nadchodzącej lekcji. Obserwowała, jak jej koledzy z klasy siedzą z nosami w podręcznikach, próbując sobie przypomnieć materiał z poprzedniego roku. Dziewczyna pokręciła głową i przymknęła oczy. Mogłaby ich uświadomić, że to im nic nie pomoże, jednak mówiąc to, wyszłaby na dziwaczkę, wariatkę, a w najgorszym wypadku wykluczyliby ją z klasowej społeczności i stałaby się jednym ze szkolnych wyrzutków.

– Bardzo przepraszam, że przeszkadzam, ale szkoła to nie jest miejsce na odsypianie nieprzespanych nocy – Eleonora uchyliła powiekę i uśmiechnęła się, widząc przed sobą nauczyciela matematyki. Kątem oka spostrzegła, że przygląda im się kilka osób. Wstała z zajmowanego miejsca i spojrzała w brązowe tęczówki.

– Zgadzam się z panem w zupełności. Chciałam jednak zastrzec, że ja wcale nie spałam, a jedynie rozmyślałam z zamkniętymi oczami. – Uniosła kącik ust. – Co więcej, muszę powiedzieć, że dzisiejszej nocy spało mi się bardzo dobrze, przez co nie mam czego odsypiać. – Matematyk przez chwilę przyglądał się Eleonorze, po czym podszedł do drzwi i otworzył klasę.

– Zatem, skoro jest pani gotowa do pracy, zapraszam na lekcję.

– Ale jeszcze nie było dzwonka! – zaoponował Jakub. Kilka osób pokiwało głowami z aprobatą dla słów chłopaka. Nauczyciel skierował się do klasy i przystanął w wejściu.

– Zostańcie na korytarzu i uczcie się… Gwarantuję wam, że czytając podręcznikowe definicje niewiele zrozumiecie. Poza tym, nasza lekcja ewidentnie się przeciągnie. Nie chcecie współpracować, to wasza sprawa. – Wszedł do klasy, nie patrząc za siebie. Eleonora z zaciekawieniem patrzyła, jak jej koledzy wręcz wbiegają do sali. Ona sama powoli podniosła się z miejsca, zabrała torbę, po czym usiadła obok Gabrieli.

– Gabi, wszystko w porządku? Jesteś jakaś blada… – Dziewczyna pokiwała głową przecząco.

– Błagam… Zabierz mnie stąd… – Eleonora uśmiechnęła się i już miała odpowiedzieć, gdy przerwało jej znaczące chrząknięcie.

– Czy ja wam czasami nie przeszkadzam?

Dziewczyny zamilkły zaraz po tym, jak wydukały ciche przeprosiny. Karasiewicz odwrócił się do tablicy i zapisał temat: potęga o wykładniku rzeczywistym – powtórzenie wiadomości. Odłożył kredę na biurko i wytrzepał ręce. – Działania na potęgach nie powinny być wam obce, chociaż jakby ktoś nie pamiętał… Przy mnożeniu potęg o tych samych podstawach, wykładniki dodajemy. Przy dzieleniu, odejmujemy. Gdy mamy mnożenie potęg o tych samych wykładnikach, mnożymy podstawy i podnosimy do potęgi, z którą mieliście do czynienia. Podobnie z dzieleniem. Jeszcze kilka twierdzeń: każda liczba rzeczywista różna od zera, podniesiona do potęgi zerowej, jest równa jeden… Nadążacie? – Uczniowie patrzyli się na nauczyciela jak na kosmitę. Ten wywrócił oczami i westchnął. – Niczego się nie nauczyliście od pierwszej klasy? Ludzie, wy zdajecie maturę w tym roku.

– Wolałby pan, byśmy powiedzieli panu, że umiemy, a nie wiedzielibyśmy z tego nic? – spytała zaczepnie Natalia, na co mężczyzna zmrużył powieki.

– Wolałbym, żebyście umieli chociaż podstawy, bo jeszcze chwila i będziemy musieli cofnąć się do podstawówki. – Ponownie wziął kawałek kredy i zaczął zapisywać wzory na tablicy.

Eleonora postawiła ostatnią kropkę i zerknęła na nauczyciela. Nie patrzył on na uczniów, a swoją uwagę całkowicie skupił na tym, co działo się za oknem. Nagle jego twarz spoważniała, a Eleonora miała wrażenie, że przemknął po niej mroczny cień.

– Skończyłem – krzyknął Jakub, odkładając długopis. Eleonora drgnęła i dostrzegła podobną reakcję u Karasiewicza.

– To… wszyscy już są gotowi? – kilka osób kiwnęło głowami. Nauczyciel wziął do rąk zbiór zadań i zapisał na tablicy jeden z przykładów. – Kto na ochotnika? – W klasie zrobiło się ciszej niż wcześniej. Karasiewicz westchnął ciężko. – Współpracujcie ze mną, bo inaczej sam będę wyznaczał osoby. Kto idzie do tablicy?

– Eleonora, idź, błagam cię – szepnęła Gabriela, zaciskając dłonie w pięści.

– Widzę, że mamy pierwszą ochotniczkę. Zapraszam. – Gabriela zbladła jeszcze bardziej, chociaż Eleonora myślała, że jest to niemożliwe. Ciszę przeciął głośny dźwięk odsuwanego krzesła, a następnie drżący oddech jednej z uczennic. – Nie chcę nic mówić, ale nie mamy całego dnia. – Gabriela wreszcie doszła do tablicy, wzięła kawałek kredy w dłoń, uniosła rękę i… niemal natychmiast ją opuściła.

– Nie umiem tego zrobić. – Eleonora oblizała usta i czekała na to, co miało się wydarzyć. Karasiewicz przysunął się do Gabrieli i zaczął powoli objaśniać przykład. Krok po kroku, jakby tłumaczył dziecku coś naprawdę oczywistego. – Już chyba rozumiem… – Gabriela zapisała wynik i z wyraźnym przerażeniem w oczach spojrzała na nauczyciela.

– Jak widać, to nie jest takie trudne. – Uczennica stojąca przy tablicy otworzyła usta.

– To na pewno jest dobrze?

– Wątpisz w moje kwalifikacje? – Gabriela pokręciła głową, odłożyła kredę i bez słowa skierowała się w stronę ławki. – Teraz następny ochotnik. Michał, zapraszam do tablicy.

– Mówiłam ci, że nie będzie źle… – szepnęła Eleonora z uśmiechem. – Dobrze sobie poradziłaś.

– Weź nawet nie mów. Myślałam, że się na niego zrzygam. – Natalia, przysłuchująca się rozmowie przyjaciółek parsknęła śmiechem, na co nauczyciel posłał jej ostrzegawcze spojrzenie. – Jeszcze pół godziny… Dlaczego?!

– Radziłbym wam się skupić, bo za dokładnie dwie lekcje napiszecie z tego króciutką kartkóweczkę – Gabriela jęknęła, podobnie jak pół klasy, zaś Eleonora dostrzegła błysk rozbawienia w oczach nauczyciela. Zobaczymy, kto będzie cieszył się ostatni.

*

– Mamo, nie mogę teraz rozmawiać! Robię spaghetti i muszę odcedzić makaron! – powiedziała Eleonora, starając się utrzymać telefon między uchem a ramieniem. – Nie możesz zadzwonić później?

– W nocy będę u pani Janson. Jej rodzina wyjechała na urlop i nie ma się nią kto zająć – rzuciła Katarzyna z wyraźną odrazą w głosie. – Nie poparz mi się tylko!

– Jak będziesz mi się drzeć do ucha, to z pewnością się poparzę! – Dziewczyna dokończyła przyrządzać makaron i wymieszała go z sosem pomidorowym. – Mmm… Ale to pachnie!

– Nie prowokuj mnie, Eleonoro. – Nagle, dziewczyna usłyszała, że ktoś puka do drzwi. – Kto przyszedł?

– Nie wiem, ale informuję cię, że się rozłączam i zadzwonię później.

– El, czy ty masz chłopa… – Eleonora rozłączyła się i odłożyła telefon na blat. Przeczesała włosy palcami, a następnie podeszła do drzwi. Widząc, kto przyszedł, delikatnie uchyliła usta.

– To pan…

*

Adam wrócił do domu po ciężkim dniu w pracy i odruchowo skierował się w stronę gabinetu. Odłożył na podłogę aktówkę i usiadł na krześle przy biurku. Sam nie wiedział, po co nosi tą teczkę ze sobą, skoro nie ma tam nic, prócz dwóch długopisów i jednego szesnastokartkowego zeszytu. Od pewnego czasu czuł się przytłoczony swoim życiem. Zmiana miejsca zamieszkania, pracy, a co najbardziej drastyczne – zerwanie wszelkich kontaktów z ludźmi, których dawniej nazywał przyjaciółmi spowodowały, że w chwili obecnej nie umiał stwierdzić, kim się stał. Samotność go przytłaczała, a pusty dom nie był tym, o czym marzył.

Powoli wstał i ruszył do kuchni. Otworzył lodówkę i zaraz ją zamknął, nie znajdując tam niczego nadzwyczajnego. Jego wzrok powędrował na stół, gdzie leżał talerz jego sąsiadki. Chyba trzeba go jej zwrócić… Wyszedł z domu i przeszedł przez ulicę. Kilka budynków dalej odbywało się jakieś przyjęcie, bo z daleka można było usłyszeć głośne śmiechy i muzykę. Mężczyzna stanął przed drzwiami i zapukał. Nie czekał nawet minuty, gdy roześmiany wzrok uczennicy spoczął na jego osobie.

– To pan…

Nie wiedział dlaczego, lecz miał wrażenie, że Eleonora spoważniała zaraz po tym, jak zorientowała się z kim ma do czynienia.

– Zawsze będziesz wypowiadać te słowa, gdy mnie spotkasz? Tak, to ja. – Nie mógł się powstrzymać przed użyciem wrednego tonu, jednak dziewczyna wyglądała na niewzruszoną.

– To chyba taki odruch… – Uśmiechnęła się. – Wejdzie pan? Właśnie zrobiłam spaghetti.

Eleonora uśmiechnęła się, widząc walkę, jaką nauczyciel toczył sam ze sobą. Oparła się o framugę i czekała, aż ten wreszcie podejmie decyzję. Może i to trochę niestosowne, by uczennica zapraszała profesora na obiad, ale nie miała w planach go uwodzić, a jedynie poczęstować. Mężczyzna pokręcił przecząco głową.

– Dziękuję, ale już zjadłem u siebie. Przyszedłem jedynie oddać ci talerz. – Wcisnął naczynie nastolatce do rąk, odwrócił się na pięcie i ruszył w kierunku swojego domu. Usłyszał za plecami głos uczennicy:

– Chociaż panu smakowało?

Po krótkiej chwili namysłu, odwrócił się ku dziewczynie i odpowiedział:

– Nie było złe.

*

Masz jedną nieprzeczytaną wiadomość od: Ala

Hej. Dzisiaj mnie nie będzie. Źle się czuję i mama pozwoliła mi zostać w domu… Niestety, nie będę mogła przyjść na trening… Musicie radzić sobie same 😉

Eleonora odłożyła telefon i z cichym jękiem ponownie rzuciła się na łóżko. To był jeden z tych dni, kiedy nic jej się nie chciało. Musiała jednak wstać i iść na lekcje. Nie chciała zawalać szkoły przez nieobecności, przynajmniej nie w pierwszym tygodniu. Po dziesięciu minutach zwlekła się z łóżka i skierowała się do łazienki. Przez niewielkie okno zobaczyła jakiegoś człowieka, który był poganiany przez wiejący wiatr i padający deszcz. Uroki wrześniowych dni…

Eleonora wyszła z domu i mocniej naciągnęła czapkę na uszy. Przez chwilę nie mogła oddychać – tak intensywnie wiało. Zamknęła drzwi i szybkim krokiem zmierzała w stronę przystanku. Nagle zagrzmiało. Eleonora podskoczyła i przez moment miała ochotę zawrócić. Co jak co; niczego tak się nie obawiała jak burzy. Odwróciła się i zrobiła krok w przód, gdy jeden z pędzących samochodów zatrzymał się tuż obok niej. Dziewczyna podeszła bliżej auta. Drzwi otworzyły się, a nastolatka odetchnęła, gdy zobaczyła matematyka.

– A ty, gdzie się wybierasz? Wchodź; chyba zmierzamy w tym samym kierunku. – Eleonora w pierwszym odruchu chciała odmówić, lecz zagrzmiało ponownie. Uczennica niemal wbiegła do samochodu mężczyzny. – Wracałaś do domu?

– Niczego się tak nie boję, jak burzy – wyznała cicho. Zdjęła kaptur i rozejrzała się dyskretnie, zatrzymując wzrok na nauczycielu. – Okropna ta pogoda…

– Zaiste – odburknął. Eleonora poczuła się niezręcznie. Siedziała w samochodzie ze swoim nauczycielem i jechała z nim do szkoły. To było… dziwne. Nagle, tuż nad szkołą ukazała się błyskawica, a następnie zagrzmiało, przez co nastolatka pisnęła. Przypominając sobie, że nie jest sama, odchrząknęła i spuściła wzrok.

– Przepraszam – mruknęła, wpatrując się w widok za oknem. Może gdyby spojrzała na nauczyciela, zobaczyłaby delikatny uśmiech na jego twarzy.

Resztę drogi pokonali w ciszy. Gdy tylko samochód zatrzymał się, Eleonora wyskoczyła z niego jak poparzona, wypowiadając na szybko jakieś podziękowanie. Adam pokręcił głową niedowierzająco, po czym zamknął auto i ruszył w stronę szkoły, a jedynymi jego towarzyszami były wiatr, deszcz i pioruny.

*

Eleonora siedziała na lekcji języka polskiego i walczyła z chęcią uśnięcia na ramieniu Natalii. Nauczycielka była kobietą po pięćdziesiątce i sposób jej wysławiania się, był wprost proporcjonalny do jej wieku. Dawniej, język polski był ulubionym przedmiotem dziewczyny… Do czasu, aż nie trafiła do tego liceum. Eleonora usłyszała cichy jęk i spojrzała z ukosa na przyjaciółkę.

– Ale mnie boli kręgosłup – mruknęła czarnowłosa, krzywiąc się na twarzy.

– Starość nie radość – zaśmiała się Eleonora, na co przyjaciółka obrzuciła ją oburzonym spojrzeniem.

– Jak chcesz, mogę cię wymasować – odezwał się Jakub. Dziewczyny odwróciły się, przy czym jedna miała mord w oczach, a druga uśmiechała się przebiegle.

– Wiesz, Kuba – zaczęła Eleonora – nie sądziłam, że będziesz w stanie opuścić swojego właściciela. Michał…! – pomachała do chłopaka, który uniósł brew pytająco. – Jak mogłeś spuścić pieska ze smyczy? Teraz będzie zaczepiał ludzi, a przecież nie zrozumie, że jest niepożądany w towarzystwie. – Jakub prychnął i pokręcił głową.

– Za tydzień będziemy omawiać „Sklepy cynamonowe” Brunona Schulza. Radzę się przygotować, bo zrobię wam test z lektury. – Krzyknęła nauczycielka. Zadzwonił dzwonek i uczniowie ruszyli biegiem do wyjścia. Eleonora wyszła z klasy i była już na korytarzu, gdy poczuła czyjąś dłoń na swoim nadgarstku.

– Wolisz dalmatyńczyki, pekińczyki czy jakieś inne pieski? – spytał Jakub, a na jego twarzy błąkał się cwany uśmieszek.

– Dlaczego pytasz?

– Bo jeśli umówisz się ze mną na randkę, to chętnie zmienię właściciela – odparł poważnie chłopak, na co Eleonora wybuchła gromkim śmiechem. Jakieś pierwszoklasistki spojrzały na nią, jak na wariatkę, ale mało ją to obchodziło. Gdy wreszcie się opanowała, spojrzała chłopakowi prosto w oczy i z całą powagą, na jaką było ją stać, odpowiedziała:

– Nigdy w życiu się z tobą nie umówię. – Następnie puściła mu oczko, odwróciła się i zajęła się rozmową z przyjaciółkami. Nie widziała ironicznego uśmieszku, który wpłynął na twarz kolegi.

– Jeszcze zobaczymy.

4

Ku rozpaczy męskiej części grona uczniowskiego oraz kilku fanek drużyny piłkarskiej, trening został odwołany. Prawdą było jednak, że Eleonora wcale nie miała ochoty na obserwowanie spoconych, rozwydrzonych, niewyżytych facetów. Wolała spędzić czas siedząc w samotności, przed kominkiem z kubkiem gorącej czekolady i książką. Nudne? Być może… Lecz właśnie to była prawdziwa Eleonora. Nastolatka po uszy zakochana w książkach, niepoprawna romantyczka, wierna swoim ideałom oraz przekonaniom.

Czwartek minął dziewczynie jak każdy inny dzień, za to piątek…

Eleonora uniosła wzrok znad ekranu telefonu i spojrzała w oczy jakiejś dziewczyny, zapewne pierwszoklasistki, którą znała wyłącznie z widzenia.

– Karasiewicz powiedział, żebym ci przekazała, że masz do niego przyjść. – powiedziała blondynka na jednym wydechu. Eleonora skinęła głową. – Teraz – dodała dziewczyna. – Jak coś, jest w swojej sali. – Maturzystka westchnęła cicho i ruszyła w stronę klasy. Zapukała do drzwi i gdy usłyszała: „zapraszam”, weszła do środka. Nauczyciel stał przed biurkiem, a w jego oczach zobaczyła wredny błysk. Będą kłopoty…

– Dobrze, że już przyszłaś. Usiądź gdzieś, byle sama i zaraz zaczniemy. – Eleonora uniosła brew i powoli skierowała się w stronę jednej z ławek. – Jak zapewne wiecie, jeszcze w tym tygodniu miałem zorganizować konkurs, który zadecydowałby, kto dołączy do koła z matematyki. I właśnie teraz nadeszła ta chwila. – Nauczyciel zgarnął testy z biurka i zaczął rozdawać je uczniom. – Miałem poinformować was wcześniej, ale cóż… nie wyszło. – Eleonora podziękowała cicho, gdy kartki pojawiły się na jej ławce i szybko przekartkowała arkusz. Nie powinno być źle. – Zanim rozpoczniecie, wyjaśnimy sobie kilka spraw. Zacznę od tego, dlaczego nie przyjmę was wszystkich. Wyrażacie chęć uczestniczenia w moich zajęciach; powinienem być zadowolony… A jednak z doświadczenia wiem, że po kilku godzinach się wam to znudzi. Będziecie szukać wymówek i uciekać z lekcji. – Mężczyzna oparł się o biurko. – Przyjmę na te zajęcia najlepszych. Macie uzyskać TYLKO sześćdziesiąt procent. Uwierzcie mi, test nie jest łatwy. Na jego rozwiązanie macie trzy godziny zegarowe. Zostaliście zwolnieni z zajęć u innych nauczycieli, więc tym nie musicie się martwić. – Nauczyciel usiadł na swoim krześle i wyjął jakieś papiery z szafki. – I jeszcze jedno: nie radzę wyciągać telefonów, bo możecie ich później nie zobaczyć przez długi czas.

Zadanie pierwsze:

Wymień i objaśnij, na czym polegają trzy starożytne problemy starożytnej matematyki greckiej.

Eleonora wzięła głęboki oddech i wzięła się do pracy. Cały ten test nie okazał się być jakiś okropnie trudny do czasu, aż dziewczyna nie trafiła na zadanie trygonometryczne. Eleonora sapnęła ze zdenerwowania i mocniej zacisnęła dłoń na długopisie. Co teraz?

– Zostały wam jeszcze trzy minuty. Podpiszcie się, sprawdźcie odpowiedzi i oddajcie arkusze – poinformował uczniów nauczyciel. Eleonora westchnęła. No cóż… próbowałaś. Podpisała pracę i odsunęła ją od siebie na drugi koniec ławki. Gdy wreszcie zadzwonił dzwonek, wzięła torbę i jako pierwsza wyszła z klasy. Cholera, to nie tak miało być!

*

Weekend zaczął się dla Eleonory wczesną pobudką. Dziewczyna otworzyła drzwi, słysząc natarczywe pukanie i zdziwiła się, widząc starszą sąsiadkę. Kobieta weszła do środka, niemal taranując nastolatkę i usiadła na kanapie, wachlując się dłonią.

– Wszystko dobrze, proszę pani? Może podać wody? – Staruszka pokiwała przecząco głową i przywołała nastolatkę ręką. Eleonora usiadła na kanapie, rozglądając się za telefonem, w razie gdyby miała dzwonić po pogotowie.

– Chyba się zakochałam! – wydukała wreszcie starsza kobieta, na co maturzystka uśmiechnęła się.

– To dobrze… prawda?

– Och, oczywiście, że dobrze! – odparła sąsiadka, waląc pięścią w kanapę. – To fantastyczny facet! Przystojny i romantyczny! A w dodatku gentelman!

– Zatem w czym ma pani problem? – Eleonora oplotła nogi rękami i ułożyła się wygodniej. Sąsiadka westchnęła.

– Bo chyba jestem za stara za miłość. Wiesz, on jest sporo młodszy… – Nastolatka wypowiedziała tylko jedno słowo:

– Ile?

– Nie wiem. Trzydzieści lat? Może trochę więcej? – Eleonorze zakręciło się w głowie. No… to dopiero była różnica wieku.

– Fakt. To może być spora przeszkoda… – powiedziała nieśmiało nastolatka. – A znam go?

– Znasz – odparła cicho sąsiadka. – To nasz nowy sąsiad.

*

Eleonora odprowadziła sąsiadkę do drzwi. Dopiero, gdy dziewczyna upewniła się, że staruszka jej nie usłyszy, wybuchła gromkim śmiechem. Z jednej strony Eleonorze było głupio, iż wyśmiewa się z uczuć starszej kobiety… Z drugiej jednak nie mogła się powstrzymać. To była jakaś komedia! Brązowowłosa weszła do kuchni i zrobiła sobie dwie kanapki na śniadanie. Usiadła przy stole i zaczęła w ciszy jeść. Trzydzieści lat różnicy. Całkiem sporo. Gdyby mama o tym usłyszała, pewnie powiedziałaby, co myśli o takich związkach.

Co do związków – Eleonora miała jednego chłopaka – między trzecią a czwartą klasą podstawówki. Miał na imię Mateusz i według niej – był całkiem przystojny. Pierwszy raz pocałowali się w pokoju dziewczyny. To był zwykły buziak, po którym oboje stwierdzili, że jest to wyjątkowo obleśne. Dwa tygodnie od pamiętnego pocałunku, Mateusz przyniósł Eleonorze pierścionek. Podarował jej go w garażu, co dziewczyna uznała za niezwykle oryginalne i urocze.

Pewnego dnia, Mateusz zabrał Eleonorę do kawiarni i zamówił jej jeden z najlepszych deserów, przy czym sam za niego zapłacił. Później pojechali na rowerach do jego mieszkania, obejrzeli „Herkulesa” i wtedy nastąpił pamiętny buziak numer dwa.

Ta historia może zakończyłaby się happy endem, gdyby nie fakt, że z każdym dniem Mateusz stawał się dla Eleonory coraz bardziej irytujący. Codziennie pytał się jej, czy wszystko w porządku, dlaczego jest smutna. W końcu nie wytrzymała i z nim zerwała.

I tak była singielką aż do teraz. Oczywiście, mogłaby umówić się z Jakubem, ale chłopak był zbyt nachalny i pewny siebie. Potrzebowała stabilizacji i wątpiła, by on mógł jej ją zapewnić.

Eleonora strzepała okruszki chleba z koszulki na stół, a następnie wzięła ścierkę i zaczęła czyścić kuchenne blaty. W tygodniu nie miała czasu na sprzątanie. Oczywiście na bieżąco myła naczynia, ścieliła łóżko, ale na mycie okien, czy ścieranie kurzy nie mogła sobie pozwolić codziennie. Miała też inne obowiązki. Omal nie dostała zawału, gdy zadzwonił jej telefon. Nie odkładając ścierki, odebrała.

– El, szykuj się, bo wychodzimy na miasto! – W głowie zadźwięczał jej głos Alicji.

– A ty się już dobrze czujesz? Bo jak dobrze pamiętam, jakieś dwa dni temu nie było cię w szkole.

– Aaa, to nic! Nie ważne! Jestem cała i zdrowa, dlatego szykuj się i wychodzimy! – Eleonora westchnęła.

– Nie mogę. Mam obowiązki. Mieszkam sama, nie pamiętasz? Nikt za mnie tego nie zrobi. – Głos w telefonie ucichł, a Eleonora pomyślała, że udało jej się skutecznie spłoszyć przyjaciółkę. – Ala, jesteś tam?

– Szykuj się. Będziemy za pięć minut.

*

Eleonora usłyszała, że ktoś wali do drzwi. Była prawie pewna, iż to jej przyjaciółki. I tym razem nie pomyliła się. Dziewczęta weszły do środka i uśmiechnęły się szczerze do koleżanki.

– To gdzie masz ten odkurzacz? – Eleonora wpatrywała się zdziwiona w Natalię, by następnie uśmiechnąć się od ucha do ucha.

– Wiecie, że możecie iść beze mnie?

– O tak, już wychodzę. – Alicja skierowała się do drzwi, by następnie zawrócić i wskazać palcem na Eleonorę. – Albo dajesz mi ściereczkę, albo cię spalę. Zobaczysz, zrobię to, jeśli z nami nie pójdziesz. – Dziewczyny nie wytrzymały długo i roześmiały się. Alicja, nie tracąc czasu, wyrwała ścierkę z rąk Eleonory, Natalia zajęła się myciem naczyń, a Gabriela wyciągnęła szczotkę i zaczęła zamiatać podłogę. Uśmiech, jaki rozjaśnił twarz brązowowłosej mógł przyćmić blask niejednej gwiazdy.

*

Wsiadły do auta Natalii i wyruszyły do sąsiedniej miejscowości. Nie wiedziały nawet, kiedy wpadły do centrum handlowego. Sklepy, sklepy, sklepy! Gabriela i Alicja wpadły w zakupowy szał, za to Natalia i Eleonora trzymały się na uboczu.

– Boże, dziewczyny, patrzcie na to! – Ala pokazała przyjaciółkom niebieską sukienkę z czarnym paskiem na poziomie talii, a te skomentowały jej wybór uśmiechami i skinieniami głowy.

– Przymierz ją! – Dziewczyna zniknęła za kotarą, a Eleonora zaczęła rozglądać się za czymś dla siebie. Koszul miała sporo… spodni również… I nagle, pośród długich sukienek, dziewczyna znalazła coś, co przykuło jej uwagę. Przesunęła dłonią po koronkowym materiale i zatrzymała się na posrebrzanym pasku.

– A co to za cudo? – Gabriela znalazła się tuż za plecami przyjaciółką i pożerała wzrokiem kreację, trzymaną przez nią w rękach. – Mogę zobaczyć?

– Jasne – odparła niepewnie Eleonora. Sukienka jej się podobała, lecz była pewna, że na Gabrieli wyglądałaby dużo lepiej. Na niej wszystko wygląda lepiej.

– No cóż… Nie mój rozmiar. Szkoda. – Gabriela rzuciła sukienkę Eleonorze, a ta ledwo ją złapała. Rozejrzała się po wnętrzu sklepu i zobaczyła, że Alicja i Natalia stoją przy przymierzalni.

– Wyglądasz olśniewająco! – rzuciła Eleonora do blondynki, zmierzając ku przymierzalni z sukienką w rękach.

– A ja widzę, że ty też coś upolowałaś. Właź do przymierzalni i pokazuj, co tam masz!

Dziewczyny rozeszły się ponownie po całym sklepie, tylko Natalia stała w miejscu. Jej wszystkie ubrania były czarne i to nie miało się zmienić przez najbliższe lata. Poprzysięgła sobie, że w życiu nie założy niczego różowego, a na jej pogrzebie puszczą Bohemian Rapsody. Odwróciła się w stronę przymierzalni i czekała, aż przyjaciółka wreszcie raczy z niej wyjść. Jednocześnie wsłuchiwała się w cichą melodyjkę, która – zamiast powodować, że zakupy będą bardziej przyjemne, skrajnie ją irytowała. Kiedyś czytała artykuł o muzyce w sklepach. Szybka miała powodować, że ludzie będą pędzić między regałami i szybciej wyjdą z pomieszczenia. Wolna muzyka powodowała, iż poruszali się oni wolno, więcej wrzucając do koszyków. Wszędzie propaganda i pranie ludzkich mózgów! Nagle zasłona odsunęła się, co Natalia skwitowała krótkim: wreszcie!

– A niech to…! – Eleonora podrapała się po policzku i spojrzała niepewnie na przyjaciółkę.

– Tak źle?

– Bierz ją i nawet się nie zastanawiaj! Jesteście piękne, ty i ta suknia! – Eleonora zaśmiała się i weszła do przymierzalni, a Natalia z rozbawieniem wpatrywała się w Alicję i Gabrielę, które kłóciły się o biały top.

– Mogę w czymś pani pomóc? – zaskoczona brunetka spojrzała na młodego blondyna o ciemnozielonych oczach. – Może mógłbym w czymś pani doradzić?

– Nie sądzę – odparła chłodno dziewczyna. – Jestem tu wyłącznie w celach doradczych i nie mam zamiaru niczego kupować.

– Nie pasuje pani oferta naszego sklepu, czy też z góry założyła pani, że niczego nie kupi bo tak? – Natalia uniosła brwi, a kącik jej ust lekko zadrgał.

– Sądzę, że oba powody są równie adekwatne do sytuacji. Za to pan obrał sobie za punkt honoru wciśnięcie mi jakiegoś tandetnego skrawka materiału, czy też liczy pan na podwyżkę, spowodowaną zwiększeniem liczby stałych klientów sklepu? – Blondyn uśmiechnął się i spojrzał w oczy dziewczyny.

– Po pierwsze, nasze ubrania nie są tandetne. Szyją je prywatni przedsiębiorcy, którzy dzięki sieci naszych sklepów, z łatwością mogą się wybić. A po drugie, jeśli chodzi o podwyżkę… nie potrzebuję jej. Jestem kierownikiem tej placówki.

– Jeżeli jakość waszych wyrobów jest równie wysoka, co pańskie aspiracje, to długo nie przetrwacie w tej branży. – Eleonora wyszła z przebieralni i zacisnęła usta w wąską linię. Z trudem powstrzymywała się od wybuchnięcia śmiechem. Natalia była cudowna. Miała cięty język i szybciej mówiła, niż myślała, ale według jej przyjaciółek były to zalety, nie wady. Dziewczęta wyszły ze sklepu, lecz zanim to zrobiły, usłyszały głos młodego mężczyzny.

– Mam nadzieję, że jeszcze panie tu zawitacie. – Skierował wzrok na Natalię, a jego spojrzenie wręcz krzyczało: zwłaszcza ty.

– Z pewnością tu zajrzę, jeśli wprowadzi pan do tego sklepu coś wartego uwagi – odparła Natalia z uśmiechem, po czym wyszła ze sklepu. Eleonora, nie mogąc się powstrzymać, zaśmiała się głośno i ruszyła śladem przyjaciółki, uprzednio się żegnając z rozbawionym sprzedawcą. Zdezorientowane Alicja i Gabriela wyszły zaraz za koleżankami i mimo ciekawości, nie zadawały zbędnych pytań. Eleonora jednak wiedziała swoje i była pewna, że ta historia, która właśnie się rozpoczęła, będzie miała interesujące zakończenie.

5

Eleonora przybyła do szkoły równo o ósmej, ubrana w wąskie jeansy, czarny sweterek, a na ręce miała bransoletkę z malutkim bursztynem w kształcie serca. Oczywiście mogła sobie pozwolić na coś, co w większym stopniu eksponowałoby jej figurę, lecz przez to niepotrzebnie zwróciłaby na siebie uwagę. Wolała pozostać w cieniu innych.

Kiedy przeszła obok stolików przy sali historycznej, spostrzegła, że oprócz niej i Alicji nikogo nie ma. Przywitała się z koleżanką, po czym przeszła do automatu i zamówiła sobie gorącą czekoladę. Dziewczęta, lekcje zaczynały od dziewiątej, więc szatynka śmiało mogła sobie pozwolić na chwilę relaksu. Gdy jakimś cudem odłożyła kubek na stolik nie roniąc przy tym ani kropli, usiadła i pochuchała poparzone palce. Alicja przeglądała notatki, jakie zrobiła na lekcję języka angielskiego, jednak co chwilę spoglądała na jakieś zdjęcia w telefonie.

Eleonora posłała przyjaciółce spojrzenie i uniosła kubek do ust. Poczuła intensywny smak czekolady, aż zabrakło jej słów. Przypomniała sobie, dlaczego tak bardzo ją uwielbiała. Przymrużyła oczy i delektowała się każdym łykiem. Odłożyła kubek na stolik i spojrzała na Alicję, która próbowała powstrzymać cichy chichot.

– Zostało ci trochę pianki. – Blondynka wskazała na okolicę górnej wargi, na co Eleonora wyciągnęła chusteczki i szybko starła pozostałość po napoju. Spojrzała pytająco na przyjaciółkę, a ta kiwnęła porozumiewawczo głową. – Umiesz na angielski? Bo ja się chyba zgłoszę. Będę miała z głowy.

– Dobrze wiesz, że nienawidzę angielskiego – syknęła szatynka. – Jak wchodzę do tej klasy, to dostaję jakiegoś ataku. Prędzej piekło zamarznie, niż zgłoszę się z własnej woli.

– Angielski to podstawa w dzisiejszym świecie.

– Przestań. Mówisz jak moja matka – mruknęła Eleonora, wpatrując się tępo w notatki, porozrzucane po całym stoliku. – Według niej popełniłam błąd samym pójściem na profil matematyczny. „Lepiej byś zrobiła idąc na językowy”. – Nie zauważyła, że jej słowa ociekają goryczą. Nie zauważyła również osoby, stojącej tuż za nią. Dopiero gdy Alicja zapatrzyła się na jakiś punkt za plecami przyjaciółki, ta obróciła się powoli i omal nie pisnęła, widząc za sobą nauczyciela matematyki. – Uhm… Dzień dobry…

– Na następnej przerwie chcę cię widzieć w mojej sali. – Odszedł. Eleonora z paniką w oczach spojrzała blondynkę.

– Ile słyszał?

– Myślę, że od „lepiej byś zrobiła idąc na językowy”. Chyba.

Może uzna, że mówiłam to o Ali? A może w ogóle nie słyszał, o czym mówiłam? Czyżbym popadała w paranoję?

– Ciekawe, czego chce – powiedziała Alicja, próbując zmienić temat. Eleonora jednak wyłączyła się i pogrążyła we własnych myślach. Nieświadomie stukała palcami o blat, jednocześnie przygryzając dolną wargę. Z pewnością nauczycielowi chodziło o ten konkurs, który pisali w piątek… Jaki był jego wynik? Eleonora miała jedynie nadzieję, że się nie zbłaźniła i napisała przynajmniej na pięćdziesiąt procent. – Halo, tu ziemia! Ocknij się, dziewczyno! Ja do ciebie mówię, a ty nie reagujesz!

– Zamyśliłam się – Eleonora wywróciła oczami. – Czego chcesz?

– Idziesz może w tym tygodniu na trening chłopaków? Bo nie chciałabym siedzieć tam sama… – Blondynka wydęła dolną wargę i spojrzała prosząco na przyjaciółkę. Eleonora uniosła kącik ust, wzruszyła ramionami, po czym wzięła do rąk kubek z czekoladą. Upiła łyk i ponownie przyjemne ciepło rozlało się po jej wnętrzu.

– Pożyjemy, zobaczymy.

*

Klasa matematyczna nie zmieniła się od poprzedniego roku prawie w ogóle. Pozostały wyblakłe, czerwone zasłony, porysowana tablica, uschnięte kwiatki w doniczkach oraz niewielka meblościanka, na której poukładane były papierowe prostopadłościany i ostrosłupy, a także metalowe szkielety figur. A jednak jakaś minimalna zmiana zaszła, bo Eleonora, siedząc i rozglądając się po pomieszczeniu, miała wrażenie, jakby widziała je po raz pierwszy.

Siedziała obok chłopaka z równoległej klasy. Miał na imię Marcin i był w klasie humanistycznej. Mimo że chodzili razem do szkoły prawie trzy lata, nie zamienili ze sobą jeszcze ani słowa. Dziwne? Możliwe, chociaż Eleonora nie miała najmniejszej ochoty zaczynać rozmowy. Od przyjaciółek słyszała, że chłopak uznaje się za króla szkoły tylko ze względu na to, że jego rodzice ją sponsorują. No cóż… ma się pieniądze, ma się wszystko.

Dziewczyny lgnęły do niego jak mrówki do cukru. Eleonora nie potrafiła jednak stwierdzić, czy to przez majątek chłopaka, czy też jego wygląd. Oliwkowa cera, zielone oczy… Oczy, które wpatrywały się w nią od dłuższego czasu.

– Uhm… Coś nie tak? – spytała, czując irytację przez samo obcesowe spojrzenie chłopaka, jakim ją obdarzył.

– Zastanawiam się, dlaczego jeszcze ze sobą nie rozmawialiśmy? Jestem pewien, że wiele nas łączy… – Marcin posłał szatynce zniewalający uśmiech, lecz ta skwitowała to jedynie cichym prychnięciem i odwróceniem wzroku. Poczuła, jak policzki zaczynają się jej czerwienić i w duchu przeklinała się za to. Nigdy nie czuła się pewnie w towarzystwie chłopców. Cóż, Jakub był pewnym wyjątkiem. Bardzo denerwującym wyjątkiem. – Słuchasz mnie?

– Zamyśliłam się. Przepraszam. – Cholera, co się dzisiaj ze mną dzieje?!

– Spoko – zaśmiał się chłopak. – Pytałem, czy chciałabyś gdzieś wyskoczyć? Dzisiaj albo jutro, ja się dostosuję. – Brwi Eleonory uniosły się wysoko, a usta uchyliły się delikatnie. Że on chce się ze mną umówić?!

– Eee… Ja… – Nie zdążyła odpowiedzieć, gdyż do klasy wszedł nauczyciel. Eleonora przymknęła oczy i odetchnęła głęboko. Dziewczyna chętnie uściskałaby Karasiewicza za to nagłe wejście, bo wcale nie miała ochoty umawiać się z gościem, który nie odezwał się do niej przez tyle lat i nagle się mu coś odwidziało.

– Dobrze wiecie, z jakiego powodu was tu zaprosiłem – zaczął nauczyciel, wyciągając z torby stos kartek. – Sprawdziłem wasze prace konkursowe i… jestem szczerze zawiedziony. – Eleonora spięła się niezauważalnie. Adios, dodatkowe zajęcia. Miło było was poznać. – Z dwunastu osób, które pisały test, tylko jedna napisała zgodnie z moimi wymogami. Eleonoro, gratulacje. – Dziewczyna dopiero po chwili zorientowała się, że wstrzymywała powietrze. – Wasza koleżanka napisała na osiemdziesiąt pięć procent, to najwyższy wynik w szkole. Następny w kolejce jest… Marcin. Niestety, zabrakło ci dwóch punktów do wypełnienia mego kryterium. – Chłopak prychnął sfrustrowany, lecz nauczyciel nic sobie z tego nie zrobił. – Reszta… szkoda gadać. Jeśli chcecie obejrzeć sobie swoje prace, to proszę bardzo. – Wskazał na kupkę papieru, wstał z miejsca i stanął obok biurka. – Nie będę gołosłowny. Eleonoro, zostań proszę, omówimy termin zajęć.

– Ale jak to?! – krzyknął Marcin, podnosząc się z miejsca. – Zrobi pan zajęcia tylko dla niej?! Przecież tak niewiele mi brakowało! To nie fair…!

– Życie jest nie fair, chłopcze. A teraz radzę ci usiąść, bo zaraz dostaniesz uwagę za podnoszenie głosu na nauczyciela. – Zebrani w klasie obserwowali, jak Marcin powoli opada na swoje krzesło i ze wściekłym wyrazem twarzy wpatruje się w ławkę przed nim. – Anno, zabierz proszę te… prace. Reszta może wrócić już na lekcje.

Eleonora przygryzła wargę i nie zauważyła, kiedy została sam na sam z nauczycielem matematyki. Uniosła głowę dopiero, gdy usłyszała ciche chrząknięcie. Na policzkach szatynki ponownie pojawiły się rumieńce, a delikatny uśmiech rozświetlił jej twarz.

– Jeszcze raz, gratuluję. – Nauczyciel wyciągnął dłoń ku dziewczynie, a ta wstała i z uśmiechem podała mu swoją. Przygryzła dolną wargę, by powstrzymać pisk radości, jaki cisnął się jej na usta. – Zatem kiedy kończysz najwcześniej? Nie chciałbym, byś wychodziła po ośmiu lekcjach, bo wiem, jak wiele macie zadane przed maturą… Kończysz kiedyś po sześciu?

– W środy i czwartki, ale… w środy są treningi i nie chciałabym z nich rezygnować – powiedziała nieśmiało. Nauczyciel skinął głową.

– W czwartki…? Ja kończę po sześciu, więc pasowałoby mi.

– No… mi również.

Zapadła chwilowa cisza. Nauczyciel odwrócił się i ruszył w stronę biurka.

– Nie będę cię dłużej zatrzymywał. Możesz wrócić na lekcje. – Eleonora skinęła głową, po czym wyszła. Nie mogła powstrzymać głośnego: TAK, które wyrwało jej się z piersi na korytarzu. Nie wiedziała jednak, że słychać było ją także w klasie matematycznej, a radosny okrzyk spowodował, iż na twarz jednego z nauczycieli wpłynął nikły uśmieszek.

*

Eleonora przez cały dzień nie mogła powstrzymać się od uśmiechania. Promieniała szczęściem i nadzieją. Wreszcie sobie coś udowodniła – była dobra… najlepsza w szkole! Jej entuzjazm utrzymywał się aż do lekcji angielskiego. Angielski. Według Eleonory – najgorszy język na świecie. Nigdy nie miała daru do uczenia się tego przedmiotu, nie rozumiała go i walczyła dzielnie, aby tylko wyrobić na czwórki. Nauczycielka – Ewa, była jednym z najlepszych pedagogów w szkole i wszyscy widzieli, że uczy ona z należytą pasją. Mimo to, Eleonora nie potrafiła się przemóc i z poczuciem ulgi wychodziła z każdej lekcji.

Wracając do domu wyciągnęła telefon. Rozejrzała się, przechodząc przez ulicę, a to, co zobaczyła, wywołało u niej napad śmiechu. Natalia wsiadała do samochodu ze sprzedawcą z galerii. Pokręciła głową niedowierzająco, po czym wybrała numer do matki.

– Hej, stało się coś? – Eleonora niemal od razu spochmurniała. Nie takiego powitania się spodziewała.

– Też miło cię słyszeć – warknęła szatynka. Usłyszała ciche westchnienie.

– Przepraszam, skarbie. To… co tam u ciebie?

– W sumie nic. Tak dzwonię. – Nastolatka skrzywiła się, jakby wypiła szklankę soku z cytryny, ale tak naprawdę zrobiło jej się bardzo przykro.

Eleonora często zastanawiała się, czy w Polsce faktycznie nie było pracy dla pielęgniarki z wieloletnim doświadczeniem. Bo podobno nie było. I podobno wyłącznie wyjazd do Niemiec mógł w jakimś stopniu pomóc w poprawieniu sytuacji materialnej rodziny dziewczyny. Och, ale czy tak trudno było odebrać telefon i porozmawiać dłużej niż przez pięć sekund?

W niektórych przypadkach… bardzo.

– Wiesz córuś, porozmawiałabym dłużej, ale niestety mam zajęte ręce. Możesz zadzwonić później?

Eleonora westchnęła i pokiwała głową sama do siebie. Z oddali widziała już swój dom, który nie wyróżniał się niczym szczególnym od reszty budynków w okolicy. Jedynie ogród pozostawiał wiele do życzenia.

– Mogę – szepnęła szatynka, bo gardło miała ściśnięte. Przyspieszyła kroku i ostatnie kilkadziesiąt metrów wręcz przebiegła, byleby tylko nikt jej nie zatrzymał. Katarzyna rozłączyła się z córką chwilę później, nie zauważając diametralnej zmiany nastroju nastolatki. Eleonora położyła torbę na ziemi i starała się odnaleźć klucze, które zawieruszyły się jej gdzieś pomiędzy książkami. Nie wiedziała, kiedy do jej oczu napłynęły łzy. Zamrugała szybko, żeby je odgonić, lecz mimo tego poczuła, że na jej policzkach tworzą się mokre ślady. Sama nie wiedziała, dlaczego płacze. Może uczucia, które skumulowały się w jej wnętrzu, właśnie wybuchły w niej ze zwiększoną mocą? Była zła, rozżalona i po prostu smutna.

Mówi się, że człowiek może funkcjonować sam, ale to nieprawda. Eleonora wreszcie znalazła klucze i chwilę później była już w domu. Zostawiła torbę obok sofy i ruszyła do swojego pokoju, a łzy nieprzerwanie płynęły po jej policzkach. Zawsze mogła porozmawiać z Alą, Natalią czy Gabrielą, ale to nie było to samo. Przykryła twarz poduszką, nie martwiąc się, że na poszewce zostanie ślad po tuszu do rzęs. Musiała wyrzucić z siebie całą rozpacz, bo inaczej niechybnie zwariowałaby. Nagle usłyszała pukanie do drzwi. Dała sobie chwilę, by się uspokoić i poszła zobaczyć, kto przerwał napływ jej rozpaczy. Otworzyła drzwi i uchyliła usta delikatnie. Przed Eleonorą stał nauczyciel matematyki.

6

Adam widział w życiu wiele kobiet, chociaż doświadczenia z płaczącymi nastolatkami miał niewiele. A Eleonora ewidentnie płakała – miała zaczerwienione oczy oraz policzki, zaś tusz do rzęs rozpłynął się, tworząc dwie czarne plamy na twarzy dziewczyny. Mężczyzna szybko się zreflektował, odchrząknął i spokojnym głosem zapytał:

– Czy coś się stało?

Może i Eleonora przejęłaby się swoim wyglądem, gdyby nie fakt, że była w domu i mogła chodzić ubrana oraz umalowana, jakkolwiek jej się wymarzy. Dziewczyna pokręciła przecząco głową w odpowiedzi na pytanie nauczyciela i zaprosiła go do środka. Ten o dziwo zgodził się i pierwszą rzeczą, którą zrobił, było wręczenie uczennicy jakichś książek. – To podręczniki z zadaniami różnego typu. Zamknięte, otwarte, kodowane. Przydadzą ci się na maturę i na zajęcia. – Eleonora uśmiechnęła się serdecznie, podziękowała i zaproponowała herbaty. Gdy ten ponownie się zgodził, szatynka zaczęła zastanawiać się, czy czasami ktoś nie dosypał czegoś matematykowi podczas obiadu. Ufała paniom kucharkom, ale nigdy nie można być do końca pewnym.

– Jak się panu tutaj mieszka? – spytała, czekając na to, aż woda zagotuje się.

– Całkiem dobrze, chociaż niektórzy sąsiedzi są… – Zamilknął na chwilę. – Natarczywi. Tak. Zbyt natarczywi.

– Czyżby miał pan coś do pani Teresy? – zaśmiała się, widząc konsternację mężczyzny. – No niech pan mówi, przecież pana nie wydam.

– To głupi temat – mruknął pod nosem, przeczesując palcami kruczoczarne włosy. – Jak podobają ci się moje zajęcia?

Spojrzała na niego dziwacznie. – Mamy z panem lekcje dopiero tydzień – zauważyła, na co wzruszył ramionami. – Musiał pan zadać takie skomplikowane pytanie?

– Wbrew pozorom ono wcale nie jest skomplikowane. – Eleonora wywróciła oczami, a następnie wzięła głęboki oddech.

–  No cóż… Wydaje się pan być bardzo wymagający… Pańskie zajęcia są ciekawe i prowadzone w klarowny sposób, ale… – ponownie odetchnęła głęboko – niektórzy boją się chodzić na matematykę. Gabriela, ta dziewczyna, z którą siedzę, zawsze obawiała się tych zajęć, lecz teraz to przechodzi wszelkie granice normalności. Ona nie śpi po nocach, bo uczy się jakichś nieprzydatnych formułek z podręcznika i myśli, że jej to pomoże. Po pana pierwszej lekcji, chłopcy prawie narobili w gacie, mimo iż nic nie robiliśmy. To chyba nasuwa pewne wnioski.

Nastała cisza, przerywana biciem serc osób siedzących w pomieszczeniu. Eleonora poruszyła się niespokojnie. Chyba powiedziałam za dużo… Powinnam się już dawno ugryźć w język!

– Dziękuję ci za szczerość – powiedział po chwili nauczyciel. – Przemyślę to, co powiedziałaś. – Eleonora uchyliła usta i już miała coś powiedzieć, gdy usłyszała, że woda właśnie zagotowała się. Zaparzyła herbatę, po czym podała jeden kubek nauczycielowi.

– Teraz ja zadaję panu pytanie – odparła hardo, choć nieco złagodniała pod wpływem ostrego spojrzenia mężczyzny. Nerwowo założyła kosmyk brązowych włosów za ucho i uśmiechnęła się niepewnie. – Czy izoluje się pan od innych nauczycieli?

Brązowe oczy wyrażały zaskoczenie. Adam spodziewał się czegoś w stylu: ile ma pan lat lub czy ma pan żonę… Jakiejś prywatnej informacji o nim. W duchu był wdzięczny dziewczynie, że nie pytała o to.

– Nie potrafię znaleźć z nimi wspólnego języka – odparł zdawkowo, krzywiąc się jednocześnie. – Dlaczego nie ruszyłaś trygonometrii na teście?

– Nie umiem jej – przyznała, wzruszając ramionami. Upiła łyk herbaty i natychmiast się skrzywiła. – Kwaśna, ohyda! – Wzięła do rąk cukier i zaczęła słodzić… Jedna łyżka… Dwie… I jeszcze pół… – Uczył pan gdzieś, zanim przyszedł pan do naszej szkoły?

– Nie. – Eleonora westchnęła. Przestała liczyć na to, że nauczyciel powie jej o sobie coś więcej. Wzięła do rąk kubek i oddechem zaczęła studzić jego zawartość. – Gdzie są twoi rodzice? Mieszkam tu ponad tydzień i jeszcze ich nie spotkałem. – Eleonora zamarła. Przez chwilę wyglądała jak rzeźba. Nie poruszyła się. Jedynie płytki oddech świadczył o tym, że jeszcze żyje. – Jeśli nie chcesz…

…Mój ojciec nie żyje. Zmarł na raka, kiedy byłam mała – odparła, starając się odgonić uczucie piekącego gardła. – A mama wyjechała do Niemiec. Pracuje tam jako pielęgniarka, opiekuje się starszymi ludźmi. – Dłonie dziewczyny mocno zacisnęły się na kubku, mimo tego, że skóra zaczynała piec od gorąca.

Przez chwilę milczała, po czym odchrząknęła i uśmiechnęła się wymuszenie.

– Ten facet, który przyjechał przed panem w dniu przeprowadzki to pański ojciec? – Widziała, jak mężczyzna spina się i kiwa przecząco głową. Dopił herbatę i zaczął podnosić się z krzesła.

– Będę szedł. Mam wiele prac do sprawdzenia – Nim się spostrzegła, nauczyciel wyszedł na korytarz, założył płaszcz i wrócił do swojego domu. Eleonora westchnęła i włożyła szklanki do zlewu. Nigdy go nie zrozumiem.

*

Eleonora weszła do szkoły i od razu zauważyła, że coś się dzieje. Uczniowie kręcili się przy gabinecie dyrektora, a Jakub próbował podejrzeć coś przez dziurkę od klucza. Nauczycielka polskiego wraz z woźnym próbowali rozgonić towarzystwo, lecz prawdę mówiąc, nie szło im to za dobrze. Szatynka szybkim krokiem ruszyła do szatni, zdjęła płaszcz, zmieniła buty i nie wiedząc kiedy, ponownie znalazła się na korytarzu. W całym tym zgromadzeniu jakoś udało jej się odnaleźć Gabrielę.

– Co się dzieje?

– Karasiewicz trafił na dywanik. W sumie dobrze, że już jesteś, bo ty też masz iść do dyrektora.

– Do dyrektora? Po co? – Gabriela wzruszyła ramionami i stanęła na palcach, by lepiej widzieć poczynania chłopaków. Eleonora, po krótkiej chwili namysłu ruszyła w stronę gabinetu. Jakub uśmiechnął się na jej widok, lecz dziewczyna udała, że tego nie widzi. Gdy wreszcie dostała się do gabinetu, spostrzegła, że oprócz nauczyciela matematyki w pomieszczeniu znajdują się jeszcze szkolna sekretarka, Marcin oraz jakaś kobieta, zapewne jego matka.

– Dzień dobry. – Eleonora uśmiechnęła się delikatnie. – Wzywał mnie pan, dyrektorze?

– Mamy mały problem – zaczął dyrektor, kładąc splecione dłonie na biurku. – Chodzi o dodatkowe zajęcia z matematyki. Niektórzy uczniowie uważają, iż to nie jest do końca fair, byś to wyłącznie ty uczęszczała na te lekcje…

– Co jest w zupełności niesłuszne, gdyż nie osiągnęli oni wyznaczonego przeze mnie minimum – powiedział nauczyciel, a w jego głosie pobrzmiewała irytacja. – Eleonora jako jedyna zasłużyła sobie na to, by uczęszczać na te zajęcia.

– Wypraszam sobie! – Do rozmowy przyłączyła się matka Marcina. – Mój syn w niczym nie odstaje od tej dziewczyny. Jestem pewna, że poradziłby sobie bez żadnych problemów.

– To niestety nie jest możliwe. – Eleonora spojrzała na nauczyciela i po raz pierwszy widziała na jego twarzy taką złość.

Czemu on się tak wścieka?

– Jak mówiłem, Marcin nie osiągnął przyjętego przeze mnie minimum.

– To niech pan obniży to swoje minimum i wszyscy będą zadowoleni.

Atmosfera w gabinecie dyrektora gęstniała z każdą sekundą. Zarówno nauczyciel, jak i matka Marcina nie chcieli dać za wygraną. Eleonora zaczęła czuć się niezręcznie. Nie mogła znaleźć powodu, dla którego miała tam być. Spojrzała na Marcina, a chłopak uśmiechnął się do niej z jakimś błyskiem w oczach.

– Eleonoro… – Dziewczyna zwróciła ku dyrektorowi, który również wydawał się być zestresowany zaistniałą sytuacją. Wyciągnął z kieszeni chustkę i otarł czoło z potu, który zaczął perlić się na jego skórze. – Czy byłabyś bardzo zła, gdyby na zajęcia dołączyło kilka osób?

– Ni…

– Z całym szacunkiem, dyrektorze, ale nie mogę się na to zgodzić. Eleonora ma o wiele większe predyspozycje do nauki mojego przedmiotu, niż jej rówieśnicy, a przyzwolenie na warunki, jakie mi pan stawia, są dla niej co najmniej krzywdzące. – Szatynka szeroko otworzyła oczy i uchyliła usta ze zdumienia. Dyrektor westchnął ciężko.

– Dlatego też chciałbym zaproponować Eleonorze udział w ogólnopolskim konkursie matematycznym, organizowanym przez najlepsze uniwersytety w kraju, do którego ty ją przygotujesz… Co wy na to? – Eleonora zbladła i spojrzała na nauczyciela.

Konkurs był naprawdę prestiżowym wydarzeniem. Eleonora wielokrotnie słyszała o nim, jednak nigdy nie myślała, że sama mogłaby wystartować. Za nagrodę główną mogłaby wyjechać na jakieś dobre wakacje… ale najpierw musiałaby wygrać.

– Eleonoro? – Szatynka spojrzała na dyrektora, który z niecierpliwością oczekiwał jej decyzji. Dziewczyna spojrzała po twarzach zebranych w gabinecie, po czym skinęła głową.

– Zgadzam się.

*

Eleonora wraz z nauczycielem wyszła z gabinetu. Mężczyzna otworzył drzwi zamaszyście, przez co oberwało Kubie. – To cię nauczy, by nie interesować się rzeczami, które ciebie nie dotyczą.

Blondyn jęknął, rozmasowując sobie ramię, a Eleonora ruszyła biegiem za oddalającym się mężczyzną. Gdy była już blisko, chwyciła go za rękaw marynarki, sprawiając, że się zatrzymał.

– Ja… chciałabym panu podziękować. To było naprawdę miłe z pana strony. – Uśmiechnęła się delikatnie. Jednocześnie zaczerwieniła się na policzkach, gdy zrozumiała, że przez cały ten czas trzyma nauczyciela za rękaw. Brunet kilka sekund wpatrywał się w dziewczynę, po czym westchnął.

– I tak uważam, że to nie powinno skończyć się w ten sposób. Po naszej lekcji zostań w klasie. Ustalimy termin zajęć dodatkowych. – Eleonora skinęła głową i obserwowała, jak nauczyciel wchodzi do swojej klasy. Nagle, dziewczyna poczuła czyjąś dłoń na ramieniu. Odwróciła się i prawie dostała zawału. Stała za nią Alicja, na której twarzy widoczny był szeroki uśmiech.

– Wiedziałam, że z tej mąki będzie chleb.

*

Eleonora nie mogła skupić się na lekcjach. Cały czas rozmyślała o porannej sytuacji. Po pierwszej lekcji, Marcin chciał porozmawiać z koleżanką, lecz ta szybko go zbyła. Natalia, Gabriela i Ala pilnowały, by chłopak nie zbliżał się do ich przyjaciółki na zbyt małą odległość, za co Eleonora była im niezmiernie wdzięczna.

– Zabieramy cię na zakupy, na poprawę humoru, co ty na to? – zaproponowała Gabriela. Eleonora pokręciła głową przecząco.

– Jedyne zakupy, na które mogę sobie pozwolić w tym tygodniu, składają się z mleka i płynu do prania.

– To może pójdziemy gdzieś do klubu? – Eleonora spojrzała na Alicję jak na wariatkę.

– Chyba zapomniałaś, do kogo mówisz – zaśmiała się Natalia. – Z Eleonorą spędzisz wieczór, ale w bibliotece, nie na imprezie.

– A jak tam twoja randka? – spytała szatynka, wymownie patrząc na przyjaciółkę, której policzki pokryły się delikatnym różem. Natalia przygryzła wargę, próbując powstrzymać uśmiech, wpełzający na jej twarz.

– Skąd o tym wiesz?

– Za bardzo się nie ukrywaliście – odparła zdawkowo Eleonora.

– No nie…! Mówiłam, żeby nie przyjeżdżał pod szkołę! – warknęła czarnowłosa, ukrywając czerwoną twarz w dłoniach. Pozostałe dziewczęta zaśmiały się.

– To mów, jak było?

– Nijak – sarknęła Natalia, lecz uśmiech nie zszedł z jej twarzy.

*

Eleonora zamknęła drzwi do swojego pokoju i wskoczyła na łóżko. Przeturlała się na plecy i sięgnęła po książkę, leżącą na szafce nocnej. Skończyła z „Dumą i uprzedzeniem”. Wszyscy, którzy to czytali dobrze wiedzą, że Elizabeth jednak będzie z Darcy’m, bo kobieta wcale go nie nienawidziła, tylko kochała. Teraz przeżywała rozterki jednej z bohaterek Victora Hugo, chociaż najchętniej rzuciłaby wszystko i poszła spać. Chciała jednak poczekać na telefon od matki. Kobieta nie odzywała się do córki już od jakiegoś czasu, przez co Eleonora czuła niepokój.

Może coś jej się stało?

Kiedy wybiła dwudziesta pierwsza, a dziewczyna nadal nie mogła się dodzwonić do matki, wątpliwości nastolatki zaczęły się pogłębiać. Zdania zlewały się w jedno, niemożliwe do odczytania słowo. Zrezygnowana Eleonora odłożyła powieść i zaczęła wpatrywać się beznamiętnie w ekran telefonu. Z każdą upływającą sekundą, bicie serca szatynki zdawało się być coraz głośniejsze.

I wreszcie się doczekała! W całym pokoju rozbrzmiał melodyjny głos Amy Lee, który ucichł wraz chwilą odebrania telefonu.

– Mamo…

– El, jestem w pracy! Nie możesz do mnie tak wydzwaniać! Stało się coś?

Dziewczyna zacisnęła usta w wąską linię. Poruszyła się niespokojnie na łóżku i spojrzała gdzieś w stronę okna.

– Martwiłam się. Nie odbierałaś przez cały dzień… – Dziewczyna usłyszała ciche westchnienie, poprzedzone okropnie przytłaczającą ciszą.

– Mówiłam już, mam wiele pracy. Musiałam przenieść się na jakiś czas do pana Drew, bo ostatnio nie może samodzielnie funkcjonować… Ale obiecuję ci, że jak jego stan się poprawi, to przyjadę do Polski i będziemy się liczyć tylko my. Co o tym sądzisz?

Eleonora uśmiechnęła się półgębkiem.

– To cudowny pomysł, mamo… Będę czekać. – Nastolatka usłyszała sygnał kończący rozmowę. Odłożyła telefon na szafkę, po czym pustym wzrokiem zaczęła wpatrywać się w sufit.

Ciekawe, ile czasu minie, zanim zdecydujesz się wrócić…

7

Eleonorę obudziły promienie wschodzącego słońca. Dzień z pewnością należał do tych piękniejszych – na niebie nie było ani jednej chmury, a jedynie chłodny wietrzyk przypominał o tym, że była prawie połowa września. Dziewczyna szybko się przebrała, poszła do łazienki, zjadła śniadanie i wyszła z domu, po drodze rozmyślając o jakichś nieistotnych rzeczach. Gdy przeszła kilka kroków, spostrzegła zatrzymujące się auto nauczyciela matematyki.

– Dzień dobry – przywitała się Eleonora, obdarzając mężczyznę słodkim uśmiechem. Adam skinął głową, odpowiadając na gest.

– Wsiadasz? – spytał, przerzucając swoją aktówkę na tylne siedzenie. Nastolatka pokręciła przecząco głową, odruchowo chwytając się paska od torby.

– Nie, dziękuję… Wolę korzystać z uroków pogody, póki ta jest, jaka jest – odparła. Adam chwilę przyglądał się uczennicy, po czym ponownie skinął głową. Zasunął szybę, a następnie odjechał z piskiem opon. Eleonora jeszcze przez chwilę wpatrywała się w pędzące auto, aż nie zniknęło ono gdzieś za zakrętem. Wznowiła marsz, nie mogąc zetrzeć z twarzy niewielkiego uśmieszku.

*

– Zaczynamy omawiać „Sklepy cynamonowe”. Kto może mi coś powiedzieć na temat tej lektury? – Nauczycielka westchnęła. Nikt nie zwracał uwagi na to, co mówiła, chociaż uczniowie wiedzieli, że będą musieli zdać w tym roku maturę z jej przedmiotu. Starsza kobieta powoli podniosła się z miejsca, a rozpaczliwe spojrzenie utkwiła na przedzie klasy, gdzie siedziała Eleonora, jej przyjaciółki, Jakub i Michał. – Dzieci! Proszę was, muszę zacząć lekcję, a wy mi przeszkadzacie. – Mało kto zerknął na kobietę, w której oczach pojawiły się łzy. Eleonora przez chwilę przyglądała się jej w ciszy, by następnie wrócić do rozmowy, jaką prowadziła z przyjaciółmi. – Cisza! Wyciągnijcie kartki! Będziecie pisać kartkówkę!

– Ale proszę pani, to jest nielegalne! – krzyknął jeden z chłopców, siedzących w przedostatniej ławce. Kilka osób zaśmiało się, ku rozpaczy nauczycielki. Zastanawiała się, co jeszcze może zrobić, by zapanować nad klasą, jednak nie znalazła żadnego logicznego rozwiązania.

A mogła posłuchać matki i szkolić się na fryzjerkę. Ale nie, nauczania jej się zachciało…

– Posłuchajcie mnie chociaż! Przecież musicie napisać maturę z języka polskiego przynajmniej na trzydzieści procent! Nie napiszecie, jeśli nie będziecie nic wiedzieć! Dzieci…!

Eleonorze trochę szkoda było starszej nauczycielki, choć wiedziała, że kobieta zasłużyła sobie na takie traktowanie. Nie potrafiła nauczyć ich niczego pożytecznego. Poza tym, od pierwszej chwili powinna pokazać, kto rządzi w klasie. Tak, jak to zrobił pan Adam… Eleonora uśmiechnęła się pod nosem, co nie uszło uwadze jej przyjaciółek.

– A co cię tak rozbawiło, El? – spytała Gabriela, na co Alicja uśmiechnęła się szeroko.

– Ja bym raczej zadała pytanie, KTO spowodował, że na tej ślicznej twarzy pojawił się uśmiech.

– Jestem w stu procentach przekonany, że to byłem ja – odparł pewnie Jakub, pochylając się w stronę dziewcząt. – Przyznaj wreszcie, że na mnie lecisz, El!

– Lecieć na ciebie może jedynie twoje ego – mruknęła szatynka, wyciągając telefon. – Daj sobie wreszcie spokój.

– Nigdy – syknął, posyłając dziewczynie zniewalający uśmiech. – Od zaufanego informatora słyszałem, że idziesz na dzisiejszy trening. Wiesz, że ja też tam będę?

Eleonora miała ochotę uderzyć głową w blat.

Że też ten człowiek nie może sobie uprzytomnić, iż nic między nami nie ma i nigdy nie będzie!

*

Lekcja wychowawcza zaczęła się od sprawdzenia obecności, lecz czynność ta została przerwana w momencie, gdy ktoś zapukał do drzwi. Zasapany dyrektor wszedł do klasy, jednakże odpowiedział na przywitanie dopiero, kiedy udało mu się odzyskać oddech.

– Zaprosiłam pana dyrektora na tą lekcję, gdyż ten rok jest dla was wyjątkowy. Nie tylko ze względu na matury…

W oczach wielu dziewcząt pojawił się neonowy napis STUDNIÓWKA. Pierwszy prawdziwy bal, dorosłość i te sprawy. Eleonora i Natalia wymieniły porozumiewawcze spojrzenia, gdy dyrektor wyciągnął chustkę i zaczął ocierać spocone czoło.

– Zatem… – Mężczyzna wziął głęboki oddech, jednocześnie z kieszeni marynarki wyciągając jakąś kartkę. – Kilka spraw organizacyjnych na początek. Opłata na komitet rodzicielski wynosi trzydzieści złotych. Ubezpieczenie… Dokładne dane przekaże wam pani Małgosia. – Wychowawczyni uśmiechnęła się przyjaźnie do przełożonego i skinęła głową. – Za tydzień przygotuję wam deklaracje maturalne; wybierzecie sobie przedmioty, które będziecie zdawać na egzaminie…

– Panie dyrektorze, a co ze studniówką?! – krzyknął Kuba, zdobywając tym samym wdzięczność wielu dziewczyn. Mężczyzna westchnął i uśmiechnął się krzywo.

– Studniówka – mruknął – tylko jedno wam w głowie. Balem zwykle zajmowali się maturzyści i ich rodzice. Tym razem nie będzie inaczej. Nauczyciele się nie mieszają. – Dyrektor przebiegł wzrokiem po liście, po czym zatrzymał wzrok przy jednym z punktów. – Ale. W naszej szkole odbędzie się jeszcze jeden bal. – Dziewczyny szerzej otworzyły oczy, a chłopcy popatrzyli na siebie znacząco, sugestywnie poruszając brwiami. – Dwudziestego dziewiątego listopada w naszej szkole odbędą się Andrzejki!

– Andrzejki? – spytała niepewnie Gabriela. – Przecież to impreza dla dzieci z podstawówki!

– No cóż, jeśli nie chcecie…

– Chcemy! – odparł Michał, z wyrzutem patrząc na koleżankę, która zarumieniła się i odwróciła wzrok.

– I ostatnia sprawa… – Dyrektor wziął głęboki oddech. – Co roku organizowana była pielgrzymka do Częstochowy. Ostatni wyjazd dał mi jednak do myślenia. Z czterdziestu dwóch osób, na pielgrzymkę wybrało się dwanaście. Pomyślałem, że moglibyśmy wybrać się w inne miejsce…

– Inne miejsce? – spytała Eleonora, unosząc lewą brew. – Czyli gdzie…?

– Pojedziemy nad morze.

Okrzyk radości, jaki rozbrzmiał wśród uczniów mówił sam za siebie. Dyrektor – pomysłodawca, cały emanował dumą. Wychowawczyni uśmiechnęła się delikatnie, lecz targały nią niemałe wątpliwości. Czy to aby nie za wiele jak na jeden rok szkolny?

– O wszystkich tych wydarzeniach będę informował was na bieżąco. Pozwólcie, że teraz wrócę do siebie.

Dyrektor wyszedł, a w klasie zapanował chaos. Nauczycielka uśmiechnęła się przyjaźnie do swoich wychowanków i pozwoliła im się wygadać. Wiedziała, że i tak z prowadzenia lekcji nic by nie było, gdyż nastolatków pochłonęło rozmyślanie o tym, co powiedział dyrektor. Eleonora słuchała wywodu Alicji, która nie mogła powstrzymać słowotoku. Gabriela stwierdziła, że musi wybrać się na jakieś zakupy, by rozejrzeć się za sukienką na studniówkę, a Natalia…? Natalia zastanawiała się, czy uczestniczenie w jakimkolwiek szkolnym wydarzeniu ma sens.

*

Wybiła piętnasta. Do treningu została godzina. Eleonora zarzuciła na ramiona szary sweterek, gdyż niebo zachmurzyło się zupełnie. Dziewczyna odgrzała sobie obiad z poprzedniego dnia i zasiadła przy pustym stole. Wskazówki zegara bezlitośnie odmierzały czas i nim szatynka zorientowała się, zostało jej pół godziny. Zabrała klucze oraz telefon, zamknęła drzwi i o mało nie pisnęła, gdy zobaczyła osobę stojącą za nią.

– Ale mnie pani wystraszyła!

Starsza sąsiadka uśmiechnęła się przepraszająco.

– Wybacz, kochana, ale przyszłam do ciebie, bo mam prośbę. – Eleonora uniosła brew.

Czego ona znów ode mnie chce?! Jakby nie było, śpieszę się!

– Chciałabym jutro zorganizować sąsiedzkiego grilla i może miałabyś ochotę wpaść? – Staruszka rozejrzała się i zrobiła krok ku nastolatce. Kolejne słowa wyszeptała. – Jutro chcę wysłać Adamowi pierwsze sygnały. No wiesz, może musnę przelotnie jego dłoń, albo wpadnę na niego, gdy będę niosła tacę z jedzeniem… – Eleonora odchrząknęła i podrapała się po policzku.

– Przyjdę – powiedziała po chwili.

– To świetnie! – wykrzyknęła rozpromieniona sąsiadka. – Przyjdź godzinę wcześniej, wybierzemy dla mnie odpowiednią kreację! – Staruszka uściskała nastolatkę, po czym radosnym krokiem wróciła do domu.

Eleonora westchnęła, kręcąc głową. Co ona w nim widziała? Nastolatka znała nauczyciela tydzień i już zdążyła zauważyć, że mężczyzna jest gburowaty, wredny, ma swoje humorki… Izoluje się od innych; nie rozmawia z pozostałymi nauczycielami, kiedy nie musi… Uczniowie za nim nie przepadają, łagodnie rzecz ujmując. Jedyną zaletą, jaką dziewczyna zdołała zauważyć była ogromna pasja, z jaką uczył swojego przedmiotu. No i wygląd. Nie był jakimś modelem z okładki magazynu, lecz roztaczał wokół siebie aurę tajemniczości, która w dziwny sposób ją pociągała.

– O czym tak myślisz? – Eleonora pisnęła, gdy usłyszała głos Jakuba. – Bo myślę, że jedyną osobą w otoczeniu, która powoduje, iż dziewczyny chodzą jak zaczarowane, jestem ja. – Szatynka prychnęła, przyśpieszając, lecz blondyn złapał ją za nadgarstek.

– Co robisz, kretynie?!

– Dzisiaj każdą zdobytą bramkę zamierzam dedykować tobie. – Eleonora skrzywiła się i wyrwała rękę z uścisku.

– Wsadź sobie w dupę te swoje bramki! – Dziewczyna zaczęła biec i chwilę później siedziała już na trybunach obok Natalii i Gabrieli. Ta druga obserwowała swojego brata, który właśnie wbiegł na boisko. Eleonora zerknęła na Jakuba, uśmiechającego się do niej zadziornie, a Natalia patrzyła na całą sytuację ze zdziwieniem.

– El, czy mnie coś ominęło? – Szatynka spojrzała z niezrozumieniem na przyjaciółkę.

– Że niby co…?

– No ty i Kuba. Coś się zadziało między wami?

– NIE! – wykrzyknęła, o mało nie spadając z krzesełka. – Bez przesady, nie jestem aż tak zdesperowana!

– Kto jest zdesperowany? – spytała Alicja, która rzuciła się na plastikowe krzesełka i oparła się o nogi brunetki. Przymknęła oczy, starając się opanować oddech, który przyspieszył jej podczas biegu. – Chyba zaraz stanie mi serce…

– Nie umieraj, bo kto będzie robił mi angielski? – spytała Natalia, wydymając wargi.

Alicja prychnęła i gdyby miała siłę, zapewne zrobiłaby coś więcej. Gabriela pomachała Mikołajowi, który po chwili do niej podbiegł.

– Trzymaj wodę, młody. Jeszcze mi tu brakuje, żebyś się odwodnił. – Natalia prychnęła, a Eleonora zaśmiała się cicho. Alicja podniosła się do pozycji siedzącej i poprawiła włosy, roztrzepując je na wszystkie strony. Blondynka przywołała na twarz jeden ze swoich słodszych uśmiechów, po czym zapytała:

– Jak tam twój trening? – Gabriela spojrzała dziwnie na przyjaciółkę, a Mikołaj wzruszył ramionami, odkładając butelkę wody na murawę.

– Spoko. Nadal chodzę na siłownię i ostatnio zapisałem się na basen.

– I… jak ci idzie pływanie? – Eleonora wraz z Natalią przyłączyły się do Gabrieli; wszystkie trzy patrzyły na Alicję, jakby pochodziła z jakiejś innej planety.

– Niedługo może zobaczysz rezultaty. – Mikołaj puścił oczko do Alicji, której zaróżowiły się policzki, a następnie truchtem dołączył do pozostałych członków drużyny. Chłopak, mimo że był dopiero w pierwszej klasie, zdążył zaistnieć w oczach trenera jako doskonały obrońca. Gabriela uchyliła usta, lecz chwilę później je zamknęła.

– Ala – zaczęła niepewnie Eleonora – czy ty właśnie flirtowałaś z Mikołajem?

Twarz dziewczyny zaczerwieniła się jeszcze bardziej, ale jej wyraz wskazywał na niemałe zaskoczenie.

– No co wy… Chyba nie myślicie, że ja i on… – Natalia podrapała się po twarzy, Eleonora wzruszyła ramionami, a Gabriela wyglądała na delikatnie naburmuszoną. Alicja odchrząknęła, poruszając się niespokojnie. Atmosfera wokół dziewcząt zgęstniała, gdy nagle rozległ się okrzyk:

– GOOOOL! – Eleonora uniosła głowę i zobaczyła Jakuba, który posyłał jej buziaka. Dziewczyna odchyliła głowę i jęknęła żałośnie.

Po co ja tu przychodziłam?

– Na twoim miejscu bym się za niego brała – powiedziała Gabriela, jednocześnie obserwując poczynania młodszego brata. – Kapitan drużyny piłkarskiej to niezła partia. Niejedna chciałaby się z nim umawiać, a tobie jadłby z ręki.

Eleonora pokiwała przecząco głową. – Nie umówię się z nim. Nigdy.

To nie jest ten typ… Jakub może i jest rozrywkowy, zabawny i wysportowany, ale… czekam na kogoś innego…

Szatynka skrzywiła się.

Jak będę czekać zbyt długo, to zostanę starą panną z siedmioma kotami…

Ponownie rozbrzmiał radosny okrzyk i Eleonora zobaczyła, jak Jakub biegnie w jej stronę, po czym ostatnie metry pokonuje prześlizgując się po trawie na kolanach. Zatrzymał się tuż przed nią, co spowodowało, że dziewczyna miała ochotę walnąć się dłonią w czoło. A jednak, gdzieś z tyłu głowy wykwitła myśl:

A może powinnam dać mu szansę?

8

Eleonora usiadła na ławce obok Gabrieli i wyciągnęła kanapkę z szynką i serem, którą przygotowała sobie rano. Mimo że nie miała ochoty na jedzenie, wolała nie ryzykować omdleniem czy czymś podobnym. Alicja i Natalia poszły na stołówkę, na obiad. Eleonora zrezygnowała z nich po roku, stwierdzając, że woli sobie sama przyrządzać posiłki, niż jeść te niedoprawione papki dla niemowląt.

Kątem oka, szatynka spojrzała na przyjaciółkę, której cera przybrała niezdrowy odcień bieli, a oczy były nienaturalnie zaczerwienione. Wcześniej nie zauważyła, że coś jest z nią nie tak, więc przypuszczała, że coś musiało się stać jeszcze na długiej przerwie.

– Gabra… stało się coś? Wyglądasz jak siedem nieszczęść – powiedziała Eleonora z uśmiechem, starając się rozluźnić atmosferę. Widząc jednak, że Gabriela cała spina się i niekontrolowanie zaciska dłonie na swoim szarym swetrze, spoważniała. – Hej, co jest?

– Moi rodzice się rozwodzą.

Eleonora nie wiedziała wiele o rodzicach przyjaciółki. Słyszała, że jej matka prowadziła swój salon kosmetyczny, a ojciec to prezes jednego z banków. Oboje byli ludźmi sukcesu i dążyli po trupach do celu. Szatynka spotkała ich raz, na zakupach. Wtedy wydali jej się dumni, aroganccy, wywyższający się – zupełnie niepodobni do swoich dzieci.

Eleonora założyła pasmo brązowych włosów za ucho i zarumieniła się delikatnie. Nie była dobra w pocieszaniu, zresztą, jakiekolwiek słowa wydawały się w tej sytuacji zbyt… puste. Bez wartości. Bo co miała powiedzieć? Że będzie dobrze? Jeśli chodzi o małżeństwo rodziców Gabrieli – już nigdy tak nie będzie. Jej rodzice rozejdą się, a to na zawsze już pozostawi pewne piętno na dzieciach pary. Eleonora miała jedynie nadzieję, że przez własne ambicje, nie spróbują oni rozdzielać rodzeństwa. Mikołaj i Gabriela nie znieśliby rozłąki.

– Przykro mi – zaczęła Eleonora, wciąż błądząc w myślach. Gdy wreszcie się ocknęła, posłała przyjaciółce uśmiech. – Dobrze wiesz, że w razie potrzeby, możesz na mnie liczyć. I Mikołaj również. – Gabriela uniosła kącik ust i spojrzała z podzięką na przyjaciółkę. Dzięki jej słowom, poczuła się odrobinę lepiej. I stan ten utrzymywał się przez cały dzień, aż do momentu, kiedy musiała wrócić do domu.

*

Cisza przeszywała Eleonorę wskroś, jak podmuch lodowatego wiatru w upalny dzień. Matematyka była tego dnia ostatnią już lekcją. Uczniowie byli zmęczeni, a na niektórych czekały jeszcze dodatkowe zajęcia. Drzwi klasy otworzyły się i wszedł przez nie Karasiewicz. Czarna, skórzana aktówka wylądowała na biurku, a nauczyciel wyjął z niej pęk kartek.

– Sprawdziłem wasze kartkówki – zaczął, podchodząc do ławki Kuby, podając mu jego pracę. – Nie ma jedynek, z czego jestem bardzo zadowolony. Jak zdążyliście zauważyć, ciężka praca popłaca. – Wymownie spojrzał na Gabrielę, która jakby zmalała pod wpływem wzroku mężczyzny. Gdy dostała swoją kartkę, uchyliła usta w zdumieniu.

– To na pewno moje?

– Znów próbujesz zanegować to, co robię? – spytał, unosząc brew. Gabriela wzruszyła ramionami i nie mogła powstrzymać uśmiechu, gdy jej wzrok padł na ocenę: dobry z minusem. Eleonora odebrała swoją pracę na samym końcu, przypadkiem muskając dłoń nauczyciela. Jej policzki pokryły się głęboką czerwienią, przez co czuła się jeszcze bardziej skrępowana. Spojrzała na kartkę, by zająć czymś wzrok. Nie było tam niczego, czego by się nie spodziewała. – Dobrze, moi drodzy. Kontynuujemy wczorajszą lekcję. Otwórzcie na stronie dwudziestej pierwszej wasze zbiory zadań i…

– Proszę pana? – Czarnowłosy wyprostował się i spojrzał pytająco na Jakuba. – Kiedy będzie można poprawić ostatnią pracę?

– Mówiłem panu, jakby pan nie słuchał, że kartkówek nie poprawiamy. Sprawdziany, owszem. Kartkówek, w żadnym razie. – Mężczyzna spojrzał na chłopaka jak na idiotę, lecz po chwili zajął się prowadzeniem lekcji.

*

– Eleonoro, zostań na chwilę – powiedział nauczyciel, uzupełniając dziennik. Dzwonek rozgonił uczniów, którzy wybiegli z sali, jakby coś ich goniło. Dziewczyna powoli zbliżyła się do biurka i czekała, aż mężczyzna wreszcie zwróci na nią swą uwagę. Uśmiechnęła się delikatnie, gdy nauczyciel odłożył długopis i przetarł twarz dłońmi. – Chciałem, byś została, bo dzisiaj jest to nieszczęsne przyjęcie u Teresy…

Dziewczyna parsknęła śmiechem, przez co mężczyzna obrzucił ją oburzonym spojrzeniem. Eleonora przygryzła wargę i spojrzała przepraszająco na nauczyciela.

– I chciałem się spytać, czy powinienem coś przynieść… Nie wiem, jakieś jedzenie, czy coś…

– Nie musi pan niczego przynosić – odparła, drapiąc się po policzku. – Jedzeniem zajmę się ja, ale… – Tu znów na twarzy dziewczyny zagościł szeroki uśmiech. – Jakby pan podarował pani Teresie czerwoną różę, to na pewno byłaby zachwycona.

Odpowiedziało jej jedynie ponure spojrzenie i twarz wykrzywiona w wyrazie dezaprobaty.

*

Eleonora przeliczyła wszystkie szklanki, kiełbaski, postawiła miskę z sałatką, rozpaliła grilla i czekała. Dziewczyna nie sądziła, że mówiąc o kameralnej imprezie, starsza sąsiadka ma na myśli zlot emerytów z całej wsi. Zamrugała szybko, gdy dym z rozpałki poleciał wprost na jej oczy i po chwili stała już przy ruszcie.

– Może pomóc?

Nastolatka obróciła się szybko, słysząc męski głos za plecami. Adam obrzucił spojrzeniem szczypce, które dziewczyna trzymała w ręce i znów uniósł swą brew. Okropny nawyk!

– Jeśli za pomocą tego chciałaś się mnie pozbyć, to nie sądzę, by ci to wyszło – powiedział, krzyżując ręce. Eleonora przewróciła oczami i wróciła do pilnowania smażących się kiełbasek. Karaszewicz wziął sobie krzesło i usiadł tuż obok grilla, bezczelnie wpatrując się w swoją uczennicę.

– Może się pan przestać gapić? To irytujące – powiedziała, mocniej zaciskając prawą dłoń na szczypcach. – A jeśli nie, to może mam zawołać tu panią Teresę? Z pewnością ucieszyłaby się, gdyby mogła spędzić z panem trochę czasu.

– Pani Teresa ma towarzystwo – odparł szybko nauczyciel, przeczesując palcami kruczoczarne włosy.

– A przyszedł pan tu, ponieważ…? – spytała, biorąc do rąk przyprawę, jednocześnie obracając niektóre kiełbaski. Cała sytuacja była dziwna, ale cóż. Cały ten rok jej się wydał właśnie taki. Dziwny.

– Ponieważ jesteś jedyną osobą, z którą można normalnie porozmawiać w tym miejscu. – Eleonora obróciła się i nie widząc nikogo, prócz nauczyciela, prychnęła. – No nie miał pan zbyt wielkiego wyboru.

Dziewczyna uśmiechnęła się, odłożyła szczypce, przyprawę i zajęła jedno z krzesełek.

– Tak czy inaczej, nie wie pan, czy można ze mną normalnie porozmawiać. Do tej pory mówiliśmy tylko o szkole.

– A to nie podchodzi pod normalną rozmowę? – Delikatny uśmiech rozświetlił twarz mężczyzny. Eleonora spojrzała przelotnie na grilla, po czym podciągnęła nogi i objęła je rękoma.

– Może – opowiedziała. – Dlaczego przeprowadził się pan właśnie tu? Nie wolał pan zostać w mieście?

– Mam już dość miasta na całe życie – powiedział chłodno, przez co atmosfera nieco zgęstniała.

Spojrzał gdzieś w bok, przypatrując się bliżej nieokreślonemu punktowi, dzięki czemu Eleonora mogła mu się lepiej przyjrzeć. Jego twarz była przyjemna dla oka, a jej rysy nie posiadały tej ostrości, którą nastolatka zauważała u kolegów ze szkoły. Miał smukły nos i długie, czarne rzęsy. Jednak najbardziej Eleonorze podobały się oczy mężczyzny. Ich barwa graniczyła między cynamonem a mleczną czekoladą.

I właśnie te oczy wywiercały dziurę w jej twarzy.

Szatynka odwróciła wzrok i podskoczyła, widząc, że kiełbaski zajęły się ogniem.

– Boże! – Podniosła się z miejsca i podbiegła do stolika, odkręcając wodę mineralną. Nie miała w planach pożaru! To wszystko przez Karasiewicza; niepotrzebnie przychodził do tego ogrodu!

Nauczyciel również wstał i zaczął ratować jedzenie. Udało mu się ugasić pożar, zanim zrobiła to nastolatka. Dziewczyna westchnęła i odłożyła butelkę, próbując opanować dziko kołaczące serce.

– No… Nie jest najgorzej. Mogły spalić się po całości, a tak spalona jest tylko dolna część. Położy się ładnie na talerzykach i nikt nie zauważy. – Eleonora spojrzała na nauczyciela, jak na dziecko, które coś zbroiło, po czym pokręciła głową przecząco.

– To się nie nadaje do jedzenia. A przynajmniej te pięć, które były na samym środku. Są czarniejsze od węgla – mruczała dziewczyna pod nosem, nakładając na talerze uratowane kiełbaski. Nauczyciel opadł na wcześniej zajęte przez siebie krzesło i nalał sobie soku pomarańczowego do szklanki.

– Przejrzałaś może tę książkę, którą przyniosłem ci na dodatkowe zajęcia? – spytał, próbując zmienić temat. Eleonora przytaknęła.

– Już zaczęłam robić zadania z pierwszego działu.

– A ruszyłaś z trygonometrią?

– Nie, bo jej nie rozumiem. Mówiłam to już – odparła odkładając kolejny talerzyk na stół. – Podobnie jest z jednokładnością i paroma innymi rzeczami.

– Mogę cię o coś zapytać? – Dziewczyna skinęła głową. – Nie rozumiem, dlaczego jedne działy masz opanowane do perfekcji, podczas gdy zadania, przykładowo z trygonometrii, sprawiają ci taki problem…

– Pani Mazurek przed odejściem sporo chorowała i nie zdążyliśmy zrobić całego materiału – powiedziała, odkładając szczypce i siadając obok nauczyciela. – Później nie miałam głowy, by to nadrobić i znów nałożyły mi się zaległości. A kiedyś miałam ich naprawdę sporo. – Eleonora uśmiechnęła się i już miała coś dodać, gdy drzwi domu sąsiadki otworzyły się.

Oczom nauczyciela i jego uczennicy początkowo ukazała się pani domu. Ubrana w czerwoną suknię, z wyrazistym makijażem wyglądała niesamowicie. Podeszła do stolika i uśmiechnęła się szeroko, a swój maślany wzrok utkwiła w nauczycielu.

– Tu jesteście! Już się bałam, że sobie poszliście.

– Pani Tereso, przecież pan Adam nie mógłby odejść tak bez pożegnania – odparła słodko Eleonora, narażając się na ostrzegawcze spojrzenie ze strony nauczyciela.

– Świetnie! Adam, szkoda, że nie przyszedłeś do nas! Mój brat opowiadał, jak to na rybach prawie złapał stukilogramowego karpia! – Eleonora uśmiechnęła się i przygryzła delikatnie dolną wargę, zaś Karaszewicz zawył w duchu. Miał nadzieję, że nie będzie musiał spędzać na tym przyjęciu całego wieczora.

Na dwór wychodziło coraz więcej ludzi. Przez chwilę pani domu miała obawy, że goście nie pomieszczą się w ogrodzie, jednak gdy zobaczyła swojego brata, zatrzaskującego za sobą drzwi, uśmiechnęła się promiennie. Wszystko się udało.

*

Przyjęcie z godziny na godzinę rozkręcało się. Gdy na stołach pojawił się alkohol, Eleonora zaczęła mieć złe przeczucia. Cały wieczór kręciła się wokół emerytów, robiąc za kelnera, by wieczorem znaleźć się obok nauczyciela matematyki. Siedział pod jednym z drzew i obserwował ciemniejące niebo. Delikatny wiatr rozwiewał włosy dziewczyny, która potarła lekko zmarznięte ręce.

– Mogę? – spytała, uśmiechając się delikatnie. Czarnowłosy spojrzał na dziewczynę i westchnął teatralnie.

– Jeśli musisz, to siadaj.

Dziewczyna obeszła wystający korzeń drzewa i usiadła tuż obok matematyka, pozostawiając jednak między nimi pewną przestrzeń. W innym przypadku i on, i ona mogliby poczuć się niekomfortowo. Eleonora nie mogła zetrzeć delikatnego uśmiechu z twarzy. Nie wiedziała, dlaczego tak się dzieje. Po prostu w pewnym stopniu była szczęśliwa. Zwykłe popołudnie, a jednak tak wiele dało.

– O czym myślisz? – spytał w pewnym momencie Karasiewicz, nie odwracając wzroku od zachodzącego słońca.

– W sumie… o niczym. Cieszę się, że tu jestem.

Nie odpowiedział na to nic. Rozumiał, bo w pewnym stopniu on również czerpał satysfakcję z tego sąsiedzkiego spotkania.

– Gabriela wyglądała na zadowoloną z oceny.

I cały nastrój szlag trafił. Eleonora przez chwilę czuła się wręcz magicznie, a gdy mężczyzna powrócił do tematu szkoły, po prostu wszystko zepsuł. Dziewczyna uśmiechnęła się wymuszenie i skinęła głową.

– Była. Ostatni raz dostała czwórkę w piątej klasie podstawówki.

– I już nie boi się chodzenia na moje lekcje? – spytał żartobliwie, na co nastolatka zaśmiała się i pokręciła głową.

– Chyba się do pana przekonuje.

– A ty? – Eleonora spojrzała pytająco na nauczyciela. Adam skierował swój wzrok na uczennicę, a kąciki jego ust były prawie niezauważalnie uniesione. – Pytam, czy się do mnie przekonałaś?

– Wie pan, że nie istnieje wiele odpowiedzi na to pytanie? – spytała, pocierając zmarznięte dłonie. – Póki co, nadal będę utrzymywać stanowisko, że wydaje się pan być dobrym nauczycielem. I niech pan nie liczy, że powiem coś więcej.

– Eeeee, zakochańce! – krzyczał spod domu całkowicie pijany brat Teresy. – Lepiej wam będzie w domu! Jest sypialnia dla gości, tam będziecie mogli… eee… odpoczywać! Chodźcie, chodźcie, nie musicie się wstydzić! Dom mojej siostrzyczki jest waszym domem! – Eleonora patrzyła na to z uchylonymi ustami, za to Karaszewicz wyglądał na całkiem rozbawionego. Dziewczyna obróciła się i z lekką konsternacją spojrzała na nauczyciela.

– Wie pan… Ja chyba pójdę ogarnąć wszystko ze stołu i będę wracać do domu – powiedziała szybko, a wypowiadając ostatnie słowa, już szła w stronę wygaszonego grilla. Mężczyzna również podniósł się i zaczął iść za nastolatką.

– Pomogę ci – powiedział głosem nieprzyjmującym sprzeciwu. Eleonora przez chwilę wpatrywała się w mężczyznę, po czym uśmiechnęła się i skinęła głową.

*

Gdy skończyli sprzątać, poszli pożegnać się z gospodynią, która gorąco nad tym ubolewała. Eleonora jak Eleonora… Dla staruszki liczył się Adam. Mężczyzna musiał się mocno postarać, aby delikatnie chwiejąca się kobieta zrezygnowała z pomysłu ucałowania go na dobranoc. Gdy szatynce i jej nauczycielowi wreszcie udało się wyjść z posesji Teresy, czarnowłosy odetchnął z ulgą.

– Chyba nie było tak źle – zaśmiała się dziewczyna, a jej twarz zaczerwieniła się delikatnie, widząc oburzenie na twarzy nauczyciela.

– Było… prawie tragicznie. Ale na szczęście na przyjęciu znajdowała się jedna osoba, z którą można było normalnie porozmawiać.

Stanęli pod domem Eleonory, która z kieszeni spodni wyciągnęła klucz i otworzyła drzwi do domu. Odwróciła się, by pożegnać nauczyciela, a ten, zanim odszedł, dodał jeszcze:

– Pamiętaj o jutrzejszych zajęciach.

9

Piątek był dniem nadzwyczaj słonecznym. Eleonorę obudziły złote promienie, które, mimo zasuniętych rolet, wdarły się do jej pokoju. Niezadowolona, przez chwilę wierciła się na łóżku, po czym z cichym westchnieniem skierowała się w stronę łazienki. Spojrzała na swoje odbicie w lustrze i dotknęła skóry nad policzkiem. Miała spore sińce pod oczami, jakby nie spała z pół nocy. Opłukała twarz lodowatą wodą i wyciągnęła kosmetyki, którymi zrobiła delikatny makijaż. Niestety nie potrafiła się porządnie pomalować, jednak nie uważała, by umiejętność ta była jej niezbędna do życia. Wchodząc do kuchni dostała wiadomość od matki, która prosiła, by dziewczyna zadzwoniła do niej po lekcjach. Eleonora zmarszczyła brwi i zagryzła dolną wargę. Miała jedynie nadzieję, że nie stało się nic złego.

Dziewczyna uśmiechnęła się wrednie do swojego profesora, który właśnie wchodził do szkoły. Gdy uchwycił spojrzenie nastolatki, przewrócił oczami i od razu skierował się do pokoju nauczycielskiego. Alicja szturchnęła przyjaciółkę łokciem i spojrzała na nią spod byka.

– Ej, ja ci mówię o ważnych rzeczach, a ty gapisz się w naszego matematyka! – Szatynka spojrzała z politowaniem na blondynkę, lecz nie odpowiedziała na tą uwagę ani słowem. Zdążyła już zauważyć, że każda odpowiedź na taką zaczepkę kończy się kolejnymi żartami. Eleonora zaś nie miała ochoty na wygłupy. Nie tego dnia. – El, nie obrażaj się. Przecież wiesz, że żartuję…

– Nie obrażam się, tylko milczę, a to dwie różne rzeczy – odparła nastolatka, odbijając się od ściany i stając przed przyjaciółką. – Zresztą, nie mam dziś nastroju.

– Właśnie widziałam – zaśmiała się blondynka. – Ten twój brak humoru dziwnie wpływa na stosunek do naszego profesora, bo wiesz, jak wchodził do szkoły, miałam wrażenie, że jakoś dziwnie się na niego gapiłaś.

– A ty znowu o tym – westchnęła szatynka. – Przestań już. Między mną a Karasiewiczem nigdy nic nie było, nie ma i nie będzie. To nauczyciel, pamiętasz jeszcze? – Alicja pokręciła głową, uśmiechnęła się, po czym dziewczęta zaczęły kierować się w stronę klasy.

*

– Robicie cztery okrążenia wokół boiska, rozkładacie siatkę, przez pięć minut odbijacie do siebie, a potem robimy krótki mecz. Ja muszę iść po dziennik, a wy postarajcie się nie zginąć podczas mojej nieobecności – powiedział nauczyciel, wychodząc z hali. Eleonora spojrzała na Natalię i Alicję, które z markotnymi minami zaczęły okrążać boisko. Gabriela miała zwolnienie z zajęć, od czasu, gdy w gimnazjum skręciła sobie kolano. Nie narzekała – wręcz przeciwnie. Miała kilkadziesiąt minut dodatkowo na odrabianie zadań, dzięki czemu nie musiała robić ich w domu.

Gdy Eleonora skończyła biegać, usiadła na podłodze i oparła o ścianę. Jej kondycja pozostawiała wiele do życzenia. Wzięła kilka głębokich wdechów, próbując uspokoić szalejące serce i przymknęła oczy.

– Hej, księżniczko, a ty na co czekasz? Na zaproszenie? – Szatynka prychnęła gniewnie, ale posłusznie wstała i przyłączyła się do gry. Pan Bartłomiej nigdy nie wzbudził w niej należytego respektu, mimo że wielokrotnie powtarzała, iż do wszystkich nauczycieli należy mieć szacunek. On był jednym z wyjątków od tej reguły. Rzucał seksistowskimi żartami, które, ku zdziwieniu Eleonory, powodowały u dziewcząt z jej roku wybuchy śmiechu. Dla niej były one krzywdzące i z coraz mniejszą ochotą chodziła na te zajęcia. W takich chwilach zazdrościła Gabrieli, która nie musiała oglądać nauczyciela.

Grali w siatkówkę, jak zwykle zresztą. Zero inwencji… Bez przerwy to samo. Drużyna, w której była Eleonora, wygrała, lecz nie było to jej zasługą. Nienawidziła tej lekcji tak samo, jak angielskiego. Na szczęście, zajęcia szybko zakończyły się i dziewczyna mogła pójść się przebrać.

– Co teraz mamy? – spytała szatynka, rozpuszczając włosy. Natalia zachichotała.

– Angielski.

Eleonora nie pamiętała, kiedy ostatnio zdarzyło jej się tak zakląć.

*

Eleonora narzuciła kurtkę na ramiona i gdy zakładała wełnianą czapkę na głowę, czyjeś dłonie zasłoniły jej pole widzenia. Westchnęła i ze zrezygnowaniem opuściła ręce. Dłonie osoby stojącej za nią były delikatne, jednak nie były to dłonie dziewczyny. Facet. To z pewnością był mężczyzna. Eleonora nie miała wielkiego wyboru. Tylko jeden chłopak wydawał się być na nią wiecznie napalony. W dodatku do jej nozdrzy dotarł zapach potu i dezodorantu.

– Jakub…

Męskie dłonie opadły i Eleonora musiała chwilę poczekać, by jej wzrok wyostrzył się. Odwróciła się i zobaczyła blondyna, który obdarzał ją szerokim uśmiechem.

– Dziś jest twój szczęśliwy dzień. Postanowiłem, że odprowadzę cię do domu…

– Jeszcze pamiętam drogę – odburknęła dziewczyna, podnosząc torbę i wychodząc z szatni. Od razu szczelniej okryła się kurtką. Zawiał silny wiatr, a niebo z każdą sekundą chmurzyło się coraz bardziej. Zanosiło się na deszcz. Eleonora drgnęła, gdy poczuła oplatającą ją w pasie rękę, lecz szybko wyrwała się z uścisku kolegi. Jakub westchnął i odchylił głowę, próbując zebrać myśli.

– Dlaczego ty taka jesteś?

– Niby jaka? – spytała, wkładając ręce do kieszeni.

– Niedostępna.

– Chyba łatwa. – Blondyn uśmiechnął się delikatnie i przyspieszył, przez co chwilę później nastolatkowie szli ramię w ramię. – Nie jesteś w moim typie.

– A może jestem? Tego do końca nie wiesz. Nie znasz mnie za dobrze… – Eleonora skrzyżowała ręce i pokręciła głową w wyrazie dezaprobaty.

– Myślę, że jednak sporo wiem na twój temat. – Uśmiechnęła się. – Potrafię obserwować i wysnuwać odpowiednie wnioski.

O osobie Jakuba, Eleonora wysnuła swój wniosek już dawno. Lubiła go jako kolegę, jednak w towarzystwie zachowywał się jak totalny dupek. Działał szatynce na nerwy. Raz usłyszała, jak chłopak zakłada się z przyjaciółmi o to, że zaliczy jakąś, o rok młodszą, dziewczynę. I udało mu się to. Teraz, niemal na każdej przerwie, wpatrywała się ona w blondyna z rozpaczą w oczach. Eleonora była niemal pewna, że dziewczyna spędziła noc z kapitanem drużyny piłkarskiej, a gdy ten ją rzucił, dołączyła do jego fanklubu. Szatynka nie chciała paść kolejną ofiarą chłopaka. I była pewna, że nią nie będzie.

– Czyli jednak mnie obserwujesz. – Jakub uśmiechnął się zwycięsko, a Eleonora przewróciła oczami. – Jestem ciekaw, co tak naprawdę o mnie myślisz… Może omówimy to u ciebie?

Eleonora poczuła pierwsze krople deszczu na swojej skórze. Spojrzała na swój dom, a następnie na Kubę, który oczekiwał jej odpowiedzi.

Przykro mi, ale do mojego domu nigdy nie zaproszę męskiej dziwki.

Policzki dziewczyny zaczerwieniły się wyraźnie. Ta myśl przekroczyła próg jej umysłu, lecz nigdy w życiu nie ośmieliłaby się wypowiedzieć jej na głos. Gdy rozpadało się na dobre, mocniej chwyciła swoją torbę i powiedziała:

– Niestety, ani dziś, ani nigdy nie będę miała czasu. Przykro mi.

Odwróciła się i chciała odejść, gdy poczuła, jak dłoń chłopaka oplata się wokół jej nadgarstka. Jednym pociągnięciem ręki została obrócona i wręcz przyszpilona do torsu blondyna. Próbowała się wyrwać, jednak na niewiele to się zdało. Chłopak był silniejszy.

– Wiem, że mogę wydawać ci się aroganckim dupkiem – i to jak – a moje zachowanie do najlepszych również nie należy – to mało powiedziane – ale mi naprawdę zależy na tobie. I gdybyś tylko zechciała spróbować, ja postarałbym się zmienić…

Eleonora wreszcie została wypuszczona z uścisku i aż się zapowietrzyła ze złości. Obróciła się na pięcie i zdecydowanym krokiem weszła do domu.

Rzuciła torbę w kąt i zdjęła kurtkę. Wyciągnęła telefon, próbując dodzwonić się do którejś z przyjaciółek, lecz żadna z nich nie odbierała. Wyciągnęła z lodówki zapiekankę, którą zrobiła poprzedniego dnia na kolację i zaczęła odgrzewać ją w mikrofalówce.

Jak. On. Mógł?! Dupek!

Gdy skończyła myć talerze, zaczął dzwonić jej telefon. Ze zdziwieniem wpatrywała się na zdjęcie matki, które wyświetliło się na ekranie komórki. Bądź co bądź, Katarzyna nigdy nie dzwoniła pierwsza.

– Cześć… – Nieprzyjemny prąd przeszedł przez kręgosłup Eleonory. W głosie matki było coś, co sprawiało, że dziewczyna zaczęła się niepokoić. Nastolatka przeszła do salonu i wskoczyła na kanapę. Poprawiła poduszkę pod głową i ułożyła się wygodnie.

– Hej, stało się coś? Zwykle to ja muszę się do ciebie dobijać godzinami – zaśmiała się szatynka. Kiedy przez dłuższą chwilę odpowiadała jej cisza, niepokój wrócił na swoje miejsce.

– Eleonoro, musimy poważnie porozmawiać. – Tego tonu głosu, dziewczyna nie słyszała już dawno. Przebijała się w nim jakaś oschłość, zupełnie niepasująca do Katarzyny. Szatynka powoli podniosła się i oparła bose stopy o podłogę. – Od pewnego czasu myślałam dużo nad nami i… muszę ci powiedzieć, że… jesteś na tyle dorosła, by zacząć własne życie. Tak naprawdę.

– Czekaj – Eleonora przerwała matce, a w głosie dziewczyny przebijał się strach. – Nie bardzo rozumiem, o czym ty mówisz… Przecież już od kilku miesięcy mieszkam sama, a to chyba zalicza się do przejawów dorosłości…

– Ale tu nie tylko chodzi o twoje życie. Ja również chcę skorzystać z mojego! Mam czterdzieści dwa lata i nic nie osiągnęłam! Nie wracam.

– Dlaczego?! – krzyknęła szatynka z wyrzutem. – Dlaczego właśnie teraz?! Nie rozumiem… Miałaś wrócić do Polski! Miałyśmy razem mieszkać! Tutaj!

– Poznałam kogoś i… będziemy mieli dziecko.

Eleonora osunęła się na kanapę i zakręciło się jej w głowie.

Boże, moja matka jest w ciąży…

– Znudziłaś się mną? – spytała słabym głosem, nie mogąc nabrać powietrza w płuca, jakby to nagle zostało pozbawione tlenu. – Znalazłaś sobie kogoś i stałam ci się niepotrzebna? A co będzie za kilkanaście lat, jak to twoje dziecko już dorośnie? Może ono też ci się znudzi i je zostawisz, co?!

– Nie dodawajmy tu niepotrzebnego melodramatyzmu – odrzekł spokojnie głos w telefonie. – Posłuchaj, o pieniądze nie musisz się martwić. Będę ci przysyłać co miesięczną ratę, jak do tej pory. Ale… nie dzwoń do mnie. Zmieniam numer telefonu jeszcze dziś. I nie próbuj mnie szukać na własną rękę. Wprowadzam się do Drew. To tyle. – Rozłączyła się, nim Eleonora zdążyła odpowiedzieć.

*

Adam wziął teczkę w dłoń i ruszył w kierunku domu sąsiadki. Prawdę mówiąc, czarna aktówka nie była mu tym razem potrzebna, jednak zwyciężyła siła przyzwyczajenia. Wraz z Eleonorą ustalili, że odbierze ją z jej domu i razem pojadą do szkoły na zajęcia. Czarnowłosy stanął przed drzwiami domu uczennicy i zapukał trzykrotnie.

Cisza.

Ponownie zapukał i gdy nikt mu nie otworzył, zaczął mieć wątpliwości.

A może jednak zapomniała?

Nacisnął na klamkę i zdziwił się, gdy drzwi ustąpiły. Niepewnie wszedł do przedpokoju, a aktówkę oparł o jedną ze ścian. I nagle usłyszał.

Cichutkie pochlipywanie odbijało się od ścian salonu. Mężczyzna wszedł do środka i zatrzymał się, zdezorientowany tym, co zobaczył. Eleonora z pewnością płakała, bo jej ramiona drżały niekontrolowanie, a ręce zaciskały się mocno na poduszce, którą zakryła swoją twarz.

– Eleonoro? – Nauczyciel znów poczuł się nie na miejscu. Dziewczyna w ogóle nie zareagowała na swoje imię, na co Karasiewicz odpowiedział zrobieniem kroku ku niej. Zbliżał się do uczennicy powoli, jakby ta była jakimś płochliwym zwierzątkiem i jeden niewłaściwy ruch mógł ją do niego zrazić. Gdy kanapa ugięła się delikatnie pod ciężarem mężczyzny, szatynka zdała sobie sprawę, że nie jest sama. Nie miała jednak ochoty z nikim rozmawiać. Załkała głośno, równocześnie próbując nabrać do płuc więcej powietrza.

Adam od pewnego czasu toczył zaciętą walkę z samym sobą. W końcu otoczył drobne ciało dziewczyny ramionami, pozwalając jej się wypłakać. Poduszka odeszła w zapomnienie. Eleonora zacisnęła mocno dłonie na koszuli przybysza… mężczyzny…, nie próbując go nawet zidentyfikować. Przez ostatnią godzinę widziała tylko łzy. Poczuła na swoich plecach dłoń, która głaskała ją uspokajająco. Kolejne minuty były katorgą zarówno dla niej, jak i jej pocieszyciela. Dziewczyna próbowała opanować oddech, odganiając łzy, które nieprzerwanie cisnęły się jej do oczu.

– No już… – Usłyszała cichy, męski głos przy uchu, uniosła wzrok i momentalnie zamarła. Zobaczyła twarz swojego nauczyciela tuż przy swojej. Mężczyzna uniósł dłoń i otarł kolejne łzy, które spłynęły po policzkach dziewczyny. Dreszcz przeszedł przez jej ciało. – Poczekaj chwilę, zadzwonię do pani Jadwigi, by zamknęła szkołę, bo dzisiaj z naszych zajęć raczej nic nie wyjdzie. – Eleonora skinęła głową i schyliła się, podnosząc poduszkę, która wcześniej wypadła jej z rąk. Zobaczyła, że na poszewce został ślad podkładu i tuszu do rzęs. Dziewczyna westchnęła. Pewnie wyglądam paskudnie… – Zajęcia odwołane. – Mężczyzna usiadł obok swojej uczennicy i spojrzał na nią swoimi brązowymi oczami. – Jeśli nie chcesz, nie musisz mówić, ale wiedz, że możesz powiedzieć mi, co cię tak przygnębiło.

– Nie jest źle, profesorze…

– Nie jest źle, ale toniesz w morzu łez – odparł ironicznie, co dziewczyna skwitowała krzywym uśmiechem. – Gdybyś raczyła powiedzieć mi, gdzie trzymasz herbatę, to bym ci ją zaparzył…

– Pierwsza szafka od góry przy drzwiach – powiedziała, obserwując poczynania nauczyciela. Nie sądziła, że mówił na serio, a on wstał i bez jakichkolwiek oporów zaczął robić jej herbatę. Gdy postawił czajnik na kuchence, wrócił do uczennicy i zaczął bacznie się jej przyglądać.

– To może chcesz się jednak wyżalić?

Eleonora ze zdumieniem wpatrywała się w nauczyciela, zacisnęła usta w wąską linię i po chwili zaczęła mówić. Ominęła niektóre kwestie, między innymi nie powiedziała o dziecku, które za dziewięć miesięcy miało pojawić się na świecie. Musiała, po prostu musiała się komuś zwierzyć, nawet jeśli tym kimś miał być jej nauczyciel. Gdy wreszcie skończyła swój monolog, brązowe tęczówki stały się nieprzeniknione.

– Masz… jakieś oszczędności? – Policzki dziewczyny zrobiły się czerwone, przybrały kolor dojrzałych wiśni. W jakiś sposób, pytanie to wydawało się być niekomfortowe. Poruszyła się na kanapie i skinęła głową.

– Dostaję pieniądze od… – Eleonora zamyśliła się. Jak miała teraz nazywać kobietę, która z osoby bliskiej sercu stała się obca? Bo tytuł matki zobowiązywał. A Katarzyna się z tych zobowiązań nie wywiązała.

Eleonora poczuła dłoń na swoim ramieniu i uniosła wzrok. Uśmiechnęła się delikatnie, gdy zobaczyła nauczyciela z kubkiem gorącej herbaty. Przejęła go i podziękowała skinieniem głowy.

– Eleonoro… – Dziewczyna uniosła wzrok i pytająco spojrzała na mężczyznę. – Wiem, że jestem twoim nauczycielem, a ci kojarzą się zwykle z wiecznie zrzędzącymi gburami, ale… pamiętaj, że możesz na mnie liczyć. I jeśli będziesz potrzebowała rozmowy, to wiesz…

– Wiem – odparła cicho, uśmiechając się szczerze. Upiła łyk herbaty, która była niezwykła w smaku. Może stało się tak dlatego, że dodano do niej szczególne składniki: wsparcie i zrozumienie. A tego właśnie najbardziej brakowało dziewczynie… I dzięki Karasiewiczowi to dostała.

10

Od pamiętnego popołudnia minęło dwa tygodnie. Eleonora pilnie studiowała matematykę, zarówno na lekcjach, jak i zajęciach dodatkowych. Adam wymagał od niej więcej, niż od innych uczniów, zwłaszcza, że miała reprezentować szkołę w konkursie i jak to mówił nauczyciel: nie mogła przynieść mu wstydu. Każdą wolną chwilę poświęcała na robienie zadań i czytanie książek, przez co miała coraz mniej czasu dla przyjaciółek. Zaczynało jej ich brakować, jednak chęć wygranej była silniejsza od samotności. Pragnęła tego zwycięstwa. Chciała być najlepsza. Musiała udowodnić sobie i innym, że da radę.

Adam bacznie przyglądał się uczennicy i zauważał zmiany, które stopniowo w niej zachodziły. Zaczęła się izolować i przypominać jego samego. To go przerażało, bo wbrew pozorom nie chciał, by stała się szkolnym odludkiem, bez znajomych, bez życia. On skazał się na ten los i wcale nie był szczęśliwy, choć starał się tego po sobie nie pokazywać.

Eleonora przeciągnęła się, a następnie wypuściła ciężko powietrze. Zajęcia były męczące, a dziewczyna czuła, że wręcz pada na twarz. Życie w biegu dało jej o sobie znać. W tamtej chwili marzyła tylko o tym, by rzucić się na swoje łóżko i…

– Eleonoro? – Dziewczyna nagle oprzytomniała, widząc dłoń nauczyciela tuż przed oczami. Zarumieniła się delikatnie i uśmiechnęła przepraszająco. – Wszystko w porządku?

– Wszystko dobrze, proszę pana – odparła, widocznie mało przekonująco, bo brunet uniósł brew i skrzyżował r­ęce. – Jestem po prostu zmęczona.

– Powinnaś zwolnić. To tempo cię zniszczy i jeszcze, zamiast na konkurs, trafisz do szpitala. – Odpowiedziała mu cierpiętnicza mina i oczy, z których mógł wyczytać niemy protest. – Dyrektor wysłał już nasze zgłoszenie. Mamy wstawić się szesnastego grudnia w hotelu. Następnego dnia masz pierwszy pisemny etap konkursu. Osiemnastego, jeśli się zakwalifikujesz, masz drugi test do napisania, a dziewiętnastego jest etap ustny. Później mamy dzień wolny, możemy się przejść po Starówce albo gdzieś indziej. I wreszcie ogłoszenie wyników…

– Wie pan, ja bym wolała poczekać, aż siądę i napiszę ten test, bo jeszcze się okaże, że nie przejdę pierwszego etapu.

– Udam, że tego nie słyszałem – mruknął, wkładając podręczniki do aktówki. – Masz predyspozycje, by to wygrać, tylko musisz pracować. I się wysypiać. – Spojrzał znacząco na uczennicę, a Eleonora miała wrażenie, że się kurczy. Wstała i wzięła torbę do rąk. – Eleonoro, poczekaj przed szkołą, wrócę z tobą – rozkazał, bo z prośbą nie miało to nic wspólnego. Dziewczyna przygryzła wargę i założyła torbę na ramię.

– A co z pańskim samochodem?

– Nie jestem samochodem. Postanowiłem korzystać z pogody i przyszedłem do szkoły pieszo.

Nie wiedział, czy zauważyła, że użył praktycznie tych samych słów, którymi ona obdarzyła go kilkanaście dni temu. Widział jednak konsternację na twarzy dziewczyny i był pewien, iż zastanawia się nad odpowiedzią. W końcu skinęła głową i uśmiechnęła się delikatnie.

– Niech tak będzie – westchnęła, niby to zrezygnowanie. – Ale ani słowa o matematyce. – Uniósł kącik ust i skinął głową.

– Czekaj na mnie przed szkołą. – Uśmiechnęła się szeroko, po czym wyszła z klasy.

*

Eleonora wysyłała SMS-a do Alicji, gdy usłyszała kroki zbliżającego się nauczyciela. Uniosła wzrok i obdarzyła mężczyznę nikłym uśmiechem, jednocześnie chowając telefon do kieszeni.

– Idziemy? – Nauczyciel skinął głową. – Rozmawiał pan może z panią Teresą? – W odpowiedzi zyskała oburzone spojrzenie. – Czyli rozmawiał pan…

– Możemy zmienić temat?

– Ile ma pan lat?

– Po co ci to wiedzieć?

Był pewien, że kiedyś jakiś uczeń odważy się go zapytać o wiek, jednakże myślał, iż wywoła ono niemiłą odpowiedź w stylu: to nie twoja sprawa. Głupio mu było odpowiedzieć w ten sposób do dziewczyny, którą w jakiś sposób tolerował, a może nawet lubił.

– Bo pan wie o mnie wiele, a ja o panu praktycznie nic. – Mężczyzna prychnął i pokręcił głową.

– To chyba naturalne, że powinienem wiedzieć o tobie więcej, niż ty o mnie – odpowiedział spokojnie. – Wracając jednak do twojego pytania… Mam trzydzieści lat… prawie.

– Prawie? – spytała, a w jej oczach pojawiły się iskierki ciekawości. – Kiedy obchodzi pan urodziny?

– Piszesz o mnie biografię? – spytał rozbawiony. Dziewczyna wywróciła oczami i pokręciła przecząco głową, poprawiając torbę. – Urodziny mam dwudziestego czwartego grudnia. Ale jak się dowiem, że powiedziałaś o tym komukolwiek… – Mówiąc o kimkolwiek, zapewne miał na myśli jej kolegów. Skinęła głową, choć zastanawiała się komu miałaby o tym powiedzieć. Zaraz Alicja uznałaby, że między nią a Karasiewiczem do czegoś doszło.

– Ma pan urodziny w wigilię? – zauważyła. – Fajnie! – Entuzjazm dziewczyny spowodował, że na twarz nauczyciela wpłynął uśmiech.

– Niezbyt. Dostaje się na gwiazdkę mniej prezentów. – Eleonora zaśmiała się. Poczuła jednak uderzającą falę smutku i samotności, gdy z oddali zaczął wyłaniać się jej dom. Nie chciała zostać sama. Nie w tamtej chwili.

Stanęła przy drzwiach i otworzyła je, lecz nie weszła do środka. Odwróciła się zaś do nauczyciela, który spojrzał pytająco na uczennicę.

– Wejdzie pan na herbatę?

*

Słodki aromat herbaty o smaku owoców leśnych rozniósł się po kuchni. Eleonora podała kubek z napojem nauczycielowi, a ten podziękował skinieniem głowy. Szatynka cieszyła się, że mężczyzna z nią został, choć stojąc przed domem była prawie pewna, iż odmówi. Osłodziła herbatę i podała cukierniczkę mężczyźnie, który pokręcił przecząco głową.

– Gorzka, proszę pana?

– Nie przepadam za słodzoną herbatą – mruknął, upijając łyk napoju.

– A co ze słodyczami, proszę pana? – spytała z uśmiechem. – Też pan od nich stroni?

– Nie jem słodyczy – odparł poważnie, po czym uniósł kącik ust. – Żelki i czekolada się nie liczą.

Eleonora uśmiechnęła się i skinęła głową z uznaniem, jednak nie mogła sobie wyobrazić nauczyciela zajadającego się słodyczami.

– Skąd się pan u nas wziął?

Mężczyzna westchnął ciężko, a przez jego twarz przebiegł cień. Eleonora zacisnęła usta w wąską linię, czekając na odpowiedź. Nie planowała poruszać tego tematu, lecz wrodzona ciekawość nie pozwoliła jej milczeć. Nagle twarz nauczyciela zmieniła się diametralnie. Oczy pociemniały, a usta wykrzywiły się w uśmiechu.

– Nie ma o czym mówić. Mieszkałem w Warszawie, miałem dobrą pracę… Żyłem z dnia na dzień. – Uśmiech na twarzy mężczyzny ustąpił grymasowi, który spowodował, że Eleonora miała ochotę się gdzieś schować. – W ostatnie wakacje nastał czas, by dorosnąć Znajomy powiedział mi o waszej szkole, o tym, że potrzebujecie nowego nauczyciela i wtedy postanowiłem tu przyjechać… Ot, cała historia.

– A czym zajmował się pan przed przyjściem do nas?

– Z każdym kolejnym pytaniem utwierdzam się w założeniu, że piszesz o mnie biografię. – Uśmiech ponownie wstąpił na jego twarz, a spojrzenie brązowych oczu stało się cieplejsze. – Pracowałem w jednej z tamtejszych firm… Nie ma o czym mówić.

– Było warto? – Adam spojrzał pytająco na uczennicę. – Przenieść się tutaj? I zrezygnować z tamtej pracy na rzecz tej tutaj?

– Nie jest źle – powiedział obojętnie, chociaż w jego głosie, Eleonora wyczuła pewną urazę. Czyżby nie był do końca szczęśliwy?

Kątem oka, mężczyzna spojrzał na zegarek. Wypił herbatę z kubka, po czym wstał z zajmowanego przez siebie miejsca.

– Chyba się zasiedziałem. Nie powinno mnie tu być tak długo… W ogóle nie powinno mnie tu być. – Przeszedł do przedpokoju, gdzie zostawił płaszcz i buty, po czym wziął w dłoń swą aktówkę. Eleonora poszła za nim, oparła się o ścianę i przygryzła dolną wargę.

– Przecież nic złego nie zrobiliśmy – powiedziała pewnie, odbijając się od ściany i robiąc krok ku nauczycielowi. – Rozmowa nie jest niczym złym…

– Eleonoro… – Zrobił krok w tył i chwycił klamkę. W jego oczach pojawiło się coś, jakaś iskra, sugerująca, że chce powiedzieć coś ważnego, coś co zmieni sposób, w jaki go postrzega. – Do zobaczenia na zajęciach – wymsknęło mu się, nim zniknął za drzwiami. Chłodny wiatr zdołał wedrzeć się do środka, uniósł włosy nastolatki i rozpłynął się. Zupełnie tak, jak Adam Karasiewicz.

*

Masz jedną nieprzeczytaną wiadomość od: Natalia

Szykuj słodycze, będę za pięć minut.

Eleonora przeciągnęła się i drgnęła, słysząc, jak jedna z kości strzyknęła głośno. Zamknęła książkę i ziewnęła, jednocześnie spoglądając na zegarek. Było przed dwudziestą drugą. Szatynka ześlizgnęła się z łóżka i przeszła do kuchni, gdzie nastawiła wodę na herbatę. Usłyszała silnik samochodu, a następnie ktoś zaczął pukać do drzwi. Nie zdążyła nawet do nich dojść, gdy Natalia wpadła do środka z ogromnym uśmiechem na twarzy.

– Nie uwierzysz! – pisnęła brunetka, chaotycznie ściągając płaszcz i buty. – Widziałam Alicję w centrum handlowym!

– Byłaś z tym swoim sprzedawcą? – Natalia wywróciła oczami, lecz jej uśmiech wcale nie zmalał. – No to co się wydarzyło, że tak się ekscytujesz?

– Widziałam Alę z Mikołajem! Razem! CAŁOWALI SIĘ! – wykrzyczała dziewczyna, a na twarz Eleonory wstąpił głupkowaty wyraz. Już na boisku zauważyła, że między blondynką a bratem Gabrieli coś zaiskrzyło. Nie wiedziała tylko, dlaczego jej o tym nie poinformowano. Przecież Eleonora chciała, by jej przyjaciółki były szczęśliwe… Mimo lekkiego zawodu, który wykiełkował jak chwast w jej sercu, szatynka uśmiechnęła się i gestem ręki zaprosiła Natalię do kuchni.

– Chcesz herbaty? – Brunetka pokręciła przecząco głową.

– Nie przyszłam do ciebie tylko na ploteczki. – Natalia kontynuowała swój wywód. – Potrzebuję ubrań. Kolorowych ubrań.

Oczy Eleonory rozszerzyły się w szoku. Natalia nigdy, ale to nigdy nie zakładała ubrań, które nie były czarne. Szatynka przyjrzała się koleżance, której włosy zakryły policzki. – Czy ty się rumienisz? – Policzki Natalii zaczęły jeszcze bardziej kontrastować z jej bladą cerą, zaś Eleonora wskazała na nią oskarżycielsko palcem. – Rumienisz się! Tłumacz się, natychmiast!

– Och, po prostu poznałam kogoś, ok? – rzuciła lekceważącym tonem, wywracając oczami. Odchyliła głowę do tyłu i przymknęła oczy. – Potrzebuję ubrań, a nie mam na tyle kasy, by wymienić całą garderobę. Jesteśmy podobnego wzrostu i postury, na pewno coś znajdziesz dla mnie…

– Serio chcesz się zmieniać dla jakiegoś faceta? – spytała sceptycznie szatynka, krzyżując ręce. – Jeśli nie pokocha cię taką, jaką jesteś, to nie warto się za takim uganiać.

– Niby tak, ale na początek wolałabym spróbować.

Eleonora westchnęła. Tłumaczenie przyjaciółki jej nie przekonywało. Szatynka uważała, iż Natalia była tak cudowną osobą, że nie powinna zmieniać się dla jakiegoś chłystka. Widząc desperację w oczach przyjaciółki. Eleonora wyciągnęła rękę ku niej i uśmiechnęła się niemrawo.

– No to chodźmy. Spróbujemy zaczarować tego twojego księcia.

*

Eleonora zakryła twarz poduszką, czując, że niewiele jej brakuje do zapadnięcia w sen. Poczuła chłodne palce na swoim ramieniu, mruknęła niechętnie i uchyliła powiekę.

– Kochana, ja się będę zbierać. Odezwę się jutro. – Szatynka mruknęła coś w odpowiedzi i ponownie zamknęła oczy.

Wychodząc, Natalia wyłączyła światło i zamknęła drzwi. Eleonora przekręciła się na prawy bok i wypuściła drżąco powietrze. Zasnęła.

Obudził ją dziwny dźwięk. Otworzyła oczy i zaczęła nasłuchiwać. Przez dłuższy czas nic się nie działo, gdy…

Ktoś zaczął walić w drzwi. Eleonora wstała, zaświeciła lampkę i zarzuciła szlafrok na ramiona. Pospiesznie przeszła przez korytarz, w tym samym czasie przeczesując włosy palcami. Pociągnęła za klamkę i zamarła.

– Mogę wejść? – Eleonora powoli odsunęła się, wpuszczając matematyka do środka, jednakże nadal zachowywała czujność. Mrok pochłonął sylwetkę nauczyciela i tylko światło, sączące się z sypialni, pozwalało określić miejsce, w jakim się znajdował. Mężczyzna obrócił się w jej stronę, jakby gwałtownie, z przerażającą ekspresją i nawet jeśli w tamtym momencie chciałaby uciec, nie miałaby gdzie. W jego oczach palił się błysk. Błysk ogromnego temperamentu, diabelskiego temperamentu, który przyprawił ją o niezauważalne drżenie.

Jej serce zabiło mocniej, gdy zrobił krok w jej stronę i dopiero po chwili przypomniała sobie o tym, że trzeba oddychać.

– Przyszedłem tutaj, bo… – zaciął się, a ręce, dotychczas delikatnie uniesione, opadły wzdłuż jego ciała. Przeprowadzał ze sobą jakąś przedziwną, wewnętrzną walkę – z góry był jednak skazany na porażkę. Zrobił kolejny krok. Zaczęła dzielić ich odległość wyciągniętych ramion jednej osoby i Eleonora zdała sobie sprawę, że dzieje się coś ważnego. Napotkała palące spojrzenie brązowych tęczówek i zdołała wydusić z siebie jedynie:

– Nie rozumiem…

Zbliżył się do niej jeszcze bardziej, uniósł dłoń, palcami muskając jej skroń, rozpalony policzek i dotarłszy do podbródka, chwycił go i spowodował, że jej twarz była bliżej jego twarzy niż kiedykolwiek wcześniej.

– Eleonoro…

Jej plecy boleśnie wbijały się w ścianę, lecz nie zwracała na to większej uwagi. Drgnęła, gdy Adam przesunął kciukiem po jej rozchylonych wargach. Nagle druga dłoń dołączyła do pierwszej, przestały poznawać twarz nastolatki i zatrzymały się na policzkach dziewczyny. Wstrzymała oddech, kiedy twarz bruneta znalazła się niebezpiecznie blisko jej twarzy.

Boże, on mnie pocałuje…!

Zacisnęła powieki i… poczuła, że coś jest nie tak. Uchyliła powieki i prawie wrzasnęła, widząc, że nie stoi na korytarzu, tylko leży na swoim łóżku, w swoim pokoju. Zakręciło jej się w głowie, powietrze stało się cięższe, a policzki paliły niewyobrażalnym ogniem.

– To był tylko sen… Chory sen…

Nie wiedziała jednak, że ten sen był dopiero początkiem…

11

Eleonora wbiegła do klasy i uśmiechnęła się przepraszająco do nauczycielki. Ostatnie dwie noce były niezwykle ciężkie, przez co dziewczynę nie obudził nawet szalejący budzik. Szatynka od razu zauważyła, iż Natalia miała na sobie pożyczoną sukienkę. Czerwoną sukienkę.

A jednak nie tylko kolor ubrań Natalii zmienił się. Między Gabrielą a Alicją wyraźnie wrzało. Eleonora usiadła obok blondynki i ostrożnie zapytała:

– Coś się stało?

Alicja pokręciła przecząco głową, a Gabriela zarzuciła włosami, prychając cicho. Ewidentnie, między dziewczynami musiało się coś wydarzyć. Eleonora zerknęła na Natalię, która w odpowiedzi na nieme pytanie wzruszyła ramionami i pokręciła przecząco głową. Nic nie wiedziała. A przynajmniej nie była do końca pewna. Panna Kraszewska zaczynała podejrzewać, iż ma to związek z Mikołajem i pocałunkiem w galerii, lecz z jakiego powodu Gabriela miałaby się tak denerwować?

– A teraz napiszecie kartkówkę! I nie ma ale! – Uczniowie jęknęli cicho, lecz nie zrobiło to najmniejszego wrażenia na nauczycielce języka polskiego, która, w miarę możliwości, postanowiła zapanować nad klasą. – Polecenie: w dziesięciu zdaniach napisz, o czym prawi rozdział „Ulica Krokodyli” w lekturze „Sklepy cynamonowe”. To wszystko. Macie pięć minut. I radzę się nie odzywać.

Starsza kobieta zaczęła przechadzać się pomiędzy ławkami, lecz nie powstrzymało to uczniów, którzy ze stoickim spokojem wyciągnęli telefony. Eleonora złożyła podpis na kartce i przygryzła dolną wargę.

Ulica krokodyli wyraźnie odznacza się spośród dzielnic miasta. Ciekawe, co zaszło między dziewczynami. Jest to dystrykt przemysłowo-handlowy, gdzie wszystkie budynki, wystroje wnętrz i wystaw, dorożki, przechadzający się ludzie, mają jakąś wadę. Jestem prawie pewna, że poszło o Mikołaja… Elementy tamtejszego krajobrazu są tandetne, pozbawione kolorów, wątpliwego pochodzenia. Ala na pewno nie zrobiłoby nic, co by mu zaszkodziło. Mieszkańcy miasta trzymają się z dala od ulicy Krokodylej; nie jest to bezpieczne miejsce.

Gabra pewnie się martwi o brata… Trudno wyróżnić tam konkretną ludzką sylwetkę. Ale Mikołaj jest już duży. Nie potrzebuje niańki. Mimo ogólnie panującego brudu i harmideru, trudno oprzeć się czarowi tego miejsca, który powoduje, że każda najmniejsza zachcianka człowieka urasta do wielkich rozmiarów. Ala też powinna zrozumieć… Jest to jednak największy fatalizm tej dzielnicy. Spełnienie nie nadchodzi, okazuje się złudą i pryska jak bańka, rozsypuje się jak płatki maku. Wszędzie podobne manekiny, wystawy, panienki. Wszędzie jednolita tandeta. To miejsce jest imitacją pięknej i szlachetnej, starej części miasta. Cóż, to nie moja sprawa…

– Koniec czasu, złóżcie kartki na moim biurku i otwórzcie podręczniki na stronie trzydziestej.

Eleonora, krytycznym okiem zmierzyła cały tekst. Niestety, nie zdążyła dotrzeć do końca, gdyż kartka została wyrwana z jej rąk. Jakub obdarzył koleżankę wrednym uśmiechem i puścił dziewczynie oczko, co ta skomentowała cichym prychnięciem.

*

Eleonora miała wrażenie, że lekcja trwała krócej, niż zwykle. Dzwonek ogłaszający przerwę wyrwał ją z zamyślenia. Wrzuciła książki do torby i gdy wychodziła z klasy, poczuła czyjąś dłoń, oplatającą jej nadgarstek. Wywróciła oczami, widząc blond czuprynę kolegi.

– Wiesz, czym jest przestrzeń osobista? – spytała, lecz pytanie to zdawało się być retorycznym. Gdyby wiedział, zapewne nie zbliżałby się do niej na taką odległość. – Niedługo będę mogła posądzić cię o nękanie.

– Nie zrobiłabyś tego. Za bardzo mnie lubisz – powiedział pewnie, uśmiechając się zadziornie. Po chwili spoważniał i spojrzał Eleonorze głęboko w oczy. – Chciałem cię przeprosić. Wiem, że ostatnimi czasy dałem ci się poznać tylko od tej gorszej strony, ale chciałbym, byś zrozumiała, iż ja taki nie jestem. Ja zachowuję się tak, bo… Sam nie wiem, dlaczego – mruknął, zmierzwiając swoje blond włosy. – Ale z tobą jest inaczej. Chciałbym ci pokazać, że ja też mogę zachowywać się… normalnie.

Mówiąc to, przeszli z Eleonorą przez korytarz i przystanęli przy automacie. Dziewczyna wyciągnęła kilka monet i kupiła czekoladowego batonika. Zabrała resztę i spojrzała na chłopaka, który w tej chwili wydawał się być bardziej przerażony, niż Gabriela na lekcji matematyki. Lecz czego on się obawiał. Że mu nie przebaczy tego, iż robił z siebie idiotę? Że prześladował ją i w sumie nadal to robi?

– Kuba… – westchnęła dziewczyna, na co chłopak uśmiechnął się. – Nie umówię się z tobą, jeśli o to ci chodzi.

– Nie! – krzyknął chłopak, kręcąc energicznie głową. – Nie chodzi mi o to, byś się ze mną umówiła, tylko o to, żebyśmy zakopali topór wojenny!

– Skoro tak, to się ode mnie odsuń!

– Jakiś problem, Eleonoro?

Dziewczyna zdębiała, a jej całe ciało spięło się. Tuż za jej plecami stał Karaszewicz, czuła wyraźnie jego obecność. Jakub nieco pobladł na twarzy. Nauczyciel był jedną z osób, która wyzwalała w nim paraliżujący strach. Szatynka przymknęła oczy i powoli zaczęła się obracać. Spojrzała wprost w brązowe tęczówki i przełknęła gulę, która znikąd pojawiła się w jej gardle. Nagle, przed oczami stanął jej sen i musiała się pilnować, by nie opaść w objęcia mężczyzny.

Pokręciła energicznie głową, próbując odgonić natrętne myśli.

– Eleonoro…?

– Nic się nie stało, proszę pana – wydusiła z siebie, a jej głos był przytłumiony. – Tylko rozmawialiśmy. – Uniósł brew i skrzyżował ramiona, krytycznym okiem oceniając sytuację. Po jakimś czasie poddał się i skinął głową.

– Niech wam będzie. Eleonoro – spojrzał na dziewczynę – na długiej przerwie widzę cię u dyrektora.

I odszedł, nie oglądając się za siebie. Eleonora jeszcze przez chwilę wpatrywała się w plecy mężczyzny, by następnie przypomnieć sobie o swoim towarzyszu.

– Co zrobiłaś, że dyrektor zaprasza cię na dywanik? – zapytał z uśmieszkiem, na co szatynka westchnęła. On nigdy się nie zmieni

– To nie twoja sprawa – odparła, ruszając w stronę klasy. Chłopak odbił się od ściany i podbiegł do koleżanki, oplatając jej talię swoją ręką. Ta bez pardonu strzepała ją, niebezpiecznie mrużąc przy tym oczy. – Łapy przy sobie. Mówiłam coś o przestrzeni osobistej.

– Tylko napomniałaś… No dobra, już dobra, zabieram moje piękne ręce – Eleonora westchnęła, próbując zamaskować nikły uśmieszek, który wykwitł na jej twarzy. – Ale między nami jest ok, nie?

– Masz czystą kartę – powiedziała, przez chwilę się zastanawiając nad odpowiedzią. – Nie zmarnuj jej.

– Będę się starał. – Eleonora przez chwilę przyglądała się koledze, a gdy w jego spojrzeniu napotkała szczerość, uśmiechnęła się delikatnie i skinęła głową. Miała nadzieję, że nie nadwyręży jej zaufania.

*

Na kolejnej lekcji, informatyce, Eleonora nie mogła się skupić. Bez przerwy myślała o mężczyźnie ze snu. Nie o nauczycielu. O widmie, które pojawiło się w jej umyśle, nocą. Ale czy to nie była jedna i ta sama osoba?

Szatynka zamyśliła się, a dłonie ułożyła na klawiaturze komputera. Człowiek ze snu płonął czystą namiętnością. Był czuły, a jednocześnie zdecydowany. Wiedział, czego chciał. Chciał jej… Przez jego głos przemawiało pragnienie, którego zapewne nie będzie jej dane usłyszeć w rzeczywistości. Eleonora przygryzła wargę. Przypomniała sobie o wyrazie twarzy mężczyzny. I brązowych oczach, w których błyszczały iskry pożądania… Ale nie był to jej nauczyciel. On nie tknąłby jej końcem kija.

– Panno Kraszewska, jakiś problem? – Eleonora spojrzała na nauczycielkę, która przyglądała się jej kodowi. – No dobrze ci idzie, dlaczego nie pracujesz?

– Przepraszam – powiedziała, choć wcale nie było jej przykro. – Myślałam nad kolejnym poleceniem…

– To myśl szybciej – pospieszyła ją nauczycielka. – Lekcja kończy się za pięć minut, a pracę macie oddać na następnych zajęciach. Przygotujcie się też na ustną odpowiedź!

Gdy zadzwonił dzwonek, Eleonora wyszła z klasy jako pierwsza. Minęła zdziwioną Natalię i Alicję, która łypała groźnie wzrokiem w kierunku Gabrieli. Ale to nie było teraz ważne. Teraz dziewczyna musiała się skupić, by zapomnieć o śnie, a właściwie jego głównym bohaterze. Tylko dlaczego było to takie trudne?

*

Eleonora weszła do gabinetu dyrektora, który skinął jej głową na przywitanie i wypuścił długo wstrzymywane powietrze. Mężczyzna odszedł od okna i zaproponował uczennicy fotel. Szatynka spojrzała na puchary, ukryte za szklanymi gablotami. Kilka nagród było dla dyrektora, inne otrzymała szkolna drużyna piłkarska. Eleonora odwróciła się, gdy usłyszała dźwięk otwieranych drzwi. Poczuła napływającą falę niepewności, gdy zobaczyła matematyka, zasiadającego na fotelu, tuż obok niej.

– Dobrze – zaczął dyrektor, ocierając chustką spocone czoło. – Mam przygotowaną dla ciebie zgodę na udział w konkursie, Eleonoro. A dla ciebie – spojrzał na nauczyciela matematyki – mam coś w stylu umowy, na mocy której, na czas wyjazdu, bierzesz całkowitą odpowiedzialność za twoją uczennicę.

Adam skinął głową i wziął długopis do ręki, po czym złożył zamaszysty podpis na dokumencie. Dyrektor uśmiechnął się, widząc, jak uczennica z należytą pieczołowitością czyta papier, który mężczyzna podsunął jej pod nos. Gdy szatynka przejmowała długopis, przez jej ciało przeszedł delikatny dreszcz. Ich palce spotkały się w najdelikatniejszej z pieszczot, a policzki Eleonory pokryły się słodką czerwienią. Dziewczyna dopełniła formalności i spojrzała na dyrektora, który zajęty był podziwianiem krajobrazu za oknem.

Adam chrząknął, sprowadzając towarzyszącego im mężczyznę na ziemię.

– Zatem… Jak już wspominałem Adamowi, jesteście przyjęci do konkursu. Wpłaciliśmy należną kwotę za udział. Problem mamy natomiast z dojazdem. Rada nie zgodziła się na opłacenie busa dla dwóch osób.

– To żaden problem, dyrektorze – powiedział Karasiewicz z zadziwiającą pewnością. – Pojedziemy moim samochodem.

– Nie jestem pewien, czy to dobry pomysł – mruknął dyrektor. – Dobrze wiesz, że takie działania mogą zasiać ziarno niepewności wśród innych uczniów. – Eleonora, która dotychczas ze znudzeniem słuchała dyrektora, wstała, oburzona jego słowami.

– Co pan insynuuje?! Przecież ja nie mogłabym…

– Wiem, dobrze wiem. – Dyrektor uniósł ręce w uspokajającym geście. – To jednak nie zmienia faktu, że uczniowie mogą… zainsynuować pewne rzeczy. Nie chciałbym skandalu w szkole. To szanowane liceum i tak ma zostać.

– Dyrektorze – Głos Karasiewicza również zawierał nutkę zdenerwowania – nie, żeby nie zależało mi na opinii szkoły, lecz… Martwi się pan o to, że wyruszymy moim samochodem, a przecież podczas pobytu w Warszawie będziemy z Eleonorą mieszkać w jednym hotelu. Czyż to nie jest większy problem?

Dyrektora wbiło w fotel, gdy uświadomił sobie, że matematyk miał rację. Na temat insynuacji nie powiedział już nic więcej.

*

Eleonora wychodziła ze szkoły i nieco sposępniała, widząc zachmurzone niebo. Miała nadzieję, że zdąży dojść do domu, nim zacznie padać. Zbiegła po schodach i nagle poczuła czyjąś dłoń, chwytającą ją za nadgarstek. W pierwszej chwili myślała, że to Jakub, lecz gdy odwróciła się, napotkała spojrzenie brązowych tęczówek. Matematyk niemal od razu zabrał rękę, a w jego oczach pojawił się dziwny błysk, jakby niepewność.

– Czy mógłbym ci towarzyszyć w drodze do domu?

Nie odmówiła. I uważała, że było warto dla nikłego uśmiechu, który zagościł na jego twarzy. Od początku roku widziała go tylko kilka razy. Pojawiał się zwykle na ich prywatnych zajęciach, gdy nie widział go nikt, prócz niej. Na lekcjach wyraz jego twarzy pozostawał obojętny. Czasem brunet krzywił się, powodując paraliż u uczniów. Nic jednak nie mogło zastąpić tego nikłego uśmieszku, lekkiego uniesienia kącika ust.

– Wszystko w porządku? – spytał w pewnej chwili, na co dziewczyna spłonęła rumieńcem. I jego głos. Zdecydowanie był atutem mężczyzny, choć ta nie była pewna, czy nauczyciel zdaje sobie z tego sprawę. Niski, przyjemny dla ucha baryton, jedwabisty niczym czarny aksamit, lekko drażniący ucho, słodko brzmiący… – Eleonoro, słuchasz mnie?

– Przepraszam, zamyśliłam się – odparła, a po jego minie poznała, że wcale nie jest na nią zły. Przełożył aktówkę z lewej dłoni do prawej, nie przerywając marszu. – Jak panu minął dzień? – Spojrzał na nią zdziwiony, lecz po chwili odpowiedział:

– Męcząco. Ale nie rozumiem, dlaczego mnie o to pytasz, skoro mieliśmy razem ostatnią lekcję.

– Materiał, który przerabiamy, nie należy do najłatwiejszych. Niech się pan nie dziwi, że mamy z nim kilka problemów po drodze.

– Mamy – spytał, spoglądając kątem oka na uczennicę. – Czyli ty również?

– Nie, ja się po prostu utożsamiam z klasą. – Uśmiechnęła się, zauważając, że jej nauczyciel się o nią martwił. Nie o ciebie, a o twoją edukację i swoją reputację, kretynko…! – Słyszał pan, że w szkole będą Andrzejki?

– Głupota – mruknął pod nosem.

– Będzie pan tańczył?

– Nie tańczę, jeśli nie muszę.

Zdanie to zdawało się jej znajome, choć nie wiedziała, do kogo mogłaby je przypisać. Przez chwilę rozmyślała o tym gorączkowo, próbując znaleźć wyjście, rozwiązanie tej zagadki. W końcu westchnęła, tym samym poddając się. Jeśli nie zapomni, pomyśli o tym w domu, od którego notabene dzieliło ich kilka kroków.

– Do zobaczenia jutro. – Nauczyciel pożegnał się z uczennicą i odszedł, nie odwracając się więcej w jej stronę. Eleonora uśmiechnęła się krzywo, wyciągnęła klucze, po czym weszła do domu. Musiała odpocząć.

12

– Wygospodarowałem godzinę tygodniowo, by przypominać wam materiał z pierwszej i drugiej klasy. Zaczniemy od algebry. Ciągi to jeden z najłatwiejszych działów. Mam nadzieję, że pamiętacie, jak wyznaczyć n-ty wyraz ciągu arytmetycznego i geometrycznego… – Adam westchnął, widząc zdziwione uczniowskie twarze. – Nie będę tego więcej powtarzał: macie w tym roku maturę! Czy wy jesteście świadomi, że będziecie musieli ją zdać? Później będziecie płakać, że mogliście się zapisać do innej szkoły, ale cóż, tych lat nikt wam już nie zwróci.

Niewielu uczniów faktycznie przejęło się stanem swej edukacji. Eleonora westchnęła, wiedząc, że Karasiewicz ma całkowitą rację. Dopiero gdy przyjdą wyniki z egzaminu, zaczną martwić się o swoją przyszłość, wyrzucając sobie, iż można było się uczyć. Nagle Eleonora poczuła, że Gabriela trąca ją łokciem. Rozejrzała się po klasie i spłonęła rumieńcem, widząc baczne spojrzenie nauczyciela.

– Zapraszam do tablicy, panno Kraszewska. – Eleonora poczuła się głupio. I nie działo się tak ze względu na to, że się zagapiła. Zdecydowanie wolała, gdy zwracano się do niej po imieniu. Zerknęła na przykład, który według niej, był banalny. Rozwiązała go w niecałe dwie minuty. Spojrzała na nauczyciela, który skinął głową i prawie niezauważalnie się skrzywił. A może jej się to tylko zdawało? – Dobrze, wracaj na miejsce.

– Nadal nie mogę zrozumieć, jak ty możesz to tak szybko robić – mruknęła Gabriela pod nosem. Eleonora uśmiechnęła się w odpowiedzi. Sama nie wiedziała, jak to się stało, że tak pokochała ten przedmiot.

– Panie Jakubie, prosimy do tablicy. – Nauczyciel zasiadł na swoim miejscu przy biurku, otworzył dziennik i zapisał temat. Kiedy skończył, spojrzenie jego i Eleonory spotkało się na ułamek sekundy. Uśmiechnęła się do niego, a on w odpowiedzi skrzywił się. Dziewczyna posmutniała delikatnie. Dlaczego on tak reagował? Przecież wszystko było w porządku…

A może wcale tak nie było? Może była zbyt nachalna w stosunku do niego? Nie powinni byli razem wychodzić ze szkoły. I jeszcze ten głupi sen! Jej wyobraźnia podziałała na jej niekorzyść. Za dużo sobie wmówiła. Powinna była skupić się na zajęciach, a nie na rozpamiętywaniu nocnej mary. To nie mogło się więcej powtórzyć.

A czy w ogóle chciała, żeby się powtórzyło?

TA myśl nie przekroczyła jeszcze granicy, zwanej zdrowym rozsądkiem. Nic nie było w stanie jej przekonać. To stawało się nienormalne…

– El, pakuj się. Już dzwonek. – Szatynka mechanicznie zaczęła wkładać podręczniki do torby. Czy w ogóle mogłaby do tego dopuścić? – Halo, wychodzisz, czy nie?

??!!

– Wychodzę – odparła, a jej głos pozbawiony był jakichkolwiek głębszych uczuć. Gdy mijała biurko, starała się uśmiechnąć do nauczyciela, lecz wyszedł jej dziwny grymas. Jakby miała zaraz zwymiotować. Kiedy już wyszła z klasy, zaczęła biec w stronę łazienki. Poczuła dziwny ciężar w piersi, a w oczach pojawiły się łzy. Życie nie było sprawiedliwe. Los nie był sprawiedliwy. A spływające po policzkach łzy, wcale nie dały ukojenia.

*

Lekcja wychowania fizycznego zaczęła się, jak zwykle – rozgrzewką. Eleonora związała włosy w luźnego koka i schyliła się, w ostatnim momencie chroniąc twarz przed zderzeniem z piłką. Spojrzała ze złością na nauczyciela, który nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi i rzucał dalej. Przeszła pod ścianę i spojrzała na dziewczyny, przymilające się nauczycielowi. Schyliła się, by zawiązać sznurówkę buta i gdy wstała, zobaczyła matematyka rozmawiającego z wuefistą. Karasiewicz, jak zwykle zresztą, zachowywał czystą obojętność. Spojrzał na Eleonorę i ruchem głowy nakazał jej, by podeszła. Szatynka spojrzała na Alicję, która uśmiechnęła się do niej i poruszyła znacząco brwiami.

– Zwalniam cię z tej lekcji – powiedział matematyk, a na jego twarzy błąkał się nikły uśmiech. Wuefista nie wyglądał na tak zadowolonego… Machnął ręką i poszedł w stronę pozostałych, mrucząc coś pod nosem. Eleonora była pewna, że wcale nie ubolewał nad jej wyjściem z zajęć.

*

Szatynka wyszła z szatni i wzięła do rąk torbę, zmierzając za nauczycielem w stronę klasy.

– Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie bardzo zła za to zwolnienie? – Eleonora uśmiechnęła się i pokręciła przecząco głową. Fakt faktem, nie przepadała ani za tą lekcją, ani za nauczycielem. – To dobrze. Miałem akurat wolną godzinę i pomyślałem, że możemy popracować nad czymś do konkursu.

Weszli do klasy. Nauczyciel przysunął do biurka drugie krzesło i wskazał je uczennicy. Sam zatrzymał się przy jednej z półek i przesunął opuszkami palców po okładkach podręczników. Eleonora, gdy już wyciągnęła potrzebne przybory, przygryzła wargę i bacznie obserwowała profesora. Sięgnął po jedną z książek i idąc w stronę biurka, otworzył ją i podał nastolatce.

– Równania trygonometryczne są proste, lecz musisz zrozumieć ich ideę. Sposób na nie jest jeden: przenosisz wszystko na jedną stronę i doprowadzasz do postaci iloczynowej. Podstawowe wiadomości, jak wartości funkcji trygonometrycznych kątów zero, trzydzieści, sześćdziesiąt, dziewięćdziesiąt i sto osiemdziesiąt znasz, prawda?

– Tak, proszę pana – odparła dziewczyna, otwierając zeszyt. – Umiem rozwiązywać podstawowe równania i nierówności, ale mam problem z przekształcaniem tych trudniejszych.

Mężczyzna usiadł obok szatynki i spojrzał na pierwsze zadanie. Wziął długopis do ręki i powoli zaczął objaśniać dany przykład. Eleonora kiwała głową, potwierdzając, że rozumie. Dziwne… Jeszcze na początku roku uważała, że nikt nie jest w stanie zastąpić pani Mazurek. To ta kobieta pomogła jej się uporać z zaległościami. Razem z nią, Eleonora spędzała kilka godzin dziennie nad podręcznikami i nadrabiała zaległości. A teraz historia powtarza się. Zmienił się jedynie towarzysz. A właściwie… ona sama również się w pewnym stopniu zmieniła.

– Teraz ty.

Eleonora odebrała długopis od nauczyciela i zaczęła robić kolejny przykład. Przypomniał jej się początek roku. Wtedy nie była pewna, co ma myśleć o tajemniczym mężczyźnie, który pojawił się w murach jej szkoły. Z czasem się do niego przekonała, a nawet polubiła… I chyba tylko ona, bo od wielu uczniów słyszała niepochlebne komentarze na temat matematyka.

– No i co dalej? – spytał, patrząc na twarz dziewczyny. Eleonora pobieżnie przesunęła wzrokiem po rozwiązanym przykładzie i przygryzła wargę. Po kilku minutach skończyła, sygnalizując to odłożeniem długopisu na biurko. Adam skinął głową z aprobatą. – Rozwiązanie jest dobre, ale zrobiłaś jeden podstawowy błąd. Wiesz może, jaki? – Gdy pokręciła głową, a na jej policzkach wykwitły rumieńce, mężczyzna wskazał na górną część kartki. – Zgubiłaś założenie. Jeśli chcesz wygrać konkurs i dobrze napisać rozszerzoną maturę, bo myślę, że będziesz takową zdawać, nie możesz tego robić.

– Rozumiem, proszę pana. Robić następny przykład? – Karasiewicz spojrzał na zegarek i pokręcił przecząco głową.

– Nie ma czasu. Zaraz będzie przerwa obiadowa, a ty musisz już iść. – W jego głosie pojawiła się jakaś dziwna oschłość. Coś, co kazało dziewczynie przyjrzeć się nauczycielowi.

– Co się dzieje, proszę pana? – spytała, a jedynie spojrzenie zdradzało, iż jest zaskoczony. – Przecież znam już pana trochę i wiem, że coś się dzieje. Tylko pytanie brzmi: co? Wiem, że nie powinnam pytać, ale… może mogłabym jakoś pomóc.

– Właśnie – zaczął ostrym tonem, a Eleonora wiedziała, że sprawa jest przegrana. Mężczyzna wstał i wziął do rąk podręcznik, odkładając go na miejsce. – Nie powinnaś była pytać. Jesteś moją uczennicą, a ostatnią sprawą, która powinna cię interesować, to moje samopoczucie. Dlatego też radzę, byś wyszła.

– Mamy teraz matematykę, a ja nie jem obiadów. Zostanę. – Coś na kształt zdenerwowania pojawiło się w jego oczach. Rozbłysło i pozostawiło sobie pustkę, którą ostatnim razem widziała na początku roku szkolnego.

Rozsiadła się wygodniej na krześle i poprawiła włosy, delikatnie przeczesując je palcami. Mężczyzna zmrużył oczy, widząc ten gest i powoli podszedł do biurka. Oparł ręce na blacie i nachylił się nad dziewczyną.

– Nie wiem, w co ty pogrywasz, ale nie podoba mi się to – wysyczał przez zaciśnięte zęby. – Ja jestem tu nauczycielem i to ja rządzę w tej klasie. Za to ty pozwalasz sobie na zbyt wiele.

Eleonora spojrzała na nauczyciela szeroko otwartymi oczami i przez chwilę czuła się, jak sarenka stojąca przed wygłodniałym wilkiem. Głupia, to nauczyciel, on ci nic nie zrobi… Raczej. Wzięła głęboki oddech i spojrzała wprost w brązowe tęczówki.

– Wiem, że jestem pana uczennicą. I to, co pan powiedział, jest prawdą. Mimo tego, każde moje działanie jest uzasadnione i nie chcę zrobić niczego, co by w jakiś sposób panu zaszkodziło. Założył pan maskę totalnego gbura i myśli pan, że na wszystkich podziała ona w jednakowy sposób. A jednak, ja nie boję się ani pana, ani tych pańskich słów, dlatego radziłabym się przyzwyczajać, że jest ktoś, kto chce panu pomóc dobrowolnie. Bez względu na wszystko.

– Jesteś moją uczennicą – powtórzył, odwracając się w stronę okna. Eleonora uśmiechnęła się, widząc, że największa burza jest już za nią. Prawie bezszelestnie wstała i ruszyła w kierunku mężczyzny.

– Jestem – potwierdziła. – Ale czy niesienie pomocy nosi jakiekolwiek ograniczenie? Wiek i status nie mają żadnego znaczenia.

Przystanęła obok mężczyzny i wyjrzała przez okno. Jej wychowawczyni, pani Małgorzata, właśnie wchodziła do szkoły. Jakieś starsze małżeństwo szło z zakupami, ciągnąc na smyczach dwa maltańczyki. Eleonora delikatnie odsunęła zasłonę, robiąc jej i nauczycielowi więcej miejsca.

– A jak ty sobie radzisz? – spytał, nie odwracając wzroku od szkolnego boiska. Eleonora westchnęła i podrapała po policzku. Próbował zmienić temat. A ona nie zamierzała się poddać.

– Staram się nie myśleć. O niej. I o tym wszystkim… – westchnęła. – Ostatnio nawet nie mam na to czasu. Nauczyciele nieźle dają nam w kość, wie pan? – Uśmiechnęła się szeroko, gdy mężczyzna przewrócił oczami. – Ja… chciałam stworzyć z moją mamą normalną rodzinę… Wie pan, że na początku roku obiecała, iż wróci do mnie? Do domu. – Pokręciła głową. – Ale to już nie ważne. Nie ma o czym mówić.

– Lepiej wyrzucić to z siebie, zanim zaczniesz gnić od środka. – Eleonora spojrzała na Karasiewicza i pokręciła głową niedowierzająco.

– Mówi człowiek, który kilkanaście minut temu chciał mnie zamordować wzrokiem, za „naruszenie jego przestrzeni mentalnej” czego oczywiście nie zrobiłam. – Prychnęła na widok miny matematyka. – Proszę pana, nie jesteśmy dziećmi i umiemy trzymać język za zębami. Przynamniej ja – mówiąc to, wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się szerzej. – Dlatego też nie odpuszczę. Pomógł mi pan, gdy potrzebowałam rękawa. Nie chce się pan wysmarkać w mój? – Wystawiła ku niemu rękaw i zachichotała na widok jego, z lekka oburzonego spojrzenia.

– Jesteś okropna. I niehigieniczna.

– Przecież nie mówiłam tego dosłownie – mruknęła, opuszczając rękę. – Mam chusteczki w torbie.

Jeden z czarnych kosmyków opadł mu na twarz i powstrzymała rosnącą chęć założenia mu go za ucho. Bądź co bądź, mężczyzna cenił sobie przestrzeń osobistą. Ona także. Jakby przypominając sobie o tym, zrobiła krok w bok i delikatnie odsunęła się od nauczyciela.

– No to powie pan wreszcie, o co chodzi?

– Nie – odparł, wreszcie się uśmiechając. Eleonorze ulżyło. Nie udało jej się zdobyć żadnych informacji, jednakże spowodowała, że na jego twarzy pojawił się uśmiech. To już było coś.

I nagle sobie o czymś przypomniała. Szybkim krokiem przemierzyła klasę, wzięła swoją torbę do rąk i wyciągnęła z niej plastikowe pudełko. Gdy otworzyła je, w pomieszczeniu rozniósł się aromatyczny zapach korzennych przypraw i czekolady. Odwróciła się i z uśmiechem spojrzała na zdziwionego nauczyciela.

– Wczoraj upiekłam ciasto. Nie chciałby się pan poczęstować?

I ku jej zdziwieniu, z chęcią skorzystał z tej oferty. Skinął głową z aprobatą. Eleonora była świetną kucharką i miała dryg do wyrobów cukierniczych. Ciasto to było bardziej wilgotne niż ostatnio i miało delikatny aromat kawy.

– I jak panu smakuje? – spytała, otrzepując bluzkę z okruszków, nie odwracając wzroku od mężczyzny, pochłaniającego kawałek czekoladowego wypieku.

Odpowiedział jej jedynie uśmiech i niewiele znaczące spojrzenie.

13

– I pamiętajcie, że w piątek piszecie kartkówkę z ciągów! – Nauczyciel starał się przekrzyczeć dzwonek i gwar, który zapanował w klasie, lecz na niewiele się to zdało. Dzień zdawał się dłużyć w nieskończoność, przez co uczniowie, z każdą minutą, stawali się coraz bardziej zniecierpliwieni. – Eleonoro, zostań proszę na chwilę. – Dziewczyna spojrzała na matematyka i skinęła głową. Czekała, aż jej koledzy wyjdą z sali, po czym zrobiła kilka kroków w stronę biurka. – W tym tygodniu odwołuję nasze zajęcia.

– Ale… no dobrze. – Powstrzymała dziką chęć zapytania, co tak właściwie spowodowało, że lekcja została odwołana, lecz po wyrazie twarzy mężczyzny, wiedziała, że postąpiła właściwie. To nie była jej sprawa. Pożegnała się i wyszła z klasy, gdzie zobaczyła, stojącego przy drzwiach, Jakuba.

– Czego on od ciebie chciał? – Eleonora rzuciła chłopakowi pytające spojrzenie. – Karasiewicz. Zatrzymał cię i…? Czego chciał?

Dziewczyna westchnęła przeciągle i spojrzała ze znudzeniem na kolegę, jednocześnie idąc w stronę szatni.

– Odwołał moje piątkowe zajęcia. – Wiadomość ta spowodowała, że na twarzy chłopaka pojawił się nikły uśmiech. – A czemu pytasz?

– Właściwie to… – Podrapał się po swojej blond czuprynie. – Ja… chciałem zapytać… czy ty… zechciałabyś może pójść ze mną dziś na pizzę, jeszcze przed treningiem?

Dziewczyna założyła płaszcz i poprawiła włosy, które powoli opadły jej na ramiona. Kilka uczennic weszło do szatni, przez co zrobiło się tam ciasno. Jakimś cudem, Eleonora wydostała się z szatni, a kątem oka zobaczyła, że Jakub idzie tuż obok.

– No to co? Idziemy?

– Niech ci będzie – odparła, po dłuższym zastanowieniu. – Ale nie życzę sobie, żebyś mnie macał pod stołem. I ja wybieram pizzę.

Blondyn zaśmiał się i pokiwał głową. Chwycił Eleonorę pod ramię i mrugnął do niej. Zaczęli iść w stronę parkingu, który znajdował się obok szkoły.

– A teraz, Mademoiselle, zapraszam serdecznie do powozu.

Nie wiedzieli, że byli obserwowani przez czarnowłosego mężczyznę o brązowych oczach…

*

Kuba zaparkował pod niewielką knajpką o sympatycznej nazwie „Rossa”. Chłopak wyszedł z auta, obiegł samochód i z należytą galanterią, otworzył drzwi Eleonorze, która podziękowała skinieniem głowy.

Zapach smażonej wołowiny i pieczonego kurczaka buchnął w nastolatków, gdy ci przekraczali próg baru. Do stolika szli prawie na oślep – dla utrzymania atmosfery, zasłony przysłoniły wszystkie okna, a ze starego, papierowego żyrandola nie wydobywało się światło. Jedynie niewielkie lampy, w kształcie róży, ustawione na wszystkich stolikach, pozwalały dotrzeć tam w całości.

Czerwone obrusy zakrywały przetarte blaty, a na nich, tuż obok lampki, rzucona była sterta pachnących serwetek. Eleonora uśmiechnęła się, gdy Jakub odsunął jej krzesło i pomógł usiąść, nim poszedł po menu. Szatynka rozejrzała się po sali i nie zdziwiła się, widząc jedynie dwie osoby: jakiegoś chłopaka, siedzącego przy pianinie, przesuwającego palcami po biało – czarnych klawiszach i bezdomnego, kłócącego się o coś z barmanką. Miejsce, które wybrał Jakub na PRZYJACIELSKIE spotkanie, nie było popularne. A jednak miało w sobie to coś; jakąś energię, która sprawiała, że chciało się tam przebywać.

– Proszę bardzo – powiedział Jakub, podając menu, jednocześnie zasiadając naprzeciwko koleżanki. – Wiesz, jestem zdziwiony. I mile zaskoczony.

– Czym? – spytała, nie odwracając wzroku od karty dań.

– Tym, że się zgodziłaś. Nie przypuszczałem… Byłem pewien, że mnie nienawidzisz. – Jej spojrzenie padło na oczy chłopaka. Z hukiem zatrzasnęła kartę i rozsiadła się wygodniej na krześle, zakładając nogę na nogę.

– Dałam ci kredyt zaufania. To nie znaczy, że cię lubię. – Uniosła kącik ust i uprzejmie uśmiechnęła się do kelnerki, która przyniosła napoje. W tym sok pomarańczowy dla niej. – Skąd wiedziałeś, że to mój ulubiony?

– Przeczucie. – Puścił oczko do Eleonory, a następnie uśmiechnął się uwodzicielsko do kelnerki, która zachichotała pod nosem. – Może pani przyjąć już zamówienie?

– Och, jaka pani! – Kelnerka machnęła ręką i zachichotała jak nastolatka. – Anka jestem.

– Zatem… poprosimy dużą pizzę z kurczakiem, tylko bez kukurydzy. – Spojrzał na koleżankę, która skinęła głową absorbująco. – I to wszystko… Aniu. – Kelnerka znów zachichotała i ruszyła w stronę baru, nęcąco kręcąc przy tym biodrami. Eleonora prychnęła pod nosem i pokręciła głową niedowierzająco.

Nagle w pomieszczeniu rozbrzmiały pierwsze, mocniejsze akordy. Wcześniej, chłopak siedzący przy pianinie jedynie muskał klawisze. Teraz było to czymś więcej. Kącik dziewczyny drgnął, gdy rozpoznała piosenkę.

– Ej, to ty miałaś być o mnie zazdrosna, a nie ja o ciebie! – burknął Jakub, udając obrażonego. W uroczy sposób wydął usta i zmrużył oczy. Gdy Eleonora zrozumiała, zaśmiała się głośno. On musiał w jakiś sposób przekonać tą kelnerkę, by go podrywała! To… żałosne!

Eleonora pociągnęła głębszy łyk soku, bo nagle zaschło jej w gardle. I dreszcz przeszedł przez całe jej ciało, gdy pianista przeszedł do refrenu. Szatynka skierowała swój wzrok na serwetkę, kiedy do stolika jej i Jakuba podeszła Anka z pizzą.

– Mam coś dla was – mruknęła, zalotnie patrząc na blondyna. – I… mam nadzieję, że będzie ci smakować. Pilnowałam, by nie dodali ani ziarnka kukurydzy, jak sobie życzyłeś.

Eleonora pokręciła głową niedowierzająco.

To ja nie lubię kukurydzy… Ale dziękuję, Aniu, za fatygę.

Kuba zamienił z kelnerką jeszcze kilka zdań, po czym łaskawie zwrócił swoją uwagę na towarzyszącą mu koleżankę, której twarz nie wyrażała niczego, prócz dezaprobaty.

– Ja…

– Daruj sobie – odburknęła i z nieco lepszym humorem sięgnęła po kawałek pizzy.

*

Eleonora spędziła z Jakubem miłe popołudnie, choć chłopak nie raz i nie dwa próbował się do niej zbliżyć. Ta jednak dawała mu do zrozumienia, że nie jest nim zainteresowana. Nie była jednak do końca przekonana, czy cokolwiek zrozumiał z tego jej wykładu.

– Ale się najadłam… – mruknęła, trzymając się za brzuch. – Chyba jestem w ciąży spożywczej.

Kuba skinął głową i w kilkukrotnie postukał w ekran swojego telefonu.

– Cholera! – Chłopak gwałtownie wstał z krzesła i pospiesznie zaczął się ubierać. – Spóźniłem się na trening! Trener mnie zabije!

– Może nie będzie tak źle – mruknęła w odpowiedzi. Melodia ucichła. Eleonora spojrzała w kierunku pianina i zobaczyła, że chłopak, który grał, stanął obok instrumentu i rozprostowywał ręce. Jakub już dawno założył kurtkę i śmieszną, zrobioną na drutach, czapkę, z której często nabijali się jego przyjaciele. Eleonora również wstała. Przecież nie będzie siedziała sama w takim miejscu.

– Będziesz bardzo zła, jeśli cię tu zostawię? Chyba że idziesz na trening?

– Nie idę. Jakoś nie mam ochoty. – W odpowiedzi Jakub uścisnął koleżankę i wybiegł z knajpy, nawet się za siebie nie oglądając. Eleonora westchnęła cicho i zaczęła się ubierać. Na busa z pewnością nie zdąży, a o taksówce nie było nawet mowy.

– Przepraszam…?

Szatynka odwróciła się gwałtownie i odbiła się od jakiegoś chłopaka. I już wciągnęła powietrze, by zacząć na niego krzyczeć, lecz głos zamarł jej w gardle. Spojrzała w jego zielone oczy… Oczy, w które niegdyś patrzyła. Chłopak uśmiechnął się przyjaźnie, tym samym odsłaniając rząd śnieżnobiałych zębów.

– Tak myślałem, że znam tą twarz. – Szatynka uśmiechnęła się szeroko. – Eleonora Kraszewska…

Eleonora westchnęła. Przeszłość postanowiła zrobić psikusa i postawiła na jej drodze osobę, o której niemal zdążyła już zapomnieć.

*

– Gdzie się podziewałeś przez te wszystkie lata?

– Ja wyjechałem do Warszawy – mruknął chłopak. – Skończyłem podstawówkę, gimnazjum, nic ciekawego. Potem poszedłem do liceum muzycznego. Nauczyłem się grać na pianinie, saksofonie, perkusji i trąbce. – Chłopak wziął głęboki oddech. – Niedawno zmarła moja mama i przyjechałem tutaj, by ją pożegnać. Nie spodziewałem się, że spotkam kogoś znajomego…

Eleonora przygryzła wargę. Światło ulicznych lamp muskało brązowe włosy chłopaka. Odwrócił twarz i wziął głębszy oddech, by poskromić targające nim emocje.

– Przykro mi – powiedziała szczerze. – Na długo tu zostajesz?

– Na zawsze. – Eleonora zatrzymała się gwałtownie.

Z A W S Z E

??!!!

– Nie cieszysz się? – spytał szatyn, bacznie obserwując reakcję dziewczyny. Czy się cieszyła? Ostatni raz widziała Mateusza w podstawówce! A on oczekiwał, że rzuci mu się w ramiona? Wtedy byli dziećmi, teraz są już dorośli. Ona się zmieniła. Zmieniała się z każdą sekundą życia. I była pewna, że on również się zmienił.

– Cieszę – odparła niepewnie. – A co z twoją szkołą?

– Maturę zdam tutaj, a później się zobaczy… Może wyjadę za granicę i będę koncertował? – Bardziej zapytał niż stwierdził.

Skinęła głową. Dźwięk jadącego obok samochodu przełamał ciszę, która zdążyła zapanować między parą.

Eleonora odchrząknęła i mocniej objęła się płaszczem. Mateusz zauważył ten ruch, gdyż zbliżył się bardziej do dawnej znajomej i objął ramieniem w talii. Dziewczyna spięła się i w pierwszej sekundzie chciała się odsunąć, jednak powstrzymała ten odruch i pozwoliła chłopakowi na chwilę bliskości.

– Wyrosła z ciebie piękna kobieta, El.

Dziewczyna spuściła wzrok i zarumieniła się niezauważalnie. Nagle poczuła, że Mateusz odciąga ją na bok. Uderzyła ramieniem o ramię osoby idącej z naprzeciwka. Odwróciła się, by stanąć twarzą w twarz z nauczycielem matematyki.

– Dobry wieczór – powiedziała cicho. Poczuła, jak dłoń Mateusza mocniej zaciska się na jej talii, jakby tym gestem chciał pokazać, że to on kontroluje sytuację. Nauczyciel skinął głową i obrzucił towarzysza swojej uczennicy krótkim spojrzeniem. I zdawać by się mogło, iż temperatura na zewnątrz spadła o kilka stopni.

– Eleonoro, nie za późno na spacery w środku tygodnia? – Głos mężczyzny był przesiąknięty chłodem i obojętnością. W taki sposób mówił zawsze. Prawie. Zajęcia z szatynką były dziwacznym wyjątkiem… I prawdę mówiąc, cieszyła się z tego, że mężczyzna w jej obecności zachowuje się w miarę naturalnie. Z zamyślenia wyrwał ją głos Mateusza: pewny i zawierający nutkę arogancji.

– Pan chyba nie jest jej ojcem, by o tym decydować.

Nastolatka aż się zapowietrzyła. Spojrzała ze zdziwieniem na byłego chłopaka, który nieugięcie wpatrywał się w Karasiewicza. W oczach bruneta pojawił się niebezpieczny błysk, który, w przypadku innego człowieka, mógłby sugerować rychłą śmierć. Eleonora przełknęła głośniej ślinę i dotknęła ręką czoła, czując się niezręcznie w tej sytuacji.

Jej były zaczął rozpętywać trzecią wojnę światową z nauczycielem matematyki, właściwie nie wiadomo z jakiego powodu.

– Nie do ciebie mówiłem, chłopcze – wysyczał Karasiewicz przez zaciśnięte zęby.

– Słyszałem. Mówił pan do mojej dziewczyny. – Eleonora otworzyła usta, chcąc zaprzeczyć, lecz Mateusz nie dał jej dojść do słowa. – Czy to już wszystkie bezsensowne pytania, które chciał pan zadać tego wieczora? Jeśli tak, to my już pójdziemy.

Eleonorę sparaliżowały te słowa. Spojrzała w brązowe tęczówki i momentalnie poczuła wyrzuty sumienia. Chciała przeprosić, lecz mężczyzna nie dał jej takiej możliwości, mówiąc:

– Widzimy się jutro na zajęciach, Eleonoro. A tobie – spojrzał na chłopaka – radzę poskromić ten ognisty temperament, bo on cię może zgubić.

Adam jeszcze raz spojrzał w oczy uczennicy i skinął głową na pożegnanie. Nastolatka przez jakiś czas wpatrywała się w oddalającą się sylwetkę mężczyzny… Spojrzała na Mateusza, który wywrócił oczami.

– Co za czubek – mruknął pod nosem. – Znasz go? – spytał, nie puszczając szatynki, jednocześnie wznawiając marsz. Eleonora westchnęła.

– To mój… nauczyciel matematyki.

– Mam nadzieję, że nie popsułem ci opinii, czy coś… – powiedział chłopak, bez cienia żalu czy skruchy. Eleonora wzruszyła ramionami i zatrzymała się gwałtownie.

– Wiesz… resztę drogi wolę przejść sama.

– Ale… – Szatynka pokręciła przecząco głową.

– Nie ma „ale”. Tu się żegnamy. Ja idę w swoją stronę, ty w swoją. – Mateusz nie protestował. Pozwolił dziewczynie wyplątać się z uścisku. Włożył ręce do kieszeni i kopnął kamień, leżący tuż obok jego buta. – Mam nadzieję, że nie jesteś na mnie zły… Ja po prostu potrzebuję…

– Nie musisz się tłumaczyć – powiedział spokojnie. – Życzę ci dobrej nocy i… do zobaczenia.

Uścisnął ją nieporadnie i jeszcze przez chwilę patrzył, jak znika jej sylwetka, pochłonięta przez nastającą noc i opadającą, niczym kurtyna, mgłę.

14

Eleonora zbudziła się cała spocona. Oddech miała przyspieszony i wydawało się, że w powietrzu zabrakło tlenu. Spojrzała w kierunku okna – słońce jeszcze nie wyszło zza linii horyzontu. Przymknęła oczy, starając się przypomnieć, o czym właściwie śniła. Zapewne nie było to nic złego, bo nie czuła niczego, prócz niedosytu. Położyła dłoń na klatce piersiowej, tam, gdzie powinno być serce i starała się je uspokoić. Po kilku minutach wreszcie zwlekła się z łóżka i ruszyła do łazienki. Drgnęła, gdy lodowata woda zetknęła się z jej skórą. Spojrzała w lustro i ciężko westchnęła. Wyglądała strasznie.

Weszła do szkoły nieco ociężale, niczym dziecko, które zrobiło coś złego i teraz musi przyznać się do winy. Pomachała do Natalii, która stała przy gablocie i przyglądała się jakimś plakatom, propagującym zdrowy styl życia. W szatni spotkała się Gabrielę, która wydawała się być jakaś przygaszona.

– Moi rodzice naprawdę się rozwodzą. Wyprowadzam się z ojcem do Gdańska. Tam ma oddział swojej firmy i… – Głos jej się załamał, a oczy wypełniły się łzami. Zamrugała szybko, by je odgonić. – Mikołaj również z nami jedzie.

Eleonora zamarła.

Boże… Jeśli wyjadą… co będzie z Alą i Mikołajem?!

Spojrzała na przyjaciółkę i przytuliła ją. Gabriela nie powstrzymała chlipnięcia, które wyrwało się jej z piersi.

– Ja nie chcę stąd wyjeżdżać! – Bezsilność w głosie dziewczyny była wyraźnie słyszalna. – Próbowałam przekonać ojca, by pozwolił mi dokończyć ten semestr tutaj, w naszej szkole! Ale z nim nie da się rozmawiać!

Gabriela odsunęła się od koleżanki, pociągając nosem. Eleonora pospiesznie zdjęła kurtkę i wybiegła z szatni za przyjaciółką, która zdążyła już wyjść z szatni.

– A nie możesz na przykład zostać z mamą, tutaj? – Gabriela westchnęła ciężko i pokręciła przecząco głową.

– Moja mama również wyjeżdża. Do Francji. – Krzywy uśmiech pojawił się na twarzy dziewczyny. – Wolę być tutaj, niż tam.

Eleonora rozmarzyła się… Francja była pięknym krajem. I wbrew pozorom, Francuzi byli bardzo podobni do Polaków. Dla nas charakterystyczne są sandałki, zakładane wraz ze skarpetami, a oni mają berety. My mamy kajzerki, a oni bagietki. Polskim tańcem narodowym jest polonez, zaś Francuzi ukochali balet. W Polsce mamy szarlotkę, a we Francji – makaroniki.

Eleonora uśmiechnęła się do Alicji, która odpowiedziała wykrzywieniem ust w grymasie, choć nie był to uśmiech charakterystyczny dla blondynki. Chwilę później dołączyła do nich Natalia, której humor daleki był od kiepskiego. I panna Kraszewska była prawie pewna, że to przez chłopaka z galerii, z którym jej przyjaciółka od pewnego czasu się spotykała.

– To nie przez niego! – zaprzeczyła brunetka. Jakby wbrew jej słowom, na bladych policzkach pojawiły się czerwone rumieńce, mocno kontrastujące z szarą bluzką i białymi spodniami. Eleonora uśmiechnęła się, utwierdzając w swych przekonaniach. Nie wiedziała, jak bardzo się wtedy myliła.

*

Dzień ten nie należał do najlepszych, mimo że Eleonora dostała bardzo dobrą ocenę z ostatniej kartkówki z lektury. Dziewczyny nie były chętne do rozmowy, nie licząc Natalii, która nawijała jak najęta. Uśmiech towarzyszył jej przez cały dzień. Panna Kraszewska z trudem pożegnała się z przyjaciółkami, a zwłaszcza z Alicją i Gabrielą. Ta pierwsza postanowiła czerpać z ostatnich chwil, spędzonych z chłopakiem. Druga zaś wybrała się na samotny spacer, by poskładać wszystkie myśli w jedną całość.

Przekraczając próg klasy matematycznej, Eleonora nie zauważyła stojącego na jej drodze Marcina. Chłopak chwycił ją za ramiona tuż przed tym, jak dziewczyna prawie na niego weszła. Nastolatka zarumieniła się, wydukała ciche przeprosiny i usiadła na swoim miejscu. Niedługo później przyszedł nauczyciel – był w wyjątkowo podłym humorze.

– Gdzie jest reszta? – zapytał, niby spokojnie, lecz pod skorupą opanowania szalał pożar, którego nie byłaby w stanie ugasić żadne wody świata.

– Uhm… Nie mogli dzisiaj przyjść – powiedziała niepewnie jedna z dziewczyn, siedząca w ostatniej ławce. Kilka osób czekało na wybuch ze strony nauczyciela, lecz ten długo nie następował. Eleonora wiedziała, że to wcale nie oznaczało, iż wszystko jest w porządku. I miała rację, bo gdy spojrzenie jej i Karasiewicza się spotkały, zobaczyła narastającą wściekłość.

On ich wyrzuci… Na pewno ich wyrzuci…

– Powiedzcie waszym koleżankom i kolegom, że jutro, jeszcze przed lekcjami, mają wstawić się w tej klasie. I lepiej dla nich, jeśli przyjdą. – Mężczyzna zatrzasnął uzupełniony dziennik, po czym otworzył aktówkę, z której wyciągnął kilka podręczników. – Zaczynamy. Dziś zajmiemy się konstrukcjami, ale na początek panna Kraszewska powie nam o Twierdzeniu Ponceleta-Steinera.

Jedynie lekkie drgnięcie policzka zdradzało, że nastolatka nie wie, o czym mówi mężczyzna. Pozostali uczniowie zdali sobie sprawę, iż ta lekcja nie będzie należała do najprzyjemniejszych.

Karasiewicz stanął przed ławką dziewczyny i spojrzał na nią z góry, ukazując swoją wyższość. Eleonora westchnęła i położyła lewą dłoń na prawej. Nienawidziła przyznawać się do niewiedzy, a Karasiewicz wyraźnie tego oczekiwał.

Po prostu chce się na tobie wyżyć!

Coś podpowiadało jej, by się nie poddawała i spróbowała jakoś wybrnąć z tej sytuacji… Nic nie przychodziło jej jednak do głowy.

– Nie wiesz… Jaka szkoda – mruknął nauczyciel, oddalając się od ławki szatynki. – Jak widać, wiedza praktyczna jest niczym bez teorii.

– Jestem prawie pewna, że twierdzenie to znacznie wykracza poza program nauczania – powiedziała Eleonora, przeglądając jedną z książek, którą dostała od Adama. – Prawdopodobnie mówią o nim dopiero na studiach. I to takich ściśle związanych z matematyką.

– Akurat ty powinnaś o nim wiedzieć – powiedział chłodno nauczyciel, odwracając się ponownie w jej stronę. – Masz reprezentować naszą szkołę. Jej imię nie może zostać zhańbione przez to, że nie chciało ci się pracować!

Kilka osób spojrzało na Eleonorę, starając się jej niemo przekazać, że są po jej stronie. Szatynka odłożyła książkę i swój wzrok skierowała na dłonie, które w tamtym momencie wydały jej się bardzo interesujące.

Przez całą lekcję, Eleonora starała się udowodnić, że zasługuje na tytuł reprezentanta szkoły. Zdusiła w sobie gorycz, która pojawiła się w jej sercu wraz z pierwszymi słowami nauczyciela. Westchnęła i cierpliwie czekała na dzwonek.

Jakaś nerwowość wkradła się w ruchy nauczyciela, którą można było dostrzec, zwłaszcza, gdy odwracał się w stronę Eleonory. Jego spojrzenia były oschłe, nieczułe, pełne jakiejś dziwnej wrogości. Nie pasowała ona do ciepłych brązowych tęczówek, które kojarzyły się dziewczynie jedynie z momentem, gdy zajadali się ciastem czekoladowym i… kiedy trzymał ją w swych ramionach.

A teraz ten ciepły brąz przysłonił chłód, którego wcześniej tam nie było.

A może był, tylko ona nie chciała go dostrzec?

Dzwonek był wybawieniem po czterdziestu pięciu minutach udręki. Eleonora praktycznie wybiegła z sali i gdy znalazła się w szatni, pospiesznie zaczęła się ubierać.

– Nie rozumiem, jak mógł cię tak potraktować. – Szatynka odwróciła się gwałtownie i spojrzała na Marcina, który stał, opierając się delikatnie o futrynę. Dziewczyna pokręciła głową i westchnęła.

– Powiedział, co uważał za słuszne…

– Duma nie pozwalała mu przyznać, że jesteś świetna – powiedział pewnie chłopak. Eleonora uśmiechnęła się półgębkiem.

– Wybaczyłabym mu zapewne to, że jest taki, gdyby tak bardzo nie mnie nie uraził. Mnie oraz mojej dumy. – Westchnęła ciężko i zapięła płaszcz pod samą szyję. – Zresztą, nie mam ochoty o tym rozmawiać. Przepraszam, muszę już iść. – Przecisnęła się obok chłopaka i poczuła, jak jego palce zaciskają się wokół jej nadgarstka. Spojrzała na niego pytająco i powoli wyszarpała się z uścisku. Westchnęła, chwytając się za nasadę nosa. – Proszę, daj mi dzisiaj spokój. Mam dość. Potrzebuję odpoczynku i…

– Chciałem ci powiedzieć jedynie, żebyś się nie przejmowała. – Chłopak podrapał się po karku i uśmiechnął przepraszająco. – Jeśli odebrałaś to w jakiś nieprzyjemny sposób, to…

– Nie – przerwała mu nastolatka – to ja jestem przewrażliwiona i… Po prostu muszę iść. Wybacz.

Wyszła, nim zdążył powiedzieć coś więcej.

*

Eleonora stukała długopisem w biurko i rozmyślała, jak zabrać się do kolejnego zadania o jednokładności. Kiedy jednak przez dłuższy czas nie mogła niczego wymyśleć, odłożyła wszystkie przybory i poszła do kuchni, by zrobić sobie herbatę. Wciąż miała żal do nauczyciela za to, że potraktował ją w taki sposób. Był niesprawiedliwy. Przecież starała się, robiła zadania… Och, przecież miała osiemnaście lat! Nie mogła wiedzieć wszystkiego!

Żal zastąpiło zdenerwowanie na nauczyciela. On dobrze znał jej możliwości. I była pewna, że wiedział, iż nigdy nie słyszała o twierdzeniu… nawet nie pamiętała, kogo. Westchnęła z irytacji, a serce prawie wyskoczyło jej z piersi, gdy usłyszała pukanie do drzwi.

Jeśli to Karasiewicz, to nawet niech nie próbuje przekraczać progu tego domu!

Jednak to nie był matematyk. Eleonora uśmiechnęła się delikatnie, odsuwając się, tym samym przepuszczając starszą sąsiadkę do środka.

– Nie widziałam cię dawno, dziecinko i pomyślałam, że do ciebie zajrzę. Nie głodzisz się? Jesz regularnie? – Eleonora zachichotała.

– Tak, proszę pani – odparła wesoło dziewczyna. – Napije się pani herbaty? Właśnie zagotowałam wodę.

– Och, jeśli tylko nie będę ci przeszkadzać, to z wielką chęcią. – Staruszka ruszyła żwawym krokiem za sąsiadką i rozsiadła na krześle. – Wiesz, ostatnio czytałam w tych waszych internetach o maturze. Co tak właściwie chcesz potem robić?

– Nie wiem – odparła dziewczyna, zalewając wrzątkiem torebkę z herbatą. – Nie zastanawiałam się nad tym. Pewnie coś z matematyką. – Eleonora nieco skrzywiła się, lecz nie dała tego po sobie poznać, gdy stawiała kubek z napojem przed sąsiadką. – Dlaczego pani o to pyta?

– A myślałaś może o maturze międzynarodowej?

Międzynarodowej? Sama myśl, że musiałaby zdawać maturę w języku, którego nienawidziła, była przerażająca. Wzdrygnęła się prawie niezauważalnie i pokręciła przecząco głową.

– Nie dam rady. Nie jestem jakimś geniuszem, jeśli chodzi o angielski… – mówiła, kręcąc głową. Teresa zaśmiała się i machnęła ręką.

– Nie tacy uczniowie maturę zdawali! – zawołała dziarsko. – Mówię ci, kochanie. Posłuchaj mnie. Nie chcę ci zaszkodzić, a pomóc.

– Przemyślę to – odparła dziewczyna, upijając łyk herbaty. – A co u pani słychać?

Zaczęła się długa przemowa na temat nowych strojów w chórze kościelnym. Tutejszy ksiądz wreszcie postanowił, ku uciesze Teresy i jej przyjaciółki, zainwestować w białe sukienki. Słowem wyjaśnienia, w chórze śpiewały same kobiety. Brat staruszki wreszcie pobił swój życiowy rekord. Przez jakiś czas mieszkał w Brazylii, gdzie trafił na marlina błękitnego. Niestety, nie mógł przywieźć tego okazu do Polski. Tamtejsi mężczyźni oprawili go i przyrządzili na miejscu.

– I dałam sobie spokój z Adamem – wyznała w końcu Teresa. Eleonora uniosła brwi w zdziwieniu. – Przyszedł do mnie kiedyś sąsiad, ten, co rok temu owdowiał. Potrzebował wiertarki, no i jakoś tak wyszło, że jak skończył wiercić, to zaprosił mnie do siebie na kawę. I poszłam, bo czemu by nie. Pokazał mi obraz… On jest malarzem i tworzy piękne pejzaże. Wiesz, niewielu jest prawdziwych artystów w tym świecie. Namalują ci jedną kreskę, potem kropkę i dla nich to arcydzieło! Ale może ja się po prostu nie znam. – Starsza kobieta westchnęła. – Wracając do tematu: później poszliśmy na spacer. Zabrał mnie do tego parku, obok twojej szkoły i powiedział, że przypominam mu jego nieboszczkę… No… może to nie było zbyt przyjemne, ale wracając weszliśmy do kwiaciarni i kupił mi bukiet różowych tulipanów! A ja kocham tulipany!

Eleonora uśmiechnęła się, widząc rozmarzony wzrok sąsiadki.

– Wróciliśmy do domu i chciałam go zaprosić na lampkę wina, ale odmówił mi, mówiąc, że musi iść. Odstraszyłam go? Oby nie, bo chciałabym się z nim jeszcze spotkać…

Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Teresa spojrzała na Eleonorę z podstępnym uśmieszkiem.

– Umówiłaś się z kimś, duszyczko? Może powinnam się gdzieś ulotnić?

– Niech pani tu poczeka, zobaczę, kto przyszedł. – Nie zważając na wcześniejsze słowa sąsiadki, Eleonora przeszła przez korytarz i poczuła, że gniew, który czuła wzrasta na nowo.

– Dobry wieczór. – Nauczyciel matematyki przywitał się z galanterią i delikatnie skłonił. Eleonora nawet nie siliła się, by odpowiedzieć. – Ja chciałem…

– O, Adam! Dobrze, że jesteś! – Głos sąsiadki zagrzmiał zza pleców nastolatki, która podskoczyła przestraszona. – Może wejdziesz? Eleonora zaparzyła pyszną herbatę!

Mężczyzna spojrzał na nastolatkę, a jego twarz oraz spojrzenie były poważne. Jednak dało się z nich odczytać coś więcej, prócz chłodnej obojętności. Jakieś światełko zagościło w jego oczach, jakiś błysk, który złagodził złość, którą czuła dziewczyna.

– Przepraszam, nie wiedziałem, że masz gości. Pójdę już.

W normalnej sytuacji może by go zatrzymała. Ale to nie była normalna sytuacja. Eleonora odwróciła się na pięcie w stronę Teresy, która kręciła głową niedowierzająco.

– Miłość to zgubne uczucie. Ogłupia i sprawia, że widzimy człowieka za cienką ścianą, stworzoną z nienawiści i przyjaźni. – Staruszka uśmiechnęła się do nastolatki i wróciła do kuchni. Rozsiadła się przy stoliku, podczas gdy Eleonora ponownie nastawiła wodę na herbatę dla siebie i kawę dla sąsiadki. – Lubisz go?

– Kogo? – spytała szatynka, błądząc w myślach.

– Adama.

Eleonora odwróciła się gwałtownie i spojrzała na sąsiadkę, w której oczach igrały iskierki radości. Dziewczyna uśmiechnęła się krzywo.

– Lepiej niech pani opowie o tej swojej randce. – Teresa, jeśli to możliwe, rozpromieniła się jeszcze bardziej i zaczęła swój monolog. Eleonora zatopiła się zaś w swoich myślach…

Czy go lubię?

Poruszyła się niespokojnie.

A czy tak próżny i dumny człowiek da się w ogóle lubić?

15

W Wiśniowej znajdował się jeden niewielki sklepik, w którym Eleonora, przynajmniej raz w tygodniu robiła zakupy. Jego właścicielem był wysoki, ociężały mężczyzna o przyjemnej twarzy i miłym spojrzeniu. Szatynka nie spotykała go zbyt często, gdyż obsługą sklepu zajmowała się jego córka.

Eleonora, sięgając po dżem wiśniowy, zastanawiała się, po co właściwie ktoś zamontował w tym miejscu monitoring. Włożyła słój do koszyka i zaczęła przechadzać się po pomieszczeniu, starając się ignorować baczne spojrzenie kobiety stojącej za ladą. Oprócz masła, w koszyku znalazły się również żelki, majonez, wytłaczanka jaj, świeże pieczywo, żółty ser i salami. Nastolatka zatrzymała się przy półce z ciastami i już miała sięgać po jedno z nich, gdy usłyszała znajomy głos:

– Nie radzę. Próbowałem jednego z nich i nie są smaczne.

Eleonora odwróciła się i uśmiechnęła, widząc Jakuba, stojącego tuż za nią. Chłopak nie przejął się spojrzeniem, posłanym przez sprzedawczynię, zaś całą swą uwagę skupił na szatynce. Panna Kraszewska zarumieniła się i założyła kosmyk niesfornych włosów za ucho.

– Co ty tu robisz? – Chłopak zaśmiał się serdecznie.

– A co można robić w sklepie? – Eleonora zarumieniła się mocniej. Chciała zakryć policzki dłońmi, lecz przypomniała sobie o zakupach, które trzymała w koszyku. Uśmiechnęła się nieśmiało i zwróciła w stronę córki właścicielki sklepu, która łypała na nich groźnie swym ostrym spojrzeniem. – Skoro już jestem w okolicy, to może przejdziemy się do ciebie? Wypożyczyłem film. – Eleonora zmierzyła blondyna oceniającym spojrzeniem, po czym skinęła głową.

– Dobra, ale mam nadzieję, że to żaden horror. Nienawidzę horrorów.

– Potem boisz się sama spać? – spytał zaczepnie chłopak. Nastolatka wywróciła oczami. – Nie martw się, to nie horror. – Puścił do niej oczko, zgarniając z półki paluszki i żelki. – Wierz mi, spodoba ci się…

Westchnęła i skinęła głową. Przysięgała, że da mu szansę. Pozostało jej wierzyć.

*

Eleonora otworzyła drzwi i gestem ręki nakazała koledze, by ten wszedł do środka. Chłopak rozejrzał się po pomieszczeniu – prawdą bowiem było, iż nie miał on zbyt wielu okazji, by odwiedzać koleżankę z klasy w jej domu. Uśmiechnął się do niej, gdy zobaczył, że od dłuższego czasu ta się w niego wpatruje.

– Jeśli się już rozejrzałeś, to zapraszam do salonu.

Dziewczyna przyniosła dwie szklanki, do których nalała soku pomarańczowego i opadła na kanapę obok blondyna.

– To co tam masz? – Chłopak sięgnął po torbę i wyciągnął z niej pudełko. Podał je Eleonorze, która spojrzała na tytuł filmu i zaśmiała się szczerze. – Serio? Harry Potter? – Blondyn wzruszył ramionami. – No to na co czekasz?

Dziewczyna uśmiechnęła się szeroko i ułożyła wygodnie na kanapie. Harry Potter towarzyszył jej od wczesnego dzieciństwa: zarówno filmy, jak i książki. Właściwie, były to jedyne książki fantasy, które Eleonora przeczytała z ciekawością, bez pomijania opisów, co zdarzało jej się przy studiowaniu lektur szkolnych. Cieszyła się, że chłopak siedzący obok nie odzywa się, bo całą swą uwagę skupiła na filmie, choć oglądała go może… tysiąc razy. A jednak nigdy jej się nie nudził.

Kiedy pierwsza część skończyła się, Jakub zaproponował, że znajdzie w Internecie drugą. Eleonora zgodziła się bez wahania, gdyż zdążyła się już wciągnąć w historię. Z oglądaniem interesującego filmu jest tak, jak z czytaniem dobrej książki: choćby umierało się z głodu i pragnienia, nie odpuszcza się. I wreszcie jest! Moment, na który czeka się, można by rzec, latami. Powietrze staje się czystsze, a świat zdaje się być jaśniejszy. W sercu rodzi się wiara, że dzięki temu wiesz i zauważasz więcej, niż inni.

Trzecia i czwarta część szybko zostały pokonane przez wielbicieli serii. Gdy seans skończył się, Eleonora wstała z kanapy i rozprostowała kości, które strzyknęły pod wpływem ruchu.

– Pójdę zrobić nam coś do jedzenia – oznajmiła.

Na szczęście nie musiała kombinować z tworzeniem jakiegoś sensownego obiadu, gdyż została jej spora porcja lazanii z poprzedniego dnia. Pospiesznie wrzuciła ją do mikrofalówki i wyłożyła na stół dwa talerze oraz sztućce. Po kilku minutach zawołała blondyna, który oblizał usta, widząc serwowane danie. Eleonora usiadła chwilę po tym, jak nałożyła sporą porcję makaronu swojemu gościowi. Wymamrotała coś, co przypominało „smacznego” i z przyjemnością rozkoszowała się smakiem roztopionego sera, sosu i makaronu.

– Jak ci idą przygotowania do konkursu? – Eleonora spojrzała zdziwiona na chłopaka, który zdecydował się na przerwanie ciszy. Przełknęła i odchrząknęła, chcąc oczyścić gardło.

– No cóż – zaczęła, nie wiedząc, co dokładnie ma powiedzieć. – Staram się przerobić jak najwięcej materiału, ale nie jestem w stanie zweryfikować, czy moje działania przyniosą oczekiwany skutek…

– Podobno Karasiewicz dał ci w kość ostatnim razem. – Mina Eleonory nieco zrzedła. Nadal nie chciała słyszeć niczego o matematyku, który na zajęciach dodatkowych ośmieszył ją, a przynajmniej starał się to zrobić. Prychnęła niczym rozjuszona kotka i machnęła lekceważąco wolną ręką.

– On daje w kość każdemu, kto w jakiś sposób mu się narazi. Nie wiem, jak ja to zrobiłam, lecz jeśli on liczy na to, iż będę się przed nim kajać, to się grubo myli.

Kuba skinął głową i uniósł kącik ust.

– Nie warto przejmować się takimi jak on. To dupek. Na ostatniej lekcji trzy razy kazał mi rozwiązywać przykład na tablicy, którego nie zrobiłem na kartkówce. A skoro go nie zrobiłem, to znaczy, że nie umiałem, prawda? – Eleonora wzruszyła ramionami.

– Nie wiem… Może tak… Chociaż rozumiem też, że niedługo mamy zdawać maturę i chcą nas jak najlepiej przygotować. A właściwie, to co zdajesz?

– Właściwie to nie wiem, czy w ogóle podejdę do egzaminu – odparł, napawając się kolejnym kęsem dania. – Poszedłem tutaj do liceum, bo było najbliżej. Jak zaliczę testy do szkółki piłkarskiej, to ten świstek, który otrzymam stąd, nie będzie mi do niczego potrzebny. – Otarł usta serwetką i odsunął od siebie talerz. – Świetnie gotujesz, El. Twoja mama musi być zadowolona, że ma w domu taką kuchareczkę.

Dziewczyna uniosła wzrok na twarz chłopaka i przez chwilę miała mu ochotę powiedzieć, że jej mama o tym nie wie i prawdopodobnie nigdy się nie dowie, lecz w odpowiedzi uśmiechnęła się jedynie i skinęła głową. Nie chciała psuć sobie tego dnia, a wspominanie Katarzyny wcale nie ułatwiałoby jej życia. Wrócili do salonu z miską popcornu i zajęli się oglądaniem kolejnej części serii.

*

Eleonora mogła śmiało stwierdzić, że czas spędzony z blondynem wyszedł jej na dobre. Z dziewczynami rozmawiało się inaczej… Może było tak dlatego, bo znały się bardzo długo, wręcz od wczesnego dzieciństwa i wiedziały o sobie praktycznie wszystko? A może to przez charakter chłopaka, który jednym krótkim zdaniem potrafił rozbawić ją do łez?

Była noc, kiedy Jakub postanowił wrócić do domu. Eleonora przystanęła przed domem i w przypływie targających nią emocji: wdzięczności oraz sympatii, mocno przytuliła Jakuba. Przez chwilę, chłopak zupełnie nie reagował, lecz gdy zrozumiał, co się dzieje, uśmiechnął się zwycięsko i objął koleżankę. Pomachała mu, gdy przeszedł kilkanaście kroków i odwrócił się w jej stronę. Puścił oczko w stronę nastolatki, po czym wznowił marsz. Po jakimś czasie jego sylwetka zniknęła, pochwycona przez mrok nocy.

Eleonora odruchowo spojrzała w stronę domu nauczyciela matematyki. Nie zauważyła poruszającej się zasłony, a za nią, oddalającego się mężczyzny. Z cichym westchnieniem odwróciła się i gdy znalazła się w przedpokoju, zamknęła drzwi na klucz, a następnie ruszyła do łazienki, by wziąć zimny prysznic, który pomógłby jej ochłonąć…

*

Eleonora weszła pospiesznie do klasy, czując za plecami obecność nauczyciela. Gabriela już dawno siedziała w ławce i przeglądała notatki z lekcji, Alicja i Natalia podobnie. Mężczyzna usiadł przy swym biurku i rzucił uczniom przeszywające spojrzenie.

– Dzisiaj mamy powtórzenie wiadomości z ciągów.

Te słowa spowodowały, że serca niektórych zaczęły bić na tyle głośno, iż można było usłyszeć je bez specjalistycznego sprzętu. Karasiewicz wstał nagle i podszedł do tablicy, zapisując przykład. Powtórzenie wiadomości na matematyce kojarzyło się z godziną męczarni, na której rozwiązywało się zadania, które później były oceniane przez bruneta. Kiedy skończył pisać, odwrócił się w stronę klasy i ze szczerą, sadystyczną radością wywołał pierwszego ucznia, którym był… Jakub.

– Proszę pana… Ja chyba tego nie zrobię. – Mężczyzna obdarzył ucznia oburzonym spojrzeniem.

– Robiłeś już ten przykład, na poprzednich zajęciach. Nic nie pamiętasz? – Chłopak spojrzał na tablicę, po czym pokręcił przecząco głową. – Spróbuj. Jeśli nie wymyślisz niczego, będę zmuszony wstawić ci ocenę niedostateczną.

– Niech pan wstawia – powiedział obojętnie blondyn, wracając do ławki.

Twarz nauczyciela spoważniała, gdy otworzył dziennik. Dopisał ocenę i spojrzał na blondyna, który wyglądał na zupełnie nieprzejętego całą sytuacją. – Wiesz, że jak tak dalej pójdzie, nie dopuszczę cię do matury?

– Nie potrzebuję matury. – Nauczyciel skrzyżował ręce i odchylił się na krześle.

– Nie bardzo nadążam za tokiem myślenia dzisiejszej młodzieży… Zawsze uważałem, że idąc do liceum chcecie zakończyć je tak, jak się należy. Te trzydzieści procent, to naprawdę nie jest wiele. – Kilka osób spojrzało na niego, jakby pochodził z innej planety. – Większość z was zapewne pójdzie na studia, do pracy, bądź zrobi sobie przerwę. A jednak teraz zastanawiam się, jaki był sens przyjścia do tej szkoły, skoro niektórzy z was nie mają zamiaru podchodzić do matury. Równie dobrze moglibyście pójść do szkoły zawodowej, gdzie przynajmniej mielibyście zawód… Czyż nie mam racji?

– Nie potrzebuję matury, a ta szkoła jest jedyną w okolicy, więc nie miałem zbyt dużego wyboru – odpowiedział stanowczo Jakub, którego, z niewiadomego powodu, zdenerwowało całe to przemówienie nauczyciela. Karasiewicz siedział, w przeciwieństwie do niego, spokojnie, a jego wcześniejsze nerwowe zachowanie odeszło w zapomnienie. Przypominał posąg – majestatyczny, wiedzący i widzący rzeczy, pozostające niewidocznymi dla innych.

– Zrobicie, jak uważacie. To jest wasze życie i wasza decyzja, jednak… co stanie się, jeśli przystąpicie do tego egzaminu? Skoro wam nie zależy, to przyjdziecie, podpiszecie się, posiedzicie trochę w ciszy i pójdziecie do domów. Jeżeli jednak zmienicie zdanie i chwycicie za długopisy… może się wam uda? I może zmieni się wasz światopogląd? Zapragniecie czegoś więcej. – Mężczyzna przerwał, napotkawszy spojrzenie błękitnych tęczówek uczennicy. Odchrząknął i spojrzał na zegarek. – Dobrze, kontynuujemy… Eleonoro, zrób ten przykład.

Zdziwiła się, gdyż pierwszy raz podczas powtórzenia zaprosił ją do tablicy. Wzięła kawałek kredy od mężczyzny i drgnęła, gdy ich palce spotkały się w najdelikatniejszej z pieszczot. Brązowe oczy napotkały błękitne i przez chwilę Eleonora miała wrażenie, że coś pojawiło się w jego tęczówkach. Jakiś błysk. Lecz trwało to krócej od ułamka sekundy. Szatynka odwróciła się zamaszyście i zaczęła robić przykład. Bezwiednie, bezmyślnie, dłoń dziewczyny ocierała się o tablicę, a kreda zostawiała biały ślad na tablicy.

Adam śledził wzrokiem liczby, które zapisywała na tablicy, nie próbując liczyć samemu. Po prostu podziwiał równe rzędy lekko zaokrąglonych cyfr, wsłuchiwał się w rytmiczne postukiwanie kredy. Patrzył, jak skupiona porusza bezwiednie ustami, planując każdy kolejny krok… I w pewnym momencie odwróciła się wolno, jakby chciała dać mu czas na odwrócenie wzroku.

– Skończyłam, proszę pana. – Adam uniósł kącik ust i skierował swój wzrok na tablicę.

– Pozwolisz, że sprawdzę…?

Skinęła głową niezauważalnie, choć gest ten zdawał się być zbędnym, gdyż nie patrzył w jej kierunku. Sekundy, podczas których sprawdzał przykład, zdawały się trwać nieskończoność. I gdy wreszcie skinął głową aprobująco, uśmiechnęła się zwycięsko. Uwielbiała czuć satysfakcję, która towarzyszyła jej zawsze, gdy robiony przez nią przykład miał poprawny wynik.

– Dobrze – powiedział nauczyciel, potwierdzając jej wcześniejsze przypuszczenia o poprawności wykonanych przez nią działań. – Wstawiłbym ci ocenę, lecz uważam, iż to było zbyt proste zadanie, jak na ciebie. Mogę ci wstawić dwa plusy, jeśli chcesz.

– Niech będzie – odparła radośnie, wzruszając ramionami. Przepełniona szczęściem, ruszyła do ławki. Reszta lekcji minęła szybko, według niej. A humoru nie popsuł jej nawet nauczyciel, który bez przerwy łypał na uczniów wrogim i chłodnym spojrzeniem.

16

Eleonora uciekała przed padającym deszczem. Rozróżniała kilka jego rodzajów: mały i kłujący, duży i gruby, lejący z boku, z góry, a czasem miała wrażenie, że pada z ziemi, gdyż krople tak wysoko odbijały się od ulicy. Tamtego dnia był on naprawdę nieprzyjemny. Eleonora mijała kałuże, tworzące się na chodniku i ulicy, lecz jej spódnica i tak mocno się zabrudziła. Przeklinała myśl, która rankiem nakazała jej się wystroić do szkoły w taką pogodę! Sprawy nie ułatwiał również wiatr, który sprawiał, iż krople wody spływały po jej włosach i twarzy. Dziewczyna wbiegła po schodach i otworzyła zamaszyście drzwi, wchodząc do budynku. Oparła się o ścianę, próbując uspokoić szalejące serce i zobaczyła, jak nauczycielka polskiego zmierza w jej kierunku.

– Dzień dobry – przywitała się szatynka, lecz nie uzyskała odpowiedzi. Starsza kobieta oceniająco zmierzyła ją wzrokiem i zatrzymała go na pobrudzonej od błota i wody spódnicy.

– Na Boga, dziecko, czy ty szłaś pieszo w taką pogodę?!

– Tak – odparła spokojnym, lecz zawierającym nutę zmęczenia, głosem. – Pozwoli pani, że pójdę do szatni się przebrać… – Dziewczyna jeszcze uśmiechnęła się, nim odeszła od starszej kobiety.

Do nauczycielki polskiego, kiwającej głową niedowierzająco, podszedł Adam Karasiewicz, który z daleka przyglądał się zaistniałej sytuacji.

– Widział pan, jak ona wyglądała?! I ta spódnica! To skandal, przychodzić w takim stroju do szkoły!

– Nie zauważyłem nic nadzwyczajnego – odpowiedział spokojnie matematyk, wpatrując się w drzwi, za którymi zniknęła nastolatka. Usłyszał, jak nauczycielka polskiego mruczy coś pod nosem, zapewne jakieś inwektywy w ich kierunku. Jego oraz Eleonory. Westchnął ciężko, wywracając oczami: – Sugerowałbym, jako pani kolega z pracy, zająć się innymi sprawami, niż strój panny Kraszewskiej. Z doświadczenia wiem, iż początek roku charakteryzuje się wieloma pracami do sprawdzenia, czyż nie?

Starsza nauczycielka aż warknęła oburzona. Już miała się odezwać, lecz zobaczyła, że grupka uczniów bacznie się im przygląda. Kobieta uśmiechnęła się krzywo i odeszła bez słowa. Adam jeszcze przez chwilę wpatrywał się nieprzeniknionym spojrzeniem w drzwi szatni, po czym gwałtownie odwrócił się i ruszył w stronę swojej klasy.

*

– El, czy ty szłaś pieszo? Serio? – Alicja zaśmiała się, obserwując, jak Eleonora zdejmuje przemokniętą kurtkę i przeczesuje palcami mokre włosy. – Nie mogłaś jechać autobusem?

– Mogłam, ale wolałam się przejść – odparła szatynka z uśmiechem. – Deszcz mi nie stra… – Nabrała powietrza i kichnęła w zgięcie łokcia, na co blondynka pokiwała głową z dezaprobatą.

– Jesteś niemożliwa – westchnęła. – To jak, idziemy na lekcje?

Eleonora skinęła głową, lecz zanim wyszła z szatni, zdążyła kichnąć jeszcze dwa razy.

Pod klasą zbierali się już uczniowie. Panna Kraszewska przywitała się z każdym i rozejrzała, nie widząc śladu po Natalii czy Gabrieli. Pogrążyła się w rozmowie z Alicją, gdy w pewnym momencie, wśród tłumu, mignęła jej znajoma twarz. Przez chwilę myślała, że jej się wydawało lecz z każdą chwilą byli bliżej i bliżej… Oczy szerzej jej się otworzyły, kiedy upewniła się, że Natalia i Gabriela idą razem z Mateuszem, posyłając innym spojrzenia pełne wyższości. Kiedy chłopak zobaczył swoją byłą dziewczynę, uśmiechnął się szeroko i niemal od razu poszedł się przywitać.

– Eleonora. Jak zwykle pięknie wyglądasz. – Objął ją w sposób, który można by było uznać za przyjacielski, gdyby nie ręka, wędrująca po jej talii. Dziewczyna strzepnęła ją bez zastanowienia, lecz odwzajemniła uśmiech.

– Mateusz. Co ty tu robisz?

– Mój ojciec przyszedł zapisać mnie do waszej szkoły. Prawdopodobnie będę chodził z wami do klasy. – Dziewczyny rozanieliły się wyznaniem nowopoznanego chłopaka, a Eleonora jedynie skinęła głową.

Jak na potwierdzenie słów chłopaka, z gabinetu dyrektora wyszedł ojciec Mateusza. Prawie nic się nie zmienił, stwierdziła, przyglądając się mężczyźnie. Podszedł on do syna i poklepał po ramieniu.

– Od jutra możesz uczęszczać na zajęcia – Zwrócił się w stronę nastolatek i zatrzymał swój wzrok na Eleonorze. Twarz dziewczyny wydała mu się znajoma, lecz nie mógł sobie przypomnieć, skąd.

– Tato, to Eleonora – mruknął Mateusz, wywracając oczami. Jego ojciec wreszcie zrozumiał, dlaczego ta twarz wydawała mu się taka znajoma. Wyciągnął rękę ku dziewczynie i uniósł kącik ust, gdy ta podała swoją dłoń, odwzajemniając uśmiech.

– Miło cię widzieć, Eleonoro. Urosłaś. – Dziewczyna zaśmiała się sympatycznie.

– Minęło tyle lat, proszę pana, a pan się w ogóle nie zmienił! – Uśmiech mężczyzny poszerzył się. Już otwierał usta, by coś powiedzieć, gdy…

Z klasy wyszedł nauczyciel matematyki, który niemal od razu zwrócił uwagę nowoprzybyłych. Przez twarz bruneta przemknęło wyraźne zdziwienie, choć starał się je ukryć. Eleonora spostrzegła, że ojciec Mateusza pobladł na twarzy, po czym poczerwieniał straszliwie. Obaj jegomoście wpatrywali się w siebie ze zdumieniem i ukrywaną odrazą. To drugie było widoczne zwłaszcza w oczach bruneta, który wyglądał, jakby miał zaraz wybuchnąć.

Eleonora poczuła się niezręcznie. Nie na miejscu. Jakby przeszkadzała w czymś niezwykle ważnym. A jednak ciekawiła ją relacja między mężczyznami. Ojciec Mateusza zdjął czapkę i skłonił głową na przywitanie, zaś nauczyciel zmrużył jedynie oczy, odwrócił się na pięcie i ruszył w nieznanym jej kierunku.

– Cóż… – Ojciec Mateusza wypuścił długo wstrzymywane powietrze i podrapał się niezręcznie po karku. – Będziemy się już zbierać. Mamy jeszcze kilka rzeczy do załatwienia. Miłe panie, wybaczcie. – Skinął głową do wszystkich koleżanek syna i zatrzymał swoje spojrzenie na Eleonorze. – Mam nadzieję, że przyjdziesz do nas… No wiesz, tak jak kiedyś…

– Tato! – uniósł się Mateusz, którego oczy wyrażały wstyd, a jednocześnie świeciły rozbawieniem.

– Tak czy inaczej… żegnam was. Do zobaczenia!

– Do jutra. – Mateusz mrugnął do Eleonory, machnął ręką do pozostałych i ruszył za swoim ojcem. Eleonora obserwowała oddalające się sylwetki i usłyszała za plecami, przepełniony zdenerwowaniem, głos Jakuba:

– Nie lubię go. Tego nowego. Za bardzo się do ciebie klei.

Eleonora jednak nie odpowiedziała. Spojrzała na Alicję, która posłała jej wiele znaczące spojrzenie. Obie zastanawiały się nad tym, co właściwie się wydarzyło. Pewne było jedynie to, iż między ojcem nowego kolegi a matematykiem wydarzyło się coś nieprzyjemnego. Eleonora przygryzła wargę. Mimo że ta sprawa powinna dotyczyć jedynie matematyka i ojca nowego kolegi, szatynka wiedziała, iż nie odpuści, dopóki sama wszystkiego nie zrozumie.

*

Eleonora wyjrzała przez okno i westchnęła, widząc, że wcale nie przestało padać. Wręcz przeciwnie – było coraz gorzej. Dziewczyna wyszła z szatni i pospiesznie zaczęła zakładać skórzaną kurtkę, mając nadzieję, iż zdąży na autobus. Alicja miała rację – to nie była pogoda na spacery. Przez cały dzień smarkała się i kichała, a nauczycielka języka polskiego patrzyła na nią nieprzychylnie, jednak co miała zrobić?

Wybiegła ze szkoły i zaczęła schodzić w szybkim tempie po schodach. I nagle straciła grunt pod nogami. Płytki były bardzo śliskie, opłukane wodą, przez co nastolatka poślizgnęła się. I już czekała na bolesny upadek, zamknęła oczy, gdy poczuła silną rękę, owijającą się wokół jej talii. Odruchowo złapała za rękę bohatera i westchnęła, łapiąc równowagę.

Wyprostowała się, jednocześnie wyrywając z uścisku i odwróciła się, chcąc podziękować za pomoc. Jej serce przystanęło, by później zacząć bić z podwójną siłą. Stał za nią nauczyciel matematyki i patrzył się na nią z jakąś rozpaczliwą tęsknotą. A może to przez ten deszcz? Już miała się odezwać, by podziękować, gdy ten poruszył się niespokojnie i spojrzał głęboko w oczy.

– Uważaj, jak chodzisz.

To tyle? Eleonorę aż zatkało ze zdziwienia. Czuła się zdezorientowana. Oszukana. Patrzyła na sylwetkę odchodzącego nauczyciela i zdążyła zarejestrować, jak mężczyzna rozprostowuje palce lewej dłoni. Zadrżała. Ona go dotknęła… Czyżby się jej brzydził? A to spojrzenie sprzed chwili? Przecież go sobie nie wymyśliła… A może jednak?

Nim się zorientowała, autobus przejechał obok szkoły i zniknął za zakrętem. Eleonora zaklęła w myślach. Została sama. W ulewę.

Czekał ją mało romantyczny, samotny spacer w deszczu.

*

Eleonora obudziła się wieczorem. Ból głowy, który doskwierał jej za dnia, nie przeszedł. Ześlizgnęła się z łóżka i wcisnęła stopy w puchate kapcie, które zakładała jedynie w sytuacjach wyjątkowych. I w zimę, kiedy podłoga była tak lodowata, że szło odmrozić sobie palce. Ociężałym krokiem ruszyła do łazienki i spojrzała w lustro. Jej oczy błyszczały, jakby miała zaraz wybuchnąć płaczem, a policzki były nienaturalnie czerwone. Umyła twarz letnią wodą i ruszyła do kuchni, chcąc przygotować sobie ciepłą herbatę.

Przeklinała w myślach Karasiewicza. Gdyby nie on zapewne zdążyłaby na autobus i nie musiałaby iść pieszo…!

Głupia! Gdyby nie on, w najlepszym wypadku skończyłabyś z mokrą spódnicą, a w najgorszym – połamałabyś się!

Nie mogła wymazać z pamięci jego spojrzenia. Coś zaczynało się dziać i sama nie była pewna, co. Karasiewicz od ponad miesiąca mieszał w jej życiu, dodawał do niego smaku i sprawiał, że spoglądanie przez nią na niektóre sprawy, zmieniło się diametralnie. Człowiek ten nie zdradził się przed nią do końca. Był zagadką, jednak Eleonora wierzyła, iż ta ma jakieś sensowne rozwiązanie. Kilka spraw nie dawało jej spokoju. Dlaczego raz zachowywał się jak jakiś paranoik, a czasem sprawiał wrażenie, jakby chciał się przed nią wyspowiadać? Dlaczego tak zareagował na tatę Mateusza? Po co zapukał do jej drzwi, gdy Teresa przyszła do niej z wizytą?

Zrobiła sobie herbatę i wycisnęła do niej trochę soku z cytryny. Upiła łyk, jednak gdy stwierdziła, że nie da rady, osłodziła ją miodem.

– Kim pan jest, panie Adamie? – mruknęła pod nosem, opierając się o blat. Uśmiechnęła się krzywo, po czym przygryzła wargę.

Człowiek – enigma.

Na początku roku, Alicja twierdziła, że zdobędzie jakieś informacje na jego temat. Do tego czasu nic nie znalazła i Eleonora wątpiła, by to miało się jakoś szybko zmienić. Na żadnym portalu społecznościowym nie istniał profil, który zawierałby jego zdjęcie, bądź zgadzałby się z danymi mężczyzny. Żadna osoba, prócz Eleonory, nie potrafiła o nim powiedzieć nic, prócz tego, że pochodzi z Warszawy i jest dupkiem.

No cóż… O opinię publiczną to on za bardzo nie dba…

Nagle na telefon przyszła jej wiadomość od nieznanego numeru. Dziewczyna odstawiła kubek z herbatą i sięgnęła po komórkę.

Hejka 😉

Przygryzła wargę i po chwili namysłu, odpisała. Jej myśli przyćmione były bólem głowy, przez co jej mózg nie pracował na obrotach, które lubiła najbardziej. I kiedy dostała kolejną wiadomość, zaczęła zastanawiać się, czy w stanie, w jakim się znalazła, powinna robić coś innego, prócz zakopania się pod kocem i ucięciem krótkiej drzemki.

Pięknie dzisiaj wyglądałaś 😊

Miała dziwne wrażenie, że to Jakub. Nie posiadała jego numeru, a on był na tyle zdesperowany, iż mógł go wyciągnąć od jakiejś koleżanki z klasy albo chociażby włamał się do pokoju nauczycielskiego, wykradł dziennik, wyszukał jej numer telefonu i sobie go zapisał.

Odpisz proszę

Eleonora odłożyła telefon, po czym skierowała się do salonu, gdzie czekała na nią duża kanapa, a na niej puchaty kocyk. Z radością przykryła się nim po uszy, a następnie sapnęła ze złości, gdy ktoś przerwał jej wymarzony odpoczynek, pukając do drzwi. Wstała, założyła kapcie na stopy i niedługo później znalazła się w przedpokoju. Otworzyła drzwi i zobaczyła Mateusza. Jego usta rozciągnięte były w uśmiechu, a w rękach trzymał paczkę popcornu.

– Nie chciałaś odpisać, więc jestem.

Po krótkim wahaniu, Eleonora wpuściła byłego chłopaka do środka. Zapowiadał się naprawdę długi wieczór.

17

Piątkowy ranek był niezwykle piękny i słoneczny, lecz Eleonorze nie było dane się nim nacieszyć. Do południa leżała ona w łóżku, a wychodziła jedynie do łazienki. Od rana nie tknęła jedzenia. I tak nie dałaby rady nic przełknąć, bo gorączka zmąciła jej umysł, a każda próba przełknięcia śliny kończyła się wpłynięciem na twarz nienaturalnego wyrazu.

Westchnęła ciężko, gdy kolejna próba zajęcia wolnego czasu zakończyła się porażką. Chciała doczytać jedną z książek, jednakże ból głowy skutecznie jej to uniemożliwił. Wyrazy zlewały się w niezrozumiały ciąg, czarny szereg, którego nie szło zrozumieć. Z bezsilności zrzuciła książkę na podłogę i spojrzała na sufit. Przydałoby się zrobić mały remont…

Wzięła kilka głębszych wdechów, przymknęła oczy i już miała iść spać, gdy dostała wiadomość od Ali o następującej treści:

Co z tobą? Nie ma cię w szkole, nie dajesz znaku życia. Chociaż napisz, że wszystko w porządku…

  1. Karasiewicz pytał się o ciebie 😉

Eleonora uśmiechnęła się szeroko i odpisała zdawkowo, że żyje. Ziewnęła, zakopując się pod ciepłą pierzyną. Bardzo chciało się jej spać… Przymknęła oczy i poczuła błogi spokój. Zasnęła.

*

– Eleonoro, wstawaj.

Dziewczyna otworzyła oczy i prawie krzyknęła, gdy zobaczyła twarz nauczyciela nad swoją. Zdusiła wrzask i powoli wypuściła powietrze. Chwyciła się za głowę, krzywiąc się przy tym i ochrypłym głosem zapytała:

– Co pan tu robi? I w ogóle, jak pan tutaj wszedł?!

Mężczyzna podniósł książkę, leżącą na podłodze i położył ją na stoliku nocnym, a następnie spojrzał na twarz nastolatki. Jej oczy błyszczały nienaturalnie, a policzki były niezdrowo zaczerwienione. Bez słowa podszedł do uczennicy i położył dłoń na gorącym czole. Drgnęła, gdy chłodna skóra napotkała rozpaloną, lecz mężczyzna zdawał się tego nie zauważać.

– Masz gorączkę – stwierdził. Dziewczyna zmarszczyła brwi, gdy oddalił dłoń. Chłód był tak przyjemny… Oblizała spierzchnięte usta i spojrzała na nauczyciela z ciekawością.

– Może mam – powiedziała wymijająco. – A odpowie mi pan na moje pytania?

– Tylko gdy ty odpowiesz na moje. – Po krótkim namyśle, prawie niezauważalnie skinęła głową. – Zatem nie było cię w szkole już dwa dni, a twoje przyjaciółki nie wiedziały, co się z tobą dzieje i… postanowiłem sprawdzić to osobiście – mówiąc to nie widziała jego twarzy, bo przez cały czas patrzył się w okno, lecz mogła by przyrzec, że w sylwetce mężczyzny pojawił się ten rodzaj napięcia, który występował zawsze, kiedy wspominała o jego dawnym życiu. – Nie zamknęłaś drzwi. Wszedłem do środka, gdy nie odpowiadałaś przez dłuższy czas i… – Tu zaciął się, a Eleonora uśmiechnęła.

Włamał mi się pan do pokoju.

– Sama dobrze wiesz. – Powoli odwrócił się w jej stronę i spojrzał na nią przenikliwie. – Byłaś już u lekarza?

– A wyglądam jak osoba, która właśnie wyszła z gabinetu lekarskiego?

Karasiewicz zmierzył dziewczynę bacznym spojrzeniem. Jej włosy były w nieładzie, rozrzucone na poduszce niczym brązowa aureola, a zamiast ubrania miała piżamę… Eleonora wciągnęła gwałtownie powietrze, gdy zdała sobie sprawę, w co jest ubrana. W końcu bluzka na ramiączkach i krótkie spodenki, ozdobione maleńkimi truskawkami, nie były odpowiednim strojem do przyjmowania nauczyciela w swojej sypialni.

A czy jakikolwiek inny by był?!

Policzki zaczerwieniły się jej jeszcze bardziej. Podciągnęła kołdrę aż po czubek nosa, na co mężczyzna uniósł kącik ust. Po krótkiej chwili przybrał na twarz obojętny wyraz.

– Pójdę zadzwonić po lekarza i zrobię ci gorącej herbaty. Może poczujesz się lepiej…

Wyszedł, nim zdążyła zaoponować. Nie wiedziała, co ma myśleć o całej tej sytuacji. To wszystko wydawało się być takie… nierealne. I nagle zrozumiała: gorączka podsyłała jej te dziwaczne obrazy. Adam Karasiewicz z pewnością nie przyszedł by do niej ot tak, tylko po to, by spytać się o jej samopoczucie. I na pewno nie poszedłby zrobić jej herbaty w nieswojej kuchni. Druga wersja była równie prawdopodobna: to zwykły sen. A skoro był to sen, to niedługo powinna się obudzić. Poruszyła się więc na łóżku i czekała cierpliwie, aż jej umysł łaskawie wróci do siebie.

Po chwili do pokoju wszedł matematyk z kubkiem pełnym gorącej herbaty i… miską? Bez pardonu usiadł na łóżku i przyjrzał się twarzy nastolatki.

O tak, to z pewnością jest sen. Adam Karasiewicz w realnym życiu nie zachowywałby się w stosunku do niej tak… troskliwie. Przecież była tylko jego uczennicą. Jedną z wielu uczennic. Prawdziwy Adam Karasiewicz zapewne siedziałby teraz przy swoim biurku, sprawdzając testy i kartkówki, bądź po prostu zanurzyłby się w głębinie swoich myśli, co ostatnimi czasy zdarzało się mu coraz częściej.

Eleonora drgnęła, gdy poczuła mokry ręcznik na swoim czole. Chłód był przyjemny i dawał ukojenie, przez co dziewczyna poczuła się nieco lepiej. Podciągnęła się na rękach i wygodniej ułożyła na poduszkach. Kątem oka zobaczyła, że Karasiewicz patrzy się na nią z bliżej nieokreślonym grymasem.

– Mam coś na twarzy?

– Nie… Czemu pytasz? – Eleonora uśmiechnęła się niemrawo.

– Bo się pan gapi. Ale to głupi sen i jak pan chce, to może się na mnie gapić, ile tylko zechce.

Przez twarz Adama przemknęło zdziwienie, nieuchwytne dla nastolatki, która wyszczerzyła się głupkowato i przymknęła oczy.

– W sumie, skoro to sen, to mogę do pana mówić po imieniu, co nie?

– Eleonoro, co ty wygadujesz? To pewnie przez gorączkę – mamrotał mężczyzna pod nosem. – Zaraz przyjedzie lekarz i ci pomoże. Do tego czasu musisz jakoś wytrzymać.

– Nie musisz się o mnie martwić – odparła nieco przesłodzonym głosem. – Sama potrafię o siebie zadbać. Swoją drogą, nie bałeś się tu wchodzić? W filmach takie wizyty zwykle kończą się uderzeniem patelnią w głowę, albo kijem baseballowym. – Mężczyzna westchnął ciężko i przetarł twarz dłonią. – Coś jest z tobą dzisiaj nie tak – zauważyła. – Jednak po dłuższym zastanowieniu, tak ci jest lepiej…

– O czym ty mówisz?! – Eleonora wywróciła oczami.

– Nie udawaj, bo takie żarty są nie w twoim stylu. Lubię cię takiego… choć to nieco dziwne i niepokojące.

– Właśnie! – wtrącił się nauczyciel. – To co mówisz jest niepokojące. I przestań, do diabła, mówić mi po imieniu! Nie wyraziłem na to swojej zgody! Nie wiem, o jakim śnie mówisz, ale jestem twoim nauczycielem i tak ma zostać, rozumiesz?

Mruknęła coś pod nosem, co brzmiało jak: oczywiście, szanowny panie profesorku, który nie odróżnia sny od jawy. Mężczyzna westchnął ciężko i pokręcił głową niedowierzająco. Zaiste, to nie działo się naprawdę. Eleonora zachowywała się jak wariatka, lecz nie mógł jej zostawić samej sobie. W myślach zastanawiał się, o co chodziło dziewczynie, lecz po chwili doszedł do wniosku, że to majaczenie spowodowane jest gorączką. Musieli czekać na lekarza.

– Proszę pana – mruknęła Eleonora niewyraźnie, co spowodowało, że wzrok mężczyzny spoczął na jej osobie. – Ja muszę się zdrzemnąć… Jak pan chce, może tutaj zostać. – Uśmiechnęła się leniwie i ziewnęła przeciągle. – Czy można zasnąć w śnie?

– Śpij już. Poczekam na lekarza.

Dziewczyna uśmiechnęła się i zamknęła oczy, zaś Adam pokiwał niedowierzająco głową. Przyjrzał się Eleonorze; długie rzęsy rzucały cień na rumiane policzki, usta były uroczo uchylone, a oddech z każdą chwilą stawał się coraz bardziej równomierny. Będąc nieświadomym swojego czynu, wyciągnął rękę i delikatnie musnął kciukiem skroń nastolatki. Przesunął palcami po zaczerwienionym policzku, a następnie przesunął je w stronę szyi.

Nagle zamarł, przerażony swoimi czynami. Gwałtownie cofnął rękę i wstał z łóżka, by następnie wyjść z sypialni nastolatki. Właśnie zrobił coś niewybaczalnego. I co z tego, że ona była tego nieświadoma?! To uczennica… Nie powinien był robić czegoś takiego.

Rzucił się na kanapę i zmierzwił włosy. To nie było coś normalnego. Jak zareagowałaby Eleonora, gdyby obudziłaby się w momencie, kiedy dotykał jej twarzy? Czy dałby radę znieść pogardę i obrzydzenie w jej oczach? Westchnął zrezygnowany. Eleonora była jedyną osobą, która zdawała się go tolerować. Chciała mu pomóc, choć pewnie sama nie wiedziała, jak ma to zrobić.

Jednakże najważniejszy argument, który przemawiał przeciwko jakimkolwiek kontaktom z szatynką, był schowany w głębi poranionej duszy. Gdzieś w zacienionym kącie ukryta była myśl, która nie dawała mu spokoju. I wcale nie chodziło tu o wiek dziewczyny.

Z zamyślenia wyrwało go pukanie do drzwi. Domyślił się, że przybył lekarz, którego wcześniej wzywał. Przeszedł przez korytarz, otworzył drzwi i wpuścił siwego staruszka z brązową, skórzaną aktówką i stetoskopem zawieszonym na szyi oraz białym kitlem, zarzuconym na ramiona.

Eleonora nadal spała, choć teraz leżała na boku. Doktor zbliżył się do dziewczyny i potrząsnął jej ramieniem. Niedługo później nastolatka otworzyła oczy i prawie pisnęła przestraszona, spostrzegając obcego mężczyznę, który rozgościł się w jej sypialni.

– Co pan tu robi?! – wyrwało jej się nagle. Głos miała jeszcze senny, lekko zachrypnięty, a twarz zbladła delikatnie, co Karasiewicz przyjął z ulgą. Dziewczyna skierowała swe spojrzenie na nauczyciela matematyki i prawie zakręciło jej się w głowie.

Czyli to nie był sen? Zrobiłam z siebie idiotkę przed profesorem… Niech mnie ktoś zabije…

– Dzień dobry, dziecko – przywitał się lekarz. – Słyszałem, że nie jest z tobą najlepiej. Usiądź, zobaczymy, co u ciebie słychać. – Eleonora westchnęła i posłusznie wstała. Utkwiła wzrok w podłodze i starała się ignorować obecność drugiego mężczyzny w pomieszczeniu. Uniosła koszulkę i dała się zbadać lekarzowi. – No, przyznasz się w końcu, co takiego zrobiłaś, że się tak załatwiłaś?

Eleonora uniosła wzrok i zobaczyła, że nauczyciela nie ma w jej pokoju. Zapewne wyszedł, nim rozpoczęło się badanie.

– Szłam do szkoły i nieco zmokłam… – odpowiedziała na zadane przez lekarza pytanie. – Jest bardzo źle?

– Myślę, że przeżyjesz – podsumował doktor, puszczając oczko do dziewczyny. Bez pardonu usiadł przy jej biurku i z aktówki wyciągnął recepty. W pokoju rozbrzmiało ciche poskrzypywanie długopisu, przerywane cichym chrząkaniem nastolatki i nieco charczącym oddechem mężczyzny. Szatynka wciąż nie mogła pogodzić się z tym, co wyprawiała wcześniej.

– To zwykła grypa, moja droga – powiedział doktor, sprawdzając, czy wszystkie potrzebne leki zostały zapisane na recepcie. – Musisz sobie przyswoić więcej witaminy C. Znajdziesz ją na przykład w naci pietruszki, papryce, brukselce, brokułach, kapuście… Przez kilka dni radziłbym wylegiwać się w łóżku. – Widząc, że dziewczyna chce zaprotestować, uśmiechnął się spod wąsa. – To nie tylko ze względu na twoich kolegów. W każdej chwili, grypa mogłaby przekształcić się w coś dużo gorszego, na przykład w zapalenie płuc, a chyba nie chciałabyś skończyć z uszkodzonymi nerkami, wątrobą i sercem, prawda?

Eleonora pokiwała głową, na co doktor uśmiechnął się.

– Bardzo cieszę się, że się rozumiemy. Pij dużo wody i odpoczywaj. Musisz nabrać sił, by organizm mógł walczyć z infekcją. – Dziewczyna skinęła głową w niemej podzięce, gdy staruszek podsunął jej receptę pod nos. – Zapisałem ci tutaj najpotrzebniejsze leki. Ten syrop – wskazał na pierwszą pozycję – powinnaś brać przed każdym posiłkiem. Za to te tabletki – pokazał kolejny lek – bierzesz rano i wieczorem. To tyle ode mnie. Jakby coś się działo, to twój tata ma do mnie numer.

Eleonora uniosła brwi w niemym zapytaniu. Mój kto?!

Nie zdążyła nic odpowiedzieć lekarzowi, który wyszedł pospiesznie z pomieszczenia. Usłyszała z oddali męskie głosy, więc uznała, że nauczyciel jeszcze nie wyszedł. Powoli wstała z łóżka i skierowała się w stronę łazienki. I gdy wracała do pokoju, zobaczyła matematyka, stojącego tuż przy drzwiach, prowadzących do jej sypialni. W rękach trzymał receptę, którą dostała od lekarza. Karasiewicz uniósł wzrok i uniósł kącik ust, widząc, że jego uczennicy się polepszyło.

– Dobrze cię widzieć w miarę żywą – zakpił, choć w jego głosie czaiły się nutki rozbawienia. – Lepiej wracaj do łóżka. Ja pójdę do apteki, kupię ci te leki. Nie mamy wiele czasu na przygotowanie do konkursu, przez co musisz w miarę szybko stanąć na nogi.

– Ależ proszę pana! – krzyknęła oburzona. – Przecież nie może pan za mnie płacić! – powiedziała na jednym wydechu, gdy skierował się do wyjścia. Zbliżyła się do komody, w której trzymała portfel i wyciągnęła z niego dwieście złotych. Mężczyzna niechętnie przyjął banknoty, co Eleonora skwitowała uroczym uśmiechem. – Dziękuję – szepnęła.

Mężczyzna nie odpowiedział, a jedynie skinął głową. Odwrócił się na pięcie i wyszedł z domu sąsiadki, nie patrząc na nią ani przez ułamek sekundy. Eleonora obserwowała oddalającą się sylwetkę mężczyzny i westchnęła ciężko.

Przynajmniej nie robił ci wyrzutów.

Kolejna myśl spowodowała, że na jej twarzy pojawił się uśmiech:

Przynajmniej nie oskarżał cię o molestowanie.

18

Eleonora leżała na łóżku i czytała książkę, gdy do jej pokoju wparowała Alicja. Szatynka uchyliła się, przed lecącą w jej kierunku, torbą, po czym z głuchym westchnieniem opuściła powieść na kolana. Blondynka wskoczyła na łóżko i wylewnie przywitała się z przyjaciółką, która nie raczyła skomentować tego krótko:

– A tobie co?

Alicja zaśmiała się i machnęła ręką, w bliżej nieokreślonym geście.

– Tak długo cię nie widziałam, że postanowiłam sprawdzić, czy jeszcze żyjesz. Ale jak widzę, masz się dobrze. – Panna Kraszewska skinęła głową.

– Trochę przeszkadza mi katar, ale oprócz tego nic mi nie dolega, chociaż przez pierwsze dni było naprawdę tragicznie.

– To dlaczego do mnie nie zadzwoniłaś?! – spytała dziewczyna z wyrzutem. – Przecież jestem twoją przyjaciółką… Pomogłabym ci. Umiem gotować rosół! – Eleonora parsknęła śmiechem.

– Chyba wolałabym umierać z głodu. Pamiętam twój krupnik… – Blondynka zaśmiała się, kiwając głową. – Ale chyba nie przyszłaś tu tylko mówić o rosole. Co jest?

Alicja, nim zaczęła mówić, przez dłuższy czas przygryzała wargę. Westchnęła i utkwiła swe spojrzenie gdzieś w okolicach okna.

– Ostatnio myślałam trochę o tej naszej grupce i miałam wrażenie, że usunęłaś się w tył. My ciągle gadamy o sobie, ty próbujesz ratować wszystkich, a sama spadasz w dół. – Alicja spoważniała nieco i położyła swoje dłonie na dłoniach przyjaciółki. – Wiesz, jaką osobą jestem. Przez moje roztrzepanie często umykają mi ważne szczegóły… Dlatego chciałabym, byś mi zaufała i jeśli jest coś, o czym chciałabyś opowiedzieć, to wiesz.

Eleonora poczuła pieczenie w oczach i rosnącą gulę w gardle. Oczywiście, że chciałaby się komuś wygadać… Było tyle rzeczy! Tyle się zmieniło! Pieczenie stawało się nie do zniesienia, dlatego mocno szarpnęła głową, by ukryć wstępujące na twarz emocje.

– Och, El… – Szatynka poczuła, jak łzy spływają po jej policzkach, a następnie zarejestrowała wąskie ręce, oplatające się wokół niej. Tak wiele spraw miała na głowie. I z tym wszystkim była sama…

Nie, miała Alicję.

Miała też Adama Karasiewicza.

Eleonora wydała dziwny nosowy dźwięk, który spowodował, że dziewczęta wpadły w niekontrolowany śmiech. Szatynka nie pamiętała, kiedy czuła się tak… lekko. Jakby z pleców zrzuciła ciężar, który nosiła przez dłuższy czas. Alicja odsunęła się od przyjaciółki, jednak nie zdjęła dłoni z jej ramion.

– A teraz powiedz mi o wszystkim. – Widząc niepewne spojrzenie panny Kraszewskiej, Alicja uśmiechnęła się spokojnie. – Nie zmuszam cię do niczego, lecz zobaczysz, że poczujesz ulgę. Możesz mi zaufać – dodała. I właśnie ostatnie zdanie zadecydowało o tym, że Eleonora zdecydowała się opowiedzieć o wszystkim. O matce, która wyrzekła się jej na rzecz innego dziecka. O Karasiewiczu, który znikąd pojawiał się w najgorszych momentach jej życia. O sprzecznych uczuciach, którymi obdarzała Jakuba, Marcina i Mateusza. I gdy wreszcie skończyła mówić, zapadła krępująca cisza, przerywana jedynie oddechami dziewcząt.

Eleonora poruszyła się niespokojnie. Wyraz twarzy przyjaciółki był trudny do zidentyfikowania, chociaż mieścił się w granicach złości, zdumienia i rozczarowania.

– Naprawdę wolałaś trzymać to wszystko w sobie, niż powiedzieć o tym którejś z nas?

Eleonora pokręciła głową i westchnęła ciężko. – Widzisz, nie rozumiesz. Chciałam wam powiedzieć, ale wy same miałyście tyle problemów, że moje byłyby tylko zbędnym balastem. Nie mogłam pozwolić, byście przejmowały się jeszcze mną.

– Jesteś idiotką – stwierdziła Alicja, kręcąc głową niedowierzająco. – Zachowujesz się tak, jakbyśmy się znały miesiąc, a nie kilka…naście lat. Za karę nie dostaniesz czekolady!

Całe napięcie, spowodowane wcześniejszym wyznaniem, zniknęło. Eleonora zaśmiała się, a Alicja zawtórowała jej, po czym sięgnęła po torbę, z której wyciągnęła czekoladę.

– A co chcesz teraz zrobić z chłopakami?

– A co miałabym z nimi zrobić? – spytała Eleonora, częstując się słodyczami. – Przecież nie zapakuję ich do jednej paczki i nie odeślę do Indii.

– To nie jest taki zły pomysł – mruknęła w odpowiedzi blondynka, po czym uśmiechnęła się z lekka. – Wiesz, Mateusz niemal bez przerwy się o ciebie pyta. Łaził za mną jak pies, byleby się tylko czegoś dowiedzieć. Nie pamiętam go zbyt dobrze, choć… wydaje się on mniej nachalny od Kuby. Gdybyś widziała, jak mierzą się wzrokiem. – Ala zachichotała. – A ten trzeci… Nie sądzę, by stanowił dla nich jakąkolwiek konkurencję.

– A co z tobą i Mikołajem? – Blondynka nieco spochmurniała. Kosmyk jej długich włosów uwolnił się z koka i opadł na czoło dziewczyny. Szybko założyła go za ucho, wzdychając ciężko.

– Nic – odparła. – Zakończyliśmy to. On wyjeżdża, a związki na odległość nie sprawdzają się na dłuższy czas. Wolałam skończyć to teraz, niż później cierpieć jeszcze bardziej… –  Westchnęła, lecz nagle w jej oczach pojawił się błysk. – Zrobiłam ci listę zadań, które musisz odrobić i przysłać nauczycielom na maila. W pierwszej kolejności zrób zadanie z informatyki. Nauczycielka strasznie się wściekła, że nie przyszłaś skończyć tego ostatniego projektu.

Eleonora wywróciła oczami. – Przecież nie moja wina, że umierałam z powodu wysokiej gorączki.

– Dobrze, że miałaś odpowiednią pomoc – rzuciła bezładnie Alicja i wreszcie dostrzegła to, co chciała ujrzeć na twarzy przyjaciółki od pewnego czasu.

Uśmiech Eleonory wpływał na jej twarz powoli, niczym promienie wschodzącego słońca, które wślizgiwały się do zacienionego pomieszczenia. Policzki zarumieniły się, lecz nie był to rumieniec spowodowany gorączką. Co to, to nie. Ten był jakby lżejszy i bardziej różowy, niż czerwony. Jednak więcej od ust i policzków zdradzały oczy. Były jak bezchmurne niebo, rozproszone przez ogromne słońce uczuć. Coś ponad radość wybijało się spośród innych, migocząc i sprawiając, że coś, co zdawało się niemożliwe, było na wyciągnięcie ręki.

I gdy wreszcie natarczywy wzrok przyjaciółki zmusił Eleonorę do odwrócenia spojrzenia, blondynka uśmiechnęła się szeroko i uderzyła przyjaciółkę z lekka w ramię.

– A co to za uśmiech? I to spojrzenie…!

– Co? – Eleonora przybrała obojętny wyraz twarzy, lecz to wcale nie powstrzymało Alicji przed połaskotaniem rumianego policzka szatynki. – Nie rozumiem, o co ci chodzi –  zaprotestowała dziewczyna, co zostało przyjęte kolejną salwą śmiechu. – Uspokój się, ja naprawdę nie rozumiem!

– To ty przestań! Spodobał ci się i dobrze o tym wiesz, tylko nie chcesz się przyznać! – zawołała dziarsko blondynka. – Rumienisz się, kiedy o nim wspominam…

– Zwariowałaś! – odparła Eleonora, lekko zdenerwowanym tonem. – Czy ty słyszysz, co mówisz? To nasz nauczyciel. Mam ci to przeliterować? N A U C Z Y C I E L.

– A ty jesteś uczennicą. – Eleonora uśmiechnęła się i skinęła głową, sądząc, iż przyjaciółka sobie odpuści, rozumiejąc powagę sytuacji. – To nie zmienia faktu, że jesteś kobietą, a on jest mężczyzną. Jesteście dorośli i oboje macie uczucia.

– Ala, to nie ma nic do rzeczy – wtrąciła się szatynka.

– Jak to nie ma?

– Dzień dobry.

Alicja, z początku zdezorientowana, wybuchła szalonym, niekontrolowanym śmiechem, a policzki szatynki pokryły się słodką czerwienią. Adam Karasiewicz, który uwielbiał przychodzić w dziwnych momentach, patrzył na ten obrazek z uniesionymi brwiami. Chwilę później, blondynka zeskoczyła z łóżka i wciąż chichocząc, spojrzała na przyjaciółkę.

– Ja muszę już iść, El. Zostawiam cię w dobrych rękach. – Zanim wyszła, puściła jej oczko i przeszła obok nauczyciela, który podszedł do łóżka, na którym leżała speszona dziewczyna.

– Chyba wam przeszkodziłem – Eleonora pokręciła przecząco głową.

– I tak już kończyłyśmy – powiedziała szatynka. Zapadła chwilowa cisza, przerwana dźwiękiem odkładanej torby i szurania skarpetek po dywanie. Nagle dziewczyna zmarszczyła brwi i podejrzliwie spojrzała na nauczyciela. – Długo pan tam stał?

– Dopiero przyszedłem – odpowiedział spokojnie. Zbyt spokojnie, jak podpowiadał nastolatce jej szósty zmysł. Nie miała jednak żadnych dowodów na to, iż mężczyzna kłamie, więc uśmiechnęła się promiennie i poklepała miejsce na łóżku. Mężczyzna, nie wahając się zbyt długo, usiadł tuż obok nóg nastolatki i spojrzał na nią z dziwnym przejęciem w oczach. – Jak się dzisiaj czujesz? Wszystko dobrze?

Ponownie skinęła głową. – Oprócz kataru nic mi nie doskwiera. Myślę, że jeszcze w tym tygodniu wrócę na lekcje.

Jakiś błysk sprzeciwu pojawił się w jego oczach. Pokręcił głową przecząco i westchnął, nim słowa wypadły z jego ust.

– Nie sądzę, by był to dobry pomysł. Kilka dni temu… naprawdę było z tobą źle. A to tylko przez grypę. Pomyśl, co mogłoby się stać, gdyby to było coś gorszego. – Eleonora spojrzała w brązowe tęczówki i dostrzegła coś, co widziała w oczach Alicji, gdy mówiła jej o swych problemach.

Troska.

Wcześniej miała wrażenie, że zdjęto z jej pleców ogromny balast. W tym momencie otrzymała skrzydła i unosiła się kilkaset metrów nad ziemią. Uśmiechnęła się tak promiennie, że przez chwilę brakło mu tchu i wstrzymał powietrze, by żyć jak najdłużej, i gdy położyła swoją niewielką dłoń na jego, wszystkie kolory tego świata wróciły, a on poczuł, że znów może oddychać.

– Dziękuję – powiedziała cicho. Wyczuła, jak ciepłe, a jednocześnie szorstkie są jego dłonie, lecz nie cieszyła się długo tym dotykiem, gdyż on powoli wysunął swoje ręce z delikatnego uścisku.

Eleonora czuła, jak rumieńce wpływają na jej twarz. Wygłupiła się. Czuła, że się wygłupiła. Odrzuciła na bok kołdrę i wyskoczyła z łóżka, kierując się w stronę łazienki. Drzwi zatrzasnęły się za nią z hukiem, lecz to w żaden sposób jej nie poruszyło. Miała ochotę walić głową w umywalkę. Co ją podkusiło, by go dotykać?! Alicja za dużo gada i teraz zaczęło jej się przewracać w głowie!

– Boże, uzna mnie za wariatkę – szeptała sama do siebie, lecz jej głos przytłumił szum wody, wypływającej rwącym strumieniem z kranu. – Co mnie napadło?!

Kiedy poczuła, że udało jej się dojść do siebie, postanowiła wyjść z łazienki. Drżącą dłonią chwyciła za klamkę, przeszła przez korytarz i przystanęła w wejściu, patrząc na nauczyciela czytającego książkę, którą ona porzuciła po przybyciu Alicji. Zrobiła krok w stronę matematyka, podłoga zaskrzypiała cicho pod jej ciężarem, lecz mężczyzna nie oderwał wzroku znad lektury.

– Jesteś romantyczką, Eleonoro?

Dziewczynę zaskoczyło to pytanie. Cieszyła się, że mężczyzna nie odwrócił się do niej, bo jego wzrok mógłby spowodować, iż poczułaby się bardziej niezręcznie, niż wcześniej.

– Skąd to przypuszczenie, proszę pana? – spytała, opierając się o biurko. Szelest przewracanych kartek zdawał się odzwierciedlać bicie jej własnego serca.

– Masz na półkach same romanse. Lubujesz się w twórczości Victora Hugo, Jane Austen, Williama Shakespeare’a i Oscara Wilde’a. Poza tym, zapisujesz myśli na marginesie… – Eleonora zarumieniła się soczyście i odwróciła głowę w stronę okna. – Serio podoba ci się ten Darcy?

– Proszę pana! – Policzki nastolatki przybrały kolor dojrzałego pomidora. Przyłożyła do nich dłonie i miała wrażenie, że jej skóra płonie. – Nie sądzę… Nie uważam, by był to temat, na który powinniśmy rozmawiać!

– Książki?

– Och, książki. Z pewnością nie czytaliśmy takiej samej, a jeżeli już, to zapewne nie z takimi samymi wrażeniami – odpowiedziała szybko, a po chwili milczenia, dodała: – Mówiłam o moich preferencjach miłosnych. To nie jest dobry temat na rozmowę.

– Czytałem „Dumę i uprzedzenie” – wtrącił, a ją momentalnie zatkało.

– Nie wygląda pan na mężczyznę, który zaczytuje się w romansach…

– Nie zaczytuję się w romansach – zaprotestował, zatrzaskując książkę i odkładając ją na półkę. Kiedy odwrócił się w jej stronę, Eleonora napotkała rozbawione spojrzenie i uniesiony kącik ust. – Ale mówią, że człowiek powinien spróbować wszystkiego, by później niczego nie żałować.

– Podobała się panu? – spytała, a on uniósł brew pytająco. – No książka! Podobała się? Co pan czuł, czytając list pana Darcy’ego do Elizabeth? I czy spodziewał się pan, że to nie on jest tym złym?

– Nie wierzę w takie romantyczne bzdury – odparł powoli, unosząc rękę, gdy zauważył, że ta chce zaprotestować. Że to nie bzdury, tylko miłość. Nie ważne było nawet to, iż prawdopodobnie historia ta zdarzyła się jedynie na kartach powieści. – List Darcy’ego nie zrobił na mnie większego wrażenia, a co do Elizabeth… To głupiutka dziewczynka, która zachowywała się, jakby nikt jej nie wypuszczał z domu. Wierzyła wszystkim naokoło, tylko nie samej sobie.

– Elizabeth wcale nie była głupia! – odparła Eleonora, patrząc wyzywająco na nauczyciela, jednocześnie robiąc krok w jego stronę. – Miała swoje cele i do nich dążyła w życiu. Umiała postawić się innym, kiedy tylko chciała, nie zważając na ich uczucia…! I potrafiła utrzeć nosa Darcy’emu. Była inteligentną dziewczyną i nie wmówi mi pan, że było inaczej.

Adam wstał, a Eleonora musiała zadrzeć głowę, by spojrzeć mu w oczy.

– Bronisz jej, bo czujesz, że jesteś do niej podobna?

Szatynka odetchnęła i uśmiechnęła się krzywo.

– Mnie i Elizabeth Bennet łączy jedynie zamiłowanie do książek. Nic więcej – powiedziała, akcentując mocno ostatnie wyrazy. – Życie to nie książka, proszę pana. Trzeba wiedzieć, kiedy wrócić do rzeczywistości.

– Jednak jeśli nie przewrócisz strony, nie będziesz wiedziała, co skrywa kolejny rozdział.

Szatynka uśmiechnęła się szczerze. A jednak ma coś z romantyka…

19

– Wynik to piętnaście pierwiastków z trzech przez dwadzieścia trzy Pi. – Nauczyciel uśmiechnął się i skinął głową. Eleonora zauważyła, że robił to coraz częściej w jej towarzystwie, co napawało ją niemą satysfakcją. W każdym razie, starała się nie pokazywać tego, jak cieszy ją jego obecność, bo to nadal był Adam Karasiewicz – ponury profesor, samotnik, człowiek, który zrażał innych swym sposobem bycia.

– Dobra robota – przyznał. – Z zadaniami praktycznymi na pewno sobie poradzisz. Musisz się teraz zająć historią matematyki i czystą teorią. Jeśli tak dalej pójdzie, to masz duże szanse, by wygrać cały ten turniej.

Wiele uczuć przepłynęło przez jej twarz w tamtym momencie: począwszy od zdumienia, poprzez radość, skończywszy na wdzięczności. Wdzięczność. Znacznie wybijała się ona ponad inne uczucia i znalazła swoje ujście w oczach, od których mężczyzna nie mógł oderwać swego spojrzenia. Eleonora oblizała usta i uśmiechnęła się. – Dziękuję panu… Jest pan naprawdę świetnym nauczycielem.

Skinął głową w niemej podzięce. Nie wiedziała, jak wiele znaczyły dla niego jej słowa, a on nie zamierzał jej uświadamiać. Eleonora zamknęła podręcznik i musnęła opuszkami palców okładkę.

– Co zamierzasz teraz robić?

Zdziwiona, spojrzała na nauczyciela, który nie odrywał wzroku od błękitnych tęczówek. Czuła, jak na twarz wstępują jej rumieńce, lecz nie mogła na to nic poradzić. Odsunęła od siebie podręcznik i założyła nogę na nogę.

– Prawdę mówiąc… to co zwykle. Może wreszcie coś ugotuję, jakiś obiad? A potem poczytam. Nie chciałby pan poczekać na kurczaka? – Adam westchnął ciężko i po chwili zastanowienia, pokręcił głową przecząco.

– Mam jeszcze wiele rzeczy do zrobienia…

– Sprawdzanie sprawdzianów? – Uśmiechnęła się, a on skinął głową. Nagle, Eleonora usłyszała pukanie do drzwi. Spojrzała na nauczyciela.

– Spodziewasz się kogoś? Może to Alicja?

– Alicja weszłaby bez pukania.

Szatynka wstała i wyszła z pokoju. Przeszła przez korytarz i nie wiadomo kiedy, znalazła się przed drzwiami wejściowymi. Spojrzała przez wizjer i zobaczyła Mateusza oraz jego ojca. Nastolatka chwyciła za klamkę i uśmiechnęła się promiennie.

– Och, nie wiedzieliśmy, że masz gościa…

Eleonora, początkowo nie wiedząc, o co chodzi, odwróciła się i napotkała palące spojrzenie matematyka. Mężczyzna w dwóch krokach znalazł się obok dziewczyny i położył dłoń na jej ramieniu.

– To wszystko na dzisiaj. Jakbyś miała jakieś pytania, wiesz, gdzie mnie szukać – powiedział delikatnie poddenerwowanym tonem, jakby zlęknionym, przestraszonym, po czym przepchnął się obok równie zdziwionych mężczyzn. Eleonora odprowadziła wzrokiem nauczyciela, aż po sam dom, nie potrafiła inaczej.

– Co on tu robił? – spytał wszędobylsko Mateusz, lecz nieco zmalał, widząc karcący wzrok ojca. Eleonora nie miała zamiaru niczego ukrywać, zresztą, konkurs nie był żadną tajemnicą. Powiedziała o dodatkowych zajęciach i o tym, że Adam Karasiewicz pełni rolę jej opiekuna i mentora. Starszy z mężczyzn skinął głową aprobująco.

– Jeśli tylko masz talent do matematyki, a Adam go zauważył, to myślę, że możesz wiele osiągnąć. – Zwrócił się do syna. – Przyjadę po ciebie za dwie godziny. Nie dzwoń do mnie, póki będę na spotkaniu. – Mężczyzna wyciągnął rękę do dziewczyny, a gdy ta podała mu swoją kruchą dłoń, złożył na niej delikatny pocałunek, który jednak nie wyzwolił w niej żadnych wybuchów uczuć. A jednak przejaw wysokiej kultury w wykonaniu faceta spowodował, iż na jej ustach pojawił się uroczy uśmiech. – Przepraszamy za tak nagłe najście, jednak mój syn bardzo chciał cię zobaczyć.

– Nie ma sprawy. – Uśmiech na twarzy dziewczyny poszerzył się. – Nie wejdzie pan na herbatę?

– Spieszę się, może innym razem. – Mrugnął do niej, po czym ruszył w kierunku samochodu. Zanim odjechał, pomachał im jeszcze. Mateusz odwrócił się w stronę koleżanki i podrapał się z niezręcznością po karku.

– To może wejdziemy?

Chłopak skinął głową i ruszył za dziewczyną, która skierowała się w stronę salonu.

– Chcesz coś do picia? Soku lub herbaty? – Poprosił o sok. Eleonora odwróciła się do niego plecami i przygryzła wargę. To była jej szansa, by dowiedzieć się, co zaszło między Karasiewiczem a ojcem kolegi. Podeszła do chłopaka i położyła przed nim szklankę, a on podziękował skinieniem głowy. – Nie spodziewałam się twojej wizyty…

Chłopak odłożył szklankę i odchrząknął.

– Nie chciałem ci przeszkadzać. Wybacz, nie sądziłem, że będziesz zajęta.

– Przecież nic się nie stało – mruknęła. Widząc ulgę, malującą się na twarzy chłopaka, uśmiechnęła się w duchu. Jednak, prócz wyglądu, niewiele się zmienił. Wciąż był tak samo naiwny. Wciąż nie potrafił panować nad uczuciami. – Najlepsza była mina Karasiewicza, kiedy was zobaczył ale… nie bardzo rozumiem, dlaczego tak reaguje na widok twojego ojca.

Chłopak patrzył w nią niewzruszenie. Zastanawiało ją tylko, czy to była maska założona na twarz, czy też nic nie wiedział o relacjach, jakie łączyły mężczyzn w przeszłości.

– Ufam ci, Eleonoro i powiem tylko to, co sam wiem. – Szatynka prawie podskoczyła z radości. A jednak coś wiedział! Wreszcie zrobi krok ku rozwiązaniu całej tej zagadki! – Czy wiesz, czym zajmował się Adam Karasiewicz, nim trafił do szkoły? – Dziewczyna pokręciła przecząco głową, a chłopak westchnął. – Otóż prowadził własną firmę w Warszawie, coś z telefonami… Nigdy się tym bardzo nie interesowałem. Ojciec mówił, że dzięki temu miał niezłe powodzenie…

– Czekaj, powoli, że co miał?! – Na twarzy Eleonory wykwitły rumieńce. – Mówimy o tym samym człowieku?

– Dziwne, prawda? – zaśmiał się chłopak. Dziewczyna automatycznie wywróciła oczami. Miała na myśli firmę mężczyzny. To, że jakaś kobieta się nim interesowała, wcale jej nie zdziwiło. Był przystojnym mężczyzną. Tylko charakter miał podły. – Ale wracając do tematu: zatrudnił pewną kobietę, na stanowisko sekretarki. Anna… cóż, miała tego pecha, że padła kolejną ofiarą Karasiewicza. Podrywał ją, zapraszał na randki, a wkrótce zmieniło się to w platoniczną miłość. On robił wszystko, by ją zniszczyć. By została sama i by on mógł się nią zająć.

To chore, pomyślała. Ale czy naprawdę nie zauważyłabym niczego? Przecież… gdyby tak było, zauważyłabym coś! Boże… kim jest mężczyzna, z którym spędzam tyle czasu?

– Ale ona szybko go rozszyfrowała. Podczas jednej z imprez firmowych tak się upił, że ledwo kontaktował. Tamtej nocy przejęła firmę.

– A-ale jak?! – W tamtej chwili, Eleonora cieszyła się, że siedziała, bo nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Serce biło nienaturalnie szybko, a skóra zrobiła się blada. – Mateusz, co się z nią potem stało…? Z tą kobietą…

– Nic. Ma partnera, nadal prowadzi firmę, jest kobietą sukcesu… Wszystko u niej w porządku.

– Ale skąd to wszystko wiesz?!

Nastała chwila ciszy, przerwana przez nerwowe stukanie paznokci o szklankę.

– Bo Anna to moja macocha.

*

Eleonorze zawirowało przed oczami. Macocha? Dopiero co, ojciec Mateusza pochował żonę. Byłą żonę? Czyżby się rozwiedli? I ta Anna… Kim jest? Jaka jest? Dziewczyna przygryzła wargę, starając się zapanować nad emocjami, które powoli przejmowały nad nią kontrolę. Mateusz, do tej pory z ciekawością wpatrujący się w swoje dłonie, skierował swój wzrok na twarz nastolatki, nie wyglądającej za dobrze.

– El, dobrze się czujesz? Jesteś jakaś blada…

– Wszystko w porządku – odsapnęła po dłuższej chwili. – Po prostu… trudno mi w to wszystko uwierzyć.

– Rozumiem – powiedział spokojnie. – Na początku też się zdziwiłem, ale znasz mojego ojca, on nie kłamie w tak poważnych sprawach. Anna pojawiła się w naszym życiu nagle. Zaproponowała tacie, by jego sklep połączyć z jej filią i… potem zaczęli się coraz częściej widywać, omawiać szczegóły fuzji. Zdali sobie sprawę, że pasują do siebie. To wszystko, co wiem…

Eleonora powstrzymała dziką ochotę wybiegnięcia z domu za nauczycielem, w celu ustalenia jego stanowiska. Musiała dowiedzieć się, czy to prawda, choć w głębi duszy pragnęła, by cała ta sytuacja okazała się jednym wielkim nieporozumieniem.

– Kiedy wracasz do szkoły? – spytał w pewnym momencie chłopak, przerywając niezręczną ciszę, która zapanowała w pomieszczeniu. Eleonora uniosła wzrok na jego oczy i rzuciła krótkie:

– Jutro.

– Nawet nie wiesz, jak się cieszę – odparł wesoło, na co dziewczyna uniosła kącik ust. – A nie chciałabyś może wyskoczyć ze mną kiedyś do tego baru, w którym spotkaliśmy się po raz pierwszy? Powspominalibyśmy stare, dobre czasy…

– Jak mi się oświadczyłeś? – spytała zaczepnie, na co chłopak roześmiał się. – Jak oglądaliśmy „Herkulesa”? Jak uciekaliśmy przed stadem wściekłych psów? Jak się całowaliśmy…

– Ej, to ostatnie wcale nie było zabawne! I musisz przyznać, że to był twój najlepszy pocałunek w życiu!

Policzki Eleonory zaróżowiły się. Jak przez mgłę przypomniała sobie incydent, który miał miejsce w jej pokoju… To nie był jej najlepszy pocałunek. To był jej jedyny pocałunek. Potrząsnęła głową, powodując, że chłopak po raz kolejny wybuchnął gromkim śmiechem.

– Byłeś potem w kimś zakochany? Tak na zabój? – Mateusz pokręcił przecząco głową.

– Miałem dziewczynę, ale nie zaiskrzyło. Po prostu to nie było to. A ty? Spotykałaś się z kimś?

– Tak – odparła krótko. Nie mogła przyznać, że od trzeciej klasy podstawówki z nikim się nie spotykała. To uwłaczałoby poczuciu jej wartości i powodowało, iż czułaby się gorzej w towarzystwie chłopaka. Nie chciała wyjść na osobę, na widok której przedstawiciele płci męskiej odwracają wzrok. Nie pragnęła również opinii szkolnej zdziry, która umawia się z każdym i każdemu się oddaje.

To, czego chciała Eleonora, wykraczało ponad wszystkie normy, przyjęte przez społeczeństwo. Powinna chodzić na imprezy, garściami czerpać z życia, upijać się do nieprzytomności, ćpać i palić, chłopakami rzucać jak rękawiczkami i na żadnego nie zwracać większej uwagi. A ona…? Eleonora pragnęła zakochać się bez pamięci, żyć tą miłością, czerpać z niej ile się tylko da. Pragnęła być dla tej osoby wsparciem, dać jej poczucie bezpieczeństwa i zrozumienia, a w zamian oczekiwała tego samego.

Jednak wiedziała, że życie nie było takie proste. Nie wiadomo, na kogo się trafi. Najbardziej obawiała się jednak, że zaufa komuś nieodpowiedniemu, że ktoś złamie jej serce. Bała się cierpienia.

Gdyby te wieści o Adamie Karasiewiczu okazałyby się prawdą… Aż przymknęła oczy z narastającego niepokoju. Nie mogłaby mu już spojrzeć w oczy, nie ukrywając wstrętu i obrzydzenia. Na dłuższą metę ich współpraca okazałaby się nieowocna, przez co musiałaby zmienić sobie opiekuna, jeszcze przed konkursem. A to nie byłoby już takie proste.

– A powiedz… nadal lubisz lody o smaku mango? – Eleonora zaśmiała się, po czym skinęła głową. – To może jednak się skusisz, by ze mną wyjść?

– Jest środek jesieni, wolałabym zjeść coś ciepłego… szarlotkę? Albo ciasto czekoladowe?

– Może być szarlotka – odpowiedział, wzruszając ramionami. Nagle usłyszeli ryk silnika, Mateusz wyjrzał przez okno i uśmiechnął się delikatnie do dziewczyny. – To mój ojciec, spotkanie musiało skończyć się szybciej, niż przypuszczał. I chyba coś nie poszło po jego myśli, bo nie wygląda na zadowolonego… – Wstał z krzesła, po czym wyszedł z kuchni. Zatrzymał się dopiero na korytarzu, założył buty i kurtkę, po czym wyprostował się i uśmiechnął szczerze. – Nic się nie zmieniłaś, Eleonoro. Wciąż jesteś tym małym, słodkim dziewczątkiem, co kiedyś.

– Ja ci dam małe, słodkie dziewczątko! – Uderzyła go z lekka w ramię, na co chłopak zaśmiał się perliście. Już miała coś dopowiedzieć, gdy usłyszeli dźwięk klaksonu.

– Muszę już iść, ale… pamiętaj, że będę trzymał cię za słowo. – Mrugnął do niej, po czym wyszedł z domu. Ojciec Mateusza już nie wydawał się taki milutki, siedząc ponuro za kierownicą, ze zmarszczonymi brwiami i dłońmi, zaciśniętymi na kierownicy.

Odjechali kilka minut później. Dziewczyna przygryzła wargę i po chwili zastanowienia, zaczęła biec w stronę domu matematyka. Musiała, po prostu musiała dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. Dopadła do drzwi jak człowiek na pustyni, spragniony wody i zaczęła walić w nie z całej siły. Nie minęło wiele czasu, gdy czarnowłosy mężczyzna stanął przed nią, a po jego posturze poznała, że wcale nie ma ochoty z nią rozmawiać. Ona musiała jednak poznać prawdę. Musiała wiedzieć, kim jest Adam Karasiewicz.

– Czy możemy porozmawiać?

20

– Nie jestem pewien, czy to najlepszy pomysł. Pracuję. – Eleonora przygryzła wargę, nie odwracając wzroku od brązowych tęczówek. Instynkt zachowawczy nakazywał jej uciekać, gdzie pieprz rośnie, zaś wrodzona ciekawość – walczyć do skutku. A w tym wypadku, skutkiem było poznanie prawdy. Całej prawdy.

– Powiedział pan, że jeśli będę czegoś potrzebować, to mam do pana przyjść. A ja właśnie teraz pana potrzebuję. – Zrobiła krótką pauzę, jednocześnie zbliżając się do bruneta o krok. – Jeśli te wszystkie słowa, które pan do mnie skierował, były kłamstwem, odejdę… Lecz jeżeli była to prawda… proszę wysłuchać tego, co mam do powiedzenia.

Sekundy, a może minuty, podczas których mierzyli się spojrzeniami, wydawały się trwać w nieskończoność. Eleonora patrzyła nieugięcie w brązowe tęczówki, które z każdą chwilą błyszczały coraz bardziej. To nie były łzy. To uczucia, przebijające się przez maskę obojętności, których on nie był w stanie ukryć. Odsunął się, pozwalając dziewczynie na wejście do jego domu i zamknął drzwi, gdy znalazła się w środku.

Eleonora nie potrafiła ukryć zachwytu. Pod maską zwykłego domu ukrywało się pałacowe wnętrze, pełne obrazów, z białym, marmurowym kominkiem, dębowym parkietem oraz kryształowym żyrandolem. – O Boże – wyszeptała, patrząc na sufit. Miała wrażenie, że otworzyło się nad nią niebo. Widziała anioły, piękne kobiety, przystojnych mężczyzn… Chłonęła ten obraz całą sobą, dopóki nie poczuła ręki na ramieniu.

– Robi wrażenie, prawda? – Nastolatka skinęła głową. – Wydaje mi się jednak, że nie przyszłaś tu po to, by admirować wnętrze mojego domu… – Dziewczyna opamiętała się i odwróciła w stronę nauczyciela. Jego ręka opadła wzdłuż ciała, a wzrok był chłodniejszy niż zwykle, zdystansowany. Mimo to, mężczyzna zaproponował uczennicy miejsce na fotelu przy kominku, sam zaś zasiadł na sofie, opierając się o nią wygodnie. – Zatem? O czym chciałaś rozmawiać?

Eleonora westchnęła ciężko, pocierając nogi dłońmi, próbując dodać sobie otuchy. Z każdą upływającą sekundą, miała coraz większe wątpliwości, co do pobytu w mieszkaniu nauczyciela. Nie powinna była mieszać się w jego życie… Na wyrzuty sumienia było jednak za późno. Uniosła głowę i pewnie patrzyła w oczy mężczyzny, gdy mówiła o tym, czego się dowiedziała.

– Mateusz powiedział mi o tym, czym zajmował się pan, przebywając w Warszawie… – Przerwała, próbując wybadać reakcję mężczyzny, lecz ten jedynie się na nią patrzył. Wzięła głęboki oddech, po czym kontynuowała: – Powiedział mi również o tej kobiecie… I o tym, co wydarzyło się później… Chciałabym dowiedzieć się, czy to prawda…

– Jak śmiesz – wysyczał, a jego głos miał temperaturę zera absolutnego. Eleonora zadrżała, a jednocześnie chciała przeprosić, lecz mężczyzna nie dał jej takiej możliwości. – Jak możesz mnie pytać o takie rzeczy? Skoro pan Zieliński powiedział ci o wszystkim, to po co przychodzisz do mnie? – Eleonora ponownie otworzyła usta, lecz mężczyzna pokręcił głową, nie zezwalając jej na wytłumaczenie się. – Poza tym, nie sądzisz, że moje życie jest tylko i wyłącznie moją sprawą? Za kogo się uważasz?! Jesteś tylko i wyłącznie moją uczennicą! Głupim dzieckiem, które nie wie, żeby nie wtykać nosa w nie swoje sprawy! – Eleonora przygryzła wargę i spuściła wzrok. Miał rację. Miał całkowitą rację. Zachowywała się jak dziecko, a nie jak dorosła osoba. Weszła z butami w jego życie i próbowała w nie ingerować, choć nie miała do tego najmniejszego prawa. – Skoro o tym chciałaś rozmawiać, to możesz wyjść! Nie mam czasu na omawianie mojego życia prywatnego z uczennicą.

Będąc przy wyjściu odwróciła się, by przeprosić, lecz nie spodziewała się, że mężczyzna będzie stał tuż za nią. Adam odskoczył od niej jak oparzony, zdziwiony nagłym zatrzymaniem dziewczyny. Ta już otwierała usta, by wyrazić skruchę, lecz on posłał jej tak chłodne spojrzenie, że jedyną słuszną decyzją wydawał się powrót do domu. Drzwi zatrzasnęły się za nią z hukiem, a oczy zaczęły piec, z niewiadomego powodu. Dawno nie było jej tak źle.

*

Eleonora weszła do szkoły i niemal od razu wyczuła, że coś jest nie tak. Gwar, który zwykle towarzyszył rozmowom, ucichł. Uczniowie skupili się małych grupkach i szeptali między sobą. Szatynka wychwyciła jakieś pojedyncze słowa, jednak nie pomogły one dziewczynie zrozumieć, co się dzieje. Wychodząc z szatni natknęła się na Kubę, lecz on zdawał się jej nie zauważać. Nie była pewna, czy ma się z tego cieszyć, czy też martwić. Wreszcie, wśród tłumu spostrzegła Alicję, która uśmiechnęła się do niej niemrawo i pomachała z daleka.

– Co się dzieje? – spytała, a Alicja wzięła głęboki oddech.

– Ktoś rozpowiedział w szkole, że Karasiewicz… wykorzystywał dziewczyny, no i wiesz…

Eleonorze zawirowało w głowie, zbladła i musiała spleść dłonie, bo te zaczęły jej niekontrolowanie drżeć. Wzięła głęboki oddech i na chwilę przymknęła oczy.

– Wiesz może, kto?

– Nie. Od rana wszyscy mówią tylko o tym.

– Eleonoro, proszę za mną. – Dziewczyna drgnęła, słysząc głos matematyka za plecami. Posłała przyjaciółce przerażone spojrzenie, na co ona wzruszyła ramionami, obserwując, jak para znika za drzwiami klasy numer trzy. Szatynka obserwowała, jak mężczyzna opiera ręce na biurku i wzdycha ciężko, wpatrując się w jego blat.

– Proszę pana, ja…

– Mogłem zrozumieć to, że wypytywałaś się ludzi o moją przeszłość. Byłaś ciekawa. Naprawdę, rozumiem to. – Podniósł wzrok, a w jego oczach było tyle bólu, że Eleonora automatycznie cofnęła się, mając wrażenie, iż ktoś chce wyrwać jej serce z piersi. – Ale czy naprawdę musiałaś rozsiewać te plotki wśród swoich znajomych? Czy nie wiesz, że mogę mieć przez to problemy?

– Ależ proszę pana…

– Miałem cię za inteligentną, dojrzałą kobietę, a ty… – Zacisnął dłonie na biurku i pokręcił głową. – Nie mogę tego zrozumieć, zaakceptować… Nie rozumiem, dlaczego? – Eleonora zacisnęła usta w wąską linię i szarpnęła głową, starając się ukryć łzy, które napłynęły jej do oczu. – Zresztą, nie mam ochoty słuchać twoich tłumaczeń. Wyjdź z klasy i zawołaj uczniów, stojących przed salą. Widzę cię na lekcji. – Eleonora skinęła głową i wyszła z klasy. Nie dał jej szansy na wytłumaczenie, lecz co miałaby powiedzieć? Że jest niewinna? Że to nie ona rozsiała te plotki? Wszystkie ślady wskazywały na nią, nic nie przemawiało na jej korzyść. Przeszła obok Alicji i weszła do łazienki. Oparła dłonie na umywalce i spojrzała w lustro.

– El, co się stało? – Szatynka usłyszała głos przyjaciółki, a jakaś gula wytworzyła się w jej gardle. – Eleonoro?

– On myśli, że to ja – wyszeptała, czując pierwsze łzy na policzkach. – Ale ja naprawdę nic nie zrobiłam. To znaczy, zrobiłam… Tylko nie chodzi tu o te plotki. Dobrze wiesz, że nie mogłabym… Ja nie jestem taka!

– Weź głęboki oddech, bo mówisz tak chaotycznie, że nie rozumiem, o czym mówisz. To ty wiedziałaś o Warszawie? I tej kobiecie? I całej reszcie?

Szatynka szybko opowiedziała o tym, o czym dowiedziała się od Mateusza, a Alicja jedynie słuchała, od czasu do czasu kiwając głową. Gdy Eleonora skończyła opowiadać, wzięła głęboki oddech i niepewnie spojrzała na przyjaciółkę.

– Ala, powiedz, że mi wierzysz…

Blondynka uśmiechnęła się smutno, po czym skinęła głową.

– Oczywiście, że ci wierzę! A pytałaś może Mateusza? Skoro on ci o wszystkim powiedział, to może wie, kto mógł wiedzieć coś o przeszłości Karaszewicza? – W tym momencie zadzwonił dzwonek. Alicja miała rację. Trzeba było wypytać się Mateusza, komu jeszcze mówił o przeszłości nauczyciela.

*

Przez pierwsze trzy lekcje, Eleonora siedziała jak otępiała, jednakże, kiedy próbowała zaczepić Mateusza, ten nieoczekiwanie znikał, przez co kwestia wyjaśnienia krążących po szkole plotek była niemożliwa. Humor dziewczyny, o dziwo, poprawił angielski. Nauczycielka wywołała szatynkę do odpowiedzi, a ta, dzięki notatkom Alicji, dostała piątkę. Eleonora została wysłana przez panią profesor do pokoju nauczycielskiego po dziennik, a gdy była już praktycznie na miejscu, zatrzymała się, słysząc zdenerwowany szczebiot nauczycielki polskiego:

– …To skandal! Tak nie może być, dyrektorze! Nie może!

– Proszę się uspokoić – odezwał się wcześniej wspomniany mężczyzna. – Do tej pory nie mieliśmy żadnych zażaleń na Adama. Nie ma więc najmniejszego powodu, by go zwalniać. Dobrze pani wie, jakie są dzieciaki. Wymyślają różne, dziwaczne historie, byleby tylko w szkole było ciekawiej.

– Dziękuję, dyrektorze. – Eleonora westchnęła głośno. Karasiewicz również był w pokoju nauczycielskim. I jak ona miała tam wejść, skoro on uważał ją za… oszustkę? Zdrajczynię? Pocieszała ją jedynie myśl, że wszystko się wyjaśni, a ich stosunki wrócą do normalności.

– Ja tam swoje wiem. Moja mama mawiała, że w każdej plotce jest ziarnko prawdy.

– Podobno miała pani romans z dyrektorem i dlatego nadal piastuje pani stanowisko nauczyciela. Czy to też jest prawda?

Eleonora zakryła dłonią usta, starając się powstrzymać wybuch śmiechu. Plotka, dotycząca domniemanego romansu starszej nauczycielki i dyrektora okrążyła szkołę w tamtym roku, kiedy jakaś pierwszoklasistka zobaczyła wyżej wymienionego mężczyznę, nachylającego się nad kobietą w dziwacznej pozycji. Eleonorę z rozmyślań wybudziło oburzone prychnięcie.

– To już przesada, za kogo ty się masz, szczeniaku?!

– Uspokójcie się, na Boga! – zagrzmiał dyrektor. Pozostali nauczyciele posłusznie ucichli. – Jesteśmy dorośli. Nie zajmujmy się takimi bzdurami! Mamy dawać przykład młodzieży, a to do czegoś zobowiązuje! Adam, ufam ci. Jesteś dobrym nauczycielem, starannie wywiązujesz się ze swoich obowiązków. Poczekaj tydzień czy dwa, zobaczysz, że uczniowie znajdą sobie inny temat do rozmów. A teraz… kto chce kawy?

Eleonora wyczuła idealny moment na wejście. Odczekała chwilę, a gdy usłyszała ciche: proszę, weszła do pomieszczenia. Spojrzenie nauczycieli niemal od razu spoczęło na jej osobie, w tym jedno zdegustowane, należące do matematyka.

– Eleonoro, czego potrzebujesz? – spytał dyrektor, zasiadając z kubkiem kawy przy stole.

– Przyszłam po dziennik. – Dyrektor wskazał na półkę, gdzie leżały dokumenty. Eleonora, po znalezieniu dziennika jej klasy, pożegnała się i już miała wychodzić, gdy usłyszała głos starszego mężczyzny.

– Jak idą ci przygotowania do konkursu? – Szatynka obrzuciła szybkim spojrzeniem matematyka, który był zajęty podziwianiem nieistniejącej plamy na swojej czarnej koszuli. Dziewczyna mocniej zacisnęła dłonie na dzienniku i westchnęła.

– Myślę, że dobrze. Przepraszam, ale muszę iść.

– Idź, nie zatrzymuję cię dłużej.

Eleonora uśmiechnęła się wymuszenie i pożegnała, i prawie podskoczyła, widząc przed drzwiami Alicję.

– Co ty tu robisz?! – zapytała z wyrzutem. – Prawie zeszłam tu na zawał!

– Chodź, bo anglistka myśli, że cię porwali z korytarza! – Dziewczyna uśmiechnęła się, lecz z głowy nie chciały wyjść jej słowa dyrektora.

Skoro on tak ufa Karasiewiczowi, to ja też mogę…

Jeśli tylko będzie chciał to zaufanie otrzymać…

*

Eleonora wyszła ze szkoły w podłym humorze. Udało jej się złapać Mateusza, lecz on nie dał jej żadnej wskazówki, co do osoby, która rozsiała plotki. Zbiegła po schodach i poczuła, że ktoś chwyta ją za rękę. Odwróciła się i zobaczyła… Natalię.

– Gdzie tak pędzisz? Wołam cię od jakiegoś czasu.

Lecz szatynka nie odpowiedziała na to pytanie. Słysząc rozmowę dwóch dziewczyn na temat Adama Karasiewicza, złość, magazynowana przez cały dzień, wybuchła w niej z podwójną mocą. Eleonora chciała się oddalić, lecz Natalia przytrzymała ją w miejscu.

– Ej, gdzie ty…

Dziewczyny zdążyły się już oddalić, lecz Eleonora, zaraz po tym, jak wyrwała się przyjaciółce, zaczęła iść w ich stronę.

– Ty, blondyna! – Jedna z uczennic odwróciła się, obdarzając pannę Kraszewską lekceważącym spojrzeniem, lecz nie zaprzestała marszu. – Zatrzymaj się! Stój!

– Jaki ty masz problem, dziewczyno? Odwal się ode mnie! – Blondynka i jej koleżanka zaczęły uciekać, a Eleonora w odpowiedzi pobiegła za nimi.

– Jaki ty masz problem, blondyna?! Wyszoruj usta! Szoruj usta, zanim powiesz coś, czego nie powinnaś! Szoruj, słyszysz?!

Natalia obserwowała tą sytuację z uchylonymi ustami. Widowisko zakończyło się w momencie, gdy dziewczyny zniknęły za rogiem, a z nimi Eleonora. Natalia prawie podskoczyła, gdy zobaczyła nauczyciela, stojącego tuż przy niej.

– Co… co tu się stało?

– Wydaje mi się, że Eleonora broniła właśnie pańskiego honoru. – Natalia uśmiechnęła się i ruszyła w stronę parkingu, zostawiając zdumionego nauczyciela samemu sobie.

21

Mało kto nie słyszał o gonitwie, którą Eleonora urządziła pewnym pierwszoklasistkom, gdy te zaczęły obgadywać nauczyciela matematyki. Idąc korytarzem, dziewczyna czuła na sobie palące spojrzenia innych, lecz nikt nie miał odwagi, by ją zaczepić, bądź rzucić jakimś wrednym komentarzem. Po pierwsze, Eleonora rozumiała matematykę. Wiele osób przychodziło do niej po pomoc. A po drugie, broniła najbardziej wymagającego i okrutnego pedagoga szkoły… Wiele osób widziało, że mężczyzna lubi szatynkę, przez co obawiano się zemsty nauczyciela, w odpowiedzi na głupie żarty.

Nikt nie wiedział jednak, że relacja, która ich łączyła, uległa nadszarpnięciu przez pewne niedopowiedzenia i zbytnią ciekawość.

Eleonora siedziała na ławce, czytając notatki z fizyki, które zgromadziła dla niej Alicja, gdy usłyszała nad sobą ciche chrząknięcie. Uniosła głowę i napotkała spojrzenie blondynki, której wczoraj dała zasłużoną nauczkę.

– Pan Karasiewicz wzywa cię do swojej klasy.

Nastolatka poszła sobie szybciej, niż Eleonora zdążyła schować zeszyt do torby. Szatynka poinformowała Alicję, dokąd zmierza, po czym wstała z ławki i ruszyła w stronę klasy numer trzy. Już unosiła rękę, by zapukać, gdy usłyszała znajomy głos. I na pewno nie był to głos, należący do nauczyciela matematyki…

– …panu wierzę.

– Dziękuję, lecz myślę, że powinnaś już iść na lekcje. Czekam na kogoś.

– Ale jakby chciał pan z kimś pogadać, to wie pan, gdzie mnie szukać.

Eleonora odskoczyła od drzwi, gdy te zaczęły się otwierać. Natalia spojrzała na nią ze zdziwieniem, po czym bez słowa odeszła. Szatynka odwróciła się, patrząc, jak sylwetka brunetki znika pośród innych, wzruszyła ramionami i weszła do środka. Nauczyciel siedział przy biurku i rytmicznie stukał długopisem o blat biurka. Gdyby nie byli skłóceni, zażartowałaby jakoś. Być może powiedziałaby, żeby ten nie znęcał się nad tym biednym meblem. Albo zapytałaby, co to biurko mu zrobiło, że on je tak dźga.

W tej sytuacji wydukała jedynie:

– Wzywał mnie pan?

Podniósł głowę powoli, jakby niepewnie i równie nerwowym wzrokiem spojrzał na uczennicę. Eleonora poczuła ogarniającą ją niezręczność. Ostatnio nie rozstali się w zgodzie i było jej z tym bardzo źle. Nie miała jednak na tyle odwagi, by wyciągnąć do niego dłoń. Nie chciała od nowa słyszeć słów, które padły ostatnio z jego ust, mimo że wiedziała, iż część z nich była prawdą…

– Nie przyszłaś wczoraj na dodatkowe zajęcia.

Skamieniała. Przez kłótnię z nauczycielem zupełnie zapomniała o cotygodniowych zajęciach, które on prowadził.

– Och, ja przepraszam, ja naprawdę zapomniałam!

– Domyśliłem się – powiedział, prostując się na krześle, przez co wyglądał dużo poważniej, niż zwykle. A jednak niepewność na jego twarzy dalej się utrzymywała, dzięki czemu dziewczyna poczuła, że stres powoli ją opuszcza. Rozluźniła dotąd spięte mięśnie, lecz nie ruszyła się z miejsca. Nie wiedziała, czego ma się spodziewać. – Chciałem się jedynie zapytać… czy będziesz dziś na zajęciach?

– Mamy potem lekcję, proszę pana. Nie musiał pan wzywać mnie do siebie teraz. – Uchyliła usta, zdając sobie sprawę z niezręczności całej sytuacji. Poruszyła się niespokojnie, a on w odpowiedzi splótł dłonie i położył je na dzienniku. Odchrząknął i patrząc gdzieś w bok, rzekł:

– Źle się czuję po naszej ostatniej rozmowie. Nie powinienem był cię tak atakować.

Eleonora pokręciła głową i westchnęła ciężko. – To ja nie powinnam wypytywać się o pana przeszłość. I miał pan całkowitą rację. Pańskie życie nie jest moją sprawą. Przepraszam.

Karasiewicz uniósł delikatnie kącik ust i wstał zza biurka, kierując się w stronę uczennicy. Gdy stanął przed nią, wyciągnął rękę i spojrzał wprost w błękitne tęczówki. Eleonora uśmiechnęła się szczerze i oddała uścisk. Dziewczyna poczuła mrowienie, gdy dłonie jej i nauczyciela spotkały się, lecz bez przerwy wpatrywała się w jego brązowe oczy. Nagle przypomniała sobie o sprawie, przez którą tak naprawdę się pokłócili. Wyciągnęła swą dłoń z uścisku, jednak nie przerwała kontaktu wzrokowego.

– Jeśli chodzi o te plotki… to naprawdę nie moja wina. – Twarz mężczyzny stężała, oczy posmutniały. Eleonora przygryzła wargę i wbiła paznokcie we wnętrze dłoni.

– To nie ma teraz znaczenia – odparł słabym głosem, jakże do niego niepodobnym. – Chciałem jedynie wyjaśnić tę sytuację i upewnić się, że przyjdziesz na zajęcia. Do konkursu zostało mało czasu. Mam nadzieję, że czytasz książki, które ci pożyczyłem? – Bezpieczna zmiana tematu. Eleonora uśmiechnęła się pod nosem i skinęła głową.

– Myślę, że skończę wszystko na dwa tygodnie przed rozpoczęciem konkursu.

– Bardzo dobrze. Przygotuję arkusze z poprzednich lat, to jak już skończysz czytać, to je przerobimy.

Ulga spłynęła na nią niespodziewanie. Czyli nadal chciał z nią pracować. I wciąż miał pełnić rolę jej opiekuna. Przymknęła oczy i odetchnęła.

– Dziękuję. A teraz proszę wybaczyć, muszę iść na lekcję…

– Tak. Idź już. – Uśmiechnęła się jeszcze na do widzenia, po czym opuściła klasę.

*

– Pojutrze wyjeżdżam – powiedziała Gabriela, gdy nauczycielka zapisywała notatkę na temat gospodarki w powojennej Polsce. Eleonora przestała pisać i spojrzała na koleżankę.

– A nie mieliście wyjeżdżać za dwa tygodnie?

– Mieliśmy, ale… no cóż, podobno im wcześniej, tym lepiej. – Wzruszyła ramionami. Po dłuższej przerwie, dodała: – Nie chciałybyście wyskoczyć dzisiaj do centrum? Na ostatnie zakupy?

– Ja nie mogę – powiedziała Eleonora. – Mam zajęcia z Karasiewiczem. Wczoraj o nich zapomniałam, nie mogę dzisiaj zrezygnować.

– A wy? – spytała Gabriela, zwracając się w stronę Alicji i Natalii. Pierwsza z nich odmówiła, ze względu na to, iż chciała spędzić ostatnie te ostatnie chwile z Mikołajem. Brunetka zaś z chęcią przystała na propozycję koleżanki. Podczas gdy dziewczęta zaczęły omawiać szczegóły wyjścia, Alicja zaczęła się wypytywać o szczegóły spotkania Eleonory z Karasiewiczem.

– Co ci powiedział? Wyżywał się na tobie? Albo robił wyrzuty?

– Pogodziliśmy się… tak jakby.

Alicja czerpała z każdego słowa, wypowiedzianego przez Eleonorę. Szatynka, mimo kilkukrotnych upomnień ze strony nauczycielki, nie spoczęła, dopóki nie zakończyła swej historii. Wzięła głęboki oddech i spojrzała niepewnie na blondynkę.

– I co o tym sądzisz?

– Ma jakąś tajemnicę, którą ukrywa przed światem, coś związanego z przeszłością… A ty zaczęłaś drążyć. Weszłaś na pole minowe, gdzie on był miną. Wybuchł. – Eleonora spojrzała na Alicję z ciekawością. – Potem zaczął żałować, bo cię lubi. Może nawet bardziej, niż by chciał. Uważasz, że gdyby chodziło o jakąś inną uczennicę, to wyjaśniłby całą sytuację na dużo przed zajęciami, czy po lekcji? – Szatynka przygryzła wargę i podrapała się po policzku. – Chcesz czy nie, on nie zmieni ot tak stosunku do ciebie. Jedno porozumienie tego nie zmieni. Będziesz musiała pogodzić się z tym, że już dawno przekroczyliście, podobno nieprzekraczalną, granicę. I nie wmówisz mi, że jest ci z tym źle.

Alicja uśmiechnęła się podstępnie, zaś Eleonora westchnęła. Blondynka miała rację. To nie była normalna sytuacja. I szatynka musiała przyznać, że naprawdę lubiła Adama Karasiewicza.

*

Eleonora weszła do klasy, gdzie zastała matematyka, wypełniającego jakieś dokumenty.

– Usiądź – poprosił, a ona zasiadła w ławce, tuż przed biurkiem nauczyciela. Ten złożył zamaszysty podpis na papierze, potem kolejny i kolejny… Eleonora w końcu nie wytrzymała i zapytała:

– A… jak się pan czuje?

Fala zdumienia spłynęła po twarzy profesora. Widziała je w delikatnie uchylonych ustach, zmarszczonym czole oraz ściągniętych brwiach.

– Nie rozumiem, o co pytasz.

– To pytanie chyba nie jest trudne do zinterpretowania – odparła szybko, zbyt szybko na jej gust. Przeczesała dłonią włosy i poruszyła się niespokojnie, gdy spojrzenie mężczyzny, z każdą chwilą stawało się coraz bardziej natarczywe. – No przecież nie pytam o nic złego.

– Jestem…

– Wiem kim pan jest. Powtarza pan to za każdym razem, kiedy próbuję się o panu dowiedzieć czegoś więcej. – Nie wiedząc dlaczego, poczuła napływającą złość. Lecz było to dziwne uczucie, spowodowane dobrymi pobudkami i najprawdziwszym zmartwieniem. – Może mi pan odpowiedzieć na jedno pytanie? – spytała spokojnym głosem. – Dlaczego się pan tak izoluje? Nigdy, będąc tu, nie poczuł pan potrzeby, by się komuś wygadać…?

– Myślałem, że wyjaśniliśmy sobie ten temat.

– Najwidoczniej nie, skoro do niego wracam.

– Myślałaś kiedyś o pracy jako psycholog? – Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie i pokręciła głową przecząco. – A powinnaś. Byłabyś dobrym lekarzem.

– Nie sądzę – odparła wesoło. – Jakoś nie mogę skłonić pana do zwierzeń.

– Bo jestem ciężkim przypadkiem.

Eleonora zaśmiała się, a mężczyzna w odpowiedzi uniósł kącik ust. Kiedy wyciągnęła zeszyt i książkę, położyła dłonie na ławce i nachyliła się nad nią delikatnie.

– Wie pan co? – Mężczyzna uniósł brwi w pytającym geście, zaś dziewczyna uśmiechnęła się szeroko. – Bardzo brakowało mi tych naszych rozmów.

Jakaś magia wytworzyła się wokół nich. Adam spojrzał w oczy dziewczyny i jedyną rzeczą, którą zdołał zarejestrować, była całkowita szczerość. Mówią, że oczy są zwierciadłem duszy. Jeśli naprawdę tak było, to dusza nastolatki wydawała mu się naprawdę piękna.

– To może zrobimy coś z trygonometrii albo jednokładności?

Eleonora czuła się nieco rozczarowana. Miała nadzieję, że mężczyzna potwierdzi, iż on również lubi ich rozmowy, lecz nie chciała bardziej na niego napierać. Skinęła głową i otworzyła zeszyt, zapisując przykład, dyktowany przez nauczyciela. Zajęła się rozwiązywaniem zadania, przez co nie zauważyła nikłego uśmiechu i spojrzenia, jakimi obdarzył ją Karasiewicz.

*

– Wydaje mi się, że na dzisiaj wystarczy – powiedział nauczyciel, gdy zadzwonił dzwonek, kończący lekcję. – Lepiej chodźmy, by nikt nas tu nie zamknął.

– Ma pan klaustrofobię? – Kiedy się nie odezwał, Eleonora, zmierzająca w stronę drzwi zatrzymała się i zwróciła się ku nauczycielowi. – Proszę pana?

– Każdy się czegoś boi – odparł, jakby niechętnie. Dziewczyna uśmiechnęła się delikatnie i skinęła głową. On bał się zamkniętych, niewielkich pomieszczeń, a ona obawiała się burzy. I to nie było nic dziwnego. Tylko głupiec mógł powiedzieć, że nie boi się niczego. – Może poczekasz na mnie? Pójdziemy razem. – Nastolatka rozpromieniła się i z radością przystała na propozycję nauczyciela. Wyszła z klasy i ruszyła w stronę wyjścia ze szkoły.

Przeszła przez korytarz, otworzyła drzwi i poczuła zimno, ogarniające całe jej ciało. Ukryła dłonie w kieszeniach, po czym zbiegła po schodkach, uważając, by nie upaść. Nagle usłyszała znajomy głos, obróciła się i zobaczyła Marcina, który zmierzał w jej kierunku.

– Cześć – przywitał się, a ona odpowiedziała mu tym samym. – Byłaś na zajęciach u Karasiewicza?

– Jak widać – odparła nieco ostrzej, niż chciała, przez co jej policzki zarumieniły się. – Przepraszam. Ostatnio sporo spraw zwaliło mi się na głowę.

– Nie szkodzi – wtrącił chłopak z uśmiechem.

– A ty czekasz na kogoś? Z tego co wiem, lekcje skończyłeś dwie godziny temu…

– Prawdę mówiąc czekałem na ciebie – powiedział chłopak z uśmiechem, na co Eleonora zarumieniła się jeszcze bardziej. Podrapała się po policzku i pytająco spojrzała na kolegę z równoległej klasy.

– Coś się stało?

– W sumie nie… Albo tak. Nie wiem. Po prostu słyszałem, że szukasz osoby, która zaczęła rozpowiadać te wszystkie rzeczy o Karasiewiczu. – Dziewczyna aż wstrzymała powietrze z przejęcia. – Wiem kim jest ta osoba. A raczej kim są oni…

22

Wściekłość.

To uczucie towarzyszyło Eleonorze przez cały weekend. Gdy Marcin powiedział jej o tym, kto rozsiał plotki w szkole, omal nie wybuchła. Chciała iść, porozmawiać z osobą odpowiedzialną za całe zamieszanie niemal od razu, lecz chłopak polecił jej, by ochłonęła przez te dwa dni.

To jednak nic nie dało.

Po weekendzie czuła się jeszcze bardziej rozeźlona, niż przed nim. Była jak tykająca bomba – niewiele brakowało, by wybuchła z całą mocą, którą w sobie zgromadziła przez te dni. Idąc do szkoły przypominała huragan, niszczący wszystko i wszystkich na swojej drodze. Wbiegła po schodkach i zamaszyście otworzyła drzwi budynku, jednocześnie rozglądając się po zdziwionych uczniowskich twarzach. Szybko przebrała się w szatni i ruszyła korytarzem w poszukiwaniu osoby odpowiedzialnej za całą aferę.

Tu jesteś, gnoju!

Szatynka stanęła za Jakubem, który otoczony wianuszkiem dziewczyn, śmiał się wniebogłosy. Powstrzymała narastającą chęć skręcenia mu karku gołymi rękami i chrząknęła znacząco, narażając się na kilka nieprzychylnych spojrzeń. Prawdę mówiąc, one najmniej obchodziły ją w tamtym momencie. Kuba również odwrócił się w jej stronę. Co najbardziej rozwścieczyło Eleonorę, wyglądał on na zupełnie niezrażonego, nieświadomego zaistniałej sytuacji. Tym bardziej miała ochotę się na nim odegrać.

– Kuba, możemy pogadać?

Chłopak skrzyżował ramiona i przechylił głowę. – Ostatnimi czasy mnie unikałaś. Niby o czym mielibyśmy teraz rozmawiać?

– To ważne! Przestań mnie ignorować i chodź! Twoje dziewczyny nigdzie nie uciekną.

Kuba wreszcie przystał na propozycję koleżanki i ruszyli, w poszukiwaniu jakiegoś spokojnego miejsca. Nawet nie podejrzewał, z jakiego powodu, dotąd niedostępna dziewczyna sama prosi się o rozmowę z nim. Przez głowę przemknęła mu myśl, że ta może wreszcie się namyśliła? I dlatego jest taka zdenerwowana? Przyjrzał się jej profilowi: miała zmarszczone brwi, zaciśnięte usta, a jej błękitne oczy ciskały gromami. Jakub uśmiechnął się zwycięsko i z wyższością patrzył na każdego chłopaka, który śmiał przejść obok niego.

Eleonora pociągnęła za klamkę i weszła do radiowęzła, a krew zaszumiała jej w uszach, gdy zobaczyła kolejnego sprawcę plotkarskiego zamieszania. Olga spokojnie drukowała kolejne wydanie gazetki szkolnej, do momentu, gdy usłyszała huk zamykanych drzwi.

– Ej, nie widzicie, że ja tu pracuję? – zapiszczała, na co Eleonora posłała jej spojrzenie, które wystraszyłoby najbardziej odważnego. Olga westchnęła ciężko i oparła ciężar swojego ciała o jedno z biurek. – Czego chcecie?

Eleonora otwierała usta, by zacząć temat, gdy jej wzrok spoczął na drukowanych gazetach. Szybko podeszła do drukarki i wyciągnęła jeden z arkuszy. Aż wstrzymała powietrze, gdy zobaczyła tytuł artykułu…        

– Co to ma być, do cholery?! – warknęła, machając kartkami przed oczami redaktor naczelnej.

– Artykuł, nie widzisz?

– Właśnie widzę! Ale to stek bzdur! Nie możesz tego opublikować!

– Mogę i zrobię to – odparła dziewczyna, co jeszcze bardziej rozjuszyło szatynkę. – To sensacja. Nauczyciel, który okazuje się być zbo…

– Nawet nie próbuj – przerwała jej Eleonora. Olga zaśmiała się i pokręciła głową niedowierzająco. Panna Kraszewska, kątem oka zauważyła nauczyciela matematyki, dyżurującego na korytarzu. Modliła się o to, by stał się cud i zechciał wejść do pomieszczenia. Zakręciło się jej w głowie, gdy na chwilę uchwycił jej spojrzenie, a lekkie rozszerzenie oczu wystarczyło, by zniknął za ścianą. Zrobił to w samą porę, bo Jakub odwrócił się, lecz nie widząc nikogo szczególnego, ponownie skupił swą uwagę na towarzyszących mu dziewczynach.

– Ja nadal nie wiem, po co mnie tu ściągnęłaś – zwrócił się do Eleonory. Ta zaś skrzyżowała ramiona i słysząc, że drzwi uchylają się, rzuciła wyzywające spojrzenie chłopakowi.

– To ty byłeś tym informatorem. I to ty rozsiałeś te wszystkie plotki. Wiem o wszystkim, nawet nie próbuj zaprzeczać.

– Co?! – rzucił blondyn zdziwionym tonem. – To nie ja! Przysięgam! Kto ci nagadał takich bzdur?!

– Marcin – odparła spokojnie, na co chłopak poczerwieniał i wplątał dłoń w swe włosy.

– Co za kretyn… – Poczerwieniał jeszcze bardziej, gdy zorientował się, że ostatnie słowa nieświadomie wypowiedział na głos. – Eleonoro, to nie tak…

Ku zdziwieniu wszystkich odezwała się Olga, która odbiła się od biurka, oparła dłoń na ramieniu blondyna i uśmiechnęła się sztucznie do szatynki.

– Posłuchaj mnie uważnie, koleżanko. W tej szkole można umrzeć z nudów, a taka historia mogłaby nas chociaż trochę rozbudzić. Co do Karasiewicza… Nie ucierpiałby za bardzo, bo po jakichś dwóch tygodniach wszystko by ucichło. Wszyscy byliby szczęśliwi.

– Zastanawia mnie jeszcze, jak się o tym dowiedzieliście…

– Ten idiota, Mateusz, opowiadał w szatni tą historię Natalce i kilku innym osobom. Nie trudno było usłyszeć co nieco. I wtedy pomyślałem, że opublikowanie tego w artykule jest całkiem niezłym pomysłem. Olga szukała ciekawego tematu na artykuł, a ja…

– A ty, co?! – wysyczała Eleonora przez zaciśnięte zęby.

– A ja chciałem się po prostu odegrać. Karasiewicz uwziął się na mnie. Codziennie jestem wzywany do tablicy, a moje oceny z kartkówek oraz sprawdzianów są zaniżane. – Podrapał się z niezręcznością po karku. – Ale nic mu nie powiesz?

– Nie ma takiej potrzeby, by cokolwiek mi mówiła.

Wreszcie matematyk wyszedł ze swojej kryjówki. Eleonora wyraźnie odetchnęła, czego nie można było powiedzieć o pozostałej dwójce. Olga ponownie oparła się o biurko obok drukarki, zaś Jakub przyglądał się nieistniejącemu zaciekowi na suficie.

– Czy chcecie coś powiedzieć, nim pójdziemy do dyrektora?

– Do dyrektora? – powtórzyła głucho Olga. – Ale po co? Przecież my nic nie zrobiliśmy!

Adam zbliżył się do Eleonory i wyciągnął z jej rąk artykuł, unikając spojrzenia nastolatki, czego nie mogła zrozumieć. Pomogła mu. Teraz wszystko powinno być dobrze. A jednak nie chciał na nią spojrzeć. Ponownie wrócili do punktu wyjścia.

– Prawdziwa twarz Adama Karasiewicza – zaczął czytać nauczyciel, co spowodowało, iż Olga zaczęła czuć się niepewnie. Zbladła, jej ręce zaczęły się trząść, a wzrok błądził nieskładnie po pomieszczeniu, nie mogąc zatrzymać się na żadnym konkretnym punkcie. – Pięć kobiet? – Prychnął. – Skąd macie tak szczegółowe informacje? A może było ich siedem? Albo osiemnaście, co?! – Z hukiem odłożył gazetę na blat. – Wy dwoje, idziecie ze mną! Eleonoro… musimy poważnie porozmawiać. Później.

Skinęła głową, lecz on tego nie widział, bo wyszedł, przepuszczając po drodze nastolatków. Szatynka westchnęła ciężko i obrzuciła krytycznym wzrokiem wydrukowane gazety. W momencie, kiedy kartki zostały przepuszczone przez niszczarkę, został zamknięty pewien rozdział tej historii.

*

Eleonora była szczęśliwa. Widziała to Alicja, która znała przyjaciółkę jak nikt inny. Szatynka promieniała i nie potrafiła tego ukryć. Nie uśmiechała się tak od… początku roku. Ciągle miała coś na głowie, jakieś problemy, a teraz wydawało się, że do świata powróciły dawno utracone kolory.

– To przez Karasiewicza? – Eleonora spojrzała na przyjaciółkę ostrzegawczo, lecz dziki rumieniec na policzkach potwierdzał przypuszczenia blondynki. Alicja zaśmiała się serdecznie, zaś panna Kraszewska niemal zaczęła rysować nosem po książkach, byleby tylko ukryć oznaki jakiegokolwiek poruszenia. – Już się zakochałaś, czy jeszcze nie?

– Ja się w nikim nie zakochałam! – odparła dumnie szatynka, mrużąc oczy. – Rozmawiałyśmy już o tym wielokrotnie. I nie wiem, czy robisz to specjalnie, czy też nie, lecz dla twojej informacji, powtórzę jeszcze raz: między mną, a… sama wiesz kim, nigdy nic nie było i nie ma!

– Ale nie zaprzeczasz, że będzie?

– Ala!

– No co? Widzę, jak się na niego gapisz. Na korytarzu, czy na lekcji, nie możesz odwrócić wzroku od naszego czarnego rumaka.

Eleonora prychnęła. Pomijając niedorzeczność, jaką było nazwanie Karasiewicza czarnym rumakiem, poczuła narastające oburzenie. Przecież nie miała objawów typowych dla choroby, zwanej zakochaniem, choć wykazywała coraz większą chęć przebywania w obecności mężczyzny i słuchania jego głosu, i patrzenia w brązowe tęczówki…

Nie, nie, nie! To zły tok myślenia!

– Eleonoro, wiem, że to na pierwszy rzut oka może wydawać się dziwne, lecz jakby się tak zastanowić… pasujecie do siebie. Ty nie znajdujesz przyjemności w niczym, prócz czytaniu książek, a on… nie jestem pewna, czy w ogóle ma jakieś pasje.

– Ma! On… och… – Eleonora położyła głowę na splecionych dłoniach i westchnęła ciężko. – To nie może się tak skończyć, Ala. Ja nie mogę!

– Może ci się teraz wydawać, że to wbrew zasadom i tym podobne, lecz spójrz na to z innej strony: jest październik. W kwietniu przestaniesz być uczennicą tej szkoły. Wiesz już, do czego dążę?

– Piszemy! – zapiszczała nauczycielka polskiego, na co Eleonora zareagowała płytkim skinięciem głowy. Rozmyślając nad słowami przyjaciółki, niechętnie przyznała, że coś zaczyna się dziać w jej sercu. Pojawiła się w nim nowa osoba, która po części zapełniła pustkę po zniknięciu matki. Przerażała ją myśl, iż mogłaby poczuć coś więcej do swojego nauczyciela, lecz postanowiła zdać się na los.

*

Eleonora zapukała do klasy numer trzy i weszła, gdy usłyszała cichy głos profesora zza zamkniętych drzwi. W pomieszczeniu było ciemno, jak zwykle zresztą. Zobaczyła mężczyznę, który wpatrywał się tępo w okno. Nie widziała jego twarzy, bo stał do niej plecami, lecz nie mogła oprzeć się wrażeniu, że już kiedyś coś takiego przeżyła.

– Nie wiem… Nie istnieją słowa, za pomocą których mógłbym cię przeprosić – zaczął, na co Eleonora zatrzymała się. – To, co się zdarzyło, moje zachowanie… było niewybaczalne. – Westchnął ciężko, opierając dłonie na parapecie. – Kuba i Olga przyznali się do wszystkiego
i tym samym zrozumiałem, że myliłem się. Bardzo się myliłem…

Eleonora zrobiła krok. Kolejny. I kolejny. Stanęła obok mężczyzny, próbując uchwycić jego spojrzenie, lecz ten nieugięcie wpatrywał się w jakiś punkt za oknem.

– Bardzo cię przepraszam – powiedział cicho. Tak cicho, iż przez chwilę Eleonora miała wrażenie, że był to jedynie wymysł jej wyobraźni. A jednak jego postawa mówiła coś innego. Zebrała całą odwagę, na jaką było ją stać, wzięła głęboki oddech i powoli, naprawdę powoli, nakryła swoją dłonią, dłoń mężczyzny stojącego obok. Serce zabiło jej mocniej, kiedy drgnął, lecz niewiarygodne tempo osiągnęło dopiero, gdy ich palce splotły się. Szatynka uśmiechnęła się pod nosem i przez chwilę przygryzła wargę, szukając odpowiednich słów, które wyraziłyby jej uczucia.

– Nie musi mnie pan przepraszać. Nie żywię do pana żadnej urazy i… niech pan pamięta, że zawsze będzie mieć we mnie wsparcie.

Uścisk dłoni delikatnie się wzmocnił, jakby tym gestem chciał przekazać, że ona również może na niego liczyć. Gdy na nią spojrzał… aż zabrakło jej tchu, widząc jego wzrok pełen wdzięczności i czegoś, czego nie potrafiła zidentyfikować.

– Dziękuję – powiedział, unosząc kącik ust. Spojrzał w stronę drzwi, a dziewczyna zrozumiała. Miała wyjść.

Rozplątała dłonie z uścisku, przerwała kontakt wzrokowy i ruszyła w kierunku drzwi. Kiedy była na korytarzu, spojrzała na Adama, który przez cały ten czas podążał za nią swym spojrzeniem. Uśmiechnęła się promiennie, a w odpowiedzi, on uniósł kącik ust. Wyszła. Nie było jej jednak smutno. Czuła się szczęśliwa. Wiedziała, że jutro może być tylko lepsze.

23

– Co teraz mamy? – spytała Eleonora, pakując książki do plecaka. Alicja westchnęła ciężko, a twarz wykrzywiła się w dziwnym grymasie.

– W-f – Z gardła szatynki wydarło się ciche westchnienie. Tego ranka czuła się naprawdę źle i ostatnią rzeczą, na jaką miała ochotę, było bieganie wokół boiska. Poszła do szatni, gdzie przebrała się w biało – czarny strój i weszła na halę sportową. Nauczyciel stał już z dziennikiem na środku sali. Nie był zachwycony, widząc trzecioklasistki i nie raczył też tego ukrywać.

– Och, panienki raczyły się zjawić na lekcji. – Eleonora wywróciła oczami, jednocześnie upewniając się, że nikt tego nie widział. Nie miała ochoty na słuchanie kolejnej wiązanki, pod tytułem: jak nie należy się odzywać do nauczyciela. – Świetnie. Skoro są już wszyscy, to możemy zacząć zajęcia. Jak zwykle rozpoczniemy od rozgrzewki. To może… panna Kraszewska? Oczywiście pani starania będą ocenione.

Eleonora spojrzała na nauczyciela ze zdumieniem w oczach. Otrząsnąwszy się z pierwszego szoku, odchrząknęła i pokręciła głową przecząco. – Nie czuję się na siłach, by dzisiaj przeprowadzić rozgrzewkę… Kręci mi się w głowie i…

– Dość! – Nauczyciel uniósł dłoń, nie dając możliwości wytłumaczenia się. – Dosyć mam tych waszych wymówek! Kraszewska, robisz rozgrzewkę. Jak ci nie pasuje, to siadaj na ławkę, a ja ci wstawię niedostateczny. Pasuje ci taki układ? – Gdyby wzrok mógł zabijać, nauczyciel już dawno leżałby martwy na lodowatym parkiecie. Nie mogła pozwolić sobie jednak na zdobycie złej oceny z tego przedmiotu, chociażby ze względu na stypendium, które przepadłoby, gdyby pozwoliłaby sobie na niesubordynację. Mimo okropnego samopoczucia, zaczęła biec.

*

– Dobra, zaczynamy grać! Kraszewska, masz pięć za starania. Jeśli miałbym stawiać stopnie za ćwiczenia… nie starczyłoby dla ciebie skali. Oczywiście chodzi mi o tą złą stronę. – Eleonora prychnęła pod nosem niczym rozjuszona kotka, lecz nauczyciel, zajęty adorowaniem kilku bardziej wysportowanych dziewcząt, nie zauważył tego. Szatynka odwróciła się do Alicji i wywróciła oczami, a ta w odpowiedzi wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się niemrawo.

– Wiem, o czym myślisz. Ja też tego nie rozumiem. On jest paskudny i prawie łysy – Szatynka parsknęła śmiechem, a blondynka jej zawtórowała. – Ale nie można przewidzieć, kiedy strzała Kupidyna wbije się w tyłek. I nawet tacy jak on zasługują na miłość. – Eleonora spojrzała na przyjaciółkę z dezaprobatą, uśmiechnęła się głupkowato, po czym ustawiła się obok pozostałych członków drużyny. Zaczęła się gra.

Po drugiej stronie boiska grał Jakub. Eleonora przyjrzała mu się uważnie. Po ostatnich wydarzeniach powinien spokornieć, lecz prawda była taka, że nie wyciągnął z całej sytuacji żadnych wniosków. Wciąż pełnił rolę kapitana drużyny, a dziewczęta nadal znajdowały w nim swój ideał. Jedyną karą, jaką otrzymał, była nagana z zachowania. Dyrektor pobłażliwym okiem spojrzał na uczniów, z racji tego, iż był to ich pierwszy, tego rodzaju, wybryk. Szatynka nie potrafiła zrozumieć, dlaczego Karasiewicz tak szybko zrezygnował z wyciągania konsekwencji, lecz widząc, że ten nie zamierzał odwoływać się od decyzji przełożonego, poddała się. To była walka z wiatrakami – ona odgrywała rolę Don Kichota.

Olga również nie ucierpiała zbyt mocno. Dyrektor pozwolił jej nadal tworzyć artykuły do szkolnej gazetki, gdyż, jak to ujął: niewielu jest ludzi, którzy robią coś z taką pasją i zaangażowaniem. Przestrzegł jednak, iż następny, podobny wybryk, może skończyć się odebraniem tego zaszczytu. Mateusz również dostał upomnienie i został poproszony, by następnym razem nie dzielił się tak poufnymi informacjami z kolegami.

Eleonora nie zorientowała się, kiedy na salę wszedł nauczyciel matematyki, lecz szczerze uśmiechnęła się na jego widok. Założyła za uszy kosmyki włosów, które wyplątały się jej z kucyka i podeszła do nauczyciela.

– Zwolniłem cię z tej lekcji… A właściwie z ostatnich piętnastu minut. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko. – Dziewczyna uśmiechnęła się promiennie i pokręciła przecząco głową. Spojrzała na Alicję, która poruszyła sugestywnie brwiami, na co szatynka zaśmiała się pod nosem. – Eleonoro, idziesz?

– Tak, przepraszam, zamyśliłam się.

Dziwne. Jeszcze nigdy kolory nie wydawały się być takie wyraziste, zapachy mocne, a droga tak długa. Dziewczyna poczuła nieodpartą chęć zerknięcia na mężczyznę idącego obok i to był błąd, gdyż napotkała na swojej drodze palące spojrzenie nauczyciela.

– Czemu się pan tak patrzy? Mam coś na twarzy?

– Nie – odparł zdawkowo. Dźwięk otwieranych drzwi rozbrzmiał po korytarzu i zgrał się z szeptem nauczyciela, który zaprosił dziewczynę do środka, przez chwilę trzymając swoją dłoń na jej plecach. Eleonora zatrzymała się gwałtownie, przez co mężczyzna wpadł na nią, nie spodziewając się tego zupełnie. Nastolatka odwróciła się powoli, bardzo powoli i w pewnym momencie obojętny wyraz twarzy zmienił się w czarujący uśmiech.

Tak uroczy i dziewczęcy, że ciepło zalało jego serce.

Na biurku leżał kawałek ciasta, dwa talerzyki, łyżeczki, sok pomarańczowy i kubki. Policzki Eleonory zaczerwieniły się nieznacznie. – Chciałem ci podziękować. Przynajmniej tak mogę ci się odwdzięczyć… sama wiesz, za co. – Posłała mu pytające spojrzenie, na co on westchnął i oparł się o jedną ze ścian, jakby ta miała pomóc mu w utrzymaniu zdrowego rozsądku. – Pomogłaś mi, choć nie musiałaś. Wstawiłaś się za mną. Nie pozwoliłaś, by ten felerny artykuł ujrzał światło dzienne. Jestem twoim dłużnikiem.

– Nie jest pan mi nic winien, bo… – Przygryzła wargę, szukając odpowiednich słów. Wbiła paznokcie we wnętrze dłoni, próbując opanować rosnące w niej uczucie… zniecierpliwienia?

Jakby miała na co czekać.

– Bo? – spytał, robiąc krok w jej stronę, choć widziała, że kosztowało go to wiele wewnętrznej walki.

– Bo już od dawna nie jest pan dla mnie tylko nauczycielem… – wyszeptała, patrząc na swoje stopy, które nagle wydały jej się niezwykle interesujące.

Nie spostrzegła, kiedy mężczyzna podszedł do niej na odległość kilku centymetrów, jego ręka uniosła się i opuszkami palców zaznaczył jej rumiany policzek. Uniosła głowę i spojrzała w brązowe tęczówki. – Ty również przestałaś być dla mnie tylko uczennicą – wyszeptał, patrząc wprost w błękitne oczy dziewczyny. – Ja… ufam ci, Eleonoro. – Zawirowało jej w głowie, serce zabiło szybciej, a usta same rozciągnęły się w uśmiechu.

Odsunęła się o krok od mężczyzny i podrapała się po policzku, gdzie jeszcze przed chwilą czuła palce nauczyciela. – To może spróbujemy tego ciacha?! Jestem mega głodna po całym tym bieganiu! – Adam uśmiechnął się delikatnie i wskazał jej jedno z krzeseł, stojących przy biurku. – Nie musiał pan przygotowywać tego wszystkiego.

– Musiałem – przerwał jej. – Przyznam jednak, że ciasto kupiłem, bo niestety nie potrafię piec. Może kiedyś nadarzy się okazja i mnie nauczysz? – Szatynka uniosła brwi wysoko, udając zamyślenie.

– Nauka matematyki za kurs pieczenia słodyczy? – Mężczyzna uśmiechnął się i skinął głową. – No nie wiem, czy mogę się na to zgodzić. Jeszcze by się pan uzależnił od cukru i gdzie miałabym szukać takiego drugiego nauczyciela?

Nałożył jej kawałek ciasta na talerzyk i podsunął bliżej, na co skinęła głową. Chwyciła łyżeczkę w dłoń i przyjrzała się deserowi. Prawdopodobnie było to ciasto czekoladowe, przekładane kremem kawowym, bądź śmietanowym z odrobiną kakao. Tak czy siak, pachniało pięknie…

Wzięła kęs do ust i wtedy zdała sobie sprawę, jak wiele brakuje jej do mistrzostwa. Po pierwszej łyżce nastąpiła kolejna, kolejna i jeszcze jedna… – Gdyby pan się nie przyznał wcześniej, że kupił to ciasto, powiedziałabym, że to pan jest mistrzem w tej dziedzinie! – Nie odpowiedział. Nieco głośniej przełknęła ślinę, kiedy zorientowała się, gdzie zatrzymał się jego wzrok.

Na jej ustach.

Co by zrobiła, gdyby próbował ją teraz pocałować? Czy odepchnęłaby go? A może oddałaby pocałunek z pełną pasją i energią, którą kumulowała w sobie przez te wszystkie lata?

– Proszę pana?

– Zostało ci trochę kremu… O, tutaj. – Wskazał na swój kącik ust. Eleonora wzięła jedną z chusteczek i spojrzała pytająco na nauczyciela, gdy przetarła, podobno, brudne miejsce. Mężczyzna uśmiechnął się, wyciągnął chustkę z jej ręki, obszedł biurko i nachylił się nad nią. Przymknęła oczy, kiedy poczuła jego oddech na swojej twarzy, czekając na to, co ma się wydarzyć.

Eleonoro…!

Nagle wszystko ucichło.

Eleonoro…!

Otworzyła oczy.

Eleonoro…

Zobaczyła nad sobą zaniepokojoną Alicję, wuefistę i… Karasiewicza? Rozejrzała się przestraszona wokół, chciała wstać, lecz ramiona przyjaciółki ją przed tym powstrzymały.

– Zemdlałaś – wytłumaczyła. – Gdyby niektórzy wcześniej się zorientowali, że wcale nie udajesz i naprawdę źle się czujesz, to ta sytuacja z pewnością skończyłaby się inaczej. – Spojrzała ze złością na nauczyciela, który wstał, zdenerwowany słowami uczennicy i zwrócił się do swojego kolegi po fachu:

– Czy mógłbyś ją zanieść do higienistki? Ja muszę zająć się resztą. – Karasiewicz skinął głową, przyglądając się, jak Bartłomiej odchodzi do siłowni, gdzie odesłał pozostałych trzecioklasistów. W pewnym momencie matematyk skierował swe spojrzenie na uczennicę i przykucnął przy niej.

– Teraz nie panikuj, dobrze? Wezmę cię na ręce i…

– Nie trzeba – odparła słabo panna Kraszewska. – Pójdę sama.

– Nie pójdziesz. Jestem twoim nauczycielem. A jako twój nauczyciel, mam obowiązek dbania o twoje bezpieczeństwo. – Nie zdążyła zaprotestować, bo nagle znalazła się w ramionach swojego profesora. Silnych i bezpiecznych ramionach. Oparła głowę o jego pierś i choć czuła, że przez chwilę wstrzymał powietrze, nie protestował w żaden sposób.

Pachniał pięknie. Delikatną nutą cytrusów, świeżą bryzą i… słońcem. Przymknęła oczy, bo nagle zachciało jej się spać, lecz usłyszała cichy głos przy uchu.

– Eleonoro, nie zasypiaj. Jeśli to coś poważnego… lepiej, byś była przytomna.

Westchnęła ciężko i otworzyła powieki, lecz nie odezwała się ani słowem. Dlaczego ją to spotyka? Te sny… wizje… cokolwiek by to nie było, zaczynało ją przerażać. Czemu zawsze pojawiał się tam Adam Karasiewicz?

Mówią, że w snach pojawiają się rzeczy, których najbardziej się obawiamy bądź pragniemy. Skoro się go nie obawiała… Czy to możliwe, by to go pragnęła?

– Adam? Co się stało?

Gdzieś w oddali usłyszała szczebiot pielęgniarki, która zaczęła przeprowadzać badania. Nie mogła się skupić na słowach, które padały w jej otoczeniu. Po prostu była. Poczuła kobiece dłonie na swoich ramionach i położyła się na leżance, czując, iż może głębiej zaczerpnąć powietrza.

– Przypilnuj jej. To prawdopodobnie skutek niedoleczonego przeziębienia, bądź grypy. Powinna teraz dużo spać i odpoczywać. I nie przychodzić do szkoły, przynajmniej w najbliższym tygodniu. – Skinął głową. Pielęgniarka zniknęła za drzwiami, a mężczyzna wziął sobie krzesełko i usiadł przy chorej.

Przeraziły go jej oczy. Błękitne tęczówki, zwykle przepełnione iskierkami radości, były mętne, prawie szare… Bez cienia uśmiechu.

Patrzyła na niego bez słowa, błądząc po jego twarzy. Miał wrażenie, że to koniuszki palców muskają jego skórę i przechylił głowę, by być bliżej niej. Mieć jej więcej i więcej dla siebie…

– Proszę pana. – Z zamyślenia wyrwał go głos dziewczyny. Spojrzał na nią pytającym wzrokiem, będąc gotowym na spełnienie każdej, możliwej do spełnienia, prośby. – Muszę się zdrzemnąć i chciałam zapytać, czy… mógłby pan ze mną zostać?

Został. Pilnował nastolatki do czasu, aż jej oddech nie stał się równomierny, głęboki. Po chwili wahania uniósł dłoń i musnął delikatną skórę na policzku dziewczyny. Westchnął, odwrócił wzrok i wyszeptał sam do siebie:

– Umarłbym, gdyby coś ci się stało.

Niedługo później wyszedł z pomieszczenia, zostawiając szatynkę sam na sam z pielęgniarką.

24

Listopad powitał Eleonorę wietrzną i pochmurną pogodą. Spakowała do reklamówki znicze, które zakupiła kilka dni wcześniej, założyła płaszcz i wyszła z domu, wcześniej zamykając go na klucz.

– A ty gdzie się wybierasz? Powinnaś odpoczywać. – Szatynka prawie podskoczyła, gdy usłyszała za plecami głos nauczyciela. Odwróciła się, odłożyła torbę i skrzyżowała ręce, delikatnie przechylając głowę. – Dwa dni temu zemdlałaś, pamiętasz?

– Nie zapomniałam. Tego nie da się ot tak zapomnieć.

Przez chwilę znów miała wrażenie, że znajduje się w klasie matematycznej, razem z mężczyzną, otoczeni zapachem ciasta czekoladowego. Poczuła jego delikatny dotyk na policzku, usłyszała cichy szept przy uchu, zobaczyła pełne wdzięczności spojrzenie…

Odpoczywając po felernym wypadku, miała sporo czasu, by sobie to wszystko przemyśleć. Doszła do wniosku, że musiała się mocno uderzyć w głowę, bo mogłaby przysiąc, iż… z każdą upływającą sekundą, jej relacja z nauczycielem ulegała przemianie. Zaczynała go traktować jak przyjaciela. Powiernika.

Z jednej strony cieszyła się, że ma kogoś takiego przy sobie. Mogła się wyżalić i wiedziała, iż będzie wysłuchana. Z drugiej strony wiedziała, że tak nie powinno być.

– Eleonoro… Chyba lepiej będzie, jak zostaniesz. Nie wyglądasz za dobrze.

– Ach, dziękuję. Miło mi, że pan tak uważa – odpowiedziała chłodno, lecz po chwili zdała sobie sprawę, iż nie ma się na co złościć. On po prostu się martwił. Chwyciła reklamówkę i pomachała nią przed nosem mężczyzny. – Dzisiaj pierwszy listopada, Święto Zmarłych, muszę iść na cmentarz… do taty. – Skinął głową, lecz nie wrócił do siebie, przez co dziewczyna poczuła się z lekka zdezorientowana. – Czy pan oczekuje czegoś ode mnie?

– Mógłbym iść z tobą?

Nie widziała powodu, dla którego nie miałby jej towarzyszyć. Prawdę mówiąc, było jej to na rękę. Nienawidziła chodzić na cmentarz. To przypominało jej o ojcu, którego nie dane było jej do końca poznać. Wziął od niej reklamówkę i przez jakiś czas szli w ciszy, lecz ta powoli stawała się uciążliwa. Dziewczyna odchrząknęła i nie patrząc na nauczyciela, zapytała:

– A co z pańskimi rodzicami? Mieszkają w Warszawie?

Adam spojrzał ze zdziwieniem na uczennicę, lecz już dawno pogodził się z myślą, że pełni ona dodatkową funkcję w jego życiu. Stała się dla niego kimś więcej i wcale nie czuł się z tym źle. Po ostatniej przygodzie zrozumiał, że może jej zaufać. Całkowicie. Powierzyć duszę i serce, wszelkie sekrety i smutki dnia, radości oraz uczucia. Ufał jej całym sobą.

– Mój ojciec żyje, jednak nie wiem, gdzie teraz jest i co robi. Wyruszył w podróż dookoła świata. Jak dobrze myślę, obecnie powinien być gdzieś w Stanach. – Eleonora posmutniała. Mężczyzna mówił o swoim ojcu jak o nic nieznaczącym człowieku. Matematyk miał w sobie tyle ukrytego żalu, że dziewczyna cieszyła się, iż postanowił się z nią tym podzielić, zamiast dusić wszystko w sobie, jak to miał w zwyczaju robić. – Nie znam go. Nie chcę go poznawać. On nigdy nie próbował się ze mną kontaktować.

– A mama?

Mężczyzna głośniej przełknął ślinę i odwrócił wzrok, utkwiwszy go w mijanych drzewach – Moja mama nie żyje. Zginęła dwadzieścia lat temu w wypadku samochodowym. Jakiś kretyn wymusił pierwszeństwo i uciekł… jak tchórz. Do tej pory sprawa nie została wyjaśniona.

W jakimś stopniu go rozumiała. Jej matka również zmarła, w momencie, kiedy postanowiła zrzec się wszelkich praw do niej. Szatynka wzięła głęboki wdech, zgromadziła całą odwagę, na jaką było ją tylko stać i powoli chwyciła jego skostniałą od zimna dłoń. Spojrzał na nią zaskoczony, lecz ona uparcie wpatrywała się przed siebie. Niepewnie splótł ich palce i uśmiechnął się, widząc szok na twarzy dziewczyny. Jak widać, on również potrafił zaskakiwać.

Przeszli przez bramę cmentarza bardziej osobno, niż razem, mając na uwadze, iż widok nauczyciela, trzymającego za rękę swą uczennicę, choćby pełnoletnią, byłby co najmniej szokujący. Uśmiech nie schodził z twarzy dziewczyny, do czasu, gdy zbliżyli się do jednego z pomników.

Dziewczyna z cichym westchnieniem zrzuciła z nagrobka kilka dębowych liści, które zaczepiły się między wieńcami, a gdy już to zrobiła, odebrała od nauczyciela torbę ze zniczami i postawiła je obok uschniętego bukietu z czerwonych róż.

– Dawno tu nie byłam – wyszeptała dziewczyna dziwnym głosem, czym przykuła uwagę mężczyzny stojącego obok. – Wie pan, czasami zastanawiam się… Jakby to było, gdyby on żył.

– Tęsknisz. – Bardziej stwierdził niż zapytał. Odpowiedziała prawie niewidocznym skinieniem głowy.

– Trochę tak, chociaż uważam, że to nie jest do końca tęsknota. To poczucie straty. Straciłam ojca, nie miałam szansy, by go poznać i nawet pan sobie nie wyobraża, ile dałabym za to, by pojawił się nagle przed moimi drzwiami, mówiąc: wróciłem! – Otarła łzę, która nie wiadomo kiedy spłynęła po jej policzku, po czym zaśmiała się gorzko. – To nieprawda, że czas goi rany, bo za każdym razem, gdy tu przychodzę… Mam wrażenie, że gdyby tylko tu był, to wszystko potoczyłoby się inaczej. – Pociągnęła nosem, ocierając kolejne łzy. – A teraz… Teraz jestem tu sama. Nie mam niczego i nikogo.

– To nieprawda. – Adam podszedł do niej i uśmiechnął się pociesznie. Nie wiedziała, jak w tym momencie stała się mu bliska, bo on przeżywał to samo, gdy przychodził na grób matki. Dyskretnie obejrzał się, a gdy nie zauważył żadnej znajomej twarzy, zbliżył się do szatynki i uniósł dłoń, ścierając łzy, które mimowolnie spływały po jej policzkach. – Masz przyjaciół, którzy chętnie zawsze ci pomogą. Masz sąsiadów, potrafiących wywoływać uśmiech, nawet wtedy, kiedy czujesz, że najlepiej byłoby, gdybyś zniknęła z tego świata. Masz nauczycieli i… masz mnie.

Spojrzała na niego załzawionymi oczami, po czym przymknęła powieki, wtulając się w szorstką dłoń mężczyzny. W tamtej chwili, to było coś, czego potrzebowała. Bliskość. Potrzebowała czuć, że komuś na niej zależy, że wreszcie nie musi być dorosła i odpowiedzialna. Potrzebowała tarczy, która mogłaby ochronić ją przed niebezpieczeństwem.

On nią był.

– Dziękuję – powiedziała z wdzięcznością, gdy wreszcie doszła do siebie. Jakaś staruszka przeszła obok nich, mrucząc coś pod nosem. Eleonora uśmiechnęła się i spojrzała wprost w brązowe tęczówki. – Cieszę się, że pan tu ze mną przyszedł. Czuję się teraz trochę lżej.

Jakby on wziął za nią bagaż bólu i żalu, jaki przyszło jej nieść od pewnego czasu, mimo tego, iż sam ciągnął za sobą swoje walizki, pełne życiowych doświadczeń.

– Jak już mówiłem, my, nauczyciele, od tego jesteśmy.

Poczuła nagłe otrzeźwienie, spowodowane jego słowami. No tak. On robił to z poczucia obowiązku. Niepotrzebnie łudziła się, że… między nimi mogłoby do czegoś dojść? Nie. O tym nawet nie myślała. Chciałaby przynajmniej, by został jej przyjacielem, lecz on przed oczami widział jedynie swoją pracę. Oderwała się od niego gwałtownie i z kieszeni płaszcza wyciągnęła zapalniczkę, skupiając swą uwagę na świeczkach.

– Eleonoro, czy powiedziałem coś nie tak? – spytał Adam w pewnym momencie, co prawie poskutkowało upuszczeniem zapalniczki przez dziewczynę. Nie odwróciła się jednak do mężczyzny, gdyż była całkowicie pochłonięta zadaniem, jakim było wymienianie starych wkładów do świec na nowe. – Eleonoro, muszę wiedzieć, jeśli czymś cię uraziłem… Jeśli tak było, to przepraszam. Nie chciałem, naprawdę.

– Nie uraził mnie pan. – Delikatnie przekręciła głowę w bok, by uchwycić jego sylwetkę, lecz musiał stać za nią, bo go nie zobaczyła. – To cmentarze działają na mnie w ten sposób. Źle się tu czuję. – wyjaśniła pokrótce, choć w pewnym stopniu odbiegało to od prawdy.

Obeszła pomnik, po czym przykucnęła, a w jej oczach odbijały się płomienie świec. Trwała w takiej pozycji przez dłuższą chwilę i gdy Adam już miał interweniować, nastolatka uniosła rękę, po czym opuszkami palców przesunęła po imieniu ojca. Nagle wstała gwałtownie i otrzepała płaszcz z jesiennych liści. – Możemy już iść.

Reklamówkę, w której przyniosła znicze, schowała do kieszeni. Było jej jakoś dziwnie smutno, lecz ukrywała to pod maską zobojętnienia. Brunet idący obok niej nie wiedział, jak rozpocząć rozmowę, bo sam czuł się niezręcznie. Udało im się przebić przez jeden mur – postawiony przez prawo. Eleonora prześlizgnęła się przez drugi – którego twórcą był sam Adam Karasiewicz. I gdy już prawie się spotkali, wyrosła przed nimi kolejna przeszkoda, lecz ani on, ani ona, nie potrafili znaleźć dobrego rozwiązania na jej pokonanie.

– Ja nie wracam jeszcze do domu – powiedziała dziewczyna, gdy stanęli przy jednym ze skrzyżowań. Mężczyzna spojrzał ciekawsko na szatynkę i uniósł brew, niemo pytając o jej zamiary. – Muszę zrobić zakupy. Mam zamiar odświeżyć nieco swój pokój.

– Zamierzasz malować ściany? – spytał zdziwiony, na co ona wywróciła oczami.

– Niech mi pan nie mówi, że jest z tych, którzy twierdzą, iż kobieta nie potrafi sama nic zrobić. Otóż potrafię malować ściany i tak, mam zamiar teraz iść po farbę.

Uśmiechnął się delikatnie na słowo „kobieta”, lecz nie skomentował wypowiedzi Eleonory w żaden sposób. Zaproponował jednak pomocną dłoń w przeprowadzaniu remontu, obiecując, że malowanie ścian zostawi dla niej, jeśli tak bardzo tego pragnie. Dziewczyna, po chwili zastanowienia zgodziła się, zaklepując sobie miejsce na drabinie.

*

– Niech pan złazi z tej drabiny! Ona się rusza!

– Uspokój się, nic mi się nie stanie – odparł spokojnym głosem nauczyciel, raz po raz przesuwając wałkiem po ścianie. Eleonora patrzyła na cały ten obrazek ze strachem, bo drabina strasznie chybotała. Cieszyła się, że mężczyzna zaoferował pomoc, bo sama nigdy by nie dała rady wejść na górę. Serce biło jej niemiłosiernie mocno i nie była pewna, czy wciąż jest chętna na przeprowadzanie tego remontu.

– Niech pan zejdzie. Nie potrzebuję malowania ścian! Wystarczy mi to, co jest!

Mężczyzna odwrócił się i pokręcił głową, zaś jego usta wykrzywione były w nikłym uśmieszku. – I co? Pół ściany będziesz miała różowe, a pół szare? Te kolory nawet do siebie pasują, lecz przejście pomiędzy nimi jest zbyt ostre jak na mój gust.

– Niech pan zejdzie, bo nie mam pieniędzy na wynajęcie prawnika, który udowodni, że to nie ja zepchnęłam pana z tej drabiny!

– Szybko to dokończę i zejdę, pasuje?

– Nie. Niech pan złazi! Teraz!

Mężczyzna westchnął ciężko i powoli zszedł z drabiny. Zrobił to w samą porę, bo ta złamała się i z hukiem wylądowała przy szatynce. Nauczyciel przyglądał się temu z zaskoczeniem, a Eleonora wypuściła drżąco powietrze.

– O mały włos – wyszeptała, wpatrując się tępo w drabinę, a właściwie w to, co z niej zostało. Adam odwrócił się w stronę dziewczyny, palcami mierzwiąc swe włosy. Ta uchwyciła jego spojrzenie i nagle jej oczy zrobiły się ogromne, a policzki zaróżowione od powstrzymywanego śmiechu. Mężczyzna zmarszczył brwi i skrzyżował ręce.

– Mogę wiedzieć, co panią tak bawi, panno Kraszewska?

– Otóż, panie Adamie, chciałam uprzejmie zaznaczyć, że pański nos z lekka ucierpiał podczas tego malowania. – Nie mogła się dłużej powstrzymywać. Wpadła w niekontrolowany chichot, który został zatrzymany przez nagły atak ze strony Karasiewicza. Eleonora dotknęła swojego policzka, a na jej dłoni został ślad po szarej farbie.

– O nie! Kości zostały rzucone! Ma pan przechlapane!

Zbliżyła się do pojemnika z farbą i wyciągnęła z niej pędzel, lecz zanim zdołała zrobić piękny makijaż swojemu nauczycielowi, usłyszeli dzwonek do drzwi. Mężczyzna spojrzał na szatynkę, a następnie wyjrzał przez okno, starając się zobaczyć, kto złożył im wizytę. Nikogo jednak nie dostrzegł.

– Pójdę zobaczyć, kto to – odezwała się w pewnym momencie dziewczyna. Zdjęła z głowy papierowy kapelusz i wyszła z pokoju. W tym samym czasie, Adam spojrzał na jego, wątpliwej jakości, dzieło. Ściana nie wyglądała najgorzej, lecz wiele brakowało jej do perfekcji. Jego serce na chwilę się zatrzymało, gdy usłyszał krzyk.

Krzyk Eleonory.

Nie zastanawiając się, wybiegł z pokoju, minął korytarz, a widok, jaki zastał, zmroził mu krew w żyłach. Drzwi wejściowe były otwarte. Jego uczennica stała odwrócona w jego stronę, a za nią leżała nieprzytomna Teresa.

25

Znacie to uczucie, kiedy grunt usuwa się wam spod nóg, czujecie, że spadacie, lecz nie możecie nic z tym zrobić? Gdy próbujecie wypłynąć na powierzchnię, jednak morskie fale pochłaniają was, blokując dostęp do świeżego powietrza? Tak właśnie było z Eleonorą. Przez całą podróż do szpitala miała wrażenie, że się dusi. Prawdopodobnie szok, którego doznała, odnajdując nieprzytomną sąsiadkę przed drzwiami własnego domu, odcisnął na niej większe piętno, niż wcześniej podejrzewał Adam. Mężczyzna próbował jakoś odwrócić uwagę szatynki od przykrych wydarzeń, lecz ta bezwiednie pogrążyła się w ponurych myślach.

Matematyk nie zdążył dobrze zaparkować, kiedy przerażona dziewczyna wybiegła z samochodu, potykając się przy tym i omal nie upadając na chodnik. Karasiewicz spojrzał na uczennicę ze smutkiem, zamknął samochód i ruszył śladem nastolatki. Nigdy wcześniej nie widział jej tak zdezorientowanej i musiał przyznać, iż bardzo się o nią martwił. Bardziej, niż by sobie tego życzył.

Faktem było, że Eleonora nie traktowała Teresy jak upierdliwej sąsiadki. Była dla niej kimś więcej. Przyjaciółką? Być może. Panna Kraszewska uznała, że określenie staruszki jako „babci”. Nie dane było jej poznać własnych dziadków, a Teresa, dzięki swojemu ciepłu i serdeczności, uzyskała to miano. Stała się członkiem rodziny szatynki, przez co ta tak bardzo obawiała się, że kobieta może umrzeć.

Eleonora rozejrzała się po korytarzu, wzrokiem odnalazła recepcję i jęknęła w duchu, nie widząc nikogo w środku. Nagle zobaczyła Teresę, przewożoną na noszach do jednej z sal. Wbiegła za ratownikami, nie zważając na protesty pielęgniarek. Musiała być teraz z sąsiadką.

– Przepraszam, lecz nie może pani przebywać teraz w tej sali – odwróciła się, słysząc głos jakiegoś mężczyzny. Z radością przyjęła do świadomości, że był to lekarz. – Słyszy mnie pani? Proszę wyjść, muszę pracować.

– Ale ja chciałabym dowiedzieć się, co z… babcią – powiedziała szybko, na co mężczyzna zmrużył brwi podejrzliwie, oceniając prawdomówność dziewczyny. Nie mając wiele czasu na rozmyślenia, skinął głową i kolejne słowa wypowiadał szybko, nie chcąc marnować cennego czasu:

– Wszelkich informacji o stanie pani babci udzielę, gdy przeprowadzę szczegółowe badania. A teraz proszę iść na korytarz, napić się wody i uspokoić się. Gdy będę już coś wiedział, to panią powiadomię. – Nastolatka chciała zaprotestować, lecz widząc karcący wzrok lekarza, z cichym westchnieniem wyszła z sali.

Za drzwiami czekał na nią matematyk. Siedział na jednym z krzeseł, lecz słysząc ciche kroki, uniósł wzrok, skupiając się na postaci uczennicy. Eleonora usiadła obok niego i beznamiętnie zaczęła wpatrywać się w ścianę naprzeciwko.

– Czy już coś wiadomo? – spytał mężczyzna, na co dziewczyna pokiwała przecząco głową. – Zadzwoniłem po brata Teresy. Właśnie wyszedł z pracy i już tu jedzie. – Nie widząc żadnej reakcji ze strony nastolatki, westchnął ciężko i mimo wewnętrznego protestu, chwycił małą dłoń, należącą do młodej kobiety, czym spowodował, że spojrzała ona na niego ze zdziwieniem.

Eleonora odwzajemniła gest niezwykle szybko; splotła ich palce, a mężczyzna pogładził wierzch ręki panny Kraszewskiej, chcąc przekazać jej choć trochę otuchy i wsparcia.

– Boję się – przyznała w pewnym momencie. Gdy spojrzała na niego pustymi oczami, z których nie mógł wyczytać żadnych uczuć, przeraził się. To nie była dziewczyna, z którą spotykał się na zajęciach, z którą żartował i pochłaniał ciasto czekoladowe. To nie była jego Eleonora. – Tracę wszystkich. Najpierw mój tata, potem mama, teraz Teresa… – Przygryzła wargę i zamrugała szybko, bo nagle poczuła napływający do serca żal, który spowodował, że w oczach pojawiły się gorzkie łzy. Powoli wysunęła dłoń z uścisku i spojrzała wprost w brązowe tęczówki. – Boję się, że stracę wszystkich, na których mi zależy; Alę, Natalkę, Gabrielę, Mateusza i… pana.

Jakaś niewidzialna dłoń zacisnęła się na jego sercu i nie chciała puścić. W jakiś sposób zależało jej na nim, co go jednocześnie cieszyło, jak i przerażało. Był jej nauczycielem, musiał o tym pamiętać. A jednak, kiedy patrzył na dziewczynę siedzącą przed nim, przestraszoną, bezbronną, potrzebującą jego, czuł, że dotąd skrywane uczucia, właśnie wychodzą na światło dzienne. Dawno temu zapomniał, jak to jest być komuś potrzebnym. I nie miał tu na myśli spełnienia potrzeb fizycznych, albo przysługę w zamian za jakieś dobra materialne.

To było coś więcej.

Poczuł ciepło rozlewające się po sercu i pod wpływem impulsu zbliżył się do niej jeszcze bardziej, tak, że stykali się kolanami, położył dłoń na policzku dziewczyny i powoli zbliżał swoją twarz do jej twarzy. Gdy dzieliło ich mniej niż centymetr, dziewczyna przymknęła oczy. Poczuła delikatne muśnięcie ust na swoim czole, a gest ten rozczulił ją tak bardzo, że kilka łez wydostało się spod jej powiek.

– Jestem tu i będę zawsze.

Otworzyła oczy i pokręciła głową przecząco, odsuwając się nieco od nauczyciela. – Niech pan nie składa obietnic, których nie będzie pan w stanie dotrzymać.

– Będę – odparł pewnie, ścierając łzy z jej policzków. W odpowiedzi uśmiechnęła się delikatnie, zachowując w sercu jego słowa.

Ta chwila, niemal intymna, została przerwana przez wparowanie na korytarz brata Teresy, który praktycznie upadł, potykając się o własne buty. Widząc mężczyznę, Adam i Eleonora odsunęli się od siebie, jakby nigdy do niczego między nimi nie doszło. Soczysty rumieniec wykwitł na twarzy dziewczyny, zaś jej nauczyciel wyglądał bardzo… zwyczajnie.

– Gdzie jest Teresa?! I co z nią?!

– Jest na sali, właśnie bada ją lekarz. – Staruszek westchnął ciężko i otarł spocone czoło rękawem koszuli.

– A mówiłem, że jak dalej będzie żarła samo mięso, to jej serducho w końcu stanie – mruczał pod nosem mężczyzna, a Eleonora, mimo przejęcia stanem sąsiadki, cicho parsknęła śmiechem. – Dobrze, żeście tam z nią byli, bo różnie mogłoby się to skończyć. Dzięki. – Nastała chwila ciszy, przerywana cichymi oddechami osób, czekających na diagnozę.

Lekarz, którego wcześniej spotkała Eleonora i przeszedł przez korytarz, nie zaszczycając jej najmniejszym spojrzeniem. Dziewczyna chciała za nim pobiec, lecz szczupłe palce nauczyciela oplotły się wokół jej nadgarstka.

– Poczekaj. On tu wróci, nie musisz za nim iść. – Szatynka z cichym westchnieniem ponownie usiadła na krześle i zaczęła wpatrywać się w sufit, z każdą upływającą sekundą niecierpliwiąc się coraz bardziej.

– A wy jeszcze ze sobą gruchacie, gołąbeczki? – spytał dziwnym głosem brat Teresy, na co Adam zgromił go spojrzeniem, zaś Eleonora odwróciła wzrok, rumieniąc się przy tym nieznacznie. – Oj, dzieciaki, przecież widzę, co się święci. Zresztą, widziałem to od dnia, w którym zobaczyłem was razem.

– Niby co?!

– Nie denerwuj się na mnie, chłopcze, bo złość piękności szkodzi. Ja tylko głośno myślę.

– Przepraszam, ale ja muszę iść po coś do picia. – Szatynka pospiesznie wstała z krzesła, próbując zakryć targające nią uczucia. Adam odprowadził dziewczynę wzrokiem i wywrócił oczami, widząc przebiegły uśmieszek na twarzy staruszka.

– Dobra z niej dziewczyna – powiedział brat Teresy, starając się wywołać jakąkolwiek emocjonalną reakcję u towarzysza. – Ładna, mądra, młoda i…

– Możesz już skończyć proszę? Dobrze wiem, jaka jest Eleonora, bo to ja spędzam z nią średnio dwie godziny dziennie.

Nagle zdał sobie sprawę, że to prawda. Zna ją bardziej, niż powinien znać, choć winni temu byli zarówno on, jak i ona. Nieświadomie przekroczył granicę, którą wyznaczał zawód nauczyciela, przez co stali się… Właśnie. Kim dla siebie byli? Nie zauważał, by traktowała go jak wrednego belfra, mimo że jego image od początku roku nie uległ zmianie. Zwierzała się mu i śmiała się z nim częściej, niż z własnymi rówieśnikami.

To nie było zdrowe. Czym jednak było „to”? Przyjaźnią? Czy nie znali się oby za krótko, by uznać ich relację za bliskie koleżeństwo? Pokręcił głową, wzdychając ciężko. Popadał w paranoję. Który normalny uczeń z własnej, nieprzymuszonej woli chciałby się zaprzyjaźnić ze swoim profesorem?

– Synu, zawiesiłeś się. Myślisz o niej, nie?

– Przepraszam, muszę iść się napić.

Staruszek pokiwał głową i uśmiechnął się delikatnie pod nosem.

– Tak, tak… Idź i pij z tego samego źródła, co ona, boście nieświadomie naważyli sobie goryczy. – Brat Teresy prychnął pod nosem i pokręcił głową niedowierzająco. – Powinienem być poetą, bym ładne wiersze pisał.

*

Adam nie od razu wszedł do szpitalnego baru. Targały nim niemałe wątpliwości, czy aby na pewno powinien poruszać temat jakichkolwiek relacji ze swoją uczennicą, jednak doszedł do wniosku, że pewne sprawy trzeba wyjaśniać od razu, by później nie było nieporozumień.

Dziewczyna siedziała tyłem do niego, prawie nieruchomo, tylko palce lewej dłoni postukiwały delikatnie o blat stolika. Była zdenerwowana, lecz po części ją rozumiał. Bała się kolejnej straty. Chrząknął, a ona drgnęła przestraszona i gwałtownie odwróciła się, delikatnie popychając plastikowy kubek z kawą, co mogło skończyć się jej rozlaniem, gdyby nie szybki refleks nastolatki.

– Przepraszam – powiedział mężczyzna z najprawdziwszą skruchą, zaś Eleonora machnęła ręką na znak, że nic się nie stało i zaproponowała nauczycielowi krzesło. Ten usiadł naprzeciw szatynki i przez chwilę przyglądał się jej badawczo, aż nastolatka nie zaśmiała się perliście.

– Może mi wreszcie pan powie, o co chodzi? Bo nie wydaje mi się, że poluje pan na moją kawę?

– Musimy poważnie porozmawiać.

Ten ton głosu nigdy nie znaczył nic dobrego. Eleonora wyprostowała się, spoważniała na twarzy, a dłońmi oplotła kubek, który emanował przyjemnym ciepłem.

– Coś się stało? Czy Teresa…

– Tu nie chodzi o Teresę – przerwał jej, a następnie przetarł dłońmi twarz. Szatynka przypatrywała mu się z coraz większym niepokojem. Skoro zachowywał się w taki sposób, to rzecz, którą miał jej do przekazania, była śmiertelnie poważna. – Tu chodzi o nas.

Nas.

Nas.

Nas.

To słowo odbijało się niczym mantra w jej umyśle. Co miał na myśli, mówiąc „nas”? Był on i była ona. Koniec. Nie było „ich”, a przynajmniej tak jej się wydawało. Myliła się? Może on naprawdę coś do niej czuł. Coś więcej niż tylko szacunek, spowodowany umiejętnością rozwiązywania każdego zadania z matematyki…

– Powiem to prosto i staraj się mnie zrozumieć, bo to naprawdę trudna sytuacja. – Dziewczyna powoli skinęła głową, czekając na to, co ma jej do powiedzenia. Mężczyzna wziął głęboki oddech i spojrzał wprost w błękitne tęczówki. – To coś, co jest między nami… ta relacja, która się utworzyła… Nigdy nie powinna mieć miejsca…

Zamarła. Co on chciał jej powiedzieć? Że to koniec? Wycofuje się ze wszystkich złożonych jej obietnic? Otworzyła usta, by zaprotestować, jednakże mężczyzna uniósł dłoń i pokręcił głową.

– To co mówiłem… Że będę… Nie kłamałem. Nadal będę starał się cię wspierać i pomagać ci w każdy możliwy sposób…

– To w takim razie o co chodzi?

– Na chwilę obecną, powinniśmy na chwilę zwolnić i nie spotykać się. Po lekcjach – dodał, co spowodowało, że na twarzy dziewczyny wymalowało się zrozumienie. Powoli skinęła głową i opuściła wzrok, czując, jak do oczu napływają jej łzy. Wiedziała, że kiedy ponownie spojrzy na nauczyciela, ich już nie będzie, lecz póki co czuła się, jakby właśnie siłą wyrwał jej kawałek serca.

– Dobrze – odrzekła cicho i spokojnie, co kłóciło się z „wewnętrznym ja” nastolatki. – Skoro tak ma być lepiej… – Mężczyzna otworzył usta, by coś powiedzieć, lecz Eleonora nie dała mu takiej możliwości. – Przepraszam, ale muszę iść do toalety. – Spojrzała w brązowe tęczówki i wymusiła delikatny uśmiech, choć ten wcale nie chciał pojawić się na jej twarzy. Wyszła pospiesznie z barku, a do łazienki wbiegła, prawie potrącając starszą panią, chodzącą o kulach. Gdy tylko drzwi się za nią zamknęły, podeszła do jednej ze ścian i zsunęła się po niej, czując, że właśnie traci grunt pod stopami.

26

Teresa zmarła.

Stało się to kilka dni po tym, jak Eleonora odnalazła ją pod drzwiami swojego domu. Jako przyczynę zgonu określono nagłe zatrzymanie akcji serca. Po tym wydarzeniu nikomu nie było łatwo się pozbierać. Brat Teresy, po tym jak zamieszkał w domu swojej siostry, całkowicie zamknął się w sobie. Nie wychodził na dwór, chyba że po zakupy. Ludzie w miasteczku widywali go rzadko. Jednakże nikt nie wpadł na genialną myśl odwiedzenia staruszka. Nikt, prócz Eleonory.

Dziewczyna odwiedzała swojego nowego sąsiada tak często, jak tylko było to możliwe, jednak ilość kartkówek, testów i sprawdzianów, zupełnie ją przytłoczyła. Z Karasiewiczem widywała się jedynie na lekcjach oraz zajęciach dodatkowych. Jak sobie obiecali. Nie, żeby to było takie proste, bo szatynka niejednokrotnie miała ochotę złożyć swojemu nauczycielowi… przyjacielską wizytę. Prawda była taka, że okropnie jej go brakowało. Każda sekunda, którą mogła poświęcić na odpoczynek, dłużyła się jej w nieskończoność. Nie mogła jednak nic na to poradzić.

Przecież sobie obiecali.

Kiedy na jednej z przerw mijał Alicję i Eleonorę na korytarzu, a szatynka westchnęła, jej przyjaciółka wywróciła oczami i zsunęła się po ścianie, siadając na podłodze, bo ławka była zajęta.

– Długo jeszcze masz zamiar się katować? – spytała kąśliwie blondynka, na co panna Kraszewska obrzuciła ją zdenerwowanym spojrzeniem. – No co? Przecież nie jestem ślepa. Dlaczego Karaszewicz się zachowuje tak, jakbyśmy były przeźroczyste? A właściwie, jakbyś ty była przeźroczysta?

– Długa historia – odburknęła szatynka tonem, od którego na korytarzu zrobiło się o kilka stopni chłodniej.

– Wejdźcie do klasy, zaraz przyjdę. – Eleonora podała koleżance rękę, pomagając jej wstać, po czym sama weszła do klasy. Zasiadła w ławce pod ścianą, po czym wyciągnęła podręcznik i zeszyt. Oparła głowę o splecione dłonie i westchnęła ciężko. Matematyka już nie była taka sama, jak wcześniej. Fakt, dziewczyna nadal była najlepsza, potrafiła rozwiązać każde zadanie i wzbudzała podziw kolegów, lecz nie czuła już tej satysfakcji. Po prostu straciła radość, jaka do tej pory towarzyszyła jej przy rozwiązywaniu matematycznych przykładów.

Z chwilą, gdy nauczyciel przekroczył próg klasy, jej zapał ostygł jeszcze bardziej. Obrzucił ją obojętnym spojrzeniem, nie wyrażającym żadnych uczuć, czy tych pozytywnych, czy negatywnych. Spojrzał na nią tak, jak nauczyciel powinien patrzeć na swoją uczennicę.

Eleonorze to przeszkadzało.

Była zła na Karasiewicza, który zaproponował jej powrót do poprzedniej relacji. Była też zła na siebie, że się na to zgodziła. To wszystko mogłoby potoczyć się inaczej, gdyby tylko w porę zainterweniowała. Nerwowo stukała długopisem o blat ławki i nie zauważyła, kiedy w sali zrobiło się zupełnie cicho, Kiedy wreszcie się zorientowała, napotkała palące spojrzenia z każdego kąta klasy. Zarumieniła się mocno, po czym ukryła twarz za kaskadą brązowych włosów.

– Dobrze. Dzisiaj napiszecie kartkówkę z dowodzenia. Najczęściej będą one polegały na zastosowaniu wzoru skróconego mnożenia, a także dopisaniu odpowiedniego komentarza. Czy wszyscy rozumieją? – Kilka osób pokiwało głowami. – W takim razie, przyszedł czas na moją niespodziankę.

Słowo „niespodzianka” zabrzmiało zupełnie jak „długa i powolna śmierć w męczarniach”. Nauczyciel odwrócił się w stronę biurka i z jednej z szuflad wyciągnął woreczek. – Znajdziecie tam swoje przykłady, które będziecie musieli udowodnić – wyjaśnił. – Każdy jest inny, zatem porozumiewanie się między sobą nic wam nie na. A dobrze wiecie, co czeka tych, którzy próbują ściągać z innych źródeł. – Spojrzał wymownie na chłopaków, siedzących w tylnych rzędach, po czym potrząsnął woreczkiem i z nikłym uśmieszkiem ruszył ku pierwszej ławce.

Wreszcie udało się mu dotrzeć do Eleonory. Nie spojrzała ona na Karasiewicza, tylko od razu wzięła się do losowania przykładu. Wyciągnęła z woreczka ostatnią kartkę i spojrzała na przykład. Oszacowała, że zrobienie go zajmie jej mniej niż dwie minuty.

– Skoro już wszyscy wylosowali swe przykłady, możecie zacząć pisać. Nie zapomnijcie o wypisaniu założenia oraz tezy! Macie piętnaście minut!

– Tylko?! – jęknął Kuba, na co nauczyciel uśmiechnął się krzywo.

– Uwierz, że twoje zadanie da się rozwiązać w mniej niż trzydzieści sekund. Piętnaście minut i ani chwili dłużej. Czas – start.

Uczniowie zajęli się rozwiązywaniem przykładów i przez chwilę, w pomieszczeniu słychać było tylko ciche poskrzypywanie długopisów. Nauczyciel obdarzył każdego z nich spojrzeniem, dłużej zatrzymując je na błękitnookiej dziewczynie, siedzącej w ławce przy ścianie. Bóg jeden mu świadkiem, jak bardzo tęsknił za ich rozmowami. Za jej śmiechem. Za iskierkami radości, które znajdował w jej oczach. Westchnął ciężko, odwrócił się w stronę biurka i usiadł za nim, wyciągając jakieś papiery z aktówki. Im dłużej myślał o relacji, która łączyła go z panną Kraszewską, tym większe wyrzuty sumienia mu towarzyszyły.

A jednak był świadom, że to, co łączyło ich niedawno, nie było normalne.

Nagle zorientował się, iż dziewczyna odwzajemnia jego spojrzenie. Brązowe tęczówki napotkały błękitne. Serce Eleonory zabiło dwukrotnie mocniej, zaczęło szumieć jej w uszach i po chwili odwróciła wzrok, bo coś ścisnęło ją za serce. Wzięła w dłonie kartkę, błądząc spojrzeniem po przykładzie, choć mężczyzna był pewien, że zrobiła go już dawno.

– Proszę pana? – Adam gwałtowniej przełknął ślinę i zerknął na Natalię, bojąc się, iż został przyłapany na bezmyślnym patrzeniu się na jedną ze swoich uczennic. – Czy jeżeli już skończyłam, to mogę oddać pracę wcześniej?

– A sprawdziłaś wszystko? – Nastolatka, nie wahając się ani sekundy, skinęła głową. – W takim razie, osoby, które już skończyły, mogą złożyć prace na moim biurku. Reszcie zostało… prawie pięć minut. Radzę się wam pospieszyć.

Kilka osób wstało, by oddać swoje prace, a w tym Natalia, która, ku zdziwieniu wielu, skończyła jako jedna z pierwszych. Eleonora również ruszyła w stronę biurka, lecz z każdym krokiem, jej brzuch zaciskał się nieprzyjemnie, a ręce drżały, mocno zaciskając się na kartce papieru. Odłożyła swoją pracę szybko, byleby tylko zniknąć z pola widzenia nauczyciela. Mężczyzna prawdopodobnie miał jednak inne plany, gdyż w momencie, kiedy kartka lądowała na blacie biurka, a dziewczyna bezwiednie spojrzała na nauczyciela, spostrzegła, że ten wpatruje się w nią z jakąś narastającą potrzebą.

– Eleonoro… – Coś się w niej złamało, gdy wypowiedział jej imię i musiała odwrócić wzrok, bo miała wrażenie, iż jej serce ogarnęła lodowata otchłań. – Czy miałabyś coś przeciwko, bym zwolnił cię z następnej lekcji?

Aż wstrzymała powietrze.

Ty nieczuły, pustogłowy, arogancki, paskudny, bez jakiegokolwiek poczucia smaku, dziecinny, głupi, odmóżdżony, podstępny, skretyniały, tępy idioto!

Krew w niej zawrzała. To był jego plan? Zwolnić ją z lekcji i brnąć w kolejne kłamstwa?! Udawać, że nic nigdy ich nie łączyło?! Przymknęła oczy, wzięła szybki oddech, starając się opanować. Jeśli tak stawia sprawę, to ona zagra w tę jego grę.

– Niestety, proszę pana, lecz nie sądzę, bym mogła dziś zrezygnować z zajęć. Podobno mamy zaliczać rzut piłką lekarską na ocenę.

– Przestań – rzuciła Alicja, na co Eleonora odwróciła się i posłała przyjaciółce ostrzegające spojrzenie. – Pewnie i tak będziemy grać w siatkówkę. Śmiało możesz iść.

Eleonora prawie niezauważalnie poruszyła ustami, grożąc przyjaciółce rychłą śmiercią, po czym odwróciła się z rozmachem, zarzucając swe włosy na ramię i wymusiła delikatny uśmiech, którego pojawienie się zdziwiło nauczyciela. – Dobrze pan wie, że i tak nie mielibyśmy już czego ćwiczyć. Została sama teoria i część historii. Myślę, że z tym sama sobie poradzę.

– A ja uważam, że mimo wszystko powinnaś zostać. Mam przygotowane testy z ubiegłorocznego konkursu. Zobaczymy, w jakim stopniu jesteś przygotowana…

– To może innym razem. Dziś naprawdę wolałabym iść na w-f.

Adam westchnął ciężko i skinął głową, czując, że nie zmusi dziewczyny do przyjścia na zajęcia dodatkowe. I podejrzewał, co było tego przyczyną. Nie dopuszczał jednak do siebie wiadomości, że ona mogłaby chcieć od niego czegoś więcej, niż tylko relacji na poziomie uczennica – nauczyciel. – Niech będzie, lecz następnym razem będziemy musieli przerobić ten test od początku do końca, żebyś zobaczyła, na czym to tak właściwie polega. A teraz prosiłbym cię, byś zebrała pozostałe prace, a ja w tym czasie zapiszę temat następnej lekcji.

Eleonora nie spojrzała na nauczyciela, gdy podchodził do tablicy. Nie zrobiła tego również wtedy, gdy poprosił ją, by zrobiła przykład. Była zbyt rozżalona, by przyznać, że jej reakcja spowodowana była tęsknotą pomieszaną ze złością i niezrozumieniem. Z niecierpliwością czekała na dzwonek, a gdy ten wreszcie nadszedł, jako pierwsza wyszła, a raczej wybiegła z klasy.

*

– Jesteś okropnym, podłym konfidentem! Po której stronie ty stoisz, co? Po mojej, czy jego?! – szeptała nerwowo Eleonora do Alicji, gdy drzwi łazienki zamknęły się za nimi. Alicja westchnęła, lecz nie mogła ukryć uśmiechu, który rozpromienił jej twarz. Eleonora nie potrafiła się na nią długo gniewać. Blondynka była świadoma, że jej zachowanie jest tak wdzięcznym połączeniem słodyczy i łobuzerstwa, iż nie sposób nim obrazić kogokolwiek, zwłaszcza, kiedy działała w dobrej wierze. Eleonora po krótkiej chwili zrozumiała to i odpuściła. – Dobra, tym razem ci wybaczam, ale masz tego więcej nie robić. Nie wtrącaj się, jeśli wcześniej cię o to nie poproszę.

– Powiedzmy, że się zgadzam – odparła słodko blondynka, na co jej przyjaciółka parsknęła śmiechem. – A widziałaś może Natalię? Od kilku dni mam wrażenie, że mnie unika.

– Nie tylko ciebie. – Eleonora odwróciła się w stronę przyjaciółki i zmrużyła oczy. – Myślę, że trochę się jej oberwało po tej aferze z gazetką i ma mi za złe, że się wtrąciłam. – Szatynka westchnęła ciężko i zanurzyła ręce w lodowatej wodzie. – Gabra wyjechała, a ona zrezygnowała z naszego towarzystwa na rzecz chłopaków. Co za ironia – mruknęła kąśliwie panna Kraszewska, na co Ala nie zareagowała w żaden sposób. Może dlatego, że nadal próbowała dociec, jaki był prawdziwy powód oddzielenia się Natalii od ich małej grupy…

*

Kiedy dziewczęta wyszły z toalety, zobaczyły, że przy szkolnej gablotce zrobiło się niemałe zamieszanie. I mimo złości, którą Eleonora czuła w stosunku do swojego nauczyciela, z każdym kolejnym krokiem robiło się jej coraz słabiej. Bała się, że może jednak Olga postanowiła opublikować jakiś ciekawy artykuł, który stał się sensacją wśród uczniów.

– El, dobrze się czujesz? – spytała Alicja, bacznie przyglądająca się przyjaciółce. – Zbladłaś…

Ta w odpowiedzi pokiwała głową. Zaczęła przeciskać się między ludźmi, choć nie było to takie proste, gdyż ci utworzyli żywą barierę. Nie wsłuchiwała się w komentarze innych. Po prostu chciała wiedzieć, czy artykuł czasem nie dotyczy Karasiewicza.

Jej serce zabiło mocniej, a twarz zbladła jeszcze bardziej, gdy zdała sobie sprawę, że cały czas chodziło o nauczyciela matematyki. O niego i jego bezpieczeństwo. Po prostu chciała mieć pewność, że to, co wisiało na tablicy, nie miało z nim żadnego związku.

Ale dlaczego tak naprawdę ją to obchodziło?

Przystanęła nagle i poczuła, jak Alicja odbija się od jej pleców, lecz nie mogła się ruszyć. Miała wrażenie, że ktoś skleił jej stopy z podłogą. Gdy dodała do siebie wszystkie składniki relacji jej i nauczyciela, zrozumiała.

Lubiła go. Tak bardzo, bardzo. Bardziej, niż mogła sobie na to pozwolić.

– El, idź dalej! Nie widzę, co tam jest napisane!

Szatynka zaczerpnęła głęboko powietrza i ponownie zaczęła przebijać się przez tłum. Gdy wreszcie doszła do gabloty, z mocno bijącym sercem uniosła głowę i… roześmiała się głośno, czytając ogłoszenie. Dyrektor spełnił swoją prośbę. Zaprosił wszystkich uczniów na Andrzejki. Jedynym warunkiem wejścia na salę było przebranie się w jakąś postać z bajki czy filmu.

– No to pora wybrać się na zakupy – podsumowała Alicja, a jej głos przesiąknięty był rozbawieniem oraz ekscytacją.

Eleonora przytaknęła i uśmiechnęła się szeroko, choć już od dawna wiedziała, za kogo chciałaby się przebrać…

27

Eleonora wbiegła do knajpki „Rossa”, po czym zamknęła za sobą drzwi i szybko zdjęła przemoczoną kurtkę. Nie zwróciła większej uwagi na dym papierosowy, który w nieprzyjemny sposób drażnił jej gardło, bo mogła zrozumieć, że nie ma osoby, która w taki dzień chciałaby moknąć, by wypalić jednego blanta. Stanęła przy barze i zamówiła sobie herbatę. W normalnych okolicznościach wybrałaby sok, lecz to nie były normalne okoliczności, a poza tym, nie chciała znów stracić tygodnia, wylegując się w domu z powodu choroby.

Nagle zobaczyła znajomą postać, siedzącą przy pianinie. Cicho podkradła się do niej, właściwie niepotrzebnie, bo muzyka zagłuszała wszelkie dźwięki, po czym zakryła oczy pianisty dłońmi. Mateusz parsknął śmiechem i przerwał grę, nakrywając dłonie Eleonory swoimi.

– Już myślałem, że nie przyjdziesz. Nie powiem, byłbym zawiedziony. – Szatynka uśmiechnęła się delikatnie. Rzuciła swój plecak obok pianina i usiadła przy koledze, przygryzając wargę. Nie widząc żadnego sprzeciwu z jego strony, uniosła ręce i położyła je na klawiszach. – Grasz? – spytał, mimo że wiedział, jaka będzie odpowiedź. Eleonora zaśmiała się perliście i pokręciła głową przecząco.

– Chciałam kiedyś się nauczyć, ale nie wyszło – przygryzła wargę, próbując zapanować nad śmiechem – poza tym mój instruktor wyjechał tak niespodziewanie, że nie zdążyłam przez ten czas znaleźć nikogo innego. – Mateusz parsknął śmiechem. – Ale podstawy już mam, umiem zagrać „Wlazł kotek na płotek”. – Kąciki ust chłopaka zadrgały od powstrzymywanego śmiechu, a dłonią wskazał na klawisze, zachęcając, by dziewczyna wykonała swój popisowy numer. – To nie jest dobry pomysł. Nie sądzę, by ludzie byli zachwyceni, słuchając… mojego grania.

Mateusz rozejrzał się, po czym uniósł brew. Faktycznie, argument o niezbyt zadowolonej publiczności nie był trafny. Na sali, oprócz nich, znajdowali się jeszcze ten pijak, który przyszedł tu, kiedy szatynka poszła na randkę z Jakubem i kelnerka, Anka, która udawała, że jej nie poznaje. Eleonora westchnęła i wydęła wargi, zastanawiając się, czy warto się ośmieszyć.

Zaczęła grać.

Kiedy skończyła, nie mogła powstrzymać rumieńca zażenowania i rozbawienia, który wpłynął na jej twarz. Zasłoniła policzki włosami, które zdążyły już wyschnąć na końcach, unikając spojrzenia chłopaka siedzącego obok. Ten zaśmiał się cicho i chwycił podbródek koleżanki, zmuszając ją, by na niego spojrzała.

– Jeszcze będzie z ciebie pianista. – Szatynka uśmiechnęła się, delikatnie wyrywając głowę z uścisku. Mateusz speszył się lekko, jednak szybko się pozbierał, odchrząkając cicho. – Na początek musisz jedynie pamiętać, żeby się nie garbić. – Eleonora wyprostowała się, a Mateusz skinął głową z aprobatą. – A teraz pozwolisz, że pokażę ci, jak trzymać dłonie na klawiaturze.

Nim się zorientowała, chłopak delikatnie ujął jej dłonie w swoje i położył na instrumencie. – Musisz pamiętać, żeby podczas gry nie opadał ci nadgarstek… – wyszeptał, zaś Eleonora skinęła głową. Chłopak, po chwili namysły nakrył dłoń szatynki swoją, pokazując, z jaką siłą należy naciskać na klawisze, by otrzymać dany dźwięk. Eleonora przygryzła wargę. Trochę dziwnie czuła się w towarzystwie byłego chłopaka, zwłaszcza, iż siedzieli tak blisko siebie. Dłoń Mateusza przypominała jej miękką kluskę. Jakże różniła się ona od dłoni…

Eleonora zbladła nagle i odsunęła się od Mateusza. Znów myślała o Karasiewiczu; znów w nieodpowiednim momencie. Potrząsnęła głową, chcąc wyrzucić z głowy obraz nauczyciela. Uśmiechnęła się uroczo do kolegi i zdjęła dłonie z klawiatury. – Chyba gra na pianinie nie jest dla mnie…

– No co ty, jak na pierwszą lekcję było naprawdę dobrze! – zaprzeczył, co spowodowało, że uśmiech na twarzy dziewczyny delikatnie się poszerzył. Wstała z zajmowanego miejsca, by chwilę później zasiąść przy stoliku i zająć się herbatą, która zdążyła już nieco przestygnąć. Mateusz również odszedł od pianina, dając szansę na dobrą zabawę pijakowi, odmawiającego wyjścia z lokalu. – Serio, nie sądziłem, że jednak przyjdziesz. Myślałem, że wciąż jesteś na mnie zła za… sama wiesz.

Eleonora przez chwilę obserwowała chłopaka, a następnie przygryzła wargę i pokręciła głową przecząco. – Dobrze wiesz, że nie o mnie tu chodziło. Ale cieszę się, że przeprosiłeś Karasiewicza. Zaimponowałeś mi tym.

Mateusz uśmiechnął się w odpowiedzi. Widocznie uznanie Eleonory było tym, co chciał uzyskać, kierując rozmowę na właśnie ten tor.

– Masz już strój na bal? – spytał Mateusz, jednocześnie unosząc rękę, by przywołać do stolika kelnerkę, która spojrzała na niego spod byka.

– Mam zamiar iść na zakupy z Alą w następny weekend. A ty kim będziesz?

Rozmowę przerwało pojawienie się kelnerki, u której chłopak zamówił czarną, niesłodzoną kawę, po czym skierował on swą uwagę na dziewczynę siedzącą obok. – Mój strój nie jest jakoś bardzo oryginalny. Będę Księciem z Bajki. – Eleonora zaśmiała się, wyobrażając sobie Mateusza w rycerskiej zbroi. – I teraz pozwolisz, że skorzystam z okazji, bo ja… – Nagle jego twarz sposępniała, a tęczówki pociemniały, gdy wzrok padł na jakiś punkt za oknem. Eleonora odwróciła się, lecz nie widząc niczego nadzwyczajnego, spojrzała na swego towarzysza, który pokręcił głową przecząco.

– To… chciałeś mnie o coś zapytać? – Chłopak westchnął, po czym uśmiechnął się delikatnie i skinął głową.

– Czy nie chciałabyś zostać moją Księżniczką?

Eleonora zaśmiała się głośno, sądząc, że Mateusz żartuje. Jednakże, kiedy poważna mina przez dłuższy czas utrzymywała się na jego twarzy, zrozumiała, iż on pytał na poważnie.. Szatynka poruszyła się niespokojnie i podrapała po policzku, unikając spojrzenia kolegi.

– Myślałam, że zaprosisz Natalię…

– Ciebie znam o wiele dłużej. Lubię cię i myślę, że fajnie spędzilibyśmy razem czas. – Z każdym kolejnym słowem mówił trochę szybciej. Na twarzy pojawił się mu rumieniec, który Eleonora w późniejszym czasie uznała za uroczy. Stresował się, choć tak naprawdę nie miał czym. Szatynka i tak zamierzała pójść sama, a jeśli nadarzała się okazja…

– Pójdę z tobą, ale nie licz na to, że założę jakąś bufiastą sukienkę. – Mateusz uśmiechnął się i skinął głową.

– Nawet nie wiesz, jak się cieszę. Już myślałem, że mi odmówisz.

– Widzisz, jakie masz szczęście? – zaśmiała się. Spojrzała na zegarek i westchnęła. – Powoli będę się zbierać.

– Już?! – Mateusz wstał ze swojego miejsca i pomógł założyć kurtkę dziewczynie, która uśmiechnęła się delikatnie. – Myślałem, że posiedzimy jeszcze… Powspominamy…

Eleonora westchnęła ciężko i zwróciła się w stronę kolegi. – Wszyscy się zmieniliśmy. Mam pewne priorytety i cele, których muszę się trzymać, jeżeli chcę do czegoś dojść. Dobrze wiesz, o czym mówię. – Skinął głową. Rozumiał. Gdy dziewczyna przygotowała się do wyjścia, poczuła męskie ramiona oplatające się wokół jej talii. Zdziwiona tym gestem nie od razu go odwzajemniła, lecz po chwili położyła swoje dłonie na ramionach chłopaka, czując zapach jego perfum.

– Dziękuję, że tu przyszłaś.

Odsunęła się, obdarzając chłopaka uśmiechem, którego jeszcze nie dane było mu zobaczyć. Pożegnawszy się, wzięła torbę i wyszła z kawiarni. Zdążyła jeszcze usłyszeć pierwsze dźwięki „Sonaty księżycowej”.

*

Eleonora weszła do domu, rzuciła torbę pod ścianą przy drzwiach i ruszyła do kuchni, podłączając czajnik. Mateusz był miły. I tylko dlatego zgodziła się na pójście z nim na bal. Nie odstraszał jej swą nachalnością, jak Jakub czy Marcin. Był zabawny i miał pasję. A to ceniła w ludziach bardzo. Kiedy człowiek mógł pochwalić się czymś, co sprawia mu przyjemność, co pielęgnuje i bez czego nie potrafi żyć.

Nagle usłyszała pukanie do drzwi. Nie spodziewała się żadnych gości i ktokolwiek to był, miał świetne wyczucie czasu. Zdziwiona, ruszyła korytarzem i nie wyglądając przez wizjer, otworzyła drzwi.

– Musimy porozmawiać. – Eleonora, gestem ręki zaprosiła nauczyciela do środka, a gdy ten znalazł się na korytarzu, przełknęła głośniej ślinę. Czego mógł chcieć? Czy to nie on wprowadził zakaz wzajemnych odwiedzin? Odwrócił się w jej stronie gwałtownie, a ona odsunęła się, bo przez chwilę dzieliło ich mniej niż kilka centymetrów. – Musisz uważać na Mateusza. Musisz mi uwierzyć, on nie jest dobrym człowiekiem.

Dziewczyna spojrzała na mężczyznę dziwacznie, po czym zmarszczyła brwi i skrzyżowała ramiona. – Serio? Przyszedł pan tylko po to, by mi to powiedzieć?

Milczał.

Szatynka przygryzła wnętrze policzka, próbując się opanować. A czego ona chciała? By przyszedł i powiedział, że mu na niej zależy? To nie było romansidło, czy bajka, by książę przyszedł i wyznał swoją miłość do księżniczki zaraz po tym, jak zrobił jej dramę nie wiadomo o co… To było życie. Była ona i był Adam Karasiewicz. Nie widziała żadnego dobrego rozwiązania całej tej sytuacji. Dlaczego dręczył ją swą obecnością?

– Eleonoro…

Nagle do jej głowy przyszła myśl tak zabawna, tak nierealna, że musiała się uśmiechnąć. Wyzywająco spojrzała w brązowe tęczówki, po czym słodko przygryzła dolną wargę. – Niech pan przyzna… – zaczęła cicho, co spowodowało, że w głowie nauczyciela zapaliła się czerwona lampka. – Widział pan mnie i Mateusza, dziś, w barze…

– Widziałem. – Nie zaprzeczył. Eleonora poczuła, że jej serce z każdą chwilą bije coraz szybciej. – I jestem coraz bardziej zaniepokojony. On nie jest mężczyzną dla ciebie. Nie wiesz, do czego są zdolni… Jego ojciec…

– Niech pan przyzna – wyszeptała, nie robiąc żadnego kroku w stronę matematyka. – Niech pan przyzna, że nie chodzi tylko o niego i jego ojca. – Spojrzenie, które jej posłał zawierało ostrzeżenie, a jednocześnie poruszyło jej serce do granic możliwości. – Jest pan zazdrosny… Bo chociaż chce pan, bym była daleko, choć wybrał pan karierę, to jest pan zazdrosny… Niech pan to powie.

Przez chwilę wpatrywał się w nią tak intensywnie, że poczuła się nieswojo, zarumieniła się i ponownie przygryzła wargę. Rozprostowała ręce, które opadły wzdłuż jej ciała, lecz nie odwróciła wzroku od brązowych tęczówek, wywiercających dziurę w jej oczach.

– Masz rację – przyznał wreszcie, a ona wstrzymała oddech, kiedy znalazł się na tyle blisko, że jej piersi ocierały się o jego tors. – Chodzi też o ciebie, bo nie mogę wyobrazić sobie, że ty mogłabyś z nim…

Może i głupim zachowaniem było uniesienie ręki i delikatne muśnięcie dłonią jego policzka, lecz ten wzrok… Jeżeli tak patrzy… Jeśli nie strącił jej ręki… To nie mogło być nic innego.

On również położył swoją dłoń na jej policzku i przez moment, gdy wyczuła, że się rozmyśla, zmusiła się do reakcji. Jej sny… Może to naprawdę było jej przeznaczone? On był jej przeznaczony? Złapała jego dłoń, nim zdążył ją cofnąć i przytrzymała. Z obawą spojrzała mu w oczy, szukając potwierdzenia tego, czego sama tak bardzo pragnęła i gdy już tu zrobiła, zabrakło jej tchu i nie potrafiła już odwrócić wzroku.

Pożądał jej.

Skóra płonęła od samego jego dotyku, każdy jej centymetr chciał się wyrwać do niego, a kiedy mężczyzna zsunął wzrok na nos szatynki, a następnie usta, oblizała je i zerknęła na jego wargi. Z każdą sekundą był coraz bliżej, a w końcu znalazł się tak blisko, że poczuła jego oddech na policzku. Słyszała głuche uderzenia swojego serca, a gdy podniosła spojrzenie, przestało istnieć wszystko, poza nim.

– Adam, tu jesteś! – Eleonora odsunęła się od mężczyzny tak gwałtownie, że uderzyła plecami o ścianę, zdezorientowana. Nabrała powietrza do płuc, mając wrażenie, że przez kilka minut się dusiła i w pewnym momencie zobaczyła Jana, który stał przy wejściu do kuchni. – Eleonoro, wybacz, że nachodzę, lecz popsuł mi się kran i cieknie mi woda, a pasowałoby, by ktoś mi trzymał wiaderko. – Tu zwrócił się do matematyka. – Nie było cię w domu i pomyślałem, że będziesz tutaj. Nie ma czasu do stracenia, pomożesz mi?

– Oczywiście. – Głos Karasiewicza był zachrypnięty, a jego brzmienie wywołało ciarki na ciele szatynki. Mężczyźni zaczęli wychodzić, lecz dziewczyna nie mogła tego tak zostawić. Przecież ona i on… prawie się pocałowali!

– Adam – rzuciła żałośnie, nie będąc w stanie wymyśleć innego dobrego zwrotu. Przecież nie będzie mówić „per pan” do faceta, który zdołał wywołać w niej takie emocje, taką pasję… Matematyk drgnął przeraźliwie i wiedziała, że wyraz jego oczu zapamięta do końca życia.

– Porozmawiamy o tym… kiedyś – wyrzucił, zanim wyszedł z jej domu.

Eleonora stała na korytarzu, nie będąc do końca świadomą, co właściwie miało miejsce. A raczej, co miejsca nie miało. I nawet gwizd czajnika nie pomógł jej wyrwać się z tego stanu.

Wiedziała, że najbliższa noc będzie niezwykle ciężka.

28

– Jeśli mi nie powiesz, o co ci chodzi, to zaraz ci coś zrobię! – warknęła sfrustrowana Alicja. Już kolejną przerwę przesiadywała z Eleonorą w toalecie, a wyglądało to tak, jakby przed kimś się ukrywały. Szatynka westchnęła ciężko i oparła dłonie o umywalkę.

– Zrobiłam coś głupiego. Bardzo, bardzo głupiego… Boże, jak mogłam do tego dopuścić?!

– Przestań! – Alicja odwróciła przyjaciółkę w swoją stronę i uderzyła ją w ramię, co szatynka skomentowała cichym syknięciem. – Zachowujesz się jak wariatka! Mów, o co chodzi?! Co się stało?!

Eleonora westchnęła i przetarła dłońmi twarz, po czym pokręciła głową. W tamtym momencie naprawdę wyglądała jak wariatka i Alicja zaczynała się martwić o przyjaciółkę. – Prawie całowałam się z Karasiewiczem – wyszeptała tak cicho, że blondynce wydawało się, iż sobie to wymyśliła. Kiedy jednak panna Kraszewska nie zaśmiała się, nie powiedziała, że to żart, Alicja zbladła, by następnie uśmiechnąć się promiennie.

– Wiedziałam! – Blondynka przygryzła wargę i powstrzymując się od piszczenia na całą szkołę, przytuliła przyjaciółkę, po czym pociągnęła ją pod ścianę, gdzie usiadły. – Jak to się stało?! I dlaczego nie mówiłaś wcześniej?! W dodatku zachowujesz się, jakbyś nie chciała go teraz spotkać?

– Bo ja nie chcę teraz go spotkać! – odpowiedziała ostro szatynka, a widząc zdezorientowane spojrzenie koleżanki, westchnęła. – Wczoraj bardzo długo myślałam o… o nim. I o mnie. To nie ma prawa bytu. – Alicja chciała zaprotestować, lecz Eleonora nie dała jej takiej możliwości. – Gdyby ktoś dowiedział się o tym, bylibyśmy straceni. Zresztą, o czym ja mówię. Do niczego nie doszło. On pewnie nawet nie myślał o mnie w ten sposób.

Ale to jego spojrzenie… Ten wzrok… Delikatny dotyk…

– El… – Szatynka przełknęła rosnącą gulę w jej gardle i spojrzała na przyjaciółkę, która uśmiechnęła się do niej delikatnie. – Mogę tylko domyślać się, co czujesz w tym momencie. To jest ta chwila, kiedy musisz sama zdecydować, co w tej sytuacji należy zrobić, chociaż wiesz, co bym zrobiła ja. – Eleonora uśmiechnęła się niemrawo i skinęła głową. – Karasiewicz może nie jest najsympatyczniejszym człowiekiem na Ziemi, jednak zauważyłam, jak na ciebie patrzył przez ostatnie tygodnie…

– Wymyślasz – odparła Eleonora, uśmiechając się delikatnie. Och, jak bardzo pragnęła, by słowa Alicji były prawdziwe.

Gdyby tylko ona nie była jego uczennicą, a on jej nauczycielem.

Nagle zdała sobie sprawę, że ich statusy nie są jedyną przeszkodą. Przecież dzieliło ich jedenaście lat. Całkiem sporo. On był szanowanym profesorem, a ona zwykłą, pospolitą uczennicą. Był mężczyzną; co mogła mu zagwarantować, prócz swojego ciała? Kim był? Do czego dążył w życiu? Co kochał, jakie miał cele?

Eleonora westchnęła. Przecież tak naprawdę go nie znała.

Gdyby tylko dał się poznać, ona potrafiłaby otworzyć przed nim duszę i serce.

– No to nieźle. – Eleonora spojrzała na Alicję, która szczerzyła się od ucha do ucha. – Wpadłaś, moja droga, wpadłaś. Od kilku minut próbuję do ciebie dotrzeć. Jesteśmy spóźnione na matematykę.

Cholera!

*

Eleonora stanęła z szybko bijącym sercem przed klasą numer trzy. Uniosła rękę i zapukała, czekając, aż usłyszy ciche: wejść. Nauczyciel stał do niej tyłem, przy jej ławce, która w tamtym momencie stała pusta. Odwrócił się, kiedy nastolatka weszła do środka.

– Przepraszamy za spóźnienie, ale… – Alicja próbowała wyjaśnić zaistniałą sytuację, jednak nauczyciel nie dał jej takiej możliwości.

– Nie marnujcie czasu mojego i swoich kolegów. Siadajcie do ławek. – Eleonora przemknęła obok Karasiewicza, starając się unikać jego spojrzenia, mimo że jego wzrok palił. Pospiesznie wyciągnęła podręcznik i zeszyt, po czym mocno zacisnęła dłonie na okładce, gdy usłyszała głos nauczyciela: – Zostajecie po lekcji.

Eleonora poczuła, jak Alicja delikatnie uderza jej rękę łokciem, a gdy dziewczyna spojrzała na blondynkę, zobaczyła, jak ta charakterystycznie porusza brwiami.

Jakże reakcja Eleonory różniła się od reakcji Alicji.

*

Przez całą lekcję Adam udawał, że nie zauważa uczennicy, siedzącej przy ścianie w pierwszej ławce. Nie wzywał ją do tablicy, nie pytał o nic. Zupełnie ignorował jej obecność na lekcji. Tak, jakby w ogóle w niej nie uczestniczyła. Gdy zadzwonił dzwonek, serce dziewczyny chciało wyskoczyć z piersi. Zaczęła liczyć sekundy, które dzieliły ją od ostatecznego.

Uczniowie zaczęły wychodzić z klasy, zaś Alicja pociągnęła przyjaciółkę w stronę biurka. Adam schował dokumenty do aktówki, po czym spojrzał na dziewczęta, dłużej zatrzymując spojrzenie na szatynce. – Teraz możecie mi wytłumaczyć, dlaczego się spóźniłyście.

– To moja wina – powiedziała szybko Alicja, nim jej przyjaciółka zdążyła zareagować. – Miałam… mały problem i utknęłyśmy na przerwie w łazience. – Adam widocznie nie miał zamiaru drążyć tego tematu, bo skinął głową i pozwolił na odejście blondynki. Panna Kraszewska została sam na sam ze swoim nauczycielem, jednak nie mogła powiedzieć, żeby się z tego cieszyła.

– Eleonoro… – Prawie jęknęła, bo sposób, w jaki wypowiadał jej imię, daleki był od zwykłego tonu, którym posługiwał się w stosunku do innych uczniów. Wreszcie znalazła w sobie siłę, by spojrzeć mu w oczy, lecz od razu tego pożałowała. Matematyk wstał zza biurka i zatrzymał się tuż przed szatynką, po czym przetarł dłońmi zmęczoną twarz. – Ja…

– Nie musi pan nic mówić. Rozumiem. – Uśmiechnęła się smutno, wiedząc, co chce jej przekazać. Że to nie ma prawa bytu, że on jednak nic do niej nie czuje. – To moja wina. Wczoraj – westchnęła – nie wiem, co we mnie wstąpiło. Naprawdę.

– Uważasz, że to był błąd?

Czy on naprawdę o to zapytał? Coś zakuło ją w środku, gdzieś w okolicach serca, a ręce drżały, gdy patrzył na nią tak rozpaczliwie. – Nie, nie był – przyznała, choć widząc wyraz jego twarzy, miała ochotę uciec stamtąd jak najszybciej. Mężczyzna wypuścił długo wstrzymywane powietrze i zbliżył się do niej jeszcze bardziej.

– Ja też nie uważam tego za błąd. – Uniósł dłoń i musnął opuszkami palców jej policzek, a Eleonora zadrżała od intymności tej pieszczoty. Wszakże cała magia, jaka utworzyła się między nimi, zniknęła wraz z chwilą, z którą mężczyzna odsunął się i opuścił rękę. – A jednak dobrze wiesz, że nasza sytuacja jest… skomplikowana.

– Niedopowiedzenie roku – zaśmiała się rozpaczliwie. – To szaleństwo! Jesteś moim nauczycielem, a ja twoją uczennicą! Co niby w tej sytuacji mamy zrobić?! Nie wyobrażam sobie, że będziemy chować się po kątach, by móc chociażby ze sobą porozmawiać! Nie chcę takiego życia!

– Sądzę, że rozumiesz moje obawy – powiedział cicho, przymykając oczy. – Czuję coś do ciebie. Więcej, niż bym sobie tego życzył, ale…

– Wiem – powiedziała cicho. I mimo że gdzieś w środku czuła zawód, była pewna, iż to najlepsze wyjście.

– Nigdy nie sądziłem, że poznam kogoś takiego jak ty – wyszeptał, a ona z każdą sekundą czuła się coraz gorzej. Poczuła, że w jej oczach pojawiają się łzy, lecz wiedziała, iż kiedy na niego spojrzy, ich już nie będzie. – Eleonoro…

– Rozumiem, że to najlepsze wyjście, lecz dlaczego to tak boli? – Wiedziała, że w tamtym momencie musiała wyglądać żałośnie, lecz nie przejmowała się tym. Dziewczyna odwróciła twarz, by nie widział jej wyrazu i prawie krzyknęła, gdy poczuła silne ramiona, oplatające się wokół niej. Uścisk był silny, rozpaczliwy i wyrażał te emocje, których słowa nie mogły opisać. Karasiewicz wtulił twarz w jej włosy i wziął głęboki wdech, chcąc zapamiętać zapach kobiety, którą przyszło trzymać mu w ramionach. Przywarła do niego z całej siły, chcąc zapamiętać każdy szczegół… Kiedy ICH już nie będzie. Przycisnęła swoje dłonie do jego pleców i dopiero wtedy przypomniała sobie o oddychaniu.

Trwali w tym uścisku przez krótką chwilę. Adam odsunął się od uczennicy i powstrzymując się od obdarzenia jej policzka pieszczotą, cicho powiedział:

– Idź już, bo spóźnisz się na następną lekcję.

Eleonora chciała jeszcze coś dodać, lecz widząc rezygnację w oczach matematyka, odpuściła. Wzięła torbę, po czym westchnęła ciężko i powolnym krokiem ruszyła do drzwi. Nagle odwróciła się i patrząc w oczy nauczyciela, wyszeptała:

– Nie dam rady o tym zapomnieć.

Wyszła. Mężczyzna westchnął ciężko i zasiadł za biurkiem, ukrywając twarz w dłoniach.

– W takim razie jesteśmy skazani na cierpienie, bo ja też z pewnością nie zapomnę…

*

Eleonora stanęła obok Alicji, która czekała na rewelacje z klasy matematycznej. Gdy przez dłuższy czas szatynka się nie odzywała, blondynka zaczęła tracić cierpliwość.

– No i co?! Powiesz mi, czy przez zamierzasz milczeć przez kolejne lata?!

– Zrobiliśmy to, co uznaliśmy za słuszne. – Uśmiech z twarzy Alicji zniknął tak szybko, jak się pojawił. Dziewczyna zmarszczyła czoło i spojrzała dziwnie na przyjaciółkę.

– Co to znaczy?

– Że postanowiliśmy nic z tym nie robić – odburknęła panna Kraszewska. Prawda była taka, że nie miała ochoty wracać do tego tematu. Ta rana była świeża, nawet bardzo. W dodatku lekarz, który ją zszywał był niezwykle niekompetentny, przez co dziewczyna czuła jeszcze większy ból. – Wiem, co chcesz powiedzieć, ale proszę, daj sobie spokój. Sytuacja, w której się znaleźliśmy…

– Marnujecie swoją szansę – przerwała oschle Alicja, co było do niej niezwykle niepodobne. Eleonora spojrzała na przyjaciółkę, która wręcz poczerwieniała ze złości. – Wiesz, co ja bym dała, żeby spotkać się z Mikołajem? Nie, nie wiesz, bo nigdy nie byłaś w sytuacji, kiedy musiałaś zostać pozbawiona części swojej duszy! On nią był, a przez ten durny wyjazd, znów jestem sama! – Szatynka aż szerzej otworzyła oczy. – Chciałam powiedzieć ci to łagodniej, ale widzę, że się nie da! Jeśli czegoś nie zrobisz, będziesz żałować do końca życia!

– Tak, właśnie, będziesz żałować! – Eleonora odwróciła się i zobaczyła Jakuba, który, można by powiedzieć, uśmiechał się niemal nieśmiało. Od czasu afery z artykułem rozmawiali ze sobą zdawkowo, a fakt, iż w tamtym momencie postanowił do niej zagadać. – El, masz może chwilkę? Ala, nie obrazisz się, nie? Potem sobie poplotkujecie o czymś, o czym tam gadałyście…

– Nie obrażę się, ale my mamy jeszcze sprawę do obgadania. – Alicja zagroziła palcem przyjaciółce, po czym weszła do otwartej klasy, zaraz za Natalią. Eleonora odeszła z Jakubem na ubocze, czekając na to, co chłopak ma do powiedzenia.

– Powiem prosto z mostu. Czy nie chciałabyś iść ze mną na ten bal, pod koniec listopada?

Była chyba jeszcze bardziej zaskoczona, niż wtedy, kiedy zaprosił ją Mateusz. Przez ostatnie kilka tygodni miała wrażenie, że Jakub nie będzie chciał mieć z nią więcej do czynienia… Przecież wydała go przed Karasiewiczem. Nie gniewał się na nią? Zachowanie to było na tyle dziwne i nieprawdopodobne, że Eleonora musiała odczekać chwilę, nim zorientowała się, że musi w jakiś sposób odpowiedzieć.

– Kuba… naprawdę schlebia mi to, że o mnie pomyślałeś, ale ja już mam partnera.

– Co? Kto cię niby zaprosił? – Czy w jego głosie naprawdę słyszała wyrzut? A może wydarzenia, których była uczestniczką tego dnia, rzuciły się jej na mózg? – To Marcin?

– Nie, idę z Mateuszem – odparła dziwnym głosem. – Kuba…

– W porządku. W takim razie nie ważne. Chodźmy na lekcję.

Chłopak uśmiechnął się, choć wiedziała, że wcale nie było mu do śmiechu. Prawdę mówiąc, jej też nie. To był naprawdę trudny dzień.

29

– To za kogo chciałabyś się przebrać? – spytała Alicja, przeglądając stroje w wypożyczalni, którą swoją drogą znalazła w Internecie. – Mamy tu Wonder Woman, wiedźmę, Czerwonego Kapturka, Rzymiankę, wampira…

– Wiesz, wolałabym coś bardziej klasycznego.

– Zakonnica? Patrz, nawet krzyżyk dają w zestawie! Jeśli chodzi o welon i… sukmanę, można wybrać sobie kolor. – Eleonora zaśmiała się i pokręciła głową niedowierzająco, po czym odeszła w stronę sekcji sukienek. Szatynka przesunęła dłonią po stroju Anny Kareniny i przez chwilę zawahała się. Mateusz chciał, by była jego Księżniczką. Może powinna się poświęcić? To będzie jeden wieczór. Jedna noc. I tak pewnie nie będzie dużo tańczyć.

– Przepraszam, może pomogę? Szuka pani czegoś konkretnego? – Eleonora odwróciła się, wypuszczając z rąk sukienkę, którą trzymała w rękach. Uśmiechnęła się przepraszająco do starszej ekspedientki, po czym schyliła się i odwiesiła strój, stwierdzając, że nie dla niej jest on przeznaczony. – Może chciałaby pani obejrzeć naszą nową kolekcję wzorowaną na UFO? Jest strój zielonego kosmity, niebieskiego kosmity, czerwonego kosmity… Jest też kostium statku kosmicznego.

– A miałaby pani może jakiś strój, nawiązujący do „Dumy i uprzedzenia”?

Ekspedientka spojrzała ze zdziwieniem na stojącą przed nią dziewczynę, po czym uśmiechnęła się tajemniczo. Poprosiła, by nastolatki poczekały chwilę, przy czym sama zniknęła za drzwiami, prowadzącymi do magazynku i przez dłuższy moment nie wracała. Eleonora poruszyła się niespokojnie. A jeśli coś jej się stało? Pokręciła głową przecząco. Złe doświadczenia dawały o sobie znać.

– El, spójrz! Znalazłam kostium dla siebie! – Alicja trzymała w rękach strój pirata, złożony z bufiastej czarnej spódniczki, gorsetu i marynarki, ozdobionej złotymi wzorkami. Do kompletu dołączony był piracki kapelusz oraz przepaska na oko. Eleonora zachichotała, widząc entuzjazm przyjaciółki, a zarazem pochwaliła jej wybór.

Zresztą, cokolwiek Alicja by nie wybrała, i tak wyglądałaby perfekcyjnie.

– Panienko! – Starsza ekspedientka wyszła z magazynku, niosąc w rękach jakiś strój. Szatynka uchyliła usta, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi. – To sukienka wzorowana na stroju Elizabeth Bennet, którą nosiła na jednym z przyjęć. Niestety pamięć mi szwankuje i nie pamiętam, na którym…

Eleonora westchnęła z zachwytu, bo ta sukienka była tym, czego szukała. Biała, skromna, ozdobiona srebrną tasiemką w pasie i delikatną koronką przy dekolcie. Delikatnie przechwyciła strój od staruszki i przyłożyła ją do siebie. Odwróciła się do przyjaciółki, a ta obrzuciła szybkim spojrzeniem sukienkę, przy czym skrzywiła się dziwnie. – Naprawdę nie chcesz założyć czegoś bardziej… ekstrawaganckiego? Na przykład, tu masz strój seksownej kobiety – jaskiniowiec.

Szatynka spojrzała otępiale na przyjaciółkę, po czym zaśmiała się głośno. – Jednak wolę przebrać się za Elizabeth. Nie będę zwracać na siebie takiej uwagi.

– No nie wiem. Będziesz w tym wyglądać jak uciekająca panna młoda. Tego twojego filmu nikt nie oglądał, no chyba że jakiś desperat… – Eleonora prychnęła, niczym rozjuszona kotka, po czym zwróciła się do ekspedientki:

– Czy mogłaby pani przetrzymać dla nas te stroje? Potrzebne będą nam dopiero dwudziestego dziewiątego listopada. – Staruszka skinęła głową i uśmiechnęła się promiennie.

– Ostatnio był tu chłopiec. Miły był i grzecznie się zachowywał. Zamówił sobie strój Darcy’ego, również na dwudziestego dziewiątego listopada. Kto wie, może idziecie na to samo przyjęcie? – Eleonora i Alicja spojrzały po sobie konspiracyjnie. – Łączny koszt wypożyczenia, to sto złotych. Na jakie nazwisko zapisać rezerwację?

– Kraszewska. – Dziewczyny pożegnały się z ekspedientką i żwawym krokiem ruszyły na dalszy podbój galerii.

*

– Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem spędzałyśmy czas w taki sposób. – westchnęła Alicja, dosypując cukru do kawy. – Szkoda tylko, że Natalka odmówiła i nie przyszła razem z nami. Swoją drogą, ciekawa jestem, za kogo ona się przebiera.

Eleonora wzruszyła ramionami. – Ja nie pamiętam, kiedy ostatni raz z nią rozmawiałam. Unika mnie i prawdę mówiąc nie wiem, dlaczego. – Dziewczyna spróbowała szarlotki, którą sobie zamówiła i po prostu musiała się uśmiechnąć. Ciasto było pyszne. Zresztą, nie spodziewała się niczego innego po takich cenach… Dwadzieścia złotych za jeden kawałek? Już bardziej opłacałoby się zrobienie szarlotki w domu. – Wybrałaś ciekawy strój – mruknęła Eleonora, zmieniając temat. – Zamierzasz zarzucić na kogoś swoją wędkę?

– Głupia – prychnęła Alicja. – Idę tam tylko dlatego, że ma być dobre jedzonko. I może po to, żeby ci trochę potowarzyszyć. – Szatynka skinęła głową i uśmiechnęła się delikatnie, biorąc kolejny kęs szarlotki do ust. – A możesz mi wytłumaczyć, jaki jest fenomen tej postaci, za którą się przebierasz? I kim jest ten cały Darby?

– Darcy – poprawiła ją Eleonora, a jej uśmiech delikatnie poszerzył się. – To długa historia…

– Oczy ci błyszczą – zauważyła Alicja, uśmiechając się delikatnie. – Podoba ci się ten koleś?

– Ala, on nie istnieje – zaśmiała się szatynka.

– Ale gdyby istniał, to byś się za niego brała, nie? – Szatynka wzruszyła ramionami i upiła łyk herbaty. – Chociaż był przystojny?

– Niby był…

– A miał dziewczynę?

– Miał Elizabeth.

– Uhu, to już wiem, dlaczego ta ekspedientka tak się na ciebie gapiła. Przebierasz się za Elizabeth, a jakiś gościu będzie Darby’m. – Alicja wyszczerzyła się. – Mogę się założyć, że to Mateusz. Moja mama widziała go dwa dni temu na zakupach, pewnie wtedy zamówił strój.

Eleonora już miała coś odpowiedzieć, gdy kątem oka zobaczyła chłopaka, z którym na początku roku prowadzała się Natalia. Przeprosiła na moment przyjaciółkę i wybiegła za młodym mężczyzną, chcąc się go wypytać o brunetkę. Eleonora była pewna, że może on coś wiedzieć na temat jej koleżanki i zmiany, która w niej zaszła. Nie spodziewała się tego, co usłyszała. – Natalia? – Chłopak zaśmiał się ironicznie. – Nie pamiętam, kiedy ostatnio ją widziałem.

– Ale jak to? – spytała zaskoczona szatynka. – Przecież sama widziałam! Nie spotykaliście się?

Chłopak westchnął ciężko i zmierzwił dłonią swoją czuprynę. Eleonora widziała, że było mu ciężko i niezręcznie, lecz musiała dowiedzieć się, o co chodziło z Natalią.

– Dobrze widziałaś. Spotkaliśmy się – raz. Odebrałem ją ze szkoły, potem pojechaliśmy do kina, zamówiliśmy popcorn i colę. Sama wybrała film; jakąś komedię romantyczną. Nie przepadam za takimi historiami, ale się poświęciłem. Bo mi zależało – wyznał. – Myślałem, że coś z tego wyjdzie. Ale jak wieczorem odwiozłem ją do domu… No cóż, łagodnie rzecz ujmując, powiedziała, że nie ma dla nas szans i jednak się jej nie podobam. Rozumiesz, odwidziało jej się.

– I nie kontaktowaliście się więcej? – Chłopak pokręcił głową przecząco, po czym wyciągnął telefon i odczytał godzinę.

– Wiesz, miło się gadało, ale muszę już iść, bo spieszę się do pracy. Jak spotkasz Natalię, to możesz ją ode mnie pozdrowić i powiedzieć, żeby kiedyś mnie odwiedziła w sklepie.

– Mhm, przekażę jej. – Chłopak kiwnął głową na pożegnanie i ruszył w kierunku sklepu, w którym pracował. Eleonora odprowadziła go wzrokiem, zastanawiając się, o co właściwie chodzi w całej tej sytuacji. Natalia nie interesowała się sprzedawcą… W takim razie kim? W końcu dziewczyna postanowiła wrócić do przyjaciółki i czym prędzej postanowiła opowiedzieć jej o tym, czego się dowiedziała.

Eleonora była jeszcze bardziej zszokowana, gdy Alicja uświadomiła ją, iż Natalia przez cały ten czas twierdziła, że umawia się ze sprzedawcą. – Może tak naprawdę on ją rzucił? I nie chciał, żeby pewna szatynka o błękitnych oczach zaatakowała go w odwecie za przyjaciółkę?

– A bierzesz pod uwagę opcję, że to ona coś kombinuje? – spytała niepewnie Eleonora, patrząc na blondynkę. – Może po prostu się zakochała i sklepikarz nie spełniał jej oczekiwań?

– Wiesz, to by miało sens. Tylko pytanie brzmi: kim jest ten wybranek serca, o którym nie chce nam powiedzieć?

– Skoro nie chce mówić, to znaczy, że jest z nim coś nie tak…

Eleonora nie potrafiła jednak stwierdzić, co takiego może go wyróżniać spośród innych facetów. Miała jedynie nadzieję, że to nie jest Jakub. Żadna dziewczyna nie zasługiwała na takiego żigolaka i bezdusznego, samozwańczego króla życia, jak on.

*

Eleonora wróciła do domu późnym wieczorem. Autobusy już dawno przestały kursować i czekała ją długa, samotna podróż. Niebo zrobiło się granatowe, pojawiały się pojedyncze gwiazdy, zaś księżyc świecił niezwykle mocno, rozświetlając drogę. Szatynka nie lubiła takich chwil. Nie czuła się bezpiecznie, mimo że pokonywała tą trasę każdego dnia.

Lampy migotały niebezpiecznie i dziewczyna sama nie wiedziała, kiedy zaczęła biec. Po niedługim czasie poczuła, że traci siły i w tamtym momencie przeklinała swoją beznadziejną kondycję. Przypomniał się jej wredny ton nauczyciela wychowania fizycznego i zdanie, które wypowiedział przy zaliczaniu biegu na czterysta metrów, które niezwykle ją zdenerwowało:

Kraszewska, jak będziesz tak biegła, to niedługo babcie chodzące o lasce cię przegonią!

Tym razem miała ochotę przyznać mu rację. Jednakże, mimo rosnącego zmęczenia, biegła dalej. Za bardzo się bała, by mogła przestać. Aż miała ochotę zapłakać, gdy z oddali zaczął wyłaniać się jej ogród.

*

Weszła do domu i oparła się o drzwi, próbując opanować szalejące serce. Przymknęła oczy. Była tchórzem. Cholernym tchórzem. Nie miała pięciu lat, by bać się ciemności. Wystarczyło, że chowała się pod kołdrą, kiedy słyszała uderzenia pioruna podczas burzy. Zaświeciła światło i odetchnęła. To był jej dom. Jej przystań, do której mogła wrócić. Miejsce, gdzie czuła się bezpiecznie.

Prawie.

Ktoś zaczął dobijać się do drzwi. Dobijać, w sensie dosłownym. Serce dziewczyny znów chciało wyskoczyć z jej piersi. Wyjrzała przez wizjer i poczuła dreszcz, przebiegający przez całe jej ciało. Adam Karasiewicz stał przed jej drzwiami i wyraźnie czekał, aż mu otworzy. A ona zamierzała skorzystać z tej okazji. Pociągnęła za klamkę i otworzyła drzwi. Delikatny wiatr rozwiał włosy mężczyzny, a spojrzenie, jakie jej posłał, spowodowało, że przez chwilę wstrzymała oddech.

– Eleonoro, ja nie mogę zapomnieć…

30

– Nie mogę czekać. Nie dam rady się dłużej powstrzymywać – wyszeptał drżącym z pożądania głosem, na co Eleonora westchnęła i przymknęła oczy. Adam zaczął mieć nadzieję… Jeśli się nie odsunęła… Jeżeli nie kazała się mu wynosić… Zatem może znaczy to, że ma szansę…

Spróbuj, tchórzu!

Stała, oparta o ścianę, a Adam pochylił się nad nią, zasłaniając wszystko inne. Drgnęła ze zniecierpliwienia, gdy poczuła jego oddech na swoich wargach. To musiało się wydarzyć. Jeśli nie teraz, to kiedy indziej. Miała jednak pewność, że oboje za bardzo się pragnęli, by odpuścić. Opuszkami palców gładził jej policzki, nos i obrysował usta. Jej serce biło niemiłosiernie szybko i wiedziała, że gdyby na niego spojrzała, mógłby spostrzec ogień w błękitnych oczach. Chciała tego. Pragnęła tego mężczyzny jak nikogo wcześniej. Każda sekunda dłużyła się jej w nieskończoność, lecz to, co później się stało, warte było czekania.

Ich usta otarły się o siebie w najdelikatniejszym z pocałunków, z każdą sekundą przybierającym na sile. Jego usta były chłodne, ale kiedy ją pocałował, wyczuła, że wewnątrz są ciepłe i miękkie. Smakował jakimś mocnym alkoholem, przez co miała ochotę się od niego odsunąć, lecz jedną ręką objął ją w pasie, przyciskając do siebie, a drugą zaczął gładzić jej kark. Dreszcz przebiegł przez całe jej ciało. Eleonora westchnęła mężczyźnie w usta. Jego pocałunki były tak idealne, tak perfekcyjne, że w tamtym momencie nie wiedziała, jak się nazywa. Stanęła na palcach i objęła go, by móc się przytulić do jego mocnego ciała i delikatnie zassała jego dolną wargę, by następnie zająć się górną. Kiedy poczuła ciepły język pieszczący jej wargi, bez wahania uchyliła usta. Smakował ją niemal z bolesną powolnością. Gdy ich języki się zetknęły, jęknęła i bardziej przyległa do niego, by nie upaść, bo nogi odmówiły jej posłuszeństwa. Walczyli o dominację, o przyjemność, o namiętność i żadne z nich nie chciało ustąpić. W pewnym momencie usłyszała, że dzwoni jej telefon, ale nie odsunęła się od mężczyzny, na którym w tamtym momencie ograniczył się jej świat. Położyła swoje dłonie na jego policzkach i polizała jego wargi, a on w odpowiedzi mruknął cicho, co spowodowało, że kolejny dreszcz przeszedł przez jej ciało. Ich pocałunki stały się tak namiętne, że zaczynało brakować jej tchu, języki kochały się w najbardziej intymny sposób i zaczęła czuć, że pragnie więcej. Dużo więcej. Przeniosła dłonie na jego plecy, głaskając je i drapiąc od czasu do czasu. Był dla niej idealny. Perfekcyjny. I w tamtym momencie był tylko jej.

Kolejny jęk wyrwał się z jej gardła, gdy poczuła, jak jego dłonie rozpoczęły wędrówkę po jej ciele. Zacisnęła dłonie na kołnierzyku koszuli mężczyzny, nie pozwalając mu się oderwać od pocałunku ani na sekundę. Jego usta robiły z nią nieprawdopodobne rzeczy, a same pocałunki… Miała wrażenie, że unosi się tysiąc metrów nad ziemią. Gdy odsunął się od niej prawie krzyknęła z irytacji, by następnie wstrzymać oddech, kiedy przeniósł swoje wargi na szyję. Gładził dłońmi jej kształty, jednocześnie dociskając do ściany. Z ciekawością wysunęła swoje biodra w jego kierunku i zadrżała, wyczuwając jego erekcję. Zadrżała po raz kolejny, kiedy musnął wrażliwą skórę na jej szyi swoimi wargami, przygryzł ją, po czym natychmiast złagodził to miejsce wilgotnym językiem. Nie chciała pozostać bierną, więc wplotła dłoń w jego włosy i pociągnęła delikatnie, jednocześnie obdarzając pocałunkami kość policzkową, schodząc po szczęce, docierając aż do szyi. Dreszcz przeszedł przez jej ciało, kiedy westchnął z przyjemności. Złapał ją za podbródek i ponownie skierował się na jej usta. To, co czuła… Tego nie dało się opisać słowami. To była pasja i namiętność w czystej formie. A Adam właśnie spełnił jej największe marzenie.

Znów czuła się kochana.

– Przepraszam… Przepr… – Położyła palec wskazujący na jego ustach i pozwoliła sobie oprzeć głowę na jego ramieniu. Objął ją delikatnie, niepewnie i zanurzył twarz w jej włosach, wdychając ich zapach.

– Dlaczego? – spytała cicho, zaciskając dłonie na jego koszuli. – Dlaczego mnie pocałowałeś? Dlaczego…

– Bo nie ma sekundy, żebym nie myślał o tym, by cię całować. – Eleonora z żalem odsunęła się od mężczyzny, a gdy spojrzała w jego oczy, coś w niej drgnęło. Czyste pożądanie mieszało się z ogarniającą go rozpaczą. Westchnęła z rezygnacją i położyła swoją dłoń na dłoni mężczyzny, którą muskał jej policzek.

– Zatem? Co teraz?

Mężczyzna przełknął jakąś rosnącą gulę w gardle i opuścił dłoń, odwracając wzrok. – Teraz… lepiej będzie, jeśli sobie pójdę. – Widząc jej zraniony wzrok chciał ją w jakiś sposób pocieszyć… Dotknąć. Wiedział jednak, że każdy ruch będzie zły. Ta sytuacja nie miała wyjścia, które nie skutkowałoby krzywdą drugiej osoby. – Nie chcę cię ranić, Eleonoro, ale dobrze wiesz, że to nie udałoby się…

– Zranisz mnie, jeśli stąd wyjdziesz! – jęknęła żałośnie, wiedząc, iż sprawa jest już przegrana. Spojrzał na nią rozpaczliwie i ruszył w stronę drzwi. – Nie odchodź! Nie teraz!

– Przepraszam – rzucił jeszcze przez ramię. Była pewna, że wiedział, iż obserwuje go do momentu, aż zniknął za drzwiami swojego domu, a także długo po tym.

*

Eleonora panicznie bała się zajęć dodatkowych. Właściwie, nie samych zajęć, a konfrontacji z Karasiewiczem. Nie przyszedł do pracy w poniedziałek, wtorek, ani w środę. Alicja, ze swojego źródła, dowiedziała się, że wziął urlop na żądanie i szatynka była pewna, iż stało się to przez… incydent, który zaszedł u niej w domu. Do tej pory rozpamiętywała pocałunek nauczyciela i przez te kilka dni utwierdziła się w przekonaniu, że…

Zakochała się bez pamięci.

Ale on nadal na pierwszym miejscu stawiał swoją pracę. Eleonora nie zamierzała mu w niczym przeszkadzać; wręcz przeciwnie. Jeśli taka była jego wola, to jedno słowo wystarczyłoby, by usunęła się w cień. Stała przed klasą numer trzy i czuła, że jeśli zajęcia zaraz się nie zaczną, to prędzej czy później dostanie zawału serca. Usłyszała ciężkie kroki. Zbyt ciężkie, mniemaniem Eleonory. Odwróciła się i ze zdziwieniem patrzyła, jak pan Mazurkiewicz otwiera drzwi od klasy.

– Proszę pana – zaczął Marcin, równie zdziwiony nie przybyciem czarnowłosego matematyka. – Musiała zajść pomyłka. My mamy tu zajęcia dodatkowe z panem Karasiewiczem…

Starszy matematyk zaśmiał się i skinął głową, prawie wylewając czarną kawę z kubka na podłogę. – Dziś to ja poprowadzę wasze zajęcia, z racji tego, iż pan Karasiewicz jest na zwolnieniu.

– Ale nie miał czasami dzisiaj wrócić? – spytała z lekka zawiedziona Eleonora. Mazurkiewicz uśmiechnął się nieznacznie i pokiwał głową potwierdzająco.

– Miał, ale nastąpiła mała zmiana planów. A teraz wchodźcie do środka. Nie chcecie przecież zmarnować swojego cennego czasu, prawda?

Uczniowie, jeden za drugim, znikali za drzwiami prowadzącymi do sali matematycznej, gdy nagle zza rogu korytarza wybiegł Adam Karasiewicz ze swoją czarną aktówką. W Eleonorze coś drgnęło, gdy spojrzenia jej i nauczyciela spotkały się na mniej niż ułamek sekundy. Znów zapragnęła poczuć jego usta na swoich, delektować się dotykiem i po prostu myśleć, że wszystko będzie dobrze… Z zamyślenia wyrwał ją głos Mazurkiewicza.

– Adam, co ty tu, u licha, robisz? Nie jesteś na zwolnieniu?

– Jestem – odparł młodszy matematyk, uśmiechając się zdawkowo. – Ale poczułem się na tyle dobrze, że postanowiłem poprowadzić te zajęcia. W końcu to ja je wymyśliłem, nieprawdaż? – Mazurkiewicz niepewnie skinął głową. – Skoro sobie to wyjaśniliśmy, to możesz iść do domu, a ja zajmę się tą gromadką. – Mazurkiewicz nadal nie wyglądał na przekonanego, lecz wizja wolnego popołudnia oraz pewne spojrzenie drugiego matematyka spowodowało, iż ten po krótkim czasie poddał się, pożegnał i odszedł. Karasiewicz obrzucił spojrzeniem każdego ucznia, lecz dłużej zatrzymał je na postaci szatynki. – Wejdźcie do klasy. – Eleonora ruszyła jako ostatnia i już miała przekroczyć próg pomieszczenia, gdy poczuła zaciskające się palce w okolicach nadgarstka. Odwróciła się i zadrżała, gdy napotkała palące spojrzenie brązowych tęczówek. – Zostań po lekcjach. Proszę – wyszeptał, i nie czekając na odpowiedź, wszedł do klasy, zostawiając ją jedną na korytarzu.

*

– Dziękuję wam za dzisiaj! Pamiętajcie o tym, by przesłać mi w wiadomości zadanie dodatkowe! Czas macie do niedzieli! Żegnam! Eleonoro, potrzebujesz czegoś? – Dziewczyna próbowała się uśmiechnąć, lecz wyszedł jej jakiś dziwny grymas.

– Tak, chciałam porozmawiać o konkursie. – Ostatni uczeń zamknął za sobą drzwi, co szatynka skomentowała cichym westchnieniem. – Chciał pan porozmawiać…

– Nie zwracaj się do mnie w ten sposób, proszę.

– A niby w jaki sposób mam się zwracać? Przecież sam mówiłeś…

– Wiem, co mówiłem. Wiem też, że nie można nam zmienić tego zdania. – Westchnął ciężko i poczuł się winny, gdy zobaczył łzy w oczach dziewczyny. – Nie myśl sobie, że nie dotknęło mnie to, co stało się wczoraj, bo… to był najlepszy pocałunek w moim życiu.

– W moim również – wtrąciła dziewczyna, robiąc krok w stronę mężczyzny. – Nie żałuję tego. Nie mam zamiaru cię przepraszać i mam nadzieję, że ty również nie będziesz. – Pokręcił głową przecząco i spuścił wzrok, nie chcąc patrzeć na jej pełne udręczenia spojrzenie. – Wiem, co chciałeś mi powiedzieć. Domyśliłam się podczas tych kilku dni, które spędziłeś na unikaniu mnie. – Uśmiechnęła się smutno, widząc jego zaskoczone spojrzenie. Domyśliła się. To z jej powodu opuszczał pracę. I teraz niemo się do tego przyznał. – Nie będę cię osądzać. Tak wybrałeś. I choć jest mi cholernie przykro… nie będę cię zatrzymywać.

– Eleonoro, ja…

– Pozwól mi jedynie się pocałować. Tylko jeden raz. Obiecuję, że nigdy więcej cię o to nie poproszę…

Nie zdziwiłaby się, gdyby ją odepchnął, wyrzucił za drzwi, zwyzywał, kazał się wynosić, albo coś podobnego, lecz gdy wstał i stanął przed nią, przestała widzieć cokolwiek, prócz tego mężczyzny. Ich usta otarły się o siebie; dotyk ten był dla nich jak haust świeżego powietrza. Każde kolejne muśnięcie było delikatniejsze od poprzedniego, a Eleonora miała wrażenie, że to wygląda tak, jakby się żegnali. Chciała być z nim. Chciała go całować. Budzić się obok niego, kiedy pierwsze promienie słońca wdzierały się do sypialni. Pragnęła ofiarować mu siebie w całości, ze wszelkimi wadami i zaletami, które posiadała. Jednakże los postanowił inaczej i to nie jej został przeznaczony ten mężczyzna, a przynajmniej tak wydawało jej się w tamtym momencie.

Jej dłonie błądziły po jego policzku, muskały jego ucho, obrysowywały linię szczęki i kiedy zsunęły się na szyję, zaczęli całować się coraz namiętniej, coraz żarliwiej. Odpowiadała mu na każdy sygnał, na każdą pieszczotę, przez co całkowicie się w tym zatracił. W jej reakcjach, westchnieniach, drżeniu…

Nagle na korytarzu rozległ się stukot obcasów. Adam mechanicznie odsunął się od szatynki i przyjrzał się jej uważnie, chcąc zapamiętać każdy szczegół jej pięknej twarzy. Pragnął wtulić twarz w jej włosy i trwać tak do końca świata. Nie zdobył się jednak na taki gest.

– Dziękuję. – Dziewczyna odsapnęła i spuściła wzrok, po czym spojrzała na swoją torbę. Nagle uniosła brwi, przypominając sobie o czymś i zaczęła wyciągać książki, które matematyk pożyczył jej do konkursu. – Już nie będą mi potrzebne. Przeczytałam je wszystkie – wyjaśniła.

– Ale możesz je zatrzymać – powiedział, nakłaniając szatynkę do tego, by wzięła podręczniki ze sobą. To tak, jakby część niego zawsze jej towarzyszyła. Była z nią. Eleonora uśmiechnęła się delikatnie i pokręciła głową przecząco.

– Jeśli nie mogę mieć twej miłości, to nie chcę nic twojego. – Spojrzała na niego i cofnęła o krok, opanowując potrzebę obdarzenia jego policzka pieszczotą. – Ja… – Przygryzła wargę i odwróciła się w stronę drzwi. – Do widzenia, panie profesorze…

Adam nie pamiętał, kiedy zdarzyło mu się tak gorzko zapłakać.

31

Eleonora przeciągnęła się niczym kot i nie otwierając oczu wymacała telefon. Niechętnie uchyliła powiekę i przeraziła się, widząc piętnaście nieodebranych połączeń od Alicji. Szybko do niej zadzwoniła, po czym usłyszała zdenerwowany głos:

– Gdzie ty jesteś, do jasnej anielki?!

– No jak to gdzie… W łóżku – odparła panna Kraszewska sennym głosem. – A gdzie miałam być?

– El, za dziesięć minut matma, kartkówka, a ciebie nie ma! – Szatynka natychmiast się ocknęła i wyskoczyła z łóżka. Chwyciła ubrania, które naszykowała sobie poprzedniego dnia, po czym wbiegła do łazienki. – Halo, jesteś tam?

– Spóźnię się! Próbuj zagadać Karasiewicza, może uda ci się opóźnić kartkówkę!

– Mateusz już po ciebie jedzie.

??!!

Mateusz? Wewnętrzny głos podpowiadał jej, iż była zawiedziona. Z jednej strony pragnęła, by zdarzył się cud, by zjawił się ktoś, kto pomoże jej dotrzeć na czas. Z drugiej jednak, chciała, żeby przybyła po nią zupełnie inna osoba. Mateusz ryzykował dla niej wiele, ale to nie on powinien ryzykować. Eleonora westchnęła ciężko. Gdyby inna osoba również potrafiła tak się zachować, ze względu na nią, tylko dla niej…

Usłyszała dźwięk klaksonu, który wystraszył ją na tyle, że wypuściła szczotkę z ręki. Nie miała czasu na podniesienie jej. Nie miała też czasu na zjedzenie śniadania. Zgarnęła kilka banknotów ze stolika i włożyła je do kieszeni, po czym wybiegła z domu. Mateusz uśmiechnął się do niej, po czym otworzył drzwi, gdy była już przy samochodzie.

– Witaj, śpiąca królewno!

Eleonora zarumieniła się nieznacznie, zapinając pasy i uśmiechnęła się z wdzięcznością do kolegi. – Nie musiałeś po mnie przyjeżdżać ale jestem ci za to niezmiernie wdzięczna. – Chłopak skinął głową i z całej siły nacisnął na pedał gazu, przez co auto ruszyło z piskiem, a siedząca w nim szatynka zasłoniła oczy dłońmi, ku rozbawieniu jej towarzysza.

*

Eleonora weszła do szkoły długo przed Mateuszem, gdyż, ku jego rozpaczy, wszystkie miejsca parkingowe przy szkole zostały pozajmowane. Dziewczyna wbiegła na korytarz; dzwonek na lekcję musiał już zadzwonić, bo oprócz woźnej, nikogo nie zauważyła. Zaczęła biec w stronę klasy matematycznej i nie zauważyła osoby idącej z naprzeciwka, którą okazał się być Adam Karasiewicz. Niesione przez niego książki wylądowały na podłodze, a Eleonora, gdy już się otrząsnęła z pierwszego szoku, schyliła się, by pomóc mu je pozbierać.

– Przepraszam – powiedziała, jednocześnie próbując uspokoić drżący oddech. Skinął głową i również schylił się, by pomóc nastolatce.

– Spóźniłaś się – zauważył, lecz nie było w tym kpiny czy złości, a jedynie czysta ciekawość.

Dziewczyna spojrzała na mężczyznę, lecz widząc, że on również się jej przygląda, odwróciła wzrok i wstała, trzymając opasłe tomy w rękach. – Zaspałam. Ostatnio… nie mogę spać.

Próbowała sobie wmówić, że wcale nie zobaczyła błysku oburzenia w jego oczach, lecz zrozumiała, iż mogło to brzmieć jak oskarżenie. A jednak prawda była taka, że to przez niego nie mogła zasnąć. To on pojawiał się w jej snach. I to pocałunek z nim wywarł na niej tak ogromne wrażenie, że nie potrafiła myśleć o niczym innym.

Sekundy przeciągały się w nieskończoność, kiedy wpatrywali się w siebie. Wreszcie Eleonora zadecydowała; odchrząknęła i wcisnęła podręczniki w ręce matematyka, odsuwając się od niego o kilka kroków. – Jeszcze raz pana przepraszam, a teraz… pozwoli pan, że pójdę do klasy i się rozpakuję.

– Eleonoro… przyjdziesz jutro na zajęcia?

Skinęła głową i następne słowa wypowiedziała patrząc mu prosto w oczy: – Nie ma powodu, dla którego miałabym nie przyjść. Mam nadzieję, że nie zamierza pan ich odwoływać?

Był pewien, że zwracanie się do niego w ten sposób jest formą kary za podjętą przez niego decyzję, choć oboje wiedzieli, iż nie mogło być inaczej. Spojrzał na nią prosząco, lecz ona z każdą chwilą denerwowała się coraz bardziej. I nie był to kaprys rozwydrzonej dziewuchy, a reakcja młodej kobiety na złamane serce. – Nie zamierzam – odparł cicho, rozglądając się wokół. – Ale proszę, nie traktuj mnie jak swojego wroga. Nie zasłużyłem sobie na to.

– Wiem, przepraszam – powiedziała wzdychając ciężko. – Po prostu nie mogę sobie poradzić z tym wszystkim…

– Proszę, nie uderzaj w czuły punkt. – Adam usłyszał kroki i uniósł głowę, a widząc Mateusza, przybrał na twarz maskę obojętności. – Eleonoro, idź do klasy i przygotuj się do kartkówki. Ja za chwilę wracam. A z panem – zwrócił się do szatyna – porozmawiam sobie po lekcji.

Eleonora odprowadziła wzrokiem nauczyciela, po czym uśmiechnęła się przepraszająco do kolegi. Nie chciała, by miał przez nią kłopoty, a teraz, gdy Karasiewicz wezwał szatyna do siebie, poczuła się trochę głupio. – Przepraszam cię – powiedziała ze szczerą skruchą. – Nie chciałam, by tak wyszło. Teraz będziesz musiał się przed nim spowiadać.

– Nie przejmuj się, to nie twoja wina. – Uśmiechnął się pociesznie, po czym oplótł ją ręką w talii i zaczęli iść w stronę klasy. – Poza tym, czego się nie robi dla przyjaciół, prawda? No dalej, rozchmurz się! Idziemy pokonać tę matematyczną bestię!

Eleonora uniosła kącik ust ku górze. Znów poczuła się dzieckiem. On był rycerzem, a ona księżniczką uwięzioną w wieży, czekającą na ratunek. Tyle że ten rycerz nie był księciem. Bo prawdziwy książę w połowie drogi zawrócił, nagle przypominając sobie o innych sprawach, czekających na niego w królestwie…

*

O dziwo, lekcja matematyki minęła Eleonorze bardzo szybko, choć czuła się niepewnie za każdym razem, kiedy spojrzenia jej i nauczyciela spotykały się. A zdarzyło się kilka takich sytuacji – zapewne ze względu na to, że dziewczyna odważyła się usiąść w jednej ławce z synem jego nemezis.

Zadzwonił dzwonek i uczniowie zaczęli wychodzić z ławek, mrucząc pod nosem jakieś inwektywy w stosunku do nauczyciela i kartkówki, jaką uraczył ich na lekcji. Jedynie szatynka i jej przyjaciel zostali w klasie, mimo że Mateusz z pewnością stwierdził, iż da sobie radę sam. Eleonora była jednak nieprzejednana.

Podeszli do biurka nauczyciela jednocześnie, a zdziwiony mężczyzna upuścił z ręki długopis, po który natychmiast się schylił. – Myślałem, że wyraziłem się jasno, Eleonoro. Kazałem ci wyjść.

– Jeśli chce pan ukarać Mateusza w jakiś sposób, to zanim się to stanie… ja chciałabym się do czegoś przyznać. – Uniosła rękę do kolegi, który chciał się wtrącić, przerwać jej wywód. Nie pozwoliła mu na to; co więcej, po krótkim westchnieniu, kontynuowała: – Mateusz przyjechał po mnie, bo zaspałam. I zapewne, gdyby nie on, w ogóle nie dotarłabym na tą lekcję.

– Cóż za niezwykły przejaw koleżeństwa – zakpił Karasiewicz, na co szatyn zacisnął dłonie w pięści, zaś Eleonora spojrzała na swoje buty, które w tamtym momencie wydały się być niezwykle interesujące. Nauczyciel chwycił się za nasadę nosa, po czym przymknął oczy i westchnął ciężko. – Idźcie już. Nie wyciągnę konsekwencji z waszego spóźnienia, ale żeby mi to było ostatni raz.

Mateusz zdziwił się, co było widoczne na jego młodej twarzy. Spojrzenie nauczyciela na chwilę złagodniało, gdy Eleonora uniosła głowę i uśmiechnęła się delikatnie. Do niego.

– Dziękujemy – powiedziała cicho, na co matematyk skinął głową i zabrał się za przeglądanie kartkówek, byleby tylko nie patrzeć w jej stronę… w te błękitne oczy. Usłyszał ciche kroki, dźwięk otwieranych drzwi i jego serce na chwilę przystanęło, gdy sprawdzając, czy został sam, znów napotkał to spojrzenie. – Naprawdę dziękuję. – Uśmiechnęła się delikatnie i zniknęła za drzwiami, zostawiając mężczyznę samego ze swoimi myślami.

*

Alicja odetchnęła z ulgą, widząc delikatny uśmiech przyjaciółki, wychodzącej z klasy numer trzy. Obok niej szedł Mateusz, co blondynka przyjęła już z mniejszym zadowoleniem. Była wierna swym przekonaniom i mimo wszystko twierdziła, że Eleonora będzie najszczęśliwsza u boku oschłego nauczyciela… choć dla osób postronnych mogłoby zabrzmieć to co najmniej dziwnie.

Może wcześniej wmawiała sobie tą chemię między matematykiem a przyjaciółką, ale gdy ta opowiedziała o pocałunku… Pamiętała, jak zaczęła chodzić z Mikołajem i była pewna, że patrzył on na nią w taki sam sposób, jak teraz Adam Karasiewicz patrzył na Eleonorę. Nie wiedziała, czy coś zamierzają z tym zrobić – szatynka wzbraniała się przed wykonaniem kolejnego kroku. A z Karasiewiczem było jeszcze trudniej. Alicja obawiała, się, że próba rozmowy, bądź nakłonienia go do działania, mogłaby skończyć się dla niej tragicznie.

Nie chciała jednak pozwolić, by Mateusz jawnie przystawiał się do Eleonory. Podeszła do pary, zanim nauczyciel zdążył wyjść z klasy i spojrzeć w ich kierunku, po czym uśmiechnęła się słodko do szatyna i pociągnęła przyjaciółkę za rękaw. – Porywam ją na chwilę. Zostawiłam pewną rzecz w szatni, a Eleonora jest mi potrzebna, by ją wziąć.

– W co ty pogrywasz? – syknęła dziewczyna, gdy oddaliły się od Mateusza na odległość kilku metrów.

– Ratuję ci życie. Nie musisz dziękować. – Alicja zaśmiała się cicho, widząc oburzoną minę panny Kraszewskiej, lecz nie skomentowała tego w żaden sposób.

Eleonora westchnęła ciężko, po czym spojrzała na przyjaciółkę. – A tak naprawdę, to po co idziemy?

– Po piątaka. Zostawiłam w kieszeni, a chciałabym sobie kupić kubek gorącej czekolady i jakąś bułkę…

– Mogłaś mi powiedzieć, przecież bym ci pożyczyła.

Wchodząc do szatni nie rozmawiały ze sobą. Zapadła między nimi jakaś nieznana dotąd cisza i wydawało się, iż nie ma sposobu, by ją przerwać. Szatynka stanęła przy wyjściu, gdy Alicja zajęła się przeszukiwaniem kieszeni kurtki. Krzyk oburzenia blondynki spowodował, że jej przyjaciółka podskoczyła, delikatnie przygryzając sobie język. – Cholera, okradli mnie! Pieprzeni złodzieje!

A jednak, uwaga Eleonory skupiła się na dwóch osobach, stojących przy schodach, prowadzących do piwnicy. Kuba i Marcin, zaafiszowani rozmową, nie zauważyli, że są obserwowani. Alicja wychyliła się zza drzwi i uniosła brwi, równie zdziwiona, co jej przyjaciółka. Niedługo później, chłopcy ruszyli w stronę wyjścia z szatni, a Eleonora została wciągnięta do jednego z pomieszczeń przez blondynkę. Z każdą sekundą kroki cichły, aż wreszcie dziewczęta śmiało mogły rzec, iż zostały same. Alicja obróciła się w stronę przyjaciółki i zapominając o ich wcześniejszej kłótni, zapytała:

– El, coś mnie ominęło? Od kiedy oni się przyjaźnią?

– A kto mówi, że oni się przyjaźnią…? – odparła dziewczyna, wzruszając ramionami. – Może Marcin miał jakąś sprawę do Jakuba? No nie wiem… Może chce zapisać się do drużyny piłkarskiej?

Alicja wydęła wargi, po czym wzruszyła ramionami. – Nie mam pojęcia, o co w tym chodzi, ale coś mi tu nie pasuje. Spróbuję dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. – Eleonora odpowiedziała jedynie delikatnym wzruszeniem ramion.

32

Wyglądała jak biały anioł. Wydawało się, iż unosi się w powietrzu, emanując jasnością i pięknem. Tymi właśnie słowami Alicja określiła wygląd przyjaciółki, patrząc na „pannę Bennet”. Coś niezwykłego pojawiło się w aurze szatynki; coś, co sprawiało, że zwykła powieść stawała się rzeczywistością. Pojedynczy lok wysunął się jej z upięcia, lecz Eleonora nie zwróciła na niego najmniejszej uwagi. Po prostu stała nieruchomo przed lustrem i wpatrywała się w swoje odbicie.

– Jesteś piękna – powiedziała Alicja z uśmiechem, kładąc dłonie na ramionach przyjaciółki. – Czuję, że Mateusz będzie zachwycony.

Eleonora uniosła kącik ust, nie dając po sobie w żaden sposób poznać, że nie była do końca szczęśliwa. Pojedyncze westchnienie wydobyło się z zaciśniętych warg, pomalowanych malinowym błyszczykiem. Szatynka przeszła do kuchni, gdzie usiadła na krześle, zakładając białe baleriny, po czym spojrzała pytająco na przyjaciółkę, trzymającą w rękach przeźroczystą pelerynę, ozdobioną delikatną koronką.

– To peleryna mojej mamy, którą miała na swoim ślubie. Pomyślałam, że będzie pasować – wytłumaczyła, po czym pomogła zapiąć srebrną klamrę, z którą nie mogła poradzić sobie szatynka. Alicja oceniła swoje dzieło krytycznym okiem, a następnie uśmiechnęła się szeroko. – Z pewnością nie jednemu chłopakowi zawrócisz dzisiaj w głowie.

– Zawrócimy – poprawiła przyjaciółkę Eleonora, co wywołało uśmiech na twarzy blondynki. – Chodźmy już; nie lubię się spóźniać.

Dziewczęta zgarnęły jeszcze swoje torebki, po czym wsiadły do taksówki, którą miały dotrzeć do szkoły. Znów uśmiechnęły się do siebie, nie mogąc się już doczekać niespodzianek, jakie miał przygotować dla nich dyrektor…

*

Eleonora uśmiechnęła się z nostalgią, gdy rozejrzała się po sali. Ozdobiona kolorowymi wstążkami, balonami oraz girlandami, przygotowanymi przez sekcję plastyczną, bardziej pasowała do przedszkolnego balu przebierańców, a nie przyjęcia, w którym większą część uczestników stanowili prawie dorośli ludzie. Szatynka uśmiechnęła się, widząc Mateusza i z daleka pomachała mu ręką na przywitanie. Alicja parsknęła śmiechem. Chłopak wcale nie przesadzał z tym księciem; miał nawet koronę i pelerynę z dziwnym, pożółkłym futrem, które prawdopodobnie miało uchodzić za królewskie.

– Pięknie wyglądasz, Eleonoro – Mateusz musnął swoimi ustami policzek swej towarzyszki, a gdy się odsunął, zobaczył wypieki na jej twarzy. Zupełnie nie spodziewała się takiego przywitania i przez chwilę czuła się całkowicie zdezorientowana. – Alicja, jesteś najpiękniejszą piratką, jaką poznałem w życiu. – Blondynka zaśmiała się i pokręciła głową niedowierzająco, zaś Eleonora rozejrzała się po sali. Nie widziała jeszcze żadnego nauczyciela, prócz dyrektora, mówiącego coś żarliwie do faceta z saksofonem. A był ktoś, kogo naprawdę chciała ujrzeć tego wieczora.

– Zaraz zaczynają grać – powiedział Mateusz uśmiechając się delikatnie. – Chcecie się może czegoś napić? Albo zjeść? Przygotowali całkiem niezłe mini burgery.

– Wiecie, ja was zostawię samych. Muszę poszukać Natalii – wyjaśniła Alicja, po czym oddaliła się, po drodze machając do chłopaków z drużyny piłkarskiej, przebranych za piracką załogę. Eleonora podrapała się po policzku, po czym spojrzała na Mateusza, który uśmiechnął się do niej rozbrajająco.

– To może… póki nie ma muzyki, podejdziemy do stolików?

Zgodziła się. Mateusz podał ramię swej towarzyszce, które przyjęła z delikatnym uśmiechem na twarzy, a następnie ruszyli równym krokiem w stronę bufetu. Z każdym przemierzonym metrem, zapach pieczonego mięsa, słodkich ciast i innych pyszności, stawał się wyraźniejszy. – Chcesz mnie utuczyć? – zaśmiała się Eleonora, sięgając bo babeczkę, ozdobioną kremem truskawkowym i kawałkami owoców. Jej kolega wydął wargi, jednocześnie wzruszając ramionami.

– Być może. Przydałoby ci się kilka dodatkowych kilogramów. – Chłopak parsknął śmiechem, widząc oburzone spojrzenie przyjaciółki, która zdenerwowaniem próbowała ukryć uśmiech.

– Głupek – mruknęła otrzepując palce z okruszków. Zrobiła to w samą porę, bo na prowizoryczną scenę, wszedł dyrektor wraz z zespołem. – Mam nadzieję, że nie zamierza śpiewać, bo to się źle skończy. Widziałeś filmik ze studniówki, z ubiegłego roku?

W odpowiedzi pokręcił głową. Krótko i na temat, pomyślała z rozczarowaniem. Uniosła wzrok w momencie, w którym dziewczyna z koła informatycznego zaczęła robić zdjęcia na szkolną stronę. Eleonora westchnęła. Że też nie pomyślała, by ukryć się gdzieś na tyłach sali. – Witam wszystkich na Andrzejkach szkolnych! Mam nadzieję, że będziecie się dobrze bawić! – Rozległy się wiwaty, co najwidoczniej tylko nakręciło dyrektora, który zaczął rzucać swoimi żarcikami, które zwykle klasyfikowano do tych średnich. W końcu jeden z członków zespołu przemówił mu do rozsądku; starszy mężczyzna zszedł ze sceny, zaś salę wypełniły dźwięki pierwszej piosenki.

– Zatańczymy? – spytał niemal od razu Mateusz, a Eleonora w odpowiedzi podała mu swą dłoń. Piosenka była żywiołowa i wymuszała na tańczących szybkie ruchy. Chłopak nie tańczył źle; tylko raz zdarzyło mu się przydepnąć stopę swej partnerki. Po którymś z kolei utworze, Mateusz przeprosił swą przyjaciółkę, a następnie odszedł w stronę toalet. Eleonora jeszcze przez chwilę wodziła wzrokiem za chłopakiem, a gdy ten zniknął za drzwiami, odwróciła się, wpadając na kogoś. Już miała się odezwać, już miała przepraszać, gdy zobaczyła, kim była osoba, która padła ofiarą jej ataku.

Eleonora spojrzała w brązowe oczy swojego nauczyciela, a następnie zerknęła na jego strój. Biała koszula, wiązana przy szyi na cienki sznureczek, który swoją drogą był poluzowany, dzięki czemu widziała wystające kości obojczykowe mężczyzny. Brązowe spodnie, a także ciemnoniebieski płaszcz… Serce zabiło jej mocniej, zdając sobie sprawę, z kim ma do czynienia.

Powróciła spojrzeniem do oczu nauczyciela i ugięła drżące kolana, dygając powoli. – Panie Darcy?

Rzuciła mu na wpół wystraszone spojrzenie, gdy wyprostowała się, a cisza zawisła między nimi. Coś błysnęło w brązowych oczach, jakiś blask rozczulenia, a kącik jego ust uniósł się delikatnie, gdy ujmował jej dłoń i składał na niej delikatny pocałunek. – Panno Bennet.

Uśmiechnęła się szeroko, nie mogąc się powstrzymać i dopiero po chwili zauważyła stojącego obok nich dyrektora. Trzymał w ręce szklankę z sokiem pomarańczowym, lecz baczne spojrzenie utkwione miał w uczennicy i jej nauczycielu. – Powiedzcie mi, moi drodzy, czy umiecie tańczyć walca?

Adam spojrzał ze zdziwieniem na przełożonego, a Eleonora zarumieniła się, przygryzając wargę.

– Mam wrażenie, że przebraliście się za postacie z jednej bajki. Będziecie drugą parą, tańczącą walca wiedeńskiego. Pierwszą będę ja i… Eleonoro, gdzie jest twoja koleżanka – piratka? Chciałbym ją poprosić do tańca. – Szatynka uśmiechnęła się przebiegle i wskazała dyrektorowi miejsce, gdzie ostatnio widziała się z przyjaciółką. Dyrektor odszedł szukać swej przyszłej partnerki, zaś Eleonora spojrzała z uśmiechem na matematyka.

– Mówił pan, że nie zaczytuje się w romansach.

Skinął głową. – Tak mówiłem.

– A jednak przebrał się pan za bohatera jednego z nich.

– Pozwoli pani, że to zostanie moją tajemnicą – odparł cicho, zwracając swą uwagę na zaczerwienioną Alicję, prowadzoną przez dyrektora. Adam spojrzał na szatynkę i chwycił ją za dłoń, zwracając na siebie jej uwagę. – Podaruje mi pani taniec, panno Bennet?

Była w zbyt wielkim szoku, by odmówić, więc wkrótce znaleźli się za pierwszą parą i czekali na sygnał. Nie minęło dużo czasu; orkiestra zaczęła grać, a ręka matematyka mocno zacisnęła się na talii uczennicy. Eleonora, kątem oka spostrzegła zdziwionego Mateusza, który stał wśród osób, obserwujących walca, wykonywanego przez wybrane pary. – Nie myśl tyle, tylko daj się ponieść – szepnął matematyk wprost do ucha dziewczyny, co wywołało u niej lekki dreszcz. Prezentowali się niezwykle – on trzymał ją mocno, starając się zapewnić bezpieczeństwo, gdy ona nachylała się w półobrotach, starając się jednocześnie zachować ramę, charakterystyczną dla tego tańca. Nie odrywali od siebie wzroku, jakby rozmawiali za pomocą jakiegoś obcego dla wszystkich języka. W pewnej chwili przylgnęła do niego mocniej, co zostało przyjęte spięciem mięśni. Obawiała się, że zrobiła coś nie tak, coś, czego by sobie nie życzył i już miała się od niego delikatnie odsunąć, gdy poczuła, że uścisk na jej plecach zacieśnił się. Przymrużyła oczy i dała się ponieść chwili, jak poradził mężczyzna. W tamtym momencie… byli nieskończonością.

– Czy zamierza pan tak milczeć przez cały czas?

– Nie przywykłem do rozmowy w tańcu…

Przez chwilę tańczyli w milczeniu, lecz szatynka szybko podjęła kolejną próbę nawiązania konwersacji z matematykiem. – Jak się panu podoba sala?

Mężczyzna uniósł brwi zdziwiony, lecz szybko przybrał na twarz obojętny wyraz. – Wygląda, jak specjalnie stworzona na bal maskowy dla przedszkolaków.

Eleonora zaśmiała się. Wchodząc na salę, pomyślała dokładnie o tym samym. Adam zdążył jeszcze obrócić dziewczynę pod ręką; taniec właśnie się skończył. Eleonora, podobnie jak reszta tancerzy, została nagrodzona brawami. Rozejrzała się w poszukiwaniu Mateusza, lecz nigdzie nie mogła go znaleźć. Jej serce szybko podjęło decyzję – odwróciła się w stronę nauczyciela i zaproponowała mu kolejny taniec.

– To nie jest dobry pomysł – odparł cicho, słysząc wolną melodię. Eleonora wywróciła oczami i chwyciła nauczyciela za rękę, odchodząc w zacieniony kąt sali. Bez pardonu położyła dłonie na jego ramionach, a on, wahając się jeszcze, oplótł rękoma jej talię.

– Chciał się mnie pan o coś zapytać? – spytała, powoli przystosowując się do rytmu piosenki. Mężczyzna pokręcił głową przecząco.

– To już nie jest ważne. – Eleonora zmarszczyła brwi i patrząc wprost w oczy nauczyciela, rzekła:

– Od początku roku staram się pana zrozumieć…

– I jak ci wychodzi…? – zapytał z nikłym uśmiechem na twarzy.

Potrzasnęła głową. – Słyszę o panu tak zmienne opinie, że ciężko mi cokolwiek wywnioskować. – Ty również nie ułatwiasz mi sprawy… – Ale jeśli nie zrobię tego teraz, mogę nie mieć już więcej takiej okazji.

Znów nałożył maskę na twarz. Właśnie wtedy zdał sobie sprawę, że ona naprawdę odejdzie… I zrobi to już za kilka miesięcy. Poczuł niepokój, narastający w duszy. Westchnąwszy cicho, odsunął ją od siebie, ku jej zdumieniu, wymalowanemu na twarzy. – Muszę iść, patrolować korytarze. Będzie lepiej, jeśli odnajdziesz swojego partnera.

Chciała zaprotestować; już przybrała pozycję bojową, gdy zrozumiała, że próba zatrzymania nauczyciela, w sali pełnej ludzi, nie jest dobrym pomysłem. Eleonora skinęła głową, a z zaciśniętych ust wydobyło się ciche westchnienie. – Dziękuję za taniec, profesorze…

Odwróciła się na pięcie i ruszyła w poszukiwaniu Mateusza, nie patrząc za siebie. Przedzierała się przez tłum, tańczące pary i nagle poczuła, jak czyjaś ręka oplata jej nadgarstek. Alicja pomogła wyjść przyjaciółce z tłumu i zaczęła ciągnąć ją w stronę szatni. – Ala, gdzie my…

– Csiii, potem wszystko zrozumiesz, a teraz słuchaj…

Wychyliła się delikatnie zza ściany, a następnie zauważyła dwie znajome twarze. Jakub, w przebraniu pirata oraz Marcin, który był jednym z superbohaterów. Eleonora spojrzała pytająco na przyjaciółkę, lecz ta uśmiechnęła się smutno i nakazała słuchać. Do uszu dziewczyny dotarły pojedyncze strzępki rozmowy…

– …mnie słuchać!

– Ciebie?! A co ty niby zrobiłeś?!

– Zdobyłem zaufanie… jeden ruch i byłaby moja!

– …dioto! Ona nawet na ciebie nie patrzyła, a co dopiero mówić o pójściu do łóżka…!

– Jesteś lepszy? Miałeś zaprosić ją na bal, ale ten nowy cię ubiegł…

Eleonora zbladła, bo właśnie zdała sobie sprawę, o czym tak właściwie toczy się rozmowa. Wyszła z ukrycia i nim chłopcy zdążyli się zorientować, uderzyła każdego z nich w policzek. – Idioci!

Wybiegła z szatni na tyle szybko, że Alicja nie zdążyła jej zatrzymać. W tamtej chwili, Eleonora potrzebowała dwóch rzeczy – odpoczynku oraz poduszki, w którą mogłaby się wypłakać.

33

Eleonora od godziny leżała pod kocem na kanapie i oglądała jakąś komedię na laptopie, lecz jakby ktoś ją zapytał, o czym był ten film, nie potrafiłaby odpowiedzieć. Czuła się tragicznie. Czy naprawdę było z nią aż tak źle, czy zrobiła coś tak bardzo strasznego, że nie zasługiwała na prawdziwych przyjaciół? Nie miała tu na myśli Alicji, która uświadomiła ją poniekąd w całej sytuacji, a chłopaków, którzy złamali jej serce.

Nagle zdała sobie sprawę, że zostawiła Mateusza samego sobie. Sięgnęła po telefon i wybrała jego numer. Nie odbierał. Postanowiła zatem wysłać mu wiadomość z przeprosinami, nie zagłębiając się w szczegóły. Odłożyła urządzenie na stolik i odchyliła głowę do tyłu. W jej oczach pojawiły się łzy, lecz szybko przymknęła powieki, nie pozwalając im wypłynąć. Zbyt wiele razy przyszło jej cierpieć nie ze swojej winy. Przez chwilę miała ochotę się zemścić, lecz niby w jaki sposób miałaby to zrobić? Westchnąwszy cicho spojrzała na swój strój. W tamtym momencie jej największym pragnieniem było zajęcie miejsca Elizabeth… Ona nigdy nie została zdradzona przez przyjaciół. Ale czy Jakub i Marcin kiedykolwiek nimi byli? Teraz miała co do tego wątpliwości.

– Eleonoro…

Szerzej otworzyła oczy i powoli odwróciła się, nie schodząc z kanapy. Musiała zmrużyć oczy, bo od pewnego czasu siedziała w całkowitej ciemności i dopiero gdy jej wzrok wyostrzył się, dojrzała w mroku znajomą twarz. Czy to możliwe, że on tam był i patrzył się na nią? Czy jej umysł jednak postanowił zrobić jej psikusa? Wstała powoli, poprawiając dłońmi sukienkę, która zdążyła się już pomiąć, po czym zadarła do góry podbródek, jednocześnie czując, że powietrze z każdą chwilą stawało się cięższe. – Jak pan tu wszedł? – zadała pierwsze i chyba najbardziej dręczące ją pytanie, nie ruszając się z miejsca na krok.

– Drzwi były otwarte – mężczyzna odwrócił się i wskazał na korytarz. – I postanowiłem sprawdzić, czy wszystko w porządku. – Po chwili milczenia, dodał: – Alicja powiedziała mi o wszystkim…

Eleonora westchnęła. Nie miała nawet siły, by denerwować się na przyjaciółkę za to, że opowiedziała Karasiewiczowi o całej sytuacji. Opadła ponownie na kanapę, nie zauważając, iż mężczyzna znalazł się tuż przed nią. Przykucnął, chcąc nawiązać z nią kontakt wzrokowy, a gdy mu się to udało, chwycił jej dłonie w swoje i ścisnął delikatnie.

– Pamiętasz, jak obiecywałem ci, że będę? Że możesz na mnie liczyć? – Po chwili wahania skinęła głową, z niecierpliwością oczekując tego, do czego dążył. Musnął kciukiem wierzch jej dłoni i nie przerywając kontaktu wzrokowego, kontynuował: – Teraz przyszła pora na dotrzymanie tej obietnicy. Gwarantuję ci, że gdy tylko wrócimy do szkoły, Jakub i Marcin pożałują swojego czynu.

Przez chwilę po prostu się na niego patrzyła, lecz po chwili zsunęła się z kanapy i mocno się w niego wtuliła. Jego ciało zareagowało spięciem mięśni, jednakże szybko zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje i niedługo później odwzajemnił uścisk. Przesunął dłonią po jej plecach; choć ten gest nie był w żadnym stopniu naładowany erotyzmem. Po prostu chciał jakoś… pomóc? Pocieszyć? Odsunęła się na chwilę i spojrzała na jego twarz, pokrytą jednodniowym zarostem. Delikatnie przesunęła dłoń z pleców mężczyzny na policzek, zaznaczając go delikatnie kciukiem.

– Nawet nie wiesz, ile ci zawdzięczam – szepnęła, lecz nie przysunęła się do niego bardziej, by go nie wystraszyć. By znów nie uciekł w momencie, gdy najbardziej go potrzebowała.

Poczuła wszechogarniające ją szczęście, gdy podniosła się z dywanu, siadając na sofie i wyciągnąwszy ręce do mężczyzny, on chwycił je i chwilę później znalazł się obok niej.

– A tak w ogóle, która jest godzina?

– Wydaje mi się, że kilkanaście minut temu wybiła północ.

Szatynka zmarszczyła brwi i mimo ciemności, starała się spojrzeć nauczycielowi w oczy. – Andrzejki skończyły się tak wcześnie? Minęły dopiero trzy godziny… – Gdyby w tamtym momencie zapaliła światło, gdyby księżyc w jakiś sposób zdołał oświetlić jego twarz, Eleonora zdołałaby zobaczyć nikły rumieniec, który pojawił się na policzkach Karasiewicza.

– Impreza jeszcze trwa. Po prostu… – Machnął ręką i nagle przestał mówić, na co szatynka niepewnie położyła swą dłoń na jego kolanie. Odchrząknął, lecz nie strącił jej ręki, co przyjęła z delikatnym uśmiechem. – Chciałem upewnić się, że z tobą wszystko w porządku. Poszedłem do dyrektora, powiedziałem, że się źle poczułem i… przyjechałem tu.

Przygryzła wnętrze policzka, lecz nie mogła powstrzymać szerokiego uśmiechu, który wpłynął na jej twarz. Jednak mu zależało! Przyjechał tu dla niej! A wcale nie musiał tego robić.

Tym bardziej była mu wdzięczna.

– Jestem pewien, że nie tak wyobrażałaś sobie tę noc, więc jeśli mógłbym coś jeszcze zrobić, by ci jakoś pomóc, to proszę, powiedz mi…

Eleonora zacisnęła usta w wąską linię i spuściła wzrok, zastanawiając się, czy jest rzecz, o którą mogłaby poprosić go w tamtym momencie. – Zatańcz ze mną – palnęła, na co policzki w ekspresowym tempie pokryły się słodką czerwienią. Spojrzał na nią zdziwiony, lecz po chwili w jego rysach twarzy pojawiło się coś, co sprawiło, że delikatny dreszcz przeszedł przez jej ciało. To było zrozumienie? Czułość? Nie zastanawiała się jednak nad tym długo, bo gdy włączyła jakąś powolną piosenkę, jedynymi rzeczami, które zdołała zarejestrować, były ciepło męskiego ciała i ramiona, oplatające ją delikatnie w pasie. Podczas gdy na Andrzejkach wirowali po parkiecie, teraz po prostu kołysali się w rytm muzyki.

To było tak niezwykłe, tak niesamowite i nierealne, że Eleonora musiała się uśmiechnąć. Przeniosła dłonie na jego kark i przypadkiem opuszki jej palców musnęły jego szyję, na co zadrżał delikatnie. – Nawet nie wiesz, jak jestem wdzięczna ci za to, że tu jesteś ze mną…

– A ty sobie nie wyobrażasz, jak się cieszę, że zrezygnowałaś z tych wszystkich panów i profesorów. – Zaśmiała się i mocniej do niego przylgnęła.

– Jak mogłabym… Po tym wszystkim, co dla mnie zrobiłeś? – Piosenka skończyła się, a ona, z cichym westchnieniem odsunęła się od mężczyzny. Nie chciała, by sobie szedł. Nie w tamtym momencie. Szybko podjęła decyzję. Odwróciła się, by włączyć światło, a gdy wreszcie zwróciła się w jego kierunku, a on spojrzał na nią, posłała mu taki uśmiech, że zmiękły mu nogi i musiał chwycić się oparcia kanapy, by nie upaść. – Zostaniesz na herbatę?

– Z wielką chęcią – odparł, unosząc kącik ust. Gdy ona wyszła do kuchni, by nastawić czajnik, mężczyzna opadł na sofę, przymykając oczy i wypuszczając drżąco powietrze. W tamtej chwili naprawdę cieszył się, że podjął taką, a nie inną decyzję.

*

Eleonora poruszyła się, mrucząc coś pod nosem i krzywiąc jednocześnie, bo plecy bolały ją niemiłosiernie. Uchyliła powiekę i zorientowała się, że całą noc przespała na kanapie w salonie. W dodatku nie była tam sama. Karasiewicz spał z uchylonymi ustami, jego klatka piersiowa unosiła się równomiernie, a ręka mężczyzny oplotła talię szatynki. Eleonora przygryzła wargę i spróbowała uwolnić się z uścisku, lecz gdy zobaczyła, że Adam poruszył się niespokojnie i tylko mocniej do niej przylgnął, westchnęła cicho i przesunęła dłonią po jego kruczoczarnych włosach. Musieliśmy zasnąć, gdy skończyliśmy oglądać film… Spojrzała na niego z rozczuleniem.

Jej dłoń bezwiednie przesuwała się między czarnymi pasmami, a wzrok zatrzymał się na ścianie naprzeciwko. Tak mogłyby wyglądać wszystkie ich poranki. Gdyby tylko dałby jej jakiś znak… ona nie wahałaby się ani sekundy.

– Dzień dobry – usłyszała cichy pomruk z lewej strony. Odwróciła się niepewnie w stronę mężczyzny, przesuwając ostatni raz po czarnych kosmykach, po czym uśmiechnęła się delikatnie. – Powinienem już iść. – Przetarł dłońmi zmęczoną twarz i ziewnął przeciągle, a Eleonora powoli wyplątała się z uścisku mężczyzny, stając przed nim z założonymi rękami i nieśmiałym uśmiechem.

– Zostaniesz na śniadanie? – spytała zadziornie, na co zmrużył oczy. Zaśmiała się, widząc jego minę i żwawym krokiem ruszyła do kuchni. Skrzywiła się delikatnie, czując ból w lewej ręce i nodze, gdy schylała się po patelkę, by przygotować jajecznicę. Adam przeczesał włosy palcami i stanął w przejściu, przez chwilę obserwując poczynania dziewczyny. Nadal miała na sobie sukienkę ze wczorajszego balu, zaś jej fryzura zupełnie się rozleciała. Uśmiechnęła się delikatnie, powstrzymując nieodpartą chęć odwrócenia się w jego stronę, czując na sobie wzrok mężczyzny. Już miała zaczynać smażyć, gdy usłyszała ciche pukanie do drzwi. Przeraziła się, wiedząc, kto przed nimi czeka. – Schowaj się! – rozkazała nauczycielowi, wyglądając przez okno.

Cholera, cholera, cholera!

Zauważyła, że nauczyciel nie ruszył się z miejsca, więc podjęła decyzję szybciej, niż zdążyła dobrze pomyśleć. Chwyciła mężczyznę za rękę i pociągnęła go za sobą, prowadząc do swojej sypialni. – Postaram się go spłoszyć jak najszybciej się da, ale proszę, nie odzywaj się! – zamknęła drzwi od pokoju i poprawiła sukienkę, gładząc ją rękoma, choć niewiele to dało, bo ta przez noc zupełnie się pomięła. Pociągnęła za klamkę i wymuszenie uniosła kącik ust, widząc przed sobą Mateusza.

– Cześć – przywitał się, pocierając się niepewnie po karku. – Chciałem upewnić się, że u ciebie wszystko gra po wczorajszym. Nie mogłem się do ciebie dodzwonić, a próbowałem chyba z milion razy…

– Wysłałam ci wiadomość.

– Wolałem upewnić się osobiście, że nic ci nie jest… Zniknęłaś tak nagle.

– Przepraszam – powiedziała, nie patrząc w oczy chłopakowi. – Naprawdę nie chciałam być dla ciebie problemem…

– Jakim problemem? – spytał, świdrując ją wzrokiem. – Jesteś moją przyjaciółką. Nigdy nie będziesz dla mnie problemem. – Podrapał się po policzku, po czym spojrzał na nią pytająco. – Wpuścisz mnie do środka?

– Och – mruknęła, a jej serce zaczęło walić dwa razy szybciej. – Ja…

– Eleonoro? – Jego wzrok padł na męskie buty, co spowodowało, że zmarszczył brwi i zerknął podejrzliwie na przyjaciółkę. – Czy ktoś tam z tobą jest?

Odsapnęła, a kolejne słowa wyrzucała z siebie z prędkością nieco mniejszą, od prędkości światła: – Mój wuj przyjechał z Krakowa i sam rozumiesz… Nie chciał zatrzymywać się w jakimś przydrożnym hotelu, więc zadzwonił do mnie, a ja się zgodziłam, by mógł tu przenocować. Przyjechał wczoraj w nocy i do teraz śpi… Wiesz, ja chciałabym spędzić z nim trochę czasu, bo jeszcze dziś ma jechać w dalszą podróż i sam rozumiesz… Ale obiecuję, że ci to wynagrodzę! Jak chcesz, to jutro wyskoczymy na ciacho, co ty na to?

Mateusz skinął głową zaskoczony, po czym uśmiechnął się delikatnie. – Rozumiem. A co do tego wyjścia… Dam ci znać dziś wieczorem. Nie wiem, czy ojciec nie będzie chciał jechać do firmy, do Warszawy, a ja razem z nim.

– Dobrze, to się jeszcze zgadamy. – Usłyszała przytłumiony huk i cichy jęk, na co szerzej otworzyła oczy.

– El, jesteś pewna, że z twoim wujkiem wszystko w porządku? Może trzeba mu pomóc?

– Nie – krzyknęła, blokując wejście do domu. – Z pewnością mu nic nie jest – dodała, słysząc ciche przekleństwa, dochodzące z jej sypialni. Mateusz przez chwilę patrzył na drzwi, za którymi krył się Karasiewicz, a następnie skinął głową i po chwili wahania, pożegnał się z przyjaciółką. Eleonora z cichym westchnieniem zamknęła drzwi i szybko pobiegła do swojej sypialni, gdzie czekał na nią nauczyciel.

– Masz twarde łóżko – stwierdził, krzywiąc się delikatnie. – Nie wiem, czy nie będę musiał pozwać cię o odszkodowanie. Chyba złamałem palca.

– Nie panikuj – zaśmiała się serdecznie, chwytając mężczyznę za ręce i ciągnąc do kuchni. – A teraz siadaj. Może jajecznica wynagrodzi ci tego złamanego palca.

– Nie sądzę, ale mogę skosztować.

Zaśmiała się ponownie, a to spowodowało, że i on uniósł kącik ust. To była zdecydowanie nieprawdopodobna noc i jeszcze bardziej nieprawdopodobny poranek. Kiedy dotarło do nich, że to działo się naprawdę, uśmiechnęli się do siebie. Musieli przyznać, że wcale nie było im z tym źle.

34

Tydzień po Andrzejkach, zarówno Jakub, jak i Marcin, mogli śmiało stwierdzić, że Adam Karasiewicz się na nich uwziął. Pytał ich na każdej lekcji, dając najgorsze zadania, a nieumiejętność rozwiązywania ich, zwykle zostawała nagradzana oceną negatywną. Oczywiście, nauczyciel pytał również innych uczniów, lecz ci dwaj byli na szczycie jego listy. A to wszystko dla zwykłej uczennicy…

Nie.

To wszystko było dla Eleonory. Dla jego przyjaciółki.

Na myśl o dziewczynie przyjemne ciepło rozlało mu się w sercu. Z każdą upływającą sekundą przekonywał się do niej coraz bardziej, zależało mu na niej. Przymknął oczy i nagle zobaczył jej twarz; smukły nos, ciepłe spojrzenie, nieśmiały uśmiech. Weekend, który spędził z nią zaraz po imprezie szkolnej, należał do jednego z najbardziej udanych w jego życiu. Mógłby… mógłby spędzać z Eleonorą każdą wolną chwilę właśnie tak. Siedziałby z nią na kanapie przy kominku, z kubkiem kakao w jednej ręce i jakąś dobrą powieścią w drugiej. Mogliby rozmawiać przy świetle lampy, a on delektowałby się każdym wypowiedzianym przez nią słowem. Snuliby plany na przyszłość, zapominając o ciążącej i przykrej przeszłości. Milczeliby, chłonąc swój dotyk.

Myśl, że niedługo będzie miał z nią lekcję, sprawiła, iż na twarz nauczyciela wpłynął nikły uśmiech zadowolenia. Otworzył oczy, gdy usłyszał dźwięk dzwonka, jednocześnie poważniejąc na twarzy. Jakub wszedł do klasy jako pierwszy, obdarzając mężczyznę ponurym spojrzeniem, lecz nie wzruszyło to nauczyciela w żaden sposób. Wreszcie weszła Ona. Przygryzła dolną wargę, powstrzymując przemożną chęć obdarzenia przyjaciela uśmiechem. Ku jego uciesze, usiadła z Alicją, a nie z Mateuszem. Mimo że zaczął powoli przekonywać się do chłopaka, nadal mu nie ufał. Nie potrafił zapomnieć o krzywdzie, jaką wyrządziła mu jego rodzina.

– No to może się zapytamy? – Odpowiedział mu zbiorowy jęk uczniów, na co uniósł kpiąco kącik ust.

– Proszę pana – zaczął błagalnie Michał – dzisiaj Mikołajki. Niech pan nas nie pyta!

Adam prychnął pod nosem i skrzyżował ręce, odkładając długopis. – Czy naprawdę uważacie, że jest to dobry powód, by was nie przepytywać? – Kilka osób skinęło głowami, a mężczyzna westchnął ciężko. Spojrzał na Eleonorę, która prawie niezauważalnie uniosła kącik ust, jednak nie odwróciła spojrzenia. No dalej, zgódź się, pomyślała, przygryzając dolną wargę, co ci szkodzi? Wreszcie wypuścił długo wstrzymywane powietrze i powoli skinął głową. – Niech tak będzie. Dziś wam odpuszczę, ale przyszykujcie się na kolejną kartkówkę. – Uniósł dłoń, widząc, że niektórzy uczniowie znów chcą protestować. – To moje ostatnie słowo. Nie będę wam bardziej ustępował.

– Dziękujemy, proszę pana! – powiedziała Natalia ze szczerym uśmiechem, a Karasiewicz nie skomentował tego w żaden sposób. Zaczęła się lekcja.

*

– Żegnam was! Powtórzcie materiał z ostatnich trzech lekcji, bo prawdopodobnie na następnych zajęciach będzie kartkówka! – Adam usiadł ciężko na krześle i zaczął pakować swoje książki do torby. Wiedziony dziwnym przeczuciem uniósł wzrok i zobaczył Eleonorę, która stała przed nim z szerokim uśmiechem na twarzy. – Potrzebujesz czegoś? – Jego oschły ton, którego używał na lekcjach, spowodował, że jej uśmiech nieco oklapł, lecz nie uciekła z klasy, co zapewne zdarzyłoby się na początku roku szkolnego.

– Prawdę mówiąc, to potrzebuję ciebie – odparła, grzebiąc za czymś w torbie. Uniósł brew w pytającym geście, lecz olśniło go dopiero w momencie, gdy wyciągnęła z torby jakiś pakunek. – To mikołajkowy prezent – wytłumaczyła, robiąc krok w stronę nauczyciela i wyciągając paczkę w jego stronę.

– Nie mogę tego przyjąć – powiedział niemal automatycznie, lecz dziewczyna tylko się zaśmiała i wcisnęła mu pudełko do rąk.

– Możesz. Co więcej, zrobisz to. Potraktuj to jako podziękowanie… sam wiesz za co. – Uśmiechnęła się jeszcze do niego i już miała wychodzić, gdy usłyszała, jak odsuwa krzesło i wstaje zza biurka.

– Ale ja nie mam nic dla ciebie…

– To nic – odparła, przechylając głowę delikatnie na bok. – W zamian może zechciałbyś towarzyszyć mi w drodze do domu?

– Oczywiście – odparł, nie mając jakichkolwiek powodów, by jej odmówić.

Wyszła z klasy z uśmiechem na ustach. Prawda była taka, że nie potrzebowała żadnych prezentów od niego. Wystarczyła jej jego przyjaźń. Radosne iskierki, które widziała w brązowych oczach. Kącik ust, uniesiony w kpiącym geście. Nawet ten wredny ton, którym straszył ich na lekcjach. Wystarczyło jej to, że po prostu przy niej był.

Miała nadzieję, że prezent spodoba mu się, chociaż nie była pewna, czy nie odbierze go zbyt… osobiście. Początkowo chciała podarować mu coś zabawnego, nawiązującego do jego zawodu, gdy nagle, na półkach antykwariatu, zobaczyła stare wydanie „Upiora Opery”. Zatrzymała się i przez chwilę patrzyła na okładkę. Przedstawiała ona przystojnego, młodego mężczyznę, z maską, która zakrywała jedną trzecią jego twarzy. Eleonora wpatrywała się w jego twarz do momentu, aż serce zaczęło jej mocniej bić i poczuła, że jeśli nie weźmie tej powieści, nie znajdzie nic innego. Słono zapłaciła za tą książkę i miała nadzieję, że było warto.

*

Eleonora i jej przyjaciele siedzieli, o dziwo, spokojnie, na lekcji języka polskiego, gdy usłyszeli… dzwoneczki? Dziewczyna uniosła głowę znad zeszytu i uśmiechnęła się do Alicji, która, podobnie jak jej przyjaciółka, przeczuwała, co się może zdarzyć.

– A co to tam tak hałasuje? Przecież nie ma jeszcze dzwonka! – Nauczycielka podniosła się ociężale z krzesła i już miała podejść do drzwi, gdy te nagle otworzyły się z hukiem i wszedł przez nie… Święty Mikołaj! Eleonora parsknęła śmiechem na widok zdziwienia, wymalowanego na twarzy pani profesor, która z niedowierzaniem obserwowała, jak do jej klasy wchodzi pół szkoły. – A-ale ja mam tu lekcje! Proszę wyjść, natychmiast!

– Nikt stąd nie wyjdzie, bo dziś świętujemy! – odparł dyrektor, który wszedł zaraz za uczniami w czapce świętego. – Mikołajki miały odbyć się na następnej lekcji, ale z racji tego, że klasy drugie piszą wtedy sprawdziany z fizyki i geografii – kilka osób zgromadzonych w sali westchnęło – postanowiłem przenieść je na teraz.

– Ależ dyrektorze, tak nie można…

Lecz mężczyzna nie słuchał już narzekań polonistki. Od jednego z uczniów wziął mikrofon, odchrząknął, po czym uśmiechnął się szeroko. – Nie przedłużając, witam was, moi drodzy, na szkolnych Mikołajkach. Wiem, że nie jesteście już dziećmi i są w tej klasie osoby, które nie wierzą w naszego świętego – tu wymownie spojrzał na polonistkę, co zostało skomentowane cichymi chichotami – ale tradycji musi stać się zadość. W naszej szkole co roku organizuje się Mikołajki i nie wyobrażam sobie, by teraz miałoby być inaczej! Zatem, nie przedłużając, oddaję głos Mikołajowi!

Rozległ się aplauz, a uczeń, przebrany za świętego, ukłonił się teatralnie. Kątem oka, Eleonora zobaczyła, jak nauczyciel matematyki wchodzi do pomieszczenia i staje przy futrynie, obdarzając spojrzeniem każdą obecną w klasie osobę. Odwróciła wzrok od mężczyzny i skupiła się na tym, co mówi Mikołaj. Kilku nauczycieli odebrało już swoje prezenty; wuefista oraz polonistka wzięli z pokorą swoje rózgi, chociaż kobieta odgrażała się, że skoro jest taka zła i niedobra, to przez następny miesiąc będzie robiła kartkówki.

– Pan matematyk nasz kochany, ho, ho, ho! Proszę podejść, nie bać się Mikołaja! Bo Mikołaj daje prezenty grzecznym dzieciom. Tylko niegrzeczne dzieci nagradza rózgami.

– A słyszał pan, panie Mikołaju – zaczął nauczyciel, powolnym krokiem zbliżając się do przebierańca – że nie należy się wtrącać w sprawy innych? Bo myślę, że pańskie zachowanie jest typowym przejawem wścibstwa. A ja nienawidzę wścibstwa – mruknął, a lekko zdenerwowany święty spojrzał na dyrektora, który machnął do niego ręką, by nie przejmował się słowami nauczyciela.

Chłopak odchrząknął i spojrzał na matematyka, wymuszając uśmiech. – A jak pan uważa… zasłużył pan na prezent, czy rózgę?

Kilka osób zaczęło mówić o rózdze, lecz nauczyciel uśmiechnął się na to w odpowiedzi. – Dostałem już jeden naprawdę wspaniały prezent, więc jest mi szczerze obojętne, co dostanę.

– Czyżby zgarnął pan podwyżkę od przełożonego? – Święty skulił się pod wzrokiem nauczyciela, a dyrektor, mimo że uśmiechał się od ucha do ucha, pomachał chłopakowi palcem w ostrzegającym geście. – To może powie pan Mikołajowi, co dostał, to Mikołaj się dostosuje do tego prezentu?

– Dostałem… książkę – odparł cicho, a Eleonora poczuła, że jej serce zatrzymało się nagle, a następnie zaczęło być z podwójną prędkością. Mówił o niej. A raczej o jej prezencie. Nagle poczuła ogarniającą ją rozpacz, gdy do głowy przyszła jej myśl, że jednak już ją czytał. Święty również zadał to pytanie, na co Karasiewicz pokręcił głową przecząco i uniósł kącik ust. – Nie miałem jeszcze okazji jej czytać. Ale mogę zagwarantować, że zrobię to przy najbliższej okazji.

Eleonora uśmiechnęła się prawie niezauważalnie i spuściła wzrok, lecz Alicja zdołała zauważyć iskry, które pojawiły się w oczach przyjaciółki. Szturchnęła ją lekko łokciem, co Eleonora skomentowała cichym prychnięciem.

Trafiła z prezentem w punkt. I w tamtym momencie, dla szatynki liczyło się tylko to, że udało jej się uszczęśliwić jej przyjaciela. Zobaczyła, iż mężczyzna na nią patrzy i nie mogła powstrzymać szerokiego uśmiechu, wpływającego na twarz.

– A teraz, zobaczymy, co święty ma do zaoferowania naszemu kochanemu profesorkowi…

Adam westchnął ciężko i nie powiedział już nic, czekając na to, co mu podaruje przebieraniec. Cóż… jakby sam miał sobie wystawić ocenę za zachowanie, skala, którą by się posługiwał, nie miałaby dolnej granicy. Spoufalał się z uczennicą, całował się z nią. I to całował się z nią tak, że przez chwilę marzył, by zaszło między nimi coś więcej. Coś, co nie powinno przejść mu w ogóle na myśl.

Był dojrzałym mężczyzną i miał swoje potrzeby – zarówno fizyczne, jak i psychiczne. Nie chciał być samotny przez całe życie, jednak cierpliwie czekał na tą, która będzie potrafiła go zrozumieć. Która będzie go wspierać. Która go wysłucha i poda pomocną dłoń, gdy będzie jej potrzebował. Wiedział jednak, że nie jest łatwo znaleźć kogoś takiego, lecz był naprawdę cierpliwy.

Jednakże jego cierpliwość kończyła się w momencie, gdy zaczynał czuć słodki zapach skóry swojej uczennicy. To właśnie ta dziewczyna z czasem stała się najbliższą mu osobą, choć zapewne była tego nieświadoma. Ale on potrafił czekać. I choćby miał czekać wieki, przyrzekł sobie, iż zdobędzie to, czego pragnie…

– No, ma pan szczęście, panie czytelniku świetnych książek. Mikołaj znalazł w swoim worku… magiczną zakładkę, która zatrzyma pańskie myśli na danej stronie, gdy będzie pan musiał przerwać lekturę i zająć się czymś innym.

Karasiewicz chwycił zakładkę w dłoń i prychnął pod nosem, gdy zobaczył na niej jakąś księżniczkę z bajki, której imienia nie pamiętał. – Dziękuję Mikołajowi – skinął głową, a chłopak poczuł się nieco pewniej, widząc gest, jakim obdarzył go nauczyciel, lecz po chwili mina mu zrzedła całkowicie. – A teraz ja mam prezent dla Mikołaja. Specjalnie dla pana przygotuję kartkówkę, którą napisze pan po weekendzie. Jeszcze raz dziękuję za prezent i życzę dobrej zabawy.

Nauczyciel matematyki wyszedł z pomieszczenia, a na sali zapanowała zupełna cisza, którą przerwała dopiero wypowiedź dyrektora:

– Nie martwcie się, moi drodzy! Gwarantuję, że żaden święty nie ucierpi w wyniku dzisiejszych zdarzeń! – Mężczyzna uśmiechnął się do uczniów. – No dalej, rozdajemy te prezenty! – I tylko nieliczni zastanawiali się, co stało się z nauczycielem matematyki.

35

– Na pewno spakowałaś wszystko? Nie zawrócimy w połowie drogi, bo sobie o czymś nagle przypomnisz. – Eleonora w odpowiedzi mruknęła coś pod nosem i ziewnęła, chodząc w kółko po chodniku przed domem nauczyciela. Aby dotrzeć do Warszawy, jeszcze przed utworzeniem się korków oraz by zameldować się w hotelu o wyznaczonej godzinie, musieli wyjechać wcześnie rano, co przełożyło się na samopoczucie dziewczyny. Nie była przyzwyczajona do wstawania o takiej porze, a jej wygląd tylko to potwierdzał: cienie pod oczami i blada cera zupełnie nie pasowały do wizerunku szatynki.

Adam zorientował się, że zamiast wkładać walizki do samochodu, wpatruje się tęsknie w plecy młodej kobiety. Potrząsnął głową niedowierzająco i kontynuował swą pracę. Eleonora zaś, nieświadoma rozterek, które zakiełkowały w sercu nauczyciela, obróciła się w jego stronę i podeszła bliżej. – Długo będziemy jechać?

– Jeśli nie będzie żadnych przeszkód po drodze, to za jakieś trzy godziny powinniśmy być w hotelu. – Włożył do bagażnika ostatni kufer i otrzepał ręce. – Wejdź do samochodu i poczekaj tam na mnie. Ja muszę jeszcze zadzwonić.

Nie zadawała pytań. W milczeniu otworzyła drzwi i usiadła w wygodnym fotelu. Rozejrzała się ciekawsko po wnętrzu pojazdu i choć była tam już drugi raz, dopiero teraz dostrzegła, jak Karasiewicz musi o niego dbać. Ziewnęła. Powieki samoistnie jej się kleiły, lecz nie zamknęła oczu. Spojrzała w lusterko, wzrokiem błądząc za oddalającą się sylwetką nauczyciela. Przystanął nagle, przyłożył telefon do ucha i zaczął coś mówić, lecz był zbyt daleko, by usłyszeć, o czym mówi. Oparła głowę o szybę i obserwowała. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, jeszcze tego dnia pójdą na spacer. Uśmiechnęła się do swoich myśli.

Po kilku minutach dołączył do niej nauczyciel. Zasiadł za kierownicą, lecz nie ruszył od razu. Wziął kilka głębszych wdechów, spojrzał na dziewczynę, a ta nagle poczuła się niepewnie. W jego oczach było coś obcego. Powstrzymała przemożną chęć dowiedzenia się, co właściwie doprowadziło go do takiego stanu, jednak wiedziała, że nie miałoby to sensu, bo i tak zapewne by jej nie powiedział.

Wreszcie ruszyli. Po jakimś czasie, który spędzili w ciszy, Eleonora postanowiła wreszcie się odezwać:

– Znasz może tych ludzi, którzy zasiadają w komisji?

– Tylko o nich słyszałem – mruknął, na co panna Kraszewska przygryzła wargę. Łatwo nie będzie…

– A wiesz może, ilu będzie uczestników?

– Skąd miałbym mieć takie informacje?

Westchnęła ciężko, ziewnęła po raz kolejny i oparła głowę o szybę, przymykając oczy. Skoro nie chciał rozmawiać, to postanowiła się zdrzemnąć, bo powoli zaczynała tracić cierpliwość, co było do niej niepodobne. Karasiewicz rzucił jej krótkie spojrzenie, mocniej zaciskając przy tym dłonie na kierownicy. – Będziesz spała?

– Taki mam zamiar – odparła chłodno. Zmęczenie coraz bardziej dawało się jej we znaki. Uchyliła jednak jedną powiekę i przyjrzała się profilowi swego towarzysza. – Czy to jakiś problem?

Pokręcił głową przecząco i westchnął ciężko. – Na tylnym siedzeniu masz koc. Weź go sobie, będzie ci cieplej. – Próbował wypowiedzieć te słowa oschle, tak, jak zrobiłby to Adam Karasiewicz na początku roku szkolnego, lecz zdał sobie sprawę, że już tak nie potrafił. Nie w stosunku do dziewczyny, która przykryta jego kocem, powoli zasypiała. Przełknął jakąś rosnącą gulę w gardle, a dłonie na kierownicy zacisnął tak mocno, że jego knykcie pobielały. Z każdą upływającą sekundą obawiał o to, jak może zakończyć się ten wyjazd. 

*

Eleonora obudziła się nagle, wzrok miała rozbiegany i przez chwilę nie wiedziała, gdzie się znajduje, lecz widząc nauczyciela, odetchnęła z ulgą. Miała dziwny sen z udziałem matematyka w roli głównej, lecz nie przejęła się tym za bardzo, bo w końcu była to wyłącznie fantazja jej umysłu… raczej. Drgnęła przeraźliwie, gdy jakiś wytatuowany mężczyzna w okularach przeciwsłonecznych, kilkukrotnie nacisnął klakson. Zmrużyła oczy, odwróciła się i pokazała mu środkowy palec, a on widocznie się tego nie spodziewał, bo jego brwi uniosły się w zdziwieniu. Eleonora prychnęła pod nosem i wróciła do poprzedniej, wygodniejszej pozycji. Oblizała spierzchnięte usta i zaczęła rozglądać się po samochodzie, w poszukiwaniu butelki wody, którą z pewnością zabrała ze sobą. Zwróciła tym uwagę bruneta, którego policzek drgnął prawie niezauważalnie. – Woda jest na tylnym siedzeniu – powiedział, nie odrywając wzroku od drogi. Dziewczyna na niego zdziwiona, wzruszyła ramionami i sięgnęła po butelkę, wreszcie ugaszając swe pragnienie. – Za pół godziny powinniśmy być na miejscu. Chyba że chcesz zrobić postój na stacji?

– Nie – odparła, przygryzając wargę. – Możesz włączyć muzykę?

Karasiewicz, bacznie obserwując samochody jadące przy jego cennym aucie, jedną ręką zaczął majstrować coś przy radiu. Sprawiał przy tym wrażenie, jakby znał na pamięć wszystkie funkcje swego samochodu. Odbiornik zaburczał niebezpiecznie; Eleonora spojrzała na nauczyciela, lecz jego twarz nie zmieniała wyrazu, czyli prawdopodobnie wszystko było w porządku. Dziewczyna wzruszyła ramionami i nagle spostrzegła, że radio jest wyciszone. Bez zastanowienia przekręciła gałkę i ustawiła głośność na maksimum.

I to był poważny błąd z jej strony.

Hey Hey You You I don’t like your girlfriend

No way No way I think you need a new one

Eleonora parsknęła śmiechem, zaś Karasiewicz wyglądał na speszonego. Zaczął przyciskać po kolei wszystkie guziki na radiu, lecz to nie chciało z nim współpracować.

Hey Hey You You I could be your girlfriend 

– Nie rozumiem, o co chodzi… – powiedział cicho, delikatnie rumieniąc się na policzkach. W oczach Eleonory pojawiły się złośliwe iskierki. Gdyby jej koledzy ze szkoły to widzieli… Najgroźniejszego, najbardziej wymagającego nauczyciela w szkole, w jakimś stopniu zastraszanego przez milusie Girlfriend.

In a second you’ll be wrapped around my finger

‘Cause I can, ’cause I can do it better

– Cholera, coś musiało się zaciąć!

There’s no other, so when’s it gonna sink in

She’s so stupid, what the hell with your thinking?

I gdy Karasiewicz myślał, że gorzej już być nie mogło, Eleonora zaczęła śpiewać razem z Arvil. W myślach przyznał, iż całkiem nieźle jej to wychodziło… Zaczęła odtwarzać, znacznie ograniczoną przez samochód, choreografię, zdążyła się już nawet zaangażować, gdy matematykowi wreszcie udało się zmienić utwór na jakąś romantyczną balladę. Wolał jednak to, niż jakąś dziwaczną dziewczyńską piosenkę.

Odgarnął włosy z czoła i ponownie skupił się na jezdni. – Nie powinnaś była ruszać MOJEGO radia. Mogłaś uszkodzić MÓJ samochód!

– Przecież to tylko radio. I tylko auto – mruknęła, narażając się na nieprzychylne spojrzenie mężczyzny.

To tylko auto, nie przedłużenie penisa, dodała sobie w myślach. 

Resztę drogi przebyli w milczeniu i mimo że Eleonora, co jakiś czas, miała ochotę nawiązać jakąś konwersację z Karasiewiczem, czerpała niemałą satysfakcję z faktu, iż Girlfriend z pewnością utkwi w głowie profesora do końca dnia.

*

Zaparkowali pod hotelem, w którym, na czas konkursu, mieli zamieszkać wszyscy jego uczestnicy wraz z opiekunami. Karasiewicz, mimo wyraźnych sprzeciwów jego towarzyszki, wyciągnął walizki z samochodu i zaczął je ciągnąć za sobą. Dziewczyna pokręciła głową z niedowierzaniem; jej bagaż nie był na tyle ciężki, by nie mogła sama sobie z nim poradzić. Weszli do środka i niemal od razu zostali przywitani przez recepcjonistkę. Swoją drogą, była ona bardzo ładną, młodą dziewczyną – blondynką z krystalicznie białym uśmiechem i perfekcyjnie zrobionym makijażem. Eleonora spojrzała na Karasiewicza, szukając jakichkolwiek oznak zainteresowania nieznajomą, lecz on przyglądał się jej z czystą obojętnością. Szatynka odetchnęła z ulgą i uśmiechnęła sztucznie do kobiety. – Witamy państwa serdecznie w naszym hotelu! Czy mieli państwo rezerwację? – zaszczebiotała recepcjonistka, a Eleonora musiała powstrzymać przemożną chęć wywrócenia oczami.

– Na nazwisko Karasiewicz – odparł chłodno mężczyzna, na co uśmiech blondynki nieco osłabł.

– Proszę, oto klucze do pokoju numer siedemdziesiąt siedem, na pierwszym piętrze. – Adam skinął głową, polecił uczennicy, by wzięła klucze, a recepcjonistka krzyknęła jeszcze na odchodne: – Życzymy miłego pobytu!

Wchodząc po schodach, Eleonora nie mogła się powstrzymać, by nie posłać kobiecie ostrzegającego spojrzenia. Po chwili, przybrała na twarz słodki uśmiech i ruszyła za profesorem, zostawiając zdezorientowaną recepcjonistkę samą na parterze.

Korytarz był zupełnie opustoszały, choć za niektórymi drzwiami słychać było toczące się rozmowy. Eleonora czuła się jak w filmie. Mimo że panele, którymi były ozdobione ściany, wyglądały nieco tandetnie i kiczowato, to bogato zdobiony, stary dywan oraz wiszące, pozłacane żyrandole oraz drzwi, ozdabiane malowidłami, robiły wrażenie.

Mijali kolejne numery i zdawać by się mogło, że korytarz ten nie miał końca. Jednakże po przejściu kilku metrów, wreszcie stanęli przed drzwiami, na których widniała tabliczka, odpowiadająca ich przydziałowi. – Coś mi się to nie podoba – mruknął nauczyciel, a Eleonora nie miała pojęcia, skąd wynikał jego niepokój. Gdyby tylko bliżej przyjrzała się malowidłu, zamieszczonemu na drzwiach, zapewne zrozumiałaby… 

Adam zaś był pewien, że Amor i Psyche nie znaleźli się tam przypadkowo.

To, co Eleonora zobaczyła zaraz po wejściu do pokoju, spowodowało, że zatrzymała się gwałtownie, narażając się tym samym na zdenerwowane spojrzenie nauczyciela. Ale jego mina, gdy po raz pierwszy ujrzał wnętrze pomieszczenia, była warta zapamiętania. Ogromne, prostokątne łoże małżeńskie zajmowało większą część pokoju, mimo że ten był ponadprzeciętnych rozmiarów. Na pościeli leżały dwa łabędzie, zrobione z ręczników, otoczone przez niewielką rzekę z płatków czerwonych róż, które miało swe ujście u stóp nastolatki. W powietrzu był wyczuwalny mdły różany zapach. Eleonora rozejrzała się za jego źródłem. Dwie świeczki, ustawione na komodzie, rzucały delikatną poświatę na czerwone ściany. Adam niemal od razu ruszył w stronę okna, by wpuścić nieco świeżego powietrza.

– Całkiem niezłe standardy – powiedziała wreszcie dziewczyna, gdy otrząsnęła się z pierwszego szoku. Karasiewicz mruknął coś pod nosem, a następnie ruszył w stronę jakichś drzwi, które, jak się okazało, prowadziły do łazienki. Wrócił do pokoju, lecz w międzyczasie jakaś nerwowość wkradła się do jego spojrzenia; coś, co sprawiło, że Eleonora głośniej przełknęła ślinę. – Czy coś się stało? – spytała wreszcie.

– To musi być pomyłka – mruknął, siadając na ogromnym łóżku. – Tutaj jest tylko jeden pokój z jednym łóżkiem. Przecież dyrektor, wypełniając formularz, jasno podkreślił, że mają być dwa osobne łóżka, a najlepiej, dwa osobne pokoje! – Eleonora, jakby chcąc się upewnić, ruszyła w stronę łazienki i aż westchnęła, widząc ogromną wannę, w której prawdopodobnie przyjdzie jej spędzić kilka wieczornych godzin. – Eleonoro, wracam na recepcję, może uda mi się dowiedzieć, o co w tym wszystkim chodzi.

Nie zdążyła go zatrzymać. Kiedy wyszła do pokoju, jego już nie było. Powoli podeszła do łóżka i położyła się na nim, ciesząc się w duchu, że pościel pachnie mydlinami, a nie czymś mniej przyjemnym. Była ciekawa, jaki jest powód, dla którego znaleźli się w jednym pokoju, zapewne przygotowanym dla jakiegoś młodego małżeństwa. Ale czy naprawdę Karasiewicz nie wytrzymałby z nią razem w jednym łóżku?

Jej policzki zaróżowiły się, a usta rozciągnęły w nieśmiałym uśmiechu.

Czy naprawdę o tym pomyślała?

Ciche westchnienie w tamtym momencie brzmiało niczym krzyk. Szatynka przymknęła oczy i przesunąwszy dłonią po atłasowym materiale, zaczęła intensywnie rozmyślać. Czy miała siłę, by powstrzymać swoje pragnienie? A czy można było mówić o niej i jakimkolwiek pragnieniu? Uśmiechnęła się krzywo pod nosem. Nawet jeśli ona zaczęłaby działać, Karasiewicz zapewne nie spojrzałby na nią w ten sposób. Prawda, całowali się więcej niż raz, a i zdarzały się momenty, gdy powietrze wokół nich gęstniało na tyle, że można było kroić je nożem, jednak Eleonora nie sądziła, że Adam mógłby czuć do niej coś więcej, prócz przyjaźni. W końcu on sam zdefiniował relację, jaka miała ich łączyć.

Nie wiedziała, ile czasu minęło od chwili, gdy Karasiewicz wyszedł z pokoju, ale nie zamierzała leżeć bez celu i rozpaczać nad jednostronnością swego uczucia. Otworzyła swoją walizkę i zaczęła się rozpakowywać. Nie wzięła wielu rzeczy: miała ze sobą jedną spódniczkę, kilka bluzek, koszulę, cztery pary spodni, sukienkę, bieliznę, czarne szpilki, trampki, książkę, z którą próbowała się uporać od początku listopada, ładowarkę do telefonu, w pełni wyposażoną kosmetyczkę i… słodycze, którymi osłodzi sobie gorycz porażki, jeśli nie powiedzie się jej na konkursie.

Odwróciła się, słysząc, że drzwi otwierają się, a wyraz twarzy nauczyciela sugerował, iż nie takiego obrotu sprawy oczekiwał. Wziął swoją torbę i wyciągnął z niej butelkę wody, pociągnął kilka głębokich łyków i zbliżył się do okna, za którym rozciągał się bajeczny widok na jeden z lokalnych parków. – Tak jak myślałem, zaszła pomyłka – mruknął pod nosem, a zaciekawiona dziewczyna wstała z podłogi, otrzepała spodnie z niewidzialnego kurzu i wyprostowała się, patrząc na mężczyznę.

– Poszedłem, zapytałem i jak się okazało, nasz pokój zajęła para, która przyjechała do Warszawy, by świętować rocznicę ślubu. Przez jakiś durny błąd w systemie, oni wylądowali w naszym apartamencie, a my w ich, z taką różnicą, że ten, w którym obecnie przebywamy, jest prawie dwa razy droższy! – Widząc jej przestraszone spojrzenie, dodał: – Nie będziemy musieli za to płacić, bo to ich błąd. Jak się też okazało, facet wcale nie rozpaczał z powodu, że nie musi spać w jednym łóżku ze swoją żoną. – Westchnął. – Pytałem też recepcjonistki o dodatkowy pokój, ale… wszystko zostało zajęte…

– Czyli… będziemy spać razem?

Ugryzła się w język zbyt późno; myśli zdążyły opuścić już jej umysł, a widząc szok na twarzy nauczyciela, zarumieniła się soczyście i spuściła wzrok. Nie musiał nic mówić. Wiedziała.

– W szafie podobno jest materac. – Zmienił temat, z czego była zadowolona, lecz w jej sercu pozostała nutka niesmaku i rozczarowania. Usiadła na łóżku i obserwowała, jak brunet otwiera szafę, a dziwny grymas jego twarzy sugerował, że znów coś było nie tak. – Nie mówili, że trzeba będzie go pompować… Zresztą, zrobię to później. – Spojrzał na nią i z niezręcznością, zupełnie do niego niepasującą, podrapał się po karku. – Muszę teraz gdzieś jechać i…

Skoczyła na równe nogi i spojrzała na niego rozpaczliwie. – Nie zostawiaj mnie tutaj, proszę! Obiecuję, że nie będę się odzywać, ale nie chcę być sama!

Westchnął ciężko, złapał się za nasadę nosa i po chwili skinął głową. – Niech tak będzie, ale… proszę cię, nie rozmawiajmy teraz, dobrze?

Uśmiechnęła się szeroko i ruszyła do łazienki, by odświeżyć się przed kolejną podróżą. Nie sądziła, że ta radość, niedługo później zmieni się we wszechogarniającą złość, której nie czuła od czasu pamiętnych Andrzejek…

*

Cmentarz był ostatnim miejscem, gdzie Eleonora chciała przebywać, lecz gdyby zaczęła marudzić, Karasiewicz zapewne nie odezwałby się do niej przez najbliższy miesiąc. Z każdym kolejnym krokiem, twarz Adama bladła coraz bardziej, aż w końcu zatrzymał się, przymknął oczy, a jego ręce drżały niekontrolowanie, jakby się czegoś bardzo obawiał. Szatynka zmarszczyła brwi, lecz nie potrafiła ukryć troski, jaka czaiła się w jej oczach. – Adam… wszystko w porządku?

Nie zareagował od razu. Dopiero delikatny dotyk jej dłoni pomógł mu wrócić do rzeczywistości. Spojrzał na nią niemal rozpaczliwie, poszukując wsparcia, którego tak bardzo wtedy potrzebował, a gdy jego oczy napotkały jej, uniósł kącik ust i skinął głową w niemym podziękowaniu. Nie stać go było na nic więcej. Nie w tamtym momencie. Wznowili marsz i w ciszy mijali kolejne nagrobki. Jakiś mężczyzna, ubrany cały na czarno, płakał przy jednym z pomników i Eleonora musiała szybko odwrócić wzrok, by samej się nie rozkleić. Nagle nauczyciel przyspieszył, a zrobił to tak niespodziewanie, że szatynka przez jakiś czas musiała biec, by go dogonić.

Przystanął obok jakiejś kobiety, która wkładała kwiaty do wazonu na jednym z pomników. Widząc przybysza, uśmiechnęła się szeroko, a w jej oczach pojawił się błysk, który nie sugerował niczego dobrego.

– Adam, jak miło cię widzieć.

Nauczyciel jednym gwałtownym ruchem ręki wyrzucił kwiaty z wazonu na ziemię, a gniew promieniował na całe jego ciało. – Co ty tu robisz, do cholery?! Nie masz prawa tu przebywać!

– Mam pełne prawo, by odwiedzić mą teściową – mruknęła filuternie nieznajoma, a Eleonora czuła, że traci grunt pod nogami. Kim jest ta kobieta?!

36

Ciężkie, nocne powietrze wdarło się do pokoju hotelowego. Eleonora leżała z szeroko otwartymi oczami, a jej klatka piersiowa na przemian unosiła się i opadała. Mimo późnej pory nie mogła zasnąć, a wszystko to przez rękę Karasiewicza, leżącą na jej brzuchu. Niełatwo było go przekonać do wspólnego spędzenia  nocy; w tym wypadku zadziałała groźba spania razem z nim na materacu. 

Teraz bała się chociażby obrócić głowę w jego kierunku, by go nie obudzić. Widząc, jak mężczyzna miota się przez sen, Eleonora zrozumiała, że to nie będzie przyjemna noc.

Ten dzień był okropny. Jeszcze nigdy nie widziała matematyka tak wściekłego, tak zdezorientowanego, a także… bezsilnego. Eleonora czuwała, by Adam nie popełnił żadnego głupstwa, za które mógłby później ponieść konsekwencje, lecz widocznie samo spotkanie byłej partnerki zadziałało na niego jak płachta na byka. Anna wyglądała na niewzruszoną, jakby nic się nie stało. Oddaliła się z cmentarza z kpiącym uśmiechem, który z ogromną chęcią zostałby starty przez szatynkę, gdyby nie to, iż bardziej martwiła się stanem przyjaciela. Wydawał się być pusty. Zupełnie tak, jakby wyparowały z niego wszelkie emocje. Tego dnia nie rozmawiał z nią więcej.

Eleonora westchnęła i zacisnąwszy usta w wąską linię, powoli obróciła się w stronę mężczyzny. Ten zabawnie zmarszczył nos, mruknął coś i westchnął, a jego ręka opadła bezwiednie na talię dziewczyny. Przeciągnęła palcami po jego policzku, obserwując każdą zmianę, zachodzącą na twarzy bruneta. Z każdym kolejnym muśnięciem rozluźniał się coraz bardziej, aż w końcu zaczął wyglądać… normalnie. Nie mogła się powstrzymać przed zbliżeniem swych ust do czoła mężczyzny i złożeniem na nim czułego pocałunku. – Śpij, kochany, tej nocy będę czuwać nad tobą.

*

Eleonora obudziła się wcześnie rano, ale czuła się zupełnie wyspana. Przeciągnęła się, mrużąc oczy przed wpadającym przez okno światłem. Była pewna, że to szum jadących ulicą aut zbudził ją. Nie dziwiła się bardzo – o tamtej porze wielu mieszkańców Warszawy spieszyło się, by zdążyć do pracy i szkoły, nie oszczędzając przy tym klaksonów.

Potrzebowała chwili, by zrozumieć, że coś jest nie tak. Zamiast w swojej sypialni, znajdowała się w pokoju hotelowym, a na dodatek nie była w nim sama. Adam Karasiewicz smacznie spał obok niej, przytulał się do jej piersi i jedną ręką obejmował w pasie. Eleonora poczerwieniała i rozejrzała się, szukając jakiegoś dobrego sposobu na uwolnienie z uścisku. Gdyby mężczyzna dowiedział się o tym… aż nie chciała wiedzieć, co by zrobił. 

Na pewno nie poszedłby na skargę do dyrektora, bo sam zostałby ukarany za sypianie z uczennicą w jednym łóżku. W pewnym momencie zauważyła, że matematyk otwiera oczy. Sama mocno zacisnęła powieki, udając, że nadal śpi i czekała na rozwój sytuacji.

Przez dłuższą chwilę nic się nie działo i Eleonora powoli traciła cierpliwość. Kiedy jednak poczuła, jak mężczyzna zakłada jej kosmyk brązowych włosów za ucho, a następnie gładzi kciukiem po policzku, w jej brzuchu pojawił się rój motyli. Nie zdążyła się jednak nacieszyć tym dotykiem, gdyż Adam odsunął się i zaczął wstawać z łóżka. 

Otworzyła oczy dopiero, gdy usłyszała szum prysznica. Odetchnęła, jednocześnie czując falę gorąca, która przepłynęła przez jej ciało. Co to miało być? Odrzuciła kołdrę i podeszła do szafy, wybierając strój, w którym wystąpi na pierwszym etapie konkursu. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, co ją czeka. A jeśli ośmieszy się przed wszystkimi? I zostanie zapamiętana jako ta, która chciała osiągnąć szczyt góry, lecz jeszcze na starcie zapomniała, jak wchodzi się po schodach? Wzięła głęboki oddech i na chwilę przymknęła oczy, by opanować nerwy.

Nie wiedziała, jak długo tak stała, lecz odwróciła się w momencie, gdy poczuła dłonie na swych ramionach. Napotkała czujne spojrzenie nauczyciela, który po chwili ujął delikatnie jej podbródek w dwa palce. Uniósł kącik ust, a słowa, które wypowiedział, tkwiły w jej umyśle aż do czasu konkursu:

– Dasz sobie radę, Eleonoro. Wierzę w ciebie.

Jeszcze przez chwilę obawiała się, że mógł słyszeć słowa, które wypowiedziała do niego w nocy, lecz gdy tak stali, a on milczał, zrozumiała, iż nie mógł tego słyszeć. Przecież spał. Powoli wysunęła się z jego uścisku i wziąwszy ubrania, ruszyła do łazienki. Adam obserwował, jak drzwi zamykają się, a szatynka znika za nimi. Wypuścił długo wstrzymywane powietrze i przymknął oczy.

– Dziś to ja będę czuwał nad tobą – powiedział sam do siebie, zanim odwrócił wzrok i zasiadł w fotelu, z książką w jednej ręce, a długopisem w drugiej. Pisząc kąśliwe komentarze starał się wypełnić czas, który Eleonora spędziła na przygotowaniu swego wizerunku. Po około godzinie, drzwi łazienki otworzyły się i stanęła w nich dziewczyna. Miała delikatnie zarumienione policzki, starannie ułożone włosy i ubrana była w koszulę oraz spódniczkę przed kolano. Spojrzała na Adama niepewnie, uśmiechnęła się i zapytała:

– I jak wyglądam?

– Odpowiednio – mruknął posępnie, odkładając książkę. – Ubierz kurtkę i wychodzimy; nie warto spóźniać się pierwszego dnia.

Wyglądała na nieco zawiedzioną jego komentarzem. Gdyby tylko miał więcej odwagi, powiedziałby, co tak naprawdę sądził. Że w jego życiu nie dane było mu widzieć piękniejszej kobiety.

*

Uniwersytet Banacha był jedną z najsłynniejszych szkół wyższych w Polsce. Uczyły w niej osoby wybitne, ściśle związane z matematyką, fizyką oraz informatyką. Ci, którzy zdołali obronić swoje prace licencjackie, zagwarantowane mieli posady w karierach naukowej, biznesowej i innych, tym podobnych. Dlatego też, Eleonora, wchodząc do budynku, nie mogła powstrzymać szerokiego uśmiechu, który rozświetlił jej twarz. Błądziła wzrokiem po tablicach, na których były zapisane sukcesy studentów uczelni, zrobiła sobie zdjęcie z popiersiem patrona szkoły, oczywiście, gdy nikogo nie było na korytarzu, prócz Karasiewicza, który na ten widok prychnął pod nosem. W końcu dotarli pod aulę, gdzie miały odbyć się pierwsze eliminacje.

Stało już tam kilka osób. Nie zareagowali w żaden sposób na powitanie dziewczyny, a ta, lekko zdezorientowana, odwróciła się w stronę nauczyciela, który w odpowiedzi wzruszył ramionami. Obserwowali, jak jakiś starszy mężczyzna tłumaczył coś chłopakowi w okularach z czarnymi oprawkami, które na tyle kontrastowały z jego bladą cerą, że dziewczyna musiała się uśmiechnąć.

– Eleonoro – cichy szept przy uchu spowodował, że przez jej plecy przeszedł dreszcz – ja nie będę mógł wejść na salę, a tym samym nie będę mógł ingerować w przebieg konkursu. Jestem jednak pewien, że będą tam osoby, które zechcą w jakiś sposób ci zaszkodzić… Bądź czujna i nie daj się zwieźć. – Adam odsunął się od niej tylko na chwilę. Wyciągnął z kieszeni telefon i podał jej go. – Nie zdążyłem cię poprosić, byś dała mi swój numer telefonu…

Bez słowa wzięła do rąk urządzenie i przez chwilę rozmyślała nad nazwą kontaktu. Uśmiechnęła się niemal nostalgicznie, po czym szybko wystukała na klawiaturze kilka literek, które złożyły się w wiele znaczące do niej imię: Elizabeth.

Adam obserwował jej poczynania i gdy przyszło mu wpisać się do jej telefonu, jedyną, słuszną w tym przypadku nazwą, był Darcy, jakkolwiek głupio by to nie brzmiało.

Eleonora przymknęła oczy, a jej zszargane nerwami serce na chwilę się uspokoiło. Do czasu. Z auli wyszedł elegancki mężczyzna, który obdarzył zgromadzonych chłodnym spojrzeniem. – Witam państwa na Ogólnopolskim Konkursie Matematycznym. Nazywam się Paweł Sobolewski i jestem rektorem tej uczelni. Konkurs rozpocznie się równo o godzinie jedenastej; uczestników zapraszam na salę, zaś w tym czasie, opiekunowie mogą rozgościć się w naszej stołówce na drugim piętrze. – Eleonora jeszcze raz odwróciła się w stronę Karasiewicza, a ten pożegnał ją skinieniem głowy. Szatynka zniknęła za drzwiami, prowadzącymi na aulę, zaś Adam ruszył za jedną z opiekunek, która od początku bardzo przeżywała debiut swej podopiecznej. Nie to, że Karasiewicz nie stresował się. On po prostu przeczuwał, że jego uczennicy pójdzie dobrze. Wierzył w nią.

*

– Moja Karolina to ma na swoim koncie mnóstwo wygranych konkursów, a pan Paweł we własnej osobie dawał jej nagrodę – opowiadała jedna z nauczycielek, powodując, że policzki drugiej zrobiły się całe czerwone od powstrzymywanej złości. Adam wywrócił oczami na to przedstawienie. Prawdę mówiąc, miał już dość. Chciał wyjść z tego miejsca, pełnego ludzkiej zawiści i cieszyć się czasem spędzonym z Eleonorą. Swoją drogą był ciekawy, jak się jej pisze. Oczyma wyobraźni zobaczył nastolatkę, pochyloną nad arkuszem i marszczącą nos w śmieszny sposób, zastanawiającą się nad rozwiązaniami kolejnych zadań. Zapewne założyłaby kosmyk brązowych włosów za ucho, przygryzłaby dolną wargę i chwilę później, na kartce pojawiłby się rządek idealnie równych cyferek, które złożyłyby się w skomplikowane obliczenia… Nagle mężczyzna poczuł rękę na swoim ramieniu i obrócił się, mając nadzieję, że jego męczarnie się już skończyły. To jednak nie była ONA, lecz jakaś kobieta, która również czekała na swą wychowankę.

– Idzie pan na fajkę?

– Nie palę – odmruknął Adam, obserwując, jak jeden z opiekunów idzie w kierunku toalet. Karasiewicz zmrużył oczy. Ten facet zdecydowanie mu się nie podobał, a jego zachowanie było co najmniej podejrzane. Już miał za nim pójść, gdy zobaczył, jak drzwi stołówki otwierają się i wychodzi z nich jakaś dziewczyna, w której oczach zalśniły łzy.

– To było okropne! – zaskrzeczała, wybuchła płaczem na dobre. Jej nauczycielka wstała z fotela, przytuliła ją z dystansem i wyprowadziła na zewnątrz. Adam zaczął się martwić o swoją podopieczną – wiedział, że Eleonora nie będzie płakać z powodu testu, lecz jeśli się jej nie uda… z pewnością by to na nią wpłynęło. Zresztą, na niego zapewne też.

Po kilku minutach, na stołówkę wszedł jakiś chłopak, który również skarżył się na poziom sprawdzianu. I wreszcie przyszła ona. Na ustach panny Kraszewskiej widniał delikatny uśmiech, choć Adam widział, że maskowała nim prawdziwe odczucia. – Zawiodłam – powiedziała niechętnie, unikając jego spojrzenia. – Nie dokończyłam jednego zadania o wyznaczaniu wartości własnych i wektorów własnych macierzy…

– Już sprawdzili wasze prace? – spytał zdziwiony. Eleonora pokręciła głową przecząco.

– Jeszcze nie, ale jest czternaście osób w komisji, więc pójdzie szybko. Naprawdę się starałam, ale zabrakło mi czasu i…

– Rozumiem – przerwał jej. – Jednak myślę, że nie powinnaś się tym teraz zadręczać. Napisałaś na tyle, na ile umiałaś. – Uśmiechnął się delikatnie i rozejrzał po pomieszczeniu. – Chcesz może coś do picia? Jakąś czekoladę albo sok?

– Chętnie napiję się gorącej czekolady – odparła, wymuszając uśmiech. Tak naprawdę było jej bardzo, bardzo smutno. Tyle czasu poświęciła na przygotowania, a w kluczowym momencie po prostu nie dała rady. Pokonał ją czas. Adam podszedł do automatu, a Eleonora usiadła przy jednym z wolnych stolików. Nauczyciel położył przed dziewczyną kubek z gorącym napojem, zaś sam odsunął sobie krzesło i usiadł naprzeciwko niej.

– Może pójdziemy dziś na jakąś wycieczkę, co? Do parku Wilanowskiego albo…

Pokręciła głową przecząco. – Nie mam ochoty dzisiaj nigdzie wychodzić. Jeśli… pan chce, to może wyjść samemu. – Adam westchnął ciężko i przymknął na chwilę oczy. Miał nadzieję, że wyniki pojawią się szybko, bo osoba siedząca z nim przy stoliku, nie była prawdziwą Eleonorą. W jego ustach pojawiła się gorycz i musiał sobie kupić sok, by się jej pozbyć, jednocześnie zastanawiając się, co sprawiło, że czuł się tak, a nie inaczej.

Olśnienie przyszło nagle; przy stolikach siedziało kilkunastu młodych, inteligentnych chłopaków, zapewne w wieku szatynki, którzy nie ukrywali swojego zainteresowania nią. Co rusz rzucali jej spojrzenia i w duchu dziękował, że ona ich nie odwzajemniała, bo prawdopodobnie zrobiłby komuś krzywdę.

??!!

Zimny dreszcz przeszedł przez jego ciało. Chwiejnym krokiem ruszył do stolika i odetchnął, gdy jakimś cudem usiadł na krześle, nie robiąc przy tym większego hałasu. Eleonora uniosła wzrok, a jej czoło zmarszczyło się w wyrazie zmartwienia. – Coś się stało… proszę pana?

Usłyszał jej krótkie zająknięcie. Denerwowało go, że musi go znów tytułować, a jeszcze bardziej denerwowali go ci chłopcy! Wariował, naprawdę wariował!

– Proszę pana…?

– Nic się nie dzieje – odparł zdawkowo. Tak naprawdę miał ochotę zacisnąć dłoń na jej włosach i pocałować żarliwie na oczach tych wszystkich chłystków, którzy raczyli zawiesić na niej swe spojrzenia, a następnie krzyknąć, że jest jego i tylko jego! Ale nie mógł. Nie teraz.

Eleonora jeszcze przez chwilę wpatrywała się w nauczyciela, gdy nagle jej wzrok padł na rektora uczelni. Mężczyzna uśmiechnął się, unosząc kąciki ust, a następnie chrząknął, zwracając na siebie uwagę zgromadzonych.

– Nie przedłużając, odczytam teraz listę osób zakwalifikowanych do drugiego etapu naszego konkursu: Dominik Abramowicz, Katarzyna Jurkowska, Jerzy Alster, Piotr Antos, Zofia Lelakowska oraz… Eleonora Kraszewska. Dziękuję państwu za udział, wygranym gratuluję. Na koniec chciałbym wam powiedzieć, że praca, którą włożyliście w przygotowania, z pewnością zaowocuje w przyszłości. Nie traćcie chęci – ćwiczcie i rozwijajcie się w dalszym ciągu. Nasza uczelnia czeka na takie osoby – pełne pasji. Drzwi tego budynku będą dla was otwarte. – Sobolewski uśmiechnął się delikatnie i Eleonorze wydawało się, że jego spojrzenie dłużej zatrzymało się na jej osobie. A może to było tylko złudzenie?

– Idziemy. – Usłyszała cichy szept nauczyciela przy uchu, a w odpowiedzi skinęła głową. Nie siliła się na pożegnanie z innymi zawodnikami konkursu, lecz skinęła głową w kierunku przewodniczącego komisji, który również szykował się do odejścia. Chłodny wiatr przyniósł otrzeźwienie, jakiego brakowało dziewczynie. Zdała sobie sprawę, że się udało! Że może być z siebie dumna. Jednak nie zawiodła… Uśmiechnęła się, tym razem szczerze i spojrzała na swego opiekuna.

– To co z tym spacerem?

37

Po kolacji, Eleonora wraz z nauczycielem wrócili do hotelu. Recepcjonistka, która zwykle stała przy masywnym biurku i sprawdzała coś na komputerze, zajęła się przeglądaniem jednego z portali społecznościowych, przez co nawet nie zauważyła ich przybycia. Minęli ją bez słowa i weszli do pokoju – słodki, różany zapach zdążył się już ulotnić, jednak pozostał po nim delikatny aromat, który przyjemnie drażnił nos dziewczyny. Szatynka niemal od razu rzuciła się na łóżko i przymknęła oczy, mrucząc przy tym cicho.

– Ale jestem zmęczona.

Adam spojrzał na nią z rozczuleniem, lecz skutecznie ukrył je, odwracając się do dziewczyny tyłem. Nie odezwał się. Gdyby to zrobił, zapewne byłby stracony. Skierował swój wzrok na Eleonorę w momencie, gdy był pewien, że nie zrobi nic głupiego. Zasnęła. Z cichym westchnieniem podszedł do niej i przykrył ciepłym kocem, opierając się, by nie obdarzyć pieszczotą jej rumianego policzka. Pokręcił głową niedowierzająco, odsunął na dwa kroki i przełknął ślinę bezgłośnie. Gdyby wiedziała, co tak naprawdę czuję… Nie chciałaby mnie więcej widzieć na oczy… Nieco pewniej stawiał kolejne kroki i jakimś cudem dotarł do fotela. Westchnął ciężko, przecierając dłońmi zmęczoną twarz, a następnie sięgnął po książkę, którą podarowała mu Eleonora. Zgrzytnął zębami nieprzyjemnie. Jeśli chciał trzymać się swojego postanowienia, musiał przestać o niej myśleć. A nie było to łatwe zadanie, skoro znajdowała się w tym samym pomieszczeniu. Kilka metrów od niego. Prawie na wyciągnięcie ręki.

*

Obudziła się nagle, a jej serce biło naprawdę szybko. Jej rozbiegany wzrok błądził niedbale po pomieszczeniu, aż wreszcie zatrzymał się na sylwetce nauczyciela. Siedział lekko zgarbiony na fotelu. Dłonią podpierał swój podbródek i przeglądał jakąś książkę. Zerknęła w kierunku okna – musiało być już późno, bo niebo przybrało najciemniejszy odcień granatu, zaś światło księżyca idealnie współgrało z tym, które pochodziło z lampki nocnej. Powróciła spojrzeniem do matematyka. Był skupiony, oddychał spokojnie. Księżycowy blask oświetlał pół jego sylwetki, a druga połowa pozostawała w mroku, jakby miała do czynienia z dwoma różnymi osobami. Przyglądała się mu bez słowa, lecz on musiał poczuć, że się mu przypatruje, bo odwrócił się w jej kierunku.

– Coś nie tak? – spytał ochryple. Tym samym upewniła się, że musiał spędzić w milczeniu kilka godzin.

– Wyglądasz… – wyrwało jej się półgłosem. Aż uniósł głowę, wyprostował się i zaczął wyglądać na nieco spiętego, lecz oczy błyszczały ciekawością i zainteresowaniem.

Cieszyła się, że nie widział jej twarzy, bo policzki niemal natychmiast pokryły się czerwienią. Mimo najszczerszych chęci, nie potrafiła tego zatrzymać. Wypuściła drżąco powietrze, rozmyślając gorączkowo, czy czasem jej nie wyśmieje za kolejne słowa. Ale to było do niego tak niepodobne, że miała ochotę zaśmiać się z własnej głupoty. On był dobry, zbyt dobry, by się tak zachować. Nagle zorientowała się, że mężczyzna nadal czeka na jej odpowiedź.

– Wyglądasz pięknie.

Wpatrywał się w nią, a to było spojrzenie inne niż pozostałe. Zadrżała delikatnie, mimo że ciało miała okryte kocem. On zaś odłożył książkę, położył ją sobie na kolanach, a usta zacisnął w wąską linię. Nie wytrzymała. Musiała stamtąd wyjść, musiała, nim usłyszałaby słowa, które zraniłyby ją najbardziej; że jej nie chce, nie potrzebuje. Odepchnęła od siebie myśl, iż on cały czas podąża za nią swym wzrokiem. Gdyby tylko na niego spojrzała, zdałaby sobie sprawę, jaka była jego odpowiedź.

Kiedy wróciła do pokoju, on już spał. A może tylko udawał? Chyba jednak nie była gotowa na konfrontację z nim… Albo była? Mogłaby mieć już tę rozmowę z głowy. Nagle ekran jej telefonu pojaśniał, a gdy wzięła go do rąk, zorientowała się, że ma kilkanaście nieodczytanych wiadomości: od Alicji, Mateusza oraz… Natalii? Eleonora była bardziej niż zaskoczona. Przecież od dawna nie utrzymywały ze sobą bliskiego kontaktu. Czego zatem mogła chcieć teraz?

Zachowywałam się okropnie, wiem o tym. Przepraszam. Jeśli będziesz miała czas, to zadzwoń do mnie, proszę. Chcę z tobą porozmawiać.

Nie teraz, pomyślała szatynka, kładąc się do łóżka. Przez chwilę musiała szarpać się z kołdrą i Adamem, który zgarnął ją praktycznie w całości dla siebie, a kiedy wreszcie wślizgnęła się pod ciepłą pierzynkę, poczuła wszechogarniający spokój. Karasiewicz spał, a twarz miał zwróconą w jej kierunku. Oddychał przez lekko uchylone usta, a długie, czarne rzęsy rzucały cień na blade policzki, pokryte jednodniowym zarostem. – Jesteś piękny – powtórzyła i nie mogąc powstrzymać narastającego pragnienia, przybliżyła się do niego, i z uśmiechem obserwowała, jak jego ręka oplata jej talię. Zasnęła.

*

Adam był pewien, że jeśli Eleonora za chwilę nie wyjdzie z sali, to najpewniej będzie musiał wypić kilka litrów zielonej herbatki na uspokojenie. Nie pamiętał, kiedy ostatni raz się tak stresował. Nie był pewien, czy kiedykolwiek doprowadził się do takiego stanu. Westchnął, przeczesując palcami czarne włosy. Wychylił się delikatnie zza stolika, wypatrując szatynki.

– Niech pan zamówi sobie jakąś kawę, bo pewnym jest, że trochę tu poczekamy. – Jeden z opiekunów, bez pardonu przysiadł się do stolika, przy którym siedział Karasiewicz, zabierając ze sobą kubek z gorącą kawą. – Zostało im jeszcze pół godziny. Ciekawe, co dali im tym razem…

Adam mruknął coś pod nosem, po czym odwrócił wzrok, ponownie kierując go na korytarz.

– A pan jest z Warszawy?

– Nie – odpowiedział, z ulgą zauważając, że w jego kierunku zmierza Eleonora, z szerokim uśmiechem na twarzy. Aż wstrzymał oddech, widząc ją Taką. Jej błękitne oczy promieniały szczęściem, brązowe włosy tworzyły niejaką aureolę wokół smukłej twarzy, a cała postać młodej kobiety otoczona była przez słoneczne promienie, które wpadały do korytarza przez jedno z okien. Tak właśnie wyobrażał sobie ucieleśnienie nadziei.

Stanęła przy nim, opanowując przemożną chęć ucałowania go w policzek i miała nadzieję, że uśmiech wynagrodzi mu te wszystkie godziny, które spędził z nią na przygotowaniach do konkursu. – Udało się. Jutro etap ustny. – Nie potrafiła powstrzymać radosnego tonu. Zwycięstwo zbliżało się do niej wielkimi krokami.

– Naprawdę? – spytał, a gdy skinęła głową i przygryzła dolną wargę, odwzajemnił uśmiech. – W takim razie, pozwolisz, że w nagrodę zabiorę cię na jakiś dobry obiad, w porządku?

– W porządku… proszę pana – dodała, widząc, że towarzysz nauczyciela bacznie im się przygląda. Adam wskazał ręką na wyjście i kiedy wreszcie znaleźli się na zewnątrz, zdobył się na to, by założyć kosmyk brązowych włosów za ucho. Na chwilę zdębiała, nie wiedząc, jak ma zareagować na ten gest. Jednakże, gdy spojrzała na mężczyznę, na jej policzkach pojawił się słodki odcień czerwieni, a usta rozciągnęły się w uśmiechu. Wiedziała, że on długo nie wytrzyma w swym postanowieniu. A ona także nie miała zamiaru się zatrzymywać.

*

– Halo?

– Natalia? – Eleonora przygryzła dolną wargę, gdy nagle zapadła cisza. Nauczyciel poszedł zamówić dla nich coś na obiad, a szatynka zdała sobie sprawę, że to dobry moment na chwilę rozmowy z… przyjaciółką. – Halo, jest tam ktoś?

– Jestem, przepraszam. Po prostu nie spodziewałam się…

– Sama do mnie napisałaś – przerwała koleżance panna Kraszewska, zakładając nogę na nogę. Kątem oka obserwowała, jak Karasiewicz wykłócał się o coś z kelnerem. Nawet, kiedy się denerwował, wyglądał niezwykle. Był niczym Mars. Piękny. Dumny.

– Chciałam cię przeprosić – wydusiła z siebie Natalia. – Miałam pewien kryzys. Po prostu… zakochałam się. To się stało tak niespodziewanie, że nie potrafiłam sobie z tym poradzić, rozumiesz? Musiałam to wszystko przemyśleć. I proszę, nie wiń mnie za to, że ostatnio w ogóle nie rozmawiałyśmy ze sobą. Jak wrócisz, spróbuję to wszystko naprawić, tylko daj mi szansę.

– Kocham cię jak siostrę, dobrze o tym wiesz – mruknęła szatynka, czując, jak wzruszenie ogarnia jej ciało. – Nie jestem zła. Może trochę zawiedziona. – Widząc, że Karasiewicz zbliża się do jej stolika, uśmiechnęła się i westchnęła nieprzytomnie. – Wiesz, muszę kończyć… Pozdrów ode mnie Alicję i powiedz jej, że zadzwonię, jak tylko będę miała wolną chwilę. – Rozłączyła się, nim nauczyciel zasiadł przy stoliku.

– Obiad przyniosą nam za kilkanaście minut – oznajmił, na co dziewczyna skinęła głową i oparła ją o splecione dłonie. – Kelnerzy są tu jacyś dziwni.

– Co masz na myśli?

– Po prostu… – pokręcił głową, jakby chcąc pozbyć się natrętnych myśli. – Nie ważne, może mi się wydawało. Lepiej powiedz mi, jak było na konkursie. O czym dokładnie mieliście napisać?

Eleonora spojrzała na niego, zaskoczona zmianą tematu, jednakże powoli, powoli zaczęła się rozluźniać. – Sprawdzian, w głównej mierze opierał się na geometrii analitycznej, było też kilka zadań z historii matematyki… – Jej kręgosłup zaczął się wyginać w trakcie gdy mówiła. Zaczęła porównywać oba sprawdziany, na podstawie ich trudności i dbałości sprawdzających o szczegóły. Potakiwał. Z podnieceniem opowiadała, jak poradziła sobie z danymi problemami matematycznymi, lecz nie zauważyła, jak ciężkie stało się jego spojrzenie.

Nieświadomie pochyliła się nad stołem, gestykulując przy tym rękoma i co jakiś czas przygryzała wargę, gdy zastanawiała się nad innymi sposobami rozwiązywania zadań. Adam przymrużył powieki i słuchając słów, wypływających z ust młodej kobiety, z zainteresowaniem błądził po jej twarzy. Obdarzył spojrzeniem jej kędzierzawe rzęsy, miękką bruzdę między nosem a wargami, zarumienione policzki, a następnie przesunął je na gładką szyję, po czym wrócił do malinowych ust. – …I to było podobne do tego zadania, które robiliśmy na początku roku szkolnego, tego o liczbach palindromicznych, pamiętasz?

– Tak, tak, oczywiście – ni to powiedział, ni westchnął. Eleonora przekrzywiła głowę i przyjrzała się nauczycielowi ciekawsko, a niecodzienny błysk pojawił się w jej oczach. Już chciał się pytać, o co chodzi, lecz drzwi do restauracyjnej kuchni otworzyły się i wyszła z niej grupka kelnerów, a za nimi trzech kucharze w białych kitlach, niosący tace z daniami i napojami.

Karasiewicz zmrużył powieki i natychmiast spoważniał, gdy jeden z kelnerów rzucił w niego garścią różowego konfetti, a Eleonora przyjęła całą sytuację z ogromnym entuzjazmem.

– Jest pan naszym setnym klientem! – zaczął wesoło młody chłopaczek w czerwonym fartuchu, wyglądający na, co najwyżej, piętnaście lat. – Z tej okazji przygotowaliśmy dla państwa wyjątkową kolację i słodki upominek. Czy chcą go państwo przyjąć?

– Nie – odpowiedział chłodno Karasiewicz.

– Tak! – powiedziała w tym samym czasie Eleonora.

Kelnerzy jeszcze raz zrobili deszcz konfetti, po czym towarzystwo powoli zaczęło się rozchodzić, ku uldze nauczyciela. Zostali tylko dwaj kucharze i ten chłopiec, który położył półmisek przed Eleonorą. Ta obejrzała potrawę z każdej strony i spojrzała sceptycznie na profesora, który skrzywił się. – Nie zamawiałem tego – mruknął pod nosem.

– Nie, ale jako setnemu klientowi należy się panu to, co najlepsze.

– A co to w ogóle jest? – spytała szatynka, starając się brzmieć miło.

Kelner rozpromienił się jeszcze bardziej. Eleonora miała wrażenie, że jeszcze chwila, a ten zacznie przed nimi podskakiwać z radości. Musiał naprawdę lubić swoją pracę.

– Otóż, moi państwo, to Huitlacoche. Przysmak ten pochodzi z Meksyku i znany był już przez starożytnych Azteków. Danie to opiera się głównie na kukurydzy, a przyprawione zostało pieprzem serrano, pieprzem poblano, czosnkiem oraz solą. Proszę spróbować i wyrazić swoją opinię, będzie nam bardzo miło.

Panna Kraszewska szybko sięgnęła po coś, co wyglądało jak złożony omlet z nadzieniem i spojrzeniem zmusiła do tego Karasiewicza. Mężczyzna westchnął ciężko, po czym niechętnie spróbował. Zmarszczył brwi i spojrzał podejrzliwie na kelnera. – Wydaje mi się, że tu jest coś jeszcze…

– I ma pan rację – odparł jeden z kucharzy. – Dodaliśmy tam magiczny składnik. Tytułową Huitlacoche.

– A co to właściwie oznacza? – spytała Eleonora, biorąc kolejny kęs dania do ust. Według niej, było całkiem smaczne. Do czasu.

– Huitlacoche, w języku Azteków, oznaczało tyle, co odchody kruka – wyjaśnił kelner, pocierając się niezręcznie po karku. – Tak naprawdę jest to grzyb, który obrasta ziarna kukurydzy – wyjaśnił uspokajająco.

Mimo tego, Eleonora zakrztusiła się, a Karasiewicz rzucił się, by ją ratować, jednocześnie łypiąc wzrokiem na pracowników restauracji. Kelner speszył się okropnie i zaproponował szklankę wody, zaś kucharze wrócili do swoich obowiązków, nie zważając na duszącą się klientkę. Kiedy stan dziewczyny poprawił się, para wyszła z restauracji. Eleonora uśmiechnęła się niemrawo, trzymając w dłoni bombonierkę, ozdobioną czerwoną wstążką.

– Przynajmniej dostałam czekoladki.

Zamilkła pod wpływem spojrzenia nauczyciela.

– To może pójdziemy na spacer?

Zgodził się. Eleonora zrozumiała, że mogłaby tak spędzać każde popołudnie. Z nim.

38

Pożądanie spłynęło na Eleonorę nagle i prawdę mówiąc, nie była pewna, co dokładnie je wywołało. Czy to ulga, którą poczuła po zakończeniu trzeciego etapu konkursu? A może to zapach Adama, męski, piżmowy, wzmocniony aromatyczną nutą deszczu? Wybiegli z taksówki, którą mężczyzna wynajął, przewidując, iż w południe ulice Warszawy mogą być nieprzejezdne o tej porze, po czym ukryli się, wchodząc na hotelowego korytarz. Eleonora oddychała szybko i kątem oka rzuciła na nauczyciela.

Aż wstrzymała oddech, patrząc na niego. Mokre włosy przykleiły się do twarzy matematyka, a woda tworzyła swoje ścieżki począwszy od czoła, po smukłą szyję, aż do kołnierza czarnej koszuli. Stał tak blisko, a jednocześnie daleko, że w duchu dziewczyna jęknęła z żałości. Wyciągał tak pociągająco jak nigdy do tej pory. Niemalże odruchowo sięgnęła dłonią, by założyć za ucho kosmyk czarnych włosów, jednak gdy zdała sobie z tego sprawę, w ostatniej chwili, w panice włożyła ręce do kieszeni mokrej kurtki. TO musiało się stać. I wiedziała, że nie wytrzyma dłużej. Choćby później miał udawać, iż nic między nimi nie było, choćby wyparł się tego uczucia, postanowiła, że się nie podda i weźmie to, co tak naprawdę się jej należało.

Doszli do pokoju hotelowego, choć Eleonora miała wrażenie, że droga jest o wiele dłuższa niż zwykle, a kolory pomieszczeń wręcz ją przytłaczały. Drgnęła prawie niewyczuwalnie, gdy mężczyzna pomógł ściągnąć jej kurtkę z ramion i przypadkowo zahaczył swoją dłonią o jej dłoń. W chwili, gdy on wieszał ich ubrania, ona z impetem skoczyła na łóżko i zakryła twarz poduszką w kształcie serca. To z pewnością skończy się źle…

– Idę wziąć prysznic – poinformował nauczyciel, jednak Eleonora nie pokwapiła się, by mu odpowiedzieć. Mruknęła coś pod nosem, po czym, kiedy drzwi łazienki zamknęły się, gwałtownie odrzuciła od siebie poduszkę i przygryzła wargę prawie do krwi. Jak ona ma mu to niby powiedzieć? A może… Może nie musiała mu nic mówić? Ponoć gesty mają większą moc, niż słowa. I właśnie tego wieczora postanowiła sprawdzić, czy jej słowa mają w sobie choć trochę siły. Kiedy Karasiewicz wyszedł z łazienki, ona weszła do pomieszczenia bez słowa.

Adam położył się na łóżku, biorąc do rąk książkę, która, miał nadzieję, pozwoliłaby mu pozbyć się natrętnych myśli. Coś niedobrego działo się z nim tego dnia. Może przyczyną była niezbyt dobra pogoda? A może słodki, owocowy zapach jego uczennicy, który dotarł do jego nozdrzy w momencie, gdy przekraczali próg hotelu? Mocniej zacisnął zęby. Przecież przysięgał sobie, że ich relacje pozostaną jedynie na etapie przyjaźni. Co nie zmieniało faktu, iż mógł myśleć, o czym tylko zechciał, a ona niekoniecznie musiała się o tym dowiedzieć.

Nie zareagował w żaden sposób, gdy wyszła z łazienki, ani w momencie, kiedy poczuł jej ciężar na łóżku. Nie mógł jednak zignorować tego, że przyklęknęła tuż przy nim i delikatnie musnęła ustami jego ucho. Zacisnął dłonie na kartach powieści, która swoją drogą dawno już odeszła w zapomnienie.

– Co ty wyrabiasz? – Chciał wrzeszczeć, lecz jego głos brzmiał tak, jakby miał chrypę. Eleonora zebrała w sobie całą odwagę, przechyliła się ku niemu, a następnie musnęła swoimi wargami jego usta. Nie opierał się. Wręcz przeciwnie. Sprawił, że pocałunek z każdą chwilą stawał się coraz bardziej zdecydowany. Książka spadła na podłogę. Niepewnie położył swe dłonie na policzkach szatynki, a ona przykryła je swoimi, by następnie zsunąć je na kark. Przycisnęła usta do jego ust i przylgnęła do niego.

Całował ją coraz mocniej, coraz żarliwiej i Eleonora rozchyliła wargi; ich języki spotkały się i z każdą chwilą pieściły się coraz namiętniej. Westchnęła, czując, że ten pocałunek przeistacza się w coś o wiele gorętszego, szalonego. Z wolna tracili wszelkie zmysły, a wszelkie przyrzeczenia o przyjaźni i nie przekraczaniu prawnej granicy, odeszły w zapomnienie.

Adam pociągnął ją na siebie i żadne z nich nie wiedziało, kiedy Eleonora usiadła mu okrakiem na kolanach. Nocna koszula podwinęła się i odsłoniła jej nogi.

Szorstkimi dłońmi pieścił jej ramiona, plecy i gdy otarła się o niego delikatnie, przesunął jedną rękę na jej pierś. Jęknęła cicho. Nigdy nie była tak blisko z żadnym mężczyzną. A on patrzył na nią tak, jakby nie istniało nic, poza nią. Dźwięki, które z siebie wydawała, były melodią dla jego uszu. Zsunął usta na jej szyję i całował ją, coraz bardziej zakochując się w jej smaku oraz zapachu. Drobnymi pocałunkami dotarł aż do płatka jej ucha, przygryzł go, a dziewczyna westchnęła w odpowiedzi. Drżącymi rękami zawędrowała pod jego koszulkę i obdarzała pieszczotą każdy skrawek jego ciała, a jej dotyk rozpalał go, jakby w tych miejscach był łaskotany przez jakieś słodkie płomienie.

Jeszcze przez chwilę wodził językiem po jej uchu, ale Eleonora wyrwała się i to ona przejęła inicjatywę: zaczęła całować go po szyi, przygryzając ją, a następnie kojąc ugryzienia wilgotnym językiem. Wodziła po niej wilgotnymi wargami, rozpalając go coraz bardziej.

Otarła się o niego jeszcze raz, wyczuwając jego męskość, a Adam skomentował to cichym westchnieniem. Och, jak bardzo zapragnął poczuć ją znów! Eleonora ponownie skierowała się na jego wargi, jednocześnie pomagając mu ją zdjąć. Zderzyli się ustami, kiedy wysuwał ręce z rękawów, lecz obezwładniająca okazała się chwila, w której jego nagi tors zetknął się z jej kształtami. Przesunął dłonią po gładkim udzie i próbował wsunąć ją pod ciasną dzianinę, co nie należało do zadań łatwych. Szatynka otarła się o niego jeszcze mocniej, a Karasiewicz prawie stracił zmysły. I kiedy błądziła dłońmi po jego nagich ramionach, klatce piersiowej, szerokich barkach, jakaś ocalała reszta zdrowego rozsądku zrozumiała, co tak właściwie robią.

Odsunął ją na odległość kilku centymetrów, bo miał wrażenie, że jeśli oddalą się od siebie bardziej, on niechybnie umrze.

– Eleonoro – szepnął i obrócił twarz, gdy próbowała go pocałować. – Eleonoro…

– Adam – szepnęła, obawiając się, że on chce się wycofać. Chyba musiałaby się wtedy zabić, bo pragnienie zupełnie ją obezwładniło. Ale on musiał, po prostu musiał się upewnić, bo wiedział, że jeśli nie zrobi tego teraz, nie będzie się już w stanie opanować.

– Jesteś tego pewna? Że chcesz to zrobić ze mną?

Zadrżała, patrząc mu głęboko w oczy. Uśmiechnęła się i pocałowała go krótko w usta. – Kochaj mnie… – westchnęła. – Kochaj się ze mną… Proszę…

Aż jęknął, bo uczucie, które go ogarniało, było niezwykłe. Wsunął obie dłonie pod koszulę, pomógł młodej kobiecie się z niej wyplątać i odrzucił materiał, nawet nie wiedząc, gdzie dokładnie. Przysunął ją do siebie, drżąc przeraźliwie, gdy poczuł gorąc jej ciała na swoim. Głuche westchnienie wyrwało mu się z piersi. Stłumił je, zanurzając twarz w jej włosach, chłonąc jej cudowny zapach. Przysunął swoją twarz do ucha kobiety i szepnął, najciszej jak się tylko dało:

– Wstań.

Zrobiła to, czego żądał i po chwili poczuła, że mężczyzna zsuwa ramiączka jej stanika, przy pomocy swoich palców i ust. Jednocześnie Eleonora zaczęła kierować ręce na jego spodnie, przypadkowo zahaczając o wypukłość, która wyraźnie odznaczała się na linii bokserek. Adam wstrzymał oddech, czując jej dotyk w najczulszym miejscu i prawie oszalał, gdy to powtórzyło się. Jego spodnie i jej stanik opadły na podłogę niemal równocześnie. Szatynka odruchowo chciała się zasłonić, lecz Adam nie dał jej takiej możliwości. Docisnął jej ciało do swojego i pocałował z całą żarliwością, na jaką było go tylko stać. Cała płonęła pożądaniem, a i on wyglądał na zachwyconego całą tą sytuacją.

Nagle poczuł, że jej dłonie wędrują od jego ramion, aż do linii bokserek i gdy już chciała sięgnąć po ostatnią część jego garderoby, zatrzymał ją. Gdyby to zrobiła… zapewne nie potrafiłby się dłużej powstrzymywać.

Popchnął ją delikatnie na łóżko, po czym położył się obok i zaczął obdarowywać jej twarz czułymi pocałunkami, wolno zsuwając usta niżej. Rozkoszował się każdym skrawkiem jej skóry, aż dotarł do piersi. Gdy otarł się o jedną z nich policzkiem, dziewczyna nabrała gwałtownie powietrza, po czym jęknęła cicho. Wziął do ust stwardniałego sutka i zaczął pieścić go językiem, jednocześnie pieszcząc drugą pierś dłonią. Poruszyła biodrami, na co mężczyzna zsunął wolno rękę na jej brzuch, kreśląc palcami jakieś wzorki, figury, lecz nie dotknął jej tam, gdzie pragnęła go najbardziej. Wiła się pod nim i bez przerwy mówiła, jak bardzo kocha jego usta. Jak bardzo podobają jej się jego oczy. Jak go podziwiała, za wiedzę, inteligencję. Jak uwielbiała tą jego tajemniczość, z którą obnosił się na co dzień. A on, słodkimi pocałunkami pokazywał, jak bardzo jej pragnie.

W pewnym momencie, Karasiewicz odsunął na bok cieniutką tkaninę i zanurzył palce w jej gorącej, wilgotnej kobiecości. Jęknęła głośno i zadrżała, jednocześnie wyginając się w łuk, próbując się bardziej dopasować. Adam przymrużył oczy, próbując powstrzymać się jeszcze przez chwilę, a było to trudne, bo pragnął jej do bólu. Cały drżał z pożądania, ale chciał, aby ona także osiągnęła spełnienie. Eleonora pragnęła go dotknąć, przyciągnąć do pocałunku, ale odsuwał jej ręce, pieszcząc ciało palącym dotykiem. Miała ochotę krzyczeć i wiedziała, że nie może już dłużej czekać.

– Adam, błagam… – łkała, chwytając go za przedramię. Jego klatka piersiowa unosiła się i opadała równie szybko, co jej.

– Powiedz to – powiedział niskim, ochrypłym z pożądania głosem. – Powiedz mi, czego pragniesz.

– Chcę… poczuć cię. Teraz!

Nie wiedział, w jaki sposób pozbył się ich bielizny, lecz kiedy pochylił się, odszukał ją i pchnął delikatnie po raz pierwszy, wiedział, że to było coś, czego szukał już od dawna. Rozkosz była porażająca. I mimo że poczuł, iż dziewczyna była dziewicą, nie potrafił nad sobą zapanować. Nie mógł.

– Och, Eleonoro – wyszeptał, nie będąc do końca świadomym tych słów. – Tak, Eleonoro… o tak…

Szatynka westchnęła drżąco. Uczucie było wszechogarniające. Gdy zanurzył się w niej do końca i zaczął falować, myślała, że to najlepsze, co mogło ją spotkać. Starała się napotkać każdy jego ruch, obejmowała go kurczowo i wzdychała, raz na jakiś czas. Zderzyli się ustami, a pocałunki, którymi się obdarzali, były żarliwe, namiętne. Z czasem jednak, gdy Karasiewicz przyspieszył, nie byli w stanie o tym myśleć. Eleonora błądziła dłońmi po ciele mężczyzny i zrozumiała, że jeszcze nigdy nie widziała nikogo tak pięknego. Błądziła rękami po jego ciele, gorączkowo, z jakąś przerażającą potrzebą. Z każdą sekundą pragnęła go jeszcze bardziej, jeszcze mocniej, choć myślała, że to niemożliwe. Zaczęła tracić zmysły, rozum, przestawała myśleć logicznie, lecz prawda była taka, że w tej sytuacji było to wręcz pożądane.

Swój wzrok utkwiła gdzieś ponad jego ramieniem, lecz nie patrzyła na nic konkretnego. Powoli opadała z sił, lecz chciała jeszcze. Jęczała coraz częściej, bo wyczuła, że to, czego szukała, z każdą chwilą zbliżało się do niej. Było bliżej… bliżej i… nagle wybuchła w niej rozkosz. Wszystko stało się nagle piękniejsze, serce biło jej jak oszalałe i nie mogła powstrzymać się przed powtarzaniem w kółko jego imienia. Opadła do tyłu na liczne poduszki, oddając się przyjemności, która z każdą chwilą oddalała się od niej coraz bardziej.

Adam tonął w niej i wynurzał się, i robił to w kółko, znów i znów. Ogarniał go ogień, płonął od środka i był pewien, że ukojenia może doznać tylko w jeden sposób. Chciał tego; pragnął jej jak nikogo innego wcześniej. Z każdym ruchem, każdym oddechem jego rytm stawał się coraz bardziej chaotyczny i czuł, że za chwilę spełni się to, czego od dawna pożądał i jak przez mgłę usłyszał jej piękny głos, poczuł paznokcie, wbijające się w jego napięte mięśnie i zrozumiał, że to jest ten moment. Nie musiał się dłużej powstrzymywać.

Zacisnął oczy i starał opanować swoje drżące ciało i nagle poczuł ogień, wszechogarniający pożar. Pchnął po raz ostatni i doszedł tak gwałtownie, że aż krzyknął zduszonym głosem. Osunął się na Eleonorę, a całe jego ciało drżało z rozkoszy. Chwilę zajął mu powrót do rzeczywistości, lecz gdy się mu to udało, przechylił się na bok i położył obok szatynki. Objął ją delikatnie, zaś Eleonora położyła mu głowę na ramieniu i przez chwilę leżeli w milczeniu. Ich oddechy uspakajały się powoli.

Eleonora nie mogła się powstrzymać, obróciła się, po czym musnęła czule jego wargi. Był jednak tak zmęczony, że nie miał nawet siły, by zareagować. Dążyła pocałunkami po jego kości policzkowej, aż do ucha, a gdy już tam dotarła, wyszeptała:

– Od teraz należę tylko do ciebie.

Adam otworzył dotąd zamknięte powieki i uniósł kącik ust, składając delikatny pocałunek na ustach swojej uczennicy. Prawdę mówiąc, nie chciał zastanawiał się, co będzie dalej. Po prostu chciał czuć ciało Eleonory przy swoim, składać na nim pocałunki, pieścić je i kochać się z nią. Nie pragnął zapewnień, nie chciał ich. Puste słowa dla niego nic nie znaczyły. Czyny liczyły się bardziej. Zamknął oczy, ponownie zatapiając się w pocałunku. Ta noc z pewnością miała być długa.

39

Zapach świeżo przygotowanych wigilijnych potraw rozniósł się po pomieszczeniu. Eleonora sięgnęła po, jeszcze ciepłego, piernikowego ludzika i rozkoszowała się smakiem korzennych przypraw oraz miodu. Odwróciła smażącą się na patelni rybę i słysząc pukanie do drzwi, wyszła z kuchni na korytarz. Uśmiechnęła się do Alicji, Natalii i Mateusza, którzy przyjęli jej zaproszenie na wspólne spędzanie tej rodzinnej kolacji.

– Chcecie może coś do picia? – spytała szatynka, nalewając świątecznego barszczu do wazy. Nie słysząc żadnej odpowiedzi, wychyliła się, po czym zobaczyła, jak Alicja nieudolnie próbuje ukryć za plecami ogromne pudło. Blondynka westchnęła cicho i pokręciła głową.

– Zepsuliście niespodziankę – mruknęła, niby oburzenie do Mateusza i Natalii, którzy zaśmiali się w odpowiedzi. – El, skoro już nas zauważyłaś, to chodź, mamy prezent dla ciebie.

– Ale ryba…

– Ja jej przypilnuje. Nie martw się, nie powinna daleko odpłynąć – powiedziała z uśmiechem Natalia, która starała się z całych sił, by odzyskać przyjaźń panny Kraszewskiej. Eleonora podziękowała jej skinieniem głowy, po czym przeszła do salonu, gdzie siedzieli pozostali goście. Karton, który przynieśli był ponadprzeciętnych rozmiarów i ciężko było zgadnąć, co może się w nim znajdować. Eleonora nie miała większych problemów z otworzeniem pudła, a gdy już to zrobiła, uchyliła usta w zdziwieniu.

– Czy to jest…

– TAK! – krzyknęła Alicja, która już nie mogła powstrzymać emocji. – Kupiliśmy ci ogromnego pączka! Oczywiście to poduszka, a nie jedzenie, bo żadna cukiernia nie chciała podjąć się takiego wyzwania.

– Jesteście niemożliwi! – zaśmiała się dziewczyna. – Ale bardzo wam dziękuję – powiedziała z wdzięcznością.

Kiedy wszystkie potrawy zostały przygotowane i w salonie zapachniało świąteczną atmosferą, Eleonora zdecydowała, że to już czas, by podzielić się opłatkiem. Słowa, które wtedy padły w tym domu, nie były ani sztuczne, ani wymuszone. Płynęły prosto z serca. I tak właściwie powinno być. Nie było w tym fałszu, nie było zakłamania. Na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy, a wiatr nagle przestał poruszać gałęziami drzew, jakby sam wiedział, że w tamtym momencie byłoby to niewłaściwe.

– Zatem – zaczął Mateusz, zasiadając przy pani domu, w którym obecnie przebywał – może opowiesz nam dokładnie, jak było na konkursie? Poznałaś jakichś ciekawych ludzi?

– Prawdę mówiąc, nie – odparła dziewczyna, wzruszając ramionami. Alicja, która jako jedyna wiedziała o sekrecie Eleonory, uśmiechnęła się półgębkiem. Natalia zaś sięgnęła po kompot i w milczeniu upiła łyk napoju. – Powiem wam szczerze, że z osobami, z którymi miałam do czynienia na uniwersytecie, nie mogłabym się przyjaźnić. Byli tak przesiąknięci chęcią wygranej, że zapomnieli o innych czynnikach, które powinny towarzyszyć takim wydarzeniom: wzajemnej integracji oraz wymianie naukowych doświadczeń…

Mateusz uśmiechnął się i wskazał ręką na złoty puchar, stojący na jednej z półek. – Swoją drogą, fajne to cacko. Ciekaw jestem, za ile można by je sprzedać…

– To nie jest na sprzedaż! – burknęła Eleonora, lecz po chwili jej twarz rozjaśnił uśmiech. – Sam puchar kosztuje mniej więcej sto złotych. Ale wartość sentymentalna jest o wiele większa – dodała.

– Wiecie co? – wtrąciła się Alicja – Za kilkanaście minut w telewizji jest „Kevin sam w domu”. Może pójdziemy obejrzeć?

– Jestem za – powiedział Mateusz, zgarniając ze stołu kilka kawałków świątecznego piernika i kilka ciasteczek. Zaczął się seans.

*

– Eleonora? – Szatynka odwróciła się w stronę Natalii, której twarz zwrócona była w stronę telewizora. – Pamiętasz, jak ci powiedziałam, że się zakochałam? – Panna Kraszewska powoli skinęła głową, nie do końca przeczuwając, czego tak właściwie ma się spodziewać. – Ostatnio spotkałam tego chłopaka i…

– Możecie przestać gadać? Teraz będzie najlepsza scena!

Mateusz wgryzł się w kolejny kawałek ciasta, po czym całkowicie oddał się filmowi, zaś Eleonora poruszyła się niespokojnie i zerknęła na przyjaciółkę. – Nat, a…

– No mówiłem! Prosiłem o chwilę ciszy! Przegapiłyście najlepszy moment tego filmu! – Mateusz zsunął się z kanapy, po czym zaświecił światło. – Jak będziecie chciały pójść ze mną do kina, to wiedzcie, że się nie zgodzę – powiedział poważnie, po czym zwrócił się do Eleonory. – Jednakże jest coś, co mogłoby sprawić, że bym wam wybaczył.

– Co takiego? – zaśmiała się Natalia; pierwszy raz tego wieczora. Mateusz uśmiechnął się zadziornie.

– Eleonora musi zapakować mi kilka swoich pierniczków. Są boskie! – Dziewczyna zaśmiała się, skinęła głową, po czym zaczęła rozciągać odrętwiałe ciało. Nagle Natalia wstała z kanapy i spojrzała przepraszająco na przyjaciółkę.

– El, przepraszam cię, ale muszę już lecieć. Moi dziadkowie przyjechali wcześniej i…

– W porządku – rzuciła uspokajająco. – Przecież Mateusz i Alicja jeszcze zostają.

Chłopak podrapał się po głowie niezręcznie i w tym samym momencie, pod dom Eleonory podjechał samochód, w którym siedział jego ojciec. – Przepraszam, El. Ja również muszę już jechać. Jadę z ojcem do ciotki Zofii na tradycyjną kolację. Jednak jeśli tego potrzebujesz, to zostanę z tobą. Natalia także. – Brunetka niepewnie skinęła głową.

– Jeszcze mogłabym zostać na kilka minut…

– Nie martwcie się. Ja również mam jeszcze coś do załatwienia – odpowiedziała Eleonora z delikatnym uśmiechem, ignorując natarczywe spojrzenie Alicji. Uśmiechnęła się do przyjaciół zachęcająco, a ci wstali od stołu i powoli zaczęli zmierzać do wyjścia. Zatrzymali się na korytarzu – założyli kurtki i buty, po czym Natalia pożegnała się i wyszła, nie poruszając więcej tematu swojej tajemniczej miłości. Mateusz uśmiechnął się i przygarnął Eleonorę do siebie, zamykając ją w przyjacielskim uścisku.

– Wesołych Świąt, moja księżniczko – powiedział, po czym pogłaskał ją po policzku i wsiadł do samochodu, w którym od kilkunastu minut czekał jego ojciec. Eleonora pomachała koledze, a obaj mężczyźni odpowiedzieli na ten gest pojedynczym skinieniem głowy. W pomieszczeniu została tylko Alicja, która wpatrywała się milcząco w przyjaciółkę.

– El – zaczęła blondynka, natychmiast milknąc, jakby żadne słowa nie potrafiły opisać tego, co tak naprawdę chciała powiedzieć. Nagle uniosła głowę, a jej usta rozciągnęły się w subtelnym uśmiechu. – Miałaś rację – zaczęła – to naprawdę był interesujący rok. Ja… chciałabym ci życzyć wszystkiego, co najlepsze i tym razem nie mówię tu o Karasiewiczu – dodała, widząc karcące spojrzenie przyjaciółki. – Wiesz, ostatnio myślałam dużo o nas i zdałam sobie sprawę, jak wiele dla mnie znaczycie. Ty, Natalia i Gabriela – blondynka uśmiechnęła się szeroko, po czym dodała: – Cieszę się, że jesteś.

To było tak cudowne i prawdziwe, że Eleonora nie mogła zareagować inaczej – mocno przytuliła przyjaciółkę, a dwie słone łzy potoczyły się po jej policzkach. – Dziękuję – szepnęła szatynka, odsuwając ją od siebie. – A teraz idź już, bo twoja rodzina pewnie też czeka na ciebie.

– Ale mam nadzieję, że jutro przyjdziesz? – Panna Kraszewska otarła łzy rękawem sukienki, po czym skinęła głową.

– Przyjdę, lecz nie na długo. Nie chcę wam się narzucać.

Alicja pokręciła głową niedowierzająco. – A jednak głupoty ci na Nowy Rok nie ubyło. Mówiłam już, jesteś dla mnie jak siostra, jak rodzina. I twoja obecność z pewnością nikomu nie będzie przeszkadzać. – Blondynka spojrzała na zegarek i skrzywiła się nieco. – Muszę już jechać, bo mama powiedziała, że o dwudziestej zaczniemy świętować.

– Nie zatrzymuję cię już – odpowiedziała spokojnie Eleonora. – Wesołych Świąt, kochana.

– Wesołych!

Alicja wyszła z domu przyjaciółki i wsiadła do samochodu, po czym odjechała z piskiem opon. Eleonora odczekała chwilę, po czym biegiem ruszyła do kuchni, gdzie czekał niewielki podarunek dla jeszcze jednej osoby. Karasiewicz spędzał święta sam, a przynajmniej tak to wyglądało. Przed jego domem nie stał żaden samochód, sugerujący, że ma jakichkolwiek gościł, a jeżeli tacy zjawiliby się u niego, to po prostu zrobiłaby to, co ma zrobić i wróciłaby do swojego mieszkania. Ubrała kurtkę i adidasy, bo już dawno pogodziła się z faktem, że nie doczeka się białych świąt. Pogoda była zbyt wiosenna.

Zapukała do drzwi matematyka i czekała tylko chwilę, zanim mężczyzna stanął przed nią boso, w samej piżamie. Poczuła się z lekka onieśmielona, a jej policzki zarumieniły się delikatnie, lecz nie zawróciła. Spojrzała mu hardo w oczy, w których błyszczały podobne uczucia, co u niej. – Mogę wejść?

– Zapraszam – mruknął, choć wciąż był zdziwiony jej obecnością. – Myślałem, że będziesz spędzać Wigilię z przyjaciółmi…

Ale to ciebie kocham…

– Chwilę temu pojechali – powiedziała i dopiero wtedy Adam zauważył niewielki torcik, który trzymała w dłoniach. Eleonora zauważyła to spojrzenie i uśmiechnęła się czule. – A ja nie mogłam przepuścić takiej okazji. Trzydzieste urodziny ma się raz w życiu – zażartowała, lecz Adam wpatrywał się w nią beznamiętnie. Niemal od razu spoważniała. – Mam coś na twarzy?

– Nie, po prostu… nie spodziewałem się, że będziesz pamiętać – odmruknął cicho, a jego ciało zdradzało, że nie czuł się pewnie w tej sytuacji. Był… zawstydzony? Na pewno zdezorientowany. W końcu odchrząknął ją i poprowadził do kuchni. Eleonora odłożyła ciasto i rozejrzała się po pomieszczeniu.

– Nie masz jakiejś świeczki? Żebyś mógł pomyśleć życzenie?

– Żeby marzyć nie potrzebuję świeczki – odparł cicho, lecz nie na tyle, by go nie usłyszała. Z jednej z szuflad wyciągnął niewielką, czerwoną świeczkę, po czym spojrzał na Eleonorę, która skinęła głową aprobująco. Po chwili ich twarze były oświetlane jedynie niewielkim płomieniem, a brązowe oraz niebieskie tęczówki błyszczały od delikatnego światła. Nagle atmosfera zrobiła się ciężka, niemal intymna i szatynka przygryzła wargę, bo miała nieodpartą ochotę go pocałować. – Pomyśl życzenie – szepnęła, bo głośniejszy ton wydawał się w tej sytuacji nie na miejscu.

– Skoro to moje trzydzieste urodziny, to pozwolisz, że będę miał trzy życzenia – skinęła głową, nie przestając się wpatrywać w jego piękne oczy. Adam uśmiechnął się delikatnie i przysunął do płomienia świecy. – Po pierwsze – zaczął cicho – chciałbym…

– Nie! Nie mów, bo się nie spełni!

– Chciałbym, byś wybaczyła mi wszystkie złośliwości i okropieństwa, jakich dopuściłem się w stosunku do ciebie w tym roku. – Eleonora przygryzła dolną wargę i odwróciła wzrok, gdy poczuła, jak jego dłonie powoli i niepewnie zaciskają się na jej. – Po drugie… pragnę, by ta chwila trwała wiecznie. – Nagle przeniósł dłoń na szyję kobiety, a następnie ujął jej podbródek w dwa palce i wręcz zmusił ją, by spojrzała na niego. – A trzecie życzenie… pozwolisz, że zachowam dla siebie.

Uśmiechnęła się delikatnie i przesunęła dłoń na jego policzek, muskając go lekko palcami. – Mam nadzieję, że wszystkie twoje marzenia spełnią się wkrótce. A teraz zdmuchnij świeczkę.

– Pomożesz mi? – szepnął, a w jej oczach pojawił się błysk. Powoli płomień świecy zgasł, a w pokoju zrobiło się całkowicie ciemno. Eleonora ledwo widziała kontur osoby siedzącej naprzeciwko, jednakże dała radę nachylić się nad stolikiem i musnąć swoimi wargami policzek mężczyzny. Następnie wstała z krzesła i po omacku zaczęła szukać włącznika światła. Gdyby w tamtym momencie się odwróciła, zobaczyłaby, że jego brązowe oczy płoną.

Eleonora wreszcie odnalazła włącznik i nagle w całym pomieszczeniu zrobiło się jasno. Zamrugała kilkukrotnie, by przyzwyczaić oczy do światła, a następnie wróciła na swoje miejsce. Adam westchnął ciężko, po czym spojrzał na nią.

– Eleonoro – mruknął ochryple – przez kilka następnych dni nie będzie mnie w domu. Wyjeżdżam do Warszawy.

– Do Warszawy? – spytała, marszcząc brwi. Skinął głową.

– Muszę się z kimś spotkać – powiedział spokojnie. – A gdy wrócę, będziemy musieli wrócić na lekcje… Rozumiesz, że nasze relacje nie mogą tak wyglądać, przynajmniej tam. Gdyby ktoś się dowiedział… – pokręcił głową – miałbym spore kłopoty. I ty również.

– Wiem – odparła, wzdychając lekko. – Ale razem damy radę, prawda?

W odpowiedzi dostała pojedyncze skinienie głowy. Razem powinni dać radę. 

40

Boże Narodzenie zaskoczyło Eleonorę spóźnionym śniegiem. Rozległe i strome dachy domów w Wiśniowej, pokryły się śnieżnobiałym puszkiem, nowym, świeżym i miękkim. W żadnym wypadku nie nadawał się do wykorzystania go w bitwie na śnieżki, czy lepienia bałwana, lecz wspaniałym okazał się być pomysł wyjścia na spacer. Wszystko mieniło się i błyszczało, a delikatny wietrzyk przyjemnie szczypał policzki szatynki.

Dziewczyna uśmiechnęła się, widząc starszego sąsiada i obserwowała, jak stara się odgarnąć sporą zaspę spod drzwi blaszanego garażu. Odwzajemnił jej spojrzenie dopiero po chwili, a gdy już to zrobił, uniósł kącik ust, jednocześnie machając do niej i wołając ją. Eleonora ruszyła pewnym krokiem, lecz nie spodziewając się, że na drodze, pod warstwą śniegu kryje się gruba lodowa pokrywa, upadła boleśnie. Syknęła pod nosem i przez chwilę leżała bez ruchu. Podniosła się dopiero w momencie, gdy zobaczyła dużą, męską dłoń wyciągniętą ku niej.

– Widzę, że korzystasz z zimy na całego – zaśmiał się brat Teresy, na co Eleonora oburzyła się, lecz nie trwało to długo. Pogodny uśmiech zagościł na jej twarzy, a w oczach błyszczały iskry.

– Prawda – zaśmiała się. – Uwielbiam śnieg. Lód również, choć na łyżwach jeżdżę przeciętnie.

Skinął głową i uśmiechnął się zadziornie. – Właśnie zauważyłem. – Odchrząknął. – A tak na marginesie, chciałem z tobą chwilę porozmawiać. – Uniosła brwi w zdziwieniu, czekając na to, co mężczyzna tak właściwie chce jej przekazać. – Słuchaj, wczoraj był u mnie Adam…

Serce zabiło jej mocniej na wspomnienie matematyka i spuściła wzrok, wiedząc, że oczy mogą zdradzić jej uczucia. Nie mogła jednak powstrzymać czułego uśmiechu, który wpłynął na jej usta.

– …I przekazał mi pewną rzecz. Dla ciebie. – Uśmiechnął się z czułością, gdy udało mu się ujrzeć rozmarzenie w oczach dziewczyny. Takie samo spojrzenie widział u swojej żony, gdy spędzali święta tylko we dwoje. W tamtym momencie bardzo żałował, że zmarła tak szybko… – Czuję się mocno zobowiązany, by spełnić powierzone mi zadanie, dlatego też chciałbym, byś odwiedziła mnie w dniu swoich urodzin. Przy okazji napijemy się grzańca i porozmawiamy, co ty na to?

Skinęła głową, po czym uśmiechnęła się aprobująco. – Niech będzie. A teraz, może pomogę panu z tym? – Wskazała na nieodśnieżoną część ogrodu, a staruszek w odpowiedzi pokręcił przecząco głową.

– Nie trzeba. Poradzę sobie. Jeszcze taki stary nie jestem – zaśmiał się ponownie, a policzki Eleonory pokryły się uroczym rumieńcem, który został ukryty za ciepłym szalikiem. – Idź i ciesz się pogodą. Coś czuję, że ten śnieg długo tu nie poleży – mruknął pod nosem, a następnie ponownie zajął się odgarnianiem białego puchu z wjazdu. Eleonora jeszcze przez chwilę przypatrywała się pracy mężczyzny, po czym pożegnała się i powolnym krokiem ruszyła wzdłuż ulicy.

Eleonora uwielbiała śnieg. Świat skąpany w bieli zdawał się być… czystszy. Prostszy. Wyciągnęła telefon i spojrzała na zegarek – było przed dziesiątą. Miała jeszcze dwie godziny, by przygotować się do przyjęcia, organizowanego przez Alicję. Nadal czuła się głupio, wpraszając się na wspólne spędzanie tych szczególnie rodzinnych świąt, lecz nie chciała siedzieć sama w cichym, ponurym domu. Nie tego dnia.

*

Zapukała niepewnie do drzwi, po czym wygładziła czarny płaszczyk, który narzuciła sobie na ramiona. W myślach odliczała sekundy, a gdy wreszcie ujrzała przed sobą przyjaciółkę, uśmiechnęła się delikatnie i ucałowała jej policzek, uważając na to, by nie wypuścić ozdobnej torebki z rąk.

– Dobrze, że już jesteś – powiedziała wesoło Alicja, zamykając drzwi za przyjaciółką. – Przyjechała moja kuzynka z mężem i dziećmi, a zaraz powinna przyjść również Natalia.

– Natalia? – zdziwiła się Eleonora. – To ona również przyjdzie?

– Tak napisała mi w wiadomości – odparła blondynka, wzruszając ramionami. – Pisałam też do Mateusza, jednakże on nadal jest z tą swoją ciotką i nie może się wyrwać.

– Biedaczek – zaśmiała się Eleonora, wchodząc do pokoju, w którym byli już rodzice Alicji oraz jej pozostali krewni. Przywitała się ze wszystkimi i podała matce przyjaciółki butelkę z winem. Kobieta uśmiechnęła się życzliwie i wskazała szatynce miejsce, a sama poszła do kuchni, gdzie podgrzewał się świąteczny barszcz z uszkami.

Eleonora poczuła się nieco skrępowana, siedząc wśród bliskich przyjaciółki. W młodej, tęgiej, czarnowłosej kobiecie Eleonora rozpoznała kuzynkę Alicji. Blondynka wielokrotnie mówiła o tym, jak jej nie znosi, jak bardzo nią gardzi. W wieku dwudziestu lat brunetka zaszła w ciążę z bogatym przedsiębiorcą, który teraz z cierpiętniczą miną siedział przy jej boku. Panna Kraszewska kątem oka rzuciła na dwóch małych chłopców, bawiących się swoimi autkami. Byli do siebie niezwykle podobni i tylko kolor ubranek pozwalał dziewczynie odróżnić ich od siebie.

– To bliźniacy? – spytała grzecznie, patrząc na kuzynkę Alicji. Ta spojrzała oceniająco na Eleonorę, a wyraz jej twarzy daleki był od sympatycznego.

– Widać raczej, że bliźniacy. Jeden to Nataniel, a drugi Oliwier. Ten tu – wskazała na męża – to Mikołaj.

– Miło mi cię poznać – powiedział cicho mężczyzna i posłał szatynce nikły uśmiech. Eleonora odwzajemniła go, lecz widząc miażdżące spojrzenie jego żony, automatycznie odwróciła wzrok. Z krępującej sytuacji uratowała ją matka przyjaciółki, która zaczęła podawać barszcz. Alicja wreszcie zasiadła przy stole i uśmiechnęła się pokrzepiająco. Zapadła cisza, która jednak nie trwała zbyt długo. Ojciec blondynki odchrząknął, po czym spojrzał na drugiego mężczyznę.

– Słyszałem, że ostatnio podpisaliście jakiś nowy kontrakt w firmie…

Mikołaj już otwierał usta, by coś powiedzieć, gdy nagle odezwała się Michalina. – Tak, chociaż nie było to nic wielkiego. Po odcięciu wszystkich kosztów – zastanowiła się – wyjdzie jakieś dziesięć tysięcy dolarów.

Eleonora uniosła brwi w zdziwieniu. To było mało? Ona, by zdobyć takie pieniądze, musiałaby czekać ponad rok i w dodatku nic nie wydawać. I o dziwo, matka Alicji również stwierdziła, że to całkiem spora kwota, co spotkało się z dziwnym grymasem na twarzy Michaliny. – To są duże pieniądze? Duże pieniądze były wtedy, gdy mój kochany mąż zdołał wywalczyć przetarg na sto tysięcy dolarów. Teraz, to jest praktycznie nic.

Pannie Kraszewskiej zrobiło się niemal szkoda milczącego mężczyzny – widać było, że żona zupełnie go sobie podporządkowała. Nie miał nawet możliwości się odezwać. Alicję wyraźnie bawiła ta sytuacja; prawdopodobnie była przyzwyczajona do tych małżeńskich przekomarzań, lecz ona nie mogła tego dłużej słuchać.

– Są ważniejsze rzeczy od pieniędzy – powiedziała hardo, patrząc w stronę kuzynki swojej przyjaciółki. Ta przez chwilę wyglądała na zdezorientowaną, po czym uśmiechnęła się z wyższością.

– Niby jakie? Podasz za przykład przyjaźń? Albo miłość? – zaśmiała się, przez co w pomieszczeniu zrobiło się nieco niezręcznie. – Powiem ci coś, Eleonoro, bo jesteś jeszcze młoda i nie zdążyłaś poznałaś się na życiu. Po pierwsze, cała ta przyjaźń, to system, którym posługuje się każdy człowiek. Szukamy osób podobnych do nas, akceptujących nasze niedoskonałości, będących w stanie zapewnić nam pewne dobra w zamian za inne, które możemy zaoferować my. A ci przysłowiowi „prawdziwi przyjaciele” to są ludzie, którzy albo mają zbyt dużo swoich dóbr, albo są znudzeni własnym życiem, przez co starają się wpływać na życie innych. Rozumiesz? To nic nie dzieje się bez powodu. Jeśli ktoś udzieli ci pomocy, musisz być gotowa na to, że w przyszłości będziesz miała pewien dług, z którego musisz się wywiązać. O ile ta osoba jest twym przyjacielem.

Ojciec Alicji wziął na kolana Oliwiera, który zaczął domagać się jedzenia. Jednakże w tamtym momencie matka malucha była zbyt skoncentrowana na dyskusji, by zająć się własnym dzieckiem.

– A miłość? – Spojrzała z wyższością na swojego męża. – Miłość przychodzi z czasem. Podobno. Na początku trzeba zadbać o to, by postawić pewien fundament, na którym mógłby powstać solidny budynek, podstawę uczucia. Słyszałaś kiedyś przypowieść o domu na skale? Tak? Dobrze, zatem musisz rozumieć, co mam na myśli.

– A to nie jest przypadkiem tak, – zaczęła Eleonora – że to całe „wykonanie fundamentu”, musi iść w parze z napływem uczuć? Jaki sens ma budowanie domu z kimś, kogo w ogóle się nie zna? Nie kocha?

Michalina uśmiechnęła się. – Masz chłopaka, Eleonoro? Albo narzeczonego? Bądź męża? Cóż, teraz wszystko możliwe – mruknęła, uspokajająco patrząc w kierunku swojej ciotki. Poczuła na swojej dłoni dłoń Mikołaja, lecz strzepnęła ją szybko. – Zatem?

– Nie mam – odburknęła cicho szatynka. Nie chciała przyznawać się, przynajmniej na razie, rodzicom swojej przyjaciółki, do romansu ze starszym o jedenaście lat, nauczycielem matematyki. Gdyby odpowiedziała twierdząco… zapewne pojawiłyby się niewygodne pytania. Nie chciała tego. I zapewne Adam również by tego nie chciał.

– Teraz rozumiem, skąd wynika twoja niewiedza. Brak ci faceta – zaszczebiotała. – Dam ci dobrą radę; nie bierz się za kelnera, fryzjera, czy pracownika firmy sprzątającej. Nie warto. Lepiej od razu spróbuj złapać jakiegoś biznesmena – uwierz, będzie ci w życiu lżej. Miłość się pojawi, prędzej czy później, a pieniądze albo są, albo ich nie ma. A lepiej jest, kiedy nie musisz odliczać do dziesiątego.

– Bez przesady – wtrąciła się matka Alicji. – Zawód nie jest najważniejszy. Jak nie ma miłości, to proste, że zawiązek nie wypali. Potrzebne jest silne uczucie, które pozwoli zbudować coś trwalszego.

Nagle ktoś zapukał do drzwi. Alicja niemal od razu zerwała się z krzesła, czując się nieco wykluczoną z dyskusji. Eleonora odetchnęła i nalała sobie do szklanki świątecznego kompotu śliwkowego. Napiła się, po czym odchrząknęła, chcąc oczyścić gardło. Jej wzrok padł na srebrny pierścień z granatowym oczkiem na palcu Michaliny. – Zaręczynowy?

Kobieta spojrzała w kierunku, w którym patrzyła Eleonora i spochmurniała nieco. – Na pierwszą rocznicę ślubu. Białe złoto.

– Jest bardzo ładny – powiedziała szczerze szatynka, co spotkało się z cichym prychnięciem Michaliny.

– Był tani. I jest skromny. Ja tam wolę, jak się coś błyszczy, a tu nie błyszczy się zupełnie nic. – Panna Kraszewska rzuciła krótkie spojrzenie Mikołajowi, w którego oczach pojawił się błysk smutku i rozczarowania. To musiało go naprawdę zaboleć. Starała się uchwycić spojrzenie mężczyzny, lecz ten uparcie wpatrywał się w potrawy, przygotowane przez panią domu. Do pomieszczenia weszła Natalia, która przywitała się serdecznie ze wszystkimi i zasiadła obok przyjaciółki.

– Cześć, jestem Michalina – kobieta wyciągnęła rękę nad stołem, a Natalia niepewnie ujęła ją. – A może teraz ty powiesz nam, co myślisz o miłości?

Eleonora, zaraz po tym, jak pytanie zawisło między osobami zgromadzonymi w pokoju, zrozumiała, że to będzie naprawdę długi wieczór.

*

Eleonora otworzyła oczy i uśmiechnęła się szeroko, gdy zrozumiała, że nadszedł dzień urodzin – dziewiętnastych urodzin, śmiem dodać. Jedyną rzeczą, o której myślała w tamtym momencie był prezent, który zostawił Adam u Jana. Niejednokrotnie próbowała zmusić mężczyzn do przyznania, co przed nią ukrywają, jednak ani jeden, ani drugi nie puścił pary z ust.

Ubrała się w ciepły golf i zwykłe, czarne spodnie, a na stopy założyła skarpetki w pierniczki, które kupiła sobie tuż po świętach. Zmusiła się do pójścia do łazienki, rozczesania włosów, umycia twarzy i wreszcie, zjedzenia śniadania, choć tost z szynką, pomidorem oraz ciągnącym cerem ledwo przeszedł jej przez gardło. Kiedy wreszcie zrobiła to, co zwykle czyniła rano, ubrała kurtkę, czapkę, rękawiczki i zimowe buty, po czym ruszyła w stronę domu sąsiada.

Okazało się, że staruszek był gotowy na jej wizytę, bo otworzył drzwi niemal od razu i zaprosił  ją gestem ręki do środka. – Wiedziałem, że nie będziesz mogła się powstrzymać.

– Dziwi mi się pan?

Mężczyzna zaśmiał się i pokręcił głową przecząco. – Nie, nie dziwię się. – Rozejrzał się po pokoju. – Zaraz, gdzie ja to położyłem…

Jej serce biło mocniej, gdy brat Teresy szukał, jak się później okazało, niewielkiego, ciemnozielonego pudełeczka, ozdobionego srebrną wstążeczką. – Wszystkiego najlepszego, Eleonoro – powiedział staruszek, lecz dziewczyna nie widziała nic, prócz niewielkiego prezentu. Wzięła go do rąk i usiadła na fotelu, ciągnąc za wstążkę. Powoli, bardzo delikatnie uchyliła wieczko pudełka i nagle ją zobaczyła. Na malutkiej, aksamitnej poduszeczce leżała srebrna bransoletka z pięknie połyskującymi kryształkami, a obok karteczka z krótką wiadomością:

Oby spełniły się też twoje życzenia.

41

– Miło mi was zobaczyć po tej długiej przerwie – zaczęła nauczycielka polskiego, przechadzając się po klasie. – Jest już styczeń, a to oznacza, że do matury zostało nam niewiele czasu. Kilka osób zadeklarowało się, że będzie zdawać język polski na maturze i obecnie chciałabym prosić, by ci, którzy to zrobili, otworzyli podręcznik na stronie numer sto dziewięćdziesiąt cztery. Jest tam przykładowy arkusz maturalny, poziomu rozszerzonego. Pozostałych proszę jedynie, by nie przeszkadzali. Możecie wyciągnąć jakieś arkusze, czy zadania z innych przedmiotów, ale telefony proszę zostawić w plecakach, zrozumiano?

Natalia mruknęła coś w odpowiedzi, lecz nie oderwała wzroku od ekranu swojego smartfonu. Eleonora zaczęła kartkować podręcznik i wreszcie znalazła wcześniej wspomniany arkusz. Zdążyła przeczytać kilka wersów tekstu, który swoją drogą był pisany nieprzyjemnym dla oka i umysłu, językiem, gdy usłyszała ciche chrząknięcie, dochodzące z prawej strony. Spojrzała na Alicję, która w śmieszny sposób marszczyła brwi i nos. – Co ty właściwie robisz?

– Czytam – odparła szatynka, spojrzeniem wracając do tekstu. Alicja sapnęła cicho.

– Ale mówiłaś, że nie będziesz zdawać polskiego – powiedziała oskarżycielsko blondynka. Panna Kraszewska uśmiechnęła się krzywo, po czym wzruszyła ramionami.

– Dzisiaj byłam u dyrektora i zmieniłam deklarację maturalną. Z matematyką i angielskim dostanę się na wiele kierunków, o ile napiszę je dobrze, ale wolę mieć jakąś alternatywę. Dobrze wiesz, jak trudno jest się teraz dostać na dobre studia.

– Eleonoro, przeczytałaś już? – spytała nauczycielka, poprawiając okulary, które zsunęły się jej z nosa. Szatynka uśmiechnęła się przepraszająco, po czym wróciła do czytania.

Z Alicją postanowiła porozmawiać na przerwie, lecz oprócz tego miała pewną misję do spełnienia. Do matury zostało kilka miesięcy, zdąży jeszcze podszkolić swój angielski. A w klasie, do której jeszcze chodziła, była osoba, która mogłaby jej z tym pomóc.

Lekcja dłużyła się w nieskończoność, a przynajmniej takie miała wrażenie. Kiedy wreszcie zadzwonił dzwonek, wyszła z klasy i wzrokiem błądziła pomiędzy uczniowskimi twarzami, by znaleźć tę jedyną. – Mateusz, czekaj! – krzyknęła, gdy chłopak zaczął się od niej oddalać. Odwrócił się zdziwiony, a kiedy zrozumiał, kto zmierza w jego kierunku, uśmiechnął się szeroko.

– Widzę, że bardzo za mną tęskniłaś – powiedział z figlarnym uśmiechem, lecz panna Kraszewska nie zwróciła na niego uwagi. Zaczęła iść razem z nim w stronę klasy informatycznej, lecz cisza między nimi nie trwała zbyt długo. – Śmiem podejrzewać, że czegoś ode mnie oczekujesz i chciałbym od razu powiedzieć, że nie sprzedam ci mojej nerki, bo ta jest zbyt cenna. – Eleonora zaśmiała się i pokręciła głową przecząco.

– To nie to – mruknęła. – Po prostu potrzebuję twojej pomocy. – Posłał jej pytające spojrzenie, na co uśmiechnęła się delikatnie. – Pamiętasz, jak kiedyś mówiłeś mi, że twój ojciec zapisał cię do szkoły językowej?

– Mhm, na angielski i niemiecki, którego dalej nienawidzę.

Szatynka przygryzła dolną wargę. – Bo widzisz, ja potrzebuję pomocy z angielskim przed maturą. Muszę ją dobrze zdać, a nie jestem do końca pewna, czy moja wiedza jest wystarczająca…

– Jak chcesz, to mogę ci podać numer do tego korepetytora, do którego chodziłem ja, lecz nie dam sobie ręki uciąć, że teraz będzie miał wolny termin.

– Myślałam właśnie, że ty mógłbyś… no wiesz. Mógłbyś udzielić mi kilku lekcji… Oczywiście za opłatą.

Mateusz wyglądał na nieco zdziwionego i zdezorientowanego. Zapewne nie spodziewał się takiej propozycji ze strony przyjaciółki. Uniósł dłoń i podrapał się po policzku, a jego uśmiech daleki był od radosnego.

– Wiesz… Kiedyś próbowałem nauczyć słówek mojego kuzyna. W efekcie moich działań umiał jeszcze mniej, niż przed tym, jak zaczął uczyć się sam. – Spojrzał na nią i westchnął cicho. – Nie jest ze mnie dobry nauczyciel, jednak jeśli już naprawdę nie masz kogo prosić o pomoc, to spróbujemy. – Zamyślił się. – W sumie to nie taki zły pomysł. Ja też powtórzę sobie niektóre rzeczy do matury.

– Czyli się zgadzasz? – spytała z nadzieją. Chłopak skinął głową.

– Zgadzam się.

– Super! – krzyknęła radośnie. Jej entuzjazm był na tyle wielki, że nieświadomie objęła chłopaka, dopiero po chwili zdając sobie sprawę z tego, co robi. – Uhm… Przepraszam cię, ja nie chciałam. – Chłopak zaśmiał się i pokręcił głową przecząco.

– Przecież jesteśmy przyjaciółmi, nie musisz się przy mnie wstydzić – powiedział, wzdychając cicho, gdy nauczycielka informatyki przeszła obok nich. – Szykuj się na ciężką pracę, El.

– Na nic innego nie liczyłam.

*

Dziewczyna rozsiadła się przy swoim biurku i zalogowała do systemu. Nauczycielka uruchomiła laptopa, a gdy już to zrobiła, wstała i zaczęła przechadzać się pomiędzy ławkami. – Witam was w nowym roku. Do waszej matury zostało ponad cztery miesiące, a z racji, że nikt nie wyraził chęci zdawania egzaminu z mojego przedmiotu, wolałabym, byście zaliczyli go wcześniej. Mam nadzieję, że wy również podzielacie moje zdanie.

Kilka osób pokiwało głowami, w tym Eleonora. Nagle dziewczyna usłyszała ciche „psst” i zwróciła się w stronę Alicji. Ta obróciła delikatnie monitor i z szatańskim uśmiechem spojrzała na przyjaciółkę. Szatynka pokręciła głową z niedowierzaniem – na zdjęciu, edytowanym w photoshopie była ona, stojąca obok konia o karej maści, na jakimś odludziu. Eleonora wiedziała, do czego pije Alicja, a jedynym komentarzem na zachowanie blondynki było wywrócenie oczami. Nagle dziewczęta usłyszały za sobą znaczące chrząknięcie. Obróciły się i ujrzały nauczycielkę informatyki, stojącą za nią z założonymi rękoma.

– Mam nadzieję, że skończyłyście rozmawiać. Alicjo, zamknij to urocze zdjęcie i otwórz LaTeXa. Dziś przekonamy się, w czym ten program góruje nad innymi edytorami tekstu. Mam nadzieję, że wszystkich zaciekawi ten temat. – Posłała dziewczynom ostrzegające spojrzenie, po czym zajęła się prowadzeniem lekcji. Eleonora przygryzła wargę, lecz nie do końca mogła się skupić. Nie po tym, co zobaczyła.

Z pewnością będzie miała koszmary.

*

Wreszcie lekcje zakończyły się i mogła spotkać się z Adamem. Ekscytacja towarzyszyła jej przez całą drogę, a w oczach błyszczała radość. Minęła dyrektora, którego powitała skinięciem głowy oraz uśmiechem, lecz nie wdawała się z nim w pogawędki. Nie miała na to czasu.

Serce zabiło jej mocniej, w oczach pojawiły się radosne iskry, kiedy wreszcie podeszła do drzwi klasy numer trzy i już unosiła dłoń, gdy usłyszała, że Karasiewicz nie jest sam. Przysunęła się bliżej i zrozumiała, że zna ten głos. I to zna go całkiem dobrze. Wydawało się, że kobieta, znajdująca się w pomieszczeniu, z każdym kolejnym słowem gasła coraz bardziej. Przez chwilę milczeli i Eleonora myślała, że bicie jej własnego serca brzmiało niczym kościelny głos – głośny, wyraźny i mocny. Znów usłyszała głos Karasiewicza, lecz wkradła się tam jakaś nuta zdenerwowania. Nie był zły, o nie, do tego było mu daleko. Dziewczyna czuła, że to było coś innego, coś, czego jeszcze u niego nie spotkała.

Odskoczyła, gdy drzwi otworzyły się zamaszyście, a w przejściu pomiędzy klasą a korytarzem stanęła Natalia. Eleonora zmarszczyła brwi, widząc strugi łez na policzkach i zaszklone oczy, a gdy uchyliła usta, by zrozumieć, co właściwie się stało, brunetka uciekła stamtąd, szlochając cicho.

Szatynka, nie czekając na nic, weszła do klasy i zobaczyła Karasiewicza, siedzącego przy biurku. Twarz miał ukrytą w dłoniach i nawet nie drgnął, gdy Eleonora weszła do klasy. Podejrzewała, że nawet nie zauważył jej przybycia. Bezszelestnie zbliżyła się do mężczyzny, odłożyła torbę i położyła dłonie na jego ramionach. Spiął mięśnie, lecz nie odwrócił się, ani nie zareagował w żaden inny sposób. – Tak za tobą tęskniłam – szepnęła mu do ucha. – Nawet sobie tego nie wyobrażasz.

Jego twarz rozluźniła się nieco. Westchnął ciężko i odchylił się do tyłu, opierając głowę na jej brzuchu. Przymknął oczy, a ona gładziła opuszkami palców jego twarz, każdy jej skrawek, który tak pokochała. Korzystał z tej chwili tyle, ile tylko mógł – dla Eleonory, o wiele za krótko. Poprosił ją, by usiadła w jednej z ławek, a następnie odchrząknął masując skronie. Panna Kraszewska przygryzła wargę, lecz nie mogła się powstrzymać, by nie zadać pytania o wizytę jej przyjaciółki. Mężczyzna pokręcił głową przecząco.

– Powinnaś się jej o to zapytać – odparł cicho. – Nie jestem upoważniony do udzielania takich informacji. – Nie naciskała. Po prostu skinęła głową i przygryzła wargę.

Uśmiechnął się delikatnie, widząc na nadgarstku dziewczyny bransoletkę, którą podarował jej na urodziny. To naprawdę wiele dla niego znaczyło. Uchwycił jej niepewne spojrzenie, lecz nie wiedział, że była to reakcja na jego tłumaczenie. Naprawdę nie wiedziała, co ma myśleć w tym momencie. Przygryzła wargę i zmarszczyła brwi – widocznie zastanawiała się nad czymś intensywnie. Nagle uniosła głowę i spojrzała na niego.

– A jak ci się ułożyły sprawy w Warszawie?

Odwrócił wzrok i wzruszył ramionami. – Całkiem dobrze.

Znów miała wrażenie, że zakończył temat. Nie chciała jednak naciskać na mężczyznę. Z doświadczenia wiedziała, iż miałoby to sens w momencie, gdyby naprawdę chciałaby się z nim pokłócić. A była to ostatnia rzecz, której w tamtej chwili pragnęła.

– Eleonoro? – Uniosła głowę i spojrzała na niego, zdezorientowana. Uśmiechnął się, widząc to i pokręcił głową, cmokając. – Ładnie to tak ignorować swojego nauczyciela? – Prychnęła pod nosem, po czym nachyliła się nad biurkiem.

– A czy pan profesor wie, że wykorzystywanie chwilowej niedyspozycji jest niedozwolone? Podobnie jak bycie tak inteligentnym i przystojnym w jednym. To powinno być zakazane. – Złożyła usta w dziubek i przymknęła oczy, gdy mężczyzna zbliżył się do niej niebezpiecznie. Już miał musnąć jej wargi, już mieli pogrążyć się w pocałunku, gdy ten nagle odsunął się z nikłym uśmiechem. Spojrzała na niego oburzona. – A to był chwyt poniżej pasa.

– Cierpliwość – odrzekł – zwykle zostaje nagrodzona. – Uśmiechnął się na widok jej naburmuszonej miny. Wstał zza biurka i podniósł swoją aktówkę, z której wyciągnął kopię konkursu, którego została laureatką. Spojrzała na niego zdziwiona. – Przysłali mi to dzisiaj rano. Sam się zdziwiłem, bo to powinno przyjść do szkoły, ale cóż… – Szatynka spojrzała na kartki, a w jej oczach pojawił się błysk rozczulenia. Pytanie dziesiąte dotyczyło twierdzenia Ponceleta-Steinera, o które zapytał na jednych z zajęć. Pamiętała, jak wtedy była na niego zła. Teraz czuła jedynie wdzięczność. Uśmiechnęła się szeroko, po czym włożyła kartki do torby. – Eleonoro, uważam, że to pora, by zakończyć nasze zajęcia. Oczywiście, na grupowe nadal możesz uczęszczać, lecz nie sądzę, by było coś, co mógłbym jeszcze, na ten moment, zrobić dla ciebie.

Westchnęła cicho, lecz skinęła głową. – Niech będzie. – Uniósł brwi, nie podejrzewając, że dziewczyna zgodzi się tak szybko. – To w takim razie idziemy teraz do domu, tak?

– Tak – odparł, podając szatynce jej torbę. Czekał na nią przed szkołą, a gdy wreszcie wyszła, niemal jednocześnie zadarli głowy do góry. Nad liceum kłębiły się czarne chmury.

42

Tego dnia, Natalii nie było w szkole, a w powietrzu wyczuwalny był ostry zapach zimy. Nieprzyjazna pogoda dawała się we znaki wszystkim uczniom i nauczycielom. W tym okresie nikt nie ściągał kurtek na czas lekcji, gdyż stary, opalany węglem piec, nie nadążał z wytwarzaniem ciepła. Eleonora, w wełnianej czapce z pomponem, ruszyła w stronę pokoju nauczycielskiego. Pani Ewa wysłała ją po dziennik, a ta nie opierała się zbytnio, by opuścić zajęcia. Mimo że spędzała każdą wolną chwilę na nauce angielskiego z Mateuszem, lekcje z wymagającą nauczycielką nadal napawały ją strachem.

Szatynka uśmiechnęła się, wspominając minę Alicji, gdy ta dowiedziała się, że organizowana jest wycieczka do Gdańska. Od tego momentu, blondynka nie mówiła o niczym innym. Cóż, panna Kraszewska nie dziwiła się zbytnio. Gdyby po kilku miesiącach miała zobaczyć swego ukochanego, zapewne reagowałaby tak samo. I wiedziała, że mimo tego, iż Alicja i Mikołaj zerwali ze sobą, prędzej czy później ich drogi splotą się, w efekcie czego znów będą razem.

Wreszcie dotarła do pokoju nauczycielskiego. Już unosiła dłoń, by zapukać, lecz drzwi same otworzyły się przed nią – z pomieszczenia wyszedł Karasiewicz, a za nim… dwóch policjantów i dyrektor, wyglądający na bardziej poważnego niż zazwyczaj. Adam zatrzymał się i patrzył na nią przerażonym wzrokiem, uchylił usta, by coś powiedzieć, lecz jeden z funkcjonariuszy pośpieszył go i mężczyźni wyszli na zewnątrz. Jedynie dyrektor został ze wstrząśniętą Eleonorą, która nie do końca rozumiała, co tak właściwie się stało.

– Nie powinno cię tu być – powiedział poważnie mężczyzna. Eleonora odwróciła się w jego stronę i głośno przełknęła ślinę.

– Pani Ewa wysłała mnie po dziennik… Ja naprawdę… Co się stało…?!

Dyrektor westchnął i machnął ręką. On również wyglądał na nieco zdezorientowanego, lecz ukrył to pod maską złości i zdenerwowania. – Może jednak dobrze, że cię spotkałem – mruknął pod nosem. – W której klasie masz lekcję?

– Numer pięć, ale…

– Ja zaniosę dziennik, a ty idź do mojego gabinetu i poczekaj tam na mnie. Musimy poważnie porozmawiać.

Eleonora skinęła głową i ruszyła chwiejnym krokiem do wskazanego przez mężczyznę miejsca. Czego ci policjanci chcieli od Karasiewicza? A jeśli zrobił coś złego? Pokręciła głową niedowierzająco; on był zbyt dobrym człowiekiem. Nie skrzywdziłby nikogo, w każdym razie – nie świadomie. Weszła do gabinetu przez sekretariat, rzuciła krótkie „dzień dobry” do sekretarki i przeszła do gabinetu. Drżąco wypuściła powietrze, gdy rozsiadła się w fotelu. W lustrze, które wisiało na jednej ze ścian, widniało jej odbicie. Nigdy nie sądziła, że może mieć tak bladą cerę. Jakby cała krew nagle odpłynęła jej z twarzy. Podskoczyła, gdy drzwi gabinetu zatrzasnęły się z hukiem, a po chwili czekania, wciąż zdenerwowany dyrektor zajął swoje miejsce.

– Sprawa jest dość poważna – powiedział, układając jakieś dokumenty w równy stosik. Gdy już skończył, wyprostował się i spojrzał dziewczynie oczy, splatając palce u rąk. – Nie powinnaś być świadkiem tego incydentu na korytarzu i zanim powiem cokolwiek, muszę być pewien, że to, co teraz usłyszysz, nie wyjdzie poza ściany tego gabinetu. – Niepewnie skinęła głową, czując, jak jej serce z każdą chwilą przyspiesza coraz bardziej. – Otóż jedna z uczennic naszej szkoły, dzisiejszego dnia złożyła na policji zawiadomienie o molestowaniu… – Dyrektor przerwał, jakby chcąc oswoić Eleonorę z dalszymi wiadomościami, lecz ta zdawała się być nieobecna. – Ponoć pan Adam Karasiewicz dopuścił się tego czynu tuż po waszym przyjeździe. Mówię to tylko dlatego, że muszę zorientować się, czy… w ostatnim czasie nie zachowywał się on jakoś nie na miejscu w stosunku do ciebie…

– Co?! Nie! Oczywiście, że nie! – krzyknęła, z lekka nachylając się nad biurkiem. – Pan Karasiewicz nigdy nie dał do zrozumienia, że jest mną w jakikolwiek sposób zainteresowany! – Policzki miała delikatnie zarumienione, lecz nie było tego widać pod warstwą makijażu. Przełknęła ślinę i zażarcie zaczęła tłumaczyć: – Za przeproszeniem, panie dyrektorze, ale osoba, która śmie twierdzić, że pan Karasiewicz zrobił coś takiego, z pewnością kłamie!

Dyrektor westchnął i podrapał się po zmarszczonym czole. – To nie była jedna osoba, Eleonoro. Są świadkowie. Już złożyli oni swoje zeznania na komisariacie, a być może i ty zostaniesz o to poproszona.

Eleonora przygryzła dolną wargę prawie do krwi, rozmyślając, co w tej sytuacji mogła zrobić.

Z pewnością musiała porozmawiać z Karasiewiczem, lecz nie miała pojęcia, gdzie go zabrali… A dyrektora nie zamierzała o to pytać, bo byłoby to nad wyraz podejrzane. Westchnęła ciężko i spojrzała na mężczyznę. – Czy to już wszystko, panie dyrektorze? Mogłabym wrócić na lekcję?

– Tak, oczywiście – powiedział cicho. – Jakbyś sobie o czymś przypomniała…

– Wiem – przerwała mu. – Do widzenia.

Wybiegła z gabinetu i zamknęła się w jednej z łazienkowych kabin. Drżącymi rękoma wyjęła z kieszeni telefon i wyszukała numer Karasiewicza. Łzy zebrały się w jej oczach, gdy nie odebrał po raz pierwszy, potem drugi i trzeci… – Cholera! – Zaczęła krążyć po pomieszczeniu. Gdzieś z tyłu głowy pojawiła się nieprzyjemna myśl, że to Natalia jest odpowiedzialna za całą sytuację, jednak wolała nie oskarżać jej bezpodstawnie. Eleonora wybrała numer przyjaciółki, która odebrała po kilku sekundach.

– Eleonora? Stało się coś? – Jej głos był nieco cichszy niż zazwyczaj, jednakże szatynka nie zauważyła żadnej większej zmiany. – Eleonoro?

– Chciałam dowiedzieć się, dlaczego nie przyszłaś dzisiaj do szkoły – zapytała szatynka, starając się brzmieć normalnie. Nie mogła od razu wypalić z tekstem: hej, czy to ty oskarżyłaś Karasiewicza o molestowanie, bo prędzej by ją spłoszyła, niż czegokolwiek się dowiedziała. Przerwa pomiędzy wypowiedziami była długa. Zbyt długa, żeby pozostała niezauważona.

– Nic. To nic. Nie musisz się martwić, za kilka dni będę w szkole. To naprawdę nic poważnego – odparła, a Eleonora przygryzła wargę. A co, jeśli ona naprawdę nic nie wie? Skąd miała zaczerpnąć wiarygodnych informacji? Eleonora przez chwilę myślała o zwróceniu się do Olgi, lecz po tym, jak ta prawie została wyrzucona ze szkolnej gazetki po pierwszej aferze z Karasiewiczem, z pewnością nie chciała mieć z szatynką nic wspólnego. Z zamyślenia wyrwał ją głos przyjaciółki. – Wiesz, ja muszę kończyć. Nie czuję się za dobrze – powiedziała i po krótkim pożegnaniu, rozłączyła się.

Po policzkach Eleonory spłynęły gorące łzy. Co miała zrobić?! Jak pomóc mężczyźnie, w którego winę nie wierzyła?! Jeszcze kilka razy próbowała dodzwonić się do Adama, lecz ten nadal nie odbierał. Wyszła z łazienki dopiero, gdy zadzwonił dzwonek, a uczniowie zaczęli pojawiać się na korytarzach. Do Eleonory niemal od razu podbiegła Alicja, która ujęła dłonie przyjaciółki swoimi. – Widziałam. Widziałam, jak go prowadzili. – Pokręciła głową niedowierzająco. – Nie rozumiem, co się stało…

Eleonora jedynie zacisnęła mocniej usta i przymknęła oczy, starając się zatrzymać napływające łzy. Alicja ze zdziwieniem, a następnie ogromnym współczuciem rzuciła się, by objąć przyjaciółkę. Ta nie oponowała – wręcz przeciwnie. Teraz najbardziej potrzebowała wsparcia.

– On nic nie zrobił. Ja to wiem – szepnęła szatynka, by nikt niepowołany nie słyszał ich rozmowy. Alicja w odpowiedzi zacieśniła uścisk i powiedziała cicho:

– Wiem. Ufam ci. Jemu też.

To wystarczyło Eleonorze. Miała kogoś, kto mógł z nią stanąć w obronie matematyka. A słysząc zdradzieckie szepty wokół siebie, zrozumiała, że jednak to może być mało…

*

Eleonora denerwowała się przed lekcją matematyki bardziej, niż zwykle. W głębi duszy miała nadzieję, że był to tylko zły sen i Karasiewicz zaraz wyjdzie z pokoju nauczycielskiego, by poprowadzić ich zajęcia. Alicja mówiła coś do niej, ale szatynka nie słyszała niczego, prócz bicia jej własnego serca. I wtedy zadzwonił jej telefon. Spojrzała na wyświetlacz: Nieznany numer.

Prawie upadła, wbiegając do toalety i odebrała w ostatniej chwili, bo jej rozmówca już się rozłączał.

– Eleonoro…

Zamarła, słysząc głos matematyka. Kilka łez spłynęło po jej policzkach. Poczuła, jakby ktoś zdjął ogromny ciężar z jej serca. Pociągnęła nosem i mocniej przyłożyła telefon do ucha, próbując uświadomić sobie, że nie śni. Że mężczyzna po drugiej stronie jest cały i zdrowy.

– Adam – szepnęła przez ściśnięte gardło. – Adam, co… Jak ci pomóc? Gdzie jesteś?

Usłyszała ciche westchnienie, jakby zrezygnowane. Chciała krzyczeć, mówić mu, by się nie poddawał, że to pomyłka, lecz sama była na skraju załamania. – Przewieźli mnie do aresztu na Głogowskiej, ale nie sądzę, że będziesz miała możliwość odwiedzin. To podobno przeszkadza w śledztwie – głos mu się załamał, a po jej policzkach popłynęły kolejne łzy. – Eleonoro, ja nic nie zrobiłem… naprawdę… Musisz mi uwierzyć.

– Wierzę ci – odparła, przymykając oczy. – Wierzę ci i nie pozwolę, byś wylądował za kratami. Nie pozwolę. Powiedz, kto złożył to zawiadomienie?

Jej najgorsze obawy spełniły się, gdy matematyk wymienił imię jej przyjaciółki. – Ale to nie jest najgorsze – dodał. – Kilku uczniów potwierdziło jej zeznania. Moje słowa… moje słowa mogą się tu w ogóle nie liczyć. A jeśli trafię do więzienia…

– Nie trafisz! – krzyknęła, wstając z lodowatej podłogi. Dokładnie w tamtej chwili, do toalety weszła jakaś dziewczyna z młodszej klasy, która spojrzała na Eleonorę, jak na wariatkę. Szatynka odchrząknęła, po czym ponownie zwróciła się do matematyka: – Postaram się z nią porozmawiać. Jeśli nie zmieni zdania, będę kombinować. Nie zostawię cię.

– Dziękuję – wyszeptał. – Dziękuję za wszystko.

Rozłączył się, nim zdążyła odpowiedzieć.

*

Alicja, ani nikt inny nie dowiedział się, kto złożył zawiadomienie na matematyka. Jeśli chodziło o dobro Karasiewicza, nie ufała nikomu. Eleonora podjęła decyzję; postanowiła odwiedzić Natalię zaraz po szkole. Nie mogła czekać dłużej. Zresztą, każda kolejna lekcja dłużyła się jej w nieskończoność. Kiedy zadzwonił ostatni dzwonek, nagle znalazła się w szatni, a następnie przed szkołą. Taksówka, którą zamówiła po zajęciach, czekała na nią tuż przy schodach. Powiedziała taksówkarzowi, w którym kierunku powinien jechać i usłyszała pisk opon. Jej plecy uderzyły o oparcie fotela, a oczy płonęły od desperacji. Musiała pomóc Karasiewiczowi. I przysięgła sobie, że nie spocznie, póki nie wyciągnie go z więzienia.

Dotarła pod dom przyjaciółki po kilku minutach. Dała taksówkarzowi pieniądze, nawet nie czekając, aż ten wyda resztę i podeszła do drzwi. Zapukała, lecz nikt nie otwierał. Sapnęła pod nosem – oj, nie podda się tak łatwo. Złożyła dłoń w pięść i zaczęła dobijać się do drzwi. I wreszcie stanęła przed nią matka przyjaciółki. Jej twarz była nienaturalnie czerwona, a oczy załzawione. Eleonora głośniej przełknęła ślinę – czyli jednak była to prawda. Natalia naprawdę to zrobiła.

Opamiętała się szybko i wymusiła łagodny wyraz twarzy, choć wewnątrz gotowała się ze złości. – Dzień dobry, ja… Czy mogłabym zobaczyć się z Natalią?

Kobieta pokręciła głową przecząco. – Nie ma takiej możliwości. Natalia musi teraz odpocząć. Przyjdź kiedy indziej.

– Ja wiem – powiedziała Eleonora, patrząc w oczy kobiecie. Ta widocznie łamała się, bo w jej oczach szatynka spostrzegła łzy. Musiała tam wejść. Musiała przemówić Natalii do rozsądku, zanim będzie za późno i niewinny człowiek pójdzie siedzieć! – Ja wiem o wszystkim. Chcę pomóc. Proszę pozwolić mi się zobaczyć z przyjaciółką. Ona nie powinna być teraz sama.

Matka Natalii przez chwilę patrzyła rozpoznawczo na Eleonorę, lecz w końcu odsunęła się, dając dziewczynie wolną rękę. Ta odetchnęła z ulgą i ruszyła w kierunku sypialni przyjaciółki. Przyszła pora na konfrontację.

43

Eleonora weszła do pokoju Natalii niemal bezszelestnie i w milczeniu obserwowała, jak brunetka zapisuje coś na telefonie, jednocześnie zalewając się łzami. Podłoga zaskrzypiała pod ciężarem szatynki i dopiero wtedy druga z dziewcząt spostrzegła, iż nie jest sama w pokoju. Panna Kraszewska w milczeniu podeszła do przyjaciółki, po czym usiadła na skraju łóżka. – Ja wszystko wiem – powiedziała cicho, starając się nie spłoszyć dziewczyny, bo ta już w tamtym momencie sprawiała wrażenie, jakby chciała uciec stamtąd. Natalia westchnęła ciężko i przymknęła oczy.

– Niepotrzebnie przychodziłaś – mruknęła brunetka. – Chciałabym zostać sama.

– Uwierz mi, nie chcesz – odparła Eleonora, czując, że musi to dobrze rozegrać. Przysunęła się do przyjaciółki, objęła ją ramieniem, a ta ponownie wybuchła płaczem. – Nie teraz.

Minęło kilka minut zanim potworny szloch zmienił się w ciche pochlipywanie. Eleonora siedziała tam i choć wyglądała na spokojną, w jej duszy szalał huragan. Miała ochotę potrząsnąć dziewczyną obok i zmusić ją, by odwołała to, co zeznała na policji. Wierzyła Karasiewiczowi całym sercem. I wiedziała, że on nie zrobiłby krzywdy Natalii.

Zmusiła się, by poczekać jeszcze chwilę, po czym delikatnie odsunęła się i położyła dłonie na ramionach przyjaciółki, ściskając je nieznacznie. – Nie musisz mi mówić, co tak właściwie się tam stało, ale… czasami lepiej jest z kimś pogadać. A dobrze wiesz, że ja za żadne skarby tego świata nie powiem o tym nikomu.

Natalia spojrzała badawczo na Eleonorę, po czym westchnęła ciężko i zachrypniętym głosem rzekła:

– Zamknij drzwi.

Serce Eleonory zadrżało, zarówno z niepokoju, jak i rosnącej ekscytacji. Kiedy zamykała drzwi i stanęła tyłem do Natalii, przymknęła oczy, mając nadzieję, że brunetka przyzna się do wszystkiego i wreszcie będzie mogła odetchnąć. Ta jednak miała inne plany, bo jej głowa opadła na poduszki – dziewczyna wyglądała jak złamany kwiat. Było w nim coś tak poruszającego, że nie szło przejść obok niego obojętnie, lecz stracił cały swój urok w momencie, gdy cienka łodyżka złamała się w pół. Może to przez ciężar kwiatów, a może to był już czas, by odejść? Na to pytanie potrafił odpowiedzieć jedynie profesjonalny ogrodnik, a Eleonora z każdą chwilą zdawała sobie sprawę, jak mało zna się na ludziach.

– Pamiętasz, jak kiedyś rozmawiałyśmy o naszym przeznaczeniu?

Eleonora skinęła głową, marszcząc brwi jednocześnie, nie wiedząc, do czego dąży jej przyjaciółka. Ta otarła łzy z policzków i wymusiła delikatny uśmiech. – Kiedy Adam Karasiewicz przybył do naszego liceum… – pokręciła głową – cóż, powiedzmy, że wywarł na mnie duże wrażenie. Spodobał mi się, nawet bardzo. Wiesz, próbowałam dostać się na kółko matematyczne, lecz nie wiedziałam, o której godzinie organizowany jest test; poszłam do Adama później, lecz nie pozwolił mi spróbować podejść do konkursu w innym terminie – westchnęła. – Ale nie o tym mowa. Moje, powiedzmy, zauroczenie – skrzywiła się – zmieniło się w coś silniejszego. Ja naprawdę się zakochałam – jej głos złamał się, a w Eleonorze zbudził się gniew.

– Nie rozumiem, skoro go kochasz, to po jakie licho chcesz go wsadzić do więzienia?

Natalia skrzywiła się. – Ja nie chcę wsadzić go do więzienia. – Panna Kraszewska nie potrafiła powstrzymać cichego prychnięcia. – Eleonoro, proszę, wysłuchaj mnie… Tego dnia, którego minęłyśmy się w progu klasy, ja powiedziałam Karasiewiczowi o wszystkim. O tym, co do niego czuję, o czym marzę, o wszystkim…

Szatynka przełknęła rosnącą gulę w gardle i zmusiła się do wysłuchania dalszej części historii, jednak z tyłu głowy wciąż i wciąż krążyły jej słowa przyjaciółki. Natalia go kochała. Eleonora pokręciła głową. Nie, to nie była miłość. To było chore zauroczenie, które spowodowało, że niewinny człowiek przebywał teraz w areszcie.

– Wysłuchał mnie do końca, nie krzyczał, nie robił wyrzutów, ale – kilka łez potoczyło się po jej policzkach – powiedział mi, że on już kogoś ma, że powinnam znaleźć sobie chłopaka w swoim wieku. Wtedy uciekłam stamtąd i spotkałam ciebie. – Wzięła kilka głębokich wdechów. – Zbiegając po schodach natknęłam się na Kubę…

Cholera! Eleonora zacisnęła powieki, po czym wysyczała:

– Co on ma z tym wspólnego?

– Powiedziałam mu – zaszlochała cicho – a on poradził mi, co muszę zrobić. Powiedział, że on na mnie nie zasługiwał, że zasługuję na kogoś lepszego, a ja… byłam tak zła!

Eleonora ukryła twarz w dłoniach, nadal niedowierzając. Natalia dała się tak łatwo zmanipulować… Czy nie miała własnego rozumu? Czy nie myślała o konsekwencjach, jakie będą posiadały podjęte przez nią decyzje?! A Kuba? Po aferze z gazetką czuła do niego niechęć, lecz teraz zaczęła się go brzydzić.

Otrząsnąwszy się z pierwszego szoku, drgnęła i spojrzała na przyjaciółkę, a następne słowa wypowiedziała z całą żarliwością, na jaką było ją tylko stać. – Musisz to wszystko odwołać. On nie może trafić do więzienia. Nic ci nie zrobił…

– Złamał mi serce! – krzyknęła, schodząc z łóżka. – Teraz on powinien cierpieć – powiedziała mniej pewnie.

Eleonora pokręciła głową niedowierzająco i spojrzała w oczy brunetki. – Ja wiem, że ty wcale tak nie myślisz. Zastanów się! Jeśli Karasiewicz pójdzie siedzieć, może zmarnować nawet dwanaście lat swojego życia! I jeszcze zabiorą mu prawo wykonywania zawodu! On się załamie; nie znajdzie pracy i prawdopodobnie skończy na ulicy! Chcesz tego?! – Eleonora również wstała z łóżka i spojrzała na koleżankę. – Zastanów się, co nazywasz miłością. Właśnie rujnujesz swojemu ukochanemu życie.

– Ale…

– Nie ma ale! – warknęła szatynka. – Musisz iść na policję i odwołać to wszystko, co powiedziałaś!

– Nie mogę tego zrobić! – Natalia również podniosła głos. – Zaczną uznawać mnie za oszustkę! Pójdę siedzieć za składanie fałszywych zeznań!

Eleonora zaśmiała się cierpko. – Ty nią jesteś, Nat. Jesteś oszustką. Naprawdę, nie spodziewałam się tego po tobie. – Przerwała na chwilę. – Musisz podjąć decyzję. Albo pójdziesz na policję i przyznasz się do wszystkiego, albo ja to zrobię.

Kraszewska spojrzała ostro na przyjaciółkę, odwróciła się i ruszyła w stronę drzwi, gdy poczuła dłoń, oplatającą jej nadgarstek. – Obiecałaś mi, że nikomu nie powiesz!

– No cóż… – sarknęła Eleonora – widocznie w tym pomieszczeniu znajduje się więcej niż jeden kłamca.

W drzwiach, Eleonora minęła zdenerwowaną matkę Natalii, która, sądząc po trzymanych przez nią torbach, poszła na niewielkie zakupy. Kiedy szatynka rozsiadła się na wygodnej kanapie taksówki, a emocje opadły, uderzyła się otwartą dłonią w czoło. Przecież mogła nagrać całą tą rozmowę i byłoby po sprawie. Była taka głupia! W jej oczach pojawiły się łzy. Dopiero po chwili zorientowała się, że taksówkarz coś do niej mówi. – Przepraszam, zamyśliłam się. Mógłby pan powtórzyć?

– Dokąd zmierzamy, droga pani?

– Na Głogowską… do więzienia – westchnęła cicho, a taksówkarz, nie pytając o nic, zaczął jechać. Eleonora nie spostrzegła, iż jest obserwowana przez osobę wyglądającą zza firanki.

*

Coś zacisnęło się w jej brzuchu, kiedy wreszcie stanęła przed stalowymi drzwiami. Czuła się źle. Nawet bardzo. Budynek wyglądał przyzwoicie, nawet bardzo, lecz sama świadomość, że znajduje się w więzieniu, przyprawiała Eleonorę o dreszcze. Nagle zauważyła jakiegoś mężczyznę, który zmierzał wzdłuż korytarza i postanowiła go zatrzymać. – Przepraszam!

Ten odwrócił się i równym krokiem ruszył w stronę Eleonory, która odetchnęła słabo. Spojrzała w oczy strażnikowi, co poznała po mundurze i przełknęła głośniej ślinę, gdy spojrzała na jego twarz. Przez jedną z powiek, nos, wargę, wzdłuż szyi aż do kołnierza koszuli, ciągnęła się podłużna szrama. Dziewczyna nawet nie chciała sobie wyobrażać, w jaki sposób ona powstała. Odchrząknęła w zaciśniętą dłoń, po czym uśmiechnęła się delikatnie. – Dzień dobry, ja… chciałabym się spotkać się z Adamem Karasiewiczem. Został dzisiaj przewieziony do waszego aresztu i…

– A była pani umówiona?

– Nie, ale…

– A pisała pani podanie o widzenie?

– No nie, bo on…

– To w takim razie nic dla pani nie zrobimy.

Eleonora zmarszczyła brwi i skrzyżowała ręce. – Proszę pana, ja wszystko rozumiem, ale to mój kuzyn i muszę się z nim zobaczyć! To moja rodzina! Jedyna, jaka mi została!

W drodze do więzienia przemyślała kilka rzeczy. Po pierwsze, gdyby poszłaby tam „jako ona”, a potem sprawdziliby jej dane, zapewne stało by się oczywistym, iż ich relacje nie zatrzymały się na stopie uczeń – nauczyciel. Wolała nie mówić o nim jako o profesorze… Dalekie pokrewieństwo było w tej sytuacji najlepszym wyjściem. Miała jedynie nadzieję, że gdyby zapytali o nią mężczyznę, ten nie wygadałby się, jakie tak naprawdę stosunki ich łączyły.

Strażnik wywrócił oczami, niewzruszony łzawą historyjką. – Proszę iść korytarzem prosto, potem schodami w górę i wejść do pokoju, znajdującego się po lewej stronie. Znajdzie pani tam osobę, która z pewnością udzieli pani potrzebnych informacji.

Eleonora upewniła się jeszcze, że zna drogę do pomieszczenia, po czym podziękowała grzecznie strażnikowi i ruszyła równym krokiem do wskazanego przez mężczyznę pokoju. Stojąc przed drzwiami zapukała, a następnie weszła, gdy usłyszała ciche „wejść”. Tam spotkała szczupłą kobietę, siedzącą za masywnym biurkiem, która szukała czegoś w komputerze.

– Czego chce?

Eleonora wywróciła oczami na ten bezosobowy ton. Kojarzył jej się on z bezczelnym lekarzem, do którego chodziła, kiedy była dzieckiem. Chyba w życiu nie poznała już tak wrednej i opryskliwej osoby, jak on. A jednak.

– Powiedziano mi, żeby tu przyjść, by wypełnić wniosek o pozwolenie widzenia z osobą, która chwilowo przebywa u was w areszcie.

– Niech wypełni.

Szatynka westchnęła, przygryzając wargę. Nigdy nie czuła się pewnie, wypełniając takie papiery i dopiero po chwili zorientowała się, że zostawiła w taksówce torbę, a w niej – długopis. Głośniej przełknęła ślinę i uśmiechnęła się nerwowo. – Przepraszam, a czy mogłabym…

Kobieta, nawet nie czekając na to, aż Eleonora dokończy swą wypowiedź, rzuciła jej długopis, mrucząc coś pod nosem. Panna Kraszewska wypełniła starannie każdą lukę: imię, nazwisko, dane dotyczące miejsca zamieszkania i stopień pokrewieństwa z oskarżonym… Wzdrygnęła się delikatnie, wiedząc, jakie może ponieść konsekwencje za podjęte przez nią decyzje. Kiedy upewniła się, że wszystko jest gotowe, otworzyła usta, lecz znów została zaskoczona przez kobietę, która zabierając jedną kartkę, podała jej drugą.

– Niech podpisze i może iść.

Eleonora przesunęła wzrokiem po kolejnym oświadczeniu, a następnie złożyła na nim zamaszysty podpis. Kiedy dopełniła wszelkich formalności, wstała z krzesła, lecz nie wyszła z pomieszczenia. Kobieta, która nadal siedziała przy biurku, skierowała na nią zdziwione spojrzenie, ukryte pod maską obojętności.

– Czego jeszcze chce?

– Proszę pani, czy… Kiedy będę mogła odwiedzić kuzyna? Ja naprawdę za nim tęsknię i chcę wiedzieć, że wszystko z nim w porządku…

– A czego ma być nie w porządku? – spytała retorycznie kobieta, po czym chrząknęła głośno. – Nie ode mnie zależy podejmowanie takich decyzji. Jutro zaniosę prośbę i może pojutrze uda się coś załatwić.

Eleonora sapnęła cicho. Miała zobaczyć się z Adamem dopiero pojutrze? Niemożliwym było, by wytrzymała tyle czasu! Umarłaby ze stresu, z tęsknoty, którą odczuwała w tym momencie. Adam pewnie również siedział teraz z jakimś bandytą, który mógł mu coś zrobić. Panna Kraszewska nieświadomie nachyliła się nad biurkiem i zaczęła żarliwie prosić.

– Błagam panią! Czy nie dałoby się czegoś zrobić, bym mogła spotkać go jutro? On jest moją jedyną rodziną…

– Zasady to zasady. Jutro zanoszę podania do szefowej i już. Niech idzie i mnie nie złości.

– Ale…

Kobieta zmrużyła powieki i zbliżyła swoją twarz do twarzy dziewczyny. – Nie rozumie? Niech już idzie. Każdy ma swoje życie i swoje obowiązki. Niech się zajmie własnymi. Do widzenia.

Eleonora przełknęła rosnącą gulę w gardle i skinęła głową. Nie pozostało jej nic, jak wrócić do domu. Miała nadzieję, że jednak stanie się cud i jakoś uda jej się zobaczyć z Adamem następnego dnia.

44

Eleonora wyskoczyła z taksówki i ruszyła biegiem w stronę więzienia. Kiedy tuż po lekcji polskiego zadzwonił do niej jakiś mężczyzna, mówiąc, że ma możliwość odwiedzenia Karasiewicza w areszcie, nie zastanawiała się ani chwili. Mimo iż była w szkole tylko przez jedną godzinę, zbiegła do szatni, jednocześnie dzwoniąc po taxi, a następnie wyszła z budynku. Czuła się dziwnie, pierwszy raz w życiu uciekając z lekcji, lecz w tamtym momencie miała inne priorytety.

Nie zastanawiając się długo, zaczęła iść w kierunku pokoju, w którym poprzedniego dnia wypełniała wniosek o widzenie. Zapukała, a następnie weszła do środka, kiedy usłyszała męski, drażniący ucho, głos. Zamknęła za sobą drzwi i zesztywniała, widząc faceta z blizną. – Czego pani potrzebuje?

– Uhm… – chrząknęła. – Dostałam telefon, że mogę odwiedzić mojego kuzyna. Nie wiedziałam, gdzie iść i pomyślałam, że…

– Proszę za mną – mruknął mężczyzna, przerywając jej wywód. Posłusznie podreptała za nim do kolejnego pokoju, gdzie siedziała jakaś obca kobieta. Uniosła wzrok i uśmiechnęła się delikatnie. – Kasiu, sprawdź panią. Przyszła na wizytę. Będę czekał na zewnątrz. – Kobiety zostały same. Eleonora poczuła się z lekka niezręcznie, jednak była zdesperowana i za nic w świecie nie miała zamiaru się poddać, gdy przed oczami widziała już swój cel.

Starsza z kobiet wstała zza biurka i otrzepała ręce o spodnie. – Niech pani wyciągnie z kieszeni wszystko, co ma. A jeszcze, zanim rozpocznie się kontrola, poproszę panią o dowód osobisty bądź inny dokument tożsamości. – Eleonora podała kobiecie dokument, a następnie czekała na rozpoczęcie kontroli. Cały proces nie trwał zbyt długo, a dziewczyna odetchnęła z ulgą. Nie było tak źle, jak wcześniej myślała, że będzie. – Mam obowiązek poinformowania pani, że może pani zażądać protokołu z przeszukania, o ile zajdzie taka potrzeba. Pouczam także o możliwości złożenia zażalenia na dokonaną czynność.

– Nie. – pokręciła głową. – Nie będę nic zgłaszać.

– W takim razie, mój kolega zaprowadzi panią do właściwego pomieszczenia.

Szatynka westchnęła, chowając telefon do kieszeni. – Dziękuję. Do widzenia. – Kobieta skinęła głową na pożegnanie, a Eleonora poczuła, że w jej serce drży niecierpliwie. Bez słowa przemierzyła korytarz, schody, przeszła przez jakiś pokój, potem schodami w górę, kolejnym korytarzem długo prosto i wreszcie strażnik wprowadził ją do jakiegoś pomieszczenia. Zatrzymała się, patrząc na drewniane stoliki, oddzielone szklanymi szybami. Przestała się łudzić, że to może być swobodna wizyta. Strażnik przystanął przy drzwiach, zaś Eleonora chwiejnym krokiem ruszyła w stronę biurka. Poczuła, że wargi jej drżą, a w oczach pojawiają się łzy. Z całej siły zacisnęła powieki, starając się odzyskać panowanie nad swoim ciałem, lecz udało jej się to zrobić dopiero w momencie, kiedy usłyszała czyjeś kroki.

Uniosła wzrok i kilka łez spłynęło po jej policzkach, gdy jej oczy napotkały te brązowe. Siedzieli w ciszy, mimo że nie mieli za dużo czasu. Przez dłuższą chwilę chłonęła wzrokiem jego twarz; oprócz widocznych sińców pod oczami, spowodowanych prawdopodobnie przez brak snu oraz popękanych warg, wyglądał jak zwykle, choć… do jego wizerunku wdarł się chaos. Coś, co nie pasowało do niego zupełnie. Wreszcie dziewczyna podniosła słuchawkę, a Karasiewicz zrobił to samo.

– Nawet nie wiesz, jak się martwiłam – zaczęła Eleonora, przygryzając wargę do krwi. Adam westchnął ciężko i przymknął powieki. W tamtej chwili wyglądał przynajmniej o dziesięć lat starszego.

– Przepraszam cię.

Panna Kraszewska wciągnęła gwałtownie powietrze, a następnie powoli je wypuściła, energicznie poruszając głową. – Nie, Adam. Nie przepraszaj mnie, bo nie masz za co. To ja powinnam cię przeprosić. Mogłam się domyśleć, że Natalia się w tobie… zauroczyła. – Pociągnęła nosem i otarła policzki z łez. – Byłam u niej. Przyznała się do wszystkiego, a ja tak się bałam… o ciebie, że nie przyszło mi do głowy, by ją nagrać. Wybacz mi – odłożyła słuchawkę, bo nie mogła powstrzymać już natłoku emocji i łez. Wzięła telefon dopiero wtedy, gdy w miarę się opanowała. – Staram się jak mogę, by ci pomóc, ale wydaje mi się, że wszystko, co robię, nie przynosi żadnych skutków! – Wzięła kilka drżących wdechów.

Patrzył na nią zmartwionym wzrokiem. Jej łzy bolały go równie mocno, co jej słowa. Nie potrzebował przeprosin. Co więcej, czuł wobec niej niewyobrażalną wdzięczność. Poświęcała się. Dla niego. Nie zasługiwał na kogoś takiego. – Eleonoro – wyszeptał, czując, że ściśnięte gardło nie pozwala mu mówić. – Ja nadal mam nadzieję.

– Ja także – przełknęła ślinę drżąco. Wzięła głęboki oddech i uśmiechnęła się niemrawo. – Chciałabym, żeby było tak, jak dawniej… Kiedy nie mieliśmy żadnych problemów.

– Było tak kiedyś? – zapytał już nieco pewniej, odwzajemniając uśmiech. – Nie mieliśmy chwili spokoju. No… może podczas wyjazdu do Warszawy. – Eleonora zarumieniła się nieznacznie, na co Adam parsknął śmiechem. – To były czasy… Mieli tam dobrą czekoladę. Smakowała mi.

– Mi również – przygryzła wargę, drapiąc się po policzku. – Adam, co powiedział ci prawnik? I jak mogę cię stąd wyciągnąć? Nie można wpłacić jakiejś kaucji, czy czegoś? To – machnęła ręką naokoło – nie jest miejsce dla ciebie.

Wypuścił ciężko powietrze i potarł zmęczoną twarz drżącymi dłońmi. – O kaucji decyduje sąd. A mój prawnik robi wszystko, co w jego mocy, by mnie stąd wyciągnąć. Nie musisz się martwić…

– Muszę – odparła. – Bo zostałeś mi tylko ty.

Bo cię kocham.

Dopiero po chwili zorientowała się, że powiedziała to na głos. Słowa te samoistnie wypłynęły z jej gardła, a usta układały się gładko w poszczególne litery. Widziała szok w jego oczach. Nie oczekiwała, że odpowie jej tym samym, nawet na to nie liczyła. To była najważniejsza deklaracja jej dziewiętnastoletniego życia i chciała, by nie odebrał tego jako wykorzystywanie sytuacji. Po prostu musiała mu to powiedzieć. Pragnęła przez to pokazać, że nie jest i już nigdy nie musi być sam. Przejdą przez to razem.

Drgnęła, gdy strażnik poinformował ich o końcu wizyty. Spojrzała na Karasiewicza, przestraszona i zrozpaczona jednocześnie. Posłusznie wstała z krzesła i odłożyła słuchawkę, lecz nie odeszła od razu. Położyła dłoń na szybie i powtórzyła swoje ostatnie słowa. Następnie uśmiechnęła się na odchodne i wyszła za strażnikiem. Nie widziała, że mężczyzna, tuż przed tym, jak został wyprowadzony, położył swoją dłoń tam, gdzie trzymała ją Eleonora. I choć to było niemożliwe, przez chwilę wydawało mu się, że czuje ciepło jej ciała. Och, jak bardzo za nią tęsknił…

*

Eleonora wysiadła z samochodu, zapłaciła taksówkarzowi i stanowczym krokiem ruszyła w stronę drzwi. Zapukała do drzwi i po chwili ujrzała Natalię, która wcale nie wyglądała na zdziwioną jej widokiem. Zaprosiła pannę Kraszewską gestem ręki do środka, po czym zamknęła drzwi i zaczęła iść w kierunku swojego pokoju.

– Domyślam się – zaczęła cicho Natalia – że nie przyszłaś tu na przyjacielską pogawędkę.

Eleonora uśmiechnęła się krzywo, kręcąc głową przecząco. – Póki nie przyznasz się do wszystkiego, nie ma mowy o jakiejkolwiek przyjaźni. – Natalia uniosła brwi i uchyliła usta. Z pewnością nie spodziewała się po przyjaciółce takiego posunięcia. Brunetka usiadła obok Eleonory, po czym spojrzała jej w oczy. Twarz miała nieprzeniknioną.

– Naprawdę stawiasz naszą przyjaźń pod znakiem zapytania? Tylko dlatego, że skłamałam?

Panna Kraszewska mocno zacisnęła powieki i chwyciła się za nasadę nosa. – Czy ty naprawdę się mnie o to spytałaś? Dopiero co zarzekałaś się, jak bardzo kochasz Karasiewicza, a teraz mówisz mi, że powinnam zrezygnować z walki o jego wolność ze względu na naszą przyjaźń? – Natalia wzruszyła ramionami i zamyśliła się. Tym razem, Eleonora przypilnowała, by mieć włączony dyktafon. Teraz wystarczyło czekać, aż Natalia przyzna się do wszystkiego. Jeżeli wszystko poszłoby po jej myśli… Adam już niedługo byłby na wolności. – Mam do ciebie jeszcze jedno pytanie. Po całej tej sytuacji z aresztowaniem, dyrektor wezwał mnie do siebie i powiedział, że oprócz ciebie byli jeszcze inni świadkowie. Domyślam się, że Kuba brał w tym wszystkim udział ze względu na swoją prywatną zemstę, ale… kto jeszcze tam był?

– Olga – Natalia parsknęła śmiechem, wymawiając to imię. – Ona również miała zatargi wobec naszego nauczyciela. Nie wahała się ani chwili, by potwierdzić moje zeznania. – Brunetka westchnęła cicho. – Dzisiaj wydrukowała kolejną porcję swojego artykułu, który podobno rozszedł się jak ciepłe bułeczki. Chcesz zobaczyć?

– Dawaj – mruknęła Eleonora, mając coraz gorsze przeczucia. Natalia oddała swój telefon przyjaciółce, która zamarła, widząc kolejny, równie obrzydliwy tekst autorstwa młodszej koleżanki.

Eleonora westchnęła ciężko i wybrała numer Olgi, nie bardzo przejmując się krzykami i prośbami Natalii. Akurat zdarzyło się tak, że w szkole uczniowie mieli przerwę. Redaktor naczelny gazetki odebrała niemal od razu. – Halo? Natalia? Masz dla mnie jakieś nowe wiadomości?

– Hej, tu nie Natalia, tylko Eleonora – powiedziała szatynka, a chwilę później usłyszała głośne westchnienie. – Chciałam ci powiedzieć, że masz dwie godziny, by zebrać wszystkie arkusze twojej gazety, które dziś sprzedałaś. Jeśli tego nie zrobisz, dzwonię na policję. Nawet nie wiesz, w co się wplątałaś.

– Ale…

– Nie ma ale. Dowiem się, jeśli tego nie zrobisz i uwierz, nie chciałabyś być wtedy w swojej skórze. – Eleonora rozłączyła się, nim Olga zdążyła odpowiedzieć jakoś na te słowa. Natalia wręcz wyrwała przyjaciółce swój telefon i spojrzała na nią spod byka.

– Nie miałaś prawa tego robić.

– Miałam takie prawo – odparła twardo Eleonora, wstając z łóżka. – Nie wiem już, jak mam do ciebie mówić. Ostatnio w ogóle cię nie poznaję.

– Ludzie się zmieniają – syknęła brunetka, zaciskając ręce na swojej bluzce. – Lepiej zajmij się Mateuszem, albo kimkolwiek innym. Mnie zostaw w spokoju.

Eleonora westchnęła. – Jesteś całkowicie pewna, że nie przyznasz się do tego, co faktycznie zrobiłaś? Myślisz, że nie zasługujesz na karę?

– Myślę, że nadal mnie nie rozumiesz. I jest mi z tego powodu naprawdę przykro.

Panna Kraszewska pokręciła głową niedowierzająco. Straciła już wszelką nadzieję na to, że Natalia da się przekonać do pójścia na policję z własnej woli. Patrząc brunetce prosto w oczy, wyciągnęła swój telefon i wskazała na ekranie migającą, czerwoną kropkę, sugerującą nagrywanie. Natalia spojrzała na nią z niezrozumieniem.

– Czy ty mnie nagrałaś?

– Tak – odparła Eleonora bez krzty żalu. – Wiesz, miałam nadzieję, że jednak dasz się przekonać i pójdziesz się przyznać. Teraz mam dowody na ciebie, na Kubę i Olgę. Nie wywiniecie się z tego. Jednak – szatynka przerwała, dając Natalii ochłonąć – jeżeli sama się przyznasz do winy, ja nic nikomu nie powiem. Ale musisz zrobić to jeszcze dzisiaj, by Karasiewicz jak najszybciej wyszedł na wolność.

Natalia wściekła się. Zrzuciła z biurka książki i gwałtownie obróciła się w stronę panny Kraszewskiej, która naprawdę przestraszyła się tym wybuchem agresji. – Mówiłam ci! – warknęła nieprzyjemnie. – W życiu nie pójdę na policję, tylko dlatego, że ty mi każesz! Ja nie chcę trafić za kratki, a ty, jako moja przyjaciółka, powinnaś mnie chronić! Adam Karasiewicz – przerwała na chwilę, przełykając ślinę i biorąc głębszy oddech. – On nie jest tego wart. Poza tym, jestem prawie pewna, że nie dostanie dużej kary. Przecież wcześniej niczego nie zrobił. A ja, przyznając się do wszystkiego, miałabym niemałe kłopoty…

– Natalia, o czym wy rozmawiacie?! Tłumacz mi się, natychmiast!

Dziewczyna spojrzała na przyjaciółkę, przerażona, że jej tajemnica właśnie się wydała. W drzwiach, w szlafroku, stała wściekła matka dziewczyny. Eleonora westchnęła. Nagle poczuła tak ogromną ulgę, że zakręciło się jej w głowie, serce zaczęło kołatać, a w oczach pojawiły się łzy. Ta historia miała jednak szansę na szczęśliwe zakończenie.

45

Natalia stała sztywno. Jej złość i odwaga nagle wyparowały. Pozostał tylko strach, który czuła, stojąc przed wściekłą matką. Sapnęła cicho, szukając dobrego rozwiązania z tej sytuacji, lecz nie widząc takowego, pokręciła głową. – To nie tak, jak myślisz, mamo. Ja naprawdę nic nie…

– Chyba musimy poważnie porozmawiać, moja droga. Eleonoro – kobieta zwróciła się do niej grzecznie, choć w jej głosie pobrzmiewała stal – proszę cię, żebyś wyszła. Mam do pogadania z córką. – Słowa te były dobitne i Natalia wiedziała, że kilka następnych godzin nie będzie należało do przyjemnych. Teraz z pewnością nie uda jej się uciec od odpowiedzialności… A było tak blisko!

Eleonora zamknęła za sobą drzwi i drgnęła, gdy usłyszała potworny krzyk starszej z kobiet. Przez chwilę współczuła Natalii, lecz uczucie to minęło z chwilą, w której przypomniała sobie, że już niedługo Karasiewicz wyjdzie z aresztu. Już wyobrażała sobie, jak wynagrodzi mu godziny spędzone w więzieniu. Powiedziała mu, co czuje i miała nadzieję, że nie był na to zły. Nigdy wcześniej nie definiowała swych intencji, bo wydawało jej się, że czyny mówią więcej, niż słowa. Teraz zrozumiała jednak, iż nie do końca miała rację. Poczuła coś niezwykłego na dnie zlęknionej duszy, coś, co oczekiwało od dawna, by wydostać się na zewnątrz z całą siłą. I stało się to z momentem, w którym wyznała Karasiewiczowi swoją miłość.

Nie chciała wracać od razu do pustego domu. Miała ochotę śmiać się i płakać jednocześnie, z ulgi, jaką czuła. Zadzwoniła do Alicji, lecz ta miała coś do załatwienia w urzędzie z rodzicami i nie mogła z nią wyjść. Postanowiła zatem skontaktować się z Mateuszem, który z radością przystał na jej propozycję. Umówili się w knajpce, do której zwykli chodzić w czasie, gdy mieli uczyć się angielskiego. Eleonora usiadła przy jednym ze stolików, a miła kelnerka podała jej kartę, proponując przy tym jakiś dwudaniowy obiad. Szatynka poprosiła jedynie o wodę, a w uszach dzwoniły jej słowa przyjaciółki. Eleonora westchnęła. Teraz już pewnie nie będą utrzymywać ze sobą bliskich kontaktów; nawet koleżeństwo w tej sytuacji nie wchodziło w grę.

– O czym myślisz? – Sapnęła cicho, nie zauważając Mateusza, który niemal bezszelestnie podszedł do jej stolika. Kiedy zdjął kurtkę, nie mogła powstrzymać się przed zlustrowaniem wzrokiem jego sylwetki. Tak naprawdę pierwszy raz widziała go w koszuli i eleganckich spodniach, bo chłopak zwykł chodzić w wygodnym sportowym dresie. Mateusz uśmiechnął się, ukazując rząd białych zębów, a Eleonora łypnęła na niego wzrokiem podejrzliwie. – Wiem, że jestem przystojny, ale spokojnie, dziś mam zamiar spędzić popołudnie wyłącznie z tobą.

– Nawet nie wiesz, jak się z tego cieszę – mruknęła szatynka, obejmując dłońmi szklankę z wodą. – Jak było dzisiaj w szkole?

– No cóż… – Chłopak podrapał się po karku. – Pewnie powinienem wspomnieć tu o Oldze, która biegała po szkole i przeklinała cię na wszelkie możliwe sposoby, zwracając pieniądze za sprzedane artykuły. – Eleonora zarumieniła się, a jej usta rozciągnęły się w przebiegłym uśmieszku. A jednak jej groźby podziałały. – Wiesz, dzisiejszy dzień potwierdził coś, co podejrzewałem już od dawna.

– Co takiego? – spytała ze szczerą ciekawością.

 – Kiedy tu przyjechałem, to miałem nadzieję, że się spotkamy i będziemy mogli odświeżyć naszą relację. Z czasem zrozumiałem, że… zmieniliśmy się. Nie jesteśmy już tacy sami.

– To prawda – odparła dziewczyna, pocierając kciukiem ściankę szklanki. – Parę rzeczy uległo zmianie.

– Stałaś się bardziej odważna. Nie sądziłem, że kiedykolwiek zdecydujesz się na ucieczkę z lekcji – zaśmiał się, na co dziewczyna wywróciła oczami. – No przecież dobrze pamiętam, że w pierwszej klasie, jako jedyna chodziłaś do końca roku szkolnego. Nie opuściłaś ani dnia. A teraz sama uciekasz.

– Miałam do załatwienia pewną sprawę – odparła Eleonora, przymykając oczy. Jej dłonie drżały ze zniecierpliwienia; już niedługo będzie naprawdę szczęśliwa. Mateusz jednak odczytał to inaczej, bo chwycił jej dłonie w swoje i delikatnie ścisnął.

– Zimno ci? – w tym szepcie znalazło się coś więcej, niż troska. Eleonora zadziwiła się z lekka tonem, jakim wypowiedział te słowa i czując się nieco niezręcznie, wyciągnęła dłonie z uścisku. Mateusz widocznie się speszył, mruknął coś pod nosem i powiedział, że pójdzie zamówić im jakiś obiad. Dziewczyna odetchnęła z ulgą, zsuwając się delikatnie z siedziska. Nie była do końca pewna, lecz… w oczach chłopaka zobaczyła coś, co widziała tylko w brązowych tęczówkach swojego nauczyciela. I nie była pewna, czy chce widzieć TO gdzieś indziej.

*

Wbrew wszelkim obawom, wieczór minął niezwykle szybko. Mateusz odwiózł przyjaciółkę do domu, nawet odprowadził ją do drzwi, a gdy wreszcie stanęli przy wejściu, musnął wargami jej policzek. Pomachała mu, gdy odjeżdżał i z nikłym uśmiechem zamknęła drzwi. Obudziła się późno, lecz nie na tyle, by spóźnić się do szkoły. Postanowiła, że zaraz po lekcjach pojedzie do więzienia, by odebrać Karasiewicza z aresztu. Nie interesowało ją w tamtym momencie, że ktoś mógłby ich zobaczyć. Liczył się wyłącznie fakt, iż wreszcie mężczyzna mógł odzyskać swoją godność i wolność. A uczniowie wreszcie przestaną plotkować o domniemanym przestępstwie.

Po pierwszej lekcji, Eleonora spostrzegła Olgę, która jednak nie miała ochoty na żadne pogawędki i była wyraźnie zła na maturzystkę. Panna Kraszewska była przygotowana na to, że w następnym artykule pojawi się o niej jakiś nieprzyjemny wpis. Idąc w stronę jednej z klas, minęła zdenerwowanego dyrektora, trzymającego jakiś dokument w dłoni.

Była pewna, że to list z policji, a przynajmniej miała taką nadzieję. Sądząc po minie dyrektora, to, co było w tym piśmie, niezbyt go zadowoliło, bądź sprawiło, że sytuacja stała się niepospolicie skomplikowana. A tak było w tym przypadku. Zauroczona w nauczycielu uczennica, dopuszczająca się wobec niego czynów niewybaczalnych, to nie jest coś normalnego. 

Na kolejnej przerwie spotkała Natalię. Szła ze zwieszoną głową do gabinetu dyrektora, zaraz za matką, której usta były zaciśnięte w wąską linię. Drzwi zatrzasnęły się za nimi z hukiem i kilka osób zwróciło na nie swą uwagę, lecz nie na długo.

Alicja, która została uświadomiona przez Eleonorę, niechętnie weszła do klasy historycznej i położyła swój plecak przy ławce, jednocześnie na niej siadając. – Wiesz – zaczęła, patrząc na jedną z lamp – jakoś źle się dzisiaj czuję.

– Mówisz dziewczynie, która dzisiejszego ranka dostała okresu – zaśmiała się Eleonora, jednocześnie czując ulgę, że w czasie wyjazdu do Warszawy nie zaszła w nieplanowaną ciążę. To prawdopodobnie zmieniłoby jej życie o sto osiemdziesiąt stopni. Zresztą, czekały ją studia, musiała się ustatkować, a potem… Potem może pomyślałaby o założeniu rodziny. – Mam nadzieję, że dzisiaj będziemy coś wiedzieć o wycieczce do Gdańska. – Alicja uśmiechnęła się nieprzytomnie, co Eleonora skwitowała cichym chichotem. – Czyżbyś planowała spotkanie z Mikołajem? Przyznaj się!

– Pisaliśmy ze sobą ostatnio – odparła blondynka, wzdychając cicho. – Ale tylko trochę. Myślę, że zdążył już poznać kogoś nowego…

– To nie myśl, bo ci nie wychodzi – odburknęła Eleonora, a widząc oburzone spojrzenie przyjaciółki, zaśmiała się cicho. – No weź, przecież nie ma drugiej, tak cudownej osoby, jak ty. Mikołaj z pewnością czeka na ciebie. A Gabriela? Odzywała się?

– Ostatnio z nią nie gadałam, ale chciałabym się z nią spotkać, jeśli miałybyśmy taką możliwość. Natalia pewnie nie pojedzie – dodała po chwili, zaś Eleonora westchnęła ciężko i skinęła głową.

– Zapewne nie.

Wreszcie zaczęła się lekcja i uczniowie mogli dowiedzieć się czegoś nowego o wcześniej wspomnianej wycieczce. Miała się odbyć na początku marca; znaleziono już nawet jakiś hotel, w którym warunki były zbliżone do domowych. Od plaży dzieliło go jakieś pięćset metrów, lecz jeśli ktoś nie lubował się w morsowaniu, pływanie w lodowatej wodzie mogło okazać się dla takiej osoby trudne. Jednak dla uczniów zorganizowano inne atrakcje, które miały wynagrodzić im brak możliwości spędzania czasu nad wodą. Wychowawczyni najbardziej ucieszyła się z zaplanowanego zwiedzenia zabytkowego kościoła, co zostało skomentowane cichymi chichotami. Eleonora uśmiechnęła się jedynie pod nosem. To był kolejny nauczyciel z powołaniem. Pasja promieniująca od kobiety widoczna była gołym okiem, a panna Kraszewska uwielbiała patrzeć na ludzi z pasjami. Namiętnie wypływające słowa, składające się w zdania, pieściły uszy szatynki, która nie spostrzegła się nawet, iż lekcja zakończyła się.

Pani Małgorzata zatrzymała się przy jej ławce, w rękach trzymając jakąś książkę. Panna Kraszewska spojrzała na nią pytająco, na co wychowawczyni uśmiechnęła się dobrotliwie. – Chciałam z tobą porozmawiać, Eleonoro. A właściwie dać ci to. – Wcisnęła dziewczynie do rąk jakąś książkę. Jak się później okazało, była to lektura o Hiszpanii. Eleonora poczuła się jeszcze bardziej nieswojo niż wcześniej.

– Proszę pani… nie mam dziś urodzin. – Małgorzata zaśmiała się i pokręciła głową.

– Wiem, że nie. Po prostu – machnęła ręką – tacy uczniowie jak ty nie zdarzają się często. I chciałam, byś ty również mnie dobrze pamiętała. Dlatego postanowiłam ci to dać – wyjaśniła. – A teraz proszę cię, byś wyszła. Za chwilę zaczynam kolejną lekcję.

– Dziękuję – powiedziała dziewczyna z wdzięcznością, a wychowawczyni skinęła głową i uśmiechnęła się. Eleonora wyszła z klasy, trzymając książkę w mocnym uścisku. Kiedy dotarła pod klasę polonistyczną, przekartkowała poradnik i zaśmiała się, widząc, że został on zapisany po angielsku. Jej wychowawczyni dobrze wiedziała, czego jej brakowało.

Wreszcie lekcje skończyły się i dziewczyna mogła odebrać Karasiewicza z więzienia. Czekała na ten moment cały dzień. Całe dwa dni. Od początku tej wielkiej katastrofy. Każdy metr drogi dłużył jej się w nieskończoność i nie mogła powstrzymać szerokiego uśmiechu, gdy wreszcie znalazła się przed budynkiem. Lecz Karasiewicz nie wychodził. Minęło dziesięć minut, potem dwadzieścia i trzydzieści… Nie wyszedł. Dziewczyna zaczynała się niecierpliwić.

Odczekawszy godzinę, Eleonora zdecydowała, by wejść do budynku. Droga do pokoju informacji była jej znana na pamięć, więc minęła niecała minuta, nim się tam znalazła. Weszła do środka i znów stanęła twarzą w twarz z mężczyzną z blizną. Ten uniósł głowę i zmarszczył brwi, odchylając się na krześle.

– W czym mogę pomóc?

Eleonora splotła dłonie i przygryzła dolną wargę. – Chciałabym dowiedzieć się, kiedy mój kuzyn będzie mógł wyjść z aresztu.

– To pani nic nie wie? – spytał zdziwiony. – Przecież on już wyszedł, jakieś cztery godziny temu…

– Och – zdumiała się dziewczyna. – Nie wiedziałam… Cóż, widocznie rozładował mu się telefon. – Spuściła wzrok, by nie widział jej rozczarowanego spojrzenia. – Dziękuję za informację i życzę miłego dnia. Do widzenia! – Wybiegła z pomieszczenia, nim zdążył odpowiedzieć.

Wsiadła do taksówki i dopiero wtedy zauważyła nieodebrane połączenia od Jana. A dokładniej osiemnaście nieodebranych połączeń. Poczuła nieprzyjemne wibracje w okolicach serca, które nie ustąpiły nawet wtedy, gdy znalazła się pod swoim domem. I kiedy spojrzała w stronę domu Adama, zaszumiało jej w głowie i musiała podtrzymać się ogrodzenia.

– Nareszcie jesteś! Dzwonię i dzwonię, a ty nic! – Z daleka rozpoznała Jana, który żwawym krokiem zmierzał w jej kierunku. Spojrzała na niego i nadal nic nie rozumiejąc, zapytała:

– Proszę pana, co się tu dzieje? Te wszystkie auta… Ktoś się wprowadza?

Brat Teresy spojrzał na nią smutno, jednocześnie wymuszając pocieszający uśmiech, co nie wyszło mu zbyt dobrze, bo na jego twarzy wykwitł przedziwny grymas. Po chwili westchnął ciężko i przymykając oczy, rzekł poważnie: – Adam wyprowadził się z Wiśniowej. I prawdopodobnie już tu nie wróci. Jego dom został wystawiony na sprzedaż.

Eleonora zaśmiała się, lecz widząc, że Jan wciąż zachowuje powagę, umilkła. To była prawda? Adam wyprowadził się, nawet jej o tym nie informując? Nie wiedząc kiedy, ruszyła w stronę domu. Drzwi zatrzasnęły się za nią, a ona niemal mechanicznie wybrała numer matematyka… Nie odebrał.

46

Karasiewicz nie zjawił się w Wiśniowej przez następny tydzień. Wszystkie jego rzeczy zostały wywiezione przez firmę transportową, lecz nikt nie chciał powiedzieć Eleonorze, dokąd wyjechał matematyk. Kilkukrotnie odwiedziła Jana, mając nadzieję, że mężczyzna mógłby coś wiedzieć o chwilowym miejscu zamieszkania Adama, lecz ten albo nie chciał jej o nim powiedzieć, albo po prostu nic nie wiedział. W każdym razie, nadzieja panny Kraszewskiej z dnia na dzień kruszała coraz bardziej, a ona sama popadła w stan silnej apatii.

Wprawdzie Eleonora starała się funkcjonować normalnie, chodziła do szkoły i na zajęcia do Mateusza, lecz gdy wracała do domu, zamykała się w pokoju i pogrążała się we wspomnieniach.

Zrezygnowała z wyjazdu do Gdańska. Nie czuła się na siłach, by gdziekolwiek wyjeżdżać, bo nawet wyjście do sklepu po zakupy było dla niej ogromnym wysiłkiem, zarówno psychicznym, jak i fizycznym. Nie chciała spotykać się z ludźmi. Poza tym, potrzebowała pieniędzy, by po skończeniu szkoły wyjechać do miasta na studia i jakoś tam przetrwać. Ta wycieczka jedynie uszczupliłaby jej budżet.

Od czasu wyjazdu Karasiewicza, nie potrafiła znaleźć sobie miejsca. Nawet czytanie książek nie sprawiało jej przyjemności, co uważała za niezwykle dziwne i przerażające, bo nigdy wcześniej tak się nie czuła. Czasami przyłapywała się na tym, że wpatruje się w okno, oczekując, aż czarne auto podjedzie pod dom naprzeciwko. Jednak to się nie pojawiało.

Kiedyś przeszła przez jej głowę pewna myśl, która jak szybko się pojawiła, tak szybko zniknęła. Może… gdyby wtedy w Warszawie zaszła w ciążę… może udałoby jej się go zatrzymać? Lecz był to pomysł wybitnie głupi. Jeśli nie chciał jej teraz, to na jakiej podstawie mogła sądzić, że zaakceptuje ją i dziecko? Eleonorze zależało na jego miłości, a nie na przywiązaniu z poczucia obowiązku.

Alicja bardzo martwiła się o przyjaciółkę. Starała się odwiedzać Eleonorę tak często, jak tylko się dało, lecz gdy nie miała takiej możliwości, po prostu dzwoniła do niej i godzinami słuchała, jak ta zadręcza się o wyjazd mężczyzny. Gdyby blondynka spotkała go teraz na ulicy, zapewne udusiłaby go gołymi rękoma. Jej przyjaciółka cierpiała, a on musiał za to zapłacić. 

Może miała wyrzuty sumienia, bo sama pośrednio pchnęła ją w ramiona matematyka? A może po prostu chciała spełnić swój obowiązek? W każdym razie była jej przyjaciółką; musiała wspierać szatynkę w tych trudnych chwilach.

Minął luty, a Karasiewicz nadal nie pojawił się w Wiśniowej. Pierwszego dnia marca postanowiła wyjść na zewnątrz, choć sama nie wiedziała, po co. Chłodny wiatr szczypał jej policzki i szyję, bo nie wzięła ze sobą szalika ani czapki, lecz nie miała zamiaru specjalnie wracać po nie do domu. Szła szybko, choć nie miała powodu, by się spieszyć. Z każdą chwilą jej oddech stawał się cięższy. Czuła się osaczona. Zaczęła biec.

Nie uszło kilka minut, nim wbiegła do parku, o mały włos nie potrącając jakiegoś dzieciaka. Usiadła na ławce, trzęsąc się nie tyle z wysiłku, co z emocji. – Zwariowałam – mruknęła chowając twarz w dłoniach. Przez chwilę po prostu tak siedziała, oddychając głęboko, próbując wyzbyć się nieprzyjemnych myśli, lecz potem…

…usłyszała kobiecy śmiech.

Szybko wyprostowała się, jak rażona piorunem, wstała z ławki, a jej wzrok był dziki. Nie była pewna, kim była kobieta, która ją minęła, lecz poznała mężczyznę. To był Karasiewicz. To musiał być Karasiewicz. Wszędzie poznałaby te czarne jak smoła włosy! Tylko co robił z tą kobietą?! Jej rude włosy pięknie falowały na wietrze, lecz jej ręka… Jak śmiała go dotykać?!

Nie mogła się powstrzymać. Szybkim krokiem ruszyła za parą, z każdą chwilą czując narastającą rozpacz i gniew. – Adam, zatrzymaj się! – krzyknęła, lecz ten udał, że jej nie słyszał. Ach, czyli to był ten jego plan, tak?! Udawać, że jej nie poznaje! Że nigdy nic między nimi nie było. Warknęła pod nosem i zaczęła biec, a gdy wreszcie udało jej się dogonić parę, mocno szarpnęła Karasiewicza za rękaw, tak, że rudowłosa obok niego zachwiała się niebezpiecznie. Jednak, kiedy się odwrócił, zdziwiła się, bo… to nie był on. To nie był jej Adam…

– Czy pani zwariowała? – syknęła rudowłosa, patrząc nerwowo na dziewczynę. – Czego pani od nas chce?! – Dziewczyna zaczęła cofać się, a wzrok miała wystraszony, niczym sarna, która została oświetlona przez samochodowe reflektory. Kiedy była dostatecznie daleko, odwróciła się i zaczęła biec, by nie widzieć obrzydzenia w oczach tych ludzi. To nie był Adam. Jak mogła się tak pomylić?

Czy naprawdę tak mocno za nim tęskniła?!

Widocznie tak, gdyż sama zdawała sobie sprawę, że jedna sekunda bez niego jest niekończącym się koszmarem. Nagle przystanęła i wzięła głęboki oddech. Powinna iść na policję. Może jej przypuszczenia były słuszne… Może naprawdę się mu coś stało? Nie tracąc czasu, zamówiła taksówkę, która zawiozła ją na komisariat.

*

– Może pani powtórzyć? Kogo tak właściwie mamy szukać? I kim pani jest dla zaginionego?

Eleonora wywróciła oczami, po raz trzeci powtarzając jedną i tą samą wersję wydarzeń. Cierpliwie czekała, aż starszy funkcjonariusz włoży dokumenty do segregatora, a gdy wreszcie to zrobił, wstał i stanął przy ekspresie, by zrobić sobie małą czarną.

– Zatem?

Eleonora zacisnęła mocno powieki, by nie wybuchnąć, a gdy wreszcie udało jej się uspokoić, zaczęła mówić:

– Przyszłam tu, bo zaginął mój kuzyn. Adam Karasiewicz – głośno przełknęła ślinę. – Był nauczycielem w mojej szkole, a całkiem niedawno… został oskarżony o molestowanie jednej z uczennic. Ale ona kłamała – zastrzegła od razu. – Po tym wszystkim złożył wypowiedzenie i zniknął. Do tej pory nie mam o nim żadnych wieści. Bardzo się martwię. Czy może mi pan pomóc?

Swoją drogą, o wypowiedzeniu dowiedziała się przypadkiem. Kiedy pani Ewa wysłała ją po raz kolejny, by przyniosła dziennik na lekcję, podsłuchała rozmowę dyrektora i nauczycielki polskiego. Mężczyzna martwił się, że nie znajdzie zastępstwa za matematyka w tak krótkim czasie. Wtedy dziewczyna zorientowała się, że Karasiewicz naprawdę chce zrezygnować z ich związku. Nie, nie związku. Z ich relacji. Widocznie nie traktował jej tak poważnie, jak ona jego.

A jednak go szukała.

To musiało coś znaczyć.

Że jestem totalną kretynką, pomyślała, krzywiąc się z lekka.

– …Proszę pani? Słucha mnie pani? – Eleonora uniosła głowę i uśmiechnęła się przepraszająco do policjanta.

– Proszę mi wybaczyć. Wciąż jestem w szoku, że… no wie pan…

– Czy pani kuzyn miał jakichś wrogów? Może ktoś mu groził?

– Jedynym wrogiem, jakiego miał, był ojciec mojego kolegi, ale nie sądzę, by mógł on zrobić Adamowi coś złego – powiedziała, drapiąc się po skroni. – Poza tym, myślę, że to nie jest dobry ślad. Mój sąsiad widział firmę przeprowadzkową, która zapakowywała jego rzeczy do auta…

– Droga pani, – przerwał jej policjant – skoro, jak pani mówi, sąsiad widział firmę przeprowadzkową, to oznaczałoby, że pani kuzyn się wyprowadził. A to, że nie odzywa się do pani, może oznaczać, iż na chwilę obecną chciałby odciąć się od dotychczasowego życia. – Przerwał na chwilę, by napić się kawy. – To nie jest sprawa dla nas, miła pani. Nie istnieje tu żadna podstawa, byśmy mieli rozpocząć poszukiwania. A nawet jeśli znaleźlibyśmy pana Karasiewicza, nie mamy prawa poinformować pani o miejscu jego pobytu bez wyraźnej zgody kuzyna.

– Czyli mam rozumieć, że mi pan nie pomoże, tak?

Mężczyzna westchnął ciężko i skinął głową, odkładając kubek.

– Bardzo mi przykro, droga…

Eleonora nie usłyszała reszty wypowiedzi, bo wyszła pospiesznie z pomieszczenia, starając się nie trzaskać drzwiami. Policja nie chciała jej pomóc, a na wynajęcie prywatnego detektywa nie miała pieniędzy. Musiała działać na własną rękę. Jedynie miała nadzieję, że uda jej się odnaleźć matematyka.

A jak już go znajdzie, to udusi go własnymi rękami.

A potem go wskrzesi.

I będą żyli długo i szczęśliwie.

47

Eleonora nie pamiętała, kiedy ostatnio czuła się tak źle… Chyba nawet porzucenie przez matkę nie wpłynęło na nią tak bardzo, jak zniknięcie Karasiewicza. Nie potrafiła znaleźć logicznego wytłumaczenia na jego zachowanie. Dlaczego wyjechał? Dlaczego nie pożegnał się z nią, nie wyjaśnił? Czy to jej wina? Zrobiła coś, co wpłynęło na jego decyzję?

Eleonora była jak kwiat – oświetlana przez najjaśniejsze ze słońc stała się piękna i podziwiana. Gdy to zgasło, ona zaczęła więdnąć. Ciało opuściła dusza, która ostatnimi miesiącami wypełniona była szczerą miłością do matematyka. Ciało było teraz pustym korpusem, którego nie szło wypełnić nic innego.

Jej poszukiwania zakończyły się szybciej, niż podejrzewała. Kiedy Alicja i Mateusz pojechali z klasą do Gdańska, ona wyjechała do Warszawy, by tam szukać jakiejś poszlaki, która mogłaby naprowadzić ją na ślad matematyka. Odwiedziła nawet cmentarz, na którym znajdowała się mogiła jego matki, lecz nikogo tam nie spotkała.

Zatrzymała się w hotelu, w którym była zameldowana w czasie konkursu, lecz nie chciała przebywać w pokoju, gdzie po raz pierwszy kochała się z mężczyzną jej snów. Przymknęła oczy i prawie udało jej się usłyszeć jego głos. Czuć jego dłonie na swojej twarzy. Wdychać cudowny zapach jego skóry. Tak bardzo go pragnęła, że to aż bolało. Tak bardzo tęskniła.

*

Już od kilku dni przebywała w swoim domu i całą swą uwagę poświęciła na przygotowanie się do matury. Spędzała z Alicją mniej czasu, niż zwykle, choć w międzyczasie, szatynce udało się skontaktować z Gabrielą i… Natalią. Ta druga zdołała przekonać radę szkoły, że powinna przystąpić do matury w pierwszym terminie, lecz została zawieszona w prawach ucznia i czekały ją konsekwencje prawne, w związku z popełnionym przez nią czynem. Eleonora żałowała, że to wszystko tak się potoczyło.

Ten rok nie miał przynieść aż tylu zmian!

Uniosła głowę znad książek, gdy usłyszała pukanie do drzwi. Krzyknęła, by osoba stojąca na zewnątrz, weszła do środka i uśmiechnęła się do Mateusza, który położył swój plecak przy stoliku. Schylił się, by ucałować jej policzek, a ona nadal nie potrafiła zapanować nad rumieńcami, które po chwili wykwitły na jej twarzy.

– Jak tam? – spytał, sięgając po swoje podręczniki.

Eleonora wzruszyła ramionami. – Jak zwykle. Zaczynamy?

Mateusz skinął głową i zaczął zajęcia. Eleonora musiała przyznać, że nauczył ją naprawdę wielu pożytecznych rzeczy i była mu za to niezmiernie wdzięczna. Jej angielski był całkiem płynny, zakres znanych dziewczynie słów znacznie się poszerzył, a ona sama przestała się bać. Wreszcie zrozumiała gramatykę i poczuła się pewnie. A lekcje angielskiego z panią Ewą zupełnie przestały ją stresować.

Kiedy zrobili ćwiczenia i Eleonora wstała, by zrobić przyjacielowi herbaty, poczuła, jak jego ręka zaciska się na jej nadgarstku.

– Usiądź, El. Chciałbym z tobą porozmawiać.

Uniosła brew pytająco, lecz posłusznie odsunęła krzesło i wróciła na swoje miejsce. Przypatrzyła się uważnie twarzy chłopaka. Wyglądał na zestresowanego, choć nie miała pojęcia, czemu tak jest. Sprawa wyjaśniła się po chwili:

– Kocham cię – wydukał wreszcie, mocno ściskając jej dłonie, jakby chcąc uniemożliwić dziewczynie ucieczkę. Ta wyglądała na zszokowaną. Prawdę mówiąc, podejrzewała, że Mateusz coś do niej czuł, lecz… to było naprawdę aż tak silne? Miłość? Ten zbladł delikatnie na twarzy i na drżącym oddechu zaczął tłumaczyć: – Kocham cię od zawsze. Naprawdę. Do zakończenia roku szkolnego, do matury, nie zostało wiele czasu. Będziemy musieli podjąć ważne decyzje i chciałbym, byś została towarzyszką mojego życia…

– Mateusz, czy ty…

– Oświadczam ci się. Po raz drugi – sprecyzował z uśmiechem. Spoważniał nagle. – Jeśli zgodzisz się zostać moją żoną, obiecuję, że zapewnię ci wszystko, czego będziesz tylko potrzebowała. Będziesz szczęśliwa, naprawdę. Przejmę firmę po ojcu i macosze, nie będziesz musiała martwić się o pieniądze, ani nic innego. – Uścisk jego dłoni stał się niemal rozpaczliwy, a jego wzrok proszący. – Nie musimy brać ślubu od razu. Póki co, możemy po prostu… chodzić ze sobą. Rozmawiać. Dobrze się poznać. Jeśli się zgodzisz…

Eleonora przymknęła oczy i swoje dłonie z uścisku. Pokręciła głową przecząco, a w jej oczach pojawiły się łzy. – Nie mogę. Przykro mi.

Mateusz wyglądał na zdezorientowanego. Naprawdę był aż tak pewien, że się zgodzi?

– Ale dlaczego? – spytał. – Nie podobam ci się? Uraziłem cię w jakikolwiek sposób? Zrobiłem coś nie tak?

– Nie, po prostu…

– Kochasz Karasiewicza.

Eleonora wciągnęła gwałtownie powietrze, gdy patrzyła na twarz Mateusza. Była nieprzenikniona. Pokręciła głową przecząco i wzięła kilka drżących wdechów. – Skąd ten pomysł, to…To jest niedorzeczne!

– Przestań kłamać, El – powiedział spokojnie chłopak, wzdychając cicho. – Już od dawna widziałem, że czujesz coś do niego… Zorientowałem się na Andrzejkach. Widziałem wyraz twojej twarzy. I na lekcjach. I na korytarzu. Na zdjęciu z konkursu… – westchnął ponownie. – Nie powiedziałem nikomu, bo wiedziałem, że miałabyś spore kłopoty.

– Skoro wiedziałeś – zaczęła, przeklinając się w myślach za ściśnięte gardło – to dlaczego teraz się mi oświadczasz? – spytała, nie do końca rozumiejąc. Chłopak złapał za kant stołu na tyle mocno, że pobielały mu knykcie.

– Bo myślałem, że skoro nie ma go już przez tak długi czas, to ty… przestałaś go… no wiesz… kochać. Myślałem, że dasz mi szansę. – Próbował sięgnąć dłonią do jej twarzy, lecz ona się odsunęła. Sapnął cicho. – On na ciebie nie zasługuje. Tyle razy cię skrzywdził. Teraz także cię krzywdzi.

– Wiem o tym – odparła Eleonora, będąc w pełni świadomą swoich słów. – Lecz jak dobrze zauważyłeś, kocham go. I przez to nie dam rady pokochać ciebie, choćbym starała się z całych sił. Jesteś moim przyjacielem i… bardzo cię lubię. Bardzo.

– Rozumiem – odparł, wstając od stołu. Wziął do ręki torbę i wymusił uśmiech. – Nie będę na ciebie naciskał, bo nie chciałbym, by nasze relacje uległy pogorszeniu, ale… gdybyś się zastanowiła, to wiesz, gdzie mnie znaleźć.

Skinęła głową i odprowadziła go na korytarz, gdzie chłopak założył kurtkę i buty. Nie powiedział więcej do niej ani słowa. Eleonora otworzyła drzwi, żegnając się z przyjacielem i już miała je zamykać, gdy nagle pod jej dom podjechał listonosz.

– List do panienki! – krzyknął, gdy odsunął szybę. Eleonora wybiegła z domu w puchatych kapciach, czując, jak jej nagie ramiona drżą z zimna. Odebrała kopertę od mężczyzny i spojrzała na adresata, a jej serce się zatrzymało.

Jego pismo poznała niemal od razu.

Nie czekając na nic wbiegła do domu i rozerwała kopertę, by jak najszybciej dorwać się do jej zawartości. Przełknęła ogromną gulę, która pojawiła się w gardle, lecz musiała wiedzieć. Chciała zrozumieć… A odpowiedzi na wszystkie pytania, krążące w jej głowie, zawarte były na pergaminie, trzymanym przez nią w smukłych dłoniach.

Eleonoro,

Świadomość, że mogłabyś cierpieć po moim wyjeździe jest na tyle ogromna, iż postanowiłem zebrać w całość wszystkie myśli, zgromadzone przez ostatnie kilka miesięcy na tym pergaminie. Chciałbym jednak zacząć od przeprosin. Przepraszam, że nie powiedziałem ci o mym wyjeździe, lecz prawda jest taka, że nie miałem zamiaru mówić o nim, a nawet teraz waham się, pisząc ten list. Wątpię, byś zrozumiała moje pobudki, mimo czasu spędzonego razem, a jednak liczę, że cel, do którego dążyłem i nadal dążę, stanie się również twoim celem.

Pragnę w tym liście wytłumaczyć się ze wszelkich zarzutów, które postawiono mi, w ciągu tego roku szkolnego. Prawdą jest, że posiadałem firmę, śmiem twierdzić – całkiem dobrze prosperującą. Otoczyłem się osobami, którym ufałem, w tym moją narzeczoną oraz przyjacielem – a ojcem twego kolegi – który niedługo po zatrudnieniu się w mej korporacji, został współwłaścicielem ArtPix. Byłem zbyt skoncentrowany na pracy, by zauważyć to, co działo się wokół mnie. Z dnia na dzień pracownicy zaczęli odwracać się ode mnie i przechodzili na stronę mojej narzeczonej. Właściwie… nie tylko mojej. W dniu, w którym dowiedziałem się o jej romansie, większość pieniędzy z mojego konta zniknęła, pracownicy dostarczyli wypowiedzenia, a kochanek mojej narzeczonej poinformował mnie, że przejmuje całą firmę, tak po prostu. Tego dnia straciłem wszystko, łącznie z nadzieją.

Nie było tak, że nie starałem się odzyskać panowania nad sytuacją, lecz moja sytuacja finansowa oraz nieufność, która pojawiła się w stosunku do obcych mi ludzi, sprawiła, iż walka o firmę toczy się do dziś. I odnoszę dziwne wrażenie, iż ta szybko się nie zakończy.

Musiałem znaleźć pracę. Pomógł mi w tym mężczyzna, którego widziałaś w momencie, gdy się wprowadzałem. Zachowując ostatek wiary w ludzi, postanowiłem mu zaufać i podjąłem wyzwanie. Stałem się nauczycielem matematyki.

Pamiętam moment, w którym zobaczyłem cię na sali gimnastycznej, na rozpoczęciu roku szkolnego. Zwróciłaś moją uwagę tylko dlatego, że widziałem cię już wcześniej – kiedy wychodziłaś z domu do szkoły, ja piłem kawę, wyglądając z kuchni przez okno. I nie myliłem się – moje podejrzenia, że ma uczennica mieszka po sąsiedzku, sprawdziły się. Nie byłem z tego powodu jakoś bardzo zadowolony, ani nie przeszkadzało mi to zbytnio. Byłaś mi obojętna. Do czasu.

Z przerażeniem obserwowałem, że dzieje się ze mną coś niedobrego, kiedy jesteś obok mnie. Próbowałem odsuwać cię od siebie na wszelkie możliwe sposoby, jednak ty byłaś nieustępliwa… Byłem opryskliwy, a przynajmniej próbowałem być. Może się obawiałem tego, co możesz ze mną zrobić? Z pewnością nie chciałem ponownie poczuć odrzucenia, którego zaznałem przed rozpoczęciem profesorskiej kariery. Rana była zbyt świeża, a negatywne uczucia wciąż we mnie przeważały. A jednak zacząłem pragnąć, byś zauważyła we mnie kogoś więcej, niż nauczyciela. Tkwiłem w sprzeczności z samym sobą, walcząc i ulegając naprzemiennie.

Pocałunek z tobą był najlepszym pocałunkiem w moim życiu. Pozwól, że nie napiszę o nocy, jaką spędziliśmy razem w Warszawie, bo tak naprawdę nie znam słów, dzięki którym mógłbym opisać, jak się czułem. Byłaś światłem. Byłaś nadzieją. W tamtym momencie, byłaś dla mnie wszystkim.

Napisałem ten list z jednego powodu – chciałem przekazać ci, jak bardzo jestem wdzięczny za to, co dla mnie zrobiłaś. Otworzyłaś mnie na świat, na ludzi i uczucia. Sprawiłaś, że zrozumiałem, iż nie jestem do końca stracony. Mam wobec ciebie ogromny dług wdzięczności, jednakże musisz wiedzieć, że ja… nigdy nie pokochałbym uczennicy.

Na tych słowach list kończył się. Eleonora spojrzała na ścianę naprzeciwko bez wyrazu, lecz jej oczy zdradzały rozpacz, w jakiej się pogrążyła. Kartka wypadła jej z rąk i poruszana przez delikatny ruch powietrza, wpadła pod sofę. Dziewczyna nie płakała. Już nie. Jednakże jej serce zostało złamane bezpowrotnie.

48

Eleonora obudziła się, a jej pierwsza myśl dotyczyła Mateusza. Naprawdę się w niej zakochał? Zamruczała pod nosem, gdy chłodnymi dłońmi przetarła ciepłą skórę twarzy i uchyliła powieki. Gdyby w jej życiu nie pojawił się Adam Karasiewicz, nie zastanawiałaby się ani chwili – wyjechałaby z byłym chłopakiem, rządziłaby z nim firmą i teoretycznie mogłaby być szczęśliwa. Jednak teraz szczęście kojarzyło jej się wyłącznie z jedną osobą, mimo że ta tak bardzo ją zraniła.

Powoli opuściła nogi na chłodne panele, by następnie rozkoszować się miękkością puszystego dywanu. Co miała zrobić… Jak się zachować? Mateusz chciał usłyszeć od niej odpowiedź, a ona nie do końca wiedziała, co ma zrobić. Przeszła do kuchni i spojrzała na zegar, który właśnie wybił godzinę siódmą. Miała dokładnie dwie godziny, by przygotować się do zakończenia roku szkolnego.

Nie czuła rozżalenia i smutku, które towarzyszyły jej przy opuszczaniu nauczycieli i kolegów z podstawówki. Miała dziwne wrażenie, że następnego dnia znów pójdzie do szkoły, gdzie będą czekały na nią nowe zagadnienia, nowe przygody, nowi ludzie. Jednakże prawda była zupełnie inna. To był, prawdopodobnie, przedostatni raz, kiedy miała przekroczyć próg liceum, w którym spędziła prawie trzy lata swojego życia. Przez chwilę przeszło jej przez myśl, że mogłaby po studiach się tam zatrudnić, jako nauczyciel, lecz nie była pewna, czy sprosta wyzwaniu – jej poprzednicy postawili naprawdę wysoką poprzeczkę. Musiała naprawdę dobrze przemyśleć, co chce robić po napisaniu matury. Teraz – nie była pewna niczego.

Jej śniadanie ograniczyło się do jednej kromki z plasterkiem szynki i serem. Przysiadając przy stoliku, starała się nie patrzeć na dom Karasiewicza, przed którym wbita była tabliczka z czerwonym napisem „Na sprzedaż”. Nadal nikt go nie kupił.

Jednak pragnienie było dużo silniejsze od zdrowego rozsądku i po chwili błądzenia wzrokiem po ścianach pomieszczenia, zerknęła kątem oka na mieszkanie byłego nauczyciela.

I wtedy zamarła. Przy drzwiach dworku, po drugiej stronie ulicy, stała postać, ubrana w białą koszulę i czarne spodnie. Patrzyła prosto na nią. Nie mogła dłużej czekać – zerwała się z miejsca, prawie upuszczając przy tym szklankę. Boso wybiegła z domu, nie zwracając uwagi na nic. W tamtym momencie liczył się tylko on.

Im bliżej drzwi była, tym jej serce biło szybciej i szybciej… Pragnęła go zobaczyć. Nawet gotowa była mu wybaczyć, gdyby tylko zagwarantował jej, że nigdy więcej jej nie opuści. Będąc przy drzwiach potknęła się i musiała podtrzymać się najbliższej ściany, bo niechybnie upadłaby. Łapiąc oddech łapczywie, chwyciła za klamkę, a chwilę później, chłodna bryza uderzyła w twarz dziewczyny. Przymknęła na chwilę oczy, by przyzwyczaić ciało do zmiany temperatury, lecz gdy je otworzyła, Adama już nie było…

Drżącą dłonią dotknęła swojego policzka i nie zdziwiła się zbytnio, gdy poczuła, że ta zrobiła się mokra od łez. Oparła się o ścianę, bo zawirowało jej w głowie, jednocześnie czując, iż dłużej nie będzie w stanie powstrzymywać szlochu. Ukryła twarz w dłoniach i zapłakała głośno, nie zauważając starszego sąsiada, który patrzył na nią ze zmartwieniem w oczach. Wiele słów cisnęło się mu wtedy do ust, lecz wiedział, że nie była to odpowiednia pora na konfrontację. Westchnął cicho i pokręcił głową niedowierzająco. Kilka dni przed wyjazdem, Adam odwiedził go i poprosił, by miał oko na Eleonorę i czuwał nad nią. Brat Teresy nie spodziewał się jednak, że matematyk nie będzie chciał wrócić… Nie miał pojęcia, co robić w tej sytuacji, więc ze wszystkich dostępnych wariantów, wybrał milczenie.

Eleonora zacisnęła dłonie na ramionach i dopiero po chwili zorientowała się, że wciąż jest w piżamie. Wzięła kilka uspakajających oddechów, po czym otarła policzki ze słonych łez i wróciła do domu. Dlaczego za nim tak tęskniła? Dlaczego nie potrafiła zapomnieć? Ubrała czarną sukienkę, którą ostatnio ubrała przy okazji odbierania nagrody z konkursu i rozczesała splątane włosy. Spryskała szyję i nadgarstki ulubionymi perfumami, o zapachu tak słodkim, jak jej wspomnienia. Skarciła się w myślach za ciągłe wracanie do przeszłości, lecz nie potrafiła inaczej. Odetchnęła z ulgą, gdy zegar wskazał właściwą do wyjścia godzinę. Jedną ręką zgarnęła torebkę, a drugą otworzyła drzwi. Nadszedł czas na konfrontację.

*

Na Eleonorę czekała już Alicja, która uśmiechnęła się niemrawo do przyjaciółki na przywitanie. – Cześć. Mateusz cię szukał. – Jednak on mógł poczekać. Panna Kraszewska niemal od razu zauważyła, że blondynka strasznie się z czymś męczy. Zapytana o to, westchnęła cicho. – To nic, naprawdę. Po prostu… ciężko mi bez Natalki. Wiem, że skrzywdziła Karasiewicza i w ogóle zachowała się w stosunku do ciebie nie fair, ale brakuje mi jej.

Eleonora w żaden sposób nie skomentowała słów przyjaciółki. Nie mogła przebaczyć Natalii tego, że przez jej egoistyczne pobudki, niewinny człowiek mógł trafić za kratki i to na długi czas. Założyła kosmyk brązowych włosów za ucho i rozejrzała się po korytarzu. W oddali spostrzegła Jakuba, który mówił coś do Olgi. Swoją drogą, Eleonora zastanawiała się, co ona tak właściwie tam robiła. To było święto absolwentów szkoły. Nie podłych kłamców, którzy pragnęli dorobić się na fałszu i krzywdzie drugiej osoby. Blondyn ewidentnie wyczuł czyjeś spojrzenie na sobie i zdołał uchwycić wzrok szatynki. Ta, swoją postawą dała mi do zrozumienia, że ma się do niej nie zbliżać. W tamtej chwili, jedyną rzeczą, którą odczuwała w stosunku do niego, było obrzydzenie.

Marcin również już tam był. Stał naprzeciwko dziewczyny, z którą chodził do klasy, wyglądając na nieco spiętego, choć Eleonora wcale mu się nie dziwiła. Gdyby zrobiła to, co zrobił on, zapewne nie pokazywałaby się w szkole przez najbliższy rok. Nienawidziła ich. Marcina i Jakuba. To, co czuła w stosunku do Olgi, przekraczało wszelkie granice wściekłości. Z Natalią było inaczej… Przyjaźniły się przez kilka, kilkanaście lat… Choć to nie zmieniało faktu, iż gdyby nie oni, Karasiewicz prawdopodobnie byłby w tym dniu z nią. Może nawet spędziliby razem kolejne godziny, siedząc przy kominku z książką, albo uprawialiby namiętny seks, zaraz po romantycznej kolacji, którą własnoręcznie by przygotowała. Potrząsnęła głową, starając się wymazać z głowy wspomnienia ich burzliwych pocałunków. W tamtym momencie… Marcin, Jakub oraz Olga, byli dla niej nikim.

Głos Alicji pomógł wrócić jej do rzeczywistości. Szatynka uniosła głowę i spojrzała pytająco przyjaciółkę.

– Wchodzimy do sali. Już czas – wytłumaczyła blondynka, uśmiechając się od ucha do ucha. Hala przygotowana była już pod egzamin maturalny – każdy uczeń miał przydzieloną swoją ławkę. Ku uciesze Eleonory, Alicja siedziała tuż za nią.

W pomieszczeniu zbierali się również nauczyciele, którzy zostali zaproszeni przez tegorocznych maturzystów do uczestnictwa w uroczystości. Każdy był odświętnie ubrany i atmosfera wydarzenia, powoli udzielała się również Eleonorze. Splotła palce u rąk i czekała. Chciała wrócić do domu. Pomyśleć, co ma zrobić w sytuacji, w której się znalazła.

Wreszcie na scenę wszedł dyrektor. Wyglądał bardziej życzliwie i przyjaźnie, niż zazwyczaj – jakby cały ciężar, zgromadzony przez ten rok szkolny, nagle został zdjęty z jego pleców. Skinieniem głowy przywitał się z nauczycielami, mruknął coś do operatora kamery, który miał uwiecznić całą uroczystość, a następnie ruszył w kierunku mównicy, ustawionej w centrum sali. Odkaszlnął, po czym otworzył teczkę, w której trzymał napisane przez polonistkę przemówienie.

– Drodzy uczniowie, rodzice, nauczyciele, pracownicy tej szkoły… Witam was na uroczystym zakończeniu roku szkolnego klas trzecich. Ten dzień wyzwala w nas zarówno radość, jak i smutek. Dla nas, nauczycieli, jest to czas trudny. Przyzwyczailiśmy się już do waszej obecności; trzy lata spędzone w waszym towarzystwie sprawiły, że staliśmy się jedną wielką szkolną rodziną.

Rozpoczyna się dla was wspaniały czas wakacji, jednakże moim obowiązkiem jest przypomnienie wam o tym, co was czeka. Pierwszy, naprawdę ważny egzamin, który zapewne wpłynie na to, czym zajmiecie się w przyszłości. Matura. Liczę na waszą rozwagę i odpowiedzialne podejście do sprawy. Nasza szkoła słynie z wysokich wyników na tle kraju i mam nadzieję, iż tak pozostanie.

W tym momencie chciałbym podziękować kadrze pedagogicznej, która zrobiła wszystko, byście czuli się pewnie na egzaminie maturalnym. Mam nadzieję, że ich trud oraz poświęcenie zostaną docenione.

Rozległy się gromkie brawa, na co dyrektor uśmiechnął się, rozpromieniony, jednocześnie jedną ręką poprawiając krawat. Mężczyzna zaczął przemawiać ponownie dopiero po zrobieniu zdjęcia przez szkolnego fotografa. – Teraz, moi drodzy, chciałbym, by wasi wychowawcy rozdali wam świadectwa i listy gratulacyjne dla waszych rodziców. Zapraszam na środek panią Ewę oraz panią Małgorzatę. – Kobiety wstały z miejsc i uśmiechając się serdecznie, wzięły do rąk pierwsze teczki.

Eleonora stanęła przed wychowawczynią po kilkunastu minutach oczekiwania. Pani Małgorzata uśmiechnęła się i spojrzała szatynce w oczy. – Zapewne minie trochę czasu, nim druga taka uczennica przekroczy próg tej szkoły. – Wychowawczyni wyciągnęła dłoń ku pannie Kraszewskiej, a ta bez wahania ujęła ją. – Życzę ci wszystkiego dobrego i gratuluję ukończenia szkoły średniej. Powodzenia, Eleonoro. – Szatynka uśmiechnęła się wdzięcznie i po odebraniu świadectwa, wróciła na swoje miejsce. Z dumą wpatrywała się w swoje oceny, które odzwierciedlały jej starania podczas tego roku szkolnego. Najbardziej zadowolona była prawdopodobnie z piątki z angielskiego oraz szóstki z matematyki. Nie spojrzała nawet na list gratulacyjny, bo wiedziała, że i tak nie miałaby go komu dać.

Odłożyła dokumenty na brzeg ławki i przygryzła delikatnie wargę, gdy zorientowała się, że Mateusz ją obserwuje. Konfrontacja z chłopakiem była nieunikniona. Nie do końca wiedziała, jak zareaguje on na jej słowa, jednakże widziała tylko jedno wyjście z tej sytuacji.

– …Adamowi Karasiewiczowi…

Uniosła swą głowę do góry gwałtownie i niemal automatycznie zaczęła poszukiwać wzrokiem wspomnianego mężczyzny, którego imię i nazwisko wymienił dyrektor. Nie było go. Spojrzała na mężczyznę, stojącego przy mikrofonie, który kontynuował swoją przemowę. – Niestety nie ma go dzisiaj z nami, choć bardzo tego żałuję. Pan Karasiewicz poprosił mnie, bym przekazał wam najserdeczniejsze życzenia, w związku z maturą. Ma nadzieję, że materiał omawiany przez ten rok został wam porządnie wbity do głowy. – Dyrektor zaśmiał się, lecz w oczach szatynki pojawiły się łzy. To brzmiało zupełnie jak on. To były jego słowa. Kontaktował się ze swoim byłym przełożonym, a ją kompletnie ignorował. Zrobiło się jej niezwykle przykro. – Pan Adam był odpowiedzialny również za przygotowanie jednej z naszych uczennic do Ogólnopolskiego Konkursu Matematycznego. Przedstawicielka naszej szkoły zajęła pierwsze miejsce, z czego jestem niezwykle dumny. Zapraszam na środek Eleonorę Kraszewską, proszę o gromkie brawa!

Dziewczyna rozejrzała się nieprzytomnie powstała i zachęcona reakcją kolegów z roku, ruszyła żwawym krokiem w stronę dyrektora, mimo iż oczy miała pełne łez. Starała się rozproszyć je, mrugając szybko, lecz i tak dwie słone krople spłynęło po jej policzkach.

– Nie ma się czym smucić, pani Kraszewska – powiedział wesoło dyrektor, po czym sięgnął po jedną z ksiąg, leżących na stoliku. – W tym momencie chciałbym podziękować pani za czynny udział w życiu naszej szkoły i… sama pani wie, za co. – Spojrzał na nią porozumiewawczo i skinął głową, a ona zarumieniła się soczyście. On wiedział. Dyrektor wiedział. Widziała to w jego spojrzeniu. Mężczyzna wcisnął książkę do jej rąk i nakazał wracać do ławki. Eleonora spojrzała na tytuł i coś skręciło się w jej żołądku. Był to „Upiór Opery”…

*

Eleonora stała na korytarzu i rozmawiała z Alicją, gdy Mateusz podszedł do nich pewnym krokiem. Uśmiechnął się do dziewczyn i potarł kark, ukrywając niepewność, którą i tak można było zobaczyć w jego oczach. – El, moglibyśmy porozmawiać? – Dziewczyna westchnęła cicho i skinęła głową. Przeprosiła Alicję i wraz z Mateuszem wyszli przed szkołę. Szatynka oparła się o ścianę, a jej kolega stanął naprzeciwko niej i odchrząknął, przerywając ciszę. – Zatem… podjęłaś decyzję?

– Tak – powiedziała cicho, napotykając jego spojrzenie. Przełknęła głośniej ślinę i odetchnęła ciężko. – Przepraszam cię, ale… nie dam rady cię pokochać. Nic się nie zmieniło od czasu naszej ostatniej rozmowy. Nic. Po prostu nie mogę. Wybacz mi.

Uśmiechnął się krzywo, próbując ukryć rozczarowanie. Nagle spojrzał na nią, a w jego oczach zobaczyła resztkę nadziei, której nie zdołał jeszcze stracić. – A może moglibyśmy spróbować? Proszę, spróbujmy, obiecuję ci, że…

– Mateusz, nie, to się nie uda! – powiedziała stanowczo, odbijając się od ściany. Już przechodziła przez próg szkoły, gdy odwróciła się jeszcze do chłopaka. – Mam nadzieję, że znajdziesz dziewczynę, która na ciebie zasłuży. Ja nią nie jestem. – Uśmiechnęła się smutno, po czym wróciła do Alicji, zostawiając chłopaka samego.

49

Eleonora wiedziała, że w burzę nie powinno się biec, jednak nadal nie mogła pokonać paraliżującego strachu, który kłębił się gdzieś na dnie jej duszy. Kiedy zobaczyła błyskawicę, rozcinającą niebo na kilka półpłaszczyzn, a następnie usłyszała grzmot, mocno zacisnęła dłonie na przyrządach, które podobno przydawały się na maturze. Wbiegła po schodach i szybko zamknęła za sobą drzwi, próbując opanować drżenie rąk i szalone bicie serca. Odgarnęła mokre kosmyki włosów i skierowała się do szatni, gdzie czekała na nią już Alicja. Blondynka posłała przyjaciółce słaby uśmiech, po czym westchnęła ciężko.

– Czuję, że to będzie katastrofa – mruknęła dziewczyna, wstając z ławeczki. – Zrobiłam sobie ściągę ze wzorami, ale ma być jakaś babka z zewnątrz i raczej nie uda mi się niczego spisać…

Eleonora zdjęła przemoczony płaszcz z ramion, po czym poprawiła czarną spódnicę, która przekrzywiła się jej delikatnie podczas biegu. Mokre włosy przeczesała palcami i tak przeszła z Alicją na korytarz, gdzie nie było jeszcze nikogo, prócz nauczycieli, którzy mieli pilnować na egzaminie. Do dziewcząt podszedł dyrektor i uśmiechnął się, jednocześnie ocierając czoło jedwabną chusteczką.

– I jak tam samopoczucie? Stresujecie się? Eleonoro, ty nie masz się czym martwić; laureatka ogólnopolskiego konkursu z pewnością napisze dobrze. – Nagle spojrzał na jakiś punkt za dziewczętami. – O, Anna, nareszcie! Sprawdziłaś ilość arkuszy, które nam przysłali?

– Tak, dyrektorze, wszystko się zgadza – odparł kobiecy głos. Eleonora zdębiała i powoli, bardzo powoli odwróciła się. To był ogromny zbieg okoliczności, że to właśnie TA Anna miała pilnować jej na egzaminie. Była narzeczona Adama stała przed nią jakby nigdy nic, nie zwracając na szatynkę większej uwagi. Kiedy jednak starsza kobieta zorientowała się, z kim ma do czynienia, wyglądała na równie zdezorientowaną.

Eleonora musiała się bardzo kontrolować, by nie rzucić się na to babsko z pięściami. Dziewczyna uśmiechnęła się niepozornie i skinęła głową. – Dzień dobry.

– Dzień dobry – odparła słabo Anna, odchrząkając w zaciśniętą pięść. – Cóż za spotkanie…

– Tak – wysyczała szatynka przez zaciśnięte zęby. Alicja spojrzała pytająco na przyjaciółkę, a ta posłała jej wiele znaczące spojrzenie. W oczach blondynki nagle pojawił się błysk zrozumienia; syknęła bezgłośnie i podrapała się z niezręcznością po policzku. Dyrektor, nie pojmując, o co chodzi kobietom, błądził spojrzeniem od jednej do drugiej i na ich twarzach szukał wyjaśnienia. Eleonora hardo uniosła podbródek i delikatnie zmrużyła powieki. – A zatem jest pani egzaminatorem?

– Uhm… posiadam takowe uprawnienia. – Anna uśmiechnęła się nerwowo i spojrzała na jedynego mężczyznę w ich niewielkim gronie. – Dyrektorze, czy listy są już wywieszone?

Ten jakby się ocknął i pokręcił głową przecząco. – Nie, jeszcze nie, lecz obiecuję, że tego dopilnuję. Już idę to zrobić. – Anna skinęła głową, a w tym samym czasie, Eleonora niemo poprosiła przyjaciółkę, by ta dała jej chwilę z byłą narzeczoną Adama na osobności. Chwilę później, blondynka zniknęła z pola widzenia panny Kraszewskiej, która całą swą uwagę skupiła na starszej kobiecie.

– Po co pani to robi? – mruknęła tak cicho, by nikt jej nie usłyszał. – Po co pani tu przyjechała? Powinna pani wiedzieć, że nie jest tu mile widziana…

Anna rozejrzała się, a widząc, że członkowie komisji są zajęci, spoważniała nagle i posłała szatynce jadowite spojrzenie. – Zostawił cię, prawda? – Nie mogła powstrzymać ironicznego uśmieszku, gdy patrzyła na konsternację, wymalowaną na twarzy maturzystki. – Wiedziałam, że nie będzie długo zainteresowany taką małolatą, jak ty.

– Nie rozumiem, o czym pani mówi…

Anna prychnęła kpiąco. – Nie jestem głupia, dziewczyno. Już w Warszawie widziałam twoje spojrzenie, które do niego kierowałaś. Zauroczyłaś się, bidulko, a on cię zostawił.

– Nic pani o mnie nie wie – warknęła Eleonora, na tyle cicho, na ile pozwalały jej emocje. Bacznie obserwowała nauczycieli, którzy dyskutowali o czymś żarliwie, przez co nie zwracali większej uwagi na nią i egzaminatorkę. – Poza tym, mnie i pana Karasiewicza nic nigdy nie łączyło. A te swoje pomówienia może sobie pani wsadzić gdzieś!

– Zadziorna – zacmokała kobieta. – On zawsze takie lubił. Szkoda tylko, że nie potrafił żadnej utrzymać przy sobie… – Anna posłała nastolatce jeszcze jedno, nieprzyjemne spojrzenie, po czym dłońmi zaczęła gładzić czarny żakiet. – No cóż. Życzę ci powodzenia na egzaminie. Mam nadzieję, że pójdzie ci dobrze i nic cię nie rozproszy.

Eleonora mocno zacisnęła zęby, by żadne słowo nie opuściło jej ust, bo istniało prawdopodobieństwo, że spóźniłaby się na własną maturę. Jednak w myślach wyzywała ją od najgorszych i nikt nie mógł jej tego zabronić.

Szatynka usiadła na ławce i wzięła kilka głębokich wdechów. Nie zauważyła nawet przybycia Alicji, która patrzyła na przyjaciółkę ze zmartwieniem. Miała nadzieję, że ta nie da się sprowokować i przetrwa jakoś te kilka godzin w towarzystwie pani egzaminator.

*

Eleonora wyszła z sali gimnastycznej i westchnęła cicho, wypuszczając długo wstrzymywane powietrze. Skończyła sporo przed czasem, lecz prawdę mówiąc, niczego innego się nie spodziewała. W duchu cieszyła się, że nie musiała dłużej przebywać z Anną w jednym pomieszczeniu, bo obecność tej kobiety wyraźnie działała na jej samopoczucie.

Szatynka spojrzała na zegarek i westchnęła: autobus, który zatrzymywał się pod jej domem, miał swój kurs dopiero za dwie godziny, a na dworze wciąż padało. No cóż, nie zamierzała czekać na cud, który sprawi, iż pogoda zmieni się nagle. Ubrała się i wybiegła ze szkoły, o mały włos nie spadając ze śliskich schodów. Biegła szybko, jednocześnie ciesząc się, że przestało grzmieć. To był jedyny plus całej tej sytuacji.

Weszła do domu i od razu ściągnęła z ramion całkowicie przemoczony płaszcz. Kichnęła, zdejmując buty, zamieniając je na kapcie, po czym skierowała się do kuchni, by zrobić sobie gorącej herbaty i przygotować coś do jedzenia. Z tym drugim nie kombinowała zbytnio – w lodówce była resztka obiadu z poprzedniego dnia. Wystarczyło tylko odgrzać i gotowe.

Dziewczyna odetchnęła i przetarła dłońmi zmęczoną twarz. To był już koniec – napisała wszystkie egzaminy i teraz wystarczyło czekać na wyniki. Co powinna teraz zrobić? Czym się zająć? A może zrobić sobie kilka dni wakacji? Mimo wszystko musiała znaleźć sobie pracę, bo nie zamierzała niczyją utrzymanką. Zwłaszcza kobiety, która jej nie chciała.

– Czas wkroczyć w dorosłość – mruknęła do siebie, wstając, gdy czajnik dał o sobie znać, gwiżdżąc potwornie. Owocowy aromat rozniósł się po pomieszczeniu, tym samym nieco rozjaśniając ponurą aurę. Już miała sięgnąć po cukier, gdy nagle usłyszała, że ktoś zaparkował pod domem… do wynajęcia. Nie miała ochoty patrzeć w tamtym kierunku. Wspomnienia nadal bolały, a serce krwawiło na każde wspomnienie matematyka. Chwyciła szklankę i żwawym krokiem ruszyła do swojego pokoju – byleby dalej od okna.

Zatrzymało ją natarczywe pukanie do drzwi. Zatrzymała się nagle i odwróciła się, z obawą wypatrując nieproszonego gościa. Wizyta nowych sąsiadów była ostatnią rzeczą, jaką potrzebowała. Może powinna udawać, że nikogo nie ma w domu? Niemal od razu walnęła się otwartą dłonią w czoło – z pewnością ktoś uwierzy w tę historyjkę, widząc zapalone światło na korytarzu. Westchnęła, gdy pukanie powtórzyło się i odłożywszy szklankę, powoli ruszyła w stronę drzwi. Nacisnęła na klamkę, podziwiając przez chwilę swoje różowe skarpetki, ukryte za puchatymi kapciami a gdy uniosła wzrok, wstrzymała powietrze. Stał tam przed nią. Nie była pewna, czy śni na jawie, czy też dzieje się to naprawdę, lecz gdy się odezwał, wiedziała, że to był on.

– Eleonoro – powiedział szeptem, a ona nie zareagowała w żaden sposób. Nie zbliżyła się do niego, nie zatrzasnęła drzwi; po prostu stała i patrzyła. Karasiewicz, po którego twarzy spływały strugi ulewnego deszczu, wpatrywał się w błękitne oczy, starając się wyczytać uczucia dziewczyny. – Eleonoro… – powtórzył, a ta jakby ocknęła się z transu, w którym się znalazła.

– Jak śmiesz tu przychodzić – syknęła, czując, że łzy pojawiają się w jej oczach. – Jak możesz, po tym wszystkim? Zniknąłeś, prawie na pół roku! Nie dawałeś znaku życia przez tyle czasu i teraz tu przychodzisz! – Nie wiedziała, kiedy do niego podeszła i zaczęła walić pięściami w jego tors. – Nie masz żadnych wyrzutów sumienia?! Kochałam cię, a ty to wykorzystałeś! – Nie mogąc dłużej słuchać jej słów, Adam chwycił dłonie dziewczyny swoimi, czując, jak zadrżała pod wpływem jego dotyku.

– Wysłuchaj mnie. Proszę.

I tylko ton jego głosu, sposób, w jaki wypowiedział te słowa, spowodował, że w tamtym momencie nie kazała mu się wynosić. Całą swoją postawą pokazywała, jak bardzo jest zła, lecz oczy… Oczy zdradzały to, czego nie potrafiły wymówić usta. Karasiewicz westchnął ciężko, patrząc, jak strużki wody spływają po jej nagich ramionach, po czym przymknął oczy, próbując pozbierać myśli, które w tamtej chwili nagromadziły się w jego głowie.

– Musiałem wyjechać – uniósł dłoń, niemo prosząc dziewczynę o milczenie, gdy ta próbowała się odezwać. – Musiałem wyjechać, by wreszcie uporządkować ten bałagan, który utworzył się w moim życiu – przerwał na chwilę i wziął głęboki oddech. – Skontaktowałem się z moim prawnikiem, który prowadził sprawę mej firmy… Zrzekłem się wszelkich praw do niej.

– Ale… czemu? – spytała, czując, jak złość powoli się z niej ulatnia. – Nie będzie ci żal?

Pokręcił głową przecząco. – Ja już tego nie chcę. Mam dość tego wyścigu szczurów, tego stresu, któremu byłem poddawany. To życie przestało mnie ekscytować. Wolę zacząć wszystko od początku, dlatego przyjechałem tutaj…

Eleonora odsunęła się o krok, gdy mężczyzna przybliżył się do niej. Nie chciała widzieć smutku w jego oczach. W ogóle nie chciała patrzeć na twarz matematyka. Może dlatego, że obawiała się uczuć, odzwierciedlających się w brązowych oczach. – Dlaczego? – zapytała, nim zdążyła ugryźć się w język. Spojrzał na nią zdziwiony.

– Co – dlaczego?

– Dlaczego tu jesteś? – Odpowiedź na to pytanie była dla niego jasna. Szykował się do wypowiedzenia tych słów długo, dokładnie od momentu, gdy siedząc w areszcie zrozumiał, co tak naprawdę czuł do kobiety, stojącej przed nim.

– Bo cię kocham.

Przez chwilę stała zdezorientowana i nagle poczuła, że łzy spływały po jej policzkach i mieszały się z kroplami deszczu. – Przecież napisałeś mi, że nigdy nie pokochałbyś uczennicy… – wyszeptała. – Dlaczego kłamałeś? Dlaczego kłamiesz teraz?!

– Nie kłamię – odparł spokojnie, nie zbliżając się do niej na krok. – To była prawda. Nigdy nie obdarzyłbym takim uczuciem uczennicy. W momencie, gdy między nami zaczęło się dziać coś poważniejszego, obiecałem sobie, że będę starał się nie przekraczać bariery prawnej tak długo, jak tylko się da. A teraz… wszystko się zmieniło. Nie jesteś już moją uczennicą, a ja twoim nauczycielem. – Ponownie wziął głęboki oddech. – Ktoś na górze postanowił podarować mi drugie życie. Naprawiłaś mnie. Stworzyłaś na nowo. Przywróciłaś nadzieję i pokazałaś, że ja również mogę być szczęśliwy. Zaakceptowałaś mnie takiego, jakim jestem, ze wszystkimi wadami, jakie posiadam. Kocham cię – powtórzył. – Moje serce należy do ciebie; możesz z nim zrobić to, co zechcesz. Jeśli – zawahał się – jeśli zaakceptujesz moje uczucia, będę najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi…

– A jeżeli nie? – Cień strachu przemknął po jego twarzy, lecz ton, za pomocą którego wypowiedział kolejne słowa, był obojętny.

– Jeśli nie… już nigdy nie będziesz musiała mnie oglądać. – Milczał przez chwilę, próbując odczytać coś z jej twarzy, jednak ona nadal na niego nie patrzyła. – Rozumiem, że w tej chwili moje uczucia mogą wydać ci się obrzydliwe. Rozumiem też, że nie mogę kazać ci podejmować tej decyzji w tym momencie, jednak błagam – spojrzał rozpaczliwie w jej oczy – przemyśl to. – Odchrząknął, po czym odgarnął kosmyki czarnych włosów z twarzy. – Teraz… dam ci czas. Gdybyś podjęła decyzję, to… będę u Jana.

Wreszcie odważyła się spojrzeć na niego i poczuła przyjemny dreszcz, gdy zobaczyła, jak błądzi wzrokiem po jej twarzy. Tak samo robił to w dniu pamiętnego pocałunku. Ich pierwszego pocałunku. Zatracając się we wspomnieniach, dopiero po chwili spostrzegła, że mężczyzna odwrócił się i zaczął iść w stronę domu sąsiada. Serce zabiło jej mocniej i zadziałała szybciej, niż zdążyła to dokładnie przemyśleć. – Adam! – krzyknęła, biegnąc w jego kierunku. On odwrócił się do niej zdumiony, a gdy była już blisko, zorientował się, że wstrzymuje powietrze. Z niemałą obawą, Eleonora chwyciła jego dłoń i rozkoszowała się szorstkością jego skóry. Westchnęła cicho i uniosła głowę, by spojrzeć mu w oczy.

– Masz zmarznięte dłonie. – Skinął głową, nadal nie rozumiejąc, co tak właściwie się dzieje. – Może… zechciałbyś wejść na herbatę? Zagotuję wodę i rozgrzejesz się… Przemokłeś do suchej nitki…

Stali tak przez dłuższy czas, na środku ulicy. Czuł, że jego serce bije w szalonym tempie i tak naprawdę nie zdążył zorientować się, kiedy zaczęła iść w stronę swojego mieszkania, ciągnąc go za dłoń. Rozkoszował się gładkością jej skóry i uśmiechnął się delikatnie, czując, że nadzieja zaczyna królować nad zdrowym rozsądkiem. W tamtym momencie było to wręcz pożądane, prawidłowe. Nagle spojrzał na nią. – Eleonoro?

– Tak?

– Ja poproszę bez cukru. Nie słodzę.

Uśmiechnęła się delikatnie, po czym skinęła głową. – Wiem. Ja wszystko wiem…

Epilog

Jakże piękny był ten poranek. Złociste promienie wpadały do pomieszczenia, rozświetlając je, zaś przez uchylone okno wpadała oceaniczna bryza, która mieszała się ze słodkim aromatem wielobarwnych kamelii, stojących na parapecie. Eleonora przeciągnęła się, a na jej ustach błąkał się szeroki uśmiech. Uchyliła powieki, a jej wzrok automatycznie padł na mężczyznę, śpiącego sobie w najlepsze tuż obok niej. Złożyła delikatny pocałunek na jego czole, po czym odrzuciła od siebie kołdrę i wyszła z domu.

Wyjazd z Adamem i zamieszkanie z nim w Tarifie, w Costa de la Luz, było najlepszą decyzją, jaką podjęła w życiu. Na początku pomysł ten wydawał jej się trefny, lecz Karasiewicz szybko przekonał ją, za pomocą swoich argumentów. Pocałunków i czułego dotyku. Żałowała jedynie, że nie może zabrać ze sobą przyjaciół, jednak pisali oni do niej często.

Maturę zdała śpiewająco, chociaż osiemdziesiąt dwa procent z języka polskiego nie zadowalało jej zbytnio. Dostała się na jeden z uniwersytetów w Hiszpanii i właśnie tam zamierzała zacząć prawdziwie dorosłe życie. Kraj ten był wręcz wyjęty z kart książek, które tak namiętnie czytała. Plaże, stare budynki, festyny, atmosfera… To wszystko przekładało się na samopoczucie Eleonory, która z każdą chwilą zakochiwała się w tym państwie coraz bardziej. Ale żeby nie było, w jej sercu, na pierwszym miejscu był zawsze Adam.

Idąc pustą plażą zastanawiała się, co on tak naprawdę w niej widział. Nie zawsze zachowywała się fair wobec niego, często wtykała nos w nieswoje sprawy, lecz jak widać się to opłaciło. Pamięcią sięgnęła do września poprzedniego roku. Szatynka przypomniała sobie, jak mężczyzna po raz pierwszy wszedł przez drzwi sali gimnastycznej i wrażenie, jakie wtedy na niej wywarł. Zachłysnęła się pasją, z jaką prowadził swoje lekcje. Później konkurs, który zorganizował, by wyłonić członków koła matematycznego. Na początku była zdenerwowana na Karasiewicza, że poruszył w nich tematy, których nie rozumiała. Później zaś zorientowała się, że było to konieczne. Prywatne lekcje zapoczątkowały ich przyjaźń. Oboje zranieni przez najbliższych, osamotnieni, zaczęli wierzyć, że dla każdego z nich przyporządkowano osobę, która zechce dzielić z nimi smutki.

I wreszcie pocałunek. Eleonora przymknęła oczy i prawie mogła poczuć smak ust byłego nauczyciela. Jego dłonie na ciele. Oddech na swojej twarzy. Wiedziała, że nie zapomni tego do końca życia.

Zdecydował za nich, że chce tylko przyjaźni. Była prawie pewna, iż wypowiedziane przez niego słowa są kłamstwem, jednak nie mogła mu niczego udowodnić. Zatem trwali w pułapce swoich uczuć aż do wyjazdu na konkurs matematyczny, do Warszawy. Panna Kraszewska nigdy nie spędzała z Karasiewiczem tyle czasu, co wtedy. I w końcu nie wytrzymała. Uczucia wybuchły w niej ze wzmocnioną siłą, a Adam wcale nie protestował, wręcz przeciwnie. On również dał się ponieść namiętności. Eleonora śmiało mogła stwierdzić, że ta noc zmieniła ich na zawsze.

Jednak on nadal był jej nauczycielem, a ona jego uczennicą. Spędzili razem wigilię. Czuła jego obecność podczas swych urodzin. Nowy rok nie był jednak tak cudowny, jak się zapowiadało. Aresztowanie Adama kosztowało szatynkę wiele nerwów, a myśl, że jej przyjaciółka również zakochała się w nauczycielu matematyki, prawie złamała serce Eleonory. Najgorsze było chyba jednak zniknięcie mężczyzny. Dziewczyna prawie umarła ze strachu o niego, mimo że do głowy przyszło jej, że wyjechał przez nią. Nieprzespane noce, godziny spędzone na rozmyślaniu i wspominaniu, nie mówiąc o tych, które przepłakała.

List od niego zmienił wszystko. Zdenerwowała się, że nie dawał znaku życia, ale jednocześnie poczuła wszechogarniającą ulgę i radość… Był cały i zdrowy. Bezpieczny. Zrozumiała, że pragnie tylko jego szczęścia. I choć miał mieszkać na drugim końcu świata, bez niej, w końcu by się z tym pogodziła. Wiedziała, że to zadanie do najłatwiejszych by nie należało, zwłaszcza, że kilkukrotnie goniła za obcymi jej ludźmi, tylko dlatego, że zdawało jej się, iż widzi Karasiewicza. Ale przyszedłby taki czas, kiedy rana wreszcie zagoiłaby się, a ona zaczęłaby układać swoje życie bez niego.

Kiedy zapukał do jej drzwi, nagle, bez zapowiedzi, wszystko powróciło. Nie mogła rzucić się mu w ramiona od razu, ale wiedziała, jak się zachować. Wciąż go kochała. I nie było momentu, by przestała darzyć go tym uczuciem. Dlatego nie pozwoliła, by on myślał, że jest inaczej. Gdyby musiała skoczyć za nim w ogień, zrobiłaby to. Gdyby musiała przepłynąć ocean wszerz i wzdłuż, zapewne skończyłaby na dnie, ale nie poddałaby się. Jej miłość była wszystkim, co mogła mu dać, a on zdawał się to akceptować.

Teraz, siedząc na opustoszałej plaży, na ciepłym piasku, w białej koszuli nocnej, nie mogłaby inaczej. To, co przeżyła, doprowadziło ją do momentu, w którym emanowała szczęściem. Przyjęła na barki każdy ciężar, podejmowała trudne decyzje, czasem błędne, lecz nie zamierzała tego żałować. Nagle poczuła ciężar na ramionach i poczuła męski zapach, od którego zakręciło się jej w głowie. Uśmiechnęła się delikatnie, słysząc cichy głos przy uchu. – Ładnie to tak uciekać bez przywitania?

Mruknęła, gdy poczuła, że mężczyzna odgarnia włosy z jednego z jej ramion i przesuwa wargami po gładkiej szyi. – Adam – westchnęła, czując usta mężczyzny przy małżowinie ucha.

– Przyniosłem pocztę.

Dziewczyna szeroko otworzyła, dotąd lekko uchylone powieki, odwróciła się i delikatnie uderzyła mężczyznę w ramię. – Dlaczego nie mówiłeś od razu? A jak to coś ważnego?

– Właśnie zajmowałem się ważnymi sprawami. Śmiem twierdzić, że bardzo ważnymi. – Uśmiechnął się i siadając obok dziewczyny podał jej list, który zaadresowano do niej. – Co to?

– Ala napisała – odpowiedziała spokojnie Eleonora, choć pojedyncza zmarszczka pojawiła się pomiędzy jej brwiami. Nie spodziewała się pisma od przyjaciółki. Zwykle wymieniały między sobą SMS-y i to im wystarczało. Jeżeli zaś przysłała list… to musiało być coś niezwykle ważnego. Rozerwała białą kopertę, z której wypadł kawałek pergaminu. Adam sięgnął po niego, odchrząknął, po czym zaczął czytać:

Moja kochana! Mam nadzieję, że dobrze bawisz się w Hiszpanii. Jednocześnie chciałam cię zawiadomić, że za około pięć miesięcy (nie jestem pewna, kiedy dostaniesz mój list), będziesz musiała wrócić do Polski. Mikołaj oświadczył mi się i myślę, że jesteś idealną kandydatką na moją świadkową!

– O mój Boże! – Eleonora zakryła dłonią swoje usta, czując, jak rozciągają się one w szerokim uśmiechu. – Wiedziałam, po prostu wiedziałam, że to się tak skończy!

Jednocześnie chciałabym, by twój czarny…

– Że co?! – Adam krzyknął niedowierzająco. – Nazwała mnie czarnym rumakiem!

– Nie pierwszy raz – zaśmiała się Eleonora. – A skoro nie czytasz, to możesz mi to oddać. – Wyrwała mężczyźnie kartkę ręki, po czym czytała dalszą część listu.

Jednocześnie chciałabym, by twój czarny rumak przybył na wesele jako twoja osoba towarzysząca. Za drugiego świadka obraliśmy sobie Mateusza. Mam nadzieję, że przybędziesz i nie opuścisz mnie w tym ważnym dniu. Całuję, Alicja.

Eleonora westchnęła cicho i odwróciła się do Karasiewicza. Widząc z lekka naburmuszoną minę Karasiewicza, nachyliła się i pocałowała go czule. Nie musiała długo czekać, by mężczyzna odwzajemnił pocałunek. Położyła dłoń na jego policzku i pogłaskała go delikatnie kciukiem, wyczuwając jednodniowy zarost. – Będziesz moim czarnym rumakiem, kochanie?

– Pytanie – mruknął. – Pojadę z tobą z dwóch powodów. Po pierwsze, powiem Alicji, co myślę o stosowaniu takich głupich przezwisk w stosunku do mnie.

– A po drugie? – Uśmiechnęła się, gdy przygarnął ją do siebie w taki sposób, że usiadła u niego na kolanach, po czym objął zaborczo w pasie.

– A po drugie muszę cię pilnować przed tymi wszystkimi małolatami, którzy zechcieliby dobrać się do ciebie.

Pocałowała go krótko, po czym uśmiechnęła się, wtulając twarz w jego szyję. Na dworze robiło się coraz cieplej. Delikatna bryza poruszała włosami Karasiewicza, nadając jego twarzy młodzieńczego wyglądu. Kurtka, którą Eleonorze przyniósł Adam, chwilowo zastąpiła im koc. Mężczyzna westchnął w jej włosy, chłonąc zapach kobiety, którą uwielbiał nad życie.

– Kocham cię – szepnął, a ona w odpowiedzi zacisnęła dłonie na jego koszuli. Trwali w uścisku przez dłuższą chwilę, a gdy wreszcie oddalili się od siebie, mężczyzna nie pozwolił zejść jej ze swoich kolan. – Eleonoro?

– Tak? – zapytała nieobecnym głosem, wpatrując się w ocean. Adam uśmiechnął się delikatnie, patrząc na kobietę, którą trzymał w ramionach. Gdy przez dłuższą chwilę nie odzywał się, dziewczyna zwróciła twarz w jego stronę, muskając kciukami zewnętrzną część jego dłoni. – Adam?

– Pamiętasz, jak rozmawialiśmy o twojej przyszłości? – zmarszczyła brwi, niepewnie kiwając głową. Nie bardzo rozumiała, do czego dąży jej partner. – W szkole, w której uczę, za dwa lata zwolni się etat. Jeden z nauczycieli matematyki odchodzi na emeryturę i poleciłem twoją kandydaturę dyrektorowi.

Nie bardzo wiedziała, co ma powiedzieć. Uśmiechnęła się i spojrzała na niego, a w jej oczach błąkały się radosne iskierki.

– Jesteś pewien, że wytrzymasz ze mną tyle godzin? Zarówno w domu, jak i w pracy?

– Gdybym nie był tego pewien, raczej bym ci tego nie proponował – powiedział to tonem, którego używał do straszenia uczniów na lekcjach, lecz na Eleonorę to nie podziałało. Zachichotała, po czym otarła się o niego, wywołując u niego ciche mruknięcie. – Nie pogrywaj ze mną. A tą twoją poranną ucieczkę sobie zapamiętam.

Przygryzła dolną wargę i spojrzała wprost w brązowe tęczówki. Piękne oczy, które błyszczały miłością, zapewne odzwierciedlającą się w jej własnych. – Adam? Co teraz będzie… z nami?

– A o co pytasz? – mruknął, będąc nieco zdezorientowanym. Spiął się delikatnie, wyczuła to, lecz musiała wiedzieć, na czym tak właściwie stoi.

– Co będzie dalej…?

– A co byś chciała, żeby się wydarzyło?

Nie przyznała się mu, że w krytycznym momencie zapragnęła mieć z nim dziecko tylko po to, by go zatrzymać. Teraz wiedziała, iż zachowała się jak niewychowany bachor, któremu zabrano zabawkę. A jednak była pewna, że wiąże z tym mężczyzną swoją przyszłość. Spuściła wzrok, nieco skrępowana nagłym odwróceniem pytania, zaś Adam przymknął oczy i przytulił ją do siebie. – Moja Elizabeth – powiedział cicho, a w jego głosie pobrzmiewało rozbawienie. – Moja piękna panna Bennet… Od tego się zaczęło…

– Nadal mam cię zapisanego jako „Darcy” w telefonie. – Uśmiechnęła się, czując pocałunek na szyi.

– Plan… jest niezwykle prosty – mruknął, co jakiś czas obdarowując jej skórę czułymi pocałunkami. – Jeśli wytrzymamy ze sobą rok, to ci się oświadczę, później weźmiemy ślub i będziemy mieć gromadkę ślicznych dzieci. Co na to powiesz?

Zadrżała delikatnie i zaśmiała się uroczo. – To… bardzo dobry plan – odparła, wyginając się z przyjemności. – Adam… wracajmy do domu.

Aż westchnął, słysząc jej słowa. Ich dom. To brzmiało cudownie.

Eleonora powoli wstała z miejsca i wyciągnęła rękę do mężczyzny, który z chęcią przyjął jej pomoc. Otrzepał spodnie z piasku i podniósł z ziemi kurtkę. Ruszyli w stronę domu, który został zakupiony przez Karasiewicza, kiedy ten wyjechał z Wiśniowej. Szatynka chwyciła dłoń bruneta, a ich palce splotły się.

– Mam już pomysł, jak odpłacisz mi się za tą poranną ucieczkę – powiedział, wywołując zdumienie na twarzy swojej towarzyszki. Uśmiechnął się zadziornie i ucałował dłoń Eleonory. – Zrobisz mi pyszne śniadanie.

Dziewczyna prychnęła. – Co, może kobieta to ma siedzieć całe życie przy garach, tak? – Adam zaśmiał się krótko i pokręcił głową przecząco. Eleonora westchnęła krótko. – Dobra, zrobię ci to śniadanie, ale będziesz musiał mi się jakoś odwdzięczyć.

W jego oczach pojawiły się radosne ogniki, a Eleonora uśmiechnęła się radośnie. To naprawdę było jej przeznaczone. Adam był mężczyzną jej marzeń. Kochała go z każdą chwilą coraz mocniej i wiedziała, że to uczucie szybko nie ustanie. Pocałowała go delikatnie i ruszyła w stronę kuchni, gdzie po chwili rozniósł się słodki, herbaciany zapach.

Autor Cataleath
Opublikowano
Kategorie Romans
Odsłon 179
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!