PROHIBITION

1.TATA TEŻ BYŁ BIZNESMENEM

Podjechałam pod parterowy dom państwa Shanon moim niebieskim Camaro. Krótko zatrąbiłam, by dać znać o swoim przybyciu.

Cicho nuciłam Midnight Memories, które sączyło się z głośników rozmieszczonych po aucie.

Musiałam korzystać z głosów chłopaków, dopóki byłam sama i mogłam śpiewać wraz z nimi. Gdy ktoś był obok, nawet Marina, to nie potrafiłam wykrzesać z siebie jakiegokolwiek dobrego dźwięku, pomijając to, że już i tak kiepsko śpiewałam.

Po niecałej minucie z domu wyskoczyła moja najlepsza przyjaciółka. Jej długie, czerwone włosy porywał wiatr. Ubrana standardowo w czarne spodnie, czarną koszulkę i skórzaną, czarną kurtkę. Co z tego, że było dwadzieścia sześć stopni w cieniu. Przewróciłam na nią oczami, gdy dostrzegłam, że na nosie znów nie ma swoich czarnych okularów. Automatycznie poprawiłam swoje. Co jak co, ale do szkoły musiałam je nosić. I zawsze, gdy prowadziłam samochód, bo prawdopodobieństwo, że nie zobaczę wyraźnie znaku drogowego było ogromne. W domu rzucałam je na stolik i zakładałam następnego dnia rano.

Dziewczyna otworzyła drzwiczki od strony pasażera i z ciężkim westchnieniem opadła na siedzenie, obite czarną skórą.

– Pierwszy dzień, a ja mam już dość.- syknęła, rzucając na tylne siedzenie swój mały plecak i skórzaną kurtkę.

Czyli zrobiło się jednak ciepło.

Moja kurtka również leżała w pogotowiu na tylnim siedzeniu, nie wiem po co. Musiała tam leżeć od wiosny.

– Dlaczego nie założyłaś okularów?- zapytałam.

– Wkurzają mnie. I tak czy je mam, czy nie, nie ma różnicy.- wzruszyła ramionami.

Ja bez moich nie byłam w stanie przeczytać notatek z tablicy, siedząc w drugiej ławce.

– Dlaczego ubrałaś na siebie tyle kolorów?- skrzywiła się na mnie.

Ja przynajmniej dopuszczałam istnienie innych kolorów. Nie to, co panna obok mnie.

– O co ci niby chodzi?- zapytałam z udawanym wyrzutem.- Ta bluzka jest zajebista!

– I kolorowa.- dodała.

– Ja ją noszę, a nie ty, małpo.- pokazałam jej język i skupiłam się z powrotem na drodze.

A może by tak skręcić i pizgnąć w to drzewo, po lewej?

Chociaż nie…skasowanie mojego samochodu bolało by mnie bardziej niż cokolwiek innego.

– Czy my musimy tam jechać?- jęknęła Marina.- Nie wierzę, że wakacje zleciały nam tak szybko.- westchnęła przeciągle.

– Dasz radę- prychnęłam, zmieniając bieg, gdy wyjechałam na drogę.- To ostatni rok.

Ostatni rok w liceum zapowiadał się…nijako. Może dlatego, że jakoś nigdy nie zwracałam uwagi na te wszystkie szkolne sprawy. Nie byłam w drużynie cheerleaderek i nie chciałam w niej być. Rzadko chodziłam na mecze futbolu, bo najzwyczajniej w świecie mnie to nie interesowało. Nie startowałam w konkursach wiedzy, bo choć lubiłam dużo czytać, nie pochłonęłam jeszcze tyłu książek, co członkowie szkolnego kółka, którzy na takowe konkursy wyjeżdżali.

Można by rzec, że ja w ogóle nie prowadziłam szkolnego życia.

Trzeci rok z rzędu będę uczyła się angielskiego, historii Ameryki i świata, będę próbowała pojąć tajemnice jakie nadal skrywa przede mną matematyka, po to, by wszystkie te przedmioty zdać śpiewająco, (prócz matematyki) w czerwcu i móc dostać się do collegu w Los Angeles. To było moje małe marzenie, które chciałam spełnić od bardzo dawna.

– Lay, właśnie minęłaś wjazd do szkoły.- z rozmyślań wybiła mnie Marina.

– Co?- zdziwiłam się.

– Ominęłaś szkołę, głupku. Zawracaj.- prychnęła.- O czym tak dumasz?

– O tym, co nas czeka, gdy już zawrócę.- bąknęłam, kręcąc kierownicą.

– Mnie czekają już dwie matmy od rana.- odparła sarkastycznie, zapewne mając przed oczami swoją nauczycielkę, którą znienawidziła w poprzednim roku szkolnym.

– A ja pierwszy trening po siedmiu lekcjach, który potrwa tyle, co dwie kolejne.- zanuciłam.

Nie zrozumcie mnie opacznie. Cieszyłam się, jak cholera, że będę mogła znowu wrócić do biegania. Jasne, biegałam sobie okazjonalnie w czasie dwumiesięcznej przerwy, ale to nie to samo, co przygotowywanie się kilka razy w tygodniu, pod okiem trenera, by móc wygrywać zawody.

Pod koniec maja, gdy zawody się kończyły, szło mi przeciętnie.

Ale było to spowodowane tym, że opuściłam ostatnie treningi, bezpośrednio przed ściganiem się na serio.

Kostka akurat pod koniec musiała dać o sobie znać.

– Nie mogę dzisiaj zaczekać, aż skończysz. Mama ma zawalony cały tydzień i obiecałam, że jej dziś pomogę w papierach, w których zapewne teraz tonie.

– Jasne- mruknęłam, wduszając hamulec do podłogi, gdy jakieś dwie pierwszoroczniaczki wlazły mi przed maskę.- Kretynki- warknęłam, specjalnie waląc na obroty, gdy już mogłam ruszyć i sprawiając tym samym, że podskoczyły z zaskoczenia.

Zaparkowałam na szkolnym parkingu i sięgnęłam do tyłu, po moją czarną torebkę. Podałam plecak Marinie i wyszłam z samochodu. Gdy i ona zamknęła drzwi, kliknęłam blokadę, a słysząc zamki, uśmiechnęłam się.

Wrócę za kilka godzin, moje dziecko.

– Gdzie masz lekcje?- zapytała mnie Marina, idąc wolno korytarzem, zaraz obok mnie.

– Piwnica.- mruknęłam.

– Czyli sama mam się wspinać na górę?- stęknęła i uściskała mnie, gdy doszłyśmy do schodów.

– Do lunchu.- cmoknęłam ją w policzek i zaczęłam schodzić na dół.

Trzy lekcje angielskiego, później matematyka, lunch, historia, dwie godziny ćwiczeń, biegania i do domu.

Boże, chcę do domu.

– Lay!- usłyszałam podekscytowany głos, krzyczący moje imię.

Dobrze znałam ten głos.

Travis.

Uśmiechnęłam się w stronę złotowłosego chłopaka, który podbiegł do mnie i wziął w ramiona.

– Tydzień.- wymamrotał.- A ja umieram z tęsknoty.

– Nie przesadzaj.- klepnęłam go w klatę i weszłam do klasy.

Przerwa nadal trwała, ale nauczycielka nie miała problemu, z przesiadywaniem w klasie.

I zajebiście.

Widok tych sztucznych pysków na korytarzu, przyprawiał mnie o mdłości.

W środku siedziało już kilka osób.

Zostałam zignorowana, więc oni przeze mnie również. Tak jak zawsze.

Jakoś tak…nigdy nie miałam dobrego kontaktu z klasą.

Nie to, że byłam jakimś wyrzutkiem, czy coś, ale wolałam trzymać się na uboczu, niż próbować rozmawiać z osobami, które mnie irytują, nie lubią mnie lub po prostu są wkurzające.

A ta klasa właśnie taka była.

Travis był jedyną osobą, którą dopuszczałam do siebie podczas lekcji.

Siedział tylko ze mną, a ja tylko z nim.

Na lunchu spędzałam czas z Mariną i było zajebiście.

Nie potrzebowałam więcej osób do szczęścia.

Travis był jednym z tych chłopaków, do których wzdychasz przez pół szkoły. Wysoki blondyn z zielonymi oczami. Kapitan drużyny futbolowej, gwiazdor szkoły, który chodził z ‘dziwaczką’.

Chociaż szczerze mówiąc, nasz związek opierał się, przynajmniej moim zdaniem, na przyjaźni. Tylko, że czasem pozwalaliśmy sobie na trochę czułości. Ale nigdy nie naciskał, ja też, więc obojgu to pasowało.

Było miło.

Nie byłam jednak do końca przekonana o tym, że to tak powinno wyglądać.

Nie wiem, nie powinnam czuć jakiś motylków w brzuchu, o których tyle się czyta w lekkich romansidłach?

***

– Jeśli ona się nie zamknie, to wsadzę jej długopis do gardła i obrócę.- zagroziłam, gdy kolejny raz usłyszałam głośny pisk, jednej z tych pustaków.

Cała trójka była ubrana w króciutkie spódniczki, szpilki i topy, odsłaniające jedno ramię.

Jakim cudem wlazły do szkoły w takich strojach?

Nie to, że byłam świętoszką w szerokich spodniach, ale tak mogłam się ubrać na imprezę, a nie na lekcję angielskiego i matematykę.

W szkole miałam się czuć wygodnie, bo jeśli coś mnie rozpraszało, to byłam gotowa się rozpłakać.

Trampki, jeansy, koszulka lub bluza.

Zawsze.

Wyglądałam dobrze i było mi wygodnie.

Nie to, że miałam ochotę narzucać im to, jak mają się ubierać, ale naprawdę byłam rozbawiona i pełna podziwu jednocześnie, widząc ich ciuchy.

– Nie zwracaj na nie uwagi.- mruknął Travis, kreśląc coś na ostatniej stronie zeszytu.

– Głowa mnie przez nie rozbolała.- jęknęłam i położyłam wspomnianą głowę, na drewnianym blacie ławki.

– Nie przesadzasz?- zapytał.

– Yyy, nie?- czasami zapominałam się i używałam tekstów lub tonu, jakbym rozmawiała z Mariną, która znała mnie od lat.

– Nieważne.- wymamrotał.- Mam dzisiaj trening. Masz czas zostać?

– Dzisiaj nie mogę.- pokręciłam głową.- Ale zostanę na następnym. Sama mam swój po lekcjach.

Uśmiechnął się w odpowiedzi, jakby nic się stało. Był wyrozumiały aż do bólu. Czasami miałam wrażenie, że jest dla mnie za dobry, i po prostu do niego nie pasuję.

Spojrzałam na niego ukradkiem i zauważyłam, że nadal miał ten uśmiech na ustach.

Słodziak.

***

– Uśmiechnij się. Zabijasz wszystkich wzrokiem.- wytknęła mi Marina.

– Ty też wszystkich ćwiartkujesz w myślach. Odczep się ode mnie.- syknęłam, siadając na krześle, naprzeciwko niej.

– Co tam?- zapytała, nie zważając na nasze przywitanie.

– Prawie usnęłam na matmie. Ale jeszcze jedna lekcja i wolność.- próbowałam brzmieć na podekscytowaną.- A potem pocenie się na bieżni.

– A gdzie Travis?

W odpowiedzi wzruszyłam ramionami.

– Miał coś do załatwienia. Pewnie z chłopakami z drużyny. Mają dzisiaj trening.

– Mhm.- mruknęła, grzebiąc widelcem w swoim jedzeniu.- Kuźwa, co to, do cholery jest?- skrzywiła się.

– Um.- popatrzyłam na dziwną rzecz na jej widelcu. Czy to…brązowa sałata?- Chyba nie chcę wiedzieć.

– Plany się nie zmieniły?- zapytała.

– Przyjadę wieczorem.- przytaknęłam.

– Dasz radę po tych męczarniach?- upewniała się.

Umówiłyśmy się już wcześniej, że podjadę do niej wieczorem i posiedzimy jak zwykle bezczynnie, wymieniając się playlistami i pożerając zapasy z sekretnych skrytek.

Gdybym wróciła do domu i do niej nie jechała, to najpewniej bym od razu poszła pod prysznic i rzuciła na łóżko, ale nie miałam zamiaru odwoływać spotkanka.

***

Kilka minut po czternastej, zaparkowałam przed domem.

Budynek był mały. Ale dla mnie i mojej mamy, wystarczający.

Śliczny, mały trawnik i chodniki, ozdabiały dom, sprawiając, że był przyjemny dla oka. Obok niego znajdował się garaż na dwa samochody.

Otworzyłam drzwi wejściowe i weszłam do środka.

– Jestem!- krzyknęłam w głąb domu.

Ściągnęłam trampki i weszłam do salonu, połączonego z aneksem kuchennym, gdzie jak się okazało, było pusto.

W łazience nie paliło się światło, za to w głównej sypialni, gdzie spała mama, było jasno.

Zastałam ją przeglądającą się sobie w wysokim lustrze. Ubrana w zieloną sukienkę i czarne sandałki, wyglądała jakby… gdzieś wychodziła?

– Jedziesz gdzieś?- zapytałam głupio.

Oczywiście, że gdzieś jechała. Nie chodziła po domu w takich ciuchach.

Odwróciła się w moją stronę i posłała nerwowy uśmiech.

Mama była śliczna. Długie, gęste blond włosy przeważnie zarzucała na lewe ramię. Była niższa ode mnie prawie o głowę, co czyniło z niej już krasnoludka.

– Owszem.- przytaknęła.- Pamiętasz, jak wspominałam ci o tym biznesmenie?

O nie.

Biznesmen.

Tata też był biznesmenem.

Też miał pieniądze.

Ale nie miał uczuć.

– Mamo.- ostrzegłam ją, tym jednym słowem.

– Spokojnie, skarbie. Charles jest zupełnie inny niż tata.

Nadal nie byłam pewna.

– To poważne?

– Nie wiem jak jest wśród was, ale to jego piąte zaproszenie na wspólną kolację. Chyba poważne.- wzruszyła ramionami.- Przepraszam, że nic nie mówiłam. Ale wiem, że nadal się boisz. Chciałam ci tego oszczędzić, tak długo, jak byłam w stanie.

– W porządku.- machnęłam ręką.

Nie było w porządku.

Znowu przed oczami miałam zapłakaną twarz mamy, kiedy ten degenerat, stojąc z walizką w ręce, powiedział jej, że ma drugą rodzinę.

Jego nowe dziecko miało już chyba siedem lat.

A do mnie nie odezwał się odkąd zatrzasnął za sobą drzwi.

Bolało, okej?

Cholernie bolało.

Nieustannie, od prawie sześciu lat.

I bałam się, że teraz znowu zaboli.

Ale nie mnie.

Mamę. Kolejny raz.

A tego bym nie przeżyła drugi raz.

Była wyjątkowa i nie chciałam, by znów się rozczarowała. Nie zasługiwała na to.

Zabrała leżącą na łóżku czarną kopertówkę i odetchnęła.

– Jest ok?- zapytała.

– W jakim sensie?

– Jak się z tym czujesz? I jak wyglądam?

– Poradzę sobie. Masz być szczęśliwa. Wyglądasz obłędnie. Przyprawisz go o zawał.- wymieniałam.

– Lepiej nie.- roześmiała się.- Będzie w porządku, jeśli zaproszę go na kolację do nas? Chciałby cię poznać.

– Ok.- odparłam.- Chyba nie jest taki zły, skoro tak promieniejesz.- postanowiłam się nie zniechęcać już na starcie.

– Polubisz go.- zapewniła.

– Mam nadzieję.- uśmiechnęłam się.- Zmykaj. A! I weź drugi zapas kluczy. Nie wiem, o której wrócę od Mariny.

– Jutro szkoła. Przed północą.- pogroziła palcem.

– Tak jest.- zasalutowałam.- Baw się dobrze. Nie rób niczego, czego ja nie robię.

– Alay!- krzyknęła, chcąc mnie ustawić do pionu, ale zdradził ją uśmiech, który wyskoczył na jej ust smagnięte delikatnym, różowym błyszczykiem.

– No co?- roześmiałam się.

– Wykończysz mnie.- westchnęła i przeszła obok mnie.- Również wrócę przed północą.- mrugnęła i wyszła na zewnątrz, uprzednio machając mi.

Mam tylko nadzieję, że nie przyjdzie jej już tak płakać, tylko dlatego, że facet się znudzi. Zasługiwała na najlepsze.

I może już to znalazła.

A ja może powinnam myśleć pozytywnie.

2. WIĘCEJ JUŻ TEGO NIE ZROBI

 

Dwa tygodnie wcześniej…

– Ogłupiał- powiedziałem znudzonym głosem, siadając na wielkiej kanapie w biurze Victora.

W którym byłem niejednokrotnie bity fizycznie i psychicznie, no ale kto by o tym pamiętał?

– Był u nich, gdy Lay nie było w domu.- mruknąłem.

Charles był moim tatą. Aktualnie cholernie nam pomagał, nie do końca zdając sobie z tego sprawę.

Kilka miesięcy temu Victor wezwał mnie do siebie, do bazy w Los Angeles, i stwierdził, że ma dla nas idealne zadanie. Przy okazji mówienia tego, uśmiechał się jak psychopata.

I może trochę przerażało mnie to, że też tak potrafiłem.

Ja, James i Trent mieliśmy zebrać wszystkie informacje o Grace i Alaynie, nie rozmawiając z nimi. Nawet nie nawiązując kontaktu wzrokowego, bo to zawsze mogło wzbudzić choć cień podejrzeń. Tym bardziej, że mieliśmy do czynienia z nastolatką.

Cholernie ruchliwą, tak swoją drogą.

Ale po kolei.

Trent miał się zająć Grace.

Ja i James mieliśmy na oku Lay.

Stworzyliśmy grubą teczkę, w której było o niej niemal wszystko.

Jednakże to głównie ja zajmowałem się chodzeniem tam, gdzie chodziła ona. Obserwowaniu jej, zapisywaniu wszystkiego i robieniu zdjęć, z których nawet połowa nie mogła trafić do Victora, bo byłoby po niej.

Był chorym pojebem i od jakiegoś czasu spotykał się z dziewczyną, która nawet nie mogła sama jeszcze kupić alko.

Więc nakrzyczcie na mnie, jeśli robiłem coś źle i chroniłem tę malutką burzę przed własną rodziną.

James jedynie układał teczkę i czasami, gdy zjawiał się w Kalifornii, dołączał do mnie i razem prowadziliśmy niewinne śledztwo.

Niewinne śledztwo na ślicznym maleństwu, które zalazło mi za skórę i cholernie dobrze zdawałem sobie z tego sprawę. Co jak co, ale ze sobą potrafiłem być szczery.

Metr siedemdziesiąt słodkości, która stąpała po ziemii. Długie, proste, brązowe włosy, duże szare oczy, które błyszczały, kiedy się uśmiechała, jak i wtedy, kiedy była rozgniewana.

Najdłuższe nogi, które przez te dwa wakacyjne miesiące nieustannie mi pokazywała, nawet sobie nie zdając sprawy z mojej obecności.

Idealna pupa, o którą moje oczy i dłonie wręcz błagały. Mogłem śmiało stwierdzić, że miałem na jej punkcie obsesję.

– Co?- usłyszałem pytanie Victora, który odwrócił swoją uwagę od papierów na czarnym biurku i na mnie spojrzał spod zmarszczonych brwi.

– Co?- wymamrotałem, wracając myślami do tego, po co tu przyszedłem.- A, Charles ogłupiał.- sprostowałem.

– Co to niby ma znaczyć?- już się zaczynał irytować, przez co ledwo pohamowałem przewrócenie oczami.

– Po co my je śledzimy od miesięcy? Po to, żeby on mógł być z Grace?- zapytałem, nie rozumiejąc, po co nam kazał to robić.

Okazało się, że Charles jest zakochany na zabój w matce Lay.

– Wszystko w swoim czasie- westchnął Victor.- Po prostu zadbałem o swojego brata, by na pewno nie trafił znów w ramiona kobiety, takiej jak twoja matka.- prychnął, a ja ledwo powstrzymałem gniew.

– Nie masz prawa mówić o mojej mamie w ten sposób.- syknąłem, gdy ten dupek wygodniej rozsiadł się w fotelu.- Po co te teczki? To tylko dwie kobiety.

– Czysta ciekawość- wzruszył szerokimi ramionami.- Grace jest niezła, a jej córka to chodząca słodycz.- skrzywiłem się, gdy oblizał usta.

– Ona ma siedemnaście lat.- powiedziałem oczywiste.

– Osiemnaście- poprawił.

W tym roku.

Zacisnąłem zęby, gdy wyobraziłem sobie, że ona go spotyka na swojej drodze.

Nie znałem jej, tak naprawdę, a i tak miałem ochotę ją zasłonić przed jego oczami.

– To będzie ciekawe- mruknął pod nosem, krzyżując ramiona na piersi i patrząc na mnie z zaintrygowaniem.

– Co znowu?- warknąłem, mając ochotę stąd wyjść i więcej go nie oglądać.

Takie uczucie ogarniało mnie od dobrych sześciu lat, prawie zawsze, gdy spędzałem z nim więcej niż dziesięć minut.

– Wszystko w swoim czasie- powtórzył z dupkowatym uśmiechem na ustach.- Dowiedziałeś się czegoś więcej przez ten tydzień?- zapytał nonszalancko, a ja przewertowałem całą teczkę w głowie, która była już zamknięta. Chyba nic więcej nie mogliśmy się dowiedzieć. Nawet daliśmy osobną rubryczkę na rozmiar biustu, który zgadywaliśmy. Stanęło między B lub C i tak też tam wpisaliśmy.

Tak, czasami zachowywaliśmy się jak niewyżyte bachory i nie chcieliśmy temu zaprzeczać. Trzeba było mieć jakąś rozrywkę w czasie, gdy siedzieliśmy w aucie niedaleko szkoły, do której chodziła.

A zgadywanie rozmiaru cycków było typowym tematem, jaki mogłem poruszać z Jamesem, gdy już kompletnie wszystko sobie powiedzieliśmy.

Ale teraz myślałem nad tym, co mogę powiedzieć Victorowi, by nie dowiedział się czegoś więcej bezpośrednio o niej.

– Ma chłopaka- wypaliłem.- Chodzi z nią do tej samej klasy. Gra w futbol.

– I?

I…

– I mam wrażenie, że nie będą ze sobą za długo.- stwierdzam, bo to prawda.

Z jakiś powodów nie zachowują się przy sobie, jakby byli razem. Lay częściej się uśmiecha, gdy jest sama lub ze swoją rudą przyjaciółką.

– Mam nadzieję- powiedział, uśmiechając się szerzej.- Myślisz, że Charles planuje coś większego?- zmienił temat.

– Dzisiaj mają kolejną randkę. Straciłem rachubę, która to. A to się nigdy nie zdarzało, więc pewnie to coś poważnego.- wzdycham.

– Trent nie daje rady już zebrać więcej o Grace.- mruknął po namyśle.- James dziś przyjeżdża.

– Wiem- prycham.

Jak mógłbym tego nie wiedzieć?

– Zostaniesz dzisiaj w Gloom. Ja mam coś do załatwienia w LA.- zarządził, wstając ze skórzanego fotela.

Poprawił stos kartek, by były ułożone równo i chwycił pistolet, który leżał obok nich.

Schował go do kabury przy pasku czarnych spodni i wyszedł z biura bez słowa.

Przy drzwiach został tylko Dante, który zawsze pilnował tego pokoju, gdy był w nim Victor.

Trochę bawiło mnie to, że się boi.

W większości to on nas wyszkolił, a teraz potrzebował przynajmniej jednego człowieka, który będzie strzegł drzwi.

Spojrzałem na faceta, dorównującego mi wzrostem i zawiesiłem wzrok na jego kaburze. Każdy z nas miał tutaj broń, mniej lub bardziej widoczną.

Nie lubiłem się z tym obnosić, tym bardziej, że będąc w klubie wolałem siedzieć na sali i obserwować, niż zamknąć się w czterech dźwiękoszczelnych ścianach i męczyć się z Dantem, który nie mógł opuścić tego pokoju, jeśli ktoś w nim był.

– Zmień Rusha na bramce, wpuszczaj ludzi do północy.- powiedziałem do niego, na co skinął głową i wyszedł z biura dopiero, gdy wstałem z fotela i poprawiłem koszulę, by na pewno zakrywała mojego SIGa wetkniętego za czarny pasek. Miałem też nóż przypięty do kostki.

Po nocy wokół tych budynków kręciło się mnóstwo ludzi, którzy szukali guza. A po północy do klubu chcieli się dostać najczęściej już ci narąbani i naćpani.

Nie na mojej warcie.

Zamknąłem drzwi, aktywując zabezpieczenie. Przy zamku zapaliła się czerwona kontrolka, którą mogłem zamienić na zieloną specjalną kartą.

Przeszedłem ciemnym korytarzem, by dostać się do głównej części Gloom, którą w dużej części zajmował parkiet.

Po drugiej stronie znajdował się długi bar, gdzie uwijali się trzej barmani. Całe pomieszczenie było utrzymane w czerni i przebijającą gdzieniegdzie zielenią.

Zielone akcenty były przy barze, przy stanowisku DJa oraz na poręczach i schodach, które prowadziły na piętro.

Właśnie do niego się kierowałem, zauważając, że do zawieszonych nad parkietem trzech czarnych klatek wchodzą dziewczyny po kolejnej zmianie.

Ubrane w skrawki zielonego materiału, byle tylko zakrywał on cycki i tyłek.

Będą tańczyć przez trzy piosenki, by następnie zejść na pół godziny i zostawić klatki dla ochotników.

W większości były to już zalane w trupa dziewczyny, które myślały, że po pijaku dobrze wymachują tyłkiem.

Takie okazy chłopcy od razu powstrzymywali i odprowadzali na dół lub wypraszali z klubu.

Przeszedłem na piętro i opadłem na jedną z wielkich kanap.

Były ustawione niedaleko barierek, więc miałem na oku cały klub, począwszy od baru, kończąc na wejściu do toalet po drugiej stronie pomieszczenia.

Patrzyłem na Aleca, Jake’a i Hannah, którzy uwijali się przy barze. Chłopcy po jego obu krańcach, a Hannah na środku.

Ludzi co chwilę przybywało. Kto odszedł z drinkiem w ręce był zastępowany przez kolejnego, kto chciał drinka dostać.

DJ bawił się przy konsoli, która była na podwyższeniu, zrównana z klatkami.

Dziś lubował się w remixach, przez co ludzi na parkiecie wciąż przybywało.

Mało kto siedział w lożach przy ścianach.

Przy toaletach utworzyła się już kolejka złożona z kilku dziewczyn, które przeglądały coś w telefonach lub już przed wejściem poprawiały makijaż.

– Cześć, szefie- usłyszałem znajomy głos.

Odwróciłem wzrok od bioder Leah, którymi powoli kołysała w rytm piosenki, przyciskając się do krat, jakby chciała się wydostać.

Spojrzałem na ładną twarz Hannah, która stała przede mną z moim drinkiem w rękach i właśnie go stawiała na stoliku obok kanapy.

– Dzisiaj nie ma dużych problemów, nie musisz siedzieć do końca.- powiedziała, poprawiając zieloną chustkę, którą miała przewiązaną ciasno na szyi.

– Ojciec kazał- mruknąłem.- Poza tym czekam na Jamesa.- dodałem.- Wracaj na dół, chłopcy już nie dawają rady.- skinąłem w stronę baru, gdzie Alec właśnie pośpiesznie wycierał ręce w fartuch w drodze na zaplecze, a Jake robił trzy drinki naraz.

– Jasne- zasalutowała i biegiem ruszyła w dół schodów.

Zniknęła tak szybko, jak się pojawiła.

Sięgnąłem po swoją szkocką, której teoretycznie nie mogłem jeszcze pić.

Ale od czego mam fałszywą tożsamość i dwadzieścia jeden lat w dowodzie?

W świetle prawa powinienem być biednym studenciną, najlepiej na dożywotnim kredycie.

Tymczasem byłem spadkobiercą ogromnego majątku, niekoniecznie zdobytego legalnie. Byłem inaczej wychowany, potrafiłem rzeczy, których zwykły dwudziestolatek nigdy by nie zrobił, bo wyrzuty sumienia i własna moralność po prostu by go zjadły. Mogłem się uczyć zawodu, który mnie interesował, a nocami przesiadywać tutaj i zajmować się interesami Victora.

– Hej, skarbie- z myśli wyrwał mnie przesłodzony głos Leah, która skończyła tańczyć w klatce wraz z dwiema innymi tancerkami.

Reszta zniknęła w garderobie na piętrze.

A ona była teraz obok mnie.

Dziś niekoniecznie chciałem przebywać w jej towarzystwie.

– Czego chcesz, Leah?- zapytałem oschłym tonem, ale ona nie zrozumiała oczywistej aluzji: Nie potrzebuję cię dzisiaj.

Co prawda, nie powinienem narzekać.

Połowa facetów, którzy obserwowali występy w klatkach najprawdopodobniej dałaby się zabić, by teraz być na moim miejscu.

Leah była gorąca i nie mogłem tego nie zauważyć. Poza tym nie oczekiwała czekoladek i ballad pod oknem o północy w wyrazie wdzięczności za użyczenie samej siebie.

Ok, może to brzmiało trochę dupkowato, ale ona sama tego chciała. Niczego więcej.

Więc kim ja byłem, żeby się burzyć?

Wygodnie, bez problemu i kiedy tylko chciałem.

Ale dzisiaj nie miałem większej ochoty słuchać jej paplaniny, tym bardziej, że później nie dostanę z tego żadnych korzyści, a jedyne co mogłem otrzymać to ból głowy.

– Siedzisz sam, więc pomyślałam, że przyda ci się moje towarzystwo, kochanie.- odparła, udając zasmuconą.

Podeszła bliżej, na swoich wysokich, zielonych szpilkach i wylądowała chwilę później na moim kolanie.

Zabrała z mojej dłoni szklankę z resztką szkockiej i ją wychyliła.

Chyba nie pozwoliłem.

– Czemu jesteś taki naburmuszony?- zapytała z szerokim uśmiechem, chwytając mnie za policzki. Zbliżyła usta do mojego ucha, jednocześnie się nade mną pochylając, przez co miałem wgląd we wszystko co było pod jej specjalnie podartym topem.- Jesteś zły?- zapytała cicho.- Wtedy jesteś najlepszy, a ja mam dziś ochotę. Nakręciłam się dla ciebie, gdy tańczyłam.- schodziła dłonią odzianą w długie neonowo-różowe paznokcie po mojej piersi, po brzuchu, aż dotarła do paska.

Tyle, że dziś zamiast fiuta mógł spod niego wyskoczyć tylko pistolet, który był schowany przy moim boku, którego nie okupowała swoimi cyckami.

Odrzuciła długie blond włosy na plecy i trzymając jedną rękę na moim policzku, wpiła się żarłocznie w moje usta.

Odruchowo chwyciłem jej kark i ustawiłem jej głowę tak, jak chciałem. Jej palce chwyciły guziki czarnej koszuli i zaczęły ją rozpinać.

I w tym momencie przypomniało mi się, że przecież dzisiaj nie miałem ochoty, a sama Leah aktualnie wzbudzała we mnie irytację.

Naprawdę byłem dzisiaj nie w humorze.

Przerwałem pocałunek i odepchnąłem jej dłonie, które zaraz wskoczyłyby na moją skórę.

Otworzyła oczy i zamrugała, zdziwiona moją niechęcią.

– Ale ja nie mam ochoty- mruknąłem beznamiętnie.- Wracaj do dziewczyn- wskazałem na garderobę, z której właśnie wyszła Livy i ruszyła w stronę klatki.

– Ale- zaczęła, lecz przerwałem jej, gromiąc ją spojrzeniem.

Urwała swój wywód i zmarszczyła brwi.

– Jasne- westchnęła i wstała z moich kolan, zakładając kosmyk jasnych włosów za ucho.- Zadzwoń, jeśli będziesz ją miał.- wymamrotała, odwracając się ode mnie i idąc szybko w stronę pomieszczenia, z którego wydobywały się piski i wysoki śmiech.

Uwolniony od jej duszących perfum, rozsiadłem się znów wygodniej i zacząłem wypalać dziurę w tyle głowy Hannah.

Kilka sekund później obejrzała się za siebie i pokręciła głową, widząc moją ewidentną ochotę na drugiego drinka.

Uśmiechnąłem się do niej, gdy sięgnęła odpowiednią butelkę i nalała na dwa palce do szklanki.

Nie podawała żadnej kelnerce mojego drinka, tylko sama ruszyła w stronę schodów, by go zanieść.

Victor za dobrze nauczył swoich pracowników, jak mają się zachowywać, jeśli chodzi o nas.

Odwróciłem od niej wzrok i standardowo przejechałem nim po tańczących ludziach na dole i zamarłem.

A może jednak już do pierwszego drinka coś dosypano? Zaśmiałbym się z tej myśli, ale aktualnie potrafiłem wpatrywać się w jeden punkt na dole. Punkt, który przepychał się w stronę baru, trzymając za rękę drugi Punkt, którego również nie powinno tu być.

Ja chyba naprawdę miałem omamy.

– Proszę- usłyszałem obok siebie, a zaraz potem cichy trzask szkła uderzającego o szklany stolik.- Szefie?

– Dzięki- powiedziałem i wstałem z kanapy, przechodząc blok barierki.

Oparłem się ramieniem o filar obok mnie, w pełni ignorując wijące się na wysokości moich oczu dziewczyny w trzech klatkach.

Potrafiłem je wbijać tylko w Lay, która właśnie uśmiechała się do Aleca, który zaczął mieszać ich drinki.

Marina, jej przyjaciółka, stanęła obok niej i razem czekały na drinki, rozmawiając o czymś między sobą.

Gdyby nie to, że na zawołanie umiałem przywołać jej obraz w umyśle, nie byłbym w stanie teraz jej rozpoznać.

Z reguły ubierała się wygodnie.

Ładnie ale wygodnie, bo chodziła do szkoły i często miała treningi po zajęciach.

Prawie nie nosiła makijażu, a gdy już się to zdarzało, to było to łagodne.

Dziś poznałem ją jedynie po tym pięknym uśmiechu, który skierowała do Mariny.

Obie były ubrane na czarno.

Rudowłosa dziewczyna ubrana była w czarne szorty i koszulkę na ramiączkach z jakimś napisem z przodu.

Lay natomiast miała na sobie małą czarną.

Nie wiedziałem, jakim cudem ja jeszcze stoję o własnych siłach.

Kiecka opinała ją jak druga skóra, kończąc się zaraz za tą uroczą pupą.

Miała o wiele dłuższe nogi, więc musiała mieć na sobie obcasy.

Włosy opadały jej na plecy kaskadą ciemnych fal.

Makijaż miała mocny, ale nadal wyglądał dobrze. Mogłem się założyć, że zrobiła go tylko dlatego, żeby wyglądać na starszą niż była.

Patrzyłem, jak dostają swoje drinki, a Alec kręci głową i coś mówi.

Już zaczynał czarować tekstem: ‘na mój koszt’.

W kolejnej chwili obie wychyliły swoje shoty złożone z czystej tequili i pognały na parkiet, znikając w morzu ciał.

Ciekaw byłem, dlaczego Dante nie zapytał je o dowody.

Ale przecież wystarczyło na nie spojrzeć, by wiedzieć, jaki był powód braku tego żądania.

Ledwo powstrzymałem się przed zbiegnięciem ze schodów i odszukania jej w tłumie.

Nie miałem prawa ani zamiaru jej się pokazywać.

Nigdy nie mogłem być pewny tego, że wcześniej mnie nie zauważyła, choć przez ułamek sekundy. Więc z pełną premedytacją nie mogłem sprawić, że mnie zobaczy. Chyba, że zajdzie taka potrzeba, a Victor mi to powie prosto w twarz, bym miał pewność.

Zawsze musiałem mieć pewność.

Dlatego z powrotem usiadłem na kanapie, sięgnąłem po szklankę wypełnioną alkoholem i namierzyłem wzrokiem poruszające się obok siebie dwa ciała.

Chociaż tyle mogłem teraz zrobić, by nic im się tu nie stało.

Nie na mojej warcie.

***

Dwie godziny później Lay wróciła kolejny raz na parkiet i kołysała tyłkiem do ‘Talk dirty’ Derulo, a Marina kończyła kolejnego drinka.

Z dzisiejszej nocy mogłem stwierdzić, że to ta, która zaprzątała moje myśli niemal nieustannie, miała mocniejszą głowę.

Nadal chodziła prosto, a Marina tylko troszeczkę się chwiała.

I wiedziałem, że zapewne dziś rano, gdy się obudzą, nawet nie poczują ilości alko jaką w siebie wlały.

Wszystko wytańczyły.

A ja kilka razy prawie przeleciałem przez poręcz, żeby odsunąć od Lay natrętne łapy.

Jak dobrze, że miałem tu Liama, który wiedział, na kogo ma patrzeć tej nocy razem ze mną.

Od razu podchodził i wtapiając się w tłum, odsuwał gościa od dziewczyny.

Widząc, że nic złego się nie dzieje, zszedłem na dół i przeszedłem ciemnym korytarzem do biura Victora.

James wszedł tam chwilę temu.

Zapewne zostawiał tam teraz swój mały arsenał.

Odblokowałem drzwi kartą i wszedłem do środka.

– Tęskniłem, dupku!- wydarł się na całe biuro i przykleił się do mnie, poklepując po plecach.

Uśmiechnąłem się i z taką samą siłą, co on, uściskałem go i klepnąłem w łopatkę.

– Studia są do dupy- mruknął, odsuwając się ode mnie.

Przez większość część roku James pomieszkiwał w Nowym Jorku i zajmował się interesami Victora właśnie tam.

By nie zwariować do reszty studiował weekendami historię na uniwerku stanowym.

– Tak samo jak seks w dziewiętnastowiecznej Anglii.- dodał, opadając na fotel, na którym siedziałem całkiem niedawno.- Jest Victor?

– Nie, wyszedł przed północą.- odpowiedziałem, opierając się o regał wypchany segregatorami.- Chyba sobie poradzisz, nie?- upewniłem się, a widząc jego wymowną minę, kolejny raz się uśmiechnąłem.- Czyli mogę iść spać.- dodałem z radością w głosie, na co otrzymałem środkowy palec w odpowiedzi.- Też tęskniłem, stary- z tymi słowami otworzyłem drzwi i wyszedłem na korytarz.

Miałem zamiar napisać mu, gdy tylko wyjdę, że Lay jest w klubie i by na nią uważał, ale najpierw chciałem się upewnić, że nadal tu jest.

Przechodziłem właśnie obok wejścia do toalet, gdy wpadło na mnie coś z czerwonymi włosami.

No proszę.

Automatycznie chwyciłem ją jedną ręką w pasie, żeby nie upadła na swą ładną twarz.

– Ojć- pisnęła, gdy zachwiała się na obcasach. Położyła odruchowo rękę na mojej klacie, odzyskując równowagę.- Przepraszam cię, złotko- poklepała mnie lekko i poszła dalej.

Obserwowałem, jak idzie w stronę wyjścia.

Tam stała już Lay z telefonem w dłoni.

Gdy Marina do niej podeszła, odwróciła wzrok od ekranu i skinęła głową.

Obie wyszły z klubu.

Idealnie.

Odczekałem piętnaście sekund i również wyszedłem, żegnając się szybko z Dantem.

Włożyłem dłonie do kieszeni moich czarnych spodni i ruszyłem w ślad za dziewczynami. Dom Mariny mieścił się niedaleko centrum, a ulicę dalej mieszkała Lay.

Miałem zamiar je odprowadzić, nawet jeśli nigdy się o tym nie dowiedzą.

O drugiej w nocy mogłem to zrobić albo ja, albo morderca-psychopata.

Ale jak niby miałem je skłonić do tego, żeby zawsze wracały z kimś, kto może je ochronić?

To, co robiły teraz było cholernie nieodpowiedzialne i miałem ogromną nadzieję, że rano ogarną, co zrobiły i jak niebezpieczne to było.

Po tych kilku miesiącach mogłem śmiało powiedzieć, że oleju w głowie im nie brakowało. To była pierwsza sytuacja, kiedy się tak razem zachowują i miałem nadzieję, że jest zarazem ostatnia.

Szedłem w odległości kilkudziesięciu metrów, i nie będę nikogo okłamywał.

Podziwiałem kolejny raz nogi mojego obiektu, który szpiegowałem przez ostatnie miesiące.

Nie wiem, jakim cudem potrafiła tak dobrze chodzić w tych butach, ale szła w sposób, jakby chodnik był catwalkiem, a ona Carą Delevingne.

– O Boże!- z myśli wybudził mnie jęk Mariny.

– Co?- zapytała Lay.

– Właśnie do mnie dotarło, że zanim wyszłyśmy, chyba do kogoś zarywałam.- wydusiła dziewczyna, a ja ledwo pohamowałem śmiech.

– Tak? Nie przyjrzałam się.- może to dlatego, że masz popsuty wzrok i brak okularów na nosie, malutka.- Przy toaletach?- upewniła się, a ja słuchałem uważnie.

– Mhm- westchnęła Marina.- Zapomniałam spojrzeć w górę. Zarejestrowałam tylko ogólną wielkość.- wyjaśniła, stając na palcach i wyciągając ramię wysoko za głowę, prezentując Lay, jakiego to ja byłem wzrostu.- Poza tym miał czym oddychać.- podsumowała.

– Co? Chwila- wydukała Lay, patrząc na Marinę ze zdezorientowaną miną.- Miał czym oddychać? A może wpadłaś na inną laskę i zderzyłaś się z jej cyckami?

– Miałam na myśli szerokość!- warknęła rudowłosa, kręcąc głową.- Na pewno było płasko.- dodała.

Przystanęły przy chodniku, który prowadził do domu Mariny.

Lay klepnęła ją w tyłek, gdy dziewczyna ruszyła w stronę domu.

Przez uderzenie sapnęła, obróciła się i spiorunowała Lay wzrokiem.

– Ale ja jestem głupia- wykrzyknęła nagle, doznając kolejnego olśnienia.- Poklepałam go po tej klacie! Dlaczego mi się to teraz przypomniało?!- złapała się za głowę, a ja oglądałem dalej ten kabaret.

– Wyklepałam z ciebie wszystkie te bzdury- skwitowała Lay, wymachując dłonią, jak flagą na czwartego lipca.

– A ja zarywałam do kogoś, nawet o tym nie wiedząc!- syknęła Marina.- Idę się dalej pławić w grzechu. Puste łóżko tylko dla mnie, na mnie czeka!- wypaliła i ostatni raz pomachała Lay, obracając się w stronę domu.

Teraz szedłem o wiele wolniej i w większej odległości od niej, by mieć pewność, że mnie nie usłyszy.

Zauważyłem, że gdy była sama, szła trochę szybciej i dzierżyła telefon w dłoni, jakby to była jej broń.

Przynajmniej czuła teraz konsekwencje wracania samej po nocy.

Więcej już tego nie zrobi.

Towarzyszyłem jej aż do zamknięcia przez nią drzwi wejściowych.

Zapaliła małą lampkę w korytarzu, zapewne zdejmując teraz buty, by nie obudzić mamy stukotem szpilek.

Po chwili światełko zgasło, a kilka sekund później silniejsze światło włączyło się w jej pokoju.

Odwróciłem się niechętnie, gdy z oddali zauważyłem, jak rozpina zamek sukienki, która zaraz miała wylądować u jej stóp.

Chciałem przestać o niej myśleć, wrócić do domu i zająć umysł tylko własnym łóżkiem i wielogodzinnym snem.

 

Opublikowano
Kategorie 18+ Romans
Odsłon 1820
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!