Ścieżka – Prolog

   Wszystko zaczęło się od tego, że Jennifer Lee obudziła się sama z siebie. Odkąd urodziła się Tammy, jej matka nigdy nie budziła się z powodu innego, niż głośny dziecięcy płacz. Wszyscy w Thorngate wiedzieli, że trzydziestoczterolatka ledwo sobie radziła. Żeby móc zarobić na wszystko, czego potrzebowała jej córka, musiała pracować praktycznie cały dzień. Miała szczęście, że jej sąsiadka, starsza pani Willows chętnie jej pomagała i pilnowała Tammy, kiedy Jennifer pracowała na dwie zmiany w jednym z miejscowych sklepów. 

   Zmieszana Jennifer zerknęła na zegarek. Była dziesiąta rano. Ośmiomiesięczna Tammy nigdy, ale to nigdy nie pozwalała jej spać dłużej, niż do ósmej, a nawet to było rzadkością. Malutka miała potężne płuca, to na pewno. Nieważne, jak bardzo śpiąca była jej matka, dziewczynka zawsze budziła ją swoimi rozpaczliwymi wrzaskami.

   Kobieta powoli przeszła do drugiego pokoju, w którym, podobnie jak w całym jej domu, nie było wiele. Starała się jak mogła, by to malutkie pomieszczenie służyło za pokój dziecięcy, ale udało jej się zdobyć tylko kojec, który z dobroci serca zrobił świętej pamięci mąż pani Willows, stary przewijak, małą półkę na książki (których nie było więcej, niż tuzin) oraz jeden z foteli, który dawniej stał w salonie.

   — Tammy, kochanie? — mruknęła Jennifer, przecierając oko pięścią. — Czyżbyś ten jeden, jedyny raz spała dłużej, niż mamusia? 

   Podeszła do kojca i niemalże automatycznie nachyliła się, by wziąć dziewczynkę na ręce, ale jej tam nie było. Łóżeczko było puste. Jennifer od razu otrząsnęła się ze swojego połowicznie uśpionego stanu. Nie było jej tam. Jasna cholera, Tammy nie było w kojcu! Przecież na pewno wkładała ją tam wieczorem, pamiętała, jak czytała jej Calineczkę do snu!

   Zaczęła w panice szukać Tammy w domu, cały czas ją nawołując. Nie obchodziło jej, że spóźniła się do pracy. Córka była jej priorytetem. Jennifer przewróciła cały dom do góry nogami, i to dwukrotnie. Nigdzie jej nie było.

   Nie wiedziała, co robić. Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek w życiu tak się stresowała. Nawet to, że jej eks ją zdradził i wyjechał do Stanów Zjednoczonych ze swoją nową, dwudziestoletnią kochanką wydawało się przy tym zaledwie błahostką. Codzienne przemęczenie pracą wydawało się być jedynie kroplą wody w porównaniu do tego, jaki wodospad nerwów wywołało zniknięcie Tammy.

   Przez chwilę Jennifer myślała o tym, że może pani Willows zabrała ją do siebie, ale nie miała klucza, więc to było niemożliwe. Jej dziecko po prostu zniknęło, jakby nigdy nie istniało. Może ktoś ją porwał? Ale kto w Thorngate porwałby ośmiomiesięczną dziewczynkę? Miasteczko nie miało nawet dwóch tysięcy mieszkańców, a większość ludzi się kojarzyło chociażby z widzenia. Powinna coś zauważyć!

   Najgorsze było to, że nic innego nie zniknęło. Tylko Tammy. Biżuteria była na swoim miejscu, tak samo jak oszczędności. Jennifer pobiegła do łazienki i zwymiotowała ze stresu. Jeszcze nigdy nie było z nią aż tak źle.

   Ignorując to, że była w piżamie, a jej włosy wyglądały, jakby strzelił w nią piorun, prędko narzuciła płaszcz i buty, po czym pobiegła na posterunek policji. Biorąc pod uwagę, że Thorngate nie było wielkie, policjantów było tu tylko trzech – porucznik Walker i dwóch młodszych policjantów, z czego jeden był siostrzeńcem pani Willows, a drugi jednym z nielicznych nowych mieszkańców. Nowa rodzina wprowadzała się do miasteczka raz na kilka lat i zwykle już tam zostawała.

   — Tammy zaginęła!

   Słysząc, jak kobieta wykrzykuje to jedno, krótkie zdanie, Jackson Walker od razu wypluł swoją kawę i spojrzał na nią, jakby oszalała. Jennifer była znana w Thorngate z tego, że nie radziła sobie z córką i wiele razy zdarzało jej się zostawić ją u sąsiadki na noc (dobrze, że wdowa nie miała z tym problemu i uwielbiała małą Tammy jak własną wnuczkę), ale w jej spanikowanym, niemalże dzikim spojrzeniu było coś, co jasno dało mu znać, że to nie o to chodziło tym razem.

   Od razu podszedł do kobiety i złapał ją za ramiona, usiłując wydostać z niej jakieś sensowne zdanie. Nie pomagało, dalej ciągle tylko powtarzała, że jej dziecko zniknęło. Porucznik prędko narzucił kurtkę i ruszył z nią do jej domu.

   Jennifer Lee mieszkała w niewielkim domku, którego widoczną na pierwszy rzut oka cechą było to, że trzeba było posprzątać. Może nie był to skrajny syf, ale widać było, że kobieta nie miała czasu na porządne zajęcie się domem.

   Gdy Walker w końcu jakimś cudem uspokoił Jennifer i udało mu się uzyskać od niej (w miarę) spokojny opis tego, co się stało, ponownie przeszukali dom. Tym razem nie tylko Jennifer, ale i porucznik. Rezultat był ten sam.

   Z jakiegoś powodu Jackson Walker najbardziej przejmował się tym, że nie było ani śladu włamania. Jakby Tammy po prostu zniknęła. Ale to było niemożliwe. Ośmiomiesięczne dzieciaki nie wychodziły tak po prostu z łóżeczka i nie uciekały z domu. Jego własna córka, Amy, w tym wieku usiłowała zjeść drewniane zabawki strugane przez starego, poczciwego Willowsa. Świeć Panie nad jego duszą, pomyślał krótko policjant.

   Mike Willows był naprawdę dobrym przyjacielem większości starszych mieszkańców miasta. Było w nim coś, co po prostu przyciągało ludzi. Nie było w Thorngate człowieka, który by go nie lubił lub chociaż nie szanował. Ba, Mike’a uwielbiali wszyscy, którzy zostawali w miasteczku na dłużej. Może przez to, że bezinteresownie robił dla ludzi meble i zabawki z drewna. Ot tak, żeby innym było milej. 

   Jackson jeszcze raz przyjrzał się wszystkim zamkom. Co prawda nie był ekspertem od włamań (od tego miał Jake’a, jednego z podwładnych, który kiedyś chciał pracować dla FBI, ale wrócił do Wielkiej Brytanii, gdy zmarła jego matka, siostra pani Willows), ale był pewien, że oprócz zaginionego  dziecka, nic nie wskazywało na to, że cokolwiek się stało.

   Jego umysł od razu powędrował do potencjalnego motywu. Okup? Nie, to by był kompletny debilizm. Jennifer byłaby jedną z ostatnich osób w Thorngate, od której wymaganie okupu miałoby sens. Zemsta? Komu mogłaby podpaść Jennifer? Pewnie, była przemęczona i czasem okazywała to w dosyć… niemiły sposób, ale bez przesady, chyba nikt by się nie posunął tak daleko za wredną, zmęczoną kasjerkę.

   Tak bardzo, jak nie podobała mu się ta opcja, teraz mogli tylko czekać. Zgłosił zaginięcie małej Tammy do Londynu z nadzieją, że może ktoś bardziej wyspecjalizowany pojawi się w Thorngate i bliżej przyjrzy się sprawie, ale stolica była pełna własnych zbrodni.

   Walker westchnął, opowiadając o całym zajściu pastorowi przy spowiedzi, do której udał się tego wieczora. Z wiekiem miał wrażenie, że powoli nie daje sobie rady z pracą i tylko siedemdziesięcioletni Lucius Bathor jest w stanie sprawić, że odczuje ulgę. Znał go z czasów jeszcze przed powołaniem, gdy robił mu za opiekunkę. Cieszył się, że wrócił do Thorngate. Miasteczko wydawało się po prostu potrzebować niektórych osób, żeby funkcjonować.

   Niestety nawet pastor nie pomógł ani Jennifer, ani Jacksonowi z bezsennością związaną ze zniknięciem dziewczynki. Najgorsze było to, że nie musieli długo czekać, a zaginęło kolejne dziecko, tym razem był to Jeremy Stillton, czteroletni syn bibliotekarza.

   Jeśli była jedna rzecz, której Walker był teraz pewien, było nią to, że to nie koniec. Dokładniej mówiąc, był pewien, że to dopiero początek. Na nieszczęście i jego, i całego Thorngate, miał rację…

Opublikowano
Kategorie Horror
Odsłon 457
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!