Był to wiosenny dzień.

 

Drzwi Katedry Berlińskiej były otwarte na oścież przez co czułam wiatr uderzający w moje plecy. Powoli zbliżała się godzina dwunasta. Ludzie zaczęli zbierać się na msze, a ja miałam przed sobą jeszcze wiele godzin pracy nad rekonstrukcją jednej z kapliczek. Często pracowałam w godzinach nabożeństw przez co słuchałam śpiewu chóru i kazań księży. Nie przeszkadzało mi to, zawsze w moim domu był obecny Bóg. 

—Przepraszam — wyrwał mnie z zadumy damski głos. Oderwałam pędzel od ściany i odwróciłam głowę. Moim oczom ukazała się jedna z zakonnic — Zaparzyłam herbatę — kobieta patrzyła na mnie z beżową filiżanką w ręce.

Uśmiechnęłam się na widok kobiety. Często widziałam ją na balkonie śpiewającą razem z innymi. Miała piękny głos — Dziękuję, że o mnie pani pomyślała — uśmiechnęłam się na widok kobiety i zeszłam sprawnie z rusztowania.

—Widzę jak pani ciężko pracuje — uraczyła mnie uśmiechem starsza kobieta — Dzięki pani pracy nasza katedra jest jeszcze piękniejsza. 

Kobieta przejechała wzrokiem po dziele, które było w trakcie odnowy. Zauważyłam w jej oczach błysk. Nie raz z nią rozmawiałam podczas moich krótkich przerw. Spędziła tu większość swojego życia, dla mnie też byłoby ważne przebywać w tym pięknym miejscu. 

—Bardzo pięknie pani śpiewa — powiedziałam po chwili namysłu. Zawsze to ona mnie wychwalała, a ja tylko kiwałam głową zawstydzona. 

—Bez moich dziewcząt nie byłby taki piękny — uśmiechnęła się przez co na jej pucołowatej twarzy pojawiło się więcej zmarszczek. To był szczery uśmiech. 

Nagle mój telefon zadzwonił. Na jego ekranie pojawił się kontakt o nazwie Martin i zdjęcie przeciętnie przystojnego mężczyzny z wielkim zadziornym uśmiechem. Zdziwiłam się, dużo minęło od naszej ostatniej rozmowy. Kobieta kiwnęła mi głową bym odebrała, a sama odeszła. Westchnęłam  i wcisnęłam zieloną słuchawkę przykładając telefon do ucha.

—Vivien — usłyszałam głos w słuchawce — Przyjedź jak najszybciej do klasztoru.

***

Pod butami poczułam trawę, a przed moimi oczami rozpościerał się piękny stary klasztor. Był tak samo piękny, jak kiedyś. Ciekawe, po co Martin chciał bym przyjechała tak szybko? Może na poważnie planują ten napad na Narodowy Bank Hiszpanii? Nie… myślę, że nie. Ten plany był niewykonalny, nawet Andres był tego świadomy — pomyślałam. Powoli weszłam do środka. Ciepłą dłonią dotknęłam zimnego kamienia, z której były zrobione ściany budynku, było jak dawniej. Gdy szłam w stronę serca klasztoru, ogrodu, natknęłam się na mnichów. Większość z nich znałam, kiedyś tu pomieszkiwałam razem z Andresem i Martinem. Gdy przechodziłam przez ostatnie korytarze usłyszałam głośne rozmowy i śmiech. Nie było tam, tylko dwójki moich przyjaciół, ale i jakieś kobiety. Przyśpieszyłam przez co już po chwili na mojej twarzy pojawił się blask słońca oślepiający moje oczy po ciągłym marszu w ciemności wilgotnych korytarzy. Ręką zrobiłam sobie trochę cienia by móc zobaczyć przyjaciół. Moim oczom ukazał się podchodzący do mnie mężczyzna z zielonymi oczami, wydawał się zmartwiony, może i trochę zakłopotany. Po chwili wylądowałam w jego ramionach, ale jego uścisk się różnił od tego, co zawsze. Nie był tak stęskniony i mocny. Czułam jakbym to ja trzymała Martiniego. Po chwili poczułam coś mokrego na moim ramieniu, to były łzy bruneta. Pogłaskałam mężczyznę po głowie, po czym wzięłam jego mokrą od słonych łez twarz         w ręce. Jego oczy były czerwone, mojemu wzrokowi też nie umknęły wory pod nimi. Byłam zmartwiona. Co takiego mogło się stać by mój Martini płakał? — zapytałam siebie. 

 

🌼Palermo🌼

Poczułem jej delikatne ręce na mojej twarzy. Powoli podniosłem wzrok, ale nie chciałem spojrzeć jej w oczy… ja zawiodłem ją. Położyła rękę na moim podbródku, a ja zdezorientowany popatrzyłem jej nieświadomie w oczy. W jej piwne oczy… kochałem je, ich kolor, kochałem w nich wszystko. Tak samo, jak w niej wszystko kochałem, ale teraz była zmartwiona. Zmarszczyła brwi widząc moje łzy i otworzyła usta, by coś powiedzieć. 

—Co się stało? — wyszeptała bym tylko ja mógł to usłyszeć. Choć nie patrzyłem w tył wiedziałem, że w moje plecy jest wbitych wiele spojrzeń. 

—Chodźmy gdzieś indziej… proszę — wymamrotałem słabo. Nie miałem siły mówić.

Vivien kiwnęła głową i złapała mnie za rękę ciągnąc w stronę korytarza klasztoru. Gdy byliśmy już na tyle daleko by echo naszych szeptów nie dotarło do reszty zacząłem mówić.

—Przepraszam — mój głos się łamał. Choć chciałem być silny wiedziałem, że przy niej nie musiałem. 

—Ale… co się stało? — dalej była zdezorientowana, nie wiedziała, o czym mówi. Sam nie chciałem, by wiedziała, ale nie mogłem przed nią tego ukrywać.

—Andres… nie żyje — z moich oczu poleciały kolejne słone łzy. Był dla mnie jak brat…

Jej wyraz twarzy się zmienił. Nie mogłem z niego nic wyczytać. W jej oczach pojawiła się pustka. Położyłem rękę na jej policzku czując samotną łzę spływającą z jej prawego oka. Moje spojrzenie trafiło na jej oczy bez życia… choć czułem ich smutek dalej były dla mnie piękne. Na mojej twarzy zagościł smutny uśmiech. Moje zmęczone od płaczu łzy wydobyły z się jeszcze kilka słonych kropel. Wytarłem kciukiem łzę i zbliżyłem się do Vivien z zamiarem ponownego zamknięcia jej w swoich ramionach, ale nagle odepchnęła mnie. Poczułem na plecach zimno skały z której zbudowany był klasztor. Popatrzyłem na nią zaszokowany, nie spodziewałem się tego. Na jej twarzy zauważyłem złość w czystej postaci i łzy… jej cały makijaż był rozmazany przez te cholerne łzy. Uniosłem rękę    w kierunku jej twarzy, ale od razu ją odtrąciła.

—Miałeś je…jedno zadanie! — jej głos się załamywał przy każdej sylabie — Obiecałeś!

—Przepraszam… — znów podjąłem próbę zbliżenia się do niej. Położyła dłonie na moim torsie i przygwoździła mnie znów do kamiennej ściany.

—Miałeś go chronić… — jej płacz stawał się coraz silniejszy, co tylko jeszcze bardziej mnie przygnębiało.

—Ja… próbowałem, ale nie było mnie tam — już nie próbowałem. Patrzyłem na nią w pół mroku nie wiedząc, czy mi kiedykolwiek wybaczy.

Z jej ust jedynie wypłynęło ciepłe powietrze… żadne słowa. To była żenująca cisza, była gorsza od wyzwisk, jakie mogłem usłyszeć w takiej sytuacji. Nie było takich, jakimi mogłaby opisać moją beznadziejną i nikomu niepotrzebną osobę. Zamknąłem oczy, wiedząc, że zaraz poczuje pieczenie na moim policzku, ale ku mojemu zdziwieniu nie poczułem bólu. Poczułem, jak coś do mnie przywiera. Otworzyłem zdziwiony oczy i zobaczyłem ją. Jej twarz była ukryta w mojej koszulce, a dłonie trzymały materiał na moich ramionach w garściach. Uśmiechnąłem się słabo i objąłem ją delikatnie. Przez mój gest jeszcze mocniej przywarła do mojej klatki piersiowej cicho szlochając. Położyłem swoje usta na jej złotej główce całując ją, później położyłem na niej nos, wdychając zapach jej włosów. 

—Przepraszam — wymamrotałem wciąż przywierając do czubka jej głowy.

Nie odpowiedziała. Poczułem jak jej oddech powoli się unormował, przez co na korytarzu zrobiło się niespotykanie cicho. Zawsze słychać było gwizd wiatru lub echo rozmów. Poczułem się niezręcznie. Dopiero teraz zauważyłem, że jesteśmy tu sami. W moim brzuchu pojawiło się dziwne ciepło, tak samo, jak na twarzy. Przywierając do tej zimnej ściany poczułem jak zaczynam gotować się w środku. Byliśmy tak blisko siebie. Myślałem, że to uczucie już dawno temu zniknęło, ale najwyraźniej się myliłem. Dalej ją kochałem. Dalej była jedyną kobietą, która mnie podniecała i przez każdy uśmiech rozkochiwała w sobie.

 

🌸Vivien🌸

Byłam przerażona, rozgoryczona… jednym słowem nie wiedziałam co robić. Andres nie odzywał się już od dwóch lat. Myślałam, że może znalazł jakaś wypasioną klinikę i zaczął tam się leczyć. Byłam głupia… on nie odezwał się do mnie, bo umarł. Mój ukochany umarł. Choć w jego życiu zawsze była jakaś kobieta to ja była zawsze pomiędzy nimi. To ja byłam najważniejsza… czuje to. Chciałam zabić Martina, gdy usłyszałam to, ale teraz wiem, że nie powinnam go za to winić. To ja powinnam chronić moją miłość. Nie mój przyjaciel. Przytuliłam go jeszcze mocniej słysząc jego przyspieszone bicie serca. Rozluźniłam uścisk i położyłam dłonie na jego ramionach. Odsunęłam się, przez co on rozluźnił swój uścisk i podniósł głowę. 

—Przepraszam. Poniosło mnie — czułam się winna za to, że Martini płakał. 

Ku mojemu zdziwieniu mężczyzna pocałował mnie w czoło i uśmiechnął się chcąc pocieszyć mnie.

—W takiej sytuacji każdego ponosi — zaśmiał się. Widziałam jednak, że on też się jeszcze nie otrząsnął — Jesteś cała rozmazana.

Parsknął, zakrywając usta ręką. Drugą zaś pogłaskał mnie po policzku. Uśmiechnęłam się nieświadomie na widok zadziornego uśmiechu Martiniego. Zdjęłam z policzka jego rękę i poszłam do najbliższego pokoju, by zmyć z siebie rozmazany tusz. Nie można już było nazwać tego makijażem. Otworzyłam drzwi od łazienki i weszłam do niej nie śpiesząc się. Wiedziałam, że Martini zaczeka. Puściłam wodę w kranie i wzięłam wodę w ręce. Nachyliłam głowę i zaczęłam spłukiwać ze swojej twarzy pozostałości makijażu.

 

🌼Palermo🌼

Gdy Vivien zniknęła za jednymi z drzwi na mojej twarzy pojawił się jeszcze szerszy uśmiech. Była tak samo piękna, jak kiedyś. Podobno z czasem znajomości każdy brzydnieje w naszych oczach. To kłamstwo. Ona jest jeszcze wspanialsza. Czułem jak moja twarz powoli robi się czerwona przez myśl o jej uśmiechu i innych podniecających mnie częściach jej ciała. Ukryłem twarz w rękach i zaśmiałem się krótko. W pewnym sensie czułem ulgę, ale i smutek, że Andres odszedł. Vivien była wolna, ale    i   smutna. Widziałem, że ranił ją, a później znów rozkochiwał w sobie. Nie zasługiwała na to. Zasługiwała na prawdziwą miłość, na zaangażowanie drugiej osoby. Chciałbym jej to dać, ale czy ona chce tego akurat ode mnie? — moje myśli powoli zaczęły mnie kłuć w mój prosty umysł. Nagle usłyszałem skrzypienie ciężkich drewnianych drzwi. Szybko oparłem się o ścianę i złożyłem ręce na piersi, jakbym się nudził, czekając na nią. Kobieta już zupełnie inaczej wyglądała. Miała ona lekki makijaż, przez co według mnie wyglądała uroczo. Jej złote włosy były w nieładzie, przez co wyglądała jak mała dziewczynka. Parsknąłem śmiechem na jej widok. Na moją reakcję kobieta zmarszczyła brwi i przewróciła oczami. Podszedłem do niej wolnym krokiem i zacząłem wygładzać jej włosy rękoma. Były bardzo przyjemne w dotyku. Po krótkiej chwili Vivien wyglądała trochę poważniej, ale dalej uroczo. Kobieta westchnęła widząc moją nadopiekuńczość.

—Co to za ludzie tam? — pokazała kciukiem na korytarz prowadzący do ogrodu.

—To przyjaciele Sergio z napadu na mennice — westchnąłem. Wszystko po to, by uratować jakiegoś gówniarza — narzekałem w duchu — A resztę znasz.

Kiwnęła głową i wypuściła powietrze z ust. Lubiła ciszę i spokój. Chaos nie był jej przyjacielem. Wiedziała, że nie będzie się czuła w ich towarzystwie dobrze.

—Posługujemy się nazwami miast — przewróciłem oczami. Według mnie to było głupie. W tych czasach nawet nie można zdradzić własnego imienia — Musisz sobie jakieś wymyślić.

Kobieta zamyśliła się. Stawiałem na coś w stylu Aleksandria lub Bizancjum, bo jednak lubi historie. Nagle na jej twarzy pojawił się uśmiech. Pewnie już wybrała.

—Już wiem! — na jej słowa pokazałem ręką, by mówiła dalej — Rzym.

Zaniemówiłem. Palermo też się znajduje we Włoszech… czy to… przeznaczenie? Bzdura! Przecież ja w takie rzeczy nie wierzę. W sumie Rzym też ma bogatą historię i kulturę, więc mamy już powód, dlaczego Rzym.

—Palermo — uśmiechnąłem się zadziornie — Miło poznać cię, Rzym.

Opublikowano
Odsłon 1076
6

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!