Cykl Lizboński: Portugalczyk | 0.2

Belém, Lizbona. Godzina 7:00

Poranne słońce zaglądało przez okna, gdy w pokoju rozbrzmiał nieznośny dla uszu dźwięk budzika. Lino usiłował wymacać wyłącznik, starając się ukraść choć kilka dodatkowych minut snu, po dwunastogodzinnej harówie w restauracji znajdującej się na parterze budynku w którym mieszkał z siedmioletnim Alessandrem.

Ledwo udało mu się wyciszyć urządzenie, a przesuwane drzwi do pokoju otworzyły się i do pokoju wszedł chłopiec, który zaspany wgramolił się do ojcowskiego łóżka. Bez słowa przytulił się do jego nagiej klatki piersiowej i z powrotem zasnął lekkim snem.

— Leks wstawaj — nakazał zaspany, po czym ziewnął głośno. — Musimy się ubrać, żeby zdążyć do szkoły.

Brązowe oczy syna spojrzały na Lino spod gęstych rzęs odziedziczonych po matce.

— Nie chce tam iść — wymruczał — wolę zostać z tobą, tato.

— Nie możesz. Musisz się uczyć, żeby móc spełniać wszystkie marzenia — uśmiechnął się do syna.

Wykorzystując okazję, Lino podniósł się z łóżka i zaczął łaskotać malca, wzbudzając tym samym jego śmiech, który wypełnił pokój.

— Tata przestań! — krzyczał wierzgając nogami.

— Przestanę, jak pójdziesz umyć zęby — obiecał.

— No dobrze! Idę! — wykrzyczał śmiejąc się jednocześnie.

Alessander zniknął tak samo szybko, jak się pojawił w pokoju. Już po chwili słychać było wodę lecącą z kranu w łazience i przesuwany podnóżek. Lino w tym czasie zdążył się ubrać i już po chwili spotkali się ponownie w niewielkiej kuchni, gdzie mężczyzna zdążył włożyć tosty do opiekacza, wyciągnął ich ulubione dżemy, rogaliki kupione dzień wcześniej w piekarni, sok i nalał mleko dla chłopca, żeby trochę się ogrzało nim je wypije.

Wspólne śniadania były już tradycją, którą Lino cenił ponad wszystko inne. Chłopiec także lubił przygotowane przez ojca posiłki i starał się zjeść jak najwięcej, mimo że w szkole do której chodził dostawał drugie śniadanie, za które płacił jego ojciec.

— Tato? — zapytał cicho.

— Co jest mistrzu?

— Mama już nie wróci, prawda? — zapytał smutnym głosem chłopiec, po czym ugryzł grzankę z roztopionym masłem i dżemem porzeczkowym.

Lino patrzył na chłopca nie wiedząc przez chwilę co powiedzieć. Od śmierci jego matki minęły prawie dwa lata i coraz rzadziej zdarzało się, że syn pytał o nią Lina, mimo silnej więzi, która ich łączyła.

— Vena powiedziała ostatnio, że jej tata też kiedyś zniknął i jej mama powiedziała jej, że on już nie wróci — tłumaczył chłopiec. — Czy mama też do nas nie wróci, jak tata Veny? — powtórzył pytanie.

— Leks, twoja mama bardzo cię kochała, wiesz? — W ustach Lino stanęła gula, która nie chciała ustąpić. Nie chciał okłamywać syna, ale myśl, że Selma nie wróci, nawet dla niego, dorosłego mężczyzny, była straszna.

— To dlaczego do nas nie wróci? Chce zobaczyć mamę! — zażądał łamiącym się głosem. — Zabierz mnie do niej! — W jego ciemnych oczach stanęły łzy.

Lino kucnął przy nim i mocno go przytulił chłopca do siebie, gdy pierwsze łzy spłynęły po wykrzywionej przez smutek twarzyczce.

— Gdybym mógł. Gdybym tylko mógł to zrobić, Leks — wyszeptał, a łzy także potoczyły się z jego oczu.

Przytulał syna, dopóki oboje się nie uspokoili. Lino spojrzał na zegar, gdy łzy z oczu przestały ciec po twarzy malca. Sam uspokoił się w ciągu zaledwie kilku sekund. Obaj szybko dokończyli posiłek, cały czas milcząc. Potem Alessander poszedł się ubrać, a sam Lino zajął łazienkę przemywając chłodną wodą twarz. Przez chwilę patrzył w swoje odbicie, w małym lusterku wybranym lata temu przez Selme, która urządzała ich mieszkanie, gdy Lino przejął restauracje po swoim dziadku. Nie mógł znieść tego miejsca, dlatego poza snem i sprawdzeniem co z małym rzadko bywał w mieszkaniu. Wolał przebywać w restauracji, choć i ta borykała się z kłopotami oraz budziła bolesne wspomnienia związane z dziadkiem Lina, który go wychowywał.

— Tato jestem gotowy! — krzyknął z korytarza Alessander.

— Już idę! — odkrzyknął wycierając twarz ręcznikiem.

Kilka chwil później faktycznie wychodzili z domu. Lino zgarnął z szafki portfel i klucze do samochodu, a także spakowany tornister szkolny. Nim zeszli na dół, zamknął mieszkanie, sprawdzając dwukrotnie, czy stary zamek na pewno zadziałał. Wyszli głównymi schodami i szybko odnaleźli czarnego hyundaia tucsona, którym od lat jeździł Lino. Wsiadając do środka obszedł samochód z tyłu, sprawdzając czy żaden zwierzak nie ukrył się w wydechu lub pod samochodem, po czym zajął miejsce w fotelu kierowcy. Alessander był już zapięty, gdy odpalił silnik i wycofywał pojazd by wyjechać z miejsca parkingowego, które zwykł zajmować.

Szkoła Rinha Dona Amelia należała do jednej z większych placówek edukacyjnych w okolicy. Znajdowała się po drugiej stronie dzielnicy w której mieszkali, więc Lino zawoził Alessandra rano i odbierał go po zajęciach dodatkowych, na które chłopiec uczęszczał w roku szkolnym. Ojciec nie zmuszał syna do nadmiernej aktywności, ale nakłaniał go, żeby spróbował jak największej ilości różnych rozrywek, jednak chłopca od dawna ciągnęło w kierunku muzyki, podobnie jak jego ojca niegdyś.

W młodości Lino grywał na pianinie, którego dźwięk uwielbiał do tej pory, choć w ostatnich latach, równie chętnie chwytał za gitarę grając klasyczne utwory fado. Gdy przejechali, jadąc wzdłuż wybrzeża, koło doków skręcił w prawo kierując się w stronę stacji kolejowej Alcantara-Terra. Alessander, mimo że byli już w połowie drogi do szkoły, nie odezwał się do niego słowem, tylko wpatrywał się nieprzerwanie w mijane budynki i ludzi idących po chodniku.

Lino chcąc zniszczyć tą przytłaczającą ciszę włączył radio, w którym nadawano informacje o wystawie prac niejakiego Tizianiego Manninga, który uznawany był, za nowego Picassa wśród malarzy młodego pokolenia. Skupiony nie słuchał nawet co mówi speakerka. Liczyło się to, że coś grało w tle, przełamując nieznośną ciszę. Samochód wjechał w ulicę na końcu której znajdowała się szkoła, a w której, jak zawsze rano, tworzył się korek. Nauczycielka z którą miał lekcje Alessander, już czekała na dzieci, przywożone przez rodziców, wraz z małą grupką zebranych uczniów. Gdy Lino zatrzymał samochód, Leks chwycił plecak i wysiadł z pojazdu, nim ojciec zdążył cokolwiek powiedzieć. Przez chwilę patrzył na niego w zamyśleniu, gdy podbiegał do stłoczonej grupki, ale z otępienia wyrwał go dźwięk klaksonów rozlegający się za nim, gdyż uliczka zakończona była wąskim rondem umożliwiającym zawrócenie i wyjechanie samochodów.

Droga powrotna zajęła mu dość mało czasu, szczególnie patrząc na to, że nie natrafił na żaden korek, co w tej części miasta graniczyło z cudem. Niejeden raz z ruchu wyłączano całe ulice, ze względu na przejazd jakichś zagranicznych oficjeli, którzy jechali akurat w kierunku ambasady znajdującej się w Belém, w którym mieszkali razem z Leksem. Zaparkował samochód na zwykłym dla siebie miejscu, zaraz koło wejścia do restauracji i wyjmując pęk kluczy, otworzył drzwi i wyłączył alarm wstukując kod. W kuchni włożył kartę magnetyczną do włącznika światła i poszedł odsłonić zewnętrzne żaluzje.

Nim wrócił na zaplecze, zdjął ze stołów krzesła, przetarł meble szmatką z środkiem do drewna i rozłożył na nich serwety, przyprawy i menu dla klientów. Zaraz po tym wrócił na zaplecze, gdzie przebrał się i zajął szykowaniem składników na ciasto francuskie, którego potrzebował do zrobienia babeczek budyniowych, słynnych w tej dzielnicy miasta.

Na zewnątrz, mimo wczesnej godziny słońce mocno grzało. Zapowiadał się naprawdę ciepły dzień, a co za tym szło, na ulice miały wyjść prawdziwe hordy turystów, którzy będą chować się w lokalnych knajpach, szukając schronienia w porze na lunch. Do tej pory wszystko pozostawało zamknięte, a otwierały się tylko knajpy liczące na zysk z nieświadomych turystów, którzy nie wiedzieli o owej przerwie na obiad i horrendalnym podniesieniu cen dań w lokalach nastawionych na zysk z odwiedzających. W okolicach trzynastej knajpy otwierały się na około dwie godziny, by o piętnastej zamknąć się z powrotem i otworzyć dopiero po osiemnastej, gdy ludzie wychodzili z pracy. Nie zmieniało to faktu, że praca w kuchni trwała od rana do późnych godzin wieczornych, zwłaszcza, gdy było się właścicielem.

Dwie godziny po jego pojawieniu się w lokalu, do pracy przyszła jedna z kelnerek. Monica, bo tak miała na imię, pracowała w tym miejscu od kilku miesięcy i dzisiaj to jej przypadała popołudniowa zmiana. Wraz z drugim kelnerem miała obsługiwać gości aż do zamknięcia sali.

Bom dia, szefie — krzyknęła, gdy przechodziła na zaplecze przez kuchnie.

Bom dia! — odpowiedział.

Lino w tym czasie zajmował się mieszaniem masy budyniowej, którą potem miał przelać do przygotowanych spodów z ciasta francuskiego.

— Pachnie obłędnie! — krzyknęła z zaplecza kelnerka. — Spodziewam się, dzisiaj całego zatrzęsienia klientów, jeśli od rana powstają takie przysmaki — dodała wybierając jedną z drewnianych tac.

— Oby — wymamrotał pod nosem Lino. — Po lunchu powinna przyjechać dostawa piwa z kegów. Dasz sobie rade z Ablem? Czy mam poczekać i wam pomóc? — zapytał, gdy dziewczyna ponownie pojawiła się w kuchni.

— Damy sobie radę — odpowiedziała uśmiechając się szeroko.

Lino niemal w całości skupił swoją uwagę na przygotowywaniu kolejnych smakołyków dla gości przed popołudniową przerwą. Dwadzieścia minut później do pracy dotarł Abel, drugi kelner, który wpadł jedynie się przywitać i pognał na zaplecze, by przygotować się do pracy. Pochłonięty pracą Lino, nie zauważył, kiedy do kuchni weszła filigranowa brunetka o złotych oczach. Przez chwilę przyglądała mu się, opierając swoje ciało o framugę drzwi prowadzących do kuchni. Po chwili niemalże skradając się jak kotka, podeszła do mężczyzny od tyłu i przytuliła się do jego pleców. Lino prawie podskoczył, gdy poczuł na swoim ciele dotyk obcych dłoni, ale nie protestował, kiedy kobieta przytuliła twarz do jego ubrania, przesuwając jedną z dłoni w dół, po jego torsie.

Eugénia, uśmiechnęła się szeroko, zamykając oczy i wdychając zapach mężczyzny, za którym tęskniła przez cały ranek, do tego stopnia, że o mało nie przyjechała do pracy zaraz po przebudzeniu. Kucharz odłożył na blat łyżkę, którą mieszał zupę i przykrył naczynie pokrywką i jakby nigdy nic, odwrócił się do obejmującej go kobiety, która wycofała się o krok. Lino, uniósł ją delikatnie i posadził na metalowym blacie, stołu stojącego na środku kuchni. Sekundę potem Lino pochwycił podbródek Eugéni, unosząc go do góry i przycisnął swoje usta do jej, dając upust całej tęsknocie i pragnieniu posiadania, jaką czuł w tej chwili. Jego usta wypełnił słodki smak gumy jeżynowej, którą kobieta żuła przed pojawieniem się w pracy. Powoli oderwał swoje wargi od jej ust, które zetknęły się ze skórą jej podbródka, szyi, aż w końcu bladego dekoltu i wgłębienia między piersiami, które powoli odsłonił, odpinając guziki jej kontrastującej z opaloną skórą bluzki. Kobieta westchnęła, czując że mogłaby utonąć w pieszczotach sprawianych przez mężczyznę. Przywołując jednak ostatnie pokłady zdrowego rozsądku, Eugénia odepchnęła od siebie Lino, chwytając go za silne bicepsy.

— Poczekaj do zamknięcia — wyszeptała do jego ucha, muskając chrząstkę czubkiem nosa.

Kobieto — wychrypiał — Czymże ci jestem, że tak mnie zwodzisz?

Eugénia uśmiechnęła się szeroko, przygryzając pomalowaną czerwoną szminką usta i w pośpiechu zapinając bluzkę. Wygładziła ołówkową spódniczkę, którą nieświadomy Lino zdążył podwinąć, wsuwając dłoń pod materiał po jej udzie.

— Nie od tego są diablice? — zapytała niewinnie. — Żeby zwodzić mężczyzn?

— Mnie też chcesz zwodzić? — Uśmiechnął się, obejmując ją w talii i po raz kolejny całując, lecz tym razem znacznie dłużej niż poprzednio. — Diablico — dodał, gdy oderwał się od jej ust.

— Zwodzenie ciebie, to prawdziwa przyjemność. Szefie. — Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i szybko poprawiając włosy, które jakimś cudem zostały zmierzwione.

Lino westchnął i z rozczarowaniem chwycił za chochle leżącą na blacie, koło gazowych palników. Eugénia wyszła bez słowa, pozostawiając za sobą uwodzący zapach kwiatów pomarańczy z nutą słodkiej gruszki oraz ciszę, w której Lino mógł się poddać pracy.

Kelnerzy nie wiedzieli o ich relacji, chociaż mogli podejrzewać, że łączy ich coś więcej. Nigdy nie dali im jasnej odpowiedzi i obydwoje woleli, żeby taki stan rzeczy utrzymał się jak najdłużej. Nie chcieli komplikować swojej i tak zawiłej sytuacji.

Ruch w restauracji zaczął się równo w południe. Do godziny trzynastej, sala była pełna ludzi oraz rozmów i śmiechów, którym poddawali się podczas rozmowy. Knajpa, mimo że znajdowała się na obrzeżach Belém, przyciągała zarówno turystów, którzy szukali wytchnięcia od parzącego słońca i tętniących życiem arterii miasta, ale także stałych bywalców schodzących się z sąsiadujących biur.

Monica i Abel uwijali się na głównej sali, Lino przygotowywał posiłki na kuchni, a Eugénia zamknięta w biurze z tyłu kuchni zajmowała się zaległymi papierami oraz dzwoniła do dostawców, zamawiając niezbędne produkty.

Po drugiej popołudniu sala zaczęła pustoszeć. Ludzie wracali do pracy, pozostawali jedynie turyści, którzy po zjedzeniu posiłków dopijali zamówione napoje lub dojadali desery, rozmawiając przy tym ze sobą szeptem. O trzeciej zamknęli restauracje i wszyscy mieli chwile wytchnienia.

— Wiesz że musisz kogoś zatrudnić do pomocy w kuchni? — Zapytała Eugénia, opierając się ramieniem o framugę drzwi wyjściowych na ulicę i odpalając papierosa.

Lino spojrzał na nią kątem oka. Nim się pojawiła ciężko było mu uporządkować rachunki, które pozostawił dziadek, więc odkładał to przez pierwsze miesiące, aż w jego progach nie pojawiła się księgowa, która chciała porzucić pracę w korporacji. Kiedy Eugénia zajęła się papierami, mężczyzna mógł się skupić na praktycznym prowadzeniu biznesu. To jej wkładowi w pracę zawdzięczał powlne wychodzenie z odziedziczonym wraz z lokalem długów.

— Zdaje sobie z tego sprawę, ale nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak trudno o dobrego pracownika, którego nie będę musiał uczyć wszystkiego od podstaw i który za mną nadąży — westchnął.

— Jak zwykle szukasz wymówek. — Spojrzała na niego z wyrzutem. — Czas pomyśleć o Leksie. Lino — stwierdziła — ale także o sobie. — Zgasiła papierosa w popielniczce stojącej na parapecie i spojrzała na niego z troską, po czym weszła z powrotem do lokalu.

Lino stał jeszcze przez chwile w przejściu, przyglądając się mijającym go pojazdom oraz ludziom, po czym wszedł do środka, podobnie jak przed chwilą Eugénia. Wiedział, że kobieta ma racje, ale nie chciał powierzać klientów w obce ręce. Po zamknięciu knajpy pozmywał naczynia i uporządkował najpilniejsze rzeczy na zapleczu, by następnie udać się do mieszkania, gdzie wziął szybki prysznic, przebrał się i doprowadził do ogólnego porządku kuchnię po porannym śniadaniu. Następnie zszedł na dół i dał znać pracownikom, że wychodzi by odebrać Alessandra ze szkoły oraz, że zostawia interes w ich rękach na godzinę. Monica i Abel przytaknęli tylko pochłonięci przez obowiązki i rozmowę o grach na konsolę, którą prowadzili

Kilka minut później wyjeżdżał samochodem z ulicy przy której znajdowała się restauracja i włączył się do ruchu na alei Infante Santo. Przejechał nią aż do alei 24 Lipca i minął skrzyżowanie z ulicą João de Oliveira Miguens.

Pogrążony we własnych myślach, przemierzał pojazdem kolejne uliczki w drodze do szkoły syna. Chciał odebrać Alessandra jak najszybciej, by zaraz potem wrócić z nim do domu i pracy. Był pracoholikiem, wiedział o tym, ale praca dawała mu swego rodzaju spokój. Czuł się wolny dopiero gdy wchodził do kuchni. Od samego początku tam było jego miejsce, a po śmierci Selmy, poczucie bezpieczeństwa i wolności podczas pracy wzmogło się, a dania które przygotowywał były jednym z nielicznych elementów jego życia Chciał żeby tak pozostało, ponieważ wtedy przypominało mu się dzieciństwo, gdy wraz z dziadkiem Augustem przygotowywał posiłki dla klientów nowo otwartego lokalu.

Skręcił w kolejną ulicę i zwiększył prędkość pojazdu. Mimo tego dalej jechał zgodnie z przepisami, które obowiązywały go w terenie zabudowanym. Miał wrażenie, że czas wlecze się, jakby nagle jego życie spowolniło. Telefon, który umieścił w uchwycie zaraz po zajęciu miejsca kierowcy, zaczął wibrować, oznajmiając połączenie przychodzące. Spojrzał na wyświetlacz.

„Senhora Lima” — odczytał napis.

Zirytowany westchnął i odrzucił połączenie. Zaraz miał dotrzeć do szkoły, a nie lubił i nie potrafił skupić się na rozmowie przez telefon i jednoczesnym prowadzeniu samochodu.

Wtedy poczuł, jak prowadzony przez niego pojazd w coś uderza, by za chwile jego uszu wypełnił huk zderzenia z czymś lekkim. Natychmiast wcisnął hamulec. To był odruch bezwarunkowy. Od jego maski odbiło się ciało kobiety, które wylądowało na niezauważonych przez niego pasach. Czym prędzej włączył awaryjne i wybiegł z pojazdu.

Rudowłosa kobieta leżała na jezdni z wykręconą pod nienaturalnym kątem nogą. Jego puls przyśpieszył, ale nie zatrzymał logicznego myślenia. Pochwycił telefon z podstawki i czym prędzej wybrał numer alarmowy. Wokół przejścia, już zdążyli schodzić się gapie, a jakiś mężczyzna kucał przy niej, sprawdzając jej tętno i oddech.

Lino zamarł nie wiedząc co zrobić.

Opublikowano
Kategorie Romans
Odsłon 284
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!