Córa rodu Phoenix – Indrahill

 

                            Dragan szedł przed siebie, pogrążony w ponurych, ciężkich myślach. Przymknął oczy, chcąc przenieść się do czasów świetności niedostępnego, ponurego zamku. Niemalże słyszał śmiechy oraz gwar rozmów, toczonych na jasnych, wysmakowanych korytarzach. Indrahill niegdyś nie było tak ciche i przytłaczające – stanowiło bezpieczną przystań, w której biło serce ich rodu. Puste obecnie korytarze za dawnych lat tętniły życiem, goszcząc Lutherów, ściągających do nich ze wszystkich czterech stron świata. Nie było tu ani jednego wieczoru, nie wypełnionego muzyką, śpiewami oraz ucztami, rozciągającymi się na wszystkie trzy obszerne sale balowe. Spragnieni wiedzy krewniacy mogli swobodnie zaszyć się w ciszy ogromnej biblioteki, wypełnionej po brzegi dziełami literatury. W Indrahill nigdy nie brakowało miejsca dla nikogo. Setki przepięknych, różnorodnie urządzonych sypialni czekało z utęsknieniem na gości, oferując im spokojny odpoczynek. Cztery kuchnie pracowały niemalże non stop, troszcząc się o godne przyjęcie przybyszy i zaspokojenie potrzeb ich wysublimowanych kubków smakowych. Zamek jaśniał niewyobrażalnym, ciepłym blaskiem, spotęgowanym przez kontrast ciemnej skały, w którą go wkomponowano. Otworzył gwałtownie powieki, wracając do bezdusznej rzeczywistości. Tamte czasy odeszły dawno temu i nigdy już nie powrócą. Obszerne sady otaczające budowlę zdziczały, tworząc nieprzebrany gąszcz. Z dużego dziedzińca zniknęły srebrzyste ławy, na których jego krewni spędzali całe dnie, rozprawiając o wszystkim w blasku słońca. Brukowany jasnym kamieniem plac zmienił się w zimne, przerażające cmentarzysko tysięcy rzeźbionych czaszek. Majestatyczny posąg dobrotliwej bogini w bieli został zastąpiony przez przejmującą rzeźbę damy z krukiem na ramieniu. Odgłosy radosnego, beztroskiego życia raz na zawsze rozmyły się w ostrzegawczym szumie wzburzonych fal. Wszelkie ozdoby oraz antyczne meble zniknęły, pozostawiając wnętrza minimalistycznymi i surowymi. Ciemność spłynęła na wszystkie pomieszczenia, więżąc je w mroku, który znacznie bardziej pasował do obecnego przeznaczenia Indrahill. Turkusowooki podniósł wzrok, uśmiechając się kącikiem ust. To on dziesięciolecia temu zdecydował, że jasność powinna odejść w cień, więc zmienił Indrahill w czarny zamek, stojący samotnie pośród mglistej nicości. O dziwo ani Ethan, ani Urien nie protestowali przeciw tym zmianom, zostawiając dawną stolicę rodu w jego rękach. Ojciec nie odwiedził Indrahill ani razu od wielu lat, a Ethan wpadał tu tylko i wyłącznie z przymusu. To miejsce…stało się dla nich zbyt bolesne. Zerknął przez ramię na Blacka, który bez słowa szedł za nim. Czarodziej mechanicznie rozmasowywał szczękę, która wciąż niemiłosiernie go bolała – Jean nieomal zgniótł ją, jakby była ledwie pudełkiem zapałek. Syriusz nie zwracał większej uwagi na dziwne małomównego przewodnika, myślący tylko o jednym – jak u licha miał się wyplątać z tego bagna, jednocześnie zachowując życie? Teraz przynajmniej mógł być pewnym, że to właśnie temat Lady Crown był jakimś punktem zapalnym, zdolnym przeistoczyć względnie przyjaznego świra w agresywnego, brutalnego kata. Wcześniej nie miał wątpliwości, że Dragan chciał utrzymać go przy życiu, ale teraz…teraz niczego nie mógł już zakładać z pełnym przekonaniem. To gdzie tak właściwie szli przestało go obchodzić, podobnie jak cały ten ponury zamek – było w nim coś…przerażająco smutnego. Nieraz czuł się, jakby uderzały w niego delikatne fale dogłębnego żalu, który wtopił się w strzeliste, ciemne mury. Było to doświadczenie ulotne, lecz na tyle dziwne, że nie mógł pozostać na nie obojętnym. Gdyby był zabobonny byłby skłonny pomyśleć, że otaczała go aura umarłych, z bólem wspominających dni swej chwały. Starał się trzymać myśli jak najdalej od tego zagadnienia, co jako tako mu się udawało, dopóki nie otoczyły go niepokojące ciemności. Rozejrzał się ukradkowo i wstrzymał oddech przerażony tym, na co przyszło mu patrzeć. Kolekcjoner zatrzymał się tuż przy wejściu do wąskiego tunelu, prowadzącego ku podziemiom. Za cholerę nie chciał tam wchodzić! Nie dziś…Nie mając za towarzysza to turkusowookie, szalone bydle!

– Trzymaj się blisko mnie, to może stamtąd wrócisz – Dragan przemówił zblazowanym tonem, po czym rozpalił ogień wokół swej dłoni.

Syriusz wyraźnie poczuł, jak jego serce niebezpiecznie zwalnia, ściskane lodowatym skurczem. Więc jednak mieli iść w dół…Nie uważał, by miał jakiekolwiek inne wyjście, więc zgodnie z poleceniem ruszył za przewodnikiem, uważnie obserwując płomienie muskające jego skórę. Starał się nie zgubić, lecz co jakiś czas musiał zerknąć pod nogi, w obawie przed upadkiem – chwile, gdy przestawał widzieć plecy Dragana napawały go szczególnym strachem. Skoncentrował całą uwagę na pierzastym kołnierzu Kolekcjonera, dzięki czemu udało mu się przytłumić gonitwę myśli, zanim miała okazję wpędzić go w żelazne objęcia paniki. Powoli przeciskali się gęsiego przez wąski korytarzyk, wchodząc coraz głębiej w ciemności. Klaustrofobiczne otoczenie drążonego w litej skale tunelu, wcale nie pomagało mu utrzymać nerwów na wodzy – był przerażony i doskonale o tym wiedział. Skupiał się na barkach kruczowłosego oraz słabym źródle światła, modląc się w duchu, by jeszcze kiedyś ujrzeć promienie słońca. Przez kilkanaście minut szli monotonnym rytmem, nie odzywając się do siebie – wcale nie był pewny, czy powinien odbierać to jako dobry znak, czy wręcz przeciwnie. Nagle coś do niego dotarło. Może wcale nie czuł się tak nieswojo przez otoczenie? Zdążył przywyknąć do tego, że Lutherowi gęba się nie zamykała, a teraz milczał….od jakiegoś czasu nie wypowiedział ani jednego słowa. Dlaczego? Czy to przez jakiś jego kolejny chory plan, czy miejsce, w którym się znajdowali? Coś było nie tak…Mętlik w głowie czarodzieja pierzchnął, gdy w końcu Dragan zatrzymał się tuż przed olbrzymią, złotą ścianą pokrytą licznymi, finezyjnymi rzeźbieniami. Od starego, częściowo porośniętego mchem, złota biła dziwna aura – zniechęcająca, smutna i ponura. Black kątem oka śledził Kolekcjonera, który ku jego zdziwieniu wbił zęby we własny przegub, po czym brutalnym szarpnięciem rozerwał skórę, mięśnie oraz częściowo ścięgna, najwyraźniej w dupie mając takie drobnostki jak ból i fizyczne obrażenia. Gęsta krew – o mocno nietypowej barwie – ściekała leniwie po jego dłoni, którą położył na złotej barierze. Krew turkusowookiego wsiąkła w drogocenny metal, rozświetlając go nieoczekiwanym, ostrym blaskiem. Wijąca się pośród zdobień karmazynowo-perłowa struga krwi, powoli utworzyła imponujących rozmiarów obraz kruka w locie.

– Bellum parate, quoniam pace pati non potuistis – wyszeptał Luther. (Gotujcie się do wojny, skoroście pokoju ścierpieć nie potrafili)

Po tych słowach bariera zwyczajnie zniknęła, odsłaniając coś, na kształt wejścia do jaskini lub rozległej, podziemnej komnaty. Kruczowłosy skinieniem głowy zaprosił kompana do środka, podążając z nim ramię w ramię. Wspólnie przystanęli w misternie wykutej, kamiennej sali o szerokości ośmiu metrów i długości przeszło dwudziestu. Black poczuł, że traci grunt pod nogami widząc upiorną, złotą ścieżkę naznaczoną zastygłymi śladami krwawych kroków. Ta makabryczna droga prowadziła przez całą salę, aż do ogromnego, bogato zdobionego ołtarza ofiarnego, wzniesionego naprzeciw wejścia – na tle fantastycznie garnirowanej złotem czarnej ściany. Kolekcjoner trącił go ramieniem, uśmiechając się jakoś tak…ciężko i przyjaźnie zarazem. Dragan zatrzymał się mniej więcej w połowie pomieszczenia i położył się na ścieżce, gestem dłoni dając czarodziejowi do zrozumienia, że miał zrobić to samo. Zaintrygowany i po części zrezygnowany szarooki wykonał nazbyt oczywisty rozkaz, nie mając ochoty na wdawanie się w z góry przegraną kłótnię. Przez dłuższą chwilę leżeli obok siebie, bez słowa wpatrując się w nieprzebraną ciemność sufitu. Syriusz przygryzł obolałą wargę, czując, że powinien być pierwszym, który się odezwie.

– C-czemu mnie tu przyprowadziłeś? – ledwo przecisnął to proste pytanie, przez ściśnięte do granic absurdu gardło.

– Żebyś zrozumiał – wymruczał turkusowooki.

– Zrozumiał co?

– W Chacie powiedziałem ci, że gówno wiesz o prawdziwym szaleństwie, pamiętasz? Czas najwyższy, żebym to udowodnił – głos kruczowłosego wydawał się Syriuszowi bardzo odległy i nienaturalnie wręcz spokojny. – Uprzedzam, że to miejsce mocno mnie przygnębia i nienawidzę go odwiedzać, ale uznałem za konieczne przyprowadzenie cię właśnie tutaj. Obiecaj mi tylko, że nie będziesz darł mordy. Sam widziałeś, że nie przepadam za krzykami.

– Obiecuję – wyszeptał były więzień, nieco uspokojony nietypowym tonem towarzysza.

Kolekcjoner z wyraźną niechęcią uniósł prawą rękę i pstryknął palcami. Black momentalnie pożałował złożonej przed chwilą obietnicy…ledwo udało mu się wstrzymać wrzask przerażenia. Tuż nad ich głowami znajdowały się najprawdziwsze ludzkie czaszki, wtopione w depresyjną czerń skały. Co do ich autentyczności, nie miał najmniejszych wątpliwości. Były ich setki…setki czaszek mężczyzn, kobiet oraz dzieci…nierzadko malutkich dzieci – ich drobne, zdeformowane urazami główki robiły najupiorniejsze wrażenie. Kimkolwiek byli ci ludzie, nie mogli umrzeć śmiercią naturalną. Wyszczerbienia kości, zmiażdżone szczęki, rozliczne pęknięcia, makabryczne ubytki…nie…ich śmierć nie miała w sobie nic z łagodności…zginęli gwałtownie. Miał ochotę wybiec stąd, czując na sobie spojrzenia setek oczodołów, w których dzięki magii kruczowłosego tliły się migotliwe języki ognia. Przez skalne szczeliny do środka komnaty wdzierał się lodowaty wiatr, swymi podmuchami przypominający zwodzenie skazanych na potępienie dusz, żądnych zaznania sprawiedliwości, przed rozpłynięciem się w nicości. Straszliwe miejsce…

– Ja pierdole… – szarooki wymamrotał niezdanie. – Co to za miejsce?

– Krypta, chyba widać! – turkusowooki zaśmiał się krótko.

– Te czaszki…to pozostałość po jakiejś twojej zabawie?

– Pff…chciałbym! – upiorny śmiech urwał się nagle – Czegoś takiego nawet ja bym nie wymyślił. Patrzysz na drzewo genealogiczne rodu Luther.

Syriusz skupił wzrok na detalach sufitu, których pierwszy szok nie pozwolił mu dostrzec. Rzeczywiście. Czaszki nie były wmurowane przypadkowo – wspólnie tworzyły niezwykłą, sugestywną mozaikę splatających się konarów, gałęzi i liści monstrualnego wręcz drzewa. Gdzieniegdzie pozostawiono wolne miejsca, o które nie śmiałby zapytać.

– Całkiem liczna rodzina – zdobył się na głupkowaty komentarz, nie wiedząc co więcej powiedzieć.

– Poprawka, pchlarzu. BYŁA liczna – Dragan zaakcentował wyraźnie. – Zostało nas tylko trzech z linii czystych Lutherów. Ja, Ethan i Urien, nasz ojciec.

– Co się stało? – szarooki wyszeptał, zanim zdążył zastanowić się nad niedyskretnym pytaniem.

– Ludzie się stali, a cóż by innego? – Kolekcjoner zachichotał gorzko – Lutherowie są jedynymi w swoim rodzaju mieszańcami, wiesz? W naszych żyłach płynie zarówno krew Phoenix’ów, jak i czarodziei. Mój ojciec narodził się jako pierworodny Lorda Ariena Phoenix oraz Athiel, jego żony wywodzącej się z magicznego rodu czystej krwi. Arien jako najstarszy po dziś dzień pełni rolę lidera rodu, jednak nawet on nie był w stanie powstrzymać Lordów, gdy zażądali natychmiastowej eliminacji ohydnej abominacji, jaką był dla nich Urien. Zabawne, nie uważasz? Być równie potężną istotą i nie móc przekonać braci do darowania życia własnemu dziecku – zaśmiał się maniakalnie. – Lordowie siłą odebrali Arienowi syna, wydzierając go z rąk mojej zrozpaczonej babci. Los Uriena wydawał się przesądzony, jednak wtedy zjawiła się Vallerin – demoniczne oczy rozbłysły ciepłą nutą.

– Ona ich przekonała?

– Nie do końca – wzruszył ramionami. – Po prostu zażądała, by bracia oddali jej chłopca, a później zabrała go wraz z Athiel do swojej rezydencji, grożąc, że zabije każdego, kto spróbuje ich tknąć. Kilkoma zdaniami zmusiła Lordów do zmiany planów, ponieważ ta beznadziejna banda tchórzliwych skamielin od zawsze obawiała się gniewu siostry i niechybnego narażenia się na jej odwet, do którego z całą pewnością byłaby skłonna. Vallerin… – wyszeptał z bolesnym smutkiem – nigdy nie pozwoliłaby na skrzywdzenie dziecka i nie cofnęłaby się przed niczym, żeby je ochronić. Arien dołączył do rodziny w rezydencji, popadając przez to w głęboki konflikt z braćmi.

– Jak można chcieć zabić własnego bratanka? – szarooki był szczerze wstrząśnięty tym, co usłyszał.

– Phoenix’owie są dość…specyficzni, jeśli można to tak nazwać. To nie jest miła, kochająca rodzinka, pławiąca się w sielankowym spokoju. Ich relacje są znacznie bardziej skomplikowane i wielopłaszczyznowe, niż w przypadku ludzi, dlatego ciężko czasem zrozumieć, o co tak właściwie im chodzi. Pewnie sami nie do końca wiedzą – rzucił szyderczym tonem. – Najważniejsze jest to, że mój ojciec znalazł się w bezpiecznym miejscu, jednak to wcale nie oznaczało końca problemów. Bardzo szybko okazało się, że połączenie pierwiastka śmiertelności z potęgą nieśmiertelności, nie jest ani łatwe, ani tym bardziej przyjemne. Urien ciężko zachorował, powoli zabijany przez dwa strumienie krwi, nieustannie zwalczające siebie nawzajem. Bezradny, zrozpaczony Arien nie mogąc prosić o pomoc braci, tracił już nadzieję na ocalenie syna, lecz Vallerin nie miała najmniejszego zamiaru się poddawać. Opracowała niewyobrażalnie skomplikowany, wymagający olbrzymiej mocy rytuał, który pozwolił na splecenie krwi nieśmiertelnego oraz śmiertelniczki. Pomimo bardzo ciężkiego stanu mojego ojca, marnych rokowań na jego przetrwanie i zwątpienia rodziców, Lady nawet przez chwilę nie zrezygnowała z czuwania przy jego łóżku. Urien, po wielu dniach trudnej walki, w końcu się wybudził. Tak właśnie, dzięki uporowi Vallerin, jej cierpliwości oraz niezachwianej wierze w siłę Uriena powstał nasz ród. Po Phoenix’ach odziedziczyliśmy niezrównane wyczucie magii, siłę przerastającą ludzi oraz biologiczną nieśmiertelność. Nie chorujemy, nie starzejemy się, nasza krew posiada zdolności regeneracyjne podobne do Phoenox’ów, jednak na mniejszą skalę. Póki nie wykończą nas czynniki zewnętrzne, możemy żyć chociażby po kres czasu – powtórnie uniósł dłoń, jakby chcąc dotknąć milczących czaszek. – Rodzeństwo mojego szacownego ojca przyszło na świat już bez większych komplikacji, ponieważ okazało się, że nieśmiertelność słabnie w nas z każdym kolejnym pokoleniem. Najpotężniejszą spośród Lutherów jest gałąź pierworodnego, do której należymy i tylko ona zdołała przetrwać. Pomimo degradacji jakości krwi, Lutherowie stali się jedną z najliczniejszych i najpotężniejszych rodzin magicznych. Wszytko zawdzięczaliśmy krwi Ariena…siłę, młodość, talent, władzę…nic dziwnego, że przyniosła nam również zgubę. Wyniosła nas na sam szczyt, by dziesięciolecia później zmieść nas z niego w jednej chwili! Jeden z Lutherów, wieki temu, chcąc ratować dziecko przyjaciela, ofiarował mu odrobinę własnej krwi, łamiąc w ten sposób ścisły zakaz prezentowania naszych pełnych umiejętności czarodziejom. Dzieciak wrócił do pełni zdrowia, jednak szczęśliwy ojczulek nie potrafił ugryźć się w jęzor. Plotka o cudownej krwi Lutherów szybko obiegła cały świat magii, zwracając na nas oczy wszystkich i dając początek straszliwej rzezi, o której świat momentalnie zapomniał.

– To… – Syriusz trzęsącą się dłonią wskazał na setki głów – to nasza sprawka?

– Czarodzieje, zaślepieni wizją nieśmiertelności, którą rzekomo miała dawać nasza krew, wyrżnęli nas niemalże w pień – Dragan nie udzielił jednoznacznej odpowiedzi na pytanie kompana. – Polowano na wszystkich noszących nazwisko Luther. Masowo ich mordowano, zwłoki ograbiano z ostatniej kropli krwi i porzucano byle gdzie, nie trudząc się nawet godnym pochówkiem. W tamtych czasach nasza rodzina była mocno rozproszona i ciężko było nam się w porę zorganizować, w przeciwieństwie do czarodziei. Polowania na Lutherów odbywały się cyklicznie i były całkiem nieźle zaplanowane, przez ówczesnych wielmożnych półświatka. Większość rodu mieszkała na pograniczu Francji oraz Hiszpanii, skąd pochodzimy. Co rozsądniejsi usiłowali przedostać się do Anglii, gdzie mogli liczyć na pomoc Vallerin, jednak tych rozsądnych za wielu niestety nie było. Lutherowie pomimo tego, że zawdzięczamy Lady istnienie rodu, nie ufali jej, na co złożyło się wiele czynników, nad którymi wolę się nie rozwodzić. Vallerin już wtedy nie mogła opuszczać Anglii, a jej bracia odmówili nam udzielenia pomocy, włącznie z moim dziadkiem. Zostawili nas samym sobie, powstrzymując jedyną, która chciała nas ratować – wycedził gniewnie. – Nie mam pojęcia jak, ale Vallerin uprosiła Killiana, żeby wspomógł mnie i Ethana w próbie ocalenia tylu osób ile zdołamy. Nie muszę chyba mówić, że czas mocno nam nie sprzyjał. Robiliśmy co się dało, lecz kiedy zabrakło czystych Lutherów, zaczął się pogrom dalszych odłamów rodziny. Wystarczyło, żebyś kiedykolwiek miał w rodzinie kogoś o tym przeklętym nazwisku i już mogłeś uważać się za trupa. Ten chory okres nie odbił się tylko na nas i świecie magii. Niemagiczni, natykając się na pozbawione krwi ciała oraz zbezczeszczone zwłoki, pozbawione głów zaczęli snuć opowieści o mistycznych straszydłach, żywiących się krwią. Dekapitacja była jedną z z popularniejszych metod radzenia sobie z nami, więc nic dziwnego, że rzeź Lutherów na nowo rozbudziła legendy o wampirach i łowcach wampirów, mocno wypalając je w świadomości ludzi. Chciałem, żebyś poznał tamtych czterech, ponieważ musisz dobrze zrozumieć to, co chcę ci przekazać. Akiva, Lio, Liam i Jean są moimi przybranymi braćmi. Ocaleli z rodzin blisko spokrewnionych z Lutherami, a mój ojciec jeszcze jako głowa rodu, postanowił ich usynowić po ustaniu pogromów, z czym do dziś nie zgadza się Ethan. Tam po lewej, widzisz? – oczy czarodzieja momentalnie podążyły za dłonią kruczowłosego – To czaszki żony i trzech córeczek Akivy. Najmłodsza miała ledwie osiem miesięcy, gdy odrąbali jej głowę…najstarsza trzy lata. Tam – wskazał kolejny punkt – są rodzice i rodzeństwo Lio, który przeżył jako jedyny z 9 osobowej rodziny. Kiedy go odbiłem, był przykuty łańcuchami do drzewa, na którym do góry nogami powieszono zwłoki wszystkich jego bliskich. Czarodzieje trzymali go jako źródło świeżej krwi. Torturowali go, głodzili, cięli, eksperymentowali na nim i kazali mu patrzeć na umierającą w męczarniach rodzinę. Lio uśmiecha się tak uparcie, bo twierdzi, że uśmiech jest jedyną pamiątką jaka została mu po matce i nawet oszpecony blizną, nigdy nie pozwoli mu o niej zapomnieć. Za nami po prawej zobaczysz rodzinę bliźniaków. Razem z rodzicami i dwiema młodszymi siostrami zostali otoczeni w swoim domu w środku nocy. Uciekli, gdy oprawcy zajęci byli katowaniem ich nieszczęsnego ojca, który przez wiele lat cieszył się uznaniem całego miasteczka, jako nieoceniony w swym kunszcie rzeźbiarz. Chłopcy ze wszystkich sił próbowali ratować kobiety, ale w lesie odcięto im drogę ucieczki. Matka chcąc chronić dzieci poświęciła się, odciągając pogoń. Zginęła na ich oczach dosłownie porąbana żywcem na kawałki, o które te zwierzęta walczyły zaciekle. Podczas panicznej próby ucieczki z tego piekła, młodsza z dziewczynek upadła, łamiąc paskudnie nogę. Pościg się zbliżał, mała nie mogła biec sama, regeneracja działała zbyt wolno, a pozostała trójka nie miałaby szans na przeżycie, próbując nieść ją na plecach. Liam, jako najstarszy z rodzeństwa, podjął okrutną decyzję i mając na uwadze los pozostałych, własnymi rękami skręcił siostrzyczce kark, po czym podpalił jej zwłoki, żeby nie wpadły w łapy czarodziei. Bliźniacy mieli wtedy po 10 lat…nawet ja nie potrafię sobie wyobrazić traumy, jaką musieli przejść. We trójkę ukrywali się w opuszczonej chacie, gdzie odnalazł ich Killian, jednak przybył za późno. Maiim zmarła na jego rękach zanim dotarł do rezydencji, z powodu skrajnego wygłodzenia oraz szalejącej gangreny. Jej wycieńczony organizm nie był w stanie walczyć dłużej. Szczątki Maiim były jednymi z pierwszych pochowanych w tej krypcie. Ethan przejął obowiązki głowy rodu, skupiając całą swą energię na zapewnieniu bezpieczeństwa ocalałym, a obecnie nieprzerwanie podróżuje, zawzięcie szukając pozostałości po naszych krewnych i gromadząc ich szkielety w podziemiach Indrahill. Chcemy, by nasz ród spoczął w spokoju wspólnie, jak najdalej od świata, który ściągnął na nas równie żałosny los. W tym miejscu…na tym ołtarzu zginął każdy zasrany potwór, odpowiedzialny za urządzenie sobie polowania na nas. Każdy jeden śmieć, którego zdołaliśmy zidentyfikować i dopaść, został zarżnięty w tej krypcie, tuż pod pustymi oczodołami tych, którzy zginęli w imię jakiejś wydumanej, chorej ideologii. To nasza własna sprawiedliwość, którą jesteśmy im winni. 

– To…takie… – Syriusz kompletnie nie wiedział, co powiedzieć.

– Przykre? Okrutne? Bolesne? Daruj sobie, Black! – Dragan zaśmiał się melodyjnie – Podobne rzeczy dzieją się cały czas, a świat jest na nie tak samo ślepy, jak wtedy. Nie przyprowadziłem cię tutaj i nie opowiedziałem o smutnym końcu naszego rodu, żebyś nam współczuł, albo coś takiego! Szczerze mówiąc, żadnego z nas nie obchodzi coś równie trywialnego jak współczucie, a litość uznajemy za przejaw ohydnej słabości. Mamy Indrahill. To miejsce dawno temu było główną siedzibą naszego rodu. Przepiękną, tętniącą życiem, słoneczną przystanią, otwartą na każdego z członków rodziny. Indrahill nigdy nie było wyłącznie budynkiem, wiesz? To ludzie tworzyli bijące serce, które odeszło bezpowrotnie, stając się cmentarzem. Podziemia Indrahill po wieki będą nam przypominać o kruchości życia i to w zupełności wystarczy. Moi bracia dość długo przebywali pod opieką Vallerin, jak zdecydowana większość ocalałych, stąd wzięło się błędne przekonanie, że Lutherowie są rodem brytyjskim. Mój aniołek odwalił kawał świetnej roboty, swą niepojętą dobrocią oraz łagodnością lecząc zszargane dusze i wyciągając je powoli z odmętów koszmaru w którym utkwiły. Ocaliła dziesiątki istnień! – uśmiechnął się szeroko, lecz po chwili spoważniał – Nie wszyscy jednak chcą, by ich ratowano. Posłuchaj mnie uważnie, Black. Jest miejsce przyciągające wszystkich pozbawionych nadziei, zagubionych, złamanych przez życie wykolejeńców. Nazywamy je Otchłanią. Cholera wie, czym tak właściwie jest, ale wierz mi, że to najgorsze, najbardziej zdradliwe i popaprane miejsce, na jakie kiedykolwiek natrafiłem. Otchłań przyciąga do siebie tych, którzy stanęli na rozdrożu, nie mogąc zdecydować, czy chcą iść dalej mierząc się z okrucieństwem rzeczywistości, czy zakończyć doczesne cierpienia raz na zawsze. Zaczyna się niewinnie, jak to zwykle bywa. Otchłań kusi swoim śpiewem…pustą obietnicą rychłego ukojenia oraz spokoju, jaki czeka w jej lodowatych objęciach. Najpierw jednak Otchłań objawia swoje zainteresowanie znacznie mniej przyjaźnie – w jego głosie wybrzmiało ostrzeżenie. – Kiedy wyciąga po ciebie zachłanne łapy, rozpoczyna systematyczne dręczenie obiektu zainteresowania, ponieważ musi pozbawić je resztek woli, żeby z radością pognał za jej kuszącym zawodzeniem. Moi bracia dawno temu stanęli na rozdrożu. Przerosła ich nieustanna walka z wyrzutami sumienia, lękami, palącą umysł traumą, depresją, strachem przed przyszłością, nienawiścią do przeszłości i samych siebie…Mimo ciągłego wsparcia Vallerin, jej ciepła i miłości, nie potrafili znaleźć w sobie dość siły, by podjąć heroiczną wyzwanie stanięcia twarzą w twarz z realiami teraźniejszości. Zamiast próbować podnieść się z kolan i iść dalej, zgodnie wybrali łatwiejszą ścieżkę, jaką wydawało im się wezwanie Otchłani. Słysząc jej urokliwe nawoływanie, w końcu stanęli nad krawędzią przepaści i rzucili się w nią, nie wiedząc dokładnie, co czeka ich na dnie. Upadek w te czeluści jest w stanie przetrwać ledwie ułamek pretendentów, reszta zwyczajnie traci zmysły i popada w dzikie, autodestrukcyjne szaleństwo, kończące się nieuchronnie mało przyjemną, boleśnie powolną śmiercią. Śmierć w męczarniach jest jednak losem po tysiąckroć lepszym niż ten, który czeka na odrodzonych. Cena za przysługę Otchłani zawsze jest taka sama…z zamian za złudne ukojenie, żąda od ciebie twojego człowieczeństwa. Otchłań wydziera z ciebie wszelkie uczucia, przekuwając je w niedającą się zaspokoić, palącą żądzę. Ten, kto powróci z Otchłani nie jest w stanie odczuwać wyraźnie nic, poza dręczącym, okrutnym głodem napędzanym przez nieustanną wściekłość oraz irracjonalną nienawiść. Dla odrodzonych chaos jest spokojem, a przelew krwi jedynym ukojeniem w bolesnej egzystencji. Wspomnienia o bliskich, miłość do nich, przyjaźń, litość…pozostają po niech zaledwie mgliste, pozbawione znaczenia cienie. Ci którzy rzucili się w Otchłań i z niej powrócili są w stanie żałosną namiastką uczuć darzyć jedynie podobnych sobie, a cała reszta staje się dla nich nic nie wartym tłem. Zwyczajną zwierzyną łowną, której jednym przeznaczeniem jest prędzej, czy później zaspokojenie nieustannego głodu. Na mnie samego Otchłań zadziałała w zupełnie inny sposób, ale doskonale wiedziałem, czym stali się moi bracia. Na prośbę Vallerin zebrałem ich razem i stanąłem na ich czele, ponieważ wiem aż za dobrze w jaki sposób złagodzić ich maniakalne pragnienie siania zniszczenia. Czarodzieje ślepo gnając za wątłą nadzieją wieczności, nieświadomie sprowadzili na swoje głowy istną plagę, gotową pogrążyć ten świat w chaosie. Ja zawsze byłem potworem – uśmiechnął się szelmowsko – jednak chłopcy nie urodzili się bestiami. To świat zrobił z nich prawdziwe monstra…przeistoczył ich w rozszalałe demony, które wypełzły z objęć Otchłani, nie do końca wiadomo w jakim celu. Zniszczenie jest dla takich jak my jedyną satysfakcjonującą odpowiedzią. Lio, Akiva, Liam i Jean wyrzekli się człowieczeństwa oraz zdrowych zmysłów, niebezpiecznie zbliżając się dzięki temu do mojego poziomu. Myślisz, że poznałeś szaleństwo? – zerknął na towarzysza z rozbawieniem – Spójrz jeszcze raz! To my jesteśmy efektem najprawdziwszego obłędu. Moich braci napędza wściekłość, której skali nie jesteś sobie w stanie wyobrazić. Wyrzuty sumienia, żal, ból, wstręt, niezdolność odczuwania normalnych emocji, furia domagająca się krwawego ujścia…to ich codzienność od dziesięcioleci. Wszystko co uznajesz za okrutne, nieludzkie i obrzydliwe, dla nas jest po prostu zabawne. To nazywamy rozrywką, dzięki której zabijamy czas i zwalczamy okropną nudę, towarzyszącą smutnemu losowi długowiecznych. Oni na szczęście mają nieco skromniejsze potrzeby od moich, dzięki czemu łatwiej mi zapanować nad ich instynktami. Wiemy doskonale, że nieustannie przekraczamy granicę barbarzyństwa, ale kogo to obchodzi? Robimy co musimy byleby zaznać choć chwili ukojenia. Inne potrzeby, cele, ambicje i pragnienia, po wieki zatonęły w Otchłani, odchodząc w zapomnienie. Nie mamy już dosłownie nic do stracenia, bo co niby możemy stracić prócz życia, które jest dla nas przekleństwem? – zaśmiał się ponuro – Lady nie zdołała uratować chłopaków, bo tego nie chcieli. Dobrowolnie wybrali Otchłań, mimo ostrzeżeń i dołączyli do mnie, wiernie stojąc u mojego boku. Wiedzą doskonale, że sprzeciw wobec mnie jest równoznaczny ze śmiercią, a w takich sprawach nigdy się nie waham, czego sześciokrotnie dowiodłem.

– Było was więcej? – szarooki kątem oka spojrzał na Luthera.

– Początkowo jedenastu, jednak nie jestem skłonny do wysilania się w sprawach z góry straconych. Jesteśmy bardzo niebezpieczni, więc nie miałem wyjścia i musiałem pozbyć się tych, którzy dali się porwać niekontrolowanemu wirowi siania spustoszenia. Nienawidzę słabości, braku pokory i dziecinnego buntu! Kurewsko się rozgadałem, więc pozwól, że przejdę do puenty. Powtarzałem już pewnie z milion razy, że chłopaków nie dało się ocalić, ale dla ciebie, pchlarzu, nie jest jeszcze za późno. Lęki, koszmary, głosy, wyrzuty sumienia, obawy których nie rozumiesz, zadręczanie się przeszłością…to właśnie pierwszy etap wezwania. Z czasem będzie tylko gorzej, dlatego radzę ci pierdolić to póki możesz. Jeśli dalej będziesz pozwalał, by kierowały tobą żądza zemsty, ślepa furia, strach i zwątpienia…pieśń przybierze na sile, a ty staniesz się świrem, za jakiego się uważasz. Kiedy wreszcie dorwiesz Petera mogę się założyć, że Otchłań zawyje. Przypomnij sobie wtedy moje dzisiejsze kazanie i podejmij świadomą decyzję, Black. Jeśli zdecydujesz się zakończyć to krwawo, powitam cię wśród moich braci z otwartymi ramionami i zrobię z ciebie szaleńca, z prawdziwego zdarzenia. Jednak – położył dłoń na ramieniu byłego więźnia – mam nadzieję, że nigdy do tego nie dojdzie. Bez obrazy, Blacky, ale sporo brakuje ci do naszego stopnia popierdolenia. Wróć do Vallerin i pozwól sobie pomóc. Aniołek będzie doskonale wiedział, jak wyciągnąć twój zgrabny tyłeczek z tego bagna, a najlepszym dowodem na to jest to, że tych czterech pojebanych nieogarów pomimo wpadnięcia po uszy w Otchłań, wciąż darzy Vallerin miłością. Uczucia do niej nawet Otchłań nie była w stanie im wydrzeć. Nie jest cholerna dziwka tak wszechpotężna jak sądzi! – zaśmiał się perliście – Vallerin jakimś niepojętym cudem jest w stanie przeciwstawić się czemuś tak okrutnie potężnemu.

Kolekcjoner zaniósł cię melodyjnym, ciepłym śmiechem. Syriusz wsłuchiwał się w niego, z rosnącym uśmiechem na ustach. Dragan bez wątpienia był zdrowo szurnięty, ale w wielu kwestiach miał całkowitą rację – ta wycieczka o mało nie przyprawiła go o zawał jednak dzięki niej w końcu zrozumiał. Nareszcie był w stanie pojąć co takiego działo się z jego umysłem i dlaczego nasiliło się zaraz po ucieczce. Zerknął na wciąż roześmianego kompana. Facet zagadka. Przestał myśleć o nim tylko i wyłącznie jak o bezdusznej kreaturze. Dragan był…po prostu inny – znacznie bardziej skomplikowany niż jakakolwiek osoba, którą spotkał do tej pory. Luther na wiele rzeczy patrzył w nieoczywisty, pozornie pozbawiony logiki sposób, pozwalający mu wychwycić niuanse oraz zależności, niedostrzegalne dla nikogo innego. Szczerze mówiąc Black zaczął mu odrobinę zazdrościć tak przenikliwego umysłu, nieskażonego żadną barierą i szeroko otwartego na wszelkie nowości oraz tajemnice otaczającego ich świata. Sam świat nagle wydał u się o wiele większy i znacznie mniej oczywisty w swych sztucznych podziałach. Powoli zaczynał rozumieć, jak potwornie ograniczającym uproszeniem było postrzeganie rzeczy wyłącznie ze względu na podział dobro-zło. Co właściwie oznaczało, że coś jest dobre lub złe? Gdzie znajdowała się ta mistyczna granica i czy czasem nie była zjawiskiem indywidualnym, uzależnionym od doświadczeń oraz mentalności, a nie twardą linią podziału tak samo oczywistą dla wszystkich jednostek? Był boleśnie pewien, że Dragan nie dostrzegał czegoś takiego jak jasny podział na biel i czerń…dla niego świat musiał być nieskończoną paletą rozmaitych szarości. Czarodziej podłożył splecione dłonie pod głowę, sam nie rozumiejąc, dlaczego poczuł się wyjątkowo spokojny oraz rozluźniony – jak jeszcze nigdy.

– Wiesz, że jesteś obłąkany? – zaśmiał się delikatnie.

– Nie lubię słowa obłąkanie – prychnął Luther. – Wolę określenie mentalna kreatywność.

– Dragan? – Black przekręcił się na bok, by lepiej widzieć twarz kompana?

– Czego? – mefistofeliczne oczy rozbłysły zaczepnie.

– Dzięki – czarodziej uśmiechną się szeroko.

– Rozczulasz mnie, psiaku! Wierz mi, że każdy z nas ma swoje własne demony, a jedyna różnica polega na tym, jak sobie z nimi radzimy. Moi bracia zaakceptowali je, ale nie są w stanie się z nimi w pełni pogodzić. Ty – kruczowłosy wymierzył palcem wprost w czoło szarookiego – wciąż przed nimi uparcie uciekasz. Ja… – zaśmiał się cicho – po prostu się z nimi zaprzyjaźniłem. Działamy wspólnie, jak jeden organizm i wszyscy są zadowoleni. Lubię myśleć, że kiedy zostanę kompletnie sam i nie będę mógł zwrócić się do nikogo, one ze mną zostaną…na zawsze. Bez względu na to co zrobię, nigdy mnie nie opuszczą – z ubolewaniem spojrzał na drobną czaszkę młodej kobiety. – Jeśli szczęście ci dopisze, może odszukasz wspólny język z własnymi demonami. Póki co mogą wydawać ci się czymś okropnym i wyduszającym z ciebie resztki energii życiowej, ale kiedyś na pewno pojmiesz, że to wcale nie tak. Twoje własne demony wcale nie muszą cię niszczyć. Mogą stać się źródłem twojej wewnętrznej siły, o ile im na to pozwolisz. Skoro zakończyliśmy naszą przeuroczą wycieczkę i mamy względną jasność w większości pilnych kwestii, zbieraj się. Odstawię cię do rezydencji i muszę wracać, żeby skrócić o głowę kilku upierdliwych kretynów.

– Dragan… – srebrzyste tęczówki zaszkliły się nieznacznie – poważnie, dziękuję…

Ponad dekada cierpień…kompletnego zagubienia i dziwacznych emocji…wystarczyła jedna dłuższa chwila spędzona z prawdziwym Draganem Lutherem, żeby to wszystko prysnęło. To co zobaczył: upiorny spokój kruczowłosego; posłuch, jakim cieszył się pośród najprawdziwszych bestii; pokora z jaką mówił o najgłębszych potrzebach zszarganych dusz; zrozumienie, którym darzył nieoczywiste pragnienia; twarda dłoń, którą rządził; absolutne, szczere oddanie Vallerin; specyficzna troska, jaką obdarzył przybranych braci; szacunek dla pamięci rodziny; dystans do własnych przeżyć oraz okropieństw, a jakie był uwikłany; przytłaczający ogrom rzezi jego rodu, o której pamiętali nieliczni; świadomość powtarzalności takich wydarzeń; wzgarda do trwania w duszącej bezsilności; niewzruszona, żelazna wola…po ujrzeniu tego wszystkiego nie mógł dłużej patrzeć na własną przeszłość, jak na najgorszy ze wszystkich koszmarów. Turkusowooki zapewne celowo dał mu punkt odniesienie, uwypuklając fakt, że nie było na świecie takiego koszmaru, którego nie dałoby się przezwyciężyć. Król Indrahill swym pokrętnym, bezlitosnym działaniem na nowo wlał w duszę czarodzieja nadzieję, za co winien był mu dozgonną wdzięczność.

– Bez takich mi tu! – Luther popchnął lekko Syriusza, przewracając go na plecy – Nie pisałem się na klepanie mazgaja po pleckach.

– Mazgaja? – Black podniósł się i oparł na zgiętych łokciach.

– Uuu – Dragan roześmiał się radośnie. – Będziesz udawał, że nie wiesz o co mi chodzi, skarbie? Przyznaj, że mało się nie rozkleiłeś!

– Nie prawda! – oburzył się uciekinier.

– Oj, prawda.

– Wcale nie!

– Dobrze wiesz, że tak! Nie zgrywaj nagle twardziela, chłopczyku! Jeśli tak bardzo chcesz, to wujcio Dragan może cię przytulić.

Kolekcjoner usiadł i z figlarnym uśmieszkiem rozpostarł ramiona, robiąc komicznie niewinną minkę, nijak nie pasującą do patetycznej przemowy sprzed chwili. Syriusz mimowolnie parsknął śmiechem.

– Dobrze, że twoi bracia cię teraz nie widzą!

– Znając życie Lio już by na mnie wisiał. Nie wiem dlaczego, ale strasznie lubi się przytulać i ma gdzieś, czy druga osoba tego chce. W sumie, strasznie zabawny z niego dzieciak! Może będziesz miał okazję poznać go nieco bliżej, to sam się przekonasz.

– Dlaczego Seth tak się wkurzył, kiedy nazwałem Vallerin po imieniu? – były więzień przesunął nieświadomie po swojej szczęce, jakby chcąc sprawdzić, czy wszystkie kości są na miejscu.

– Kwestia szacunku, skarbie – Kolekcjoner wzruszył obojętnie ramionami. – Nie zapominaj, że jesteśmy mocno starawej daty, a niektórych przyzwyczajeń nie da się od tak wyplenić. Nigdy żaden z nich nie użyje imienia Vallerin, chyba że ona sama osobiście o to poprosi.

– Seth zapytał, jak ona się czuje. Mówiłeś, że spędzili sporo czasu pod jej opieką, więc czemu sam nie mógł jej zapytać, skoro się znają?

– Skomplikowane sprawy rodzinne, Fafiku – czarnowłosy westchnął ciężko. – Wspominałem, że Lordowie i mój braciszek za mną nie przepadają. Podobną niechęcią darzą chłopaków. Ogary mają zakaz zbliżania się do Anglii ponieważ skamieliny uznały ich za zbyt niebezpiecznych, z czym o dziwo nie mogę się nie zgodzić. Pewną rolę w tym wszystkim odgrywa też kwestia staromodnego honoru. Tych czterech kretynów uważa, że niwecząc starania Vallerin okazali jej niewybaczalny brak szacunku i nie są godni spojrzeć jej w oczy, skoro wybrali Otchłań, zamiast ciepła rezydencji. Sama Vallerin oczywiście uważa to za kompletną bzdurę i cierpliwie czeka na powrót synów marnotrawnych – zaśmiał się miękko. – Nie zdziw się, kiedy usłyszysz, że aniołek dba o rezydencję, żeby chłopcy mieli spokojny dom, do którego mogą zawsze wrócić. Nie będzie jej chodziło wyłącznie o mnie oraz Ethana, ale i tych zasranych uparciuchów. Wstawaj, słoneczko! Serio dzisiaj czas mnie goni, potruję ci więcej o zamierzchłej prehistorii, kiedy znajdę wolniejszą chwilę.

Czarodziej mało chętnie podniósł się z podłogi. Zdumiewające, że nie chciało mu się opuszczać miejsca, które wcześniej budziło w nim palący strach. Chciałby jeszcze przez trochę porozmawiać swobodnie z Draganem, jednak rozumiał, że nie był to odpowiedni moment na pogadanki od serca. Turkusowooki poderwał się z pozycji siedzącej i przeciągnął się, rozprostowując zastana kości. Zerknął przez ramię na Syriusza, uśmiechając się szelmowsko. Uznał, że skoro w miarę się dogadali – bez irytujących ataków paniki, szlochów, wrzasków i innego upierdliwego gówna – może pozwolić sobie na niegroźny żarcik. Mocno chwycił ramię uciekiniera i przyciągnął go zdecydowanie zbyt blisko siebie, żeby było to dla czarodzieja komfortowe. Black odruchowo starał się wyrwać, ale skutecznie uniemożliwiało mu to żelazne ramię kruczowłosego. Poważnie! Ile ten koleś miał siły?!

– Hej, ślicznotko – Dragan uniósł zadziornie brew, zniżając głos do mruczącego półszeptu. – Co ty na to, żebyśmy skoczyli do mojej wypasionej rezydencji?

– Puszczaj, świrze! – srebrzystooki wsparł dłonie na klatce piersiowej towarzysza, usiłując się odepchnąć.

– Mmm…świrze… – Luther przysunął usta do ucha Syriusza. – Tak mi mów, skarbie…

– Dragan, do cholery! – Black mocniej zaparł się dłońmi.

– Dobra, już dobra! Co się rzucasz? Wyskakujesz mi z gondolami, nazywasz mnie kotem, rozbierasz się przy mnie, wypłakujesz na moim ramionku, a teraz nagle puszczaj świrze – Kolekcjoner roześmiał się. – Niezła z ciebie kokietka, Syriusz.

Black całkowicie zamarł na dobrych kilkanaście sekund. Zachowanie Dragana nie robiło na nim za wielkiego wrażenia, chodziło o coś zupełnie innego. Uświadomił sobie, że Luther praktycznie nigdy nie zwracał się do niego po imieniu, a to w jaki sposób je teraz wypowiedział…przelało czarę goryczy. Pragnął, by tylko Vallerin wypowiadała jego imię w taki sposób…

– Masz sekundę, żeby się ode mnie odkleić albo…

– Albo co, księżniczko? – demoniczne oczy rozbłysły niepokojącym blaskiem.

– Powiem Vallerin, że się nade mną znęcasz – czarodziej zatrzepotał rzęsami.

– Drodzy państwo, właśnie zagrożono nam uruchomieniem opcji ostatecznej! Czy ty znasz jakieś granice, człowieku?! – Luther z teatralną przesadą odepchnął od siebie Syriusza –Potrafisz popsuć każdą zabawę, pchlarzu!

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 712
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!