Życie Czkawki – Rozdział 2

Kolejny dzień życie młodego Haddocka zaczął się rutynowo. Szybka pobudka o świcie, zejście na dół, gotowanie wody. Wtedy to jak zwykle pobiegł po chleb do pani Hofferson. Okno już było otwarte, więc nie było potrzeby pukać.
– Dzień dobry, pani Hofferson – Czkawka powitał kobietę. Ta odwróciła się do niego i uśmiechnęła się serdecznie.
– Witaj Czkawka – ją również, szatyn mógł zaliczyć do znajomych, gdyż zawsze z rana z nim rozmawiała. Czkawka bardzo te momenty lubił, chyba przede wszystkim ze względu, że wychowywał się bez matki. Ta kobieta, kiedy był mały, dość często opiekowała się nim, mimo faktu, że miała córkę w identycznym wieku. Helga, gdyż tak miała na imię, kochała Haddocka, niczym syna, którego niedane było jej mieć. Astrid, często zazdrościła uwagi, jaką przeznaczała dla szatyna.
– To, co zawsze? – na to pytanie chłopak potaknął.
– Co u pani słychać? – zapytał grzecznie, gdy kobieta podała bochenek. Chciał podtrzymać rozmowę, gdyż rozmawiał tylko z Pyskaczem, więc atencja kogoś innego, była dla niego czymś wyjątkowym.
– Ach, ostatnio coś dzieje się z piecem, gdyż strasznie dużo dymu jest w domu, gdy coś piekę. Jeśli będziesz miał czas z Pyskaczem, to może wpadniecie i zobaczycie, co się dzieje?
– Nie ma problemu, pani Hofferson – wtedy dostrzegł Astrid, która spoglądała na niego zza pleców kobiety. Z jej oczu biła chęć mordu, której powód, był dla chłopaka nieznany. Jednak wściekłość dziewczyny, wywołała swego rodzaju strach, więc zbył piekarkę, faktem, że zostawił gotującą się wodę i pobiegł do domu.

Helga obróciła się i zobaczyła córkę, która spoglądała na nią ze źle ukrytą złością. Kobieta domyślała się, dlaczego Astrid tak nie lubi syna Stoika, ale nigdy nie wiedziała jak poruszyć ów temat.
– Co słychać u ciebie, Astrid? – zapytała córkę, która zignorowała pytanie matki i wyszła z domu, trzaskając drzwiami. To, jak i wiele innych cech nabyła od ojca, który wychowywał ją, jakby była chłopakiem. Na początku nie miała nic przeciwko, gdyż każdy wiking musi umieć walczyć. Jednak, kiedy zaczęła zachowywać się dosłownie niczym chłopak, Helga stwierdziła, że tego dość. Poważnie porozmawiała z mężem, lub raczej postawiła ultimatum: albo przestanie wychowywać córkę jak chłopaka, albo ona się wyprowadza. Jednak była sprytna, więc mieszkanie sobie załatwiła krótką rozmową ze Stoikiem, który miał u niej długi w przysługach. Gdy załatwiła sobie, ewentualne miejsce zamieszkania, postawiła się mężowi, który był całkowicie uzależniony od żony. Tak też przystał na wszystkie jej warunki. Ich małżeństwo było zaaranżowane, tak jak to miało się odbyć z Astrid. Kobieta jednak wiedziała, że córka nigdy by im tego nie wybaczyła, gdyż kandydatem był Sączysmark.

Astrid była wściekła. Nie dość, że z samego rana Czkawka rozmawiał z jej matką, to wyszczerbiła ostrze topora, tym samym skazując siebie na konieczność rozmowy z szatynem. Nie mogła udać się do Pyskacza, bo ten zaostrzyłby jej broń dopiero za kilka dni, natomiast chłopak był skłonny poddać się argumentacji blondynki. Tak też idąc i klnąc pod nosem, nawet nie zorientowała się, że doszła do kuźni.
– Jest tu kto? – na to pytanie nie usłyszała odpowiedzi, co nie zatrzymało jej. Gdy weszła do środka, ujrzała młodego kowala, który wykańczał ostrze jakiegoś topora. Jednak ten obuch był niezwykle zdobiony, co zaskoczyło ją najpierw, ale wtedy przypomniała sobie, że zbliża się dzień zakochanych.
– Czkawka, nie słyszysz, kiedy się do ciebie mówi? – zapytała ostrzejszym głosem, ale chłopak dalej ją ignorował. Dopiero gdy użyła siły i zrzuciła chłopaka z krzesła, ten zareagował, wydając nieartykułowany dźwięk. Spojrzał ze złością na dziewczynę, która tylko uśmiechała się drwiąco.
– Czego chcesz, Astrid? – jej imię wymówił ze złością – Nie mogłaś mnie po prostu szturchnąć? – zadał retoryczne pytanie i spojrzał na nią wyczekująco.
– Mógłbyś zaostrzyć mi topór? – zapytała miłym głosem, co u niej znaczyło tyle, że był pozbawiony niemej obietnicy śmierci, jeśli by się odmówiło. Pod tym względem dziewczyna różniła się od rówieśniczek, które, mimo iż były niemalże równie twarde, zdecydowanie były bardziej „dziewczyńskie”. – Połóż na stole. Zajmę się nim niezadługo – wskazał głową wspomniany mebel, postawił z powrotem krzesło i usiadł dalej pracować nad ostrzem bitewnej siekiery, kompletnie ignorując blondynkę.
– Masz go naostrzyć teraz! – jej krzyk z pewnością był słyszalny poza budynkiem, ale chłopak się tym nie przyjął.
– Możesz sobie sama naostrzyć – mruknął, poprawiając rzeźbienia na ostrzu – Każdy porządny wiking powinien to potrafić.
Na te słowa krew zalała niebieskooką, która wściekła nie była w stanie nic powiedzieć. Ten tylko uśmiechnął się ironicznie, wstał i wziąwszy topór, podszedł do kamienia szlifierskiego i począł ostrzyć broń. Na to dziewczyna wpierw oniemiała, a potem znów zatrzęsła się ze słusznego gniewu. Jednak nim zdołała cokolwiek powiedzieć, chłopak dał jej broń do ręki i wrócił do pracy. Blondynka odebrawszy broń, jedynie poszła do domu porozmawiać z matką.

Czkawka natomiast, gdy tylko powitał się z Gburem, wspomniał mu o problemie pani Hofferson.
– Nie mamy czasu. Patrz ile mamy zamówień. – dla Pyskacza zdecydowanie się nie chciało się iść, najprawdopodobniej przetykać komin. Poza tym chciał zobaczyć, co Czkawka jest gotów zrobić, by go przekonać.
– Zrobię część twoich zamówień. Chcesz mieć państwo Hoffersonów na głowie, jeśli ich dom się spali? – chłopak postanowił zagrać inaczej i użyć tej samej karty co Pyskacz, który musiał przyznać, że nie wiedział, gdzie szatyn nauczył się sztuki manipulacji. Kowal westchnął tylko i rzekł:
– Dobra.

Pięć minut potem obaj byli gotowi, więc wzięli sprzęt i ruszyli do siedziby rodu Hoffersonów. W drzwiach powitała ich gospodyni, która od razu zaprosiła ich do środka i zaproponowała coś do picia. Czkawka podziękował, w przeciwieństwie do Gbura, który od razu usiadł, począł opowiadać plotki. Chłopak w tym czasie zajął się badaniem pieca, który w większej części wymyślił. Gdy przyjrzał się, orzekł, że idzie na dach sprawdzić komin i pozostawił dorosłych, dzięki czemu mogli porozmawiać o synu Stoika.
– Nie sądziłam, że już dzisiaj przyjdziecie. Nie za długo dzień zakochanych, więc na pewno macie sporo zamówień, więc dlaczego przyszliście? – zapytała Helga, po czym szybko dodała – Nie to, że mam coś przeciwko.
– A żebyś wiedziała, jak się uparł, żeby załatwić to dzisiaj – kowal się roześmiał – Nie wiem po kim, odziedziczył umiejętność rozmowy, ale potrzebował niecałej minuty, by mnie przekonać, że nie zrobienie tego dzisiaj, źle się dla mnie skończy.
– A u niego wszystko w porządku? Wiesz, dla mnie na pewno wszystkiego nie mówi. – kobieta zapytała, lecz kowal jedynie pokiwał głową ze smutkiem.
– Mnie też wszystkiego nie mówi. Jest strasznie zamknięty w sobie.
Nim jednak kobieta zdążyła powiedzieć coś jeszcze, z pieca buchnął obłok sadzy. Dało się jeszcze słyszeć, jak chłopak obiecuje, że posprząta.
– To dobry chłopak. Szkoda tylko, że wszyscy go odrzucają – głos Helgi wypełniało ubolewanie, gdyż kochała tego chłopaka i nie dała rady patrzeć, jak bardzo się męczy – A ma kogoś na oku? – zapytała tak z innej beczki. Pyskacz tylko się uśmiechnął i znacząco spojrzał na kobietę. – Astrid? – zapytała niepewnie, ale szybkie kiwnięcie głowy Gbura potwierdziło tezę. Nie była zaskoczona, bo jej córka była jedną z najładniejszych dziewcząt w mniej więcej w jej wieku, ale wielu “adoratorów” odkochiwało się tuż po bliższym zapoznaniu. Bo, któż lubi dziewczynę, która wszystkich traktowała równie zimno? Wyjątkiem był Sączysmark, ale on był idiotą, ale nie przypuszczałaby, że dla młodego Haddocka podoba się jej córka. Nim jednak zdążyła cokolwiek powiedzieć, do domu wszedł obiekt rozmowy, który zaraz wziął się do sprzątania sadzy z podłogi.
– Zostaw to Czkawka. Ja się tym… -nim jednak zdążyła dokończyć, chłopak się wtrącił:
– Nie proszę pani. Ja nabrudziłem, to ja posprzątam – mówiąc to, powoli kończył już sprzątanie. Tutaj Czkawka różnił się od Astrid – był niemalże pedantem. Zawsze wszystko odkładał na miejsce, wyjątkiem były momenty, gdy tworzył swe wynalazki.

Gdy skończył, pożegnali się z panią Hofferson, która wręczyła im kilka drożdżówek i ruszyli do kuźni. Zbliżało się południe, więc chłopak postanowił wziąć przerwę i odwiedzić Szczerbatą Mordkę. Pożegnał się z kowalem i spokojnym krokiem ruszył do lasu. Mijał i pozdrawiał przechodniów, ci jednak jak to mieli w zwyczaju, ignorowali go. Czkawkę zawsze zastanawiało, dlaczego wikingowie, budowali swoje domy z drewna. Przecież, wystarczy odrobina ognia i sosnowy dom od razu stanie w płomieniach. Jednak, gdy powiedział to swemu ojcu, ten odrzekł: wikingowie zawsze budują swe domy z drewna. Taka jest tradycja. Był to argument niezbity, gdyż wikingowie nie potrafili, lub po prostu nie chcieli niczego zmieniać. Chłopak nie znosił tego, ale nic nie mógł na to poradzić. Wiedział, że mógłby porozmawiać o tym z Pyskaczem, który sam miał podobny pogląd dotyczący domostw na Berk, ale wiedział, że ojciec i tak się wścieknie. Tak powoli idą przez las, zobaczył, bardzo ciekawy obrazek: Astrid i Sączysmark razem siedzący na pniu powalonego drzewa miło sobie gawędząc. Oczy Czkawki niemalże nie wyszły z oczodołów na ten widok, lecz szybko opanował się i ukrył między drzewami. Począł szerokim łukiem obchodzić rówieśników, ale gdy był kilka metrów od wejścia do Zatoczki, gałąź pękła pod stopą szatyn. Ten szybkimi susami pokonał pozostały dystans i ukrył się za skałą. Usłyszał zbliżającą się Astrid, która powiedział dla Sączysmarka coś o zwierzętach, po czym usłyszał oddalające się kroki.

Serce Czkawki poczęło się powoli uspokajać, a chłopak zaczął głęboko oddychać, aby się uspokoić. Wtedy Nocna Furia podbiegła do przyjaciela zaniepokojona.
– Wszystko w porządku Mordko. A przynajmniej w takim, jakim było – głos szatyna był przepełniony smutkiem, gdyż powoli przestawał wytrzymywać w tej samotności pośród ludzi. Niemalże zawsze był sam: gdy to jadł kolację w twierdzy, czy to siedział w domu. Starał się to akceptować, ale nie zawsze dało się to zrobić. Wtedy to zawsze przychodził mu do głowy szalony pomysł ucieczki z wyspy. Coś mu mówiło, że gdzieś znalazłby swoje miejsce, gdyż wiele mu mówiło, że nie znajdzie swej ostoi na Berk. Teraz pomysł stał się ciut realniejszy, ze względu na to, iż mógłby odlecieć na Szczerbatku. Jednak wiedział, że szalonym byłaby podróż w nieznane, nie mając żadnego doświadczenia w walce ani planu. Szanse na przeżycie w dziczy, kiedy mógłby spotkać dzikie smoki, były marne. Wiedział, że te stworzenia z natury nie są agresywne, ale nie wszystkie miały ograniczoną styczność z ludźmi. Słyszał o grupie zwanej Łowcami Smoków, która prowadziła handel smokami oraz ich skórami. Wiedział też, że jego ojciec zastanawiał się, czy nie zaproponować sojuszu Łowcom, gdyż Stoik zdawał sobie sprawę, że nie za długo, wioska zostanie zrównana z ziemią przez smoki.

Czkawka jednak nie mógł w żaden sposób wpłynąć na decyzję ojca. Jednak wiedział, że nie zniósłby obcych w jego domu, którzy by mordowali smoki dla pieniędzy, czy też dla przyjemności. Wizja idealistycznej walki przeciw tym prymitywom była przyjemna, ale chłopak zdawał sobie sprawę, że może pozostać tylko marzeniem.

Lotem rozkoszował się, zresztą jak zawsze pozostawiając za sobą wszystkie problemy. Pomimo chłodu, który przy większej szybkości był uciążliwy, uczucie wolności, braku wszelkich barier było nie do opisania. Jednak wszystko, co przyjemne, kiedyś się kończy, i tak było z chwilami spędzonymi z Szczerbatkiem. Przemijały szybko, przez co szatyn musiał wracać do szarej rzeczywistości. Pożegnał się z Nocną Furią i pobiegł w stronę wioski. Miał nadzieję, że Pyskacz nie zauważy jego krótkiego opóźnienia. Idą do kuźni, spotkał Helgę Hofferson, która ponownie podziękowała za zajęcie się jej kominem, a chłopak, rzucając szybkie: “Nie ma za co”, pobiegł do miejsca pracy. Mnóstwo pracy czekało na niego i z pewnością samo by się nie wykonało. Zwłaszcza że sam nie zrobił własnego prezentu, to musiał się zająć ponad dwudziestoma innymi. Pyskacz przywitał go, zajęty swoją robotą. Obaj oddali się swym, zajęciom. Ciszę, przerywały dźwięki kucia oraz niespodziewany śmiech Czkawki. Na to Pyskacz podskoczył z zaskoczenia, gdyż chłopak rzadko śmiał się tak bardzo.
– Co cię tak bawi, młody? – zapytał kowal ciekaw, ale szatyn nie był w stanie odpowiedzieć. Szatyn złapał się za brzuch i się pochylił, ledwie trzymając się na nogach.
– Po… prostu przeczytaj – wysapał Czkawka pomiędzy spazmami śmiechu. Beznogi po chwili do niego dołączył, natomiast przechodnie spoglądali na nich jak na niespełna rozumu. Wszystko dzięki kilku wyrazom: “Medalion zaręczynowy, dla Astrid Hofferson, od Sączysmarka Jorgensona”. Cóż, – pomyślał Czkawka – o taką głupotę bym go nie posądził.

Gdy rzemieślnicy się uspokoili, uśmiechając się pod nosem, zakończyli pracę późnym, wieczorem. Po codziennym sprzątaniu kuźni pożegnali się, a chłopak powoli wracał do pustego domu. Otworzył drzwi, lecz przywitała go cisza i ciemność. Nic nowego – przeszło przez głowę chłopaka. Co prawda, gdyby jego ojciec nie wypłynął a wyprawę, byłoby w pomieszczeniu jasno, jak i ogień byłby rozpalony, lecz chłód i brak i światła nie były najgorszymi rzeczami. Najgorsza była cisza, pomiędzy synem a ojcem, przerywana tylko, gdy Stoik miał coś dobitnego do powiedzenia. Czkawka nigdy nie wychodził z inicjatywą to rozmowy, gdyż zawsze obawiał się, że jego ojciec go tylko zignoruje. Po zjedzeniu kolacji przebrał się, pomodlił się o siłę na następny dzień i się położył.

Opublikowano
Odsłon 433
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!