“Czas Pokuty” – Historia Luciana

“Jeżeli bym mógł, cofnąłbym czas”

Słychać było dalekie powolne stąpanie. Temperatura spadała coraz to szybciej. Czuł, jak zamarzają mu przymknięte wargi. Nie mógł ich otworzyć, para mogła zaalarmować potwora. Siedział w bezruchu za jedną ze starych lodówek. Umysł musiał pozostać otwarty… musiał… otwarty… umysł.

– RATUUUUUUNKU!

Otworzył szerzej oczy, a z jego ust ulotnił się niewielki kłąb dymu. Nastała cisza. Trwała podejrzanie długo. Ponownie usłyszał tupot. Odgłos kroków zaczął niebezpiecznie zbliżać się do jego pozycji. Kroki zaczęły powtarzać się szybciej, przeciwnik biegł w jego stronę. – Jest już naprawdę blisko – wypowiedział sobie w myślach. Haki z mięsem zaczęły uderzać z impetem o sufit. Był już w wystarczającej odległości.

Mężczyzna w ostatnim momencie uskoczył od uderzenia. Przedmiot, za którym się skrył, został przełamany na pół. Potwór przypominający wielkością dwa nosorożce rozbił lodówkę, a jej resztki cisnął w ścianę. Chodził na czterech nogach, a pokryty był chitynowym pancerzem. Głowa znacząco wychodziła spod ochrony, odsłaniając masywny element mięsa, który prawdopodobnie był kawałkiem szyi. Na czubku jego głowy wystawały cztery rogi, dwa naprawdę ogromne ulokowane na skroniach potwora i dwa trochę mniejsze, znajdujące się przy dobrze chronionych oczach. Na tyle jego ciała znajdował się  masywny ogon, który służył stworowi jako maczuga. Potwór nawrócił się w stronę mężczyzny i zaczął przygotowania do następnej szarży. Ponownie zaczął nacierać. Tym razem uskok nie do końca się udał. Był zbyt szybki. Jegomość został zraniony w bok. Krew wylała się na zamarznięte płytki. Para zaczęła się unosić od ciepła czerwonej cieczy. – No to nie zachowałem tak zwanej zimnej krwi – pomyślał i uśmiechnął się lekko pod nosem. Wyciągnął dwa urządzenia ze swojego paska. Przypominały one ogromne rewolwery, które wyładowane były jakąś specyficzną świetlistą amunicją. Potwór ponownie przypuścił atak. Na jego nieszczęście ten unik był rewelacyjnie wykonany. Podczas mignięcia mężczyzna oddał serię strzałów w łączenie głowy i reszty tułowia.

Bestia, zamiast zatrzymać się o ścianę popędziła dalej i staranowała ją. Potwór próbował biec dalej, ale substancja, która zaczęła wyciekać z jego cielska, bardzo efektywnie mu to utrudniała. Każdy krok był teraz słabszy i nosorożco-podobny stwór wrył się w ziemię. Mężczyzna podszedł do swojej ofiary i posłał jej strzał prosto pod chitynową osłonkę głowy. Zwierzę zawyło po raz ostatni w swoim życiu. Przykląkł przy niej i z małego pojemniczka, przypiętego przy pasie, wyjął probówkę. Z jego rękawa wyskoczyło dość duże ostrze. Przyłożył metal do szyi potwora i zaczął energicznie odcinać mu głowę.

Po długiej chwili głowa potwora była odcięta, a z kręgosłupa została pobrana niewielka ilość płynu koloru ciemnoniebieskiego. Stał jeszcze kilka minut nad ciałem swojej zdobyczy, napawając się chwilą. Udało mu się! Było przed nim wielu, ale tylko on dał radę. Walka była strasznie długa, ale udało mu się odszukać słaby punkt. Wiedział, że każdy ma jakąś niedoskonałość. Potrafił przeskanować swoją ofiarę jak mało kto. Jako jeden z nielicznych potrafił idealnie zabić swoją ofiarę… Ci, którzy już raz żyli, nie mają prawa powrócić…  Z prochu, w proch… Z nicości, w nicość…

Chwycił łeb potwora i zaczął poruszać się chwiejnym krokiem w kierunku wyjścia. Było zimno, nawet bardzo. Budynek  naprawdę okazały, ale jak się dowiedział od zleceniodawcy od dawna opuszczony. Ogromne sale, wypełnione, aż po brzegi starą mechaniką. Na hakach przypiętych niekończącymi się łańcuchami, zwisały duże płaty mięsa, zamarznięte na kamień. Każdy kolejny ruch sprawiał mu większy kłopot. Stracił bardzo dużo krwi. Musiał wytrzymać, nie mógł zginąć teraz, nie w taki sposób. Kiedy zbliżył się do drzwi, nie usłyszał żądnego dźwięku, jakby za nimi znajdowała się całkowita pustka. Chwycił za starą, dużą klamkę i otworzył wrota. Światło go oślepiło. Mężczyzna cofnął się lekko w stronę budynku, przetarł oczy i ponownie wystawił głowę. Światło zniknęło. Jak udało mu się zauważyć, to reflektor przeczesuje mroczne ulice.

Wychodząc zza murów domostwa potwora, jego oczy wychwyciły panoramę miasta. Nie lubił tego miejsca, ale kiedy potrzebował pieniędzy, to właśnie tu dostawał najlepsze zlecenia. – Zaun… Witaj ponownie! – powiedział z lekkim grymasem bólu na twarzy. Nie wiedział już ile razy tu był . Czas zawsze mijał szybko. Miasto Żelaza i Szkła, tak je nazywali stali bywalcy. Metal był trafnym  spostrzeżeniem, bo praktycznie całe miasto było zbudowane z tego surowca, ale jeżeli chodzi o szkło to było go praktycznie tyle, co nic. Odpychającą wadą miasta zdecydowanie były ścieki, które rozlewały się po dolnych częściach metropolii. Zapach był pewnie do wytrzymania i nawet do zaakceptowania przez stałych mieszkańców, ale dla nowo przybyłych był zdecydowanie trudny do zniesienia. Skierował się w stronę schodów, które prowadziły do ciemnej alejki. Cały czas tracił krew, a ogromna głowa robiła się cięższa z każdą następną sekundą. Czekał go spory kawałek drogi do przejścia.

Zbliżając się do głównej ulicy miasta, nałożył czarną płachtę na przedmiot, który trzymał w dłoni, a na własną głowę zaciągnął biało czarny kaptur, który był elementem jego płaszcza. Poprawił broń, żeby była mniej widoczna i wkroczył na ogromny deptak, gdzie przechodziła masa ludzi. Idąc cały czas prosto, zauważył, że zostawia za sobą dość pokaźną stróżkę krwi. Ludzie dziwnie na niego spoglądali. Czuł ich wzrok na swoim karku. Zacisnął mocniej ranę i przyśpieszył lekko kroku. Nie mógł zginąć w taki sposób…

Zbliżał się do karczmy, gdzie znajdował się jego zleceniodawca. Starał się nie myśleć o bólu, ale ten stawał się coraz to bardziej ostry i gwałtowny. Kiedy udało mu się dostać pod drzwi budynku, poczuł, jak w zaczyna wirować mu w głowie. Zrzucił głowę na ziemie i oparł się bokiem o framugę. Potrzebował chwilę odpocząć, tylko chwileczkę… Nie zliczył ile czasu, stał przed wejście. Minęło go kliku szemranych typów, którzy całkowicie nie zwracali uwagi na niego, a tym bardziej na kałużę krwi, która była pod jego stopami. Chwycił ponownie pakunek i naciskając barkiem na drzwi, wszedł do środka.

Karczma była naprawdę dobrze urządzona. Drewniane wyposażenie wnętrza, posadzka zrobiona z dobrze dobranych metalowych płyt o kolorze sosny świetnie wtapiał się w aranżacje. Stolików było dużo i były praktycznie wypełnione po same kąty. Na piedestale stała kapela odgrywające różne przyśpiewki, które idealnie pasowały do picia piwa. Piwa, które roznosiły piękne i krągłe kelnerki.

Przy barze zauważył swojego pracodawcę. Wysoki mężczyzna o wątłych ramionach. Ubrany w niebieskoszary garnitur, który współgrał z kapeluszem o tych samych barwach. Jego zielone oczy i czarny wąs, były bardzo specyficzne, przez co nawet ranny mężczyzna, który wylał z siebie hektolitry krwi, mógł go z łatwością rozpoznać. Zaczął kierować się w stronę baru. Nie było to łatwe ze względu na dużą ilość klientów, ale udało mu się to bez większych konfliktów. Obok jego znajomego siedział nieduży pirat, który zdecydowanie za dużo mówił. Cały czas awanturował się z barmanem, że piwo, które podaje to oszustwo, bo dolewa tam wody. On jednak zwyczajnie starał się nie zauważać krzykacza i zajmował się czyszczeniem kufli. Bar był bardzo masywny, ale i urokliwy. W drzewie, które stanowiły bazę barku, zostały wycięte sceny z tworzenia karczmy. Blat był pokryty jakimś czarnym materiałem, który był bardzo twardy. Mężczyzna z pakunkiem w ręku zbliżył się do lamentującego pirata. Zbliżył swoją głowę do jego ucha i coś mu szepnął. Do tego czasu nie wiadomo co to było, ale ten przestał krzyczeć, strasznie zbladł i skierował się w stronę wyjścia. – Można się dosiąść? – spytał sarkastycznie – jeżeli chodzi o tego stwora to raczej nie będzie już problemem – w tym momencie wręczył swojemu zleceniodawcy głowę bestii – tak jak się umawialiśmy – jęknął. Mężczyzna zaniemówił, kiedy zobaczył trofeum. Spojrzał na jego ranę. – Ty krwawisz! . Były to ostatnie słowa, jakie usłyszał tego dnia. Z wyczerpania i z braku dużej ilości krwi zemdlał i spadł z krzesła, upadając na ziemię.

Autor DeCey
Opublikowano
Odsłon 748
1

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!