Kroniki Iball, Tom I: Niosąca Światło | 2.3

Mężczyzna w czarnym płaszczu podszedł do baru pewnym siebie krokiem. Z racji braku miejsca wcisnął się między Zalmarę, a łysego krasnala i jego towarzyszkę, która natychmiast wykorzystała okazję, by zwrócić jego uwagę na siebie i niby przypadkowym ruchem rozchyliła bardziej zbyt już głęboki dekolt męskiej koszuli, którą wcisnęła za pasek ciasno zawiązanych spódnic.

Jeszcze raz to samo dla tej pani! zawołał do gospodarza za blatem, gdy zobaczył, że Zalmara opróżniła kufel w zaledwie kilka sekund. I coś mocniejszego dla mnie. Może overproof?

Się robi karczmarz zniknął po raz wtóry za zasłonką prowadzącą do kuchni i na zaplecze.

Jak to miało miejsce w podrzędnych karczmach, lepszej jakości alkohole trzymano na zapleczu w zacienionych miejscach, gdzie mogli wchodzić tylko pracownicy i właściciel. Import zagranicznego alkoholu był nad wyraz drogi przez nałożone na niego opłaty celne, stąd też zwiększona ostrożność właścicieli spelunek. Zamieszki w portowych przybytkach nie należały do rzadkości. W większości barów i zdarzały się przynajmniej raz w tygodniu, a dla nieostrożnych właścicieli często kończyły się stratą cennego napitku. Dlatego co przezorniejsi, decydowali się na przechowywanie alkoholi na tyłach lokali. Właściciel wyłonił się z niszy po chwili i położył ze stuknięciem trunek w szklanym kieliszku przed klientem, a przed nią wypełniony po brzegi kufel ciemnego, mętnego piwa.

Zalmara spojrzała na swojego towarzysza spod przymrużonych powiek. Kapitan Elias „Martwe Oko” Morton, były kontradmirał drugiego dywizjonu królewskiego. Obecnie paser i przewoźnik towarów rozkręcający własny biznes. Stał przed nią jakby nigdy nic, uśmiechając się szelmowsko w stronę czarownicy znad pełnego kieliszka rumu, za którym wręcz przepadał.

Więc co robisz w takiej knajpie? Myślałem, że wolisz miejsca o wyższym standardzie, jeśli wiesz, o co mi chodzi. — Zamrugał do niej odsłoniętym okiem.

Zalmara opierała się plecami o blat, gdy zadawał jej pytanie. Wciąż przypatrywała mu się uważnie, trzymając w dłoni kufel. Jej wzrok błądził wokół paskudnej blizny, przecinającej lewy policzek i brew. Szrama znikała jedynie pod czarną przepaską, którą w zwyczaju miał nakładać na któreś z oczu. Za każdym razem, gdy się spotykali, miał zasłonięte inne oko. Do tej pory nie wiedziała po co to robił.

— Zgubiłam towarzyszki udręki podczas oglądania straganów, więc szukałam miejsca, gdzie mogę w spokoju napić się piwa — kiwnęła w jego kierunku brodą — twoja kolej, co robisz w stolicy? O ile pamiętam, uwiłeś sobie gniazdko pod Ibrasil. Matko, jak ja nienawidzę tego miasta. Równie dobrze mógłbyś zamieszkać w jakiejś przygranicznej wiosce, daleko od szlaków handlowych.

Zalmara upiła łyk piwa z kufla, który pozostawił nieco piany nad jej łukiem kupidyna. Elias wyszczerzył się do kobiety, widząc ją umazaną białą pianą, niczym kociątko po wypiciu mleka ze spodka. Rozejrzał się po tym dyskretnie, jednak stwierdzając, że nikt nieproszony nazbyt się nimi nie interesuje, nachylił się do ucha Zalmary i wyszeptał:

— Miałem spotkanie z Kanclerzem w sprawie nowych towarów z Ashas. Szlachta bardzo ich pożąda, mimo że kosztują małą fortunę.

Jego pełne usta wygięły się w intensywnym uśmiechu, a do nozdrzy czarownicy nadleciał dym mocnych cygar i wysokoprocentowego rumu. W jego głosie słychać było chrypkę, która zapewne przyprawiała o dreszcze jego kolejne kochanki. Duma, z jaką wyjawiał jej powód przyjazdu do miasta, biła od niego prawdziwym poczuciem wyższości. Mało handlarzy robiło bowiem interesy z koroną, zwłaszcza w kilka lat po uruchomieniu flotylli. W większości przypadków monopol na dostawy posiadała rodzina Nessay, która znana była z przyjacielskich stosunków z wysoko urodzonymi szlachcicami, mimo mieszczańskiego rodowodu.

— Jestem niemal pewna, że to nie jedyny powód twojej przeprawy przez pół kraju, aczkolwiek mam nadzieję, że w niedługim czasie będziemy mogli świętować twój sukces — uśmiechnęła się chytrze. — W każdym razie taka wyprawa jest zbyt kosztowna, a ty o ile dobrze pamiętam, Morton, groszem nie śmierdzisz. Mów prawdę — nakazała.

Upiła kolejny łyk piwa i przypatrując się grupie mężczyzn, którzy wesoło śpiewali jedną ze znanych przyśpiewek o wieśniaczce i pustynnym wojowniku z Lorfort. Rytmiczna przyśpiewka sprawiła, że czarownica zaczęła stukać obcasem w rytm melodii, jaki nadawali jej biesiadnicy.

— Interesy Zalmaro, tym razem sprowadzają mnie tu tylko i wyłącznie interesy — uśmiechnął się zawadiacko. — Władcom i płacącym w terminie klientom się nie odmawia, moja droga — jego uśmiech wykrzywił się, wlewając w siebie kieliszek bursztynowego płynu.

Zielone oko nieukrywane pod przepaską przypatrywało jej się z błyskiem, gdy nieznany im jegomość pochwycił skrzypce stojące nieopodal ściany, przygrywając do rytmu. Utwór naraz zmienił się w szybką melodię, która zachęcała wręcz do tańca, szczególnie wstawioną klientelę spelunki.

Mężczyźni wstawali nieśmiało ze swoich krzeseł i prosili do tańca kobiety biesiadujące wraz z nimi. Biedna kelnerka, która już wcześniej miała problemy z przechodzeniem między obleganymi stolikami, już teraz omal się nie potykała o nogi i suknie klienteli. Zalmara miała ochotę wspomóc dziewczynę zaklęciem asekurującym, ale obawiała się reakcji ludzi, którzy nawet w stolicy nie byli zawsze przychylni wszelkim niezwykłościom.

— Powiedzmy, że tym razem ci uwierzę, Morton — zamilkła na chwilę. — Długo masz zamiar pozostać w stolicy? Z tego, co pamiętam, nie gościłeś w jej murach dłużej niż tydzień, od dobrych pięciu lat.

— Nawet od dziesięciu, o ile dobrze liczę — wymruczał. — Wszystko zależy.

— Od czego? — zapytała zdziwiona czarownica, marszcząc przy tym nieco brwi.

— Od klientów, no i Beth.

Przez jego głos przemknęła nuta troski, którą znająca go od lat czarownica natychmiast wychwyciła. Zmarszczki na jego twarzy wydawały się pogłębić, gdy wspomniał o siostrze.

— Beth? Czyli jednak istnieje inny powód, przez który przyjechałeś do Rag.

— Nic nie wiesz? — Spojrzał na nią zdziwiony. — Beth jest nieuleczalnie chora. Umiera.

— Wiesz jak bardzo obchodzi mnie ludzka śmierć, Elias. Mimo że Zakon, a co za tym idzie ja sama wam służę, to ludzkie życie wciąż jest niczym mrugnięcie okiem. Nie tylko dla mnie zresztą. –— Czarownica skrzywiła się, upijając kolejny łyk piwa.

— Przede mną nie musisz udawać Mar. Wiem, że moja kochana siostrzyczka cię obchodzi, jeśli nie ze względu na twoje uczucia do mnie, to ze względu na twoich podwładnych. — Wzruszył ramionami. — W każdym razie Beth ma swoje lata i pełne prawo do tego, aby odejść z tego świata i połączyć się z Bogami. Szkoda tylko, że dzieje się to w takim cierpieniu. Ma trudności z oddychaniem, trzęsie przy każdym kroku, a żołądek coraz słabiej trawi pokarmy. Mam wrażenie, że lepiej byłoby podać jej cholerną truciznę, niż pozwolić na kolejne dni, miesiące czy nawet lata cierpienia, które na nią czekają.

Zalmara zamyśliła się na chwilę, a w jej umyśle przewijały się obrazy młodej, niespełna trzydziestoletniej kobiety, którą dane jej było ochraniać kilkanaście lat temu. Elias był wtedy młodzieńcem o kręconych ciemnych lokach, bez tytułów kapitańskich oraz przywilejów mieszczańskich i żony przy swoim boku. Oboje wywodzili się z zamożnej rodziny kupieckiej, których stać było na wynajęcie czarownicy, aby służyła za ochroniarza wdowy Beth. Tak się bowiem stało, że kobieta mimo szczególnej urody straciła męża jako młode dziewczę, a że już wtedy miała dwójkę maluchów, powróciła do rodziny, za którą tęskniła podczas dłużących się, samotnych dni.

Na twarzy czarownicy pałętał się niechciany uśmiech, który wywołany był spoglądaniem na coraz odważniejszy tłum. W takich chwilach czuła się jak zwykła kobieta zmagająca się z normalnymi problemami dnia codziennego. Wypady do miasta bywały niezastąpioną odskocznią dla jej ciała i umysłu.

— Zatańczysz? — Usłyszała chrapliwy głos Eliasa, a przed nią pojawiła się jego silna dłoń. Zalmara spojrzała na górującego nad nią mężczyznę zaskoczona. — Tylko nie wymiguj się, że nie potrafisz. Już razem tańczyliśmy, pamiętasz? — Zalmara dopiła jednym haustem resztę piwa i odłożywszy na drewniany blat żeliwny kufel, pochwyciła dłoń bruneta.

Kapitan niemal natychmiast przyciągnął ją do siebie i położywszy drugą dłoń na jej talii, wmieszał się z nią w tłum pląsający wesoło na dostępnej przestrzeni. Siedzący przy stołach towarzyszyli odważnemu skrzypkowi, wybijając rytm kuflami lub butami na twardej skórzanej podeszwie.

Mortonowi z ust nie schodził uśmiech, gdy wirował w tańcu wraz ze starą przyjaciółką, która przy nim wydawała się śmiesznie drobna. Zalmara z kolei ufnie dała się porwać taktom wesołej muzyki i objęciom mężczyzny, który był bardzo dobrym tancerzem.

Elias od zawsze wolał proste tańce ludu niż zawiłe crowl’e, czy inne fuss’y. Stąd rzadko kiedy bywał na salonach, gdzie bacznie upatrywano jego obecności z nadzieją na romans w zaciszu alków dam o wysokim statusie społecznym, a co za tym idzie nowych tematów do plotek. Jednak to proste tańce, w których mógł się zwyczajnie cieszyć muzyką, kradły jego serce, duszę i porywały nogi.

Świat wirował, kiedy Morton wymuszał na Zalmarze zrobienie kolejnych obrotów czy piruetów, a sam taniec, skupiony głównie na podskokach w wyznaczonym rytmie potrafił wpędzić w zadyszkę nawet najwytrwalszego śmiałka. Zarówno kobiety, jak i mężczyźni śmiali się, gdy tancerze stanęli w kole. Wymieniali między sobą uśmiechy, szczerząc się niemożliwie szeroko i ciesząc się wspólną chwilą beztroski, jaką dawał im alkohol wymieszany z adrenaliną, którą zapewniał taniec. Zalmara, mimo przedniej zabawy starała się nikogo nie nadepnąć, gdy przybliżali się i oddalali w kole. Uważała przy tym, by na nikogo nie wpaść lub nie zgubić rytmu. Taniec nie był jej najmocniejszą stroną, nad czym ubolewała przez całe życie.

W pewnym momencie jej ciało jednak zawiodło, czarownica omal nie upadła, ale Elias w porę podtrzymał ją, obejmując pewnie na wysokości talii, pomagając jej tym samym utrzymać równowagę, tak ciężką do zachowania na chwiejnych od procentów nogach. Słaba głowa była kolejną życiową bolączką, której nie mogła w sobie znieść czarownica.

Tancerze połączyli się ponownie w pary, a melodia wygrywana przez muzykanta zaczęła przyśpieszać. Wraz z nią przyśpieszali też tancerze, którym zaczynało brakować tchu. Kilkoro z nich oblanych było potem i poczerwieniałych z wysiłku, ale to nie przeszkadzało uśmiechom na ich twarzach, które poszerzały się z każdym postawionym na drewnianej posadzce krokiem.

Pląsom czarownicy i wilka morskiego przyglądały się bacznie tłumy, nie zdając sobie sprawy, z tego, kim jest dwójka wirujących tancerzy. Żadne z nich nie przejmowało się uwagą gapiów, także tych wchodzących do lokalu. Elias wydawał się nie dostrzegać niczego poza swoją partnerką, podobnie jak Zalmara. Wokół nich rozległy się oklaski dla wszystkich tańczących, a Morton, pochwyciwszy wiedźmę ponownie za dłoń, poprowadził ją do pierwszego wolnego miejsca wypatrzonego wśród tłumów.

— Musimy to powtórzyć — wyrzekł, gdy opadli na drewniane krzesła. — Dawno tak dobrze się nie bawiłem — dodał.

Jego odsłonięte oko skrzyło radością, a nieco przydługie włosy miał w nieładzie, poprzyklejane do mokrego od potu czoła. Zalmara domyślała się, że nie wygląda lepiej od swojego kompana.

— Kto wie — odpowiedziała, lekko przy tym dysząc.

Morton wstał z krzesła, na którym ledwo co przysiadł, wypatrując jasnowłosej kelnerki, którą widzieli chwilę temu, gdy przemykała między stolikami. Kiedy ją dostrzegł w tłumie, dał jej znać by do nich podeszła.

Dziewczyna przeciskała się między stolikami ze słuszną porcją piwa i jedzenia, które podała biesiadującym obok mężczyznom. Zalmara musiała przyznać przed sobą, że ci byli dość obcesowi w obyciu, ale starała się ich w miarę możliwości ignorować.

— Co podać? — zapytała, gdy w końcu do nich podeszła.

— Raczy panna polać jeszcze piwa i rumu oraz przynieść jakąś ciepłą strawę. Może być pieczeń, jeśli macie, lub placki i zupa rybna — dziewczyna uśmiechnęła się figlarnie, przygryzając zębami wargę i zniknęła wśród coraz większego tłumu gości napływających do lokalu.

Co do Beth zaczęła Zalmara, gdy dziewczyna zniknęła w tłumie, a jej głos nieco się uspokoił. Może mogłabym wam jakoś pomóc? Lekarstwa, opieka, może jakiś specyfik? Kobieta wyszeptała ostatnie zdanie, zbliżając się konspiracyjnie do mężczyzny. Jego źrenice nagle powiększyły się w zaskoczeniu.

Nigdy nie sądziłem, że usłyszę od ciebie taką propozycje, Maro. Uśmiechnął się szeroko, a czarownica trąciła go w ramie pięścią. Miło że chcesz pomóc mojej kochanej Beth, ale obawiam się, że skoro sam Ranol nie pomógł, to już nikt nie będzie w stanie poprawić jej stanu zdrowia.

Do ich stolika podeszła kelnerka, w której oczach skakały małe chochliki, a pokaźnych rozmiarów biust nieomal wydostawał się na zewnątrz, gdy kładła przed nimi jeszcze półmisek jeszcze ciepłych placków oraz miskę zupy rybnej i dwa kufle piwa z zaplecza. Zalmara prychnęła zdegustowana zachowaniem dziewczęcia. Czarownica usiłowała sobie tłumaczyć jej przerysowane zachowanie tym, że była to znana praktyka dziewczyn pracujących w barach. Chciały sobie przygruchać w ten sposób jakiegoś majętnego i pijanego jegomościa, który ustawi je do końca życia lub przynajmniej na dłuższy czas. Gdy dziewczyna odeszła, zachęcająco kołysząc biodrami, Zalmara położyła dłoń na ramieniu Eliasa. Mężczyzna zerknął jedynie na nią przełamując pszenny placek na dwie części.

— Gdybyś jednak zdecydował się przyjąć moją pomoc, wiesz gdzie mnie szukać, prawda? — Zalmara uśmiechnęła się do niego filuternie.

— Wiesz że zawsze na siebie trafimy, prędzej czy później Maro — Elias chwycił jej dłoń i ucałował jej grzbiet, a drobna szczecina nad jego górną wargą podrażnił jej skórę.

Zarówno czarownica, jak i kapitan zajęli się swoją porcją potrawy przyniesionej przez kelnerkę. Żadne z nich nie odezwało się, dopóki nie skończyli jeść. Skrzypek cały czas przygrywał kolejne skoczne melodie, a zainteresowana Eliasem karczmarka krążyła między stolikami, zerkając co jakiś czas na Mortona. Ludzie mieszali się przy wejściu. Część z nich wchodziła, a część wychodziła. Alkohol lał się litrami, a w knajpce było duszno i gwarno.

Kilka stolików dalej, w kącie miejsce zajęli wytatuowani, ogoleni na łyso mężczyźni, którzy przypatrywali im się intensywnie, odkąd zajęli obecne miejsca. W końcu jeden z nich wstał i choć powstrzymywany przez swojego kompana, wyrwał grube ramię z jego uścisku, by ominąć resztę towarzystwa, zmierzając w kierunku ich stolika.

Coś czuję, że szykują się kłopoty wymruczała Zalmara, upijając piwo ze swojego kufla. Elias skinął jej nieznacznie głową, obserwując kątem oka wytatuowanego mężczyznę zmierzającego w ich stronę. Zalmara widziała, jak unosi nieznacznie do góry prawy kącik ust. Był to jego odruch bezwarunkowy, który zwiastował gotowość do bitki.

— Chyba nie tchórzysz? — wymruczał, ledwo ruszając ustami, na co czarownica obruszyła się zirytowana.

Tymczasem nieznany jegomość zbliżał się do nich wolnym krokiem, łypiąc spod byka, ściskając w ogromnej łapie szyjkę szklanej butelki, w której znajdowały się resztki alkoholu wzmacnianego ziołami. W spelunie zrobiło się jakby ciszej. Skrzypce przestały wygrywać skoczne melodie, a śmiejący się biesiadnicy znacznie obniżyli ton swojego głosu, zwracając uwagę na kroczącego między nimi mężczyznę.

Na stół w końcu padł cień agresora, który zatrzymał się za plecami Eliasa i Zalmary. Założył on ręce na pierś, wypiął dumnie pierś do przodu, co dodało powagi jego sylwetce i przypatrywał się im w milczeniu, górując nad nimi o dobre pół metra, jeśli nie więcej. Był ogromny. Jego dłonie mogły mieć rozmiar opróżnionego, leżącego przed Zalmarą talerza, a biceps miał grubszy od uda kobiety. Kark natomiast miał rozmiary pieńka drzewa. Przy tym wszystkim jego ogolona na łyso czaszka, błyszcząca w mdłym świetle spelunki, wydawała się nieproporcjonalnie mała. Chłop pociągnął kilka razy nosem, po czym wymamrotał zachrypłym, gardłowym głosem:

— Śmierdzi mi tu wiedźmą. — Mięśnie jego twarzy były napięte, a grdyka podskakiwała przy każdym słowie. Zalmara zignorowała zaczepkę wielkoluda. Podobnie postąpił też Elias, upijający rumu z kieliszka. — Coś mi się zdaje, że to od waszej dwójki tak zajeżdża — wymamrotał.

Czarownica milczała, wychylając kufel piwa nieśpiesznie. Nie lubiła bójek w barach, choć w przeszłości często brała w nich udział ze zwykłego przymuszenia zaistniałą sytuacją. W podróży bywało różnie, a Zakon nie miał zbyt dobrej opinii wśród prostego ludu, który najczęściej nie pojmował wielu rzeczy przez brak niezbędnej edukacji.

Morton skrzywił się, przyglądając się biesiadnikom po drugiej stronie stołu. Widział na ich twarzach zakłopotanie wymieszane ze strachem oraz wyczuwał napiętą atmosferę w spelunce, która gęstniała z minuty na minute. Pomyślał o żonie i dwuletniej córeczce, które czekały na niego w domu, a którym obiecał, że nie będzie więcej się mieszał w kłopoty. Coś mu podpowiadało, że tego wieczoru może nieco nadszarpnąć złożoną Nebrze i Emirze obietnice.

Nie chcemy kłopotów, panie. Proszę, wróć więc na swoje miejsce wyszeptała do mężczyzny karczmarka, która przyniosła przed chwilą strawę dla stolika, po ich prawej stronie, przy którym siedział grupka leciwych w porównaniu do łysego mężczyzny mieszczan.

Zalmara zacisnęła szczękę, aż zęby jej zazgrzytały. Nie chciała być niemiła dla naiwnej dziewczyny. Wszak była ona ledwo podlotkiem niźli dojrzałą, myślącą realnie kobietą. Jej wiek był najgorszym w krótkim ludzkim życiu.

Mężczyzna stojący za Zalmarą i Eliasem łypał na dziewczę z góry, a jego pokiereszowana twarz wykrzywiała się z każdą sekundą coraz bardziej. W końcu wybuchnął on śmiechem, w czym zawtórowali mu do tej pory siedzący cicho kompanii. Zaraz za nimi podążyli inni, mniej odważni biesiadnicy. Mężczyzna w końcu się uspokoił i łypnął na ludzi, którzy wciąż się śmiali. W sali ponownie zapanowała cisza, mimo wypełniających ją tłumów. Zalmara zauważyła kątem oka, że co odważniejsi klienci, zaczęli wymykać się ze spelunki cichcem, póki jeszcze mieli na to czas.

Zmarszczki na twarzy bruneta siedzącego obok niej się pogłębiły, postarzając go tym samym perfidnie. W mniemaniu czarownicy, nie przypominał już tego szanowanego admirała i przedsiębiorcy, jakiego znała, lecz mężczyznę u schyłku życia, który kruszy się coraz bardziej z każdym rokiem, klnąc na świat, w jakim żyje.

Ty mała, pokraczna dziewko wyszeptał olbrzym, w którego oczach wydawał się błądzić obłęd. Chcesz mi mówić co mam robić? Zrobił ociężały krok w stronę dziewczyny, w której twarzy widać było pierwsze oznaki strachu. Jej mięśnie się napięły, a dłonie delikatnie drżały.

Olbrzym zrobił kolejny krok, a dziewczyna dotarła do ściany, przylegając do niej, jakby ta mogła ją wchłonąć i sprawić, że nagle zniknie. Teraz z całą pewnością żałowała swojej buty, która powodowała nią jeszcze minutę temu. Olbrzym znacznie nad nią górował, podobnie jak nad siedzącymi nieopodal Zalmarą i Eliasem. Ludzie gapili się na niego w obawie o młodą karczmarkę, jednak żadne z nich nie miało na tyle silnej woli, aby zareagować, kiedy brutal pochwycił ją ogromną łapą i przygwoździł do ściany.

Dalej masz ochotę mi rozkazywać wstrętna, mała dziewko? — wychrypiał, gdy pochylił się nad jej uchem. Takie robaki jak ty, nie mają prawa do życia, a co dopiero do mówienia mi co mam robić. Odór z paszczy wielkoluda, który pochylał się coraz bliżej, paraliżował dodatkowo jej ciało. Dziewczyna chciała wrzeszczeć, wyrywać się jego zapoconej łapie, ale czuła, że nie może, że jej ciało odmawia posłuszeństwa.

Karczmarka naraz cała spowiła się szkarłatem, a jej nogi trzęsły się jak osiki. Zalmara nabrała powietrza i westchnęła ciężko. Miała ochotę wstać i trzepnąć osiłka butelką w głowę, by wybić mu z głowy urządzanie burd w lokalach. Na jej ramieniu zległa jednak dłoń Eliasa, która przytrzymała ją na miejscu. Kapitan hufców kupieckich, uśmiechał się nieznacznie do kobiety, dając jej znać, że nie ma potrzeby, aby się wtrącała.

W tym momencie rozległ się szur krzeseł w jednej z wnęk naprzeciwko. Z miejsca w zacienionym kącie wstał zakapturzony mężczyzna, którego Zalmara musiała nie zauważyć. Elias zawsze był bardziej spostrzegawczy od niej, co teraz działało na jego korzyść. Już podczas tańca z czarownicą wiedział, że coś się za chwilę może wydarzyć, nie wiedział jedynie co to takiego będzie.

— Zostaw ją — powiedział tajemniczy jegomość, którego twarz wciąż skryta była pod kapturem ciężkiego, jak na tę porę roku, płaszcza.

Olbrzym zesztywniał. Jego furia przybierała na sile, a teraz wydawała się eskalować, poza jego ciało na innych biesiadników. Zdawało się to jednak nie zrażać skrywającego się w kącie jegomościa. Jego sylwetka była postawna, wyprostowana niczym struna. Szerokie barki skrywane pod płaszczem i silne uda, świadczyły o latach spędzonych na wielogodzinnych treningach. Kompanii siedzący z nim przy stole, wydawali się kolejnymi przerażonymi płotkami, które tylko drżą wobec zagrożenia ze strony osób trzeciej. Gdy także powstali, to wrażenie zmieniło się o sto osiemdziesiąt stopni. Każdy, kto brał udział w więcej niż jednej bitwie, mógł ocenić ich siłę, mimo dość zniekształcających nakryć.

Kolejny, który chce mi rozkazywać? Olbrzym stracił zainteresowanie drobną kobietą, kiedy zauważył ciekawszy obiekt do drwin. Dziewczyna wykorzystała okazję i odzyskawszy kontrolę nad ciałem, czym prędzej przedzierała się między ludźmi, ku barowi i niszy, za którą mogła się ukryć przed wzrokiem napastnika. Chyba życie wam dzisiaj niemiłe ludzie. — Zaniósł się okropnym śmiechem. Tym razem nikt mu nie zawtórował, błądząc wzrokiem między nim, zakapturzonym mężczyznami, a Eliasem i Zalmarą.

— W przeciwieństwie do karczmarki, ja się ciebie nie boję głupcze — wyszeptał nieznajomy mężczyzna. — Swoją drogą, jak pozbawionym honoru trzeba być, by zastraszać znacznie słabsze od siebie kobiety?

Zalmara odwróciła się w stronę mężczyzny. Musiała mu przyznać, że zdołał ją zaintrygować, co widział nawet Morton, którego twarz wydawała się złagodnieć wraz z pojawieniem się nieznajomego. Zupełnie jakby się znali, a co więcej sobie ufali. Na twarz wiedźmy wpłynął chytry uśmiech, gdy materiał peleryny rosłego mężczyzny nieznacznie zafalował. Była ciekawa rozwoju sytuacji jaka zaistniała w lokalu, a jeszcze bardziej ciekawiło ją, kim jest grupka siedząca w zacienionym kącie wnęki.

Stul pysk żołnierzyku rozkazał ledwo słyszalnym głosem.

Zalmara nie była pewna czy zakapturzony jegomość dosłyszał słowa osiłka, stojącego po drugiej stronie sali. Tym razem to młody, męski głos, zakapturzonego wybuchnął salwą czystego perlistego śmiechu, który urwał się nagle, jakby w jego tchawicę wbiła się niewidzialna strzała.

Zalmarę owiał lodowaty wiatr, a knajpę wypełnił siarkowy smród, od którego łzawiły oczy. „Magia” – pomyślała wiedźma, a jej zmysły instynktownie podążyły za jej źródłem, które naraz znalazło się kilka stóp przed nią.

Mężczyzna był dużo wyższy, niż jej się do tej pory wydawało. Cień zmniejszał rozmiary jego ciała, którymi śmiało mógł konkurować z olbrzymem. W przeciwieństwie do niego sylwetka mężczyzny o przyjemnym, melodyjnym głosie, była zbudowana z samych mięśni, a zawartość tłuszczu w jego ciele musiała być znikoma. W ułamku sekundy zakapturzony mężczyzna znalazł się za olbrzymem, nachylając się ku niemu.

— Bo co mi zrobisz? — Wyszeptał do ucha agresora, którego oczy powiększyły się dwukrotnie w niemym geście zaskoczenia. — Panienka prosiła, byś grzecznie usiadł. Teraz musisz grzecznie znieść karę, za tak niemiłe potraktowanie kobiety — dodał.

Jego noga uniosła się w zwolnionym przez Zalmarę tempie i wymierzyła staranny cios w odcinek lędźwiowy kręgosłupa wytatuowanego olbrzyma. Kość chrząknęła głośno, a olbrzym upadł na klepisko z głośnym grzmotem i wydobywającym się z jego ust jękiem.

Oczy towarzyszy zakapturzonego jegomościa, zwróciły się w stronę Eliasa i Zalmary, gdy bieg czasu na nowo przyśpieszył. Kobieta nie spodziewała się, że mężczyźni będą w stanie umknąć jej czarom, jednak to właśnie miało miejsce w tej chwili. Odór siarki, alkoholu i jadła mieszały się ze sobą, czyniąc powietrze w pomieszczeniu niezdatnym do oddychania, mimo otwartych na oścież drzwi.

Zalmara wytworzyła na zawołanie nieco świeższej bryzy, by oczyścić pomieszczenie z nieprzyjemnej woni. Ludzie patrzeli na siebie zdezorientowani, nie wiedząc, co się dzieje, gdyż upadek olbrzyma i ruchy zakapturzonego mężczyzny, wyglądały dla nich, jak mazy światła wśród cieni pomieszczenia, które spowodowały wicher. Ten natomiast sprawił, że kaptur mężczyzny zsunął się z jego głowy.

Oczom biesiadników ukazał się rosły jegomość, o ciemnych włosach, połyskujących odcieniami granatu. Jasne oczy o pionowych tęczówkach zerkały na nią zaskoczone. Opadłe kąciki ust uniosły się nieco, gdy zdał sobie sprawę, kim jest kobieta siedząca kilka stóp przed nim na drewnianym stołku.

Dopiero po chwili, Zalmara zauważyła zakończone trzema haczykami uszy, które przebite były trzema złotymi kółkami. W ułamku sekundy zdała sobie sprawę, kim były istoty biesiadujące z nią w portowej spelunce, co pogłębiło tylko jej uśmiech.

— Czym ty jesteś? — Wychrypiał wciąż zaskoczony mężczyzna, widząc szeroki uśmiech czarownicy, który pogłębiał się z każdą sekundą, coraz bardziej. Zalmara przygryzła dolną wargę, zastanawiając się nad tym, co odpowiedzieć mężczyźnie stojącemu kawałek przed nią.

— Jestem zwykłą wiedźmą — odparła po chwili namysłu. — Którą bardzo ciekawi, czemu Draagerowie zawitali do stolicy ludzkiego królestwa — dodała.

Opublikowano
Kategorie Fantasy
Odsłon 310
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!