Dragon Ball Parallel History

Dragon Ball Parallel History

Odcinek 1

Ruiny owalnego budynku, na których stał młody mężczyzna, nie wyróżniały się na tle pozostałości zgładzonej, betonowej dżungli. Pogruchotane mury, pozbawione szyb okna, wraki pojazdów, stopione latarnie oraz zwęglone ludzkie szczątki opowiadały historię śmierci Central City. Pomimo okropności krajobrazu, powoli połykane przez roślinność cmentarzysko biło po oczach pewnym upiornym urokiem, gdy padały na nie promienie zachodzącego słońca.

Gohan wolałby nie zauważać tego dojmującego piękna i skupić się na czekającym go zadaniu, ale gruzowisko zmuszało do refleksji. Zgładzona stolica niemo opowiadała o śmierci, odrodzeniu i ponownym upadku. Niegdyś zniszczone przez Szatana Piccolo Seniora miasto podźwignęło się z popiołów. Mieszkańcy planety nie szczędzili środków, aby odbudować metropolię i pokazać swoją niezłomność. Zrobili to niestety tylko po to by syn niszczyciela, Szatan Piccolo Junior, mógł ponownie ją uśmiercić. Gorzka analogia z tupetem rozpychała się w głowie Gohana i głośno oznajmiała swoje przybycie niczym wchodząca do pomieszczenia Bulma.
– To miasto to ty, tato – rzucił w przestrzeń nastolatek.
– Że co? To już? Nie jesteśmy jeszcze gotowi, Gohan co się tam dzieje?! Odbiór! – wbudowany głośnik pomarańczowo-czarnego kasku odpowiedział z wyraźną paniką.
– Przepraszam, Yajirobe – zaczął z wyraźnym zakłopotaniem chłopak, całkowicie zapominając, że zakończony dwiema antenkami przekaźnik w obudowie pomarańczowego kasku był ustawiony na nadawanie – mówiłem do siebie. Niebo wciąż czyste. Macie wciąż czas. Nie wyczuwam go jeszcze, ale jak tylko cokolwiek poczuję lub zobaczę dam od razu znać. Odbiór.
– W porządku, ale nie strasz tak nas. Mnie tu już bez tego serce chce wyskoczyć brzuchem. Może po prostu jestem głodny. A! To mi coś przypomniało. Pamiętaj naszą umowę. Jak go już zabijesz, ja dostaję to, co z niego zostało.
– Masz to, jak w banku, Żarłomirze – odparł Gohan, używając przydomku otyłego szermierza. – Rozumiem, że nikogo nie zaprosisz na wyżerkę?
– Nie, Jest cały mój. Wrzucę go na ruszt. Jego starsi, smoczy bracia byli całkiem smaczni. Gohan…
– Tak?
– Jak nic z niego nie zostanie, to też się nie obrażę. Załatw go. Za Korina i wszystkich.
– Zamierzam, Yajirobe, zamierzam.

Wcale nie był pewien zwycięstwa, ale nie chciał przerzucać obaw na towarzyszy gotowych oddać za niego życie.
Wokół niego, pośród ruin Central City, niczym pracowite mrówki, uwijali się ostatni członkowie Planetarnego Ruchu Oporu. PRO nie był wybredny, jeśli chodziło o pozyskiwanie bojowników. Jedynym warunkiem była nienawiść do obecnego samozwańczego władcy świata; Szatana Piccolo Juniora. Na, grożących zawalaniem, kondygnacjach pozycję zajmowali byli członkowie Gwardii Królewskiej, niedobitki Armii Czerwonej Wstęgi, zwyczajni ludzie, którzy podnieśli broń, aby pomścić bliskich, a nawet takie łotry jak Tao Pai Pai.
– Skoro tłuścioch martwi się o brzuch, to ja chcę się upewnić czy po walce nie wycofasz się z umowy – głos płatnego zabójcy popłynął z głośników hełmu. „O żurawiu mowa” pomyślał Gohan.
– Dotrzymam obietnicy. Jak tylko zabijemy Piccolo i obalimy jego reżim, upewnię się, że dostaniesz swoje pieniądze, wyspę i pełną amnestię. W nowym świecie będziesz wolnym i bogatym człowiekiem.
– Trzymam za słowo. Pamiętaj. To mnie dzisiaj potrzebujesz. I nie musiałem tutaj być. Tłuścioch nie posiada takiej kontroli nad ki jak ja. On nawet nie potrafi sformować prostej sfery – najemnik wytykał przywary towarzyszowi z przymusu, z wyraźną nutą buty.
– A co to niby ma znaczyć? Siadaj i bądź cicho. Miecz wystarczył mi, żeby zabić poprzednich synów Szatana. Uważaj, bo i ciebie wrzucę na ruszt – obruszył się Żarłomir – albo lepiej, poleję cię wodą i zardzewiejesz, złomiarzu.
– Dość tego! Cisza w eterze! – krzyknął generał Miedziany, dowódca całej operacji. – To bezpieczny kanał, ale nie musimy niepotrzebnie ryzykować. I na litość Kamiego, używajcie stosownego żargonu i pseudonimów, gdy kończycie! Ekhem… powodzenia Wielki Sajanmanie. Bez odbioru.

Spod pomarańczowego kasku wyłonił się wątły uśmiech, ale zaraz zniknął, gdy chłopak przełknął rosnąca w gardle gulę. Przez zbliżającą się walkę i introspekcyjny nastrój, w jaki wprowadziły go zgliszcza Central City nie potrafił docenić przekomarzania się Żarłomira. Nastolatka nie cieszyło nawet, że wymyślone przez niego przezwisko, Wielki Sajanman, zaczęło być traktowane poważnie.

Gohan obciągnął zieloną tunikę i chwycił za owinięty wokół pasa ogon. Dawno już wyzbył się związanej z nim słabości, ale wywołany dotykiem dreszczyk ułatwiał skupienie. Ściśnięcie owłosionej kończyny wywoływało jakby mikrosekundowy reset mózgu. Czasami zastanawiał się, czy jego ojciec też tak to odczuwał.

Nagle zrobiło się mu zimno. Wszyscy pokładali w nim nadzieję. Od dziecka, od czasu, gdy miał sześć lat, wmawiano mu, jak bardzo jest wyjątkowy. Przyrzekali wielokrotnie, że jeżeli tylko będzie ciężko nad sobą pracował, to z pewnością uratuję świat. Pokona niewolącego świat Potwora. Dowiedzie, że jest równie wielkim bohaterem, jak niegdyś ojciec. Zielona tunika niespełnionego zbawcy, opatrzona symbolami Wszechmogącego oraz szkół Żółwia i Żurawia, uniosła się, gdy westchnął ciężko. Gohan opatulił się powiewającą za nim czerwoną peleryną, ale nic to nie dało. Uczucie chłodu pochodziło z wewnątrz.

Wielki Sajanman nie uważał się za wyjątkowego. Trenował już prawie dwanaście lat i nie widział efektów. A przynajmniej nie tych, na które liczył. Wciąż nie wybawił ludzi. Nie obronił świata. Był oszustem. Nie zasłużył nawet na imię, które sobie nadał. Miało rozpalać nadzieję, ale z perspektywy czasu okazało się kłamstwem.

Wielu mistrzów robiło wszystko, co w ich mocy, aby stał się tak silny jak to możliwe, ale to nigdy nie wystarczało. Każde starcie z Piccolem kończyło się tak samo. Sromotną porażką. Zielonoskóry despota zawsze był o krok przed nim. A nawet o kilka. Co gorsza, każdy powrót na tarczy kosztował życie kolejne ważne dla chłopaka osoby. Nauczycieli oraz przyjaciół, którzy tak w niego wierzyli. Poświęcali się, by mógł uciec i w przyszłości spróbować jeszcze raz. Według Gohana robili to na darmo. Nie winił już nawet swojego oprawcy za ich śmierć. To nie on ich zabił. Zniknęli z tego świata z powodu słabości, jaka toczyła umysł i ciało nastolatka. Ludzie okrzyknęli go bohaterem. Ostatnią nadzieją świata. W rzeczywistości, okłamał ich wszystkich. Nie potrafił się nawet nikomu przyznać, że nigdy nie lubił i nie chciał walczyć. Robił to tylko ponieważ matka wciąż opłakiwała ojca oraz dlatego, że najważniejsi w jego życiu ludzie, widząc go, tak naprawdę dostrzegali Goku. „Dlaczego musiałeś nas opuścić, tato? Dlaczego nie mogłeś go zabić, gdy miałeś okazję. Dlaczego zostawiłeś to wszystko właśnie mi?” pomyślał chłopak, tym razem uważając, aby nie wokalizować wewnętrznych rozterek.

Goku, mistrz sztuk walki, Najsilniejszy pod Słońcem, mściciel, który rozbił oryginalną Armię Czerwonej Wstęgi, podwójny pogromca Szatanów Piccolo. Prawdziwy Bohater. Zginął, broniąc świat przed najeźdźcami z kosmosu. Przybyli tu, szukając Nameczan. Przez wieki zielony drań i jego lepsza, boska połowa uchodzili za istoty nadnaturalne. Bóstwo i demona. Dopiero obcy rozwiali te przekonania. Co więcej, wyjawili też prawdziwą naturę samego Goku. Zarówno on, jak i zielonoskórzy okazali się przybyszami z innych planet. Jednakże, w przeciwieństwie do niego, Wszechmogący i Szatan Piccolo pochodzili ze świata znanego jako Namek. Według najeźdźców byli jednymi z ostatnich potomków rasy, która podobno prawie całkowicie przestała istnieć. Wraz ze zniknięciem ich macierzystej planety, w galaktyce pozostało zaledwie kilku Nameczan. Napastnicy zamierzali jeszcze bardziej zredukować tę liczbę, a przy okazji, postanowili też podbić napotkany świat.

Chłopak niewiele pamiętał z tych wydarzeń. Miał zaledwie pięć lat. Większość historii znał z przekazów Bulmy, Kuririna, Ten Shinhana i innych. W pamięć wrył mu się strach, jaki towarzyszył porwaniu. Przybysze z gwiazd zainteresowali się nim i jego, uzależnionymi od poziomu stresu, wahaniami poziomu mocy. Według nich żadne dziecko w jego wieku nie powinno wykazywać takiej amplitudy. Gohan oddałby wiele, aby wtedy tego nie odkryli. Ukryta w nim moc nigdy nie chciała do końca współpracować. Dała za to ludziom wokół niego poczucie zgubnej nadziei. Gdyby mógł, poprosiłby Boskiego Smoka o uczynienie go normalnym nastolatkiem.

Smocze Kule mogły czynić cuda. Przywróciły nawet do życia jego ojca. Pokonani najeźdźcy okazali się awangardą większego oddziału. Świat znowu potrzebował bohatera. Goku powrócił więc do żywych, nieporównywalnie silniejszy. A z pomocą przyjaciół i nawet samego Piccolo Juniora ponownie uratował planetę. I to właśnie wtedy poznał cenę układania się z diabłem. W kluczowym momencie, gdy zwycięstwo było już na wyciągniecie ręki, Szatan ich zdradził. Skoncentrowany, w dwóch palcach, atak energetyczny zamiast w stronę chwiejącego się na nogach wroga pofrunął prosto między łopatki Son Goku. Ojciec Gohana nie miał szans się obronić. Skupił całą energię na klatce piersiowej i ramionach odpierając ostatnie desperackie natarcie przywódcy kosmitów. Zbawca świata umarł po raz drugi i ostatni. Tego nie mogły cofnąć nawet Smocze Kule. Piccolo rozprawił się z resztą osłabionych najeźdźców, po czym zwrócił się przeciwko byłym sojusznikom. Niestety różnica potencjałów ki była zbyt wysoka. Przyjaciele Goku nie mieli szans, aby go wtedy pomścić. Gdyby nie samobójcze poświęcenie Jaozzi żaden z nich wyszedłby z tego starcia z życiem. Blady, niewysoki wojownik wysadził się na plecach zdrajcy i osłabił go na tyle, aby umożliwić reszcie ucieczkę.

Treningi Gohana zaczęły się niedługo po tamtej bitwie. Piccolo w tym czasie nie próżnował. Rzucił ludzkość na kolana i ogłosił się panem całej planety. Zniszczenie Central City było jednym z pokazów siły i jednoczesną karą za opór. Miasto spłonęło w ogniu ciemnopomarańczowej ki. Nameczanin zaatakował metropolię tylko dlatego, że Szatan Piccolo Senior też niegdyś obrał tę aglomerację za cel. Ludzie, pomimo woli poprzedniego oprawcy ośmielili się je odbudować. Junior zamierzał przywrócić sprawy do porządku wyznaczonego przez poprzednika. Jednak w przeciwieństwie do ojca użył miriad pocisków zamiast jednej skoncentrowanej fali energii. Central City miało umrzeć, ale też zostawić po sobie rozkładające się od erozji zwłoki. Po zrównaniu stolicy świata z ziemią nowy władca zakazał jakichkolwiek ponownych prób rekonstrukcji. Żelbetowe kości metropolii stały się symbolem. Ich zadaniem było wypełniać serca potencjalnych przeciwników rozpaczą i poczuciem bezsilności. Trup miasta miał na zawsze przypominać o konsekwencjach walki z nowym reżimem. Teraz został wybrany na miejsce egzekucji potwora. Według Wielkiego Sajanmana miało to pewien poetycki wydźwięk, ale głównym powodem były powody praktyczne. Wśród zgliszcz łatwiej było ukryć niespodziankę dla tyrana.

Jednak gdy już tutaj dotarli, zaczynał powoli sądzić, że był to jednak błąd. Ruiny zaczęły się nad nim znęcać i uwypuklać zbyt znajome kształty. Kwadratowa dziura po dawno zniszczonym basenie wyglądała przygnębiająco podobnie do tej, którą widział przed laty.

Wysyłane jedna po drugiej fale Kikoho, mistrza Ten Shinhana, żłobiły kwadratowy dół w glebie i wysysały z niego całą energię życiową. Po walce Piccolo wykorzystał tamten otwór jak miejsce na pochówek trójokiego wojownika. Gohan zaklął w myślach. Za pierwszą porażkę młodego wojownika zapłacić musiał jego oryginalny nauczyciel.

Odwrócił wzrok, szukając chwili ukojenia, ale oczy napotkały na elementy zrujnowanej estakady. Dwie drogowe serpentyny opierały się o siebie niemal pod kątem czterdziestu pięciu stopni. W głowie Wielkiego Sajanmana pojawił się mistrz Kuririn wkładający wszystkie pozostałe siły w ostatnią w swoim życiu falę Kamehameha. Ta i tak została przepchnięta przez strumień energetyczny zielonego tyrana. Druga porażka Gohana i po byłym mnichu nie pozostało nawet ciało.

Nastolatek poczuł ochotę obalenia resztek estakady, ale opanował się, gdy ujrzał wyblakłego w słońcu manekina. Kawałki niedużych rozmiarów kukły, zapewne mającej reprezentować dziecięcą sylwetkę, leżały rozczłonkowane pod oknem dawnego sklepu odzieżowego. Czy Jaozzi czuł się tak samo, jak on? Pomimo równie morderczego treningu co resztą przyjaciół Goku zawsze zostawał w tyle. Jak radził sobie z faktem, że inni pozostawali poza jego zasięgiem?

Gniew w umyśle chłopaka walczył o prymat z narastającą niepewnością. Zupełnie jak rywalizujące ze sobą dwa posągi mistrzów sztuk walki. Postawione w celu upamiętnienia Turnieju Najsilniejszego pod Słońcem, zajmowały centralny punkt jednego z miejskich placów. Zwróceni przeciwko sobie spiżowi zawodnicy jakimś cudem przetrwali bombardowanie. Nie ugięli się pod naporem kata. Gohan nie mógł powiedzieć tego samego o legendarnych czempionach. Żółwiu i Żurawiu. Stojąc na pozostałościach wysokiego budynku, Gohan dostrzegał zaledwie kontury posągów. Jednakże optyczny zoom pomarańczowo-czarnego hełmu wyostrzył szczegóły. Obok wojowników z brązu leżały najróżniejsze należące kiedyś do mieszkańców miasta przedmioty. W tym coś, co przypominało szybkowar. Hermetycznie zamknięty garnek, zamiast w swoim wnętrzu, zaczął zwiększać ciśnienie w duszy Gohana. Genialny Żółw i Żuraw, dawni adwersarze, połączyli siły próbując uwięzić Szatana techniką zwaną Mafubą. Fortel podziałał kiedyś na poprzedniego demona, ale tym razem okazał się daremny. Porażka numer trzy. Wiekowi mistrzowie nie musieliby postawić na szali swoich losów, gdyby pół-Sajanowi nie zabrakło wtedy energii.

Zaklął siarczyście. Ten cykl powtarzał się wielokrotnie. Na tyle często, że Sajanman zaczął zastanawiać się, czy Piccolo celowo nie pozwalał mu uciec. Nie potrafił jednak rozgryźć, dlaczego miałby to robić. Nawet pomimo tego, że Nameczanin tryumfował nad nim za każdym razem, to oprócz Wszechmogącego, Gohan przedstawiał największe zagrożenie dla reżimu Szatana. Niestety nawet boska połowa dyktatora nie mogła teraz pomóc światu.

Spoczywając w żłobiących ulice kraterach rozbite fragmenty okien wieżowców, wydawały układać w szklany kopiec lub zwierciadlany lodowiec. Podobny do tego, w którym Piccolo więził Wszechmogącego. Utrata Smoczych Kul była chyba największym ciosem, jaki mogli otrzymać. Jeden ze szpiegów wśród członków Planetarnego Ruchu Oporu Szatanowi wykradł i przekazał tyranowi przestarzały, ale wciąż sprawny, egzemplarz smoczego radaru. Wypowiedziane przez despotę życzenie uwięziło opiekuna planety we wręcz niezniszczalnej górze lodowej. Chłopak mógł poświadczyć o jej wytrzymałości. Próbował wielokrotnie ją rozkruszyć, stopić lub wydrążyć. Jednak nigdy nie udało mu się dotrzeć do pogrzebanego wewnątrz Wszechmogącego. Lód odrastał szybciej, niż udawało się go niszczyć. Co gorsza, do czasu odzyskania dostępu do Smoczego Boga nikogo nie dało się przywrócić do życia.

Sajanman nacisnął przycisk na obudowie hełmu i aktywował wbudowany lokalizator kryształowych sfer. Spełniające marzenia artefakty tkwiły wszystkie razem w jednym miejscu. Tam, gdzie były zawsze, od kiedy tyran położył na nich łapy. W pałacu Wszechmogącego. Po uwięzieniu boskiej części siebie Piccolo uczynił z latającego budowli swoją kwaterę główną. Gohan zacisnął zęby. Tajna misja odzyskania Smoczych Kul wciąż śniła mu się po nocach. Razem z mistrzem Yamchą, Panem Popo i Ósemkiem, ulepszonym przez Bulmę i naukowców PRO, próbowali wykraść kryształowe sfery. Magiczny dywan czarnoskórego dżina teleportował ich niepostrzeżenie do serca podniebnego pałacu. Pojawienie się w komnacie gdzie przetrzymywano kule, wydawało się świetnym pomysłem. Wejść, porwać Smocze Kule i wyjść. Proste. Zwłaszcza że Gohan nie wyczuwał żadnej ki z prowizorycznego skarbca. Duża szansa na to, że w pomieszczeniu nie było żadnych strażników.

Wpadli w pułapkę. Krystalicznych sfer pilnowały trzy dziwne potwory, każdy o innej barwie i kształcie. Byli Androidami jak Ósemek. Zbudowani przez współpracujących z Szatanem naukowcami, Wheelo i Kochin, sztuczni wojownicy czekali na intruzów. Alarm zawył alarm natychmiast. Zaledwie w kilka chwil w pomieszczeniu zaroiło się od małych ciemnozielonych stworów o bulwiastych głowach i ostrych pazurach. Poczwary przypominały te, które kosmici przywieźli ze sobą, ale były też pewne różnice. Ich skóra była znacznie ciemniejsza, oczy okrąglejsze, a także brakowało im ust.

Wymieniając ciosy z obecnymi w skarbcu przeciwnikami, Gohan szybko zorientował się, że przewyższał mocą każdego z nich, ale było ich po prostu zbyt dużo. A rozwój wypadków postępował stanowczo za szybko. Krzyk mistrza Yamchy, niknącego pod kupą bulwiastogłowych stworzeń nigdy do końca go nie opuścił. Ani młody wojownik, ani Ósemek nie zdołali mu pomóc. Miniaturowe monstra dokonały wspólnej detonacji. Fragmenty ciał potworów i mistrza Yamchy usłały każdy skrawek pomieszczenia. Oblepiły też nastolatka. Zapach, a co gorsza smak były koszmarne. Gdyby nie Popo i jego dywan, nie wydostaliby się z potrzasku. Zwłaszcza że Piccolo zmierzał do nich z szybkością błyskawicy. Uciekli, ale porażka była całkowita. Ósemek, pomimo starań Gohana, został nieodwracalnie uszkodzony, a Czarnoskóry Dżin śmiertelnie ranny. Kryształowe kule pozostały w szponach Szatana.

Po tych wydarzeniach Wielki Sajanman całkowicie poświęcił się treningom. PRO za to, jakby nie zrażony, przygotowywał za to kolejny plan działania. Gohan nie rozumiał do końca, dlaczego jeszcze w niego nie zwątpili. Co prawda wielokrotnie słyszał wyznania, jak jego niezłomność pozwała im odnaleźć w sobie odwagę, o której nawet nie mieli pojęcia, jednak to nie mogło być głównym powodem. To nie tłumaczyło tych wszystkich niepozornych osób wstępujących w szeregi PRO. Ludzi, którzy nie wykruszali się pomimo jego porażek. Bojownicy wychodzili naprzeciw władającemu ich światem demonowi i ginęli. Widzieli, jak ich czempion wraca z podkulonym ogonem. Mimo to wahania gotowali się na kolejną próbę.

Gohan zamierzał pomścić ich wszystkich. Musiał to zrobić. Los ciemiężonych przez Piccolo ludzi od tego zależał. W tym los Videl. Najpiękniejszą i najwspanialszą dziewczynę, jaką zdążył poznać w życiu. Potwór odebrał mu już wiele, ale nie ją. Jeszcze nie. Zatajenie przed nią obecnego planu, było najlepszą decyzją, jaką chłopak podjął w życiu. Inaczej gotowa byłaby wziąć udział w całej operacji. Znając ją, uparłaby się i nie zamierzałaby ustąpić.

Nagle na wyświetlaczu pomarańczowego kasku pojawiła się ikona alarmu zbliżeniowego. Wbudowany skaner wychwycił nadciągające obiekty. Młody wojownik wcisnął kilka umieszczonych nad skronią klawiszy. Mieszczący się w hełmie komputer przeprowadził dokładniejszy skan, po czym, wykorzystując optyczny zoom, pokazał mknące do użytkownika zagrożenie. Tuzin celów pędził z imponującą szybkością. Centrum formacji zajmował żółty, zwalisty i rozlały potwór o imponujących, kolubryniastych ramionach i równie deprymujących szponach. Za skrzydłowych robiło dwóch umięśnionych humanoidów o równie nieludzkich kolorach. Jeden z nich przypomina goblina z bajek dla dzieci, który nie wychodził z siłowni. Natomiast drugi, znacznie większy, mógł pochwalić się bujną różową grzywą i takim samym odcieniem skóry. Monstra otoczone były dziewięcioma bulwiastogłowymi poczwarami. Wyglądały tak samo, jak te, które zabiły mistrza Yamchę.
– Zbliżają się – natychmiast poinformował ukrytych sojuszników. – Według skanera leci do nas dwanaście celów. Są dość daleko, ale poruszają się prawie z prędkością dźwięku. Według komputera pokonują trzysta dwadziesta metrów na sekundę. Gdy się skupię, to nie wyczuwam trzech z nich, a pozostała dziewiątka ma identyczny poziom mocy. Muszą to być te same że to sztuczne stwory Wheelo z obstawą Biomenów, z który zmierzyłem się w pałacu Kamiego. Odbiór.

Zmieniając ułożenie dłoni, Gohan zastosował inną kombinację klawiszy. Oparty na technologii kosmicznych najeźdźców wykrywacz ki potwierdził jego słowa. Urządzenie optoelektroniczne przypisało wszystkim zielonym kropkom taką samą wartość liczbową; dwanaście tysięcy jednostek.
– Cholera – zatrzeszczał głos generała Miedzianego – drań chce nas wybadać czy to nie pułapka. To wyzwanie, które mu rzuciłeś, nie było jednak dość dobrą przynętą. My jesteśmy już na pozycjach. Jak oceniasz sytuację? Mamy mimo to się wycofać? Odbiór.
– Nie. Biomenów pozbędę się bez większego problemu. Ci trzej od Wheelo są silni, ale jeśli nie dam im rady to o walce z Piccolem i tak mógłbym tylko pomarzyć. Zajmę się nimi. Mogę ich załatwić. Wiem, że dam radę. Utrzymajcie pozycję i nie dajcie się zobaczyć. Postaram się, aby nikt z was nie oberwał. Odbiór.
– Przyjąłem. Wlep im mandat za pędzenie w terenie zabudowanym. Taki, żeby się już po nim nie podnieśli. Wielki Sajanmanie… Gohan… powodzenia. Wszyscy liczymy na ciebie. Bez odbioru.

Bohater ruchu oporu uniósł się w powietrze. Nie zamierzał czekać bezczynnie. Wykorzystując obie dłonie posłał skoncentrowaną wiązkę ki na spotkanie nieproszonym gościom. Ci rozproszyli się. Gohan na to czekał. Gdy strumień minął przeciwników, natychmiast go rozszczepił. Trzy nowe pasma pomknęły w stronę wielobarwnych Androidów. Sztuczni wojownicy przyjęli pozycje do bloku, ale wtedy Wielki Sajanman ponownie podzielił atak. Dziewięć wąskich strug ominęło przygotowane gardy i wytrysnęło na knypkowatych Biomenów. Fortel zadziałał. Na niebie rozbłysło dziewięć małych eksplozji. Wyglądały trochę jak sztucznie ognie. Sajanman przestał wyczuwać ponad połowę sygnatur energetycznych.
– Pięć na dziewięć to niezły wynik – zaczął z udawaną dumą i wyraźnym zmęczeniem w głosie – zredukowałem ich liczbę na dzień dobry, teraz będzie już z górki. Wygramy!
Powiedział to na głos, aby dodać odwagi wszystkim obserwującym walkę bojownikom. Nie chciał, żeby ukrywający się żołnierze w niego zwątpili. Prawda była jednak taka, że włożył w technikę mistrza Kuririna dużo energii. Miał nadzieję na stuprocentową skuteczność. Podzielił jednak atak na zbyt wiele strumieni i niektóre okazały się zbyt słabe. Wytwory Wheelo na szczęście nie potrafiły atakować z dystansu. To dawało Gohanowi przewagę. Zanim dolecą, zregeneruje zapas energii i będzie mógł spróbować ponownie.

Uderzenie mroźnego powietrza zniweczyło plany Sajanmana. Różowy, umięśniony grzywacz, rozstawił ramiona na boki i spomiędzy palców uwolnił dziwne, gęste opary. Miazmat pokrył całą okolicę lodowatą mgłą. Niemal w natychmiastowym tempie. Zasłona równie szybko zgęstniała i stała się zawiesista niczym mleko. Widoczność spadła prawie do zera. O to im chodziło. Najgroźniejsza trójka nie posiadała wykrywalnej sygnatury energetycznej. Gohan się tym nie przejął. Skoncentrował wewnętrzna moc w przeponie i uwolnił potężny krzyk Kiai. Mroźny całun, zamiast ustąpić przed naładowaną ki falą dźwiękowa tylko bardziej zgęstniała. Najwyraźniej jakimś cudem zaabsorbował atak.
– Cholera! Straciłem ich z oczu! Schowajcie się głębiej. Nie wiem, którędy zamierzają mnie podejść! – powiadomił ukrywających się bojowników. Desperacko klikając w klawisze na obudowie hełmu, starał się znaleźć tryb skanowania, który mógłby pomóc. Radar? Nic. Musieli ukryć się wśród ruin albo lecieli zbyt nisko. Wizja termiczna? Temperatury mgły ją całkowicie oślepiła. Laser podczerwony? Zbyt kierunkowy. Noktowizja? W tej sytuacji bezużyteczna. Mógł jedynie polegać na własnych zmysłach. A te, rejestrując sygnatury mocy poczwar, mówiły mu, że pozostała przy życiu czwórka Biomenów leci prosto na niego. Zapewne, aby odwrócić jego uwagę.
– Jestem ślepy! Nie będę mógł was osłaniać!
– Wysyłam ludzi na czujkę, jak tylko któregoś zobaczymy, powiemy ci, skąd nadchodzą. Odbiór – zarządził generał Miedziany.
– Nie! Nie możecie się ujawniać! Zejdźcie do piwnic! – Gohan nie chciał, nie mógł ich prosić, aby stali się jego dodatkowymi oczami. Zbyt dużo osób zginęło już przez niego.
– Nie opuścimy pozycji. Jeśli Piccolo jednak się zjawi możemy nie mieć już takiej okazji. Postaramy się pomóc na tyle ile to możliwe. Bez odbioru.
„Szlag by to!” Gohan skoncentrował energię i rozprowadził ją równomiernie po ciele. Był to zły pomysł. Utwardzanie każdego centymetra skóry przez dłuższy czas spalało ogromne ilości energii. A w tej sytuacji przypominało włączenie wszystkich świateł w dwustupokojowej willi tylko po to, aby sprawdzić, kto puka do drzwi frontowych. Nie miał jednak wyboru. Ofensywa sztucznych, nieposiadających wyczuwalnej ki, wojowników mogła nadejść z każdej strony.

Tymczasem Biomeni nie posiadali za grosz finezji czy wyrafinowania. Parli prosto na niego. Frontalny wręcz samobójczy atak. Za zeni strachu czy instynktu samozachowawczego. Chłopak nawet nie wiedział, czy te potwory są naprawdę świadome. Wyskoczyły z mgły jednocześnie. Sajanman uwolnił gardłowy ryk, który przerodził się w kolejne Kiai; falę niewidzialnej, sonicznej ki. Metrowe poczwary zostały brutalnie odepchnięte, zderzając się ze sobą w powietrzu. Do plątaniny ciemnozielonych ramion dołączył bladoniebieski energetyczny bolid. Eksplozja rozerwała trzy paskudy, ale ostatnia, zasłaniając się pobratymcami, zdążyła uskoczyć i ponownie zniknąć we mgle.
„Muszę wykończyć ostatniego zanim…” młody wojownik nie dokończył myśli.
– Żółty olbrzym posuwa się szybko po ulicy Iguana od północnego zachodu. Zaraz nas minie. Jesteśmy w dawnym domu handlowym z zabawkami „Toyland” tuż obok kasyna. Powtarzam, żółty olbrzym posuwa się po ulicy Iguana od… arrghh – głos żołnierza PRO przerodził się nieludzki krzyk.
– Szlag! Już lecę trzymajcie się ta…

Gruby metalowy przewód owinął się na nodze Wielkiego Sajanmana. Tysiące woltów popłynęło prosto do jego serca. Nie pomogło nawet całościowe utwardzanie skóry. Ciało odmówiło mu posłuszeństwa, a wyświetlacz kasku zaczął wariować, wyświetlając chaotyczny obraz niczym z kalejdoskopu. Zanim Gohan zdążył opanować przerażający ból, kabel pociągnął go w dół i cisnął w jeden ze zrujnowanych budynków. Przebijając się przez ścianę, nastolatek zyskał chwilę, aby zaczerpnąć powietrza. Wciąż nie wyczuwał przeciwników, ale jego pozostałe zmysły działały na wzmożonych obrotach. Sadząc po odgłosach i wibracjach, dwóch napastników przedzierało się do niego przez budynek. Jeden był piętro niżej, drugi kondygnację wyżej. Gohan wybrał odpowiedni moment i kopnął za siebie. Trafił centralnie w masywne, żółte cielsko w momencie, gdy potwór przebijał się przez podłogę.
– O kur… – stęknął zaskoczony, gdy noga, zamiast przekazać energię kinetyczną, utknęła w miękkim niczym ruchomy piasek brzuchu.

Cios nadszedł z góry. Wraz z deszczem odłamków walącego się sufitu na kask młodego wojownika spadła różowa pięść. Gohan wylądował na podłodze. Pomarańczowe odłamki strzaskanego hełmu wbiły się głęboko w skroń nastolatka. Bolało. Jednak grad ciosów, jaki się na niego posypał był znacznie gorszy. Pazury mięsistego olbrzyma rwały tunikę i kaleczyły skórę. Natomiast uderzenia drugiego z katów nie pozwalały na choć jedną chwilę wytchnienia.

Już i tak uszkodzona podłoga nie wytrzymała wstrząsów i zarwała się pod oprawcami. Sztuczni wojownicy stracili równowagę. Zaskoczeni, po prostu runęli. Ciągnąc za sobą swoją ofiarę i każdą kolejną kondygnację budynku, dotarli aż na parter. Uderzenie masy gruzu wyrzuciło pióropusz pyłu wokół fundamentów konstrukcji. Mimo to bananowo-żółte cielsko wciąż trzymało stopę Gohana.
– Puszczaj mnie! – wrzasnął przeraźliwie Sajanman wystrzeliwując ładunek ki stopą. Zwalisty oprawca nie przewidział takiego zagrania. Wyleciał poza budynek, znacznie poszerzając okiennicę. Pozostały android, wygrzebując się z rumowiska, rzucił się na rozsierdzoną ofiarę. Za wolno. Nastolatek odbił się od podłoża używając niewidzialnego impulsu ki. Błyskawiczny prawy prosty. Pięść dosięgła celu. Prawy, lewy, z dołu, z góry. Zadawał cios za ciosem, a zaraz po nich kolejne i następne. Gohan złapał przeciwnika za bark i nie przerywał natarcia. Splot słoneczny sztucznego wojownika nie zaznał litości. Różowy mięśniak upadł na kolana, zwymiotował i zaczął zwijać się z bólu. Sajanman, patrząc przez dziurę w rozłupanym kasku, spojrzał z pogardą na unieszkodliwionego przeciwnika i kopnął go z pół obrotu w twarz. Opatrzona imponującą grzywą głowa potwora wbiła się w podłożę.
„A więc to coś też musi żreć”. Przemknęło przez myśl nastolatkowi, gdy podniósł ramiona i splótł dłonie w młot. „Temu przydałoby się większe śniadanie. W pojedynkę żaden z niego chojrak”.

Energetyczny kabel owinął się mu na uniesionych nadgarstkach. Napięcie elektryczne niemal zatrzymało akcję serca. Paraliżujący ból wrócił. Gohan walczył o odzyskanie kontroli nad ciałem, ale to znów zastygło. Próbował skoczyć i pociągać właściciela przewodu za sobą. Jednak łydki nie chciały współpracować. Zwłaszcza gdy chwilę później pochłonęło je przeraźliwe zimno. Różowy grzywacz odzyskał przytomność, znacznie szybciej niż Gohan się tego spodziewał, i natychmiast unieruchomił jego nogi warstwą lodu. Młody wojownik dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że wciąż krzyczy. Miał wrażenie, że powoli opuszcza ciało. A jednocześnie jakby, przeprowadzano mu amputację wszystkich czterech kończyn. Umrze tutaj, bo znów nie był dość dobry. Zginie, bo dał się zaskoczyć. Nie. Nie!

Ruiny świeżo zburzonego budynku rozprysły się na wszystkie strony niczym rozrywany przez petardę domek z klocków. W chmurze pyłu, dysząc jak parowóz, wisiał Gohan. Moc, która w nim krążyła, próbowała znaleźć jakąkolwiek drogę ujścia. Nawet włosy połyskiwały złotymi wyładowaniami energetycznymi. Ale Sajanman nie zamierzał pozwolić uciec choćby odrobinie ki. Potrzebował całego potencjału. Sylwetka niespełnionego zbawcy drobniała się i poszerzała niczym pompowany dziurawy balon. Napięte mięśnie powiększały swoją objętość, by zaraz ulec rozkurczeniu i się zmniejszyć.

Z pyłu po raz kolejny wystrzelił metalowy sznur. Owinął się ciasno na przedramieniu nastolatka i przesłał ładunek elektryczny. Tym razem Gohan ledwo to odczuł. Złapał za przewód drugą dłonią i koncentrując się na nim, posłał energię po kablu z powrotem do nadawcy. Niknąca w pylę i mgle pomarańczowa łuna eksplozji oraz krzyk sztuczniaka sprawiły Gohanowi prawdziwą przyjemność.

Zdjął z głowy resztki uszkodzonego kasku i rzucił go za siebie. Uderzenia oraz „terapia szokowa” całkowicie zniszczyły wbudowaną elektronikę. Skroń, poharatana drzazgami z tworzywa sztucznego wciąż krwawiła, a symbole mistrzów na podartej, zielonej tunice były ledwo rozpoznawalne.
– No! Na co czekacie?! Jestem tutaj! Piccolo będzie niezadowolony, że jeszcze żyję! Chodźcie i dokończcie robotę! Nie po to tu jesteście!?
W odpowiedzi, trzy kolorowe humanoidy skoczyły prosto na niego. Uniknął ich szarży impulsem ki. Nagle stali się wręcz ślamazarni. A może to on stał się tak szybki? Nie marnując czasu na rozstrzyganie dylematu, Gohan skoncentorwał energię w prawej dłoni. Skierował ją ku niebu i wytworzył nad nią gęstą kulę biało-żółtego światła. Pulsujący pocisk wystartował w stronę żółtego spaślaka. Sokidan mistrza Yamchy uderzył w rozlazłe brzuszysko. Jednak, zamiast popchnąć Androida prosto na rumowisko lub przebić na wylot, bolid zaczął zapadać się coraz głębiej w trzewia potwora. Jednocześnie na plecach sztuczniaka rósł coraz wyższy, dłuższy i węższy wierzchołek. Tym razem spaślak był przygotowany na atak.
Pozostałe Androidy zaatakowały razem. Gohan zatrzymał ich natarcie, stawiając gardę, ale nie stracił panowania nad energetyczną kulą. Ta wciąż walczyła z żółtym cielskiem. Walczący, ścierając się w powietrzu, zaczęli powoli oddalać się od nieuruchomianego spaślaka. Sajanman dopiero po chwili zauważył, że przypominający zielonego goblina napastnik zamiast jednej dłoni ma kikut. Odesłanie ładunku podziałało lepiej, niż się spodziewał. Android zapewne miał jednak podobny przewód i w drugiej kończynie. Mimo wszystko trzeba było uważać.

Kilka dobrze wymierzonych ciosów zepchnęło sztucznych wojowników do głębokiej defensywy. Używając niewyczuwalnej dla Gohana energii, odskoczyli, jakby odbili się od niewidzialnej ściany. Najwyraźniej chcieli spróbować innego podejścia.
– Trzy pieści przeciwko dwóm? Wyrównajmy trochę szanse! Haa! – nagle z pleców nastolatka wyrosły dwa dodatkowe ramiona. Wyłaniając się, zerwały pelerynę i wydarły dziury w już i tak podartej zielonej tunice. Zwrócone ku niemu Androidy cofnęły się jeszcze bardziej. – No, teraz to zapraszam do tańca. Kto pierwszy?!

Nie oczekując odpowiedzi, Gohan wystrzelił jak rakieta. Ostrzeliwując goblina górnymi kończynami, dopadł różowego grzywacza. Złapał umięśnione przedramię jedną z czterech dłoni i rozerwał gardę, jakby odsuwał rękę dziecku. Pozostałe trzy kończyny poszły w ruch. Szybkość i częstotliwość ciosów zaczęła odrywać kawałki sztucznego ciała od twarzy potwora, ukazując maszynerię pod nim. Kombinację przerwał dopiero słabnący Sokidan. Nastolatek wyczuł, że jego pocisk zaczął przegrywać walkę ze sprężystym ciałem największego z przeciwników. Żółtoskóry potwór przestał się rozciągać. Jego brzuch zachował się jak gigantyczna proca i odbił kulę ki prosto w jej stwórcę.
– Szlag! – zakrzyknął Gohan. Odepchnął od siebie sponiewieraną ofiarę i wzniósł w powietrze dodatkową parę rąk. Utworzył dwa dyski energetyczne i posłał je jako kontrę. Pierwszy Kienzan zderzył się ze sferą. Eksplodując, zniszczył ją. Drugi natomiast pomknął do celu. Android wydał dźwięk przypominający śmiech. Spróbował przefrunąć nad tarczą, ale tors odmówił mu posłuszeństwa. Nadwerężone cielsko, zamiast wznieść się w powietrze, rozciągnęło się ku górze. Dysk wszedł w Androida jak w rozgrzany nóż w zimne masło. Goblin, widząc rozpołowionego towarzysza spadającego na gruzowisko i niknącego w białym miazmacie, zakrzyknął coś, co zabrzmiało Gohanowi jak zaskoczenie lub strach.
– Więc maszyny też odczuwają lęk? To dobrze – stwierdził tonem, chłodniejszym niż otaczającą ich mgła. Dopiero gdy walka na chwilę ustała, poczuł, jak dużo energii zużył. Miał wyraźną zadyszkę i nie zdołał utrzymać kontroli nad Kienzanem. Zielonoskóry sztuczniak zauważając okazję, złapał pokiereszowanego, różowego towarzysza i zniknął w otaczającej ich zawiesinie.
– Powrót do starych sztuczek?! Nic wam to nie da! Jeśli nie zabiję was ja, zrobi to Piccolo, bo jesteście bezużyteczni! Wracać tu! Nie skończyłem z wami!

Delektował się zwycięstwem, bardziej niż powinien. Wiedział to. Ale w końcu mógł udowodnić, że pokładana w nim nadzieja nie jest płonna. Zemścić się za lata upokorzeń i cierpienia. Pragnął kolejnego starcia. A to, że sygnatura energetyczna pozostałego przy życiu Biomena przemieszczała się za jego plecami, mówiło mu, że androidy planują kolejny atak. „Znakomicie”. Prawie całkowicie zignorowali członków PRO.

Mgła rozstąpiła się nieznacznie. Atak nadszedł z trzech kierunków. Bulwiastogłowa poczwara próbowała wskoczyć Gohanowi na głowę, ale złapał pokrakę parą dodatkowych ramion. Błąd. Masa płynnej przypominającej lód substancji uderzyła górne kończyny przytwierdzając do nich Biomena. Sądząc po tempie gromadzonej energii, straszydło zamierzało się wysadzić. Dodatkowo, wokół pasa Sajanmana owinął się kabel elektroenergetyczny. Najwyraźniej miał go unieruchomić, a przepływający woltaż, przyśpieszyć detonację. Gohan nie zdążyłby rozkruszyć lub rozpuścić lodu. Na szczęście znał inne wyjście. Wyrzucił górne ramiona w przód, jakby zamierzał cisnąć Biomenem i w ostatniej chwili zdematerializował nadmiarowe członki. Jednocześnie dolnymi złapał za przewód i szarpnął w prawo. Androidy zderzyły się ze sobą, a skuta lodem żywa bomba, pognała się przyłączyć. Eksplodowała zaledwie kilka metrów przed nimi. Burza ostrych, naładowanych ki, lodowych odłamków trysnęła na wszystkie strony. Sztuczni wojownicy nie mieli szans uskoczyć. Trzymając się za pokaleczone oczy, wyli z bólu i próbowali niezdarnie nabrać dystansu od oprawcy.
Wielki Sajanman nie próżnował. Dodatkowe kończyny wróciły. Gohan ustawił się horyzontalnie względem przeciwników, mając ich bezpośrednio nad głową.
– Twin Kamehameha! – krzyknął, koncentrując energie w obu zestawach dłoni. Dwa biało-niebieskie strumienie energii pochłonęły okaleczonych. Nie próbowali nawet uciekać. Fale były zbyt szybkie. Sylwetki przeciwników zniknęły. W świetlistych łunach Androidy zostały rozpylone na atomy. Przestały istnieć.

Po śmierci grzywacza nienaturalna mgła zaczęła się rozpraszać. Bohater ruchu oporu trochę żałował, że nie było z nim tego dnia Bulmy. Główny naukowiec PRO mógłby mu wyjaśnić, czym dokładnie była ta zawiesina. Dziwny super stężony gaz? Rój nanobotów? Jakaś forma konwersji energii do stanu lotnego? Magia? Bez genialnej kobiety nie miał szans tego rozstrzygnąć.
„Bulma totalnie zabije mnie za hełm. Pracowała nad nim dzień i noc”.
– O rany, hełm! Nie mogę się skontaktować z generałem Miedzianym! – zakrzyknął w realizacji Gohan.
„Powinienem do nich podlecieć? Wtedy mogę zdradzić ich pozycje. Ale raczej Piccolo się dzisiaj nie pojawi już. Nie udało się go zwabić. Teraz jak mgła się rozwiała powinni widzieć moją czerwoną pele….”
– No nie! Zniszczyłem sobie pelerynę. Mama mi ją uszyła! Szlag! – żachnął się nastolatek, lądując na jednym z budynków i dematerializując kończyny z pleców. „Mam nadzieję, że podczas walki żaden z budynków z naszymi się zawalił. Chyba nie. Na szczęście Androidy skupiły się głównie na mnie”. Gohan nie zamierzał zapomnieć o żołnierzach, którzy znaleźli na drodze zwalistego olbrzyma. Na szczęście ich poświecenie nie poszło na marne. Stojąc na dachu jednego z żelbetonowych szkieletów, zauważył dolną połowę ciała rozciągliwego potwora. Spoczywała w dziurze po zniszczonym i wyschniętym basenie. Jego druga część musiała spaść gdzie indziej. Najważniejsze, że nie żył. Czempion zdecydował, że gdy wszystko się skończy, znajdzie brakujący kawał cielska i pochowa go w tym dole. Tuż obok zwłok Szatana. Tak jak kiedyś demon zrobił to z mistrzem Ten Shinhanem.

Młody wojownik usiadł i miał wrażenie, że już nie wstanie. Wydobyta gniewem wewnętrzna, zazwyczaj ukryta, moc zdążyła się rozproszyć. Wszystkie mięśnie mściły się teraz za wysiłek, na jaki je naraził. Chłopak był jednak szczęśliwy. Piccolo może nie zjawił się osobiście, ale starcie zakończyło się niezaprzeczalnym zwycięstwem. I to samodzielnym. Nikt nie musiał go ratować. Nie potrzebował odsieczy. Wygrał.

Odsapnął chwilę i wykorzystując resztkę siły woli, podźwignął się w powietrze. Podleciał w miejsce, gdzie spodziewał się zastać dowódcę operacji. Rozpadający się dawny budynek filii korporacji Kapsuły dni świetności miał już za sobą. Miedziany; były dowódca Armii Czerwonej wstęgi, który jako jeden z nielicznych przeżył starcie organizacji z jego ojcem, znajdował się na najwyższym piętrze owalnej budowli.
– Panie Generale to chyba na tyle! – krzyknął i zobaczył niezadowolonego, śniadego mężczyznę w mundurze ruchu oporu machającego do niego obiema rękami. – Piccolo nie dał się wciągnąć w walkę, będziemy musieli wykombinować coś inne…

Przytłaczająca wręcz moc, na chwilę zaćmiła Gohana. Wielki Sajanman natychmiast wzniósł się wyżej i dostrzegł powiększającą się, oślepiającą aurę. I to zaledwie kilkanaście kilometrów od ich pozycji. Nadchodzi. Jednak.
– Gohan! Gohan! – młody wojownik usłyszał głos Yajirobiego wspinającego się na szczyt budynku stacji telewizyjnej ZTV. – Łap!
Fasolka senzu znalazła się w dłoni młodego wojownika. Gdy tylko ja połknął, poczuł rozlewające się po całym ciele ciepło. Ale też napływ powracających sił i nienaturalną rześkość. Jakby dopiero co wstał z łóżka po najlepszym wypoczynku życia.
– Została mi już tylko jedna, więc uważaj! – ryknął Żarłomir i wrócił w trzewia dawnej siedziby telewizji. Gohan zanotował w myślach, aby mu później podziękować. Obniżył pułap i wrócił na oryginalną pozycję. Dokładnie tam, gdzie plan PRO zakładał, że powinien być. Czempion ruchu oporu złapał się za porośnięty brązowym futrem ogon i ścisnął mocno. Elektryczny impuls, który dotarł do mózgu, momentalnie oczyścił mu głowę. Dziwne, ciężko do opisania uczucie zawsze pozwalało lepiej skupić się czekających go zadaniach.
– Jestem gotowy.

Szatan Piccolo się nie spieszył. Pomimo aktywowania całego potencjału zbliżał się do centrum miasta we wręcz ślimaczym tempie. Najwyraźniej robił to specjalnie. Według Gohana fałszywy demon próbował wywołać w nim strach może nawet panikę. Zagrywka odwróciła się jednak przeciwko Nameczaninowi. Im dłużej Wielki Sajanman mógł chłonąć pełen wymiar mocy tyrana, tym bardziej zyskiwał na pewności siebie. Przepaść pomiędzy nimi wciąż istniała, tego młody wojownik nie mógł zaprzeczyć. Ale była też najwęższa, od kiedy pamiętał. Dyktator jak zwykle poczynił postępy, ale procentowo Gohan poczynił znacznie większe. Gdyby musiał się z nim mierzyć jeden na jednego, wątpił, że udałoby mu się wygrać. Jednakże teraz mają plan. Fortel, którego Piccolo chyba jeszcze nie zwęszył ani nie podejrzewał. Jeżeli kiedykolwiek miało się udać, to tu i teraz.

Gdy Junior przelatywał nad pozycjami PRO, Gohan cały się spiął. Był to najbardziej krytyczny moment całej operacji. Wszystko mogło się posypać, gdyby Piccolo nagle zdecydował się zwęglić gruzowisko. Jak na razie leciał dalej.
„No jeszcze trochę. Jeszcze trochę. Nie zatrzymuj się”.
Nameczanin minął członków ruchu oporu i skręcił prosto na Gohana. Sajanman przyjął postawę, która najlepiej pozwoliłaby mu przyjąć otwierający atak, ale jednocześnie poczuł, że mięśnie dolnej części pleców się rozluźniają. „Uda się nam! Niczego nie zauważył!”
– Witaj, młody Son Gohanie – Piccolo wzmocnił słowa energią ki, przez co młody wojownik usłyszał je ze znacznej odległości. Demon zastosował po części telepatię, a po trochu potęgowanie samego głosu. Technika przypominała trochę ryk Kiai, ale wymagała wiele precyzji. Czyżby chciał, aby ktoś jeszcze go usłyszał? Wiedział, że nie są sami? A może po prostu chciał popisać się poziomem kontroli ki. Gohan zaczął się znów spinać. Miał ogromną nadzieję, że powodem było ego despoty. Sam nie nauczył się jeszcze takich sztuczek, więc może po prostu chodziło o onieśmielenia na dzień dobry.
– Żryj gruz i zdychaj – przywitał się Gohan najbardziej uprzejmą odzywką, na jaką było go stać.
– Miło tak witać nauczyciela? – odgryzł się Szatan, wskazując na ideogramy na podartej tunice chłopaka. – Potykaliśmy się już tyle razy, że i mój symbol powinniśmy tam dołożyć. Możemy zmniejszyć ten należący do mojej gorszej połowy i wstawić nowy emblemat obok. Ani ja, ani Kami się nie obrazimy. Przydałby ci się też nowy strój. Co powiesz na coś takiego jak mój?
Piccolo gestem dłoni zaprezentował swoje odzienie. Czarne spodnie, fioletowa, ukryta pod szarym pancerzem, koszula, ciężkie metalowe buty i symbol Szatana Piccolo Seniora na napierśniku budziły w Gohanie tylko skrajnie negatywne emocje.
– Te symbole należą do mistrzów, którzy oddali życie ucząc mnie. Bardzo chętnie dołożę tutaj i twój, jak już będziesz martwy. Najlepiej na prawym pośladku.
– No proszę, proszę, z wiekiem nauczył się pyskować. Ja tu grzecznie zjawiam się omówić interesy, mam nawet przygotowaną propozycję, a tu zero szacunku dla suwerena – udawał utyskiwanie Nameczanin.
– Propozycję? Przed chwilą próbowałeś mnie zabić – sarknął wskazując na zaschłą na skroni krew.
– Masz na myśli twory Wheelo i jego podnóżka? No błagam, obaj wiedzieliśmy, że nie dadzą ci rady. Chciałem po prostu sprawdzić, jak szybko się nimi uporasz.
– Taa? No to jak mi poszło? Zadowolony?
– Gdybym uprawiał hazard, przegrałbym pewnie całkiem sporą sumę. Obstawiałem, że dłużej cię poobijają, zanim sprowadzisz ich do parteru.
– Cieszę się, że mogłem cię rozczarować. Wygraną potracę sobie z twojego skarbca, jak będziesz już leżał martwy. A teraz gadaj, czego chcesz i może przejdźmy do rzeczy? – Gohan specjalnie przeciągał rozmowę. Bez drogi komunikacji z siłami PRO nie wiedział, czy, po incydencie z Androidami, nie potrzebują czasu na przegrupowanie. Tak mógł kupić im kilka dodatkowych chwil.
– Młodzież jak zwykle niecierpliwa. Będę się streszczał. Ta walka między nami nikomu nie służy. Obcy, którzy przybyli już tutaj dwa razy powrócą wcześniej czy później. A tym razem możemy być pewni, że będzie ich więcej i będą silniejsi niż poprzednio. Twój ojciec oddał życie dwukrotnie, aby uratować tę planetę, więc nie pozwól, aby jego poświecenie poszło na marne. Pomóż mi pokonać ich ponownie – Szatan perorował, ale ton jego głosu sugerował, że chyba sam nie był przekonany, że ta przemowa poskutkuję.
– Poświęcenie? Opiłeś się zatęchłej wody? Mój ojciec się nie poświęcił. Ty go zamordowałeś. Tak samo jak zamordowałeś jego przyjaciół. Moich przyjaciół! Prawdziwych wojowników, gotowych ginąć za ten świat. Gdyby naprawdę zależało ci na obronie planety, sprzymierzyłbyś się z nimi wszystkimi wtedy, a nie ze mną teraz. – Gohan nie zamierzał przyjąć żadnej pomocy z rąk Szatana. Odmówiłby szklanki wody na pustyni i nawet gdyby despota przyniósł ze sobą wszystkie Smocze Kule, uznałby je za kolejny podstęp. Nastolatek chciał już zasugerować, aby Piccolo wsadził sobie ten pomysł w nameczański odpowiednik odbytu, gdy nagle oślepił go odbity promień słoneczny. Gwiazda co prawda kładła się już do snu, ale ktoś z PRO zdołał jeszcze wykorzystać resztkę blasku i puścić mu „zajączka”. To znaczyło, że są gotowi i znaleźli sposób, jak go o tym poinformować.
– Nigdy nie ukrywałem tego, co chcę osiągnąć – ciągnął Junior. – Oni zginęli, bo stali na mojej drodze do wypełniania woli mojego ojca. To chyba potrafisz zrozumieć. Sam kontynuujesz walkę, która nie jest twoja. Robisz to, co oczekiwałby od ciebie twój ojciec. Nie proponuje ci przyjaźni, a jedynie zawieszenie broni. Wyobraź sobie, jak silny mógłbyś się stać, gdybyś trenował pod moim okiem. Wtedy nawet całe kontyngenty najeźdźców rozbiją się o nas, jak przypływ o falochron. Nauczę cię technik kontroli ki, o których ci się nawet nie śniło. A gdy planeta będzie bezpieczna, wrócimy do naszych porachunków. Wtedy okażę się, któremu z nas ten trening pomógł bardziej.
– Gdybym powiedział, że oferta jest kusząca, to był kłamał, a mama uczyła mnie, żeby tego nie robić. Więc odwołam się do tego, co powiedziałem wcześniej: żryj gruz i zdychaj. Wykonując wolę ojca, zrównałeś to miasto z ziemią. Nie dałeś nawet nikomu szansy się ewakuować. Czy wiesz, ilu ludzi tutaj zginęło? Pewnie cię nawet to nie obchodzi! – Gohan ledwo trzymał emocję na wodzy. Odpowiadał przeciwnikowi przez coraz bardziej zaciśnięte zęby.
– Kontynuuję dzieło mojego ojca, ale podobnie jak ty, nie jestem swoim ojcem. On był krótkowzroczny. Zamierzał przez lata swoich rządów siać zniszczenie, aż nic by nie zostało. Pod moją kontrolą, ludzie za kilkanaście pokoleń będą oceniać upadek Central City jako konieczne poświęcenie dla narodzin lepszego świata. Ty też nie musisz powielać błędów Goku. On żył od mordobicia do mordobicia. Nie musisz bezsensownie ginąć tak jak on. – Piccolo zmienił ton wypowiedzi. Stał suchy i zimny.
– Daruj sobie. Ja nigdy nie zaakceptuję twojej władzy. Nikt przy zdrowych zmysłach nigdy nie zaakceptuje twojej władzy. – Gohan stanowczo odrzucił niedorzeczną propozycję. Wypełnił mięśnie ramion i nóg ki. Przyszedł czas na walkę.
– Więc wolisz położyć na szalę życie Videl. Życie wszystkich, których zna w Orange City? Jeśli odrzucisz moją propozycję i dzisiaj przegrasz, upewnię się, żeby ona również nie miała przyszłości. Mogę w nowym porządku uwzględnić ciebie, ją, a także twoją matkę, która, z tego, co jak mi wiadomo ukrywa się obecnie we wiosce Aru.

Gohan zamarł. Skąd Piccolo miał tak szczegółową wiedzę o nim i jego rodzinie. Nagle stawka dzisiejszego starcia urosła do rozmiarów, które zaczynały powoli druzgotać pewność siebie chłopaka.
– Tak, tak. Ja wiem wszystko. Bulma siedzi zamknięta w bunkrze pod Pingwinówkiem. Twój dziadek wrócił na górę Frypan. Mam wymieniać dalej? – zapytał retorycznie Szatan. Zrobił długą pauzę. Chyba chciał spotęgować efekt wypowiedzi. – Myślisz, że moje zwycięstwa nie napędziły ludziom stracha. Tracą wiarę w twoje możliwości i szukają innego wyjścia. Jakiejkolwiek drogi ucieczki z tej parszywej sytuacji. Nawet pośród twojego cennego PRO. – Poczucie własnej wartości Wielkiego Sajanmana spotkało się ostrzem werbalnego kilofa Nameczanina. Nie wyszło z tego zderzania bez szwanku. Do oczu nastolatka napłynęły łzy. Czuł się zdradzony. Najcięższym do przełknięcia był fakt, że kolaborant lub kolaboranci musieli znajdować pośród ostatniej brygady ruchu oporu. Wśród tych najlojalniejszych, najbardziej wiernych. Gohan czuł, jakby ktoś wbił mu właśnie nóż w plecy. Ale jednocześnie uważał się za winnego tej zdrady. To jego niekompetencja pchnęła te osoby do tak drastycznych posunięć. Co gorsza, to najprawdopodobniej oznaczało, że Piccolo wiedział też o całej operacji. – Jeżeli zakopiemy dzisiaj topór, daruję nawet wszystkim członkom PRO ich zbrodnie przeciwko mnie. Będą mogli rozejść się do domów. Ocalisz ich życie. Uratujesz Videl. Uratujesz matkę, Bulmę, dziadka. Czy nie tego chciałeś? Czy nie chciałeś ratować ludzi? Będziesz bohaterem. Nawet jeśli nie wszyscy teraz to zrozumieją, to docenia to w przyszłości. Bohaterowie muszą w końcu dokonywać trudnych wyborów.
– Tak. To prawda. Muszą – Gohan zakończył rozmowę, zacisnął mocno ogon i rzucił się w wir walki.

*******

Generał Miedziany – mężczyzna w średnim wieku, o oliwkowej skórze i jasnobrązowych włosach zaklął pod nosem. Wielki Sajanman wymieniał ciosy z zielonoskórym dyktatorem. Ale sadząc po tym, jak rozwijał się pojedynek, za każde dobrze wymierzone uderzenie musiał otrzymywać dwa lub trzy zwrotne. Gohan nie mógł wygrać starcia na wyniszczenie.
– Wszystkie jednostki przyjąć gotowość bojową! Jak tylko Wielkiemu Sajanmanowi uda się go unieruchomić, zaczynamy! Bez odbioru!
Dowódca ostatniego zgrupowania Planetarnego Ruchu Oporu wydał stosowne rozkazy, ale nie zapowiadało się, że żołnierze będą mieli okazję je wykonać. Walka w powietrzu przeszła w bardziej chaotyczny etap. Wojownicy zderzali się z niemal błyskawiczną, umykającą oku szybkością. Jednak w momentach, gdy Miedziany zdołał cokolwiek wyłapać, Gohan wyglądał coraz gorzej.
– Musimy mu pomóc! – generał zwrócił się do stojącego nieopodal Tao Pai Pai’a.
– A co ja ci poradzę? Ta walka przerasta moje możliwości. Dopóki Son nie wypełni swojej części planu, mogę jedynie się przyglądać, tak ja ty.
– Pewnie widzisz więcej ode mnie? – zapytał dowódca, mając na myśli cybernetyczne oczy Kryminatora, jak i jego reputację zabójcy władającym ki.
– Przegrywa każde zwarcie. Niektóre nieznacznie innej bardziej widocznie. Ale wszystkie kosztują go więcej energii niż Piccolo. Co prowadzi do tego, że zostaje mu coraz mniej mocy na utwardzanie ciała, jak i skuteczną obronę. A jeszcze mniej na atak – wyjaśnił beznamiętnie najemnik.
– Dlaczego, nie zmieni taktyki? Niech uderzy jakimś atakiem ki. Albo po prostu przestanie się tak zderzać? – denerwował się Miedziany, szukając sensu w tym, co słyszy. Zabójca pokręcił tylko głową.
– Bo nie może. Piccolo złapał go w pułapkę. Jest od niego szybszy. Jeśli teraz spróbuje odskoczyć i złapać oddech, naładować atak, czy po prostu uciec zostanie zepchnięty do głębokiej defensywy. Nie starczy mu czasu na cokolwiek bardziej skomplikowanego. Odsłoni się na ciosy, które będą nawet bardziej dewastujące niż te teraz. A przy przewadze Piccolo to praktycznie będzie oznaczało koniec walki.
– A atak ki? Choćby takie, jakimi załatwił to kolorowe potwory. Walnął nimi tak szybko – dowódca stawał się coraz bardziej zdesperowany.
– Nic z tego. Tak jak mówiłem. Zebranie takiego ataku wymaga czasu. Gohan zrobiłby to znacznie szybciej niż ja, ale nawet jego tempo koncentracji byłoby za wolne przy Piccolo. Do tego dochodzi fakt, że ta energia nie bierze się znikąd. Musiałby odjąć ki odpowiadająca za wydajność fizyczną i przekonwertować ją na czystą energię. Gdyby był na bardziej zbliżonym do przeciwnika poziomie, może mógłby popróbować szczęścia i pokusić się o przyjęcie jednego czy dwóch ciosów, aby to zrobić. Ale osłabione uderzeniami ciało Gohana może nie wytrzymać nawet jednego takiego ciosu. Mógłby już po tym nie wstać – kontynuował analizę Tao Pai Pai.
– To… czy jest cokolwiek, co może zrobić? – generał szukał jakiegokolwiek wyjścia z pozoru beznadziejnej sytuacji.
– Tak. Może kontynuować ten taniec w nadziei uda mu się prześlizgnąć jeden porządny cios przez gardę Piccolo. Taki który wybiję mendę z rytmu i da Gohanowi możliwości narzucenia nowego tempa walki.
Ruiny owalnego budynku korporacji Kapsuły zatrzęsły się niebezpiecznie, a gdy walczący zderzyli się ponownie, z sufitu posypał się tynk.
– Uff – syknął zabójca. – To zwarcie było szczególnie niekorzystne dla Gohana.
– Jesteś bezużyczny – obruszył się oficer – za pieniądze, które sobie liczysz i z reputacją, która za tobą chodzi, myślałem, że na coś więcej się przydasz.
– Próby atakowania mojej ambicji czy ego nic panu nie pomogą generale. Nie zaklnie pan tym rzeczywistości.
– W takim razie powinieneś już teraz się stąd zabierać. Jeśli on przegra, my jesteśmy następni. Uważasz, że dałbyś radę uciec, gdybyś dał drapaka już teraz? Przy szybkości Piccolo, o której sam mi tu przed chwilą prawiłeś?
Tao Pai Pai na słowa dowódcy odpowiedział kilkusekundowym milczeniem. Wychylił się bardziej przez okno, rozejrzał po okolicy i spojrzał na słońce. Ognista kula prawie całkowicie zniknęła za horyzontem. Dopiero powiew wywołany kolejną kolizją i opadający duży płat tynku wyrwał go z zadumy.
– Myślę, że jest jedna rzecz, jaką mogę zrobić, ale będę potrzebował jak największej liczby reflektorów.
– No! W końcu! Oddziały od siódmego do szesnastego, jesteście najbliżej mnie, opuśćcie pozycję i natychmiast przynieście wszystkie reflektory i latarki jakie macie! Powtarzam, przynieście wszystkie reflektory i latarki jakie macie pod budynek Kapsuły! – wydał rozkaz bez wahania Miedziany. Nawet nie pytając, do czego Kryminator zamierza wykorzystać zamówione przez niego urządzenia wykorzystać. Nie wiedział co najemnik planuje, ale wszystko było lepsze niż siedzenie z założonymi rękoma.
– Ile lumenów potrzebujesz? – zapytał po chwili dowódca.
– Tyle ile możesz mi dać – odparł najemnik Tao, obserwując kolejny niefortunny dla Gohana impakt. – Wezwij też tłuściocha, jest nam potrzebny. A potem chodźmy na dół. Wszystko ci tam wyjaśnię.

*******

Po efektach fasolki senzu nie było już śladu. Gohan wyglądał, jakby wpadł pod pociąg. Dużą, zieloną lokomotywę, której za nic nie chciała skończyć się para. Porozrywana, od uderzeń i drapnięć czteropalczastych dłoni Nameczanina, odzież trzymała się na nastolatku chyba tylko dzięki interwencji samego Boskiego Smoka. Sajanman nie orientował się już, skąd dokładnie krwawił. Ran po prostu było za dużo. Do tego naczynka krwionośne w jednym oku musiał mieć popękane. Obraz stawał się coraz bardziej karminowy i powoli tracił wzrok z lewej strony. Najwyraźniej brakowało mu też co najmniej kilku zębów. Język napotykał sporą wyrwę. Jednak pomimo swojego stanu kontynuował taniec, jaki narzucił mu Piccolo. Niestety, okazja na precyzyjne, obezwładniające uderzenie zmniejszała się z każdym zwarciem.

Gohan ponownie starł się z przeciwnikiem. Osłaniając się kolanem, uderzył obiema dłońmi w szpiczaste, zielone uszy. Dźwięk kruszonego od uderzenia szkliwa zadudnił mu w głowie, gdy oberwał hakiem w podbródek. Zdążył jeszcze zrewanżować się kopnięciem w żuchwę, ale nie zdołał włożyć w nie wystarczającej siły. Odbijając się od barków oponenta, zaczął panikować. „Umrę tutaj, umrę, a wszyscy inni umrą przeze mnie! Muszę coś zmienić! Muszę!”

Umysł nastolatka pracował na zwiększonych obrotach, ale jedyne co przychodziło mu do głowy to jeden cholernie niebezpieczny manewr. Unik przeciążeniowy. Będzie musiał rozwinąć jak największą szybkość i tuż przed zderzeniem użyć impulsu ki. Odbić się bok i zaatakować. Ryzykowne. Taka szybka zmiana kierunku wywoła ogromną nadważkość. Przeciążenie będzie liczone w sam nie wiedział ilu G. Jedno za to było pewne. Będzie bolało. Bardzo. Równie mocno, jak uderzenie Szatana. Może nawet bardziej. Mogło go też ogłuszyć. Taki zagranie chwilowo zużywało cały potencjał i nie pozwalało na amortyzacje przemiany energii potencjalnej w kinetyczną. Zderzy się z niewidzialną ścianą bez żadnego zabezpieczenia. Było to jednak jedyne rozwiązanie, jakie pozwalało mu zaskoczyć Nameczanina. Tylko ono dawało mu możliwość wyrwania się z feralnego tańca.

Nabrał wystarczającej odległości, skupił energię za sobą i miał już ruszać, gdy kątem oka zauważył trzy opadające na gruzowisko flary. Dwie czerwone i jedną żółtą. Rozkaz odwrotu i przegrupowania się przy siłach PRO. „Czy oni chcą wykonać plan teraz? Przecież się nie uda! Piccolo jest wciąż zbyt mobilny!” Niemniej, Gohan postanowił zaufać Miedzianemu. Jeżeli generał podjął taką decyzję, to z pewnością miał dobry powód. Zdradzał swoją dokładną pozycję, więc coś musiało być na rzeczy.

Ruszył na Szatana, najszybciej jak potrafił. Znalazł się przy despocie w zaledwie kilka sekund. W momencie, gdy dostrzegł białka oczu fałszywego demona, odbił gwałtownie w prawo. Niemal pod kątem dziewięćdziesięciu stopni. Zaskoczony Piccolo desperacko próbował się odwinąć i postawić gardę. Nie zdążył. Wykorzystując resztkę zgromadzonej energii, Sajanman kopnął go złączonymi nogami w tors i odepchnął się z całych sił. Gohan stracił do reszty wzrok i plunął krwią. Postradał też orientację przestrzenną. Przeciążenie było znacznie silniejsze, niż się spodziewał. Leciał niesamowicie szybko. Niestety bezwładnie. Zmierzał w stronę gdzie przed chwilą wydawało mu się, że widział rumowisko.

Odzyskał świadomość dopiero po sekundzie. Mógł niemal posmakować frustrację przeciwnika. Piccolo w wyczuwalnej furii wzmocnił potencjał ki i ruszył za nim. A sadząc po migoczących wyładowaniach energetycznych jonizującego się powietrza, zamierzał posłać w niego i gruzowisko naprawdę przerażający atak energetyczny.
– Gohan! Zamknij oczy! – wzmocniona przez ki myśl Tao Pai Pai’a rozbłysła w głowie młodego wojownika.

*******

– Nadlatują! – wrzasnął jeden z inżynierów sił ruchu oporu, stojąc obok ściany zbudowanej z reflektorów, latarek i naświetlaczy. Przyciągnęli ją ze sobą na wypadek, gdyby musieli realizować plan nocą i celować po ciemku. Teraz sprzęt znalazł jednak inne zastosowanie. Cała aparatura podpięta została do przenośnego generatora. Technicy ruchu oporu uwinęli się z tym w takim tempie, że nawet najemnik Tao był pod wrażeniem.
– Gohan! Zamknij oczy! – Kryminator stojąc na tle prowizorycznie powiązanych urządzeń, wysłał nastolatkowi telepatyczną wiadomość. Nie czekając na reakcję chłopaka, odczepił cybernetyczną dłoń od nadgarstka i wymierzył w despotę. – Supa Dodon-Pa!

Świetlisty promień pomknął w niebo. Piccolo zauważył go, ale nawet nie próbował odbić. Ciemnopomarańczowy strumień rozbił się na barku dyktatora bez większego efektu. Tyran nawet nie zwolnił tempa. Jednak przez chwilę skupił wzrok o na płatnym zabójcy. O to chodziło.
– Wal! – wydał rozkaz Kryminator. Inżynier przekręcił klucz w prowizorycznej skrzynce rozrządu i padł na ziemie zasłaniając oczy. Wszystkie lampy zapaliły się jednocześnie.
– Taiyo-ken!
Technika ki, na ułamek sekundy, wzmocniła blask żarówek kilkusetkrotnie. Nameczanin wyhamował, zakrył oczy i zawył z bólu.
– Mamy go! – rzucił stojący nieopodal Miedziany, gdy tylko mógł znów spojrzeć w niebo.
– Oby – odparł poddenerwowany Tao Pai Pai przełykając ślinę. Teraz musieli wygrać. Tą zagrywką osobiście naraził się władcy planety, a on nie miał słabej pamięci.

*******

Wielki Sajanman wciąż pikował. Natychmiastowy zwrot kosztował go znacznie więcej, niż przypuszczał. Wciąż nie udawało mu się zgromadzić potrzebnej mocy do wyhamowania. Narządy wewnętrzne bez odpowiedniej amortyzacji energetycznej uderzyły o żebra i mięśnie z pełną prędkością, jaką wtedy nabrał. Najprawdopodobniej miał poważny krwotok wewnętrzny. Mimo to szukał w sobie jakiejkolwiek rezerwy. Miedziany zapewnił mu niepowtarzalną okazję, a on jej nie wykorzystuje. Po raz kolejny wewnętrzna moc go zawiodła. Nie chciała przyjść mu z pomocą, gdy była potrzebna.
– Gohan! – usłyszał krzyk Żarłomira, gdy zbliżał się do rumowiska. – Fasolowy tatuś na ratunek! Łap!
Ostatnia Fasolka Senzu znalazła się w zasięgu chłopaka. Zadziałała nawet lepiej niż poprzednia. Sajanman odzyskał wszystkie siły i miał nawet wrażenie, że przybyło mu energii. Ale nie miał czasu na porównanie. Odbił się od budynku ZTV, na którym stał Yajirobe i niczym torpeda samonaprowadzająca pomknął do celu.
Uszkodzona konstrukcja nie wytrzymała takiej siły uderzenia i zaczęła się zawalać, strącając otyłego wojownika na ziemie. Yajirobe na szczęście nie był normalnym człowiekiem. Przetrwa upadek. „Później go przeproszę” pomyślał Gohan.

Smak zemsty był wspaniały. Piccolo wciąż oślepiony nie zdołał zablokować uderzenia. Szary pancerz pękł, eksplodując deszczem odłamków. Chłopak wbił ramię głęboko w splot słoneczny, po czym uderzył w niego jeszcze raz. I jeszcze raz. Szybciej. Coraz szybciej. Ramiona nastolatka pracowały z prędkością wirnika silnika odrzutowego. Ból, siła i szybkość uderzeń musiały paraliżować Nameczanina. Gohan wciąż bezkarnie tłukł ten sam punkt. Na jego pięściach i mundurze Szatana pojawiły się ciemnofioletowe, wilgotne plamy.
– Dość! – charknął Szatan i z wyraźnym trudem uderzył młodego wojownika kantem dłoni w kark. Nie udało mu się włożyć w cios dość mocy, aby unieszkodliwić natręta, ale zmusił Sajanmana do odstąpienia od natarcia. Despota wymiotował fioletowo-zieloną cieczą, całkowicie niezdolny pognać za napastnikiem. Gohan zamierzał to wykorzystać. Lądując na jednym z zawalonych budynków, ustawił się tak, aby Szatan znajdował się idealnie pomiędzy nim a siłami PRO. Ponownie zmaterializował dodatkowe ramiona i skupił we wszystkich czterech dłoniach całą swoją energię.
– Daburu Renzoku Energy Dan!

Dziesiątki małych złocistych pocisków zasypały Nameczenina. Ten mógł jedynie postawić gardę, przesłać energię na przód ciała i czekać aż Gohan się zmęczy. Został tymczasowo unieruchomiony. Gdyby próbował wykorzystać energię do odlotu, czy innego manewru, ryzykowałby, że jeden lub co bardziej prawdopodobne kilka ładunków prześlizgnie się przez zaporę. Zwłaszcza przy takiej nawałnicy.
„Mam go!” tryumfował chłopak, nie przerywając ostrzału choćby na ułamek sekundy.

Gohan nie lubił trenować. Nie lubił walczyć. Nie lubił też krzywdzić innych. Nawet gdy udawało mu się z kimś wygrać, to po fakcie nie czuł się z tym najlepiej. Ale lubił się uczyć. A skoro przez nietypowe wychowanie nie mógł uczęszczać do normalnej szkoły usiłował zgłębiać tajniki ki. Jednym z nich było to, jak działało utwardzanie własnego ciała. Im więcej energii używało się do postawienia gardy z przodu, tym mniej zostawało do ochrony tyłów. W ten właśnie sposób Piccolo zamordował jego ojca. Wykorzystał osłabione plecy Goku.

Ki sama w sobie była jak system sprzęgniętego ze sobą dynama, baterii i modulatora. Odpowiadały one za szybkość, z jaką energię można produkować, ile dało się jej jednorazowo przechować w ciele i w jaki sposób potrafi się ustawić jej częstotliwość. Generacja, magazynowanie i kontrola. Wielka trójca umiejętności panowania nad ki. Klucz do bycia wojownikiem idealnym. Siła, szybkość, wytrzymałość, moc; wszystkie wynikały z tych trzech aspektów.

Piccolo w normalnych warunkach był znacznie lepszy od niego we wszystkich tych dziedzinach. Jednakże dyktator zużył dużo energii, a dodatkowo dzięki fasolce Senzu siły stały się bardziej wyrównane. Nameczanin zapewne liczył, że nastolatkowi skończy się zapas mocy, zanim zdąży całkowicie przegryźć się przez rezerwę jego gardy. Zapewne miał rację. Ale Gohanowi wystarczyło, że przeciwnik pozostanie, tam gdzie jest. Z radością posyłał każdy kolejny pocisk. Zwłaszcza że taka ilość detonacji ki oślepiała szósty zmysł despoty i uniemożliwiła mu precyzyjną identyfikację zagrożeń. Ramiona Sajanmana zaczynał jednak powoli protestować.

*******

– Cel został unieruchomiony! Powtarzam! Cel został unieruchomiony! Wszystkie jednostki ognia! Wszystkie jednostki ognia! – darł się do radia Miedziany, patrząc na rosnącą chmurę świetlistego dymu, w której centrum znajdował się Nameczanin. Gohan ustawił go w idealnej pozycji. Plecami do nich tak jak tego potrzebowali. „Dobra robota młody”.
Pistolety maszynowe, karabiny, rusznice przeciwpancerze, granatniki i wyrzutnie rakiet, wszystkie plunęły jednocześnie. Migoczący obłok przerodził się coraz bardziej powiększającą kule ognia.
– Kontynuować ostrzał! Tao Pai Pai na pozycję! Czekaj na znak od Gohana!

*******

Piccolo wzmacniając myśli ki, umieścił kpinę w głowie Gohana.
– To jest to? To jest ten wasz plan? Zmusić mnie do obrony i zaatakować plecy bronią palną? Równie dobrze mogliby rzucać we mnie oszczepami. Liczyłem na więcej od ostatniego zrywu ruchu oporu. Te pukawki generują tyle mocy, że nie muszę nawet przenieść energii z frontu na plecy. Chciałeś mnie zabić tak jak ja twojego ojca? Tym? Żałosne. I co jeszcze macie w zanadrzu? Ten wasz blaszany najemnik mnie zaatakuje? Jego technika nawet nie naruszy mojej skóry. Nie macie niczego, czym moglibyście mnie zranić. Wyeliminowałem wszystkich, którzy mogliby realnie mi zagrozić. Zostałeś tylko ty. I to nie na długo. Gdy tylko opadniesz z sił, złamię cię w pół i zajmę się resztą twoich popleczników.
„Złapał się” pomyślał Gohan. Zlekceważył nas. Dał się wprowadzić w fałszywe poczucie bezpieczeństwa. Wielki Sajanman, zamiast w przeciwnika, posłał jeden z ładunków w najwyższy opustoszały budynek, jaki widział na horyzoncie. „Zaczynajcie”.

*******

Tao Pai Pai stał z metalową głowicą przykręcona do kikuta dłoni. Broń była wielkości średniej lodówki, przez co, doczepiona do niego, wyglądała komicznie dysproporcjonalnie. Niewielkie symbole korporacji Kapsuły i Armii Czerwonej Wstęgi po przeciwnych stronach cylindra tylko potęgowały to wrażenie. Bomba ki, zbudowana przez Gero zanim zaginął, była cięższa niż Kryminator się spodziewał. Zniknięcie starego naukowca pokrzyżowało ruchowi oporu plany. Naukowiec nie zdążył dokończyć projektu i urządzeniu brakowało specjalnego zapalnika. A raczej modulatora reakcji. Na szczęście niebieskowłosy geniusz w spódnicy znalazł obejście problemu. Potrzebowana była osoba, która potrafi korzystać z ki. A dokładniej będzie jej mieć na tyle dużo i posiadać nad nią taką kontrolę, aby rozpocząć reakcję łańcuchową w głowicy bez natychmiastowej detonacji. No i oczywiście być w stanie posłać broń w odpowiednie miejsce. Przy ciągle zmniejszającej się puli kandydatów, o co zadbał Piccolo, padło na Kryminatora. Bulma przystosowała broń pod cybernetyczne ramię, a płatny zabójca w zamian zażyczył sobie fortuny, wyspy i amnestii.

Nie zdradzili mu pełnych informacji na temat działania broni, ale wiedział dość. Gero wynalazł maszynę, która potrafiła absorbować i magazynować ki poza ciałem użytkownika. Gohan używał jej, aby deponować swoją moc w banku energii od wielu miesięcy. I to chyba dlatego była tak ciężka. Ekranowanie nie pozwalało Kryminatorowi wyczuć jak dużo ki umieścił w bombie młody wojownik, ale miał wrażenie, że ma na ramieniu jądro gwiazdy. Coraz bardziej był przekonany, że za chwile zapadnie się pod ziemię. Zabójca stwierdził, że fizyczne połączenie z urządzeniem na jakimś podświadomym poziomie dawało mu poczucie prawdziwego ogromu potęgi, jaką miał przed sobą. Przerażała go. Plan mógł faktycznie się powieść. Będzie obrzydliwie bogaty. A to, że przy okazji pomści brata, było przyjemnym bonusem.

Pojedynczy ładunek uderzył w wyższe kondygnacje zrujnowanej i opustoszałej wieży. Stojąca kilka kilometrów od nich, budowla eksplodowała sypiąc odłamkami na wszystkie strony. Sygnał do ataku był jasny.
– Jest znak! Odpalaj! – wrzasnął Miedziany, starając się przekrzyczeć kanonadę.
– Czas zarobić na emeryturę – rzucił zabójca i wycelował. – Supa Dodan-Pa!
Głowica wystartowała. Wszyscy członkowie PRO wstrzymali oddech. Tao Pai Pai miał wrażenie, że cylinder leci we wręcz zwolnionym tempie. Bomba parła nieubłaganie aż zniknęła im z oczu w ognistej chmurze. Trafiła.
Gorejący obłok został zastąpiony rozszerzającą się we wszystkie strony kulą bladej ki. Mimo że słońce zdążyło już zajść nad nekropolią Central City znów zapanował dzień. Sfera śmiercionośnej energii rosła i najwyraźniej nie zamierzała przestać się rozszerzać.
– Do wszystkich diabłów – pisnął Kryminator, starając się znaleźć jakiekolwiek schronienie. Żołnierze ruchu oporu porzucając broń uciekali w popłochu. Niektórzy w panice wyskakiwali nawet z okien. Umykającemu najemnikowi po drodze mignął Miedziany wskakujący do najbliższego rowu.
– Cholera! – wrzasnął zabójca, gdy dół niosącej śmierć supernowy dotknął gruntu.

*******

Czteroręki wojownik, klęcząc, zalewał się potem i z trudem łapał oddech. Udało im się. Trafili. Niestety pomimo, niesamowitego zmieniającego noc w dzień, wybuchu nie miał pewności czy głowica wykonała zadanie. Nie wyczuwał energii Piccolo, ale to o niczym nie świadczyło. Silna eksplozja ki była niczym wrzucenie grudy błota do kryształowo czystej wody. Dopóki brud się nie rozejdzie, nic nie było widać. Dopiero gdy kurz zaczął opadać, zauważył, że budynki, w których stacjonowali ludzie z PRO, runęły. Gohan zaklął i powstrzymał łzy. Prosił opatrzność, aby zginęło ich jak najmniej. Nie miał jednak czasu, aby pognać na ratunek. Musiał się upewnić czy koszmar naprawdę dobiegł końca. Wzleciał w niebo, zdematerializował ramiona i poleciał w miejsce, gdzie najprawdopodobniej mógłby znaleźć szczątki potwora.

Żył. Pozbawiony wszystkich kończyn. Z oparzeniami pokrywającymi prawie całe ciało i bez jednego oka, ale żył. Gohan był pod wrażeniem, że głowica całkowicie go nie unicestwiła. Nawet resztki pękniętego napierśnika stopiły się i wżarły w ciało. Nameczanin zobaczył nastolatka i chyba próbował coś powiedzieć. Może błagać o litość. Zamiast tego wydał z siebie tylko mokry bulgot. Zaczynał dławić się własną krwią.
– Chciałem ci tylko powiedzieć, że rozumiem. Rozumiem, jak to jest robić coś dlatego, że pokolenie przed tobą tego od ciebie oczekiwało. Rozumiem jak to, jest, być jest wściekłym każdego dnia, że ojciec zostawił ci na głowie odpowiedzialność, której się nie wybrało. Rozumiem borykanie się z nałożonymi na ciebie oczekiwaniami. I rozumiem jak to, jest kontynuować niedokończone dzieło osoby, która odeszła. Ale różnica między nami jest taka, że ja dokończyłem moje – zwierzał się i jednocześnie tryumfował Gohan. Robił to, nie będąc nawet pewien czy umierający dyktator, rozumie co się do niego mówi. Albo, chociaż czy w ogóle coś z tego słyszy. Po jego uszach nie pozostał nawet ślad. Z twarzy zniknęły mu też czułki, a nos zmienił się w nierozpoznawalną zwęgloną masę. Jeżeli despota wyglądał tak z przodu, gdzie jeszcze chwilę temu koncentrował większość mocy, to plecy musiały na tym wyjść trzy razy gorzej. Ale Sajanman nie zamierzał go odwracać.

Zwycięzca wyciągnął rękę i skoncentrował ładunek ki. Spalone ciało Nameczanina krwawiło obficie, podlewając glebę nekropolii, którą sam niegdyś stworzył. Łzy znów napłynęły nastolatkowi do oczu. W końcu, po tylu latach, horror dobiegał końca.
– Jedynie co mogę dla ciebie zrobić to zakończyć twoją męczarnię.
Wymierzył w głowę obalonego władcy, ale nagle obok siebie usłyszał znajomy głos.
– Giń! Giń! Giń!
Żarłomir, cały pokryty szarym pyłem, wyskoczył nie wiadomo skąd i wbił miecz prosto w pierś pokonanego tyrana. Piccolo wydał z siebie kolejny gulgot, a Yajirobee nie przestawał go dźgać. Zaskoczony Gohan rozproszył energię i po prostu patrzył na rozsierdzonego przyjaciela. Odezwał się dopiero po kilku sekundach.
– On już nie żyje. Możesz przestać.
– I dobrze – obruszył się otyły wojownik, wyrywając zaklinowaną broń ze zwłok. – Był dupkiem, a do tego dał się cały zwęglić. Tego nawet nie da się zjeść! – krzyknął, kopiąc trupa jeszcze kilka razy. Chyba tylko po to, aby poprawić sobie humor.
– Nic straconego. Postawię ci obiad. Tyle jedzenia ile będziesz chciał. Nie, ile będziesz w stanie zjeść.
Yajirobee uśmiechnął się i schował broń.
– Wiem, ile ty potrafisz zjeść – zaczął szermierz – ale może urządzimy sobie zawody po powrocie? Jeśli ja zjem więcej niż ty, powiesz wszystkim, że to ja pokonałem Piccolo. Będą mi budować pomniki, pokazywać w telewizji i przynosić śniadania, obiady i kolacje do łóżka.
– A podwieczorki? – zapytał rozbawiony nastolatek, a emocje zaczęły powoli z niego schodzić.
– Je też!
– Masz to jak w banku – odparł Wielki Sajanman i spojrzał w stronę dopiero co przewróconych budynków. Upadły, ale na szczęście nie płonęły. Usta zwęziły mu się w kreskę, a nastrój prysł. Miał nadzieję, że Miedziany przetrwał. – Chodźmy, musimy ocenić, jakie mamy straty. Trzeba będzie wyciągnąć ludzi spod gruzów. Piszesz się na misję ratunkową?
– Tak. – Żarłomir popatrzył w tę samą stronę co jego towarzysz. – Ale może nie ratujmy blaszaka? Chyba mimo wszystko nie zasłużył.
– Ciekawa propozycja. Niestety obiecałem mu coś. Uratujemy i blaszaka – zawiódł oczekiwania przyjaciela Gohan, klepiąc go po plecach.
– No dobra – prychnął z niezadowoleniem Yajirobee.

Zwęglone ciało nagle rozpłynęło się w powietrzu. Została po nim tylko krwista plama, która też szybko zmieniła się w parę.
– Co jest? Jego starsi bracia nie znikali, gdy się ich zabijało – zdziwił się Żarłomir.

Nie! Do Gohana zaczęło docierać, co właśnie zobaczył. Nie! Widział już coś kiedyś podobnego. Gdy trenował z mistrzem Ten Shinhanem.
– Nie!!!
Yajirobee spojrzał na przyjaciela skonfundowany, nie rozumiejąc, co się dzieje. W odpowiedzi na horyzoncie zamigotały trzy nowe aury. Jedna po drugiej. Trzy nowe źródła energii o takim samym natężeniu jak siła zabitego przed chwilą despoty.
– Technika duplikacji – wyszeptał Sajanman i nie starał się już powstrzymywać łez. Opadł na kolana. Cały czas walczył zaledwie z jednym z czterech. Nigdy nie miał najmniejszych szans.
– Jak? Jak on stał się tak potężny. Jak mógł tak dobrze ukryć swoje pozostałe części, że nawet niczego nie poczułem. Jak?!?!

Trzech nowych, tak samo ubranych Piccolo, podleciało i zawisnęło tuż nad głową Gohana. Każdy z nich miał paskudny, zadowolony z siebie uśmieszek. Nie musieli nic robić, aby pastwić się nad chłopakiem. Wystarczyło, że tam byli. Trzy persony Nameczanina zbliżyły się do siebie i na powrót scaliły w jedność. Żarłomir zastygł w przerażeniu natomiast Sajanman mógł tylko płakać.
– Gratulacje. Udało wam się pokonać mnie, gdy używałem ćwiartki swojej mocy. Aby teraz to odzyskać, będę potrzebował czterech, może sześciu miesięcy ciężkiego treningu. A nawet roku, jeżeli będę się obijał.
Gohan zacząć głośniej płakać.
– Tak, tak. Myślałeś, że twoja gehenna się skończyła, ale jej annały dopiero zostaną zapisane. Zajmę się tym, możesz być pewien. Jak tylko zakończę historię jednego ostrza.
Ramię Nameczanina wystrzeliło naprzód i rozciągnęło się do nienaturalnej długości. Zielona dłoń przebiła otyłego wojownika na wylot, po czym sięgnęła po jego miecz. Nastolatek wydał się z siebie okrzyk bezsilności i przerażenia, ale nie próbował wstawać z kolan. Piccolo wylądował tuż obok chłopaka i na jego oczach złamał ostrze martwego przyjaciela. Następnie wyciągnął rękę do klęczącego i wytarł zakrwawioną dłoń o resztki zielonej tuniki.
– Byłem bardzo ciekawy tego waszego planu. I po prostu nie mogłem się oprzeć, żeby nie sprawdzić, czy ma szanse powodzenia. I wiesz co? Może jeszcze kilka miesięcy temu faktycznie by zadziałał. Spóźniliście się. Bomba ki jest szalenie interesująca. Będę musiał dopaść Gero i porozmawiać z nim na jej temat – chełpił się fałszywy demon, upewniając się, że dokładnie pozbył się krwi Żarłomira ze skóry czteropalczastej dłoni.
– Jak stałeś się tak silny?!
– To już moja mała, wręcz kieszonkowa tajemnica. Ale o czym to ja… a tak o gehennie. – Nameczanin odwrócił się i posłał ładunek ki wielkości głowy Gohana w gruzowisko, w którym zapewne wciąż uwięzieni byli członkowie ruchu oporu. Fala uderzeniowa zmiotła dosłownie wszystko, co znajdowało w tamtym kierunku. Wywołane tym trzęsienie powaliło ostatnie, wciąż stojące, budynki w dawnym Central City, które jakimś cudem wytrzymały detonację tajnej broni Gohana.

Nastolatek bił pięściami glebę, żłobiąc w niej coraz większe otwory. Stojący przed nim Piccolo był trzykrotnie silniejszy niż ten, którego z takim trudem udało im się pokonać. W pojedynkę Gohan nie mógłby nawet boleśnie go uszczypnąć.
– Znaj łaskę pana. Dam ci ostatnią szansę, aby się do mnie przyłączyć. Zostań moim uczniem, a oszczędzę Videl, twoją matkę, Bulmę. Odmów mi teraz, a zabiję cię i rzucę wszystko, aby je znaleźć. Sam widzisz, jaką władam potęgą. Jaką posiadam moc. Nie możesz się ze mną równać. Zobaczyłeś też, jak dużo wiem. I raczej nie masz wątpliwości, że dotrzymam słowa. Więc… wybieraj. Tu i teraz.
– Ja… – szepnął przez łzy Gohan.
– Tak? Mów głośniej. – Piccolo złapał nastolatka za gardło i podniósł go na wysokość swoich oczu. Zielonoskóra dłoń zacisnęła się mocniej, sprawiając ból i utrudniając oddychanie. – Wybieraj!
– Ja… Ja… Zabiję!

*******

Ciemnożółta aura pchnęła Nameczaninem na jedną z obalonych ścian. Nie był przygotowany na tak gwałtowny wzrost mocy. A potencjał Gohana wciąż rósł. Piccolo wyskoczył w powietrze i puścił najsilniejszy atak energetyczny, jaki potrafił skoncentrować w tak krótkiej chwili. Przeciwnik zniknął w złocistej sferze. Dyktator przygotował kolejną falę. Ale Gohan pojawił się za jego plecami. Uderzenie łokciem odkształciło policzek tyrana. Ledwo zdołał zablokować następne. Chłopak zmienił się nie do poznania. Cały czas otaczała go gęsta, przytłaczająca aura. Czarne włosy falowały, jakby poruszał się w wodzie, a źrenice zniknęły całkowicie. Gohan wydal z siebie zwierzęcy ryk i przeszedł do kolejnej ofensywy. Rozwój wypadków był dla Piccolo całkowicie niezrozumiały. Atakująca go bestia nawet nie blokowała. Wszystkie ciosy Nameczanin dosięgały celu. Nie miało to jednak większego znaczenia. Pomimo otrzymywanych obrażeń, chłopak nie zatrzymywał natarcia. Ludzki rozum opuścił go całkowicie. Piccolo walczył teraz ze zwierzęciem, z maszyną. Napastnik z zachowania przypominał teraz bardziej Biomena niż człowieka. Bezrozumne monstrum coraz częściej przełamywało jego gardy. Potwór nie odczuwał chyba nawet bólu. Nameczanin nie mógł powiedzieć tego o sobie.

Kopniecie, prosto w żołądek, wybiło Szatana z rytmu. Prosty. Sierpowy. Dolny. W głowę. W tułów. Ciosy nie napotykały już żadnej przeszkody. Piccolo nie nadążał ze stawianiem bloków. Bestia, splatając dłonie, uderzyła go „młotem”. Despota upadł na plecy i niesiony impetem wyorał kilkunastometrowy rów. Potwór wydał z siebie kolejny nieludzki okrzyk i ruszył naprzód. Dyktator spojrzał zapuchniętymi oczami na zbliżającego się kata. Nie miał szans nawet wstać. Ledwo zdążył przeturlać się na chwilę przed uderzeniem, które najpewniej rozłupałoby mu głowę. Wciąż na ziemi, kopnął potwora stalowym buciorem. Pod żebra, w wątrobę. Zero efektu. Nie-Gohan wykorzystał okazję, aby pochwycić nogę Nameczanina i ją złamać. Tyran ryknął z bólu, a bestia cisnęła nim w, przypominającą lodowiec, piramidę ze szklanych odłamków.

Piccolo dźwignął się z trudem. Ledwie zdążył utwardzić skórę przed uderzeniem o ścianę ostrych jak brzytwa odprysków. Stojąc na jednej nodze, użył telekinezy. Zebrał otaczające go fragmenty szyb i zarzucił napastnika tornadem szkła. Odłamki napotykając gęstą aurę, zaczęły się topić i wyparowywać nie wyrządzając właścicielowi żadnej szkody. Bestia zwolniła. Po prostu szła w stronę ofiary. Reszta podartej tuniki na jej ciele stanęła w płomieniach i wyparowała. Obnażona muskulatura chłopaka, pod wpływem ki, jakby przybrała na objętości. Ogon opętanego mocą rozwinął się i powiewał za nim, smagając podłoże niebezpieczne wyglądającymi wyładowaniami energetycznymi. Nawet grunt nie radził sobie ze stąpającą po nim potęgą. Pękał, rozstępował się i zmieniał w magmę przy każdy kroku. Piccolo posłał serię ładunków, ale wszystkie implodowały przed potworem wchłonięte przez jego aurę. Nameczaninowi została ostatnia szansa. Pochylił się do przodu i ułożył dłonie jakby do modlitwy. Jeśli monstrum dawało, mu trochę czasu zamierzał go wykorzystać. Pomiędzy palcami zapalił się jasny ognik. Piccolo kondensował w nim całą pozostałą energię i ściskał ją, najciaśniej jak potrafił. Kumulowana ki protestowała. Tak duża energia nie chciała zajmować tak małej przestrzeni. Aura Nameczanina eksplodowała, rozdmuchując resztki szklanego lodowca. Dyktator obawiał się, że nawet jego najsilniejszy atak może okazać się za słaby.

Kątem oka dostrzegł coś dużego i żółtego. Przecięty na pół sztuczny wojownik doktora Wheelo czołgał się do nie-Gohana. Pozostawiał za sobą ślad białej, gęstej cieczy, a ruch sprawiał mu wyraźny ból. Mimo to się nie zatrzymywał. Będąc kilka metrów od nastolatka, wydłużył łapę i złapał bestię za łydkę. Żółta, pazurzasta dłoń, zagłębiając się w gęstą aurę. Stanęła w płomieniach. Nie-Gohan nawet nie zareagował. Po prostu szedł dalej, ciągnąc za sobą żywą kotwicę.
Piccolo wzmożył starania. Potencjał przeciwnika wciąż rósł. W tym tempie, że nie zdąży skumulować dość mocy, zanim opętany mocą potwór do niego dotrze. Trzymająca łydkę łapa Androida została prawie całkowicie zdezintegrowana. Nie chcąc puścić przeciwnika, sztuczniak rozciągnął drugie ramię. Tym razem zdołał pochwycić powiewający brązowy ogon. Błyskawicą prześlizgnęła się z futrzastej kończyny na szpon przepołowionego, rażąc go dotkliwie. Mimo to Android nie zwolnił uścisku. Wręcz przeciwnie. Zacisnął mocniej. Dużo mocniej. Nie-Gohan nagle gwałtownie wyprostował się i zatrzymał. Najwyraźniej zaskoczony i wyrwany z dziwnego transu spojrzał na, spowalniają go przeszkodę. Coś się w nim zmieniło.
– Co? Co się dzieje? – stęknął. Źrenice nagle mu wróciły, a gęsta pomarańczowa aura zaczęła się rozwiewać. Niesamowita energia, której Piccolo nie dawał rady podołać, po prostu zniknęła. – Gdzie ja jestem?

Piccolo nie czekał na zaproszenie. Uwolnił skondensowany pocisk. Nastolatek i jakimś cudem wciąż żywy sztuczniak wyparowali. Uderzenie całkowicie zatomizowało ich ciała. Detonacja była tak potężna, że Nameczanin nie utrzymał równowagi. Wstrząs i zmiana ciśnienia powietrza pchnęły Szatana na znajdujące się za nim gruzowisko. Upadł na prawy bok, starając się chronić złamaną nogę. Gdy kurz po eksplozji opadł, stoczył się na bardziej płaską powierzchnię i… odpoczywał.
„Nie tak sobie wyobrażałem ten dzień. Już myślałem, że po tym całym przedstawieniu uda się w końcu go złamać. Wolałbym go wziąć żywcem. Pod koniec z jakiegoś powodu opadł z sił ale… Gdyby ta dziwna aura wróciła nie sądzę, żebym to przeżył. Nie po utracie jednej czwartej mocy.” Nameczanin rozprostował zbolałe ramiona i spojrzał w niebo. “Chyba czas na plan B. Będę musiał wykorzystać Smocze Kule. I to znacznie wcześniej niż myślałem. No cóż. Nie mam wyboru. Następnym razem trzeba będzie lepiej to rozegrać. Drugi raz już go nie wskrzeszę. Dobra. Najpierw zajmijmy się sprawami najważniejszymi”.
Dyktator złapał się za kolano i sprawdził stan kończyny. Wyglądała naprawdę źle. Pogruchotana przynajmniej w kilku miejscach, krwawiła obficie. Fioletowa ciecz całkowicie przesiąknęła nogawkę czarnych spodni i wlewała się do metalowego buta. Piccolo przemieścił znajdującą się w nodze ki do innych części ciała, po czym oderwał goleń bez większego problemu. Nameczanin nigdy nie przyzwyczaił się do bólu autoamputacji, ale na szczęście nie wykonywał jej pierwszy raz. Wiedział już, czego może się spodziewać. Odczekał chwilę i, pobudzając komórki swojego ciała energią, wyhodował kończynę zastępczą.
„Trzeba będzie przyzwyczaić się do nowej nogi”.

*******

Cztery kosmiczne kapsuły zbliżały się do zawieszonego w powietrzu, przypominającego ogromną półkolistą platformę, pałacu. Budowla, mimo że tkwiła w stratosferze, utrzymywała geostacjonarną orbitę względem planety. Podniebny zamek nie posiadał żadnego dającego się zidentyfikować napędu czy innego mechanizmu, który pozwalałby mu utrzymać się w powietrzu. Stanowił całkowitą tajemnicę. Pojazdy uderzyły w specjalnie przygotowane lądowiska z hipergumy. Rzadko zdarzało im się lądować w otoczeniu palm. Na owalną płytę pałacu wybiegli żołnierze z symbolami Szatana Piccolo na piersi. Ustawili się w szpaler przed elastycznym kosmoportem i czekali. Włazy sferoidalnych pojazdów otworzyły się i wysiadła z nich z czwórka kosmitów. Każdy przyodziany w zbroje z szerokimi brązowymi naramiennikami. Pancerze były wykonane z tego samego materiału, na jakim wylądowały ich pojazdy. Ale tylko jeden z nich miał doczepioną białą pelerynę.

Ambasador Zarbon poprawił, powiewającą za nim w silnym wietrze, jasną płachtę i rozejrzał się po prowizorycznym kosmodromie. Nameczanin się nie zjawił. Nie było go nigdzie w pobliżu. Na spotkanie wysłał tych, pożal się bogom, podnóżków, których miał czelność nazywać żołnierzami. Nie potrafili nawet korzystać z ki. Wciąż używali archaicznej opartej o reakcje chemiczne broni. Dyplomata odebrał to jako ujmę. Wcisnął przycisk na scouterze; miniaturowym komputerze wiszącym mu na prawym uchu. Próbował zlokalizować zwierzchnika planety. Bez skutku. Uprzedzali go o tym problemie na odprawie. Niemniej jednak gubernator świata lennego powinien witać go z darami i należytą wysłannikowi Imperium Changelingów pompą. Zwłaszcza gdy planeta tak bardzo odstawała od swojego zwierzchnika pod względem technologicznym, ekonomicznym i militarnym. Ziemianie nie rozwinęli lotów gwiezdnych, a ich możliwości telekomunikacyjne były wciąż w powijakach. Budowle, które stawiali nie były zabezpieczone przed atakami ki. Po prostu nie znali potrzebnych do tego materiałów. Konstrukcje rozpadały się jak domki z kart, gdy uderzały w nie nawet słabe ładunki. Osiągnięcia tubylców w dziedzinie medycyny, genetyki i produkcji żywności też pozostawiały wiele do życzenia. Do walki z chorobami wciąż używali nieafektywnie śmiesznych anty- i probiotyków. A o regeneracji tkanek mogli jedynie pomarzyć. Jednak, pomimo tego zacofania, autochtoni mogli się pochwalić znajomością dziedzin nauk, o których imperialnym naukowcom się nawet nie śniło. Ich technologie miniaturyzacji, kompresji masy i cybernetyki przewyższały wszystko w znanej przestrzeni. Pociągało to za sobą niesamowite wręcz możliwości inżynierii wstecznej. Ziemianom łatwiej było zaadaptować technologie Imperium niż odwrotnie. A sadząc po ostatnich raportach; tych oficjalnych od Nameczanina, jak i pozyskanych z dron szpiegowskich, Mieszkańcy Ziemi zaczęli tworzyć samoświadome maszyny. Androidy daleko wybiegające poza możliwości technologiczne Imperium Changelingów. Zdobycze naukowe były jednymi z niewielu rzeczy, która sprawiały, że planeta stawała się cenna i dawała lokalnemu satrapie kartę przetargową. Ten dobrze wiedział, kiedy miała zjawić się delegacja, a mimo to próbował pokazać im, gdzie jest ich miejsce. Ślimakoid stąpał po bardzo cienkim lodzie. Zwłaszcza że dali mu już tak wiele. W tym materiały do budowy lądowiska dla kapsuł.

Do seledynowoskórego dyplomaty, spomiędzy ustawionych w alejkę żołnierzy, przydeptał łysiejący, zasuszony staruszek. Opierając się na lasce do chodzenia, ukłonił się nisko i zwrócił się uniżonym tonem.
– Jestem doktor Kochin, witam najgoręcej dostojną delegację z Imperium Changelingów. Jednocześnie chciałbym najmocniej przeprosić za nieobecność mojego pana. Tam, gdzie jest, stracił poczucie czasu. Dosłownie – starzec wyraźnie się trząsł. Zarbon nie był w stanie określić czy powodem jest strach, czy lodowaty wiatr. Na tej wysokości temperatury były dość niskie. Idealne dla kogoś takiego jak on. Przedstawiciele gatunku zwanego Monsturnami preferowali chłód. Tak samo zresztą jak ich odlegli genetyczni kuzyni Changeligowie. Ale ciepłolubni Ziemianie mogli nie podzielać tego upodobania.
– Czyli nawet nie będzie udawał, że coś go zatrzymało? – prychnął ambasador i poprawił warkocz zielonych włosów. – Prowadź nas do niego. Niech nie myśli, że może nas ignorować.
– Erm… Tak, tak. A może szanowna delegacja wolałaby się odświeżyć. Zapewne jesteście zdrożeni. Lot w tych ciasnych kapsułach nie może należeć do najprzyjemniejszych. – Naukowiec zaczął kłaniać się nawet niżej. Zarbon złapał go za bark, aż dało się usłyszeć metalowy chrzęst. Zebrani na płycie żołnierze poruszyli się zaskoczeni, ale szybko wrócili na pozycje, gdy napotkali wzrok niezadowolonego dyplomaty. Imperialny spodziewał się, że złamie Kochinowi obojczyk lub co najmniej wyrwie mu bark ze stawu. Staruszek go zaskoczył. Był cyborgiem. Zarbonowi wystarczyło, że uczony skrzywił się w bólu.
– Zapraszam – jęknał Kochin. – Mój pan nie próbował was obrazić. To zwykłe niedopatrzenie. Już oczywiście do niego prowadzę.
– Niedopatrzenie. Oczywiście. Jakże mogłoby być inaczej – zakpił wysłannik Imperium.

Członek gatunku Monsturnów, wraz z obstawą składającą się przedstawicieli innych podległych Imperium ras i doktorem Kochinem na przodzie, dotarli pod dziwne wysokie drzwi. Stali już pod nimi dobre pięć minut, a staruszek cały czas przepraszał i próbował coś tłumaczyć. Ambasador nie bardzo rozumiał jego pokraczne wyjaśnienia. Zarbon nie mógł zrzucić tego na karb problemu w algorytmie uniwersalnego translatora. Komputer w scouterach nauczył się prostego języka Ziemian już prawie dwanaście lat wcześniej. Z zawiłości Kochina wynikało, że nie mogą wejść do środka i muszą czekać, aż Nameczanin sam raczy do nich wyjść. Ale dlaczego to już było ciężej zrozumieć. Naukowiec unikał jasnej odpowiedzi. Ludzie Zarbona też zaczynali się wyraźnie niecierpliwić. Przynajmniej przyniesiono im napoje orzeźwiające. Kochin próbował namówić ich na odpoczynek, ale Zarbon nie zamierzał odpuścić ślimakowi. Odwrót w tym momencie oznaczałby małe zwycięstwo dla niewdzięcznego despoty. Na to ambasador nie mógł pozwolić. Miał już ochotę ponownie wyładować irytację na przedstawicielu tego podrzędnego watażki. Naukowiec tym razem utrzymywał większy dystans.
– Słuchaj, Kochin. Nie mam Zamiaru więcej czekać. Jeśli Piccolo uważa, że może pomiatać delegacją z Imperium, to jest w wielkim błędzie. Ma szczęście, że tolerujemy jego władzę nad planetą. Gdybyśmy chcieli, przestalibyśmy się bawić i zamiast nas odwiedziłaby go pełna grupa inwazyjna. Wtedy nauczyłby się manier.
– Ależ oczywiście, rozumiem zdenerwowanie, ale…
– Żadnych, ale. Jeśli zaraz nie wyjdzie, rozwalimy te drzwi i to on będzie się tłumaczył. Nie ty.
Ożywieni deklaracją podwładni Zarbona zajęli odpowiednie miejsca pod odrzwiami. Dwóch przypominających ptaków Birdbeeków czekało już tylko na rozkaz.

Wrota otworzyły się same. Z dziwnego, obszernego pokoju o nieskazitelnej bieli wyszły dwie osoby. Wyraźnie pokiereszowany Nameczanin i równie sponiewierany, wyglądający na Sajana, młokos. Ubrania mieli podarte. Oblepieni też byli zaschłą krwią i starym potem. Odór, jaki wydzielali niezbyt przypadł do gustu nosowi Monsturna. Najbardziej jednak wzrok Zarbona przykuło to, co zobaczył na głowie młodego wojownika. W czarnych włosach połyskiwały przypominające metalową winorośl pnącza. Scouter dyplomaty cały czas pracował w trybie pasywnego skanowania. Gdy nie przynosiło to efektów, Monsturna ogarniała go coraz większa frustracja. Poziom jednostek SR stojących przed nim wojowników wynosił zaledwie kilkadziesiąt punktów. Odczyt siłą rzeczy musiał być zafałszowany. Ziemianie potrafili naturalnie robić to, do czego w Imperium potrzebne były wyspecjalizowane maszyny i ekranowanie. Tłumić ki. Podobno potrafili też zlokalizować źródła mocy i oceniać ich potencjał. Zarbon czytał o tym w raportach przygotowawczych. Była to z pewnością imponująca umiejętność, jednak miał na ten temat własną hipotezę. O wiele łatwiej rozwinąć taką zdolność, gdy na planecie jest tylko kilka osób z możliwościami kontroli ki, niż wielu jej użytkowników lub nawet cała populacja. Można było to porównać do dwóch astronomów. Pierwszy obserwował gwiazdy przy ognisku na najgłębszym pustkowiu. Drugi natomiast próbował cokolwiek dojrzeć, stojąc pośrodku ulicy oświetlonego ze wszystkich stron miasta. Zanieczyszczenie świetlne było po prostu zbyt duże. Gdyby obywatele jego świata macierzystego byli równie słabi co Ziemianie, zapewne kilku wyjątkowych Monsturnów lub Changelingów też naturalnie wykształciłoby takie umiejętności. Każdy rodak korzystający z ki płonął by dla nich jak supernowa.
– Jesteście wcześnie – zaczął Szatan nonszalancko.
– To ty jesteś spóżniony – odgrył się dyplomata. – A ten to kto?
– Mój nowy nabytek – odparł Nameczanin spoglądając na krwawiącego z nosa nastolatka. – Gohan, idź do ambulatorium. Tam cię opatrzą i czekaj na moje dalsze rozkazy.
Czarnowłosy ruszył bez słowa, bez cienia najmniejszej emocji, wręcz robotycznym krokiem. Zarbonowi się to nie spodobało. Nie wyglądało to na naturalne zachowanie. Chłopak zniknął za rogiem, poruszając się jakby w transie. Co ciekawe jego szara tunika nosiła oprócz symbolu Nameczanina jeszcze trzy inne, których Monsturn nie rozpoznawał.
– Nie stójmy tak tutaj. Zapraszam do pokoju dla delegatów – przerwał milczenie Piccolo. – Proszę tędy, ambasadorze…
– Zarbon. Ale najpierw zrób coś ze sobą. Cuchniesz.

Dyplomata siedział naprzeciwko Nameczanina przy wielkim drewnianym stole, na którym spoczywały najróżniejsze potrawy. Najwyraźniej zebrane ze wszystkich zakątków planety. Przynajmniej poddani despoty spodziewali się delegacji i okazali im należyty szacunek. Watażka powinien się od nich uczyć. Zarbon rozsiadł się wygodniej na krześle. Podwładni Ambasadora zajadali się bez skrępowania, natomiast Piccolo popijał tylko wodę. Z tego, co wiedział Monsturn nie potrzeba mu było wiele więcej. Nameczanom wystarczyła ciecz, tlen i światło do fotosyntezy.

Bukiet zapachów wszelkiego rodzaju mięsiw był wręcz powalający. Czy o to właśnie chodziło? Ziemska kuchnia miała wyprowadzić go z równowagi? Ciężko było to stwierdzić. Bardziej drażniłby go smród ciała gospodarza. Na szczęście znalazł chwilę, aby założyć świeże ubranie. Jednakże wystawiony na stół alkohol z pewnością już miał osłabić jego czujność. Zarbon chętnie by się napił, tak jak to robili właśnie jego żołnierze, niestety obowiązek wiódł prym.
– Co was więc tutaj sprowadza? Czy okresowy raport i załadunek frachtowca, którego tutaj przysyłacie, już nie wystarcza? Na wszystkie odpowiedzi mogłem odpowiedzieć urządzeniem do komunikacji dalekogwiezdnej. Nawet gdybyście chcieli zmienić jakąś naszą umowę, dałoby się to załatwić bez przysyłania was tutaj.
– Osobista wizyta, a raczej powinienem rzec, kontrola, dobrze robi wasalom Imperium. Gdy się na nich nie patrzy, mają tendencje do harcowania.
– Ale fatygować się aż tutaj końcu podróż tutaj trwa dość długo. Ile to było? Nie pamiętam dokładnie, ale to chyba dość daleko. Zaprzepaszcza się spory kawałek życia – Piccolo wyraźnie próbował wbić mu szpilę.
– Z planety, z której startowałem, najszybszą kapsułą z napędem hipergwiazdowym, dziesięć waszych miesięcy. Ze stolicy około trzynastu. Ale to się zmieni, jeśli, a raczej, kiedy znajdziemy naturalny tunel przestrzenny w okolicy waszej gwiazdy. Każda jakieś ma. Później wystarczy je tylko poszerzyć, a wtedy będziesz mógł przyjąć znacznie większą ilość gości. Liczoną wręcz w tysiącach – odpowiedział, zawoalowaną groźbą, Zarbon.
– Słyszę to od lat. Pozostawiane tu przez was drony szukają portalu, latając po moim układzie i nic. Przeczesują każdy centymetr sześcienny mojej przestrzeni i jeszcze nie znalazły żadnego z moich tuneli. Może ich tutaj po prostu nie ma. Na szczęście pozwalam im na korzystanie z mojej stacji paliw, na mojej planecie, w moim pałacu. Na szczęście nie spłonęły jeszcze w mojej atmosferze przy ich wielokrotnych powrotach. Więc może coś jednak znajdą. Kto wie. – Ślimakoid wyraźnie próbował zagrać Monsturnowi na nerwach sugerując zwierzchność jego władzy i pretensji do własności nad tym światem oraz otaczającymi go przestworzami.
– Cieszę się, słysząc, że dzierżawa ci służy, Gubernatorze Piccolo – Zarbon też potrafił wbić sztylet, i to tam gdzie boli. A sadząc po minie rozmówcy, przypomnienie mu jego oficjalnego tytułu, nie wywołało zachwytu.
– Czego chcesz? – poirytowany despota przeszedł do sedna.
– To proste. Twoi ludzie przekażą nam wszystkie dane związane kompresją materii, miniaturyzacji, budowy androidów, cyborgizacji i programowaniem sztucznej inteligencji, a także informacji na temat napędu antygrawitacyjnego, czy czego to używa ten twój pałac. A do tego możesz też dorzucić specyfikację tego, co właśnie widziałem na korytarzu. To kontrola umysłu? – wysunął żądania Zarbon, podsuwając kielich jednemu z krzątających się służących. Wypadało przygotować napitek, na wypadek, gdyby dane było oblewać kolejny dyplomatyczny sukces.
– Po pierwsze. Nie. Nie, na wszystko – Piccolo, prostując się na siedzeniu, stanowczo odmówił. – Moje dostawy sprzętu muszą wam wystarczyć. To, że nie potraficie ich rozgryźć to już wasz problem. A po drugie nie wiem, o czym w ogóle mówisz. – Nameczanin kiepsko udawał. Robił to na tyle bezczelnie, że musiał chcieć, aby było to widoczne. Kolejny wyraz pogardy.
– Ten chłopak, to ten pół-Sajan, z którym użerałeś się od lat. Ten, o którym druga grupa zwiadowcza zbierała informacje tak dawno temu. Ciężko uwierzyć, że dołączyłby się do ciebie z własnej woli. – Gubernator Ziemi spoglądał na rozmówce beznamiętnie, nie potwierdzając niczego, ani nie zaprzeczając. – Więc odmawiasz wykonania bezpośredniego polecenia władzy zwierzchniej?
– Tak – odparł bez ogródek Piccolo i wypił resztę stojącej przed nim wody.
– Naprawdę chcesz tak ryzykować? Jeśli książę Freezer zerwie tak wspaniałomyślnie przyznaną ci dzierżawę, nie odeprzesz następnego ataku. A nawet gdyby by ci się udało, to przybędą kolejne. Jak długo dasz radę się opierać? – Zarbon nie zamierzał popuścić Nameczaninowi, który stanowczo pozwalał sobie na za wiele. Jego buta musiała zostać utemperowana.
– Sprawdzam – odparł lakonicznie zielonoskóry.
– Co? – odpowiedź zbiła Monsturna z tropu.
– Sprawdzam twój blef.
– Blef? Uważasz, że potęga Imperium Changelingów, która za mną stoi, to blef?
– Tak. Wciąż używacie zapewne ciężkich do wykrycia kapsuł, gdy chcecie przysłać mi kogoś osobiście. Nie wysłaliście większej ilości dronów, aby znaleźć ten cały tunel. Niezmiennie lata tutaj ten sam zestaw, który zostawiliście lata temu. Frachtowce, które do mnie przylatują, wszystkie są bezzałogowe i nie widziałem jeszcze ani jednego większego, wypełnionego żołnierzami, okrętu. Żołnierzami, którymi to mnie tak kolejni ambasadorowie lubili straszyć. Nawet urządzenie komunikacyjne, które mi daliście, według moich jajogłowych, nadaje na bardzo wąskiej częstotliwości. Zablokowaliście w nim możliwości poszerzenia wiązki. Jakbyście nie chcieli, cobym choćby przypadkiem skontaktował się z kimś innym.
– Do czego niby tym zmierzasz?
– To proste. Macie problemy w domu. Nie chcecie, aby ktoś dowiedział się o moim istnieniu. Może jakiś równie silny rywal co wy? Ktoś, kto mógłby dać mi lepsze warunki? A może chodzi tutaj o przepychanki wewnątrz samego Imperium. Kilka frakcji walczy o władzę? Albo dzieje się jeszcze coś innego, co uniemożliwia wam zajęcie się mną porządnie. To nieistotne. W każdym razie wzmacnia to moją pozycję. I dlatego nie zamierzam modyfikować naszej umowy.
Zarbon popatrzył na Nameczanina. Starał się, aby na nieskazitelną seledynową twarz nie wypełzł, choć cień emocji. Nie zamierzał zdradzać myśli przed impertynenckim satrapą. Ślimak był bystry. Nawet za bardzo sprytny jak na gust dyplomaty.
– Posłuchaj Nameczaninie. Mylisz się w tych kwestiach. Nie masz o nich, za przeproszeniem, zielonego pojęcia. A taka pomyłka będzie cię srogo kosztować. Przekażę twoją odpowiedź wyżej i twój los nie będzie już spoczywał w moich rękach. Teraz mogę ci jeszcze pomóc, ale metaforyczne jutro będzie już niosło dla ciebie straszliwe konsekwencje.
– Nie wydaje mi się, żeby twoje groźby miały jakiekolwiek pokrycie. Ale niech będzie. W geście dobrej woli rozkażę moim ludziom wgrać do waszych kapsuł kilka najnowszych odkryć w dziedzinach cybernetyki i miniaturyzacji. Niech u was na górze nie myślą, że jestem bezduszny. Wasze kaleki i weterani będą mogli w końcu porządnie się podetrzeć.
Ambasador pokiwał głową z udawaną dezaprobatą. W rzeczywistości udało mu się ugrać i tak więcej niż się spodziewał. Dopiero teraz pociągnął łyk, całkiem dobrego jak na jego standardy, wina. Dzisiejszą rozmowę mógł wpisać na listę sukcesów. Tak ostatnio rzadkich w jego życiu. Jak tylko dogadają z Nameczaninem szczegóły, będzie mógł przyłączyć się do uczty. Zapach jednak zaczynał go dobijać, a żołądek domagał się skosztowania każdej z potraw. Wypadałoby jednak trochę się potargować.
– To za mało. Taka oferta może nie zostać zbyt dobrze odebrana. Zwłaszcza jeśli to wspominanie przez ciebie protezy do podcierania nie będą miały aksamitnego dotyku. Chyba nie chcesz, aby pośladki twoich zwierzchników zostały podrażnione?
– To wszystko, co mogę ci zaoferować.
– Myślę, że jest coś jeszcze. Naucz mnie jak tłumić i wykrywać ki bez używania zewnętrznych urządzeń, a obie strony będą zadowolone.
– Ja nie będę.
– Władza, zwłaszcza na tak wysokim szczeblu to sztuka kompromisów. Nie uważasz?
– Przemyślę to – odparł Nameczanin zaciskając leżącą na stole dłoń w pięść.
Zarbon uśmiechnął się nieszczerze i nabił najbliżej leżącą przy nim pieczeń na widelec.

Monsturn odpoczywał w specjalnie przygotowanym dla niego pomieszczeniu. Przylegało do jednej ze ścian się podniebnym pałacu. Podłużne okno dawało mu dobry widok na nocne, rozgwieżdżone niebo. Pokój urządzony był wystawnie. Najbardziej spodobało się dyplomacie niesamowicie wygodne łóżko. Leżąc na nim, miał chwilę, aby pokontemplować, gdzie dokładnie się znajduje. Zawieszona ponad chmurami konstrukcja wydawała się znacznie większa w środku niż na zewnątrz. Zielonowłosy mężczyzna nie wiedział, jak to było w ogóle możliwe. Czyżby Ziemianie opanowali kompresję masy i manipulację przestrzenią aż do takiego stopnia? Prawdopodobnie. Na szczęście ta technologia nie sprosta prostej, brutalnej i ogromnej sile ki, jaką Imperium mogło uderzyć w ten świat. Gdy nadejdzie czas, a problemy wewnętrzne i zewnętrzne się skończą, planeta zostanie oficjalna włączona w granice państwa.

Niestety raczej nie miało to nastąpić wkrótce. Misja była ściśle tajna. Nawet cel i czas podróży był najpilniej, skrywaną przez korpus zwiadowczy, tajemnicą. Gdyby wyciekły choćby najprostsze informacje, przykładowo jak długo potrwa hibernacja w kapsułach, szpiedzy Sluga mogliby zacząć dodawać dwa do dwóch. Automatycznie zorientowaliby się, że leci na planetę pozbawioną połączenia czasoprzestrzennego, a wtedy zaczęliby kopać. Slug władał niezliczonymi układami słonecznymi. Był najgroźniejszym rywalem Changelingów, a fakt, że należał do tego samego gatunku co Piccolo, stawiał Imperium w nieciekawej sytuacji. Gdyby ślimaki się o sobie dowiedziały, mogłyby nawiązać naturalny sojusz. Zarbon strzelił kostkami dłoni i powrócił do zmartwień. Miał nadzieję, że podczas jego nieobecność Zerd nie popełni jakiejś głupoty. Nie miał mu teraz jak pomóc. Najgorsze w tym wszystkim było, że poświęcał dla państwa życie rodzinne, a misja raczej i tak nie zostanie potraktowana w najwyższym dowództwie z należytą powagą.

Pieczę nad korpusem zwiadu i ekspedycji dalekosiężnych sprawować miał książę Freezer. Otrzymał ten przydział bardziej jako karę, niż cokolwiek innego. Od pewnego czasu zaczął staczać się prosto do rynsztoka. A przy okazji ciągnął za sobą wszystkich podwładnych, przyjaciół, znajomych, a nawet ludzi, z którymi nawiązał jedynie przelotne relacje. Imperator Cold zamierzał go upokorzyć. Jego i każdego, kto mógłby mu sprzyjać. Śmietanka dowództwa głównego aż piszczała z zachwytu, mogąc się przyłączyć do tych starań. Nie można powiedzieć, żeby kochali księcia. To właśnie przez przyjaźń z wysoko urodzonym Changelingiem, Zarbon otrzymał „awans”. Przeniesiono go z wojsk obrony kluczowych światów do sił zwiadu i ekspedycji dalekosiężnych. ZED był niedofinansowany i nietraktowany poważnie od dekad. Imperium przestało drapieżnie poszerzać granice, to i siłą rzeczy zwiadowcy badający nieznane regiony kosmosu stracili na znaczeniu. A teraz, gdy dowodzenie nad nim objął Freezer, stało się pośmiewiskiem. Zwłaszcza że zwierzchność księcia była głównie na papierze. Miał głęboko pod ogonem co dzieje się pod jego dowództwem. Można mu było podsunąć do podpisania wszystko, co się chciało, byleby alkohol i narkotyki się nie kończyły. Technologia odkryta na Ziemi mogła zrewolucjonizować Imperium, a przez zatrute źródło, dopiero niedawno została naprawdę doceniona. Opóźnienie, które mogło drogo ich kosztować. Monsturn zawiedziony tym jaki jego życie przybrało obrót, zamknął oczy. Jeśli Piccolo faktycznie nauczy go tłumienia i detekcji ki, stanie się wartościowy dla całego Imperium. Będzie mógł wyrwać się z niekorzystnej sytuacji. Przeszkoli innych, może nawet awansuje. Tym razem naprawdę. Podobał mu się pomysł, że mógłby zostać nawet założycielem nowej formacji zbrojnej. Komandosów wykonujących zadania specjalne dzięki zdolnościom tłumienia ki. Cichomocni? Nie. Nazwa brzmiała niedorzecznie. Wymyśli coś już gdy do tego dojdzie. Może nawet dzięki nowej pozycji uda mu się naprawić relacje z Zerdem. Myślami był już przy synu i lepszej przyszłości.

Od ostatnich kilku lat nie dogadywał się z synem. A dzielący ich mur rósł z każdym dniem. Rozmawiali rzadko, a sporadyczne konwersacje coraz częściej zmieniały się w kłótnie. Nie mógł nawet powiedzieć Zerdowi, dokąd leci ani na jak długo. To tylko pogłębiło ich problemy. Chłopak wszedł w ten wiek, gdy nie wie się jeszcze co zrobić z własnym życiem. Ale wyglądało na to, że jest pewny jednego. Changelingowie i całe Imperium byli jego wrogami. Ocierające się o jawną zdradę poglądy irytowały Zarbona. Rozumiał jednak, skąd pochodzą. Wszystko rozbijało się o to, jak dyplomata został potraktowany, gdy Freezer uderzył w dno i nie przestał się zapadać. Zerd wytykał ojcu, że ten poświęcił dla kraju całe dorosłe życie. A mimo to Changeligowie obeszli się z nim jak z zużytą szmatą. Sfrustrowany ambasador strzelił kostkami dłoni. Miał nadzieję, że podczas jego nieobecności Zerd nie popełni jakiejś głupoty. Nie miał mu teraz jak pomóc. Najgorsze w tym wszystkim było, że syn miał rację. Poświęcił dla państwa relacje z synem i byłą żoną, a i tak przez przepychanki w dowództwie obudził się z nogą w paszczy Oozaru. Jego potomek nie rozumiał jednak jednego. Poświęcenie, obowiązek i wytrwałość były czasami konieczne dla dobra Imperium. Nawet wtedy, gdy osoby podejmujące decyzje nie miały racji.
– Mam nadzieje, że radzisz sobie beze mnie – powiedział na głos zamykając oczy.

Autor TytusDeZoo
Opublikowano
Odsłon 31
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!