Córa rodu Phoenix – Bastet

                   Black siedział na krześle w laboratorium, rytmicznie zaciskając dłoń na wykonanej z gąbki piłeczce. Q w pełnym skupieniu przeglądał wyniki badań Ravena, jednocześnie wsłuchując się w nienachalne komentarze Bastet. Kobieta najwidoczniej sprawowała pieczę nad pracą laboratoriów i w obecnej sytuacji samodzielnie wykonywała większość testów, by uniknąć ewentualnych pomyłek. Niewiele rozumiał z tego, o czym rozmawiali, więc przeniósł wzrok na cienką, gumową rurkę, odprowadzającą krew do zbiorniczka. Względny spokój został brutalnie przerwany przez upiorne, ostre wycie alarmu. Q i Bastet jednocześnie spojrzeli na drzwi.

– Bierzcie co się da! – wrzasnął Q, pospiesznie zgarniając zapas eliksirów.

Syriusz wyrwał igłę ze swojego przedramienia i pognał w kierunku stolika, zabierając z niego tyle medykamentów, ile tylko zdołał zmieścić w rękach. We trójkę wybiegli z laboratorium, kierując się wprost ku komnacie pacjenta. Czarodziej poczuł delikatny, ćmiący ból głowy, jednak adrenalina skutecznie podniosła mu ciśnienie, więc nie zwrócił na to większej uwagi. Po drodze dołączyło do nich jeszcze dwóch członków oddziału medycznego, którzy wyznaczeni byli do pełnienia dziś dyżuru. Wspólnie wpadli do komnaty Ravena, gdzie zastali spanikowanego Dragana. Kolekcjoner z całych sił ściskał dłoń rannego, wpatrując się w migające ekrany aparatury.

– Co się stało?! – Q nie tracił czasu.

– Nie wiem! – kruczowłosy, najpewniej nieświadomie, podniósł głos – Wszystko było w normie i nagle to ustrojstwo zaczęło migać, jak jakaś pierdolona kula dyskotekowa!

Zielonooki kątem oka spojrzał porozumiewawczo na Syriusza, który delikatnie skinął głową. Odłożył trzymane lekarstwa na stolik, po czym podszedł do Dragana i chwycił jego ramię. Nie trudząc się wyjaśnieniami, wywlókł przyjaciela na korytarz i wrócił do pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi. Podbiegł do szafy z jednorazową odzieżą ochronną, żeby założyć rękawiczki. Był tak zaaferowany powstałym chaosem, że nie zwrócił uwagi na śledzące go spokojne, czarne oczy. Bastet nie wiedziała, na co niby mógł się im przydać niewykwalifikowany czarodziej, jednak im dłużej go obserwowała, tym sprawa wydawała się bardziej oczywista. Q i Black rozumieli się niemalże bez słów, a w ich obecnej sytuacji komunikacja była rzeczą kluczową. Skoro Q współpracował z Syriuszem, ona mogła swobodnie dysponować pozostałymi członkami zespołu, dzięki czemu szło im znacznie sprawniej. Nie była tak biegła w sztukach uzdrowicielskich, jak jej przełożony… znacznie lepiej odnajdowała się w warunkach laboratoryjnych, gdzie potrafiła w pełni wykorzystać swój talent oraz mozolnie zdobywaną przez lata wiedzę. W pełnym rynsztunku stanęła po drugiej stronie łóżka, gotowa pomóc. Kiedy Q zerwał kołdrę z ciała Ravena…zwyczajnie zamarła, nie mogąc złapać oddechu. Niedawno założone szwy puściły, otwierając makabryczną ranę. Jasna, gładka pościel wydawała jej się wręcz tonąć w karmazynowej cieczy, co przywołało wspomnienia, które starała się trzymać na samym dnie świadomości. Przestała słyszeć przeszywający pisk sprzętu oraz głosy towarzyszy. Stała nieruchomo, łapiąc płytkie, szybkie wdechy. Nie miała pojęcia ile to trwało i jeszcze mogłoby potrwać, gdyby nie duża, silna dłoń, która opadła na jej ramię. Zdezorientowana spojrzała w lewo, gdzie napotkała szare tęczówki.

– Spokojnie – usłyszała łagodny głos, przytłumiony przez maskę. – Bez pani sobie nie poradzimy. Proszę oddychać – dzięki uprzejmości czarodzieja, udało jej się odzyskać opanowanie. – O to chodzi! Q, co robimy?!

Były więzień odszedł od niej i wrócił na swoje miejsce, u boku Q. Quinlan posłał jej krótkie, karcące spojrzenie, dzięki któremu całkowicie przeszła jej chęć na fanaberie. On i ten dziwny czarodziej zajęli się tamowaniem krwotoku oraz zabezpieczaniem ran – korzystając z pomocy jednego z asystentów – ona natomiast skupiła się na koordynowaniu zabiegów magicznych. Co jakiś czas wysyłali asystentów po konieczny sprzęt lub składniki, chwilowo radząc sobie tylko we trójkę. Szło im całkiem nieźle, jednak końca nie było widać.

– Q! – Black klepnął ramię lekarza, wskazując mu jeden z monitorów.

– No rzesz kurwa jego… Saturacja spada! Bastet, musimy intubować! Poradzisz sobie?!

Zamiast odpowiadać przytaknęła, choć wcale nie była taka pewna, czy da radę. Nie była takim lekarzem, na miłość Merlina! Nie potrafiła działać równie szybko i pewnie, jak Q! Ona prowadziła laboratorium… Pomimo niepewności, stawiła się na wezwanie i przyjęła z jego ręki laryngoskop. Zerknęła jeszcze na Q, chcąc się upewnić, że sam nie mógł tego zrobić, jednak wciąż był zajęty powstrzymywaniem silnego krwawienia. Odetchnęła głęboko, ułożyła laryngoskop pod kątem 45 stopni i skupiła się na prawidłowym wprowadzeniu rurki w tchawicę. Upewniła się, że wszystko jest w porządku, usunęła narzędzie i podpięła rurkę do respiratora, czekającego w pogotowiu.

– Dobra robota! – rzucił Q, nie odrywając wzroku od pacjenta – Black, jak to wygląda?

– Nie widzę, skąd to wypływa – czarodziej otarł czoło grzbietem dłoni. – Za dużo krwi.

– Wygląda mi to na jeden ze skutków trucizny – zasępił się mężczyzna. – Bastet, przebadałaś krzepliwość?

– Nie zdążyłam – przyznała bez ogródek.

– Q… – nagła myśl rozjaśniała w głowie Syriusza. – Powinniśmy w to iść. Vallerin opowiadała mi o tych truciznach. Są skomponowane tak, żeby uderzały w zdolności regeneracyjne Lutherów, czyli ich krew.

– Logiczne, że powinny ją wyniszczać, a spowodowanie zaburzeń krzepliwości to podstawa. Cholerna banda skurwysynów – wysyczał doktor. – Chcieli, żeby ofiara się wykrwawiła, nawet przy znacznie łagodniejszych obrażeniach.

– Nie powinniśmy ryzykować, bez laboratoryjnego potwierdzenia – obruszyła się kobieta.

– Masz lepszy pomysł? – zielonooki wprawnie zdławił rozdrażnienie.

– Nie…

– Więc nie mamy o czym tu dyskutować.

Po tej krótkiej wymianie zdań, skierowali wszelkie wysyłki na złagodzenie objawów braku krzepliwości. Taka decyzja niezbyt podobała się Bastet, ale wiele wskazywało na to, że idą właściwą ścieżką. Po prostu…nie lubiła działać po omacku. Jeszcze przez kilka godzin uwijali się jak w ukropie, pracując non stop. Musieli odprawić dotychczasowych asystentów – których zmogło zmęczenie – i posłać po nowych, w nieco większej liczbie. Udało im się powstrzymać krwawienie i powtórnie pozszywać rany, tym razem robiąc to znacznie dokładniej. Uciążliwe, niezmordowane wycie w końcu ustąpiło, przynosząc im nieopisaną ulgę. Q śledził wskazania monitorów, uważnie analizując najdrobniejsze detale i po kilku minutach ściągnął maskę chirurgiczną, którą rzucił na ziemię w geście zwycięstwa.

– Dobra robota, moi państwo – uśmiechnął się słabo. – Wy dwaj – wskazał na asystentów – zostaniecie przy pacjencie. Trzeba tu trochę ogarnąć, w czym wy, panowie – wbił palec w pozostałych dwóch – pomożecie kolegom. Black, pogadasz z Draganem?

– Jasne.

Czarodziej zdjął strój ochronny, który wrzucił do metalowego kosza i oparł dłoń na klamce drzwi. Musiał przystanąć na chwilę, ponieważ pociemniało mu trochę przed oczami. Wrócił ten ćmiący, dokuczliwy ból głowy, jednak postanowił go zignorować. Otworzył drzwi i wyszedł na korytarz. Natychmiastowo wbiły się w niego czujne, turkusowe tęczówki, w których zauważył zaniepokojenie. Uśmiechnął się kącikiem ust. Nic dziwnego, że Luther się martwił…w końcu sterczał na tym korytarzu od dobrych kilku godzin. Zrobił krok w kierunku przyjaciela i zachwiał się, nie mogąc ustać w pionie. Wpadł prosto w rozpostarte ramiona kruczowłosego, który zareagował instynktownie. W jego opinii Black wyglądał okropnie. Niemalże całe ręce – od nadgarstków wzwyż – miał umorusane we krwi. Jego przedramiona szpeciły siniaki oraz wyraźne ślady po wbijanych igłach, wokół których dostrzegalne były drobne plamy. Zazwyczaj uśmiechnięta, irytująco wyszczekana morda sprawiała wrażenie wymęczonej i nienaturalnie bladej. Czarodziej spojrzał na niego zamglonymi oczyma, czym już poważnie go zmartwił. Oddychał zdecydowanie zbyt ciężko, nie mogąc ustać samodzielnie.

– Q! – wrzasną w kierunku sypialni.

Lekarz, niezbyt zadowolony, wypadł z pomieszczenia, zatrzymując się gwałtownie tuż za progiem. Pobieżnie ocenił sytuację, śląc soczystą wiązankę wprost z portowego rynsztoka, zły na samego siebie, że nie zauważył wcześniej. Nie powinien był do tego dopuścić… Chaotyczna, trudna walka o życie Ravena pochłonęła go do tego stopnia, że przestał zwracać uwagę na Syriusza, choć spodziewał się, że mogą pojawić się problemy.

– Bastet! – zajrzał do pokoju.

Kobieta zdążyła już wyzwolić się ze stroju ochronnego i wydać polecenia asystentom, więc mogła swobodnie wyjść. Zmrużyła oczy, widząc stan czarodzieja i podeszła do Dragana, nie potrzebując dalszych instrukcji. Pewnym ruchem zarzuciła na swój bark ramię szarookiego, deklarując chęć przejęcia nad nim opieki.

– Zajmę się nim – zerknęła przez ramię na Q.

Lekarz skinął na znak zgodny, po czym powtórnie zniknął w porządnie zdezelowanym, zaśmieconym wnętrzu. Miał zamiar na spokojnie przepatrzeć zasoby, ustalić grafik dyżurów przy poszkodowanym i przypilnować zaprowadzenie w tym pokoju porządku. Miał co prawda pewne wątpliwości, czy powierzenie Bastet Syriusza jest dobrym pomysłem, jednak potrzebował chwili wytchnienia – jak oni wszyscy – a takie drobnostki go odprężały. Co najwyżej za jakiś czas zajrzy do pana Blacka, by sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Zostawił za sobą zdezorientowanego Dragana, rozdartego między chęcią sprawdzenia co z Ravim, a niepokojem o czarodzieja.

– Zaopiekuję się panem Blackiem – z rozmyślań wyrwał go szorstki głos Bastet. – Idź zawracać dupę Q.

– Nic mu nie będzie? – wskazał na przyjaciela.

– A robi ci to jakąkolwiek różnicę? – syknęła ostro – Nie udawaj, że potrafisz zniżyć się do troski o zwykłego czarodzieja.

– Nie zaczynaj znowu – przewrócił oczami.

– Zaprzeczasz? – objęła ramieniem tors byłego skazańca – Nie potrafisz kochać nikogo, poza samym sobą, egoistyczny tyranie.

– Nie wpadłaś na to, marudna babo, że to ciebie nie potrafię kochać?

Jego brutalne, szczere słowa dotknęły ją do żywego. Nie potrafiła zrobić nic, poza patrzeniem, jak znika w głębi pokoju. Nienawidziła go…nienawidziła tego wspaniałego, inteligentnego mężczyzny za to, że rozbudził w niej uczucia, których nigdy nie odwzajemniał. Mimowolnie wróciła pamięcią do samych początków ich skomplikowanej, dziwnej relacji:

Szczupła, wysoka dziewczyna siedziała na podłodze, tęsknie spoglądając przez okno. Na niewielkim placu zbierał się tłum mieszkańców, łaknących krwi. Jej krwi. Westchnęła ciężko, mechanicznie próbując wyswobodzić ręce z ciasno związanej, szorstkiej liny. Więc to dziś…dziś zapłaci życiem za to, że dwa tygodnie temu trafiła do domu rodzinnego – pierwszy raz od blisko dziesięciu lat. Gdy była małą dziewczynką, rodzice zaprowadzili ją na lotnisko i oddali w ręce kobiety, którą widziała ledwie kilka razy w swoim życiu. Wtedy nie rozumiała, dlaczego zdesperowana mama, ze łzami w oczach, pchała ją usilnie w ramiona niemalże obcej dla niej kobiety. Zrozumiała dopiero po latach. Rana była jej ciocią, która wyrwała się z rodzinnego domu, by zamieszkać w USA. To tam ułożyła sobie życie, porzucając rodzinne tradycje, dla bardziej zachodniego modelu życia. Tak też i ją wychowała. Chodziła do normalnych szkół, zdobywając doświadczenia, które dla dzieciaków z amerykańskich rodzin były czymś zupełnie naturalnym. Rana starała się jak mogła, by zapewnić jej godne życie i możliwość rozwijania własnych pasji, kładąc nieszczególnie uciążliwy nacisk na naukę – chciała, żeby jej siostrzenica miała jak najlepszy start w dorosłe życie. Wkrótce zapragnęła być lekarzem, tak jak ukochana ciocia, która zastępowała jej mamę. Mogła swobodnie spotykać się ze znajomymi, brać czynny udział w szkolnym życiu, a gdy była starsza, wychodzić z przyjaciółmi na miasto czy imprezy. Żyła jak każda nastolatka, nie zdając sobie sprawy z tego, że upomni się o nią tradycja, o której nic nie wiedziała. Pewnego dnia ich dom odwiedziło kilku mężczyzn, którzy okazali się jej dalekimi kuzynami. Wtedy nie zdawała sobie sprawy, że ich wizyta położy kres jej beztroskiemu życiu. Rana walczyła jak lwica, by nie pozwolić krewnym jej zabrać, jednak była tylko wątłą kobietą, nie mającą realnych szans w starciu z pięcioma rosłymi mężczyznami. Siłą wywlekli ją z mieszkania i zaciągnęli do samochodu, gdzie podali jej coś, przez co straciła przytomność. Odzyskała świadomość dopiero w samolocie. Chciała krzyczeć, jednak jeden z mężczyzn uderzył ją w brzuch, grożąc, że albo się zamknie, albo znowu ją uśpią i porzucą gdzieś na pustkowiu. W ten sposób znalazła się tutaj…w swoim rodzinnym domu. Rodziców widziała jedynie przez krótką chwilę i tak naprawdę nie czuła do nich za wiele – byli mili, ale to Rana ją wychowała. Ojciec wyjaśnił jej, że odesłali ją do USA, by uchronić ją przed losem, jaki spotykał większość młodych dziewczyn w ich kulturze. Była ich jedyną córką i nie chcieli, żeby została brutalnie zmuszona do kontynuowania twardych tradycji, zakorzenionych znacznie głębiej, niż jakiekolwiek prawo stanowione. Nie miała bladego pojęcia, czego niby od niej oczekiwano. Chciała wrócić do cioci… do swoich przyjaciół i przerwanej nauki, która miała zaprowadzić ją wprost na wymarzone studia. Chciała być kimś znacznie więcej, niż kurą domową, pozbawioną własnego zdania oraz jakichkolwiek szans na karierę zawodową. Przez kilka dni jeszcze miała nadzieję… Mama wytłumaczyła jej, że starszyzna wybrała dla niej odpowiedniego kandydata na męża i nie mieli możliwości zaprotestowania. Z tego co wiedziała, jej rodzice niechętnie poddawali się restrykcjom, przez lata odrzucając kolejne kandydatury, wytykając pretendentom do ręki córki chociażby najmniejsze przewinienia. Bronili się dzielnie, jednak w końcu starszyzna przedstawiła im kandydata, do którego nie mogli mieć zastrzeżeń – kultura ich narodu zamknęła im usta. Tym wspaniałym mężczyzną był jej własny kuzyn, starszy od niej o 20 lat. Nie znała go, a gdy poznała… przyprawił ją o mdłości. Był prostakiem. Zwyczajnym, zapuszczonym chamem, który wygrał na loterii genetycznej, rodząc się w bardzo zamożnej i wypływowej rodzinie biznesmenów, otoczonej powszechnym szacunkiem mieszkańców ich miasteczka. Dziadkowie i babcie obnosili się dumnie z tym, że ktoś tak wspaniały był zainteresowany poślubieniem ich najmłodszej wnuczki, która za granicą się kształciła! Zrobiono z niej zwykły obiekt przetargowy…rzecz, którą należało sprzedać, w jak najlepszym interesie rodziny. Basim – jej przyszły małżonek – miał bardzo szczególne wymagania, jeśli chodziło o żonę. Najbardziej spodobało mu się to, że była piękną, młodą kobietą o szerokich biodrach, które według niego gwarantowały to, że będzie mu w stanie urodzić pokaźną gromadkę dzieci. Nie pozwalał jej się odzywać i krzyczał, kiedy próbowała zakaz złamać. Widział w niej przedmiot i dawał jej to wyraźnie odczuć. Była dla niego żywą zabaweczką, która miała pokornie truchtać dwa kroki za nim, rozsiewając wokół siebie niewinny urok posłusznej, skromnej żony. Żony numer 2, warto dodać. Była zdecydowanie za stara na pierwszą żonę, o czym babki przypominały jej na każdym kroku. Miała skończone 15 lat, a dziewczęta w tym wieku już od dawna miały mężów – a raczej swoich panów – co wydało jej się ohydne. Nie rozumiała tego. Rodzice robili co mogli, by trzymać ją z daleka, więc nigdy nie doświadczyła podobnych realiów życia. Światopoglądy zderzyły się gwałtownie, tuż nad jej głową, a jedyne czego chciała, to wrócić do Rany i swojego dawnego życia. Im lepiej poznawała swojego przyszłego męża, tym bardziej rozpaczała nad swoim losem. Basim powszechnie znany był z surowej, ciężkiej ręki oraz przykładnego karania swojej pierwszej żony – na tyle przykładnego, że dziewczyny często przez wiele dni nie widywano poza domem. Katował tę biedną dziewczynę, bo jakimś niespotykanym trafem nie stała się wyłącznie inkubatorem, dla przyszłych potomków z których mógłby być niezdrowo dumny. Zupełnie jakby jej winą było to, że ciąża trwała 9 miesięcy i nijak nie dało się tego przyspieszyć. Safija – pierwsza żona – w przeciągu trzech lat urodziła temu bydlakowi trójkę dzieci, jedna było mu widocznie za mało! Starszyzna narzuciła jej rodzicom swoje zdanie i wyznaczyła termin zaślubin, nie przyjmując żadnych słów krytyki. Sprawa była jasna – albo wyjdzie za Basima, albo zostanie oddana pierwszemu mężczyźnie, który o nią poprosi, a w ich kulturze mąż był panem i władcą kobiety. Rodzice ustąpili, bojąc się o los jedynaczki – na polecenie starszyzny siłą sprowadzonej do kraju – ale ona nie mogła. To wszystko…było dla niej dziwne. Surrealistyczne i pojebane. Nie rozumiała tradycji. Nie rozumiała zasad, jakie tutaj panowały. Nie rozumiała, dlaczego niby miałaby robić cokolwiek, wbrew swojej woli. Próbowano jej to tłumaczyć, jednak i tak tego nie pojmowała. Przez dziesięć lat żyła w zupełnie innych realiach. Patrzyła na świat w odmienny sposób, niż jej rówieśnice z tego miasta. Wymuszone małżeństwo z agresywnym despotą wydawało jej się równoznaczne ze śmiercią, więc co niby miała do stracenia? Podjęła pierwszą próbę ucieczki, w której pomagali jej rodzice. Chcieli odwieźć ją na lotnisko i tak jak przed laty wpakować do samolotu, żeby uciekła z tego piekła. Nie udało im się. Zostali złapani, zanim zdążyli opuścić miasto. Odcięto ją od możliwości kontaktu z rodzicami, jednak ona sama nie zrezygnowała z prób ucieczki. Wszystkie zakończyły się sromotną, przytłaczającą klęską. Starszyzna, mając dość jej fanaberii, nakazała przywiązać ją do rur w pokoju. Skoro nie mogła uciec, postanowiła umrzeć. Zachowywała się grzecznie i potulnie, stopniowo zaskarbiając sobie zaufanie babć oraz starych ciotek, dzięki czemu uzyskała nieco swobody. Na dwa dni przed ceremonią wypiła wybielacz. Wolała, żeby żrący środek wypalił jej gardło…stopił trzewia…mogła umierać w agonii przez wiele dni, byleby nie musiała wychodzić za mąż. Niestety jej mama znalazła ją w porę i udało się ją odratować. Próba samobójcza przyszłej panny młodej oczywiście nie obeszła się bez echa. Niedoszły mąż publicznie stwierdził, że w takich okolicznościach stała się dla niego (i dla każdego szanującego się mężczyzny) nieczysta i on jej dłużej nie chce. Starszyzna okrzyknęła ją hańbą całej rodziny, a w ich kulturze to oznaczało jedno…jeśli rodzina chciała zachować honor, musieli ją zabić. I tak skończyła tutaj. Zamknięta w czterech ścianach, oczekując rytualnej egzekucji. Nie wiedziała, w jaki sposób chcieli ją zabić, ale wszystko wskazywało na to, że będzie to publiczne przedstawienie.

– Jak ci na imię?

Wzdrygnęła się, słysząc wyjątkowo niski, męski głos. Skupiła wzrok na twarzy mężczyzny, który przyglądał jej się przez oko. Mimowolnie poczuła rumieńce, rozpalające jej twarz. Przybysz był niedorzecznie przystojny. Jego ciemne, czekoladowe oczy błyszczały porównywalnie do gwiazd na niebie. Miękkie, półdługie włosy opadały na szerokie ramiona, kryjąc za sobą uroczy, zaczepny półuśmieszek. Oliwkowa, opalona cera kontrastowała z nienaganną bielą tradycyjnego, pysznie szytego odzienia.

– Naila – wyszeptała, opuszczając wzrok.

– To ciebie mają dzisiaj stracić?

Przez dłuższą chwilę nie odzywała się, niepewna tego, co powinna powiedzieć. Od mężczyzny biła przedziwna aura, pełna współczucia oraz zrozumienia. W sumie, co jej szkodziło? I tak znajdowała się w sytuacji bez wyjścia.

– Tak – przyznała w końcu.

– Czego chcesz, Nailo?

Jego pytanie zaskoczyło ją. Czego chciała? Jak mógł o to pytać, skoro wiedział, że dzisiaj umrze?! Co to był za cudaczny pomysł?! Naprawdę nie wiedział, czego mogłaby chcieć osoba, skazana na śmierć? A może…może chodziło mu o coś więcej?

– Chcę wrócić do domu… – wyszeptała, czując wzbierające łzy. – Chcę wrócić do cioci Rany i zostać lekarzem!

– Jeśli obiecam ci, że zostaniesz lekarzem, pójdziesz ze mną?

– Co? – w końcu na niego spojrzała, nie rozumiejąc, do czego właściwie zmierzał.

– Pytam, czy jesteś gotowa porzucić życie, jakie znałaś i pójść ze mną, żeby zostać lekarzem.

– Możesz to zrobić?! – rzuciła się bliżej okna.

– Odpowiedz na pytanie – warknął, zirytowany.

– Moi rodzice…

– Odpowiedz na pytanie – odparł dosadniej.

– Tak… – wybąkała.

– Słucham?

– Pójdę z tobą! – krzyknęła, wtłaczając całą swą nadzieję w te słowa.

– Dobrze – uśmiechną się szaleńczo. – Cokolwiek by się nie działo, zachowaj spokój. Jeśli pójdziesz ze mną, pomogę ci osiągnąć wszystko, o czym marzyłaś, ale jest jeden warunek.

– Warunek? – powtórzyła bezmyślnie.

– Wprowadzę cię w świat, którego nigdy nie miałabyś szans poznać. Świat, w którym to ja jestem królem. Jesteś na to gotowa? – zamiast odpowiadać, przytaknęła – Dobrze. Jeszcze dziś zostaniesz wolnym człowiekiem, Nailo.

Po tych słowach zwyczajnie odszedł, zostawiając ją samą. Nie miała pojęcia kim był. Może to tylko wytwór jej wyobraźni? Realistyczna wizja wszystkich złych myśli, które ją gnębiły? Może po nią nie wróci… Dlaczego taki mężczyzna miałby zawracać sobie nią głowę? Rozmawiali przez chwilę, ale to wystarczyło, by uznała go za wyjątkowo majestatycznego i magnetycznego. Nie mogła przestać myśleć o jego oczach…było w nich coś…szczególnego. Ciemny kolor oczu w tych okolicach nie był niczym niespotykanym, jednak jego tęczówki zdawały się błyszczeć jakoś tak…metalicznie? Nie potrafiła tego zdefiniować. Siedziała samotnie, rozmyślając o tajemniczym mężczyźnie oraz cioci, gdy przerwał jej odgłos otwieranych gwałtownie drzwi. Do wnętrza wpadła jedna z jej babć, w towarzystwie dwóch ciotek. Wszystkie trzy wydawały się niezdrowo poruszone i wystraszone, co wzbudziło jej zainteresowanie. Babcia, mocnym szarpnięciem, zebrała ją z podłogi, zmuszając do stanięcia na nogach.

– Ostrożnie, droga pani – wzdrygnęła się, słysząc znajomy głos. – Jeśli ona w jakikolwiek sposób ucierpi, osobiście odrąbie pani ręce.

Przerażona stara jędza natychmiast ją puściła i zgięła się w pełnym szacunku ukłonie, witając mężczyznę, który wszedł do pokoju. Oczy Naily rozjaśniały. Przybysz z którym rozmawiała, naprawdę tu był! Przyszedł po nią… Chciała do niego podejść, lecz powstrzymał ją sznur.

– Niech będą panie łaskawe uwolnić tę młodą kobietę – uśmiechnął się ostrzegawczo. – Nie zezwalam na to, by w taki sposób traktowano moją przyszłą żonę.

Naila stanęła osłupiała. Czy on powiedział…żonę?! Skąd niby wziął mu się pomysł, że za niego wyjdzie?!

– Czcigodny panie – odezwała się jedna z ciotek – z całym szacunkiem, ale czy jest pan tego pewien? W naszej rodzinie znajdzie się godniejsza kandydatka. Ta tutaj – wskazała dziewczynę palcem – pohańbiła siebie i całą naszą rodzinę.

– Z całym szacunkiem, czcigodna pani – ciemnooki podszedł do wygadanej staruszki. – Gdy będę chciał posłuchać pierdolenia plebsu, to sam o to poproszę, zgoda? – zmierzył ją wyniosłym, dumnym spojrzeniem – Niech czcigodna pani raczy się zamknąć i nie podważać moich decyzji. Nailo, – zwrócił się do dziewczyny – pozwól proszę ze mną. Chciałbym omówić z twoimi rodzicami szczegóły ceremonii.

Nie była pewna czy podejść, jednak babka bezceremonialnie niemalże wepchnęła ją w przybysza. Mężczyzna delikatnie otoczył ją ramieniem i spokojnie wyprowadził z pokoju, który przez kilka dni był jej więzieniem. Wspólnie wyszli przed dość okazały, pięknie urządzony dom należący do jej dziadków i podeszli do trzech mężczyzn, czekających na zewnątrz. Jeden spośród nich wzbudził zainteresowanie nastolatki – miał bardzo dziwne, różnobarwne oczy.

– Powiedz mi, że to nie to, o czym myślę – westchnął różnooki, spoglądając na jej towarzysza.

– Masz z tym jakiś problem?

– Nie, o ile nie wpłynie to na nasze plany – mężczyzna wzruszył ramionami. – Musimy się stąd zmywać, zanim zrobi się gorąco.

– Dopilnuj interesów w moim imieniu. Dołączymy do was, kiedy uporządkuje formalności.

Różnooki mężczyzna uśmiechnął się kącikiem ust i wydał swoim kompanom polecenie w języku, którego nie rozumiała. Gdy tych trzech odeszło, została sama z przybyszem.

– No, gwiazdeczko – uśmiechnął się szeroko, spoglądając na nią. – Zaprowadzisz mnie do swojego domu?

Nie wiedząc co robić, po prostu skierowała się w stronę swojego rodzinnego domu. Nie znała miasta za dobrze, ale tę drogę pokonywała przynajmniej kilkanaście razy, co związane było z przygotowaniami do nieszczęsnych zaślubin. Mężczyzna szedł obok niej, nie odzywając się. Nie wydawał się zainteresowany tym miejscem, ani ludźmi, którzy przyglądali im się z niemalże bolesną ciekawością. Naila opuściła wzrok, ciężko znosząc pogardliwe spojrzenia sąsiadów i zupełnie obcych dla niej osób, najwidoczniej wiedzących o jej hańbie. W pewnym momencie przybysz chwycił jej dłoń i przyciągnął bliżej siebie, samym wzrokiem wzbudzając w niezdrowo zainteresowanych podskórne przerażenie. Nikt już na nich nie patrzył…nikt nie śmiał zerknąć chociażby przez dłuższą chwilę…zupełnie, jakby poddali się niewysłowionej presji jego oczu. Po kilku minutach spokojnego spaceru, zatrzymali się przed zadbanym, niewielkim domkiem. Mężczyzna, gestem dłoni zachęcił ją do zapukania. Drzwi otworzył ojciec.

– Naila? – z niedowierzaniem patrzył na córkę.

– Tato… – nie miała pomysłu, jak mu to wszystko wyjaśnić, ponieważ sama za wiele nie rozumiała.

– Czy możemy wejść do środka? – ciemnooki mężczyzna stanął obok niej – Muszę z panem porozmawiać, a nie trzeba nam świadków.

Ojciec, porządnie zdezorientowany, wpuścił gości do domu i zaprowadził ich do salonu, w którym niebawem pojawiła się również matka. Obydwoje patrzyli to na siebie, to na córkę zmieszani zaistniałą sytuacją.

– Nazywam się Kourosh al-Khadim – mężczyzna przemówił przyjemnym, niskim tonem. – Jestem tu, by prosić państwa o rękę Naily.

Dziewczyna z szokiem patrzyła na to, jak jej ojciec pada na podłogę, składając głęboki pokłon przed przybyszem. W ślady męża poszła również jej matka, po której twarzy zaczęły spływać łzy.

– Czcigodny Kourosh al-Khadim… – wymamrotał ojciec. – To wielki zaszczyt gościć pana w naszych skromnych progach! Leila – zerknął na małżonkę – przynieś nasze najlepsze wino!

– To nie będzie konieczne, droga pani – al-Khadim uśmiechnął się łagodnie. – Nie zamierzam zajmować państwu zbyt wiele czasu. Jeśli można, wolałbym usiąść i porozmawiać z państwem bez tych cyrków.

Rodzice dźwignęli się z podłogi i usiedli na kanapie, po obu stronach jedynej córki. Naila nie rozumiała, co się tu odczyniało i dlaczego jej rodzice zareagowali w taki sposób, słysząc imię jej wybawcy. W napięciu oczekiwała, jak rozwinie się rozmowa.

– Mogę? – Kourosh wyciągnął papierośnicę i odpalił papierosa, uprzednio uzyskawszy pozwolenie gospodarzy – Nie będę państwa czarować wzniosłymi słowami, bo wszyscy wiemy, na czym stoimy. Państwa córka została uznana za hańbę rodziny, a ja mam zamiar wyzwolić państwa z tego piętna, poślubiając ją.

– Jeśli poślubi pan naszą córkę… – odezwała się Leila – czy nie będzie to ujmą na pańskim honorze?

– W dupie mam takie bzdury – warknął poirytowany. – Staram się być z państwem szczery, więc proszę odwdzięczyć się tym samym. Naila nie ma pojęcia, co oznacza bycie zhańbioną, prawda?

– Ona się tutaj nie wychowywała – zaczął ojciec, czując, że musiał się wytłumaczyć. – Wysłaliśmy ją do szwagierki, do Stanów. Miała tam zostać, ale…

– Stare dziady zmusiły ją do powrotu – mężczyzna nonszalancko machnął dłonią. – Historia tak stara, jak tamte baby. Skoro nie śpieszyli się państwo z tym, żeby wtajemniczyć córkę, ja to zrobię – ponieważ nie protestowali, uznał, że może kontynuować. – Widzisz, gwiazdeczko, pojęcia nie mam co odwaliłaś, ale sprzeciwiłaś się tradycji tego narodu w taki sposób, że społeczeństwo uznało twoją rodzinę za pozbawioną honoru. Uznanie rodziny za zhańbioną, niesie za sobą szereg konsekwencji, o których nie masz pojęcia. Członków takiej familij wyklucza się z życia społecznego, wszelkich uroczystości, biznesu i czego tylko się da. Jeśli rodzina nie podejmie odpowiednich kroków by odzyskać honor, jej członkowie stają się wyjęci spod wszelakich prawi i można ich dajmy na to zamordować, bez przejmowania się jakimikolwiek reperkusjami z tego tytułu.

– To dlatego starszyzna postanowiła mnie zabić… – wyszeptała cicho.

– No raczej nie dlatego, że brakuje im rozrywek – zaśmiał się krótko. – Żeby odzyskać honor, należy pozbyć się źródła hańby raz na zawsze i to w obecności wszystkich sąsiadów. Najprawdopodobniej planowali skrócić cię o głowę, albo ukamienować, jeśli są tradycjonalistami. I tu wchodzę ja, cały na biało – roześmiał się w głos. – Mogłem co prawda cię wykupić, ale to nie zmazałoby plamy na reputacji całej rodzinki. Małżeństwo…to już zupełnie inna bajka. Nie chwaląc się, cieszę się w tym kraju powszechnym szacunkiem, więc praktycznie mogę robić, co mi się podoba. Jeżeli zostaniesz moją żoną, twoja rodzina uwolni się od skazy na honorze i będzie bezpieczna.

– Naprawdę chce pan to zrobić? – ojciec poderwał się z kanapy.

– Nie inaczej. Ceremonia musi odbyć się w ciągu najbliższych dwóch dni. Zaraz po jej zakończeniu, państwo, Naila oraz jej rodzeństwo wsiądą ze mną do samochodu i pojedziemy na lotnisko w Nuebe, gdzie będzie na nas czekał prywatny samolot. Jeśli wyrażą państwo zgodę, moi ludzie ukryją państwa i ciocię Ranę w bezpiecznym miejscu, na terenie USA albo Kanady. Zagwarantuję państwu środki do życia, a w późniejszym etapie pracę. Znikną państwo z radaru swojej rodziny raz na zawsze.

– Co z Nailą… – wydukała matka.

– Zostanie ze mną, to chyba oczywiste – wzruszył ramionami. – Dlaczego miałbym odsyłać swą żonę? Poza tym obiecałem jej coś i słowa dotrzymam. Dam państwu czas do namysłu – wstał powoli. – Wrócę jutro rano po odpowiedź.

Pomimo protestów rodziców, al-Khadim wyszedł, nie spoglądając za siebie.

Bastet otrząsnęła się ze wspominek. Dragan uratował ją i jej najbliższą rodzinę, za co była mu dozgonnie wdzięczna. Jak obiecał, ukrył jej rodziców, rodzeństwo oraz ciocię w Kanadzie, gdzie wiedli spokojne, poukładane życie. Odwiedzała ich tak często, jak tylko pozwalały jej obowiązki, ale jej małżonka „al-Khadima” nie widzieli od dnia ucieczki. Początkowo zasypywali ją pytaniami, na które nie mogła i nie chciała odpowiadać. Jak miałaby im wyznać, że tamtego dnia poślubiła jedno z wcieleń króla półświatka? Jak miałaby im wytłumaczyć, że jednocześnie była i nie była jego żoną, a on sam nie widział w niej nikogo więcej, poza współpracownikiem? Odetchnęła głęboko i zaczęła iść z panem Blackiem w stronę najbliższego, wolnego pokoju, jednak uciążliwe myśli cały czas powracały. Przez lata starała się zbliżyć do Dragana…zachowywała się jak na żonę przystało, lecz on wcale tego od niej nie oczekiwał i nie omieszkał głośno o tym mówić. Cenił ją jako członka Legionu i lekarza, ale wydawał się całkowicie ślepy na fakt, że była kobietą… Marudną, naiwną babą, zakochaną w nim po uszy. Doszło nawet do tego, że próbowała podważać jego zainteresowanie płcią przeciwną, lecz sama nie raz widywała go z dziewczętami w nie dwuznacznych sytuacjach i oszukiwanie samej siebie podpadałoby po zagrania zdesperowanej wariatki. Dragan Luther jej nie kochał… musiała się z tym pogodzić, dla własnego dobra. Szanował ją i o nią dbał, ale nie kochał. Obudziła się w niej złość, której wcale nie chciała. Ten tyran nikogo nie kochał w taki sposób! Nie miał pojęcia czym była miłość odmienna od tej, którą darzył Lady Crown! Nie wiedział absolutnie nic, o romantycznej, głębokiej miłości łączącej dwójkę ludzi! On… on…sam w sobie był zwyczajnie nieludzki! Z rozmyślań wyrwało ją delikatne syknięcie Syriusza – dopiero teraz zorientowała się, jak mocno wbijała palce w jego żebra…

– Przepraszam… – uśmiechnęła się niezręcznie.

– Nie szkodzi – odpowiedział z delikatnym uśmiechem. – Dzięki za pomoc.

Zamiast odpowiadać, kiwnęła głową i skupiła się na zadaniu. Miała świadomość tego, że czarodziej słyszał jej wymianę zdań z Lutherem i była mu bardzo wdzięczna za to, że nie zadawał niewygodnych pytań. W końcu udało się im dotrzeć do wolnego pokoju, gdzie bezzwłocznie posadziła kompana na obszernym, dwuosobowym łóżku.

– Proszę się położyć – wymusiła spokojny, rzeczowy ton. – W ciągu dwóch dni oddał pan znacznie więcej krwi, niż normy przewidują i jest pan osłabiony. Ból głowy?

– Lekko ćmiący, nic strasznego – zgodnie z zaleceniem ściągnął buty i położył się na łóżku.

– Problemy z ostrością widzenia, albo oddechem?

– Brak – uśmiechnął się kącikiem ust.

– To dobrze – westchnęła z ulgą. – Jeśli będzie się pan oszczędzał, do jutra powinno przejść.

– Nic z tego – odparł zdecydowanie.

– Co proszę? – poprawiła okulary, co robiła zawsze, gdy traciła opanowanie.

– Nie mogę tu sobie odpoczywać – usiadł, obrzucając ją ciepłym spojrzeniem. – Obiecałem Vallerin, że dzisiaj wrócę na chwilę do Hogwartu.

– Panna Crown zrozumie, jestem pewna – starała się uspokoić, nieszczególnie zadowolona, że czarodziej otwarcie zamierzał zignorować jej zalecenia.

– Wiem, że zrozumie – zaśmiał się melodyjnie. – Po prostu jeśli obiecałem jej, że wrócę to wrócę. Bez względu na koszty.

– Jest pan straszliwie upartym człowiekiem – choć nie miała w zwyczaju wylewnego okazywania emocji, nie mogła powstrzymać szerokiego uśmiechu.

– Bywa! – znów ten męski, bardzo przyjemny dla ucha śmiech – Za to pani jest niesamowita! Świetnie się pani dzisiaj spisała.

Nie wiedziała, jak zareagować. Q co prawda często powtarzał swoim ludziom to denerwujące „dobra robota”, ale pracowała z nim na tyle długo, żeby wiedzieć, że było to jego stałe powiedzonko. Nieczęsto ktokolwiek – poza przełożonym – zdobywał się na tak otwarte komplementowanie jej pracy, co trzeba przyznać, było niebywale miłym doświadczeniem. Zawstydzona odwróciła twarz od byłego więźnia i nieśmiałym, subtelnym ruchem poprawiła kosmyk czarnych włosów, opadających na jej twarz.

– Pan również – wybąkała znacznie mniej pewnie, niż chciała.

– Proszę mi mówić Sargas – wyszczerzył się radośnie.

– Bastet – z dozą niepewności podała mu rękę, którą uścisnął. – Czemu tak bardzo chcesz wrócić do Hogwartu?

– Vallerin martwi się o Ravena – szare oczy nieznacznie pociemniały. – Czuje się winna i czeka na jakiekolwiek informacje.

– Dlaczego Lady miałaby czuć się winna? – przysunęła krzesło bliżej łóżka i usiadła, coraz bardziej zaintrygowana rozmową.

– Ona już tak ma – wzruszył ramionami, śmiejąc się niejednoznacznie. – Uważa, że gdyby zareagowała wcześniej, Raven nie ucierpiałby tak bardzo. Jak ona sobie coś ubzdura, to ciężko wybić jej to z głowy.

– Całkiem dobrze ją znasz? – uśmiechnęła się, wspierając brodę na oparciu.

– Znacznie słabiej, niż bym chciał. Dużo rozmawiamy i… – przerwał na moment – tak jakoś wyszło, że się rozumiemy.

– Podobne doświadczenia? – uniosła brew.

– Można tak powiedzieć.

Przez dłuższą chwilę obserwowała jego uśmiechniętą, zmęczoną twarz. Miała okazję podpytać Q o nowego członka Legionu i szczerze mówiąc miała już o nim wyrobione zdanie, które musiała diametralnie zmienić. Nie tak znowu rzadko zdarzało się, że Dragan spontanicznie zbierał nowych członków organizacji, jednak od przełożonego dowiedziała się, że Black przydzielony był do pododdziału łączników, a tam nie trafiał byle kto. Członkowie tego oddziału…cóż, uważani byli w Legionie za swego rodzaju elitarny zespół. Wszyscy wiedzieli, że to dzięki ich wytężonej pracy, organizacja miała szansę rozrastać się i stopniowo poszerzać wpływy, jednocześnie pozostając w cieniu. Należała do Legionu od 26 lat i niemalże od samego początku uważała, że Jarri był najinteligentniejszym spośród Ogarów, choć obiektywnie rzecz biorąc, nie było to najłatwiejsze do dostrzeżenia. No i Raven… Tego, co ten człowiek osiągnął w ich szeregach, nie dałoby się łatwo opisać słowami. Każdy dowódca wiedział, że jeśli chciało się uzyskać pozwolenie Kolekcjonera na jakieś ryzykowne lub bardzo kosztowne działania, najlepiej było zwrócić się do Ravena, który zawsze potrafił przekonać upartego króla. Ravi był także najlepiej poinformowany spośród nich i chyba jako jedyny zawsze wiedział, gdzie szukać turkusowookiego. Często bywała zazdrosna o relację, łączącą byłego Łowcę z Draganem, ale dobrze wiedziała, że jej uczucia względem Luthera mogły rzucać na tę sprawę zbyt ostre, absurdalne światło – widząc tych dwóch wyobrażała sobie nie wiadomo co i była za to na siebie zła. Znała osobiście większość członków pododdziału łączników i przyzwyczaiła się do tego, że była z nich banda wiecznie zabieganych, rzeczowych i mało rozmownych indywiduów, więc po panu Blacku spodziewała się czegoś podobnego. Cieszyło ją to, że najwidoczniej się pomyliła. Szarooki był sympatycznym facetem z którym rozmawiało się wyjątkowo łatwo, prawdopodobnie przez jego swobodne, delikatnie zaczepne usposobienie. Ani razu nie odniosła wrażenia, że gdzieś tam głęboko przyglądał jej się krytycznie, osądzając każdy jej ruch. Jego towarzystwo…było zwyczajnie relaksujące. Przeszła jej cała ochota na zmuszanie swoich mięśni twarzy do uśmiechów. Zrozumiała, że Syriusz po prostu przypominał jej trochę Dragana, a tego ścierpieć nie mogła. Niesiona gniewem powiedziała coś, czego mówić nigdy nie powinna…

– Lady Crown musi być ciężko na ciebie patrzeć – syknęła, zanim zdążyła ugryźć się w język.

– Co? – wbił w nią zdumione tęczówki.

– Jesteś bardzo podobny do Salazara Slytherina, nie uważasz? – zapędzała się coraz dalej, nie mogąc się opanować – Obydwaj pochodzicie z brytyjskich rodów czystej krwi. Tak jak on jesteś wysokim brunetem o arystokratycznej, wyjątkowo męskiej urodzie i przyjemnie smukłej posturze. Macie też łudząco podobne oczy, nie sądzisz? Szare, chłodne, otoczone wachlarzem czarnych rzęs… Musisz jej go nieustannie przypominać.

Uśmiechnęła się nieszczerze, z satysfakcją obserwując, jak twarz mężczyzny tężeje. Nie spodziewała się, jak głęboko zraniła go swoimi słowami. Zamierzała nieco się z nim podrażnić, żeby rozładować frustrację, jednak teraz..im dłużej na niego patrzyła, tym bardziej żałowała. W pierwszej chwili sprawiał wrażenie zwyczajnie wytrąconego z równowagi, ale z każdą upływającą sekundą w jego oczach wzbierało coś wyjątkowo niepokojącego – szczery żal, połączony z obrzydzeniem.

– Jestem cholernie, cholernie głupi – wymamrotał, wstając z łóżka.

– Gdzie idziesz? – poderwała się, kiedy podszedł do drzwi.

– Jak ona ma być szczęśliwa, skoro musi na mnie patrzeć? – zignorował jej słowa, szepcząc sam do siebie.

Nim zdążyła do niego podejść, wybiegł w pokoju. Pognała za nim, jednak był znacznie szybszy, niż zakładała. Straciła go na chwilę z oczu, kiedy skręcił ostro w jeden z bocznych korytarzy, prowadzących na tylny taras. Chciała biec za nim, jednak w pełnym pędzie wpadła na kogoś. Impet uderzenie był na tyle silny, że oszołomiona upadła na podłogę. Bezwiednie roztarła obolałe ramię, które nieopatrznie spotkało się ze ścianą i westchnęła, widząc stojącego nad nią Dragana.

– Co mu się stało? – kruczowłosy podał jej dłoń, pomagając wstać.

– Powiedziałam mu coś niemiłego… – unikała jego wzroku.

– Co mu powiedziałaś? – kobieta milczała, więc niezbyt mocno chwycił jej ramiona i potrząsną nią – Coś mu powiedziała, marudna babo?!

– Mogłam wspomnieć, że kogoś mi przypomina – starała się wykręcić, choć szanse były niewielkie.

– Bastet, do cholery – warknął ostrzegawczo. – Mój kumpel właśnie urządza sobie biegi po tym zamku, bo otworzyłaś dzioba. Daruj sobie mydlenie moich pięknych oczu i gadaj, coś dokładnie mu powiedziała, zanim stracę resztki cierpliwości i to z ciebie wyduszę.

– Powiedziałam, że Lady Crown musi być ciężko na niego patrzeć, bo jest bardzo podobny do Salazara Slytherina.

Turkusowe tęczówki w jednej chwili skuły się lodem, zyskując niepowtarzalny, demoniczny urok. Potrzebował kilku minut, żeby uspokoić się na tyle, by nie wybuchnąć. Debile… otaczała go bada zapatrzonych w siebie, bezmyślnych debili! Q miał rację, wysyłając go jak najszybciej za tą dwójką. Doktorek znał koleżankę po fachu i spodziewał się, że może odbić swoje humorki na czarodzieju, bez jakiegoś większego powodu. Wszyscy zdążyli jako tako przywyknąć do niewyparzonej gęby Bastet, ale to nie oznaczało, że król Indrahill miał przechodzić obok tego obojętnie. Musiał biec za Syriuszem, ale najpierw zamierzał co nieco wyjaśnić sobie z żonką. 

– Pojebało cię do reszty? – puścił kobietę, posyłając jej znaczące spojrzenie – Wiem, że mnie nienawidzisz i starasz się na każdym kroku uprzykrzyć mi życie, ale zapamiętaj sobie raz na zawsze to, co teraz powiem – skrócił dystans między nimi, przytłaczając Bastet swą posturą. – Nigdy więcej nie wyładowuj swoich frustracji na Syriuszu, rozumiesz? Do mnie możesz pyskować jak tylko ci się podoba, w dupie to mam, ale jak następnym razem poczujesz potrzebę dowalenia mu, to zawrzyj ryj dla własnego dobra. Zrozumieliśmy się, gwiazdeczko? – palcem wskazującym uniósł jej podbródek.

– Nie udawaj, że zależy ci… – nie miała szans dokończyć, ponieważ powstrzymało ją rozwścieczone spojrzenie Kolekcjonera.

– Nie muszę niczego ci udowadniać, dziecinko – jego głos stał się lodowaty i dudniący. – Zajmij się tym, czym powinnaś i przestań na siłę kręcić dramaty, które nie obchodzą nikogo, poza tobą. 

– Dlaczego się nim tak przejmujesz? – nie dawała za wygraną. 

– Bo to przyjaciel, a jakbyś nie zauważyła, za wielu przyjaciół to ja nie mam – uśmiechnął się melancholijnie. – Ty nawet nie wiesz, co tak naprawdę zrobiłaś, prawda? 

– Oświeć mnie, geniuszu – odparła hardo, zaplatając ręce na piersi. 

– Właśnie powiedziałaś naprawdę porządnemu facetowi, że jest tylko odbiciem najgorszego koszmaru kobiety, którą szaleńczo kocha – zachichotał upiornie. – Znoszę twoje wybryki od 26 lat, a to najbardziej pokurwiona i bezmyślna akcja, jaką odstawiłaś. Gratuluje. 

Odwrócił się do niej plecami i poszedł w kierunku, w którym udał się Black. Bastet, trzęsąc się na całym ciele, opadła na kolana, chowając twarz w dłoniach. Zawsze szybciej mówiła, niż myślała, ale jeszcze nigdy tak bardzo nie żałowała tej słabości. Gdyby ktoś ją spytał, dlaczego powiedziała co powiedziała, nie potrafiłaby odpowiedzieć… Sama nie miała pojęcia. Zwyczajnie… poczuła się dobrze w towarzystwie czarodzieja i wkurzyło ją to, że nie mogła liczyć na coś podobnego ze strony Dragana, choć tych dwóch wydawało jej się w jakiś sposób podobnych. To… to było niedorzeczne. Miała szczerą nadzieję, że Luther pozwoli jej przeprosić swojego przyjaciela i zacząć tę znajomość od nowa…

Autor Flyveen
Opublikowano
Kategorie Harry Potter
Odsłon 939
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!