Wiedźmin: Lis Puszczy

Oblężenie

Alira

Ocknęłam się, początkowo nie zdając sobie sprawy, gdzie się znajduję. Dopiero po chwili dotarło do mnie, że leżę na pryczy w cholernej celi. La Valette’ci uznali, że jestem szpiegiem Foltesta i bez ostrzeżenia wtrącili mnie do lochów. Na nic się zdały moje tłumaczenia, że znalazłam się w złym miejscu o złym czasie. Owym niewłaściwym czasem okazał się konflikt między La Valette’ami a królem Foltestem. Doszły mnie słuchy, że król miał nieślubne dzieci z baronową La Valette, która ogłosiła niezależność od ziem Foltesta. Osobiście uważam, że to głupota, aby ludzie ginęli przez kłótnie kochanków, ale cóż, nie mi to oceniać. Usiadłam i rozejrzałam się po więzieniu. Nie były to luksusy godne króla, ale zawsze mogło być gorzej. Przynajmniej nie było tu żadnych szczurów i robactwa. Zaczęłam rozważać co dalej robić. Z jednej strony nie mogłam zostać w zamknięciu za coś, czego nie zrobiłam, a z drugiej nie uśmiechała mi się opcja wytłuczenia połowy gwardzistów gołymi rękami. Uzmysłowiłam sobie, że nawet jeśli bym chciała uciec to i tak nie mam, jak. Po pierwsze kraty w oknach, dość mocne, zgaduje, że dębowe drzwi a po drugie nie umiem walczyć. Westchnęłam głośno z własnej bezsilności. Szlak nauczył mnie dużo, niestety oprawianie zwierząt za wiele mi tu nie pomoże. Moje rozmyślania przerwała wrzawa na zewnątrz, domyśliłam się, że Foltest rozpoczął szturm na zamek. Chociaż zaczyna się robić zabawnie.

Geralt

Ze snu wyrwały mnie koszmary. Znowu śniły mi się upiory ścigające mnie po lesie otaczającym Kaer Morhen. Niechętnie otworzyłem oczy. Zauważyłem, że Triss śpi nadal koło mnie. Z ociąganiem podniosłem się z wygodnego materaca, po czym sięgnąłem po ubranie leżące na podłodze. Gdy się ubierałem Triss zdążyła już wstać. Kończąc zapinać klamrę pasa, spostrzegłem, że czarodziejka zaczęła się szykować do wyjścia przed lustrem.

– Myślisz, że dałoby się załatwić sprawę pokojowo? – Spytałem, nie do końca wierząc w to, co mówię.

– Oh Geralt, nie bądź śmieszny, Foltest uparł się, że odzyska swoje dzieci bez względu na cenę, choćby miał zrównać z ziemią zamek La Valett’ów. – rzekła rzeczowo czarodziejka.

– To głupie, żaden ze mnie polityk, ale sądzę, że polubowne załatwienie sprawy oszczędziłoby rozlewu krwi. – Mruknąłem.

– Masz całkowitą rację, próbowałam przekonać Foltesta by zaprzestał działań wojennych, ale nawet nie dał mi dojść do głosu.

W tym momencie do namiotu wkroczył posłaniec królewski, który bez zbędnych uprzejmości oświadczył, że król oczekuje mnie przy machinach oblężniczych. Skinąłem głową, że rozumiem. Już miałem wychodzić, gdy do przypomniało mi się pytanie, które od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie.

– Triss, czy jeśli to wszystko się skończy, odejdziemy z dworu królewskiego ?

– To nie takie proste, jestem doradczynią króla, ale… Zastanowię się nad tym.

– Dobrze, do zobaczenia później.

Wyszedłem z namiotu wzrost w dość ciepły poranek. Tuż koło namiotu zauważyłem grupę najemników, żywo o czymś dyskutujących. Postanowiłem szybko sprawdzić, o co chodzi, w końcu Foltest jeszcze nie szturmuje zamku, więc mam trochę czasu. Gdy mnie zauważyli jeden z krasnoludów, najprawdopodobniej przywódca wykrzyknął.

– Geralt, kope lat, choć no, rzuć okiem na ten medalion. Ponoć może on zastąpić zbroję, więc założyliśmy się z rycerzykiem, że Młody pójdzie w bój bez zbroi. Tak swoją drogą jestem Boholt, ten z lewej to Młody dalej Kennet, Zdziebiarz i Nieszczuka.

Niby medalion drgnął w pobliżu tego amuletu, ale coś mi w nim nie pasowało. Nie był zbyt duży, okrągły z zielonym kamieniem pośrodku, i kilkoma mniejszymi po bokach. Miał jakąś dziwną aurę, nie umiem tego wytłumaczyć, ale wzbudzał wrażenie przeklętego.

– Medalion wykazuje, że ten amulet jest magiczny…. – zacząłem.

– O to się rycerzyk zdziwi – wszedł mi w słowo Boholt

– …. Ale nie wydaje mi się żeby mógł on uchronić Młodego przed ukłuciem igłą, a co dopiero przed ciosem miecza. Skąd wy go w ogóle macie? – Spytałem.

– O to zmienia postać rzeczy, chrzanić zakład, Młody zakładaj zbroję. Amulet mamy z takiej jednej świątyni, ale to była zła świątynia, kapłanka zaczęła wykrzykiwać w jakimś dziwnym języku i spłynęła mi w twarz. A tak w ogóle nie masz nam za złe, że związaliśmy tą czarną i ciebie? Ja tylko straszyłem tym gwałceniem. Jak byśmy tego smoka ubili to byśmy was zaraz wypuścili. – Powiedział szybko Boholt.

– Zaraz, zaraz jaki smok jaka czarna? Straciłem pamięć, więc was nie pamiętam.

– Długo by opowiadać, ale wyprawiliśmy się na złotego smoka, ale byłeś tam jeszcze ty i ta czarodziejka, pomijając ludzi króla i chłopstwo. A my to Rębacze z Crinfrid. – Odpowiedział mój rozmówca.

– Jak ta czarodziejka się nazywała?

– Eeeee Nieszczuka jak jej tam było? – Boholt zwrócił się do jednego ze swych towarzyszy.

– Dżenifer, Yenifer? Jakoś tak.

Coś mi świtało, byłem pewny ze znam tą kobietę, jeśli mi nie wypadnie z głowy zapytam o to Triss. Chętne pogawędził bym jeszcze z Rębaczami, może dowiedział bym się czegoś o mojej przeszłości, ale wzywały mnie obowiązki.

– Bywajcie, Jego wysokość mnie wzywa. – pożegnałem się z zebranymi.

– Bywaj Geralt, do zobaczenia po bitwie.

Ruszyłem powolnym krokiem w stronę machin oblężniczych. Rozglądałem się w poszukiwaniu czegoś godnego uwagi, ale mijali mnie tylko zwykli żołnierze. W głębi duszy było mi ich żal, wielu z nich pewnie dziś zginie za tą bezsensowną sprawę. Zauważyłem Foltesta w towarzystwie Shilarda Fitz-Oesterlena, którzy stali niedaleko machin oblężniczych. Osobiście nie pałałem zbyt wielką sympatią do ambasadora Nilfgaardu. Gdy się zbliżyłem Foltest przerwał swoją rozmowę i zwrócił się do mnie.

– Ja tu prowadzę szturm, a ty zabawiasz się z moją doradczynią. – stwierdził Foltest.

– Wybacz panie, czym mogę ci służyć?

– Zamierzam poprowadzić atak na mury, a ty mi będziesz towarzyszył.

– Jak każesz królu. – powiedziałem spokojnie.

W tym momencie przeleciał nad nami bełt z balisty, uderzając kilka metrów ode mnie.

– Wasza wysokość, mówiliście, że jesteśmy poza zasięgiem ognia -wykrzyknął Shilard nadal zgięty po strzale balisty.

– Ambasadorze balista ma wzmocnione metalem ramiona, cięciwę z końskiego włosia, więc może strzelać nawet na kilometr, śmiertelnie niebezpieczna i bardzo kosztowna broń…… – Po tych słowach kolejny bełt grzmotnął około 5 metrów dalej niż poprzedni. – Ale ma jedną wadę, strzał powoduje odrzut, który zmienia położenie balisty, więc nie może strzelić dwa razy w to samo miejsce. – powiedział rzeczowo król.

– Nie wiedziałem, królu, że znasz się na inżynierii wojskowej. – mruknął Shilard z lekkim podziwem.

– A tam zaraz znam się… Dałem tę balistę baronowej na urodziny…. Gdybym wiedział, że wykorzysta ją przeciwko mnie, kupiłbym jej jakiś pałacyk lub rezydencję, byłoby mniej problemu.

Szliśmy kawałek w milczeniu, Foltest wysunął się kawałek przed nas, co Shilard chętnie to wykorzystał, zrównując krok z moim.

– Wiedźminie chciałbym z tobą porozmawiać po bitwie. – zagadał Shilard.

– Przykro mi eminencjo, ale opuszczam dwór najszybciej jak tylko to możliwe.

– A można wiedzieć dlaczego?

– Każdy mnie tu bierze za kogoś, kim nie jestem…

W duchu się skrzywiłem, naprawdę nie miałem ochoty tłumaczyć się nikomu, a tym bardziej jemu. Na szczęście król przerwał naszą rozmowę. Zauważył jakiegoś żołnierza, który jak się okazało brał udział w kilku bitwach pod dowództwem Foltesta. Monarcha za wieloletnią służbę postanowił uczynić go dziesiętnikiem strzelców. Doszliśmy w końcu pod wieżę oblężniczą. La Valette’ci byli w nieciekawej sytuacji. Wystarczy dobrze przeprowadzony atak i zamek się podda. Nie zwróciłem uwagi na Shilarda i Foltesta zawzięcie o czymś dyskutujących.

– Panie, jeśli wolno mi spytać, co z królewskimi bękartami? Proszę oczywiście wybaczyć moją zuchwałość. – zapytał ambasador.

– To żadne bękarty, to moje dzieci. Jeśli ktokolwiek spróbuję użyć słowa “bękart” w mojej obecności, obiecuję, że to będzie jego ostatnie słowo.

– Ależ naturalnie wasza wysokość, ale pragnę zauważyć, że w kwestii dziedziczenia prawo jest dość jasne…. – kontynuował Shilard.

– W rzyci mam prawo, nawet je zmienię, jeśli będzie trzeba. Nie pozwolę natomiast, aby banda zwykłych tchórzów, jakimi są zbuntowani baronowie, zasłaniali się moimi dziećmi jak żywą tarczą. – warknął Foltest.

– Masz całkowitą rację królu.

– Adda nie żyje…. Nie mam innych dzieci. A teraz odejdź z łaski swojej, mam bitwę do wygrania.
Po tych słowach Shilard poszedł jak zmyty. Miałem nadzieję, że nie będę miał okazji więcej go oglądać. Zacząłem się zastawiać, jak to będzie, gdy to wszystko się skończy. Czy Triss odejdzie ze mną? Czy wspomnienia zaczną wracać?

Z rozmyślań wyrwał mnie głos Foltesta.

– To nie do pomyślenia, żeby czarni kręcili się po obozie przed bitwą, najchętniej to wysłałbym ten pusty łeb na złotej tacy Emhyr’owi, ale Triss powiedziała, żebym był uprzejmy. Byłem ?

– Ależ oczywiście. – potwierdziłem krótko.

 “W sumie powiedziałem to, co chciał usłyszeć.”

– Wiedziałem, żeś swój chłop, po bitwie powiem Triss, żeby zdała mi raport, oraz że może odejść z tobą, jeśli tylko chce. A teraz chłopy przygotować balistę do strzału.

Żołnierze bezzwłocznie zaczęli szykować balistę do wystrzału.

– Luneta szybko, zobaczymy, kto siedzi na murach. – mówiąc to Foltest spojrzał przez lunetę, po czym się skrzywił z niesmakiem.

– Na murach siedzi Etcheverry i jego kundle. Bydlę przysięgało mi wieczną przyjaźń i posłuszeństwo. – mówiąc to Foltest rzucił mi lunetę. – Mów ile podnieść.

Złapałem przedmiot w locie i przyłożyłem do oka. Oceniałem czy to trzy, czy może cztery stopnie. Zaryzykowałem.

– Trzy stopnie. – zanim nastąpił wystrzał, wiedziałem, że jest chybiony.

– I jak wiedźminie? Dostał?

– Niestety uchylił się.

– Nie wszystko stracone, złapiemy go na murach.

Po tych słowach ruszył w stronę wieży i skinął na mnie, abym za nim ruszył.

Autor Mojra
Opublikowano
Kategorie Fantasy Wiedźmin
Odsłon 1079
4

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!