Idealizm dla biednych || Polski romantyzm modern au

Prolog

Wszystko zaczęło się od tego, że po szkole rozeszła się plotka o rzekomej ustawce dwóch pierwszoklasistów. Adama zapewne taka sprawa w żadnym stopniu by nie interesowała, jednak prowokatorem całej sytuacji miał być chłopak, którego nazwisko zbyt często podnosiło mu ciśnienie w ciągu ostatnich trzech miesięcy.

Juliusz Słowacki. Narcyz, palacz i posiadacz najpiękniejszego, a zarazem najbardziej bezpardonowego spojrzenia na tej planecie. Z jednej strony, w wielu sytuacjach chciał go zamordować, z drugiej, myślał o jego oczach na tyle intensywnie, że przyćmiewało to lekko mentalną wierność Celinie (i całej żeńskiej populacji).
Nie miał więc zamiaru zastanawiać się, gdzie nastąpi finisz całej akcji – w domu, przy próbach zneutralizowania skutków młodzieńczej porywczości, czy na intensywnej terapii. Dlatego też, zamiast po lekcjach zostać chwilę u ciotki-bibliotekarki, co było jego zwyczajem, wręcz wybiegł ze szkoły, trzymając pod pachą płaszcz i niedopiętą torbę.

Wiedział doskonale, że wszelkie sprawy związane poza szkołą były najczęściej rozwiązywane w parku niedaleko dworca autobusowego, toteż właśnie tam się skierował.

Cholerne dzieciaki, myślał.

Dotarł na miejsce po jakichś dziesięciu minutach. Krąg pierwszaków ekscytujących się wydarzeniem wzbudził w nim całkowite zwątpienie we współczesny świat.

Rzucił swoje rzeczy na beton alejki, po czym wparował między towarzystwo. Przepchał się przez krąg, by chwilę później znaleźć się w jego środku.

– Co tu się dzieje? – syknął, na co zrobiło się ciszej. Stwierdził w duchu, że popularność i powszechny szacunek w licealnej społeczności mają więcej plusów aniżeli minusów.

Słowacki leżał na ziemi. Na pierwszy rzut oka nie wyglądał tragicznie, jednak, jak się Adam spodziewał, definitywnie przegrał starcie.

– Ile wy macie lat? – zadał pytanie, nie oczekując odpowiedzi. – Wystarczy telefon przypadkowego przechodnia do straży miejskiej, a wszyscy lecicie na przesłuchanie. I na co wam to? W miejskiej z nudów o was napiszą, dyrektorka dostanie apopleksji…

Ludzie powoli zaczęli się rozchodzić. Nic nie działało na bandę nastolatków tak odpychająco, jak kazania starszych i Mickiewicz sam doskonale o tym wiedział. 
Spojrzał na oprawcę Juliusza, który postanowił się oddalić.

– Hola, kolego – zawołał za nim. – Możemy porozmawiać?

W odpowiedzi otrzymał kilka przekleństw.

Adam pokręcił głową z niedowierzaniem. Tacy ludzie niszczyli poziom szkoły. W jego klasie, ba, może nawet roczniku, byłoby nie do pomyślenia, bawić się w bójki w pobliżu szkoły.

Kucnął przed Juliuszem, który trzymał się za brzuch.

– Boli?

– Nie, łaskocze – odparł Słowacki sarkastycznie.

Drugoklasista wzruszył ramionami.

– Łaskotki są smutnym dowodem na to, że jednak potrzebujemy bliskich. Ty chyba również ich potrzebujesz – wyciągnął ku chłopakowi dłoń, na co ten zarumienił się, a jego wyraz twarzy momentalnie się zmieszał.

Chwycił rękę Mickiewicza, a ten pomógł mu wstać. Juliusz niepewnie utrzymywał się w pozycji stojącej, toteż Adam wziął go pod ramię.

– Jestem cały brudny – zauważył Słowacki, spoglądając na plamy błota na kurtce.

– I chwała niebiosom – mruknął – że nie tłukliście się na betonie.

Schylił się, następnie pozgarniał rzeczy swoje i Juliusza, po czym zaczął go prowadzić ku końcowi alejki.

Przez całą drogę Słowacki nie odezwał się słowem, za to Adam miał wiele do powiedzenia. Wciąż klął na dzieciaki, którym zachciało się ustawki w parku.

– Jeszcze e–szlugów i piwa bezalkoholowego brakowało – podsumował.

Droga nie trwała długo, ponieważ Mickiewicz postanowił wpakować siebie tudzież poszkodowanego do zatłoczonego tramwaju. Przejechali kilka przystanków, po czym przeszli niewielką odległość do osiedla.

– Twój blok? – zagaił Słowacki.

– Mhm – odpowiedział Adam, naciskając na klawiszach kod, by chwilę później usłyszeć dźwięk otwieranych elektronicznie drzwi.

Przeszli do windy, wjechali na siódme piętro. Adam stanąwszy przed drzwiami z wygrawerowanym numerem 44, rzucił na ziemię obie torby oraz płaszcz i zaczął szukać po kieszeniach kluczy.

Juliusz, widząc, że utrudnia poszukiwania, postanowił wreszcie się odsunąć i stanąć całkowicie o własnych nogach.

– Nie ruszaj się – wycedził.

– Przecież…

– Uderzysz o ziemię i będę siedział za morderstwo.

Słowacki nie miał pojęcia, czemu te słowa były przesiąknięte ogromną powagą.

Wreszcie Mickiewicz odnalazł klucze i otworzył drzwi. Zaprowadził Juliusza do małej kuchni, usadowił na krześle i poszedł po rzeczy zostawione przed progiem.

Młodszy chłopak, wbrew opinii Adama, nie czuł się aż tak źle. Wprawdzie, kręciło mu się w głowie, a miejsca uderzeń bolały na tyle, by wkrótce stać się siniakami, jednak nie uznawał tego za aż tak zły stan, jak wyglądał w ocenie Mickiewicza. Większość wcześniejszych oznak uszkodzenia ciała zniknęło.

– Na pewno dasz radę ustać? – zapytał Adam niepewnie, znalazłszy się w kuchni. W dłoni trzymał kilka elementów garderoby. – Bo jestem szczęśliwym posiadaczem prysznica, a rozbrajanie drzwi, kiedy zemdlejesz również mi się nie widzi.

Słowacki zamrugał kilkakrotnie.

Przecież to nieetyczne; znali się z widzenia. Jedyne, co ich łączyło, to miłość do poezji.

– Dam radę – zapewnił, po czym przejął ubrania od Mickiewicza, który wskazał mu łazienkę.

Szedł powoli, bo wciąż świat przed nim wydawał się wirować.

Zamknął za sobą drzwi, a następnie oparł się o nie lekko.

Los z niego sobie kpił? Czy naprawdę właśnie obiekt jego westchnień obronił go i zabrał do siebie? Przygryzł wargę, czując, że po jej lewej stronie znajduje się strup. Jak on to wytłumaczy matce…

Odkręcił zawór prysznica nakierował dłoń na strumień wody, by sprawdzić jej temperaturę. Na początku była zimna, jednak z czasem zaczęła stawać się cieplejsza.

Zabrał rękę, ściągnął z siebie kurkę i resztę ubrań. Mimowolnie zerknął w lustro, znajdujące się po jego prawej stronie. Na bolących obojczykach pojawiały się pierwsze żółte plamki.

Założę tumblra, taki materiał nie będzie się marnował, pomyślał.

Wszedł do kabiny, po czy zamknął za sobą drzwi. Gorąca woda zaczęła spłukiwać z niego brud i wstyd. 
Był ciekaw, co tkwiło w umyśle Mickiewicza, gdy ujrzał go w takim stanie. Leżącego, skopanego, zwijającego się z bólu. Nie tak sobie to wyobrażał.

Zatrzymał strumień wody i sięgnął po szampon. Nie wiedział, czy powinien sobie na to pozwalać, jednak przegrał z własnym sumieniem. Płyn o gęstej konsystencji wkrótce znalazł się na jego włosach. Nie masował głowy zbyt długo, bo (nie miał pojęcia dlaczego) robiło mu się ciemniej przed oczami.

Wkrótce zakończył prysznic. Prawie wypadł z wysokiej kabiny, jednak płytki nie zaparowały na tyle, by ich śliskość pozwoliła na wywrotkę, więc ostatecznie wyglądał, jakby nieudolnie próbował zrobić jaskółkę.

Poszperał w szafce i znalazł ręcznik. Powoli wycierał w niego skórę, czując skutki swojego prowokatorskiego zachowania. Westchnął cicho.

Wkrótce ubrał się w rzeczy pożyczone przez Adama. Zwykła, przyduża koszulka i szarawe dresy wyglądały bardziej prestiżowo niż większość jego długo planowanych stylizacji.

– Wszystko w porządku? – usłyszał zza drzwi.

– Już wychodzę – odparł i po kilkunastu sekundach znalazł się na korytarzu.

Nieprzyjemny chłód zawładnął jego ciałem, gdy przekroczył próg kuchni. Usiadł na krześle, spinając lekko mięśnie.

Adam, dotychczas oparty o blat, sięgnął dłonią po kubek z jakimś cytatem, po czym podszedł i podał go Juliuszowi.

Słowacki poczuł aromat kawy zbożowej.

– Mam nadzieję, że na inną nie liczyłeś – stwierdził Mickiewicz. Błysk w jego oczach wskazywał rozbawienie, jednak reszta twarzy wciąż pozostawała w standardowym wyrazie.

– Skądże, w ogóle się jej nie spodziewałem – odparł szczerze, po czym objął ciepłe naczynie i upił łyk kawy.

– A teraz, proszę, wytłumacz mi – Adam zrobił taktowną pauzę – dlaczego, do cholery, postanowiłeś udawać Rocky’ego i pobiłeś się z tym bardzo niekulturalnym człowiekiem?

– Uznajmy, że trochę niegrzecznie się wobec mnie zachował.

– To znaczy? – dopytywał Mickiewicz.

Juliusz westchnął.

– Zabrał mi notes z poezją i trochę wydał na jej temat pozbawiony argumentów hejt. Stwierdził, że skoro bawię się w romantyka, powinienem od razu strzelić sobie w łeb aniżeli marnować papier.

– Biolchemy to podludzie – stwierdził Adam beznamiętnie, choć znów jego oczy wyrażały najwięcej emocji. Był zażenowany. – Nie wiem, z jakiego był profilu, ale wyglądał na biolchema. Nieważne… pokaż mi tę poezję.

– Słucham?!

– Pokaż, cokolwiek. Ocenię.

Słowacki zadrżał. Przecież wszyscy znali talent Adama. Gdy polonistka pytała o wybitną lirykę, od razu zastrzegała, że Mickiewicz jeszcze się nie liczy. Chłopak miał już kilka wierszy w tomikach, zdobywał nagrody w konkursach… jak miał pokazać mu swoją poezję?
Nie uważał, że była zła, skądże. Po prostu bał się negatywnej opinii.

Niepewnie sięgnął ku torbie, przeszukał podręczniki i wyciągnął spomiędzy jednego kartkę. Przeanalizował szybko tekst, a następnie położył kawałek papieru na stole. W ostatniej chwili stwierdził, że to jednak zły pomysł, więc chciał ją zabrać, ale palce Adama oplotły jego dłonie.

– Spokojnie – powiedział Mickiewicz.

Juliusz drżał jak na czterdziestostopniowym mrozie, choć policzki wręcz płonęły od rumieńców. Dłonie szybko znalazły się w kieszeni, a on sam spojrzał wymijająco w ziemię.

Miał wrażenie, że Adam czyta wiersz w nieskończoność. Serce biło mu niebezpiecznie szybko, a wszystko przed nim znów lekko wirowało.

– Szału nie ma – oznajmił spokojnie, choć Słowacki w tym momencie poczuł, jakby stracił głowę na gilotynie.

Nie wiedział, co odrzec. Kompletna kompromitacja.

Wstał szybko, przez co zachwiał się, ostatecznie jednak zachował pozycję stojącą. Zabrał torbę i zapominając o mokrych włosach, czy braku jakiegokolwiek ubrania z długim rękawem, wybiegł z mieszkania.

– Juliusz, do cholery! – krzyknął za nim Adam, zerwawszy się z miejsca. Wybiegł na klatkę schodową, ale winda już odjechała.

Począł zbiegać ze schodów, jednak gdy znalazł się na dole, po Słowackim nie było śladu.

– Kretynie…

Ta kobieta to skarb

– Celinko, słońce moje…

Dziewczyna odwróciła się na pięcie, słysząc wśród typowego gwaru podczas przerwy międzylekcyjnej, głos ukochanego. Mickiewicz stał, uśmiechając się perliście, tuż za nim zaś, jego najlepszy przyjaciel – Zygmunt Krasiński machał rękami w przeczącym geście, jakby to, co zaraz Adam miał powiedzieć, musiało być przez nią z góry potraktowane jako największe zło.

– Widzę, że czegoś potrzebujesz, bo pojawiłeś się podejrzanie szybko – skwitowała. – No, dawaj, o co chodzi?

– Korki z matmy, pilnie – zaczął, jednak szybko dodał – jeśli to nie problem, skarbie.

Celina westchnęła.

– Dzisiaj? – zapytawszy, dostrzegła dezaprobatę wymalowaną na twarzy Zygmunta. – Pysiek, znając ciebie, nie kojarzysz w ogóle, co robiliście na lekcjach, więc będzie ciężko – pokręciła głową lekko. – Kiedy macie ten sprawdzian?

– Właściwie to jutro…

– Adam!

Na ten krzyk Mickiewicz skrzywił się z niesmakiem.

– Kochanie… – podszedł do dziewczyny, objął ją lekko, jak to zawsze robią chłopcy, by zawstydzić Bogu ducha winną dziewczynę – ty jesteś taka zdolna, przecież masz rozszerzoną matmę…

Celina, mimowolnie czerwona na twarzy, spojrzała na Adama. Ten uśmiechał się w sposób specyficzny, jaki zapamiętała z dnia, gdy go poznała, a właściwie dnia, gdy prawie ją potrącił rowerem. On klął, ona krzyczała. Wszystko na środku jezdni, wśród trąbiących samochodów. A potem jakimś cudem zostali szkolnym symbolem bezgranicznej miłości.

– Nie mam pojęcia, o której kończysz, ale czekaj o piętnastej na parterze – Wzruszyła ramionami z trudem, gdyż Adam wciąż ją obejmował. – Dzięki za ostrzeżenie, Zygmuś – powiedziała z politowaniem w kierunku Krasińskiego – ale temu mężczyźnie jakoś ciężko się odmawia.

– Mnie tam idzie świetnie – odparł chłopak beznamiętnie.

– Tak właściwie – zaczęła Celina, spojrzawszy na Mickiewicza – co z tym całym pierwszakiem od bójki? Jakoś go ostatnio nie widuję, a od września rzucał mi się w oczy z powodu tych loczków. Urocze takie…

– Nie mam pojęcia i jakoś mnie to nie interesuje – skłamał Adam, na co Zygmunt prychnął.

Mickiewicz wciąż zamartwiał się stanem Juliusza (czego, rzecz jasna, na głos nie mówił), jednak Krasiński za dobrze go znał, by nie wiedzieć, co jest na rzeczy. Czasem widział, jak przyjaciel na lekcji przegląda messengera, wpisując dane Słowackiego. Definitywnie wahał się, czy napisać z zapytaniem, jak się czuje.

– Pewnie przechodzi rekonwalescencję o zamierzonych skutkach na tyle skutecznych, by nauczyciele niczego nie podejrzewali – podsumował ostatecznie.

Chwilę później dźwięk dzwonka polecił wszystkim wyruszenie pod klasę.

– Chodź, panie poeto, czwarte piętro czeka – Zygmunt nonszalanckim ruchem ręki wskazał na drzwi.

– Już pędzę, siewco fikcji fanowskiej dzieł Dantego.

– Szlag by cię, Adam, to tylko nawiązanie do tytułu!

Celina patrzyła na ich tonące w tłumie sylwetki.

Przymknęła oczy i skrzywiła się na myśl, że będzie musiała poświęcić wolny dzień.

Czego się nie robi dla miłości, pomyślała.

***

Adam siedział na ławce ze słuchawkami w uszach. Celina kończyła godzinę później, toteż musiał poczekać, a na szukanie produktywnej alternatywy nie miał ochoty. Myślał o tym, że jego dziewczyna zaczęła się mocniej malować. Nie przeszkadzało mu to nadzwyczaj, jednak miał wrażenie, że musiał być w tym zabiegu jakiś podtekst. W ogóle, ostatnio nie odpisywała mu na wiadomości, była synonimem roztrzepania, czy też pogubienia w każdym tego słowa znaczeniu. Dopiero dziś, widząc jej całkiem naturalne zachowanie, doszedł do wniosku, że dziwny stan prawdopodobnie minął.

– Przepraszam, młody człowieku.

Mickiewicz prawie wybuchnął śmiechem, słysząc to. Natychmiast zdjął słuchawki i spojrzał na osobę, do której należały te wybitnie zabawne słowa.

W tym momencie odebrało mu mowę.

Niezwykle zgrabna, elegancko ubrana kobieta, przeszywała go surowym wzrokiem. Wyraziste, dojrzałe rysy twarzy, pomalowane matową szminką usta oraz odpowiednio wyeksponowane (całkowicie pozbawione perwersji) kształty sprawiły, że oddychało mu się trochę trudniej.

– W czym mogę pomóc? – zagaił, nie mogąc wyjść z zauroczenia, a jednocześnie wzywając w duchu wszelkie bóstwa, mogące pomóc mu zachować stoicki spokój.

– Szukam gabinetu dyrektora. Ta placówka jest żartem, nie instytucją.

– Słucham? – nie zrozumiał Adam.

Nigdy jakoś nie przepadał za swoją szkołą (trauma drugiego wyboru), jednak nie podobały się mu ostre słowa kobiety.

– Może nie jest to najlepsze liceum, ale przecież nie jest źle…

– Ach tak? – Wyrzut skierowany w jego stronę sprawił, że po jego karku przeszły dreszcze. – Mój syn chodzi tutaj dwa miesiące z hakiem, a prawie go zabili! I pomyśleć, że tak mu się tu podobało… niedoczekanie! Muszę go niezwłocznie przepisać, a wcześniej tę wylęgarnię marginesów społecznych pozwać.

Adam poczuł, że jeszcze bardziej wybito go z pantałyku. Nie miał pojęcia czy ominęła go jakaś grubsza afera, czy też…

– Chodzi o tę bójkę dwa tygodnie temu? – powiedział swoje myśli na głos.

– Wiesz coś na ten temat? – Ciekawskie spojrzenie spenetrowało jego świadomość jeszcze bardziej.

Musiał przyznać, że ten podczłowiek z biolchemu miał bardzo ładną mamuśkę. Uwielbiał dojrzałe kobiety.

– Proszę usiąść – rzekł spokojnie, a gdy wykonała polecenie, kontynuował – Adam Mickiewicz, w gwoli ścisłości – wyciągnął ku niej dłoń, wbrew etykiecie.

Zawsze do usług w razie samotności, dodał gdzieś w myślach.

– Salomea Słowacka.

Adam prawie się zakrztusił. Nie, nie, nie! To nie tak miało być!

– Wszystko w porządku? – zapytała kobieta, jednak ani po jej głosie ani po wyrazie twarzy nie było widać zmartwienia.

Mickiewicz poczuł uderzenie w twarz, zadane przez bezlitosne fatum.

– Tak – skłamał i zaczął opowiadać historię.

Pani Słowacka słuchała uważnie, aczkolwiek zadawała dużo pytań, a na niektóre Adam nie znał odpowiedzi, co widocznie ją irytowało. 
Stwierdził w duchu, że odkąd poznał jej podstawowe personalia, zainteresowanie, jakie dotychczas okazał przed sobą samym, zmalało drastycznie.

– Myślę więc, że możemy załatwić to w pokojowy sposób – podjął na koniec – Juliusz powie pani, kto mu zrobił krzywdę, policja wyciągnie odpowiednie wnioski, a zmiana szkoły będzie niepotrzebna.

Musiał przyznać, że obecność Słowackiego nie była mu obojętna.

– Poza tym – dodał szybko – nasza placówka nie jest w to zamieszana, przecież wszystko miało miejsce po lekcjach i poza terenem szkoły.

Chciał na końcu zapytać “prawda?”, jednak darował sobie rezon, jakiego nabrał po znalezieniu dobrych argumentów.

– Prawdopodobieństwo, że Juliusz mi coś powie, jest znikome – westchnęła, a jej wyraz twarzy stał się smutniejszy.

Hej, czekaj, kobieto, nie możesz mi się zwierzać ze swoich problemów w relacjach z synem, halo, spanikował w duchu.

– Napiszę do niego w najbliższym czasie. – Dał upust swoim dotychczasowym zamiarom. – Nie mogę powiedzieć, kim jest ten gówniarz, gdyż po prostu tego nie wiem, nie znam go. Jednakże zapewniam – przekonam Juliusza do rozmowy.

Nie wierzył w to, co mówił.

Kobieta wahała się długo.

– Ufam panu, panie Mickiewicz – powiedziała wreszcie. – Nie powinnam, ale ufam.

Wstała. Spojrzała na niego z dziwnym błyskiem oku i pożegnała się sztywno.

Adam westchnął bezsilnie. Zmierzwił dłonią włosy i zgarbił się lekko. Nie wiedział, co się przed chwilą stało, a raczej nie potrafił tego pojąć.

Nie miał zbyt wiele czasu na przemyślenia w tej kwestii, gdyż po korytarzu rozniósł się dźwięk dzwonka.

Mickiewicz wziął torbę i płaszcz leżące obok, a następnie skierował się na dwór, by wyczekiwać Celiny.
O dziwo, dziewczyna już tam stała, krzyżując ramiona. Była jedynie w samym swetrze, choć listopadowy wiatr i mżawka idealnie przypominały, że nadeszła smutniejsza część jesieni.

– Gdzie masz kurtkę? – zapytał zdezorientowany.

– Zapomniałam – odparła beznamiętnie.

Adam uniósł brwi do góry.

– Jak mogłaś zapomnieć kurtki w środku listopada?

Pomasowała się lekko po skroniach.

– Nie wiem, ostatnio nie jestem sobą.

W żadnym wypadku taka odpowiedź go nie satysfakcjonowała. Podał jej swój płaszcz i objął lekko. Ruszyli na przystanek.

– Zapomniałem wielu rzeczy w życiu. Raz przyszedłem w podstawówce bez plecaka, innym razem zgubiłem w pamięci numer autobusu, jakim miałem jechać i skończyłem w jakimś aglomeracyjnym gównie bez zasięgu – prychnął cicho. – Dobrze, że poprosiłem cię o te korki, bo przecież zamarzłabyś w drodze do bursy.

Celina nie odpowiedziała.

– Co ci dzisiaj jest? – mruknął Mickiewicz.

– Nic, pospieszmy się, bo nie mam zamiaru czekać na następny tramwaj.

***

– Chyba ogarniam – stwierdził Adam, patrząc na kartkę, gdzie wcześniej Celina zrobiła notatki. – A to rzadko się zdarza.

– Cieszę się – odpowiedziała, po czym ziewnęła, zasłaniając usta dłonią.

– Chcesz kawy?

– Tak, poproszę. Przez tę pracę uzależniłam się od kofeiny…

Mickiewicz spojrzał na dziewczynę zdezorientowany.

– Jaką pracę?

Źrenice Celiny rozszerzyły się lekko.

– Czy ja coś mówiłam?

– Nie baw się ze mną w podchody. Czym się zajmujesz i dlaczego w środku roku, do cholery?

– Niczym, gadam głupoty ostatnio, przecież wiesz.

Usta zadrżały jej lekko.

– Celina, mnie nie oszukasz. Choć widzę, że robisz wszystko, aby to zmienić. Nieskutecznie.

Ciężkie, bliskie spazmu westchnięcie przeraziło Adama.

– To na końcu miasta… sklep z prywatnymi właścicielami. Potrzebowali kogoś na nocną zmianę i dogadaliśmy się na pracę bez umowy…

Adam niemalże otworzył usta ze zdziwienia.

– Spokojnie, to tylko pięć godzin… – zaczęła zapewniać.

– Do której – wycedził.

– Dwudziesta trzecia, ale…

Mickiewicz wstał gwałtownie. Czemu niczego nie zauważył?

– Po co ci pieniądze? – zapytał, chcąc panować nad tonem. – Ojciec…?

Długo czekał na odpowiedź. Jednak, ku jego rozczarowaniu mantra nie uległa zmianie.

– On nie jest złym człowiekiem.

Bardzo chciał zacząć wypowiedź od “cholera”.

– Słyszę to już od dawna i wciąż brakuje mi dowodów, by uwierzyć. Ile tam pracujesz? – zmienił temat. – Miesiąc?

– Około – odpowiedziała cicho.

Nie powinien jej robić kazań. Sytuacja, w jakiej się znajdowała, była koszmarna. Nie mógł się jej przyglądnąć, gdyż spuściła głowę. Miał trudności z uwierzeniem, że ta dziewczyna na tyle skutecznie ukrywała przed światem wszystko, co powoli zabijało ją od środka.

Przykucnął przed nią i ujął za dłonie.

– Pożyczę ci pieniądze, tylko błagam, rzuć tę pracę jak najszybciej.

– Nie mogę żyć na twój koszt, dam sobie radę.

Wstał, zmuszając tym samym Celinę do pójścia w swoje ślady. Wtuliła się w niego niepewnie. Usłyszał łkanie.

– Pomożemy ci – rzekł, mając na myśli matkę, która dla Celiny zrobiłaby wszystko – póki nie znajdziemy innego rozwiązania. Odpuść upartość na chwilę.

W dwóch, będących bardzo blisko siebie sercach, tliły się miliony skrajnych emocji.

– Jestem na tym świecie tylko po to, żeby cię kochać. Nic innego nie ma już sensu.

Adam, słysząc to, przygryzł wargę. Nie znajdował słów, mogących stworzyć adekwatną odpowiedź.

Wszystko wokół straciło znaczenie.

Konwenanse

Juliusz zamknął za sobą drzwi, zdjął kurtkę, szalik i buty. Fakt, że nie słyszał jeszcze wyrzutu matki podsuwał mu na myśl cudowną wizję – być może w domu jest jedynie August.

Zerknął na otwartą szafkę, będącą miejscem przeznaczonym na buty. Uśmiechnął się z satysfakcją na widok pustego miejsca, gdzie powinny znajdować się szare botki Salomei. Gdyby się dowiedziała, że wyszedł, byłby, najdelikatniej to ujmując, martwy.

Zadowolony wparował do kuchni, ignorując siedzącego przy stole Augusta, obserwującego poczynania pasierba znad notebooka. Otworzył lodówkę i zaczął badać jej zawartość.

– Ledwie gorączka ci spadła i już się włóczysz?– powiedział mężczyzna, na co Juliusz wzdrygnął się lekko. – Twoja matka nie będzie zadowolona.

– Nie musi przecież wiedzieć – odparł beznamiętnie, po czym sięgnął po pierwsze lepsze produkty, mogące nadawać się na pożywną kanapkę.

Podszedł do chlebaka, wyciągnął kilka kromek i zajął się przygotowywaniem posiłku.

– Pozwolę sobie polemizować.

Juliusz spojrzał na niego pogardliwie.

– Widzisz pozytywne skutki denerwowania jej? – zapytał.

– Myślałeś o tym dając się pobić jak ostatni kretyn?

Uśmiechnął się nerwowo, ale nie odpowiedział. Nie widział w tym potrzeby. Położył kanapki (a właściwie kromki z masłem, bo tyle udało się mu przygotować) na talerzu i chwycił naczynie, by zabrać je do pokoju. Odwrócił się plecami do Augusta i ruszył ku wyjściu.

– Prawda w oczy kole, co? – usłyszał za sobą. – Zamiast zgrywać obrażanego, przestań sprawiać problemy.

Nie oglądając się, uniósł rękę, prezentując ojczymowi środkowy palec i wyszedł z pomieszczenia.

Niedługo potem zamknął za sobą drzwi do pokoju. Usiadł przy biurku, na którym chwilę później postawił talerz. Mimowolnie wyobraził sobie piękną przyszłość, gdy wyniesie się z domu, zostawiając Salomeę ze swoim ukochanym błędem życiowym sam na sam.

Ten wybitnie irytujący człowiek wparował w jego życie już dawno temu, a on wciąż nie potrafił do końca uodpornić się na jego zachowanie.

Sięgnął po swoją obiadokolację i rozpoczął konsumpcję. Przy okazji wyciągnął telefon i zaczął sprawdzać powiadomienia, które w większości nie były niczym interesującym.

Przygryzł lekko wargę, zobaczywszy, że Ludwika napisała do niego obszerne podziękowania za cudowny dzień, podsyłając dodatkowo wspólnie zrobione zdjęcie. Uchwyciła aparatem swój pogodny uśmiech i Juliusza, który, udając, że nie spogląda na obiektyw, delektował się paleniem.

Miał ochotę na papierosa.

Ale coraz mniej na Ludwikę.

Odkąd stał się klasycznym przypadkiem ofiary postrzelenia z karabinu modelu friendzone, spełniał swoją rolę „tylko przyjaciela” pozornie jeszcze lepiej niż wcześniej. 
Nie rozumiał własnego postępowania.

Z jednej strony, zadawał sobie ból, będąc przy niej i siląc się na podtrzymywanie nieszczerej relacji. Czuł się niewyobrażalnie głupio jednak tu pojawiała się niezdrowa alternatywa, bo nie potrafił przestać i porzucić ostatniej osoby, która jeszcze pamiętała o jego obecności – wiedział, że potrzebuje kogokolwiek przy sobie. W szkole wciąż czuł się samotny, a wszystkie inne znajomości z gimnazjum zniknęły w obszernej szufladce o nazwie “przeszłość”.

W dodatku, patrząc na nią, nie miał pojecia, czy wciąż ją kocha. Żadne inne uczucia poza wstydem i świadomością upokorzenia nie nawiedzały jego serca.

Zastanawiał się, czy Ludwika zauważa ową desperację, czy celowo karmi go litością.

Nerwowo odświeżył aplikację, robiąc sobie nadzieję, że poza denerwującą grupą klasową dostanie wartościowe powiadomienie. I, o dziwo, dostał.

Adam Mickiewicz: Możemy porozmawiać?

Skórka od chleba utknęła mu w gardle. Zaczął kaszleć, z trudem łapiąc oddech.

Ty: O co chodzi?

Odpisał szybko.

Adam Mickiewicz: O całą tę sprawę sprzed tygodnia. Mogę zadzwonić za chwilę?

Ręce Juliusza drżały.

Ty: pwnie.

Ty: *pewnie.

* * *

Adam spojrzał na śpiącą Celinę, której głowa spoczywała na jego udzie. Zaczął obmyślać skomplikowaną strategię, by wstać i opuścić pokój, w celu wykonania połączenia, jednocześnie nie budząc dziewczyny. Ostatecznie nie wpadł na nic bardziej ambitnego niż podłożenie poduszki pod głowę Celiny i powolne rozpoczęcie ewakuacji.

Przerwał więc głaskanie jej skroni (czynność tę wykonywał od dłuższego czasu), co z góry skazało jego plan na niepowodzenie. Dziewczyna podniosła się i spojrzała na niego sennym wzrokiem.

– Śpij, zaraz wrócę – powiedział Adam.

Celina odgarnęła włosy z czoła.

– Która godzina? Muszę wracać…

– Wolne żarty – przerwał jej szybko. – Nikt cię o tej porze do bursy nie wpuści. Śpisz dzisiaj u mnie.

Te słowa zadziałały na nią jak zastrzyk adrenaliny.

Spojrzała na niego gniewnie. Zawsze, gdy była zła, marszczyła nos, co wyglądało, w opinii Mickiewicza, bardzo uroczo.

– Nie zamierzam potem tłumaczyć się twojej mamie, co robiłam w twoim łóżku przez całą noc.

Adam parsknął śmiechem i poczochrał ją po włosach. Czuł ogromną ulgę zauważywszy, że wszystkie emocje, które doprowadziły ją wcześniej do łez, postanowiły na chwilę odejść w zapomnienie.

– Muszę wykonać telefon, zaraz wrócę – powiedział w końcu, wstając. – Spróbuj zasnąć.

– Adam, przestań mnie ignorować.

– Śpij.

Wyszedł na korytarz, oparł się o ścianę i odblokował telefon. Miał już wybrać opcję wykonania połączenia, gdy drzwi do mieszkania, będące naprzeciwko niego zostały zatrzaśnięte z impetem. 

– Chryste Panie, Aleksander!

Tylko jego młodszy brat potrafił doprowadzić cały blok do zawału zaledwie jednym ruchem, i, co więcej spojrzeć na Adama wyrzutem o treści „masz z tym jakiś problem?”.

– Bądź cicho, Celina śpi – uprzedził.

– O nie, już miałem zamiar zacząć wrzeszczeć jak pojebany – mruknął. – Chwila, dlaczego Celina śpi u nas?

Adam wywrócił oczami.

– To długa historia, a teraz spadaj, muszę zadzwonić.

Młodszy z braci posłał mu chłodne spojrzenie i powędrował do kuchni.

– Módl się, żeby twój obiad był dobry – powiedział.

Adam uśmiechnął się nerwowo, zdając sobie sprawę, że ostatnie godziny spędził na matmie, praktycznych zajęciach z psychologii, służeniu jako poduszka oraz przeglądaniu portali społecznościowych. Przygotowanie obiadu, o które poprosiła go matka przed wyjściem do pracy, zupełnie wyleciało mu z głowy.

– O tak, jest dobry – zapewnił. – Jak wszystkie wcielone w życie projekty obywatelskie w naszym kraju.

– Przecież żadnego nie… Adam, kurwa! Miałeś zrobić obiad!

– Cicho, dzwonię!

Nacisnął wreszcie słuchawkę, wzdychając ciężko.

Słowacki musiał trochę poczekać, aż Mickiewicz wreszcie zorganizuje sobie odpowiednie warunki do konwersacji. Prawdopodobnie ciągle koczował z telefonem w dłoniach, dlatego odebrał szybko.

– Wybacz za zwłokę, miałem małe utrudnienia– zaczął spokojnie. – Nie będę ci zajmował czasu, więc przejdę od razu do konkretów.

Do jego uszu dotarło niepewne „mhm”. Wziął więc głęboki wdech i zaczął odpowiedź.

– Twoja matka była dziś w szkole.

* * *

Juliuszowi zrobiło się słabo. Na przemian wstawał i siadał, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Słuchał całej tej historii czując, że jego żołądek bardziej ścisnąć się nie może. Czemu matka nie potrafiła go łaskawie poinformować o swoich zamiarach?

– Doniesiesz na gówniarza i zostaniesz w szkole – usłyszał od Mickiewicza pod koniec całej opowieści. – Chyba, że ci tu nie pasuje.

Słowacki nie wiedział, jak postąpić. Bardzo zależało mu na liceum, które wybrał (wbrew sugestiom matki, chcącej umieścić go w prywatnej placówce), choć z drugiej strony bał się, że pożałuje i donosu, i decyzji pozostania w szkole. Uwielbiał nauczycieli, którzy od razu docenili jego zdolności, ale jednocześnie spotykał się ze zbiorową pogardą klasy zarówno swojej, jak i czasem rówieśniczych.

– Miałem cię do tego namówić, ale przecież zbyt wiele nie zdziałam, skoro ledwie się znamy – dodał Mickiewicz. – Wybór należy do ciebie.

Chciał jakoś błyskotliwie skomentować jego wypowiedź, ale nie potrafił. Ostatnie wypowiedziane przez Adama słowa jeszcze bardziej go przybiły.

– Ach, byłbym zapomniał – głos Mickiewicza złagodniał. – Mam nadzieję, że nie jesteś zły o to, co zdarzyło się po bójce?

Brwi Juliusza uniosły się lekko. Czuł zmieszanie.

– N–nie – powiedział, zaciskając mocniej dłoń na telefonie. – Powinienem ci podziękować.

– Byłem zbyt nachalny, wybacz – odparł, a Słowackiego coraz bardziej drażnił fakt, że ton jego rozmówcy jest dziwny.

Bez pewności, a zarazem dystansu, z jakimi zwykł wypowiadać każde słowo. Ośmielił się pomyśleć, że wypowiedź brzmiała choć trochę uczuciowo jakby…

Nie, Juliusz odrzucił od razu tę myśl, nie zależy mu.

– Nie będę ci już zawracał głowy – podjął Mickiewicz. – Cześć.

Nie zdążył odpowiedzieć, a dźwięk zakończonego połączenia podrażnił jego słuch.

Zmierzwił włosy dłonią, nie mając pojęcia, co przed chwilą miało miejsce.

Nie minęło pół minuty, gdy pojawiła się nowa wiadomość.

Adam Mickiewicz: Przyznaję, kłamałem. Twoja poezja jest dobra.

Dłonie zaczęły mu drżeć. Telefon spadł na ziemię. 

* * *

Adam westchnął i schował smartfon do kieszeni.

Cel uświęca środki, powtarzał w myślach.

Wierzył, że szopka, jaką przed chwilą odstawił, osiągnie zamierzone skutki. Musiał go podpuścić, by nie zmienił szkoły, nawet, jeśli zmuszało go to do zabawy w emocjonalną skruchę i sprecyzowania mieszanych uczuć w kwestii wiersza Słowackiego.

Nie wiedział dlaczego tak mu zależało.

– Skończyłeś już? – usłyszał głos dobiegający z kuchni. – Głodny jestem.

– Do cholery jasnej, Aleksander!

Ze skrajności w skrajność

Dziewiąta dwadzieścia sześć.

Celina westchnęła z bezsilności, chowając telefon do plecaka. Nie mogła podarować Adamowi faktu, że nie obudził jej o właściwej godzinie. Sam zapewne pisał aktualnie sprawdzian z matematyki i oboje doskonale wiedzieli, że wkrótce dziewczyna będzie musiała przygotować go do poprawki.

Chwyciła plecak i wyszła z pokoju, mając wielką nadzieję, że nic ani nikt nie przeszkodzi jej w sukcesywnej ewakuacji. Niewielkim korytarzykiem szybko przedostała się do przedpokoju. Już wyciągnęła dłoń ku klamce, gdy usłyszała znajomy, żeński głos.

– O, kochanie, nareszcie wstałaś! Chodź tu szybko.

Lista przekleństw, które wymawiała w duchu, dłużyła się z niewiarygodną prędkością.

Wielbiła panią Mickiewicz jak największe bóstwo w ludzkiej postaci, ale w tym momencie doskonale przeczuwała skutki rozpoczęcia konwersacji. Była pewna, że Adam doniósł jej o wszystkim, nie pomijając szczegółów.

Stanęła w progu kuchni, gdzie została powitana promiennym uśmiechem.

– Przepraszam za kłopot – oznajmiła na wstępie. – Muszę wracać do bursy, żeby się ogarnąć, a potem pędzę na lekcje, więc nie mam zbyt wiele cza…

– Celinko. – Kąciki jej ust wciąż były uniesione. – Siadaj, ale już.

– Nie, naprawdę, nie mogę…

– Kochanie, nie lubię się powtarzać. – Dziewczyna wyczuwała napięcie w głosie swojej “teściowej”, więc niechętnie wykonała polecenie.

Weszła do kuchni i zajęła miejsce, umieściwszy plecak przy krześle. Spojrzała na stół i zobaczyła duży kubek z herbatą oraz obszerny talerz kanapek. Na ten widok jej żołądek przypomniał, jak wiele czasu minęło od ostatniego posiłku.

– Herbata już wystygła, zrobię ci nową – powiedziała z troską pani Mickiewicz.

– Nie trzeba. – Ułożyła ręce w obronnym geście. – Naprawdę! Wypiję taką.

– Skarbuś, uspokój się i jedz kanapki.

– Czy wy rozmawiacie o jedzeniu? – usłyszały głos Aleksandra, który chwilę później stał w progu.

Miał na sobie piżamę. Rumieńce zdobiły jego twarz, a wzrok wskazywał na to, że wstał niewiele później od Celiny.

– Mierzyłeś temperaturę? – zapytała go matka.

– Mhm… trzydzieści osiem i cztery.

– Wracaj do łóżka, podłoga jest zimna – Celina zerknęła na stopy chłopaka, by stwierdzić, że tak jak się domyśliła ze słów pani Barbary, był boso. – Zaraz zrobię ci śniadanie.

Splótł palce swoich dłoni i poruszał nimi w dziękczynnym geście. Następnie odwrócił się i skierował do pokoju.

– Rano nie mógł się podnieść z łóżka – wyjaśniła pani Mickiewicz, przygryzając lekko dolną wargę. – Nie mam pojęcia, co mu dolega. Najprawdopodobniej grypa, chociaż znając zdolności kulinarne Adama, który miał zrobić mu obiad, możliwe, że się potruł.

Celina zaśmiała się cicho na tę myśl. Jeżeli przypalenie wody było sztuką, mogła uznać swojego chłopaka za pełnoprawnego artystę.

Zanim druga herbata była gotowa, dziewczyna zjadła trzy kanapki i czuła, że więcej nie jest w stanie przełknąć. Nie cierpiała, gdy jej ściśnięty żołądek odmawiał posłuszeństwa.

– Strasznie schudłaś – powiedziała pani Barbara, wzdychając ciężko. – Jesz coś w ogóle?

Dziewczyna prychnęła teatralnie, udając urazę.

– Oczywiście, że jem. Uganianie się za poetami świetnie spala kalorie.

– A skoro już o poetach mowa, to jeden opowiedział mi pewną historię, która miała miejsce wczoraj. – Dziewczyna słysząc te słowa zadrżała lekko, wiedząc, co ją czeka.

Mieszanie Adama z błotem w myślach nie pomogło jej zachować spokoju. Na mocy jakiego prawa mówił jej o takich rzeczach?

– Biedactwo. – Pani Mickiewicz przysiadła się do stołu, po czym ujęła dłonie dziewczyny. – Może wprowadziłabyś się do nas? Porozmawiałabym jakoś – zaakcentowała ostatnie słowo – z twoim ojcem.

Celina szybko pokręciła głową.

– Dam sobie radę, słowo.

– Nie zapewniaj mnie o faktach. Wiem, że sobie poradzisz, ale powiedz, za jaką cenę? Nie lepiej wybrać łatwiejszą drogę? – Adresatka wypowiedzi poczuła mocniej zaciskające się dłonie kobiety. – Gdybym nie widziała cię śpiącej, z pewnością pomyślałabym, że nie zmrużyłaś oka od bardzo długiego czasu. Policzki ci się zapadły, oczy błyszczą jakbyś była chora. Po co ci ta samodzielność? Robisz sobie jedynie krzywdę.

Celina nie odpowiedziała. Milczenie jednak nie mogło trwać długo, ponieważ każdy, kto znał panią Barbarę doskonale wiedział, że ta nie znosiła go całym sercem (na nieszczęście swoich trzech synów).

– A jak u mamy? – zapytała.

Zanim dziewczyna odpowiedziała, upiła łyk herbaty. Nie wiedziała jak, ale powstrzymała nerwy przed kolejnym trudnym pytaniem. Wzięła leciutki wdech, po czym rzekła:

– Dobrze, dzielnie walczy. – Kącik jej ust uniósł się ku górze, choć niekoniecznie szczerze.

Rozmówczyni Celiny uśmiechnęła się z politowaniem, na co w odpowiedzi otrzymała spojrzenie błagające o brak komentarza.

– Adam wie? – zapytała kobieta, dostosowując się do niemej prośby.

– Nie. Właściwie, pomyślałam, czy nie zabrać go do niej ze sobą. Jutro lub w sobotę – powiedziała zgodnie ze swoimi pierwotnymi planami.

Teraz nie była pewna, czy ewentualna kłótnia z Adamem ostatecznie nie przekreśli tych zamiarów. Wiedziała, że zarzucenie czegokolwiek chłopakowi zostanie wzięte za bezpodstawny atak i Celina skończy jako prowokatorka kłótni. A przecież to ona była w tej sytuacji pokrzywdzona!

– Wiesz, jaki on jest…

– Wiem – zapewniła pospiesznie wiedząc, że pani Mickiewicz będzie w stanie wygłosić kazanie na temat pozornej oschłości syna. – Znam go aż za dobrze. Ale z drugiej strony powinien mieć pojęcie o stanie rzeczy.

Kobieta kiwnęła głową.

– Mam nadzieję, że będzie cię wspierał.

– Ależ, pani Barbaro. – Uśmiech Celiny zdawał się być najradośniejszą rzeczą na świecie. – Wsparcie nie jest mi bynajmniej potrzebne.

* * *

Adam pomasował dłońmi skronie. Spojrzał w kierunku Zygmunta, siedzącego w sąsiedniej ławce, jednak ten zajęty był sprawdzianem; pisał jak natchniony.

Tymczasem Mickiewicz kończył swoją przygodę z matematyczną weną na przepisywaniu przykładów. Najprostsze zadania wprawdzie robił (na logikę), trudniejsze zaś zostawiał, nie pamiętając, jak się za nie zabrać. Westchnął cicho i umieścił kartkę na rogu blatu ławki. Postanowił sprawdzić godzinę, ale podnosząc wzrok ku zegarowi, zetknął się z uważnym spojrzeniem nauczycielki, która najwyraźniej od dłuższego czasu przyglądała się jego poczynaniom.

Szybko zaczął przyglądać się ławce, ale było już za późno. Stuk wysokich obcasów matematyczki z każdą sekundą był głośniejszy. Mimowolnie spojrzał na nią.

Wzięła w dłonie sprawdzian i przyjrzała się mu z dezaprobatą.

– Nic więcej nie napiszesz? – zapytała, podając mu kartkę dla pewności.

Pokręcił głową.

– Kiedy będę mógł to poprawić? – szepnął.

– Sprawdzę ci to jeszcze dziś i umówimy się na ewentualną poprawę – powiedziała cicho, po czym rzuciła do całej klasy. – Za trzy minuty dzwonek.

Nauczycielka oddaliła się wreszcie. Adam przyłapał się na nerwowej zabawie długopisem.

Wiedział, że zagrożenie z matematyki stawało się z każdą oceną coraz bardziej realne i musiał przyznać, że nie powinien tak ignorować przedmiotu, jednak nie potrafił przemóc się, by wrócić do domu, otworzyć podręcznik i robić zadania z danego tematu każdego dnia. Zastanawiał się czy ktokolwiek (poza Celiną) potrafił działać tak na co dzień.

Dzwonek wyrwał go z rozmyślań. Chwycił torbę i podszedł do Zygmunta, który właśnie chował do plecaka kalkulator.

– Znowu poprawka? – zapytał Krasiński, nie kryjąc zdziwienia. – Przecież miałeś się uczyć.

– Nie wyszło – odparł lakonicznie.

– Wolałeś się miziać z korepetytorką?

Adam posłał mu pogardliwe spojrzenie, jednak nie powiedział nic. Wyszli z sali, po czym zajęli miejsce na ławce tuż przy schodach. Czwarte piętro pozostawało niemalże puste. Trzecioklasiści zazwyczaj spędzali przerwy w salach, pierwszacy zaś rzadko miewali tu zajęcia. Spędzanie piętnastu minut w spokojnej atmosferze było niezwykle relaksujące dla wszystkich.

Mickiewicz wyciągnął z kieszeni telefon z zamiarem napisania do Celiny, czy wszystko u niej w porządku. Wolał mieć pewność, że jego matka dobrze zajęła się dziewczyną.

– Wiesz, że Fryderyk dzisiaj wraca? – zagaił Krasiński, wyciągając jakąś książkę z plecaka.

– Doprawdy? A już myślałem, że padł w tym Paryżu trupem – mruknął Adam, odblokowawszy telefon. – Ani słowa do mnie nie napisał od czasu wyjazdu.

Zygmunt miał ogromną ochotę zabłysnąć jakąś obraźliwą anegdotką w stosunku do przyjaciela i jego relacji z ludźmi, jednak powstrzymał się, widząc jego minę, która w ciągu sekundy stała się jeszcze bardziej posępna.

– Co jest? – zapytał.

Nie dostał odpowiedzi. Adam zajął się odpisywaniem na wiadomość, którą otrzymał.

– Zachciało mi się, cholera, związku – syknął.

Patrzył z niedowierzaniem w ekran, gdzie Celina poinformowała go, że zostanie przez nią zamordowany przy najbliższym spotkaniu.

Celincia: Tylko Bóg jeden wie, jak bardzo cię w tej chwili nienawidzę.

Ty: Musiałem.

Celincia: Oczywiście, wielki Adam Mickiewicz nagle coś m u s i.

Celincia: Jesteś kretynem.

Ty: Uspokój się.

CelinciaNie pozwala mi iść. Grozi mi, że pogada z ojcem.

Ty: Słusznie.

Celincia: Nagle go tak polubiłeś?

Nie skończył czytać pierwszej wypowiedzi, a doszła następna.

Celincia: Nieważne.

Celincia: Jak mam ci ufać, skoro rozpowiadasz moje sekrety na prawo i lewo?

Ty: Wyolbrzymiasz. Ona powinna wiedzieć.

Celincia: A może łaskawie postawisz się w mojej sytuacji?

Ty: Nie, bo nie postrzegasz świata wystarczająco realnie.

– Kobiety – zaśmiał się Zygmunt, zaglądając mu przez ramię. – O co poszło?

– Spieprzaj.

Adam wyglądał, jakby miał ochotę zrobić przyjacielowi krzywdę, więc Krasiński ułożył ręce w poddańczym geście, chcąc oznajmić odgórną kapitulację. Uśmiech nie schodził mu jednak z twarzy. Nim którykolwiek postanowił pójść na kompromis i spróbować załagodzić sytuację, ktoś na schodach zaklął siarczyście, po czym rzekł:

– Kto… wpadł na pomysł… tworzenia szkoły w cztero…cholera by to… piętrowym budynku!

– Fryderyk? – zdziwił się Zygmunt.

– No proszę, taka ładna buźka, a tak brzydko mówi – skwitował Mickiewicz, nie chcąc dać po sobie poznać irytacji sprawą z Celiną.

Następnie schował telefon, ignorując konwersację i zaczął przyglądać się poczynaniom nowo przybyłego.

Chopin wszedł na piętro, trzymając się kurczowo barierki. Żaden z siedzących na ławce chłopaków nie miał pojęcia, czy zabieg był teatralny, czy też naprawdę wędrówka po długiej nieobecności w szkole stanowiła dla niego tak spore wyzwanie.

– Nigdy się nie przyzwyczaję – powiedział, po czym kaszlnął.

Podszedł do ławki, a następnie usiadł na jej skraju, wciąż ciężko oddychając.

– I jak tam? Mam nadzieję, że coś zająłeś, bo zbyt długo znosiłem tego kretyna – Adam wskazał na Zygmunta – żeby nie otrzymać dobrej nowiny.

Nie był to pierwszy raz, gdy Chopin znikał ze szkoły na kilkanaście dni. Był świetnie zapowiadającym się pianistą i korzystał z każdej okazji, by pokazać się na arenie międzynarodowej. Osiągał sukcesy w konkursach, nabierał doświadczenia oraz, przede wszystkim, mógł spełniać się w tym, co kochał od najmłodszych lat.

– Drugie miejsce – odparł Fryderyk z uśmiechem. – Ferenc słusznie mnie wyprzedził.

– Och – jęknął żałośnie Krasiński. – Zacznij ty się cenić, człowieku! Na pewno poszło ci lepiej.

– Nie. – Chopin wzruszył ramionami, uśmiechając jeszcze szerzej. – Obaj doszliśmy do tego wniosku.

– Chryste Panie, on cię bezczelnie obraża, a ty mu przytakujesz? – Mickiewicz uniósł brwi to góry.

– Ferenc nigdy by mnie nie obraził – odparł błyskawicznie Fryderyk. – Jest bardzo uprzejmy.

Adam i Zygmunt spojrzeli na siebie dwuznacznie.

– Uprzejmy, powiadasz?

– Rozmawianie z wami odbiera mi wiarę w ludzkość – odparował Chopin, nie kryjąc irytacji.

– Fredziu – zaczął Zygmunt, przesłodzonym tonem – ale jakby co, powiedziałbyś nam?

Dla Fryderyka nieważne było, kto wypowiedział te słowa. Zarówno Adam, jak i Zygmunt, oberwali w potylicę z otwartej dłoni.

***

Adam wyszedł z klasy szybko, nie oglądając się za siebie. Przez całą lekcję kłócił się z Celiną tak zażarcie, że miał ochotę urwać się ze szkoły i wygarnąć jej wszystko, co leżało mu w tej chwili na sercu (również dlatego, że przez długość konwersacji kończyła się mu bateria w telefonie).
Szybko znalazł się przy schodach, analizując w myślach cały przebieg rozmowy.

Próbował, na swój specyficzny sposób, wytłumaczyć jej, że Szymanowski o niczym się nie dowie, jeśli przestanie zgrywać silną tudzież niezależną.

I tak by się nie dowiedział, pomyślał Mickiewicz stwierdzając, że jego matka byłaby dobrym politykiem. Wiele obiecywała, ale mało z tych obietnic było spełnianych. Przeklął w duchu wszystkie urodzinowe prezenty.

Schodził powoli, ogarnięty złymi myślami. Dotarłszy jednak na jedno z półpięter, wyzbył się wszystkiego, co dotychczas go dręczyło. Oto bowiem przed nim, oparty o ścianę, stał Słowacki, wnikliwie analizując zawartość swojego zeszytu.

Żołądek podszedł mu do gardła, gdyż zdecydowanie nie był jeszcze przygotowany na takie spotkanie. Szybko jednak doprowadził się do mentalnego porządku.

– Nie wiedziałem, że mam taki talent – przyznał, uśmiechając się szelmowsko. – Krótka rozmowa z panią Słowacką i następnego dnia widzę jej synka w szkole po tak długiej nieobecności.

Juliusz skrzywił się lekko.

– Z każdym się tak witasz? – zapytał, udając, że notatki na kartkówkę są równie interesujące jak Mickiewicz.

Adam oparł się bokiem o ścianę, po czym założył ręce na piersiach.

– Nie, jesteś więc wielkim szczęściarzem.

W odpowiedzi usłyszał prychnięcie.

Mickiewicz miał już coś powiedzieć, kiedy poczuł nagle, jak ktoś się na nim opiera. Zerknął za siebie i dostrzegł Fryderyka, a tuż obok niego Zygmunta.

– Jesteś nowym kolegą Adama, czy po prostu ochrzania cię za nic? – zagaił z uśmiechem do Słowackiego Chopin.

– Ach, przecież! Ty nic nie wiesz – Zygmunt zaśmiał się gardłowo. – Potem ci wyjaśnię. W każdym razie, chyba są kolegami.

– Ma rację? – zapytał Juliusza Adam, przymrużając lekko oczy, jakby w akcie oczekiwania na odpowiedź.

Spodziewał się sarkazmu, był wręcz na niego w pełni przygotowany. W końcu, w tej bardzo krótkiej relacji, poza przerażeniem Słowackiego, nieraz słyszał ironiczne obelgi. Nie przeszkadzało mu to specjalnie, gdyż sam posiłkował się tym zabiegiem w rozmowach… z każdym.

Juliusz uciekał wzrokiem. Dłoń zaciskał na zeszycie mocnej niż było to potrzebne. 
Chwilę zbierał się w sobie, aż wreszcie powiedział:

– Oczywiście, że ma – spojrzał na nich z dziwną, według Adama, beztroską, jakiej brakowało mu przed paroma zdaniami.

– To się świetnie składa -rzekł uradowany Krasiński. – Zawsze chciałem poznać kogoś, kto toleruje Adama z nieprzymuszonej woli.

Mówiąc to, zignorował teatralny, zdradzający urażenie wzrok Mickiewicza.

– Dobrze, żarty chwilowo na bok. – Chopin wyciągnął dłoń ku Juliuszowi. – Fryderyk jestem.

– Juliusz – rzekł ściskając dłoń pianisty.

Zygmunt poszedł w ślady przyjaciela i również oficjalnie przedstawił się Słowackiemu.

– Adamie – wszyscy, jakby nagle ochrzczeni tym imieniem, spojrzeli na schody.

Stała tam matematyczka, przyglądając się wnikliwie całemu towarzystwu.

Mickiewicz zacisnął wargi i gotowy na wyrok podszedł ku nauczycielce.

– A spróbuj mi za rok tych trzydziestu procent nie napisać – ostrzegła go, podając kartkę.

– Dopuszczający? – wyczytał ocenę, nie mogąc uwierzyć w cud, jaki przed chwilą miał miejsce.

Oddał szybko kartkę i mimowolnie rozpromienił się cały.

– Dziękuję, pani profesor. Dziękuję – powiedział, minimalnie drżącym głosem.

– Dziękuj sobie, punktacja zawsze jest taka sama – powiedziała, unosząc lekko kącik ust. – A teraz żegnam panów.

Wyminęła ich szybko i wkrótce była już na innym piętrze.

Adam usiadł na schodach. Przeczesał włosy i westchnął, jakby chcąc osiągnąć tym jakiś rodzaj oczyszczenia. Serce biło mu ciężko,

– Gratulacje – oznajmił Zygmunt.

Fryderyk zaklaskał w dłonie.

– Istny bóg matematyki.

– Albo bożyszcze matematyczek – zauważył Krasiński śmiejąc się.

Mickiewicz zignorował ich wypowiedzi.

– Trzeba to jakoś uczcić – oznajmił. – Zygmunt, ojciec w pracy?

– Naturalnie – odparł jego przyjaciel.

– Świetnie, pijemy dziś u ciebie. I żadnego wymigiwania się, Chopin – spojrzał ostrzegawczo na pianistę, znając jego ogólną powściągliwość. – Chyba nie chcesz urazić matematyka?

Fryderyk wzruszył ramionami.

– I tak nie będą mnie jutro z niczego pytać – powiedział.

– A, Juliuszu – zagaił Adam do chłopaka, który spojrzał na niego zdezorientowany. – Oczywiście idziesz z nami.

Słowacki drgnął, jakby ktoś wybudził go z transu.

– Proszę?! – popatrzył na nowych znajomych, doszukując się jakiekolwiek dezaprobaty, jednak bezskutecznie.

– Może nie wyglądamy na najlepsze towarzystwo, ale chyba każdy czasem potrzebuje wyrwać się z sideł samotności, prawda?

Słowacki otworzył szerzej oczy. Wyglądał, jakby walczył w duchu sam ze sobą.

Adam był niezwykle ciekaw jego odpowiedzi.

– Gdzie i o której mam czekać? – wydusił z siebie wreszcie Juliusz.

Mickiewicz wstał i podszedł do niego, zachowując bezpieczną odległość. Przyjrzał się twarzy pierwszoklasisty. Jego drżącym wargom, błyszczącym oczom i poskręcanym od pogody włosom. Następnie uśmiechnął się lekko.

– Po lekcjach pod szkołą – powiedział. – Twoja obecność będzie mnie bardzo cieszyć.

Wiele pytań

Listopadowy wiatr w nieprzyjemny sposób powitał Juliusza, gdy ten tylko wyszedł ze szkoły, trącany przez innych uczniów. Od razu poczuł się gorzej i nie miał najmniejszej ochoty przebywać w jakimkolwiek innym miejscu aniżeli w swoim pokoju. Przeklął w myślach fakt, że nie było to niczym nowym.

Lęk budziła w nim również inna kwestia: dał się namówić na libację. Z towarzystwem ledwie poznanym w dodatku. Kiedy on ostatnio miał w ustach jakikolwiek alkohol, wyłączając adwokat z pączków?

– Juliuszu. – Odwrócił się i dostrzegł Adama, Zygmunta oraz Fryderyka.

Uśmiechnął się nerwowo i podszedł do nich. Od razu zauważył trzymaną przez Krasińskiego siatkę, przez którą widać było dwie szklane butelki.

Że też nie boją się paradować z tym pod szkołą, pomyślał, mimowolnie stresując się jeszcze bardziej.

– Za pięć minut mamy tramwaj, wypadałoby zdążyć – powiedział Mickiewicz, po czym ruszył przed siebie szybkim krokiem.

Juliusz szybko dołączył do niego. Chopin wraz z Zygmuntem szli za nimi, ignorując wcześniejszą wypowiedź Adama. Zaczęli o czymś dyskutować. Słowacki nawet, gdyby chciał, nie mógł zrozumieć, czego dotyczył temat.

– Co miałeś ostatnie? – zagaił jego obecny towarzysz. Nie patrzył na niego.

Świetnie, przeszło mu przez myśli, aż tak nie masz o czym ze mną rozmawiać?

– Chemię – odparł z jawną niechęcią.

– Boże drogi, dzięki ci za brak tego gówna na rozszerzeniu.– Adam zdawał się definitywnie cieszyć z faktu, że sam uczęszcza już na przyrodę. – Zapewniam cię, jeśli przeżyjesz pierwszą liceum, przeżyjesz wszystko.

Słowacki, wbrew woli parsknął śmiechem.

Podobało mu się jego podejście.

– Matmy też tak nie cierpisz? – zapytał, po czym włożył ręce do kieszeni kurtki.

Dostrzegł lekki uśmiech na twarzy Mickiewicza.

– Matematyce należy się szacunek. Tam wszystko ma swoje jasne podłoże.

– Pierwszy raz słyszę takie słowa z ust humanisty – powiedział Juliusz zgodnie z prawdą.

– Tak naprawdę, matfizy są większymi humanistami niż, stricte, humaniści. – Adam wzruszył ramionami. – Logiczne myślenie zmusza człowieka do tworzenia swojego systemu wartości w sposób o wiele bardziej oparty na własnych doświadczeniach aniżeli wierności danym ideałom i…

– Biedne dziecko! Co on ci robi? – Słowacki usłyszał głos Chopina, który wydawał się być zrozpaczony rozpoczętą myślą. – Nic jeszcze nie piłeś, a już zdajesz się być pod wpływem.

Mickiewicz prychnął jedynie.

– Pospieszcie się, tramwaj nadjeżdża – powiedział Zygmunt, na co wszyscy posłusznie przyspieszyli kroku.

Doszli na przystanek, a chwilę później znajdowali się już w pojeździe. Jako, że trafili na godzinę szczytu, nie chcąc utrudniać sobie życia jeszcze bardziej, rozdzielili się. Juliusz został z Adamem przy automacie biletowym, Fryderyk z Krasińskim zniknęli w tłumie.

Słowacki nie cierpiał komunikacji miejskiej bardziej niż ktokolwiek inny na świecie. Paradoksalnie jednak, cieszył się, że przynajmniej teraz przemieszcza się w strefie miejskiej – to aglomeracja bowiem dawała najbardziej popalić pasażerom. A że mieszkał poza miastem, musiał tę katorgę znosić już kolejny miesiąc i wciąż nie potrafił przywyknąć do stanu rzeczy. Miał przynajmniej motywację do zrobienia prawka.

– W sumie, nie pytałem cię o to jeszcze – podjął Adam, gdy wreszcie udało im się znaleźć adekwatne miejsce do bezpiecznego stania. – Co z tym chłopakiem z bójki?

Juliusz spojrzał na niego trochę zmieszanym wzrokiem, choć zdecydowanie chciał osiągnąć efekt przeciwny.

Nie był skory do rozmów o tym, że matka nie odezwała się do niego w tej kwestii ani razu. Oznajmiła jedynie, że skoro zna już personalia oprawcy, zajmie się sprawą we własnym zakresie, i bynajmniej, nie zamierzała udzielać mu żadnych informacji, dotyczących zabiegu. Taki był już jej urok. Wierzyła, że może panować nad każdą kwestią dotyczącą życia Juliusza nawet bez jego zgody.

Westchnął cicho, na co Adam wymownie uniósł brwi.

– Dalej ci zawraca głowę? – Dziwny ton drugoklasisty przyprawił Słowackiego o dreszcze.

– Co? Nie, nie – odparł trochę nerwowo, jednak Mickiewicz chyba mu uwierzył, bo skinął jedynie głową.

– Wolałem mieć pewność – powiedział, po czym spojrzał na szybko zmieniającą się przestrzeń za szybą. Trwało to ledwie chwilę, gdyż ponownie spojrzał mu w oczy. – Mam dziwne wrażenie, że powód, dla którego doszło do tej bójki jest zupełnie inny niż ten, który podałeś wtedy, u mnie.

Żołądek Juliusza był w tym momencie niczym gąbka, którą ktoś ścisnął nagle energicznym ruchem.

Odruchowo puścił barierkę, znajdującą się pod oknem i postrzelał palcami. Nim zdążył przemyśleć jakikolwiek plan działania, kierowca tramwaju zahamował gwałtownie. Juliusz stracił równowagę i byłby upadł, gdyby nie przeszkoda w postaci Mickiewicza, który złapał go odruchowo za ramiona. Sam uderzył plecami o automat biletowy.

– Cholera jasna – syknął. – Uważaj.

Wbrew oczekiwaniom Słowackiego, uścisk Adama nie zelżał.

– Przepraszam – odparł ze skruchą i chwycił się barierki. – Możesz mnie puścić?

Mickiewicz wyglądał, jakby nie miał pojęcia, jaką czynność wykonywał. Zmieszanie w jego oczach było dostrzegalne bardzo krótko, jednak Juliusz wychwycił je i czuł, że zostanie poddane analizie w najbliższym czasie.

Adam wykonał polecenie, a następnie pokręcił głową z dezaprobatą.

– Z takim fartem zgarniesz Nagrodę Darwina. – Nie patrzył na niego. – Wracając… odpowiesz mi na pytanie?

Najwyraźniej bardzo chciał drążyć temat. Słowacki, dzięki nieoczekiwanemu hamowaniu, w jakimś stopniu się uspokoił i był gotowy sprzedać mu pierwszy lepszy tekst na całkowitym luzie. Stwierdził w duchu, że gdyby mógł zatrzymywać czas, jego umiejętności w dziedzinie rzucania sarkazmem na prawo i lewo przebiłby Adama bez problemu. Panika jednak powodowała, że w pierwszej chwili, bez zastanowienia, pieprzył głupoty.

– Kłótnia małżeńska, sam wiesz – zaczął beztrosko.

Mickiewicz uniósł brwi i zaśmiał się gardłowo. Nie dał się sprowokować.

– Obstawiam, że po dwóch drinkach będziesz zalany w trupa. Wtedy zadam ci to pytanie ponownie.

Słowacki przymrużył oczy i uśmiechnął się z satysfakcją.

– Żebyś się nie zdziwił – odparł.

W którym momencie weszli na taki poziom konwersacji?

***

– Zygmunt?

Krasiński uniósł wzrok znad telefonu.

– Hm? – zapytał Chopina, którego wyraz twarzy zdawał się prezentować bardzo skrajne emocje. Specyficzny uśmiech i smutny wzrok zaczęły zastanawiać Zygmunta.

Cóż tym razem dręczyło Fryderyka?

– Naprawdę, mógłbym ci powiedzieć, gdyby – zaczął, po czym rozejrzał się wokół, by sprawdzić, czy nikt nie przysłuchuje się ich rozmowie – mnie i Ferenca coś, wiesz…

Krasiński uśmiechnął się lekko i kiwnął głową.

– A istnieje taka ewentualność?

– Sam nie wiem – przyznał cicho Chopin. – Po prostu, chciałem wiedzieć, z kim mógłbym o tym porozmawiać, w razie czego.

Zygmunt przyzwyczajony był do faktu, że Fryderyk zwracał się do niego z każdym problemem. Nie przeszkadzało mu to, ale momentami przyćmiewało priorytety Krasińskiego. W tym przypadku jednak, gotowy był zaangażować się w sprawę całym sobą.

– Ostrzegam jedynie, gówno wiem o związkach – powiedział. – Bobrowa była pomyłką.

Na temat istoty, która mieszała w jego sercu od dłuższego czasu, wolał się nie wypowiadać.

***

Celina odłożyła zeszyty do plecaka, a następnie przeciągnęła się lekko. W pokoju nie było jeszcze nikogo, miała więc chwilę swobody. Odłączyła telefon od ładowarki, by zadzwonić do Adama. Bardzo chciała, aby ich kłótnia została, może nie zapomniana, ale przez chwilę pominięta, zamieciona pod dywan. Potrzebowała rozmowy.

Wybrała numer Mickiewicza i położyła się na łóżku, słysząc jedynie trochę zbyt głośny sygnał.

– Słucham. – Głos Adama był dziwny. Wypowiedzenie jednego słowa zajęło mu o wiele więcej czasu niż, prawdopodobnie, oboje przypuszczali.

– Co ci jest? – zapytała zdezorientowana Celina.

– A co miałoby mi być?

– Piłeś coś?

– Ja? – odchrząknął, jakby próbując przywrócić swój normalny ton głosu. – Skądże.

– Adam – syknęła Celina. – Jest środek tygodnia!

– Nie zaczynaj z kazaniami – przerwał jej szybko. – Dzwonisz chyba w innym celu, prawda?

Wzięła głębszy wdech.

Pieprzony hipokryta, pomyślała.

Jeszcze przed paroma godzinami kłócili się o to, że Celina zaniedbuje swoje zdrowie. Co tymczasem robił Mickiewicz? Upijał się, Bóg wie gdzie.

– Halo – mruknął, trochę niewyraźnie.

– Porozmawiamy, jak wytrzeźwiejesz – oznajmiła Celina stanowczo i rozłączyła się.

Odłożyła telefon na szafkę przy łóżku, po czym przykryła całe ciało kocem.

Trudno, pojedzie do matki sama.

***

– Z kim rozmawiałeś? – zapytał Zygmunt, gdy Adam wrócił do pokoju.

– Z Celiną – mruknął, a następnie sięgnął po swoją szklankę i jednym haustem wypił jej zawartość.

– Znowu się pokłóciliście?

– Nie twój interes – odpowiedział bardzo spokojnym tonem.

Krasiński spojrzał na niego z wyrzutem, jednak nie odrzekł nic.

– Celina to twoja dziewczyna, tak? – Adam odwrócił się i spojrzał na Juliusza, który zadał to pytanie.

Słowacki patrzył na niego mętnym wzrokiem, niepewnie trzymając w dłoniach szklankę.

Chryste, pomyślał Adam, jego matka mnie zabije, jeśli się dowie.

Och.

Jeśli.

– Myślałem, że nie ma istoty w szkole, która o tym nie wie. – Po tych słowach zabrał mu szklankę. – Naprawdę masz słabą głowę.

– Gówno prawda – wymruczał Słowacki.

– Chociaż i tak wciąż bijesz na głowę Fryderyka. – Jakby na komendę Adama, wzrok wszystkich przeniósł się na śpiącego pianistę. – Nieważne. Ostatni toaścik za moją chwalebną dwóję z matmy i się zwijamy. Trochę nadużyliśmy twojej gościnności. – Ostatnie słowa skierował do Zygmunta.

– Póki ojciec jest w pracy, nie ma żadnego problemu – odpowiedział Krasiński.

Symbolicznie wznieśli szklanki do góry i dokończyli drinki.

***

– Adaaaam.

– Tak mam na imię.

– Strasznie mi przykro.

– Czemu jest ci przykro?

– Bo – zaczął Słowacki, po czym rozejrzał się po pustym przystanku – znowu mnie musisz ze sobą… trgać.

– Targać?

– Mhm. A my się ledwie znamy, wiesz?

– Odkąd dałeś się pobić, integrujemy się świetnie.

Juliusz zaśmiał się cicho.

– Zrobiłeś mi wtedy kawę zbożową. – Słysząc to, Adam mimowolnie napiął mięśnie.

– Nie przypominam sobie.

– Sklerotyk! Cudnie pachniała. Tak – zastanowił się – cholerka, zgubiłem epitet.

– Z każdym kolejnym słowem z twoich ust tracę wiarę w to, czy mogę ze spokojnym sumieniem umieścić cię w tym twoim aglomeracyjnym autobusie.

– Spokojnie! – krzyknął Juliusz. – Trzeźwieję, słowo.

Tramwaj, na który czekali, a raczej czekał Adam, nadjechał. Zajęli miejsce na samym końcu, gdzie nie było nikogo. Mickiewicz odetchnął z ulgą.

– Wysiądę z tobą na przystanku – oznajmił. – Muszę mieć pewność, czy wejdziesz do właściwego autobusu. Linia sto siedemdziesiąt cztery?

– Dam sobie radę – zaprotestował Słowacki.

– Ledwie chodzisz.

– Ach tak? – Adam w ostatniej chwili powstrzymał Juliusza od wstania. Po raz kolejny tego dnia mocno złapał go za ramiona.

– Siedźże spokojnie – upomniał go tonem zdradzającym podenerwowanie.

Słowacki spojrzał na niego zdezorientowany, po czym zamilkł, najwyraźniej zrażony jego gniewem.

Adam westchnął cicho i pomasował skronie. Powinien pilnować Juliusza. Powinien nie odbierać telefonu od Celiny. Powinien nie organizować tej spontanicznej libacji.

– Miałem cię o coś zapytać, pamiętasz? – zagaił, widząc, że powieki Słowackiego bardzo starają się nie opaść.

– Mówisz o mnie i moim cudownym przyjacielu?

– Zwał jak zwał.

– W tramwaju ci tego nie powiem.

– Czyli miałem rację.

– Och, ty byś nie miał? – zapytał Juliusz z sarkazmem.

– Nie przeginaj.

– Przepraszam. Nie miałem pojęcia, że alkohol może dać tyle szczęścia.

Adam westchnął po raz kolejny.

– Wstawaj, zaraz nasz przystanek – powiedział.

Słowacki z trudem wykonał polecenie. Adam wziął go pod ramię, po czym wcisnął przycisk do otwierania drzwi.

– Jesteś zły? – zapytał go Juliusz.

– Nie – odparł szybko. – Po prostu ktoś wymyślił sobie, że nasza relacja będzie polegała na ratowaniu ci czterech liter.

Jesienny wiatr przywitał ich po wyjściu tramwaju. Juliusz zadrżał lekko.

– Mogę ci zadać pytanie? – powiedział, spojrzawszy na niego.

Adam nie odwzajemnił spojrzenia, jedynie wypatrywał przejścia dla pieszych, które mogło umożliwić im przedostanie się na odpowiedni przystanek.

– Robisz to bez przerwy.

– Czemu mnie w ogóle zaprosiłeś?

Mickiewicz zamrugał kilkakrotnie, wciąż patrząc przed siebie.

– Autobus zaraz ci odjedzie.

– Adam, ale…

– Szybko.

Pobiegł, próbując się nie wywrócić (przecież nie tylko Słowacki był pod wpływem). Świat przed jego oczami stawał się coraz bardziej niewyraźny.

Słysząc charakterystyczny dźwięk, oznaczający zbliżający się odjazd, wręcz wepchnął Słowackiego do autobusu. Drzwi zostały zamknięte, a pojazd ruszył.

Dostrzegł w przez szybę jego zmieszaną minę oraz to, jak prawie wywraca się, próbując usiąść.

Odetchnął z ulgą i oparł się o pobliski słup. Zakręciło się mu w głowie, więc postanowił chwilę poczekać nim dojdzie do siebie.

Kilkanaście sekund później sięgnął po telefon i włączył dane komórkowe, by przeczytać ewentualne wiadomości. Przetarł oczy, przeklinając w duchu fakt, że skutki picia pojawiły się w nim dopiero po nagle wzmożonej aktywności fizycznej.

Z drugiej strony, pomyślał, to lepiej. Przynajmniej mógł się w małym stopniu zrekompensować Słowackiemu za swoją nieuwagę i odprowadzić go (w miarę bezpiecznie) na autobus.

Miał nadzieję, że Juliusz nie zjebie finalnej części swojego powrotu.

Po chwili przyszły wszystkie wiadomości.

Celincia: Nie pij zbyt wiele, proszę.

KopiaDantego: Żyjecie?

Aleksander: Czemu nie ma obiadu?

– Cholera – powiedział na głos.

Będzie musiał odwiedzić najbliższe KFC.

Schował telefon do kieszeni. Miał zasadę – nigdy nie pisał z ludźmi, będąc pod wpływem. Nigdy.

Ruszył przed siebie, a myśl o tym, że spontaniczny domysł na temat bójki sprzed kilku tygodni okazał się prawdą, nie dawała mu spokoju. Dołączyło do tego słuszne, jak stwierdził później Mickiewicz pytanie, zadane przez Juliusza – po co go zaprosił?  

Na pożegnanie

– Czy ty jesteś pijany?

Juliusz uśmiechnął się lekko, widząc irytację ojczyma. Patrzył, jak dłoń mężczyzny zaciska się na uchylonych drzwiach frontowych.

– Ależ skąd! – odpowiedział trochę za głośno. – Wpuścisz mnie do domu?

– Z chęcią bym tego nie zrobił, gówniarzu. Niech tylko twoja matka się dowie…

– Powiesz jej, konfidencie?

August odsunął się, umożliwiając pasierbowi wejście do środka.

– Wróciła do domu z grypą. Śpi. Nie mam zamiaru jej budzić tylko po to, by donieść o twojej głupocie. Powinna już dawno do niej przywyknąć.

– Daruj sobie. – Juliusz wyminął go szybko, przez co zakręciło się mu w głowie jeszcze bardziej. Upadłby, gdyby nie August, który, zapewne niechętnie, złapał go w ostatniej chwili.

– Masz jakąś satysfakcję ze sprawiania nam problemów? – syknął Bécu.

– Wkurw Augusta Challenge – zaśmiał się chłopak. – Musisz kiedyś spróbować. Przednia zabawa gwarantowana.

August poprowadził go przez korytarz, a następnie wręcz wrzucił do pokoju.

– Siedź cicho, najlepiej idź już spać – powiedział chłodno.

– Jestem głodny.

– Czy ja ci wyglądam na lodówkę?

– Cóż – zastanowił się Juliusz. – Gdybyś trochę schudł…

Prawdopodobnie zapominając o śpiącej Salomei, wściekły August zatrzasnął drzwi. Słowacki, słysząc ten niespodziewany i jakże intensywny dźwięk, skrzywił się z niesmakiem.

Mimo wesołości, jakiś bardzo cichy głos w jego duszy podpowiadał mu, że gdy wytrzeźwieje, ojczym go zamorduje. W obecnym stanie jednak, miał wątpliwą opinię na temat przejmowania się najbliższą przyszłością.

Postanowił przeanalizować swoje aktualne potrzeby.

Nie chciało się mu spać, więc nie zamierzał tego robić. Niesubordynacją wobec Augusta oddychał niczym czystym, górskim powietrzem.

To porównanie podsyciło w nim chęć zapalenia.

Podszedł do szafy i zaczął szukać w bluzach paczki z papierosami. Musiał przecież jakieś mieć. 
Zanim odnalazł trochę poturbowane i zawierające dwa nieszczęsne szlugi opakowanie, przy jego stopach leżało już mnóstwo ubrań.

Kiedyś to posprząta.

Wyciągnął z kieszeni spodni zapalniczkę, po czym podszedł do drzwi balkonowych i otworzył je. Dopiero teraz zauważył, że wciąż jest w kurtce i butach.

Usiadł na lodowatych płytkach i oparł się o ścianę domu. Zapalił papierosa, a następnie zaciągnął się, czując ostry posmak dymu. Przymknął oczy i przechylił głowę na bok.

Zaraz potem reszta ciała postanowiła zrobić to samo. Ostatecznie, tracąc równowagę, uderzył głową o barierkę.

– Kurna – mruknął, ale nie dopowiedział nic więcej, wiedząc, że i tak nikt nie wysłucha opowieści dotyczącej jego bolesnego przeżycia.

Chyba że…

Sięgnął po telefon z zamiarem wykonania połączenia. Do kogo? Sam nie wiedział.

Jego plany zostały jednak zniweczone. Zbyt jasny ekran komórki, którą właśnie odblokował, prezentował ogromną liczbę nieodebranych połączeń od Ludwiki. Ostatnie z nich zostało wykonane minutę temu.
Nim na myśl przyszło mu wyciągnięcie jakichkolwiek wniosków, telefon zaczął dzwonić.

Juliusz zaciągnął się i odebrał.

– Nareszcie. – Ludwika darowała sobie czułe powitanie. – Czemu nie odbierałeś?

– Uderzyłem się o barierkę – odparł. Musiał przecież się tym z kimś podzielić.

– Co? – zapytała z lekką dezorientacją w głosie. – Wszystko okej?

– Oczywiście. Albo nie, czekaj… szlug mi się kończy – powiedział z żalem. – Po co dzwonisz?

– Chciałabym ci coś powiedzieć – rzekła cicho, po dłuższym milczeniu. – Moglibyśmy się jutro spotkać?

Pet wypadł Juliuszowi spomiędzy palców. Pierwszy raz to Ludwika chciała się z nim zobaczyć. Zazwyczaj Słowacki wręcz błagał ją poświęcenie niewielkiej ilości czasu.

– Nie ma problemu. Napiszę ci jutro, o której kończę.

– Mhm. Cześć.

Nie pożegnał się. Zakończył połączenie i z trudem wstał. Schylił się jeszcze po peta, by wyrzucić go potem do kosza w swoim pokoju. Przed Augustem może i darował sobie jakiekolwiek pozory, ale matka nie musiała wiedzieć o jego malutkiej demoralizacji.

W końcu, kto w jego wieku nie stronił od używek?

Wykonał swój wcześniejszy zamiar i usiadł na łóżku, po czym umieścił telefon przy poduszce. Bardzo nie chciało mu się przebierać, więc zdjął jedynie buty (co nie należało do czynności łatwych pod wpływem alkoholu) oraz kurtkę i położył się, by zakończyć wreszcie ten obfity w emocje dzień i spróbować zasnąć.

Nim jednak zamknął oczy, ekran jego telefonu zaświecił, oznaczając jakieś powiadomienie.

Juliusz niechętnie sięgnął po urządzenie i odblokował je. Z tego, co wywnioskował, został dodany do jakiejś konwersacji. Konwersacji, w której był Adam. Adam zwierzający się ze swoich problemów.

JestemDebilem: I kazał mi iść do KFC.

JestemDebilem: A potem się okazało, że matka obiad mu zrobiła.

JestemDebilem: Tylko był głodny i sobie pomyślał, że zapomnę i w ramach przeprosin kupię mu te głupie kurczaki.

JestemDebilem: KTO MI USTAWIŁ TAKI PSEUDONIM?

TelefonZaufania: xDDDD

Juliusz dostrzegł, że kółeczko, które wyświetlało się przy nadawcy wiadomości przedstawia profilowe Krasińskiego.

Użytkownik Adam Mickiewicz zmienił pseudonim użytkownika Zygmunt Krasiński na Dante.

Dante: Przestań.

JestemDebilem: Znajdę kiedyś tego twojego ficka, wydrukuję i porozrzucam po szkole.

Dante: Przestań 2.

Dante: A tak bardziej serio.

Dante wysłał zdjęcie.

Juliusz mógł podziwiać niezadowolonego Zygmunta, na którego kolanach spał Fryderyk.

Dante: Wie ktoś, jak to się włącza?

JestemDebilem: Zanuć mu discopolo. Wstanie i ci jebnie.

Słowacki parsknął śmiechem.

Dante: xDD

JestemDebilem: A właśnie, Julek

Ty: tak?

JestemDebilem: Żyjesz, prawda?

Ty: żje,

JestemDebilem: Boże.

JestemDebilem: Idź już spać.

Ty: mialem taki zamiae

JestemDebilem: Więc dobranoc.

Dante: Dobranoc!

Ty: dobranc

Wyłączył WiFi i nim zasnął, zastanawiał się, dlaczego nie potrafił pisać na telefonie po pijaku.

***

– Nie wyglądasz najlepiej. Nie jesteś czasem przeziębiony? – Salomea zaczęła bacznie przyglądać się synowi.

Juliusz przestał drętwo patrzeć w talerz z tostem i uniósł głowę, by szybko zaprzeczyć. Dostrzegł błyszczące od choroby oczy i blade, zaciskające się na szlafroku dłonie.

– Źle spałem.

– Miałeś koszmary?

– Mamo, mam szesnaście lat i zapewniam cię, że…

Kobieta uśmiechnęła się blado.

– Wiem, wiem, przepraszam, panie dorosły.

Słowacki chciał westchnąć, ale gdyby robił to z każdym takim tekstem wypowiedzianym przez matkę, umarłby od zapowietrzenia się.

Kochał ją i doceniał fakt, że przykłada się do jego wychowania. Miał jednak problem z jej światopoglądem. Według niego Juliusz wciąż miał siedem lat i potrzebował mnóstwo wsparcia po stracie ojca.

A jedyną rzeczą, której naprawdę teraz potrzebował, była ogromna butelka wody, stojąca na ladzie.

– O której wczoraj wróciłeś? – Salomea usiadła naprzeciw niego i pomasowała skronie.

– Nie wiem – odpowiedział. – Chyba około dwudziestej.

– Co tak późno?

– Projekt robiłem.

– Juliuszu, gdy ostatni raz robiłeś projekt, wróciłeś pobity.

Chłopak westchnął cicho.

– Spanikowałem, a żadna inna wymówka nie przyszła mi na myśl.

– Niezwykle pomysłowe, doprawdy! – powiedziała z przekąsem. – Więc gdzie byłeś?

– U kolegi.

– Którego?

– Nie znasz. – Juliusz zdał sobie sprawę, że popełnił błąd, stawiając się w takiej sytuacji. – Albo nie, znasz. Adam. Tak, Adam Mickiewicz.

Salomea wykonała najwolniejsze mrugnięcie na świecie.

– Robiłeś projekt z drugoklasistą?

– To na kółko teatralne.

– Od kiedy ty…

– Potrzebował pomocy.

Kobieta westchnęła.

– Uznajmy, że ci wierzę.

Chryste, w końcu, pomyślał.

***

– Nie odzywaj się do mnie – mruknęła Celina, gdy tylko zobaczyła, że zbliżający się do niej Adam zamierza coś powiedzieć.

Wyminął go Krasiński.

– Wybacz mu – rzekł Szymanowskiej. – Upił się debil, ale to z radości.

– Żadna radość tego nie usprawiedliwi – odparła, nie siląc się nawet na krztę pozytywnego stosunku wobec rozmówcy.

– Ale. – Zza pleców Mickiewicza wyłonił się Fryderyk. Przez nadużycie alkoholu dzień wcześniej wyglądał jak półżywy. – Dop z matmy…

Celina westchnęła ciężko.

– Przez dwie godziny mu tłumaczyłam temat. Mógł więc, nie wiem, z jakiegoś szacunku do mnie nie tykać alkoholu. – Odwróciła się na pięcie i zgarnęła plecak z ławki, by sekundę później ruszyć przed siebie.

Przyjaciele Adama spojrzeli na niego z wyrzutem sugerującym, że powinien coś zrobić.

Ten zaś dał im znak, żeby zostali w miejscu, a sam poszedł za dziewczyną.

Celina, prawdopodobnie celowo, spróbowała ukryć się w tłumie osób zmierzających w kierunku szkolnego bufetu.

Adam pokręcił głową z dezaprobatą (czując, że pomimo hektolitrów wody wypitych rano, kac nie ustępował).

Przyspieszył kroku i nim dziewczyna skręciła do pomieszczenia, chwycił ją za nadgarstek.

– Zostaw mnie – syknęła, po czym spojrzała mu w oczy ze wściekłością. – Nie zamierzam z tobą rozmawiać. Nie dotarło za pierwszym razem?

– Sęk w tym, że bez rozmowy raczej się nie pogodzimy. – Gwałtownym ruchem ręki przyciągnął ją do siebie. Czuł na sobie wzrok sporej części innych uczniów. I przepełnione paniką spojrzenie Celiny.

– Puść mnie natychmiast – wycedziła.

– A porozmawiasz ze mną?

– Puść ten pieprzony nadgarstek, to boli.

Adam zdał sobie sprawę, że ścisnął jej rękę zdecydowanie za mocno. W ciągu chwili pozwolił jej się wyswobodzić i zdenerwowany schował dłonie w kieszenie. Przez głowę przebiegała mu tylko jedno słowo.

Cholera.

Strach Celiny przerodził się w gniew. Niemalże natychmiast zniknęła mu z pola widzenia.

– I na co się gapicie? – syknął, zauważywszy kątem oka, że grupa pierwszaków z prawniczej analizuje każdy jego ruch.

Jedyne, co teraz przychodziło mu na myśl, to pozostawienie Celiny samej i próbę nawiązania kontaktu za kilka lekcji lub po skończonych zajęciach. Musieli przecież dojść do porozumienia.

– Jak bardzo spieprzyłeś tę sprawę? – Adam usłyszał za sobą głos Krasińskiego.

Zirytowany odwrócił się, by go obrazić.

Zygmunt był niczym worek treningowy na jego żądne walki, skacowane myśli.

– Dlaczego wszystkie słowa w twoich ustach brzmią tak, jakby wypowiedział je ktoś niedorozwinięty?

– Problem jest w odbiorze, nie nadawaniu. – Chopin znalazł się przy Krasińskim. – Dawno nie widziałem jej tak złej.

– Ha! – Zygmunt zaśmiał się cicho. – Za często wyjeżdżasz w takim razie. Kłócą się ze sobą ostatnio bez przerwy.

– Zamknij się wreszcie – syknął Mickiewicz.

Był pewien, że gdyby nie dzwonek, dopowiedziałby do tego gorsze słowa.

Wielce zirytowany, odwrócił się na pięcie i skierował ku sali historycznej. Minął Słowackiego (chciał się przywitać, ale ten prawdopodobnie go nie zauważył).

– Mam go ochotę czasem zabić – mruknął Chopin, po czym ziewnął. – Zawsze robi z siebie ofiarę.

Zygmunt skinął jedynie głową na znak, że się zgadza.

Fakt, że wszyscy trzej się przyjaźnili, był czystym przypadkiem.

Krasiński chodził z Mickiewiczem do gimnazjum, ale nigdy za sobą nie przepadali. Trafiwszy do jednego liceum, ba, do jednej klasy, z czasem zaczęli się tolerować. Potem dołączył do nich Chopin, uznając, że to jedyne towarzystwo, w jakim będzie się w tej szkole czuł choć trochę przyzwoicie.

Może nie była to więc przyjaźń, a po prostu potrzeba posiadania towarzystwa w gąszczu licealnej dżungli.

Żaden z nich tego nie wiedział.

I żaden z nich się nad tym nie zastanawiał.

Obecny stan rzeczy pasował każdemu.

Nie bez powodu ich konwersacja grupowa nosiła nazwę Zdesperowani Idealiści.

***

Liceum, do którego uczęszczał Adam mogło poszczycić się historią, tradycją oraz osiągnięciami. Mickiewicz jednak uważał za największą zaletę swojej szkoły bibliotekę – nie dlatego, że pracowała w nim jego ciotka, lecz za fakt, jakim wielkie pomieszczenie poświęcono regałom z książkami.

Ograniczony zasięg kamer, możliwość ukrycia się przed światem – tego było trzeba wielu licealistom, którzy momentami nie wytrzymywali ze swoimi rówieśnikami.

Adam doskonale wiedział, że znajdzie Celinę własnie tutaj. No dobrze, nie wiedział, po prostu sam chciał odreagować i fakt, że oboje znaleźli się pod tym samym regałem był przypadkiem.

Na jego widok Szymanowska od razu postanowiła opuścić pomieszczenie.

– Zostań – powiedział cicho.

Musiał przyznać, że źle mu było z gniewem Celiny. Bił się z myślami kilka dobrych godzin.

Nie lubił się bić z myślami.

– Nagle cię dopadły wyrzuty sumienia? – powiedziała beznamiętnie.

– Chciałem porozmawiać.

Założyła ręce na piersiach, po czym westchnęła cicho.

– Chyba oboje czujemy złe skutki dnia poprzedniego.

– Co masz na myśli? – zapytał Adam.

– Ty zachowujesz się na kacu miliard razy gorzej niż zazwyczaj, ja daję się ponieść emocjom.

Mickiewicz oparł się lekko o regał.

– Stało się coś?

Dziewczyna przez chwilę zbierała się na odwagę, by odpowiedzieć.

– Zrobili mi kazanie w bursie, że nie wróciłam na noc. Zadzwonili do ojca.

– Cholera – mruknął. – Rozmawiał z tobą?

Spuściła wzrok.

– Krótko. Powiedział, że policzymy się, gdy wrócę do domu.

Adam podszedł do niej bliżej. Dziewczyna od razu wychwyciła, o co chodzi i pozwoliła się przytulić. Najwyraźniej tego potrzebowała; Adam poczuł ręce zaciskające się na jego torsie.

– Odprowadzisz mnie na peron?

– Odprowadzę.

Zamilkli. Jedynym słyszalnym dźwiękiem było nienaturalne głośne stukanie klawiatury, ale nie zwracali na to uwagi. Dla Adama liczył się aktualnie niestabilny oddech Celiny.

– Mogę cię o coś zapytać? – rzekł cicho.

– Pytaj. – Odsunęła głowę od jego klatki piersiowej, ale nie spojrzała mu w oczy.

– Czy twoja mama boi się mu postawić?

Odpowiedź zajęła Celinie dłuższą chwilę.

– To ponad jej możliwości.

– Co masz na myśli?

– Nie jest na siłach.

– Choruje?

– Adam, proszę.

– Wybacz.

***

Juliusz obiecał sobie, że już nigdy nie tknie alkoholu.

Przez cały dzień kac dokuczał mu niemiłosiernie. Przed ostatnią lekcją miał ochotę wybrać się do sali francuskiej, usytuowanej na czwartym piętrze i posiadającej najpiękniejszy widok na miasto, i wyskoczyć z okna, kończąc swój stan raz na zawsze.

Wyszedłszy ze szkoły, poczuł chłód. Odsunął się pod ścianę budynku, by poszukać w plecaku rękawiczek, jednocześnie nie torując nikomu przejścia.

Przykucnął i otworzył plecak. Nim jednak znalazł pomoc dla swoich marznących dłoni, musiał skupić się na czymś innym. Głos Adama od razu skierował jego wzrok ku krańcowi ściany. Dostrzegł Mickiewicza, mówiącego coś do niższej od niego dziewczyny.

– Bądź o osiemnastej – powiedziała.

– Mhm. Romantyczny spacerek na dworzec czy autobus?

– Się zobaczy, czasu będziemy mieć pod dostatkiem.

Juliusz nie był pewien, czy towarzyszka Adama to Celina. Dopiero scena pocałunku, na którą, nie wiedzieć czemu, spoglądał wbrew taktowi i należnej parze intymności, utwierdziła go w tym przekonaniu.

Wymacał wreszcie w czeluści plecaka rękawiczki i zebrawszy się, ruszył w kierunku docelowym. Będąc równolegle do pary, poczuł dziwny ścisk w żołądku. Przyspieszył kroku, próbując nie myśleć o tym, że też chciałby mieć kogoś, kto odwzajemnia jego uczucia.

A fakt, że zaraz miał się spotkać z Ludwiką wcale mu w tym nie pomagał.

Stwierdził, że należało sobie dać spokój z dziewczyną, która odrzuciła jego zaloty po trzech latach bolesnej i bezgranicznej adoracji. Ów podziw sprawił jedynie, że Słowacki czuł na widok Ludwiki pustkę, może nawet niewielki niesmak. Nawet potrzeba związana z posiadaniem kogoś u swego boku zmalała. Miał przecież nowych znajomych.

Czekała na niego w parku, gdzie ponad miesiąc temu doszło do bójki. Siedziała na starej ławce, pijąc kawę z Costy.

– To było gdzieś tutaj? – zagaiła, od razu dezorientując Juliusza.

– Co?

– Tu się biliście?

Wzdrygnął się mimowolnie. Skąd ona o tym wiedziała?

– Konrad mi powiedział – uprzedziła jego pytanie. – Co wam do łbów strzeliło?!

Juliusz bardzo nie chciał dzielić się z nią szczegółami tej sprawy. Ludwika znała ich obu doskonale i wiedziała, że mieli adekwatny powód do dokonania rękoczynów.

Bardzo nie chciał do tego wracać.

– Osiemnasty października – powiedział z trudem.

– Tyle wiem – syknęła. Spojrzała prosto w oczy Słowackiemu, a jej ton powoli zaczął łagodnieć. – Nie powinniście tego robić. On… na pewno nie chciałby, byście krzywdzili się z jego powodu.

Juliusz spiął wszystkie mięśnie. W jednej chwili zaczął błagać wszystko, w co wierzył, by Ludwika przestała drążyć temat, a w jego głowie nie pojawiły się wspomnienia.

– To mi chciałaś powiedzieć? – zapytał ostro. – W takim razie dziękuję za zepsucie popołudnia.

Odwrócił się i już miał ruszyć na przystanek, gdy nagle usłyszał za sobą:

– Tata znalazł nową pracę. W Irlandii. Wyprowadzam się po świętach.

Natychmiastowo odpuścił i przysiadł się do niej. Nie został jednak obdarzony spojrzeniem.

– Chciałam się spotkać po raz ostatni z tobą i nim. Zadzwoniłam najpierw do Konrada, wtedy mi powiedział o bójce.

Słowacki nie miał pojęcia, czy jakikolwiek komentarz z jego strony będzie potrzebny.

– Wiem, że nie będziecie chcieli się spotkać wspólnie, więc, być może, to ostatni raz, gdy się widzimy.

Nie miał pojęcia, dlaczego Ludwika zaczęła płakać. Od dawna czuł, że jest dla niej jedynie zbędnym ciężarem.

– Mógłbyś coś dla mnie zrobić? – zapytała bardzo cicho.

– Jasne. – Na bardziej rozbudowaną wypowiedź nie było go stać. Emocje targały nim w sposób niewiarygodny.

– Proszę, potraktuj to tylko jako pożegnanie. – Nim Słowacki zdążył zareagować, Ludwika zbliżyła się, by chwilę później ich usta złączyły się w pocałunku. Długim i przepełnionym rozkoszą pocałunku.

Juliusz wiedział, że powinien natychmiast przestać.

Ale moment później o tym zapomniał, a raczej wyparł z głowy – przyjemność wzięła górę.

***

– Czy to nie jest ten pierwszak od bójki? – zapytała Celina, zwracając uwagę Adama na w miarę dobrze widoczną ławeczkę z parku po drugiej stronie ulicy.

Mickiewicz opuścił lekko powieki, by w następnej sekundzie otworzyć je w geście zdziwienia. Nie zwolnił jednak kroku, wręcz przyspieszył.

– Tak, to on – odpowiedział chłodno

– Całuj mnie tak czasem.

– Co proszę?

– Widzisz, ile w tym namiętności? – Adam prychnął na słowa Celiny, na co ta pokręciła głową z dezaprobatą. – Muszą się bardzo kochać.

– Wyglądają jakby chcieli się zjeść.

Dziewczyna zaśmiała się cicho i spojrzała na pierwszoklasistów po raz ostatni.

Mickiewicz wbił wzrok w swoje buty. Poczuł się, nie wiedzieć czemu, bardzo nieswojo.

Druga strona

Celina weszła do sali najciszej, jak się dało. Skinęła głową znajomej dyżurującej pielęgniarce (przeklinając w duchu, że nie jest ona panią Lucynką, która należała do wyjątkowo miłych istot) i skierowała się ku stojącemu w lewym rogu sali łóżku. Zgarnęła wolne krzesło spod parapetu i umieściła je tuż obok aparatury.

– Cześć – przywitała się, zająwszy miejsce. – Wybacz, że tak późno. Pociągi rządzą się własnymi prawami.

Odgarnęła włosy z czoła matki, próbując uspokoić złość na pielęgniarkę, która nie raczyła tego zrobić. Właściwie, nie musiała – Celina po prostu była przewrażliwiona na tym punkcie.

– Wiem – zaczęła – że obiecałam przyprowadzić dziś Adama, ale trochę się posprzeczaliśmy. To nic poważnego, ale byłam wtedy bardzo zła i rozmyśliłam się z poproszeniem go o towarzystwo. Poproszę go za tydzień, może dwa. Wiesz, że dostał dwa z matmy?

W takich momentach Celinie lepiej było patrzeć na smukłe dłonie matki niż jej twarz, nie wyrażającą żadnych emocji.

– Polubisz Adama – stwierdziła. – Zawsze chciałaś, żebym miała takiego chłopaka. Jego elokwencja, takt… wszystko ci się w nim spodoba.

***
– PASZOŁ WON ODE MNIE, WIECZNIE NIENAŻARTA CHOLERO! – Adam po raz któryś już zepchnął stopy brata ze swojego barku.

Aleksander spojrzał na niego z niesmakiem i począł szukać idealnej pozycji do dalszej gry.

– Złość piękności szkodzi, kochanieńki – mruknął jedynie, zaciskając palce na padzie do xboxa.

– Ale ty mnie wpieniasz.

– I vice versa! Siedziałem tu pierwszy i, oczywiście, musiałeś usadowić swoje cztery poetyckie litery akurat obok mnie.

Adam posłał mu nienawistne spojrzenie.

– Mam do tej kanapy takie samo prawo jak ty.

– Jeśli zostanę prezydentem, zrobię wszystko, byś był traktowany jak podczłowiek.

Starszy z braci prychnął.

– Jako kłamca i ułom intelektualny nadajesz się do rządzenia w naszym kraju jak nikt inny.

Aleksander rzucił w niego poduszką, o którą jeszcze przed chwilą się opierał.

– Taki z ciebie kozak? – syknął, po czym wstał, sięgnął po drugiego pada, znajdującego się na ławie przed kanapą i podał go bratu. – Spróbuj ze mną wygrać.

Starszy Mickiewicz wywrócił oczami.

– Żartujesz sobie? Mam ciekawsze rzeczy na głowie niż durne gry na konsoli.

Aleksander zaśmiał się cicho.

– Wymiękasz? – Ponownie wstał i podszedł do półki, gdzie ułożone były wszystkie płyty, które posiadali. Sięgnął po jedno z pudełek i pomachał nim ostentacyjnie. – Założę się, że już zapomniałeś, jak w to się gra.

Kącik ust Adama mimowolnie uniósł się ku górze. Gówniarz w życiu nie pokona go w Call of Duty.

– Będziesz karmą dla zombie, gnojku.

***

Juliusz leżał na łóżku, zastanawiając się, jakim cudem pozwolił sobie na ten pocałunek. Czy był aż tak zdesperowany?

Wyrzuty sumienia dręczyły go bez przerwy. Czuł złość i rozczarowanie własną osobą. Ludwika wciąż mogła robić z nim wszystko, co tylko chciała i sytuacja, w jakiej się znalazła bynajmniej nie przeszkadzała dziewczynie w manipulacji.

Z drugiej strony, może jej intencje nie były złe? Może również nie potrafiła odnaleźć się w tym wszystkim?

– Co tu tak ciemno? – Juliusz podniósł się na łokcie, by dostrzec matkę, która uchyliła lekko drzwi. – Satanizmy odprawiasz?

– Zapewne – odparł z mimowolnym sarkazmem.

– Zaraz będzie kolacja.

– Okej, za moment przyjdę. – Nim skończył swoją wypowiedź Salomea włączyła światło, przez co Juliusz natychmiastowo przymrużył oczy. – Auć.

– Nie siedź po ciemku, to przyciąga złe myśli. – Uśmiechnęła się się do niego i wyszła.

Juliusz pokręcił głową z dezaprobatą i wrócił do wpatrywania się w sufit. Trwało to niecałą minutę, ponieważ dźwięk powiadomienia, który wydobył się z telefonu, przykuł jego uwagę na dobre. Sięgnął po komórkę i spojrzał na wyświetlacz.

Konrad: Możemy rozwiązać to raz na zawsze?

Westchnął cicho i stwierdził, że ta wiadomość będzie niczym wisienka na torcie jego dzisiejszych przeżyć.

Ty: Co proponujesz?

Konrad: rozmowę w cztery oczy, bez świadków

Konrad: albo nie… z jednym o imieniu Ludwik

Dłoń Słowackiego mimowolnie zadrżała.

Ty: Kiedy?

Konrad: dzisiaj

Konrad: nasze matki nigdy ze sobą nie pogadają choćbyś nie wiem ile kablował wiesz?

Ty: Używaj przecinków.

Konrad: używaj mózgu

Konrad: czekam na ciebie o 21

Konrad: tylko tym razem nie groź mi pobiciem. dla swojego dobra

Juliusz spojrzał na zegarek. Dziewiętnasta piętnaście.

To się nie skończy dobrze, pomyślał.

***

Celina po cichu weszła do domu, ale najwyraźniej nikogo w nim nie było. Wyjrzała lekko za przedpokój, z niepokojem patrząc w ciemność w reszcie pomieszczeń. Westchnęła cicho.

Gdzie był ojciec?

Zdjęła buty i umieściła je w niewielkiej szafce. Następnie przeszła do kuchni i włączyła światło. Wszechobecny nieporządek momentalnie przypomniał jej o zmęczeniu całym dniem. Cisnęła torbę z rzeczami koło stołu. Pomasowała obolałe od ciężaru ramię i podeszła do zlewu, by nalać do czajnika wody. Potrzebowała herbaty. Gorącej, białej herbaty, mogącej pomóc jej przed sprzątaniem, a później, o ile nie jutro, rozmową z ojcem.

Zapaliła kuchenkę i postawiła na niej sagan.

Zgarnęła torbę i przeszła do swojego pokoju.

Nie lubiła tego miejsca. Od czasu wypadku matki kojarzyło się jej jedynie ze łzami i strachem. Paradoksalnie jednak, było to jedyne miejsce w domu, dające dziewczynie jakiekolwiek bezpieczeństwo.

Położyła torbę na łóżku i otworzyła ją, by wziąć ubrania do prania. Czemu jej bursa nie mogła mieć pralni?

Przeszła do łazienki i wrzuciła kolorową część ubrań do bębna pralki. Słysząc gwizdanie czajnika, przyspieszyła wykonywaną czynność, wsypała proszek do szuflady i przekręciła programator.

Wyprostowała się i spojrzała na pomieszczenie, z bólem serca stwierdzając, że prawdopodobnie trzeba będzie posprzątać każdy zakamarek domu.

Jak on to robił, będąc przez pięć dni w tygodniu jedynym domownikiem?

Chwilę później, wrzątek zalewał torebkę białej herbaty. Głośne trzaśnięcie drzwiami sprawiło, że prawie poparzyła się gorącą wodą, ale ostatecznie woda rozlała się na kredens.

– Szlag – mruknęła i zaczęła rozglądać się za jakąś ścierką.

– Celina? – Głos ojca sprawił, że mimowolnie zadrżała.

– Cześć – powiedziała głośno i szybko pozbyła się kapiącego na podłogę wrzątku.

Nie zdążyła nawet zastanowić się nad tym, czy ojciec jest pijany, ale gdy do jej uszu dotarł dźwięk nieregularnych kroków, nie miała już powodu, by robić sobie jakiekolwiek nadzieje.

Wycisnęła szmatkę, przemyła ręce i przeszła do przedpokoju.

Spojrzała na mężczyznę, opartego ramieniem o ścianę i, wbrew swoim wielkim chęciom, westchnęła.

– Chodź – zaczęła. – Pójdziesz spać.

Błagała w duchu, by nie protestował.

– Nie idę spać – powiedział z trudem. – Jest coś do jedzenia?

– Nie ma, dopiero wróciłam. Chodź – kontynuowała, jednak gdy wyciągnęła ku niemu dłoń by mógł się w jakikolwiek sposób na niej podeprzeć, natychmiast odtrącił rękę.

– Powiedziałem, że nie.

Celina nie dała za wygraną. Chwyciła ojca za ramię i ułożyła je na barku tak, by mogła go bez większych przeszkód podprowadzić do sypialni.

Jego nogi zdawały się być jak z waty, bo po pierwszym kroku ugiął kolana, przez co prawie powalił dziewczynę na ziemię.

– Dzwonili do mnie z bursy – mruknął.

– Potem ci to wyjaśnię.

– Gdzieś była? – Drążył temat swoim niezmiennym pijackim tonem.

– U koleżanki.

– Jasne.

– Po co pytasz, skoro mi nie wierzysz? – syknęła, nie wierząc, że sili się na dyskusję.

– Salon. – Zignorował jej pytanie. – Nie idę do żadnej pieprzonej sypialni.

Celina mogłaby zaprotestować, ale nie widziała w tym większego sensu. Pomyślała, że może ojciec zaśnie przed telewizorem i będzie miała spokój.

***

Juliusz lubił spędzać czas z matką, gdy nie było Augusta. Kiedy oni wesoło gawędzili przy wegetariańskim spaghetti, Becu siedział na dyżurce, wypatrując jakiejkolwiek pielęgniarki, mogącej zrobić mu jeszcze jeden kubek kawy. Wizja zaspanego i nie mającego siły na czepianie się o wszystko ojczyma napawała Słowackiego pozornym optymizmem.

Pozornym, bo przecież zaraz musiał wymknąć się z domu.

– Może zaczniemy jakiś serial? – zaproponowała Salomea, na co Juliusz prawie zakrztusił się porcją makaronu.

Akurat teraz?

– Chciałbym, ale chyba jestem na to zbyt zmęczony – odparł i nerwowo nawinął zawartość talerza na widelec.

– Tylko żebyś potem nie narzekał, że zapracowana matka nie ma dla ciebie czasu. – Wzruszyła ramionami.

– Przecież nigdy tak nie powiedziałem!

– A skąd mam wiedzieć, co ci w głowie siedzi?

Juliusz pokręcił głową z dezaprobatą, ale na jego twarzy pojawił się niewielki uśmiech. Dokończył posiłek, wstał i pocałował matkę w skroń.

– Czasem warto mi zaufać – powiedział, a następnie skierował się do pokoju.

Przekraczając próg pomieszczenia, usłyszał jeszcze “dobranoc” od Salomei.

Westchnął cicho, zamknął za sobą drzwi i rozpoczął plan ewakuacji. Miał czterdzieści minut, by dotrzeć na miejsce o czasie.

Otworzył szafę, by zabrać i umieścić trochę ubrań pod kołdrą (kto wie, czy matka nie postanowiłaby skontrolować jego snu nim wróci) w taki sposób, aby choć trochę przypominały go podczas spoczynku.

Wsunął na siebie najcieplejszą bluzę jaką miał, ubrał wcześniej przyniesione buty i otworzył drzwi na balkon. Przymknął je za sobą tak, by sprawiały wrażenie zamkniętych, a następnie z trudem przeszedł na drugą stronę barierki. Przyrzekał w duchu, że gdyby nie uliczne latarnie, a raczej ich blask, leżałby już obolały na trawniku. Spojrzał w dół i zeskoczył, modląc się o bezbolesny upadek.

Z trudem udało mu się wylądować na obu nogach. Zachwiawszy się lekko, podszedł do furtki. Wyciągnął z kieszeni spodni kluczyk. Niecałą minutę później biegł już ulicą, by zdążyć na autobus.

Ciężko się mu oddychało, prawie poślizgnął się na podeszczowej drodze, ale w ostatniej chwili wręcz wskoczył do pojazdu.

Zacisnął dłoń na lodowatej rurze od kasownika i odetchnął z trudem. Najgorsze jednak było dopiero przed nim. Nie miał pojęcia, co konkretnie go czeka i wolał nad tym w żaden sposób nie rozmyślać.

Tępo spoglądał przez drzwi autobusu w mroczny krajobraz, powoli zmieniający się, jednak nieznacznie. Miejscowość, w której mieszkał nabrała jednolitego wizerunku z powodu nowych osiedli. Zostały one dobudowane ledwie parę lat temu, ale ich liczba zmieniła na stałe wygląd okolicy. Juliuszowi bardzo się to nie podobało. Może dlatego, że nie lubił zmian, może z innych względów… po prostu czuł niesmak wobec takiego stanu rzeczy.

Znalazł się na odpowiednim przystanku. Wyszedł z autobusu, a następnie spojrzał na zegar w telefonie. Dwudziesta pięćdziesiąt. Idealnie.

Ruszył ku cmentarzowi. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, jaka panuje temperatura tudzież jakim błędem było pozostawienie kurtki w szafie.

Narzucił na głowę kaptur, włożył ręce do kieszeni i przyspieszył kroku.

Skutecznie odpierał ataki myśli, które chciały dostać się do jego głowy na stałe i skupić uwagę na obawach wynikających ze spotkania. Nie miał przecież pojęcia, co go czekało. Jak zwykle postąpił spontanicznie i zaraz przekona się, jak zgubny okaże się dla niego skutek takowego zabiegu.

Wszedł na mokrą, dawno nie strzyżoną trawę, chcąc w półmroku znaleźć dziurę w ogrodzeniu cmentarza. Główne wejście było za daleko, w dodatku miejsce, w którym mieli się spotkać usytuowane było w pobliżu.

Odnalazł dziurę i przeszedł przez nią, miliard razy próbując uwolnić zahaczoną o niektóre elementy siatki bluzę. Gdy wreszcie mu się to udało, wyprostował się i rozejrzał.

Pod koniec listopada niewiele zniczy paliło się na grobach; zazwyczaj pamięć o zmarłych znikała z ludzkich głów już kilka dni po Wszystkich Świętych. Dlatego też Juliusz bez trudu dostrzegł Konrada – blask płomyków oświetlał jego chudą twarz.

Czując ścisk w żołądku, podszedł do niego. Nie został jednak obdarowany spojrzeniem.

Gdy tylko się przeżegnał, usłyszał ciche:

– Rozmawiałeś z Ludwiką?

– Mhm.

– Nie chcę się z tobą godzić, bo nie potrafię. Nigdy ci tego nie daruję.

Juliusz bardzo chciał krzyknąć mu w twarz, że to nie przez niego Ludwik się zabił.

– W pewnym sensie rozumiem – odpowiedział.

– Nie byliśmy na to wszystko gotowi – stwierdził Konrad, zupełnie zmieniając temat. – Ani on, ani my. Popatrz, do czego nas to doprowadziło.

Skinął jedynie głową. Wciąż nie rozumiał, dlaczego wymknął się z domu w zimną noc. Miał usłyszeć tylko, że nigdy nie dojdą z Konradem do porozumienia?

– Niestosownym było bicie się w rocznicę.

– Rzeczywiście.

– Bardzo mnie wtedy zdenerwowałeś.

– Do czego zmierzasz?

Westchnął.

– W życiu bym cię nie pobił, zignorowałbym tę kłótnię, ale…

– Co “ale”?

Chłopak wyglądał, jakby w duchu ze sobą walczył. Wreszcie podjął decyzję i rozpoczął wypowiedź szeptem.

– Przypomniałem sobie wtedy, jak dzień przed samobójstwem Ludwik pytał o ciebie. – Juliusz nie skomentował tego w żaden sposób, czekał cierpliwie aż Konrad zbierze się na odwagę, by kontynuować. – Czy naprawdę jesteś zakochany w Ludwice. Teraz, gdy o tym myślę wiem, że cała ta rozmowa była przez niego idealnie zaplanowana. Ale wtedy nikt nie domyśliłby się, że próbuje wyciągnąć z niej jakieś konkretne informacje. Wszystko brzmiało niewinnie. Odpowiedziałem więc, że jestem pewien. I to był cholerny błąd.

– Co masz na myśli?

Konrad spojrzał na niego błyszczącymi oczyma. Juliusz nie miał pojęcia, czy ów blask pochodził od świateł zniczy, czy od łez.

– On cię kochał, Słowacki. Przez cały czas cię kochał.

***

Celina zamknęła za sobą drzwi. Wiedziała, że wszystko się zmieni, gdy matka się wybudzi. Musi tylko poczekać.

Podeszła do łóżka i kucnęła, by chwilę później wyciągnąć spod niego mały karton. Sięgnęła dłonią do torby i wyciągnęła portfel. Przeliczyła, ile pieniędzy jej zostało, a raczej, ile dostała od pracodawcy.

Połowę banknotów wzięła w dłoń, następnie zamknęła portmonetkę i umieściła z powrotem w torbie. Sięgnęła do kartonu, by chwilę później trzymać w ręce niewielkie pudełko – miejsce na jej wszystkie oszczędności. Pieniądze, jakie dostawała od ojca ledwie wystarczały jej na jedzenie (zupki chińskie) i bilety, ale dzięki pracy udało jej się uzbierać sporą sumkę, znacznie poprawiającą jakość życia.

Otworzyła wieko i poczuła, że żołądek podchodzi jej do gardła. Przejrzała jeszcze dokładnie karton, z pomocą latarki telefonu przeszukała cały obszar pod łóżkiem i wokół niego. Po pieniądzach nie było ani śladu.

Wstała i zaczęła badać cały pokój. Przejrzała każdy zakamarek pomieszczenia – bezskutecznie.

Westchnęła ciężko. Tylko jedna osoba mogła być za to odpowiedzialna.

Przeszła szybko do salonu, gdzie ojciec oglądał telewizję.

– Gdzie są moje pieniądze? – zapytała, nie kryjąc złości.

– Jakie pieniądze? – mruknął.

Celina zacisnęła pięści.

– Tysiąc osiemset pięćdziesiąt złotych. W pudełku. Nawet nie próbuj łgać, bo tylko ty mogłeś je zabrać.

– Potrzebowałem ich.

– Na co?

Wstał, chwiejąc się lekko.

– Nie twój zasrany interes.

– Te pieniądze nie należą do ciebie. Zarobiłam je sama i potrzebuję ich.

– Zarobiłaś?– zapytał kpiącym tonem i zbliżył się do niej. Celina poczuła znienawidzony odór alkoholu. – Jak?

– Nie twój zasrany interes.

Uderzył ją w twarz.

Wzięła głęboki wdech i zadrżała mimowolnie.

– Oddaj mi moje pieniądze. Te, które dostaję od ciebie nie starczają mi na nic.

– Jeszcze ci mało? – uniósł się, na co Celina zrobiła krok w tył. – Nie będziesz mi się w domu rządziła, gówniaro.

W takim stanie nic mi nie powie, pomyślała.

Odwróciła się na pięcie i szybko przeszła do swojego pokoju. Zamknęła drzwi na klucz i usiadła na podłodze, opierając się o łóżko.

Dawno nie czuła się tak bezsilna. 

To tylko smutek

Fryderyk od dłuższego czasu siedział przy keyboardzie (rodzice zabronili mu dotykać fortepianu w salonie po godzinie dwudziestej), próbując dokończyć jeden z ostatnich taktów nowego, tworzonego nieco „na odwal się” utworu. Nie, żeby był mało ambitny – po prostu, ostatnimi czasy praca nie szła mu łatwo, a jego nauczyciel nie był skłonny do tolerancji długoterminowego braku natchnienia.

Po raz kolejny zagrał ostatnią linijkę utworu, by na wyczucie dobrać odpowiedni dźwięk, który zakończy takt. Znalazł się przy ostatnim fragmencie i nacisnął klawisz, modląc się w duchu o pomyślną improwizację.

– Szlag – rzekł, słysząc fatalnie dopasowany dźwięk.

Spróbował jeszcze kilka razy, ale im bardziej się starał, tym gorsze skutki otrzymywał. Zdenerwowany zapisał wreszcie plik z dotychczasowymi zmianami w utworze i wyłączył laptopa, a następnie instrument.

Nie miał pojęcia, jak zdąży dokończyć feralny projekt, gdyż za dwa dni miał sprawdzian z lektury, której nawet nie zaczął. Po lekcjach miał ledwie godzinę, by wrócić do domu, a raczej wyrobić się przed Elsnerem. Nauczyciel miał w zwyczaju przychodzić wcześniej, co jeszcze bardziej utrudniało sprawę.

Nie lubił odkładać pracy na ostatnią chwilę. Fakt, że zawsze osiągał przeciwny skutek był, jego zdaniem, inną kwestią.

Miał już kłaść się spać, jednak zauważył, że dostał wiadomość. Sięgnął więc po telefon i odblokował go.

Ferenc: Chopin!

Ferenc: módl się, żebyś spał

Ferenc: albo się bardzo zdenerwuję

Fryderyk odruchowo chciał zrobić mu wyrzuty po polsku (dochodziła pierwsza, więc stwierdził po chwili, że miał prawo do takiej omyłki), jednak w porę się opamiętał i skasował dotychczas napisany tekst.

Ferenc: no dobra, nie zdenerwuję się

Ferenc: bo mam dla ciebie niespodziankę

Ferenc: i jestem nią tak podekscytowany, że nie potrafię być zły

Ty: Czekaj, co? Mam się bać?

Ferenc: oczywiście, że nie!

Ferenc: zaufaj mi

Ty: Nie lubię niepewności.

Ferenc: bądź cierpliwy

Ferenc: a teraz idź spać

Ferenc: co ty robisz o tej godzinie na nogach?

Chopin prychnął i spojrzał na wyświetlacz z oburzeniem.

Ferenc: sio, do spania!

Ty: A pan, panie Liszt?

Ferenc: pan liszt dzisiaj nie śpi

Ferenc: pan liszt dziś komponuje

Ty: Przemęczasz się.

Ferenc: nieprawda

Prawda, przebiegło przez głowę Fryderyka. Postanowił jednak dać za wygraną. Było zbyt późno, a on sam za pięć godzin powinien wstawać. Powinien, choć pewnie obudzi się za trzy lub cztery, by skończyć utwór.

Ferenc: idź spać

Ty: Idę, idę.

Ferenc: świetnie

Ferenc: w takim razie słodkich snów

Chopin mimowolnie uśmiechnął się do telefonu.

***

Juliusz czytał to samo zdanie od prawie minuty. Nie przeszkadzał mu gwar, jaki panował na korytarzu – tym razem jego myśli okazały się głośniejsze. Wędrowały ku jednej sprawie, nie pozwalając Słowackiemu zapomnieć o doświadczeniach sprzed kilku dni. Nie wiedział, jak zaradzić smutkowi, który spętał jego serce. Oczami wyobraźni naprzemiennie wracał do rozmowy z Konradem i ostatnim, wyraźnym wspomnieniem dotyczącym Ludwika.

Był jednym z powodów, dla których jego przyjaciel postanowił odejść z tego świata.

Zacisnął dłonie na książce.

– Mogę? – Uniósł wzrok, by dostrzec Konrada, który najwyraźniej chciał się dosiąść.

Juliusz nerwowym ruchem zabrał plecak, leżący na ławce tuż obok niego.

Konrad zajął miejsce i spojrzał na chłopaka z powagą.

– Powiedziałem ci to, bo uznałem, że powinieneś wiedzieć. Jeśli sądzisz, że sprowadzenie na ciebie depresji było moim zamiarem, mylisz się. I to poważnie.

Słowacki uniósł brwi do góry. Nie miał pojęcia, o co mu chodzi.

– Chciałem ci powiedzieć – kontynuował Konrad – że nie masz wpływu na to, co wtedy się wydarzyło. On… nie mógł sobie z tym poradzić, ale nie przez nas. Próbowaliśmy mu pomóc. Zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy i…

– Najwyraźniej zrobiliśmy za mało – przerwał mu Juliusz.

– Nie myśl tak o tym. Niczego już nie zmienimy.

– Gdybym tylko wiedział…

– Ale nie wiedziałeś. Nikt nie wiedział – westchnął. – Postaraj się o tym zapomnieć. Dla własnego dobra.

Słowacki uniósł brwi do góry.

– Martwisz się o mnie, czy po prostu chcesz mieć czyste sumienie?

– Smutny jesteś jeszcze bardziej wkurwiający niż zwykle. – Po tych słowach wstał i bez pożegnania ruszył korytarzem.

Minął się z Mickiewiczem, który po spojrzeniu na Konrada zrobił minę zdradzającą dezaprobatę.

– Kolejna kłótnia małżeńska? – zapytał, znalazłszy się przy Słowackim.

– Ten żart był jednorazowy. Następnym razem nie brzmi tak śmiesznie.

– On nigdy nie brzmiał śmiesznie, Julek.

– Nie mów do mnie Julek.

– Dlaczego?

– Nie lubię, gdy się mnie tak nazywa – wyjaśnił Słowacki.

– Zdajesz się być mocno wkurzony.

– Możliwe.

– Albo smutny.

– Tego też nie da się wykluczyć.

– Jeśli mi powiesz, może ci być łatwiej.

Juliusz miał go ochotę zapytać, czy jest aż tak zdesperowany, by bawić się w psychologa. Spojrzał w oczy Mickiewicza, a następnie westchnął cicho.

– Chyba nie jestem w nastroju na takie rozmowy – stwierdził po chwili. – A moje pseudo problemy raczej nie są niczym ciekawym.

– Nie interesuję się nimi dlatego, bo są ciekawe. Interesuję się nimi, ponieważ dotyczą ciebie, a właściwie twojego samopoczucia. Zygmunt nie widzi świata poza podręcznikami, Chopin wygląda jakby nie wiedział, czym jest sen, a ty jesteś aktualnie najsmutniejszą osobą w gronie moich znajomych. Twój pech polega na tym, że nie potrafię odciągnąć tego idioty od bezmyślnego zakuwania, Fryderyk prawdopodobnie drzemie w bibliotece, więc tylko tobie mogę spróbować pomóc.

– Jakież to szlachetne – skwitował Juliusz.

– Wiem. – Adam zdawał się ignorować sarkazm młodszego kolegi.

– Sądzę jednak, że nie jesteś w stanie mi pomóc – powiedział Słowacki, po czym wstał i miał już ruszyć pod salę, jednak Mickiewicz wyprzedził go i stanął w miejscu, gdzie miał postawić następny krok. – Co ty robisz?

– Daj mi szansę.

Juliusz miał ogromną ochotę zapytać go, czy sobie żartuje, jednak wyraz twarzy Adama utwierdził go w przekonaniu, że przemawia przez niego powaga.

Chciał, naprawdę chciał o tym komuś powiedzieć. Miał przeczucie, że w chociaż małym stopniu może mu to pomóc. Już dawno stwierdził, że ma do czynienia z problemem – nie znał osoby, której mógłby powierzyć sekrety i troski.

Mickiewicz go wyśmieje – to przeświadczenie krążyło po jego głowie. Nie miał pojęcia, co śmiesznego jest w samobójstwie, jednak wizja ta przywarła mu do świadomości.

– Dlaczego mnie tak traktujesz? – zapytał wreszcie Adama.

– Proszę?

– Dlaczego tak szybko uznałeś mnie za kogoś bliskiego?

Mickiewicz posłał mu długie spojrzenie.

– Tak reagujesz na chęć pomocy?

– Nie bądź zły. Nie wiem, czy ufam ci na tyle, by zwierzać ci się z moich zmartwień.

Westchnął.

– Było tak od razu. – Odwrócił się na pięcie. – W razie czego wiesz, do kogo się zwrócić.

Juliusz przez chwilę patrzył na oddalającego się Mickiewicza. Klął niewymownie na siebie i całą tę sytuację. Znów był sam.

***

– Jak zareagował ojciec?

Celina wzruszyła ramionami.

– Myślałam, że będzie gorzej. Zdenerwował się, ale odpuścił – powiedziała. – Mamy tylko jeden problem… ten koncert, na Strzeleckiej…

– Zabronił ci iść?

– Tia. Będę chyba musiała sprzedać swój bilet. – Spuściła głowę. – Jesteś zły?

– To moja wina. Muszę ponieść konsekwencje.

– Strasznie cię przepraszam.

Ujął dłonią jej podbródek i uniósł go lekko, by móc spojrzeć w ciemne oczy dziewczyny.

– Nie masz za co. Spędzenie towarzystwa z tobą, dobrym filmem i popcornem będzie równie dobre.

Przytuliła go mocno.

– Wiesz, że popcorn to świetny wabik na twojego brata?

– Nie wspominaj mi o tym kretynie. – Na chwilę zamilkł. – Celina?

– Tak?

– Czy ja się zbyt narzucam ludziom?

Odsunęła się od niego i posłała mu spojrzenie przepełnione zdziwieniem.

– Czemu pytasz?

– Powiem, jak odpowiesz.

Zastanowiła się.

– Lubisz się porządzić, ale czy narzucać… sama nie wiem. Skąd to pytanie?

– Uznajmy, że ktoś chyba ma takie mniemanie o mojej osobie.

– Zabolało cię to?

– A czy wyglądam, jakbym czuł się skrzywdzony?

– Jak cholera.

***

Fryderyk zatrzymał się przy furtce, dysząc ciężko. Nie zdążył przed Elsnerem. Nauczyciel patrzył na niego wprawdzie bez wyrzutu, ale Chopin czuł podświadomie, że może być zły.

– Długo pan czekał? – zapytał, zamykając za nim furtkę.

– Nie, dopiero przyszedłem.

– Bardzo przepraszam. – Fryderyk otworzył drzwi i gestem zaprosił nauczyciela do środka. – Autobus mi uciekł, musiałem…

– Rozumiem – przerwał mu Elsner.

Fryderyk zdjął płaszcz i przeszedł do salonu, by przygotować nuty.

– Napije się pan czegoś? – zapytał.

– Herbaty, jeśli to nie problem – odparł nauczyciel, po czym podszedł do krzesła obok fortepianu, które zazwyczaj zajmował. – Rodzice w pracy?

– Mhm. – Chopin popędził do kuchni, by przygotować herbatę. – A siostra na wykładach. Nuty są w teczce, może je pan przejrzeć.

– Czyli zdążyłeś! A tak się zarzekałeś, że masz za mało czasu.

– Bo miałem. Obudziłem się o czwartej, żeby to skończyć i wydrukować.

– Sztuka wymaga poświęceń!

– Póki co żadna z tego sztuka – sprostował.

Zazdrościł Ferencowi – nigdy nie spotkał kogoś tak zdolnego i kochającego swoją pasję. Na cóż Chopinowi była miłość do muzyki, skoro nie miał czasu ani siły, by napisać cokolwiek przyzwoitego?

Zalał torebkę wrzątkiem, po czym wziął kubek i wraz z cukierniczką zaniósł je do salonu.

Elsner wciąż analizował nuty.

– Nie chcę ci mówić, jak masz komponować, bo nie sądzę, by było to coś to wyuczenia. Musisz to czuć – powiedział, po czym odłożył kartki. – Mam kilka zastrzeżeń, ale wolę, byś sam je wyłapał podczas gry.

Fryderyk kiwnął drętwo głową i zabrał nuty. Zasiadł przy fortepianie, ułożył kartki, a następnie rozpoczął utwór. Czynność ta zawsze wiązała się z konsekwencjami – czasem zapominał o bożym świecie, pozwalając się unieść muzyce, jednak częściej przez głowę przechodziły mu wszystkie negatywne opinie, jakie słyszał na temat swojej gry.

Klawisze były dla niego niczym pole bitwy – za każdym razem musiał walczyć ze swoimi lękami, które jedynie go ograniczały.

Przerwał.

– Przyznaję, ta fermata jest bez sensu.

Elsner kiwnął głową.

– Napięcie jest jeszcze za małe, by rozładowywać je w tym miejscu i w taki sposób.

– Poprawię to.

Przez głowę przebiegło mu kilka myśli.

Jak radzi sobie Ferenc? Pewnie gra swój nowy utwór, który nie zawiera żadnych błędów. Jego nauczyciel na zakończenie bije mu brawo, zachwalając postęp, jaki dostrzegalny jest z każdym nowym dziełem.

Wrócił do wcześniej wykonywanej czynności. Tutaj zaczynały się przysłowiowe schody. Naniesienie poprawek było konieczne.

Westchnął cicho.

– Lepiej wyrzucić to do kosza niż zacząć zmieniać – mruknął.

– Mylisz się. Nie jest źle, wystarczy tylko nad tym usiąść i przemyśleć ponownie.

– Znalezienie czasu będzie sporym wyzwaniem.

Nauczyciel zmarszczył brwi.

– Miałem w planach coś innego, ale równie dobrze możemy się zająć tym utworem.

– Nie! – Głos Chopina zdradzał podenerwowanie. – Ja… napiszę to od nowa. Przepraszam za problem.

Elsner podniósł się z krzesła i stanął za nim.

– Nie przepraszaj – mruknął, nieco zmieszany zachowaniem ucznia. – Skończymy to dzisiaj.

– Ale…

– Bez dyskusji – uciął. – Fermata do poprawy, kasownik tutaj też bym usunął… masz ołówek?

– Zaraz przyniosę. – Chopin natychmiast wstał i ruszył do swojego pokoju.

Czy jego nauczyciel naprawdę nie widział kiczu emanującego z nut? A może chciał mu jedynie zrobić nadzieję, że coś potrafi?

***

– Wiem, że dziwnie to zabrzmi z ust rodzica, ale za dużo się uczysz.

Zygmunt zaśmiał się cicho.

– Przecież chciałeś, żebym miał dobre oceny.

– I wciąż chcę, ale myślę, że powinieneś trochę przystopować.

Krasiński odepchnął się od biurka i podjechał krzesłem obrotowym do drzwi, przy których stał jego ojciec.

– Zaraz skończę – stwierdził spoglądając na biurko przepełnione książkami, zeszytami tudzież milionem zapisanych kartek w różnych formatach.

– Przynajmniej mam pewność, że nie przestraszy cię ilość materiału na studiach.

Zygmunt uśmiechnął się nerwowo. Bardzo nie lubił tego tematu i nie zamierzał w żaden sposób go komentować. Kiedyś w końcu powie ojcu, że nie wybiera się na prawo. Kiedyś.

– A, właśnie! Zapomniałem ci powiedzieć, że Braniccy wpadną w sobotę na obiad.

– Świetnie – rzekł chłopak, starając się ukryć negatywne emocje. Zbyt dobrze znał zamiary ojca.

– Wiesz, ich córka jest w podobnym wieku.

– Wiem.

– To bardzo miła dziewczyna.

– Niewątpliwie.

Starszy Krasiński zdawał się być bardzo zadowolony z tych odpowiedzi, gdyż uśmiechnął się lekko i zamknął za sobą drzwi.

Zygmunt przeczesał dłonią włosy i mimowolnie westchnął. Fakty w książkach były o wiele lepsze niż ojciec, jego wzniosłe plany oraz swatanie.

***

Było już późno, ale Adam nie mógł zasnąć. Miliardy płytkich przemyśleń nawiedzały jego głowę, nie pozwalając zmęczeniu na przejęcie kontroli. Ten dzień był dziwny i miał przeczucie, że nie tylko dla niego. Zygmunt, chcąc przed końcem semestru poprawić oceny, na dobre zamknął się w swoim świecie, Fryderyk wyglądał jakby miał zjazd po mocnych dragach, a Juliusz… cóż, Juliusz był po prostu sobą, tylko trochę smutniejszym.

Głośny dźwięk wyrwał go z zamyślenia. Skrzywił się z niesmakiem, przeklinając w duchu fakt, że nie wyciszył telefonu lub po prostu nie wyłączył internetu, po czym sprawdził, któż o godzinie zero zero dwadzieścia trzy postanowił zakłócić jego spokój.

Juliusz Słowacki: Śpisz?

Musiał przyznać – zdziwiła go ta wiadomość. Czy Juliusz kiedykolwiek napisał do niego pierwszy?

Ty: Jeszcze nie.

Juliusz Słowacki: To, co dziś mówiłeś… na pewno mogę się do ciebie zwrócić?

Ty: Oczywiście.

Juliusz Słowacki: Jeśli to nie problem

Juliusz Słowacki: to potrzebuję z tobą porozmawiać.

Ty: Teraz?

Juliusz Słowacki: To nie jest rozmowa na chat.

Ty: Mam zadzwonić?

Juliusz Słowacki: nie

Juliusz Słowacki: Mój głos brzmi teraz strasznie.

Adam zastanowił się przez chwilę.

Ty: Płakałeś?

Juliusz Słowacki: to głupie

Ty: Nie, to naturalne.

Ty: Kiedy chcesz porozmawiać?

Juliusz Słowacki: Powiem ci w szkole.

Juliusz Słowacki: mogę ci coś teraz napisac?

Ty: Mów.

Juliusz Słowacki: bojęsie że coś mi się stanie

Juliusz Słowacki: bo to nie przechodzi

Ty: Smutek?

Juliusz Słowacki: smutek tak

Fakt, że Juliusz przestał pisać przecinki i wielkie litery wzbudzał w Mickiewiczu niepokój. Najwyraźniej naprawdę nie był w tej chwili sobą. Jak Adam mógł mu pomóc?

Juliusz Słowacki: chciałbym być teraz martwy

Ty: Przestań natychmiast.

Juliusz Słowacki: boję się 

Juliusz Słowacki: nie chcę tego czuć

Juliusz Słowacki: musze cos zrobic

Ty: Nie.

Wiadomość przez kilka minut pozostawała nieodczytana.

Ty: Nie rób niczego głupiego.

Ty: Jesteś tam?

Zdenerwowany wybrał numer do Juliusza. 

Nie odebrał.

Dość przeprosin

– Widziałaś Słowackiego?

Celina podniosła głowę znad zeszytu. Kiedy zobaczyła Adama, mimowolnie otworzyła szerzej oczy. Jego pobladła twarz, wory pod oczami i zakłopotany wzrok definitywnie wskazywały, że coś musiało być nie tak.

– Co ci się stało? – zapytała, nie kryjąc zaniepokojenia.

– Nie… nie teraz – odparł. – Muszę wiedzieć, czy jest w szkole.

– Nie mam pojęcia, o kogo pytasz.

Mickiewicz, dając upust zniecierpliwieniu i irytacji, uniósł wzrok ku górze.

– Widzieliśmy go w piątek. W parku.

– Ach. – Celina zaczęła się zastanawiać. – Nie wydaje mi się. Sprawdzałeś na planie?

– Ależ skąd! Pomyślałem, że może jako osoba niezaprzyjaźniona z nim, na pewno wiesz, gdzie jest.

Dziewczyna zmarszczyła brwi.

– Uspokój się.

– Zawsze jestem spokojny, moja droga. 

Prychnęła.

– W takim razie pędź go szukać, pieprzona oazo spokoju.

– To nie było miłe – wycedził.

– Nie miało być.

Skinął jedynie głową i bez pożegnania ruszył szybkim krokiem ku schodom.

Celina westchnęła cicho i sięgnęła po telefon.

Ty: Wiesz może, co się dzieje z Adamem?

Frycek: ?

Ty: Widziałeś go dziś w ogóle?

Frycek: Nie, dopiero będę szedł do szkoły.

Frycek: Mamy dziś na dziewiątą.

Frycek: Czekaj

Frycek: on siedzi w szkole?

Ty: Jezus.

Ty: Co on znowu kombinuje.

Ty: Szukał jakiegoś Słowackiego.

Frycek: ( ͡° ͜ʖ ͡° )

Zdenerwowana schowała komórkę do kieszeni. Nigdy nie zrozumie humanistów. Przenigdy.

***

– Słowacki.

– Nie, kolego, to nie jest moje nazwisko.

– Nie jesteśmy kolegami.

Konrad uniósł pytająco brew i odszedł od towarzystwa, z którym jeszcze przed chwilą rozmawiał. Posłał drugoklasiście długie, przepełnione frustracją spojrzenie.

– O co ci, kurna, chodzi?

Adam westchnął. Czy wszyscy wokół (jak na złość) musieli myśleć wstecz?

– Widziałeś go?

– A wyglądam, jakbym się za nim uganiał?

Mickiewicz przestał się dziwić, dlaczego Juliusz chciał zrobić temu człowiekowi krzywdę.

– Czy ktokolwiek w tej szkole ma pojęcie, gdzie on może być?

– Plan wywieszony jest dla wszystkich klas i jako człowiek chodzący tu kolejny rok powinieneś wiedzieć… – Nim skończył, Adam zbliżył się do niego na tyle, by chłopak musiał się cofnąć. Napotkał jednak opór w postaci ściany. – Co ty odpierdalasz?!

– Współpracuj – syknął. – Rozmawiałeś z nim wczoraj. Czy to z tego powodu był… taki?

Konrad od razu pojął, o co może chodzić. W jego oczach Adam dostrzegł dziwny, pełen niepokoju błysk.

– No nie. No, kurwa, nie. – Przeczesał dłonią włosy i westchnął cicho. – Chciał sobie coś zrobić?

Mickiewicz nie odpowiedział. Najwyraźniej nie musiał.

– Sprawdź jeszcze raz pod salą, ja pójdę do biblioteki. Jeśli tam go nie będzie, pewnie nie przyszedł. Spotkajmy się tutaj. – Wyminął go szybko i skierował się ku wyżej wspomnianemu pomieszczeniu.

Adam ruszył na trzecie piętro. Dłonie mu drżały, w głowie rodziły się najczarniejsze scenariusze. Wiedział, że coś było na rzeczy. Czemu dał się wczoraj tak łatwo spławić? Dlaczego uwierzył w jego słowa?

Klasa Juliusza koczowała pod salą chemiczną. Zaczął pytać wszystkich o Słowackiego, jednak najwyraźniej nikt go dzisiaj w szkole nie widział. Dla pewności rozejrzał się jeszcze po całym piętrze. Musiał sprawiać wrażenie obłąkanego, ale czy było to teraz ważne?

Wrócił na miejsce, gdzie wcześniej zaczepił Konrada. Chłopak już tam był, nerwowo rozglądając się wokół.

– I co teraz? – zapytał pierwszoklasista. – Próbowałeś dzisiaj się z nim kontaktować?

Adam kiwnął głową. Było źle. Było cholernie źle.

– Spróbuj jeszcze raz – polecił Konrad.

– Myślisz, że nagle się mu odwidzi i odbierze? – syknął. Żaden z nich nie odważył się wspomnieć o tym, że mogło nastąpić najgorsze.

Dzwonek wyrwał ich z przemyśleń w tej kwestii. Młodszy chłopak wziął głęboki oddech.

– Napisz, a potem zadzwoń. Jeśli nie będzie odzewu, wzywamy pogotowie.

Mickiewicz posłał mu długie spojrzenie. Przez pół nocy wahał się, czy dzwonić po karetkę, a kiedy już postanowił, że musi to zrobić, zdał sobie sprawę, iż nie zna adresu Juliusza.

Starając się nie pokazywać pierwszoklasiście, jak bardzo jest przejęty, wyciągnął telefon i włączył chat.

Ty: Juliuszu.

Ty: Błagam.

Ty: Jeśli nie odpiszesz, zadzwonię na pogotowie.

Brak odzewu. Spojrzał na Konrada.

– Muszę iść, mam lekcję – powiedział cicho. – Wyślę ci zaraz jego adres.

Adam skinął jedynie głową. Gdy korytarz opustoszał już całkowicie, usiadł pod ścianą i schował twarz w dłoniach. Nie potrafił zrobić niczego innego.

Może ich wczorajsza wymiana zdań również się do tego przyczyniła? Mógł okazać więcej wyrozumiałości, mógł spróbować pomóc w mniej natarczywy sposób. A teraz było za późno. Kto wie – może pani Słowacka siedzi teraz przy łóżku szpitalnym, wylewając ocean łez lub trzyma w dłoniach martwe ciało syna, niczym Maryja w „Piecie watykańskiej”? Może o niczym nie wie? Wyszła rano do pracy, nie przeczuwając nawet, że jej drogi skarb już nigdy nie otworzy oczu.

Wibracja w telefonie przywróciła mu myśli do względnego porządku.

Spodziewał się, że Konrad przysłał mu adres. Zdziwił się, gdy zobaczył, że nie tylko od niego ma nieodebraną wiadomość.

Juliusz Słowacki: nie rób tego

Adam poczuł się jakby wyrwano mu serce z piersi.

Ty: Boże.

Juliusz Słowacki: przepraszam

Ty: Jak się czujesz? Jesteś w domu?

Odpisał mu dopiero po kilku minutach.

Juliusz Słowacki: musiałem wyjść

Ty: Gdzie?

Juliusz Słowacki: to chyba dworzec

Ty: Który?

Ponownie musiał długo czekać na odpowiedź.

Juliusz Słowacki: nie mam pojęcia

Ty: Możesz podesłać zdjęcie?

Po jakimś czasie Adam otrzymał nieco rozmazany obraz miejsca pobytu Juliusza. Odetchnął z ulgą, gdyż wiedział, gdzie to jest.

Ty: Zabiorę cię stamtąd.

Ty: Będę najszybciej, jak się da.

Nie otrzymał odpowiedzi. Napisał jedynie do Konrada o aktualnym stanie rzeczy i ruszył na parter. Idealnie trafił na dzwonek. Musiał teraz jedynie wmieszać się w tłum trzecioklasistów, którzy zapewne wyjdą zapalić, i opuścić budynek niespostrzeżenie.

Dostrzegłszy znajomą grupkę, przywitał się drętwo, a następnie, unikając kontaktu wzrokowego z woźną, przeszedł na schody, prowadzące do wyjścia.

– Proszę, proszę! Od kiedy pan Mickiewicz ma słabość do tanich szlugów pod budą?

Gdyby Adam nie znał tego głosu, zapewne dostałby zawału. Odwrócił się szybko, by spojrzeć w oczy starszemu koledze. Zacisnął dłonie na pasku od torby.

– Dla wiadomości pana Fredry, pan Mickiewicz nigdy nie tknie tytoniu, bo ma mózg. A teraz przepraszam, spieszy mi się nieco.

– Dokąd? Chyba pomyliły ci się kierunki.

– Jakież to zabawne! Pech, że akurat nie jestem w humorze. – Wypowiedziawszy te słowa, wyszedł szybko ze szkoły.

Czy każdy Aleksander musiał go irytować?

Fredro był jednym z pierwszych ludzi, których poznał w nowej szkole. Od razu zauważył, że mają podobne poglądy na wiele spraw. Nie zadawał się wtedy jeszcze z Zygmuntem ani Fryderykiem, a Celinę prawie przejechał rowerem, więc nie okazywała wobec niego żadnych pozytywnych uczuć. Wskutek tego, przyjaźń z Aleksandrem zdawała się być rzeczą niezwykle atrakcyjną.

Problem zaczął się w drugim semestrze – jeden z miejskich teatrów zorganizował konkurs na najlepszy dramat. Dowiedziawszy się o tym, obaj postanowili wystartować.

Adam zaklął w duchu. Pamiętał, że to wtedy zaczęli otwartą wojnę, przepełnioną nienawiścią tak wielką, że Mickiewicz wciąż dziwił się, jakim sposobem mógł być na tyle nieopanowany. Obaj zupełnie zapomnieli o tym, co wcześniej ich łączyło.

Ostatecznie Aleksander wygrał konkurs, a dotychczasowa sytuacja zupełnie się zneutralizowała. Ignorowali się przy każdej ewentualnej konfrontacji. Czemu więc teraz trzecioklasista go zaczepił? Nie miał pojęcia, jednak musiał stwierdzić, że nieprzyjemne uczucie tęsknoty dołączyło do szlachetnego grona negatywnych emocji, jakie w sobie aktualnie nosił.

Znalazł się na przystanku. Akurat trafił na moment przyjazdu autobusu, zatrzymującego się niedaleko dworca. Wsiadł więc do pojazdu.

W czasie podróży sprawdzał milion razy telefon. Musiał mieć pewność, że nie przeoczy żadnej wiadomości.

Ty: Już jadę.

Ty: Gdzie dokładnie jesteś?

Juliusz Słowacki: to chyba toaleta

Ty: Chyba?

Nim doczekał się odpowiedzi, wysiadł już z autobusu i ruszył na dworzec. Nerwy ścisnęły mu żołądek jeszcze bardziej.

Juliusz Słowacki: nie wiem wszyztsko jest jak za mgłą

Gdzie jest ta cholerna toaleta, myślał Adam, rozglądając się wokół. Dostrzegłszy właściwe drzwi, natychmiast otworzył je. Spodziewał się zastać co najmniej kilka osób, przecież dworzec był o tej godzinie przepełniony, jednak paradoksalnie pomieszczenie świeciło pustkami.

– Juliusz? – zagaił cicho. – Jesteś tu?

Usłyszał słaby głos, dochodzący z ostatniej kabiny. Podszedł tam szybko i nacisnął klamkę, ale drzwi ani drgnęły.

– Otwórz.

Usłyszał stuk. Przyszło mu na myśl, że może Juliusz nie potrafił trafić dłonią w zamek. Stuk się powtórzył, ale po chwili mógł już otworzyć drzwi.

Uchylił je na całą szerokość i zamarł.

Chłopak siedział na ziemi, opierając głowę o ścianę. Jego twarz była blada, powieki półprzymknięte. Oddychał ciężko. Z trudem uniósł głowę, by spojrzeć na Adama.

– Prze… przepraszam – powiedział słabo.

Mickiewicz nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. Przez chwilę nerwy paraliżowały jego ciało, nie pozwalając w żaden fizyczny sposób zareagować. Bał się.

Wreszcie udało mu się wykonać jakikolwiek ruch. Przykucnął, a następnie złapał Słowackiego za ramiona.

– Musimy jechać do szpitala – zaczął, starając się mówić powoli i bez podenerwowania. – Czy dasz radę wsta…

– Nie – przerwał mu szybko Juliusz. – Żadnego szpitala.

Adam przymrużył lekko oczy.

– Twój stan tego wymaga.

– Ja nie… nie wziąłem tego dużo. – Zasłonił dłonią usta, najwyraźniej próbując powstrzymać odruch wymiotny. – Chciałem tylko zasnąć.

– Ile wziąłeś?

Juliusz zamrugał kilkakrotnie.

– Chyba listek… tak, listek.

Mickiewicz westchnął cicho. To chyba nie była śmiertelna dawka.

– I wyszedłeś z domu w takim stanie?! – Natychmiast skarcił się w myślach za tę gwałtowność.

– Musiałem… ojczym by coś podejrzewał. – Juliusz ponownie zasłonił dłonią usta.

– Zwymiotuj to. – Kiedy Słowacki pokręcił głową, na znak protestu, Adam siłą przeciągnął go tuż nad muszlę klozetową.

Chwilę później usłyszał specyficzny dźwięk. Czuł przez palce drżenie ciała pierwszoklasisty. Chciał, by to wszystko okazało się snem.

Zauważył, że dłoń Juliusza zaciska się na jego płaszczu.

– Przepraszam cię – powiedział cicho, wciąż na niego nie patrząc. – Tak strasznie cię przepraszam.

Adam przymknął na moment oczy, po czym westchnął. To wszystko naprawdę nie było na jego nerwy.

– Chodźmy stąd. – Ujął ręce chłopaka, po czym wstał, tym samym zmuszając go do pójścia w jego ślady. – Z przystanku niedaleko jest dojazd do mnie.

Miast odpowiedzi, usłyszał cichy szloch.

***

Juliusz przez pierwszą chwilę po przebudzeniu nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Zabałaganiony pokój, spowity w blasku grudniowego słońca wydawał się mu zupełnie obcy. Panika zrodziła się w jego sercu i jedyną czynnością, jaką miał zamiar teraz wykonać, była ewakuacja. Wszystko jednak uległo zmianie, gdy usłyszał lekkie skrzypienie drzwi.

Adam wszedł do pokoju z półtoralitrową butelką wody i szklanką. Uniósł nieco głowę, by spojrzeć Juliuszowi w oczy.

– Myślałem, że będziesz spał dłużej – powiedział, po czym położył trzymane przedmioty na szafce nocnej. Następnie, podszedł do krzesła obrotowego i przysunął je w pobliże łóżka, by chwilę później zająć na nim miejsce. – Jak się czujesz?

– Boli mnie głowa – stwierdził Juliusz, przymykając oczy. Wszystkie wydarzenia z tego dnia nagle wróciły do jego pamięci. – Naprawdę, strasznie cię przepraszam…

Adam westchnął. Odkręcił butelkę i nalał wody do szklanki.

– Chciałbym wiedzieć – zaczął, podając chłopakowi wodę – dlaczego to zrobiłeś.

Słowacki z trudem podniósł się do pozycji siedzącej. Jego twarz, jak zauważył Mickiewicz, wreszcie przestała być potwornie blada. Oczy, choć przekrwione, wyzbyły się niezdrowego błysku podobnego do tego, który gościł u ludzi z gorączką.

Juliusz spojrzał na niego w sposób, jakby niemo pytał, czy naprawdę musi odpowiadać.

– Nie spiesz się, mamy czas – powiedział. – Mogę też na chwilę wyjść, jeśli…

– Zostań – przerwał mu szybko, po czym upił łyk wody. Dopiero wtedy poczuł, jak bardzo miał sucho w ustach. Dając się więc ponieść pragnieniu, haustem wypił resztę zawartości szklanki. – Wyjaśnienia ci się należą. Teraz.

Serce biło mu jak oszalałe. Nie miał pojęcia, czy będzie w stanie opowiedzieć spójną i zrozumiałą historię. Bardziej przygnębiającą kwestią była domniemana reakcja Mickiewicza. Spodziewał się jednak tego, że prawdopodobnie dzisiaj zakończy się ich znajomość. Zbyt wiele szkód mu wyrządził.

Adam kiwnął jedynie głową, udając niewzruszonego. Ani trochę nie pomogło to Juliuszowi w zebraniu się na odwagę i rozpoczęciu opowieści.

– Miałem w gimnazjum przyjaciela. W trzeciej klasie wyszło na jaw, że woli chłopców. Ludzie zaczęli go traktować jak kogoś gorszego od siebie. – Nie spoglądał już na Adama. Pustym wzrokiem wpatrywał się w szklankę, trzymają w dłoniach. – Nie miałem pojęcia, skąd tyle nienawiści. Próbowałem go pocieszać, że wkrótce się odczepią, ale…

– Ale co?

– Pewnego dnia przyszedł podejrzanie wesoły. Czułem… – Głos mu się załamał. Potrzebował chwili, by dojść do siebie i kontynuować. – Czułem, że coś jest nie tak. Następnego dnia już nie żył.

Słyszał, jak Adam bierze gwałtowny wdech.

– W piątek dowiedziałem się, że był we mnie zakochany. – Zamrugał kilkakrotnie, by powstrzymać łzy. Bezskutecznie. – To przeze mnie umarł, rozumiesz?

Nie odpowiedział. Juliusz miał wrażenie, że szukał słów, mogących jakkolwiek pomóc, ale najwyraźniej takie nie istniały.

– I tak, okłamałem cię. – Spojrzał na Mickiewicza. – Pobiliśmy się z Konradem w rocznicę jego śmierci. On również był mu bliski.

– Juliuszu…

– Nie mogłem przestać o tym myśleć. Wiedziałem tylko kilka dni, a czułem się jak po latach ciężkiego przygnębienia. Przysięgam ci, na wszystko, co święte, że chciałem jedynie snu. – Westchnął ciężko, a kolejna fala łez zaczęła spływać mu po policzkach. – Przepraszam cię za to. Przepraszam za wszystko.

Był pewien, że to już koniec. Na miejscu Mickiewicza wybuchnąłby gniewem lub kazał już nigdy nie pokazywać się mu na oczy. Wystawienie czyichś emocji na taką próbę było karygodne i niewarte litości.

Adam otworzył szufladę i wyciągnął z niej paczkę chusteczek. Podał ją Juliuszowi, następnie usiadł na łóżku.

– Przeprosiłeś mnie już milion razy. Nie masz za co. Następnym razem powiedz mi, jeśli coś będzie nie tak.

Rozpostarł lekko ramiona. Juliusz bez słowa wtulił się w chłopaka.

Póki nikt nie wie

Fryderyk zasiadł przy fortepianie. Spojrzał na nuty i wyciągnął dłonie przed siebie, by zacząć grę. Nacisnąwszy klawisze nie usłyszał żadnego dźwięku. Zdezorientowany spróbował jeszcze raz, jednak skutek był ten sam.

Zmarszczył brwi, a irytacja opanowałaby jego umysł na dobre, gdyby nie cichy, acz stanowczy głos dochodzący z tyłu. Nie był on Fryderykowi bynajmniej obcy.

– Dlaczego nie grasz?

Odwrócił się w stronę Liszta, który z lekkim uśmiechem przyglądał się Chopinowi.

– Sam spróbuj, a zrozumiesz – odpowiedział mu.

Ferenc posłusznie podszedł do instrumentu. Pochylił się, by ułatwić sobie grę, a następnie rozpoczął improwizację. Chwytliwa melodia, a raczej sam fakt jej istnienia, zszokowały Fryderyka, jednak nim zdążył cokolwiek powiedzieć, Liszt przerwał utwór, po czym wzruszył ramionami.

– Cis się trochę rozstroiło – skwitował. – Ale to nie powód, by strzelać fochy.

Chopin nacisnął klawisze, które przed chwilą stanowiły podstawę utworu, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

– Co do… – mruknął zdezorientowany. – Nic nie słychać!

Powtórzył czynność kilkakrotnie, na co Ferenc wybuchnął śmiechem przepełnionym złośliwością.

– Czyli mieli rację! – oznajmił. – Grasz tak cicho, że sam się nie słyszysz.

Fryderyk otworzył oczy. Miał wrażenie, że coś ciężkiego przygniotło jego klatkę piersiową. Ciężko było mu wziąć oddech, poczuł na swoim czole pot.

To był sen, pomyślał, tylko sen.

Nim uspokoił się na tyle, by ponownie spróbować zasnąć, minęło kilka minut. W międzyczasie wpatrywał się w sufit, starając się na dobre zapanować nad oddechem.

Upragniony sen nie chciał jednak przyjść.

Zrezygnowany Fryderyk sięgnął po telefon. Wyświetlacz zaatakował zbyt jasnym blaskiem jego oczy, informując jednocześnie, że zbliża się druga nad ranem. Westchnął cicho – bezsenność była jedną z najgorszych egzystencjalnych niedogodności, z jakimi się dotychczas spotkał. Wystarczyła mu chwila przerwanego snu, by zaburzyć cały rytm dnia – czuł zmęczenie, emanował apatią. Nie miał pojęcia, czym mógłby to wyleczyć (tabletek łykać nie chciał, herbat ziołowych by nie tknął), więc tkwił w takim stanie, nie odnajdując ratunku.

Jeszcze do tego ten koszmar!

Nim zaczął sobie przypominać, co właściwie się w nim wydarzyło, otrzymał wiadomość. W pierwszej chwili był zszokowany faktem, że ktoś postanowił do niego napisać o takiej godzinie. Zobaczywszy jednak zdjęcie Ferenca, od razu uznał to za normalne (Liszt miał w zwyczaju pisać o nietuzinkowych porach), a następnie, mimo woli, przypomniał sobie wizerunek przyjaciela, wykreowany przez koszmar. Zadrżał, ale postanowił nie dawać negatywnym emocjom za wygraną.

Ferenc: jesteś dostępny

Ferenc: czemu nie śpisz?

Ferenc: chyba że śpisz, tylko masz włączony Internet

Ferenc: nie!

Ferenc: czytasz to!

Ferenc: dobry wieczór, co robisz?

Fryderyk wyobraził sobie, jak Liszt zalewa go tymi zdaniami podczas realnej rozmowy. Kącik jego ust na chwilę uniósł się nieco wyżej. 

Ty: Dobry wieczór, właśnie się obudziłem.

Ferenc: godziny ci się pomieszały?

Ty: Popracuj nad żartami.

Ty: Miałem koszmar.

Ferenc: ugh

Ferenc: wszystko ok?

W jednej chwili przypomniał sobie słowa wyimaginowanego Liszta. Nieraz słyszał, że gra za cicho, że na konkursach zżera go stres, przez co wieńczy swoje występy drętwym ukłonem… jak na złość musiał rozpamiętywać to akurat teraz!

Ty: Już o nim zapomniałem, spokojnie.

Ty: A co z tobą? Pan Liszt komponuje?

Ferenc: nie nie

Ferenc: pan liszt leży w łóżku

Ty: Bezsenność?

Ferenc: tia, powiedzmy, że mam ciężką sprawę do obmyślenia

Ferenc: i złe wizje nie pozwalają mi zasnąć

Natychmiast po przeczytaniu sięgnął po słuchawki leżące na szafce obok, po czym podłączył je do telefonu. Wybrał połączenie, a następnie zaszył się pod kołdrą. Ferenc odebrał od razu.

– Co cię dręczy? – zapytał Chopin.

– Przeraża mnie fakt, że od razu zadzwoniłeś – rzekł Liszt, zupełnie ignorując pytanie.

– Serio? Aż tak cię dziwi przyjacielska troska? – Przedostatnie słowo z trudem przeszło mu przez gardło. Nie teraz, skarcił się w myślach.

Ferenc westchnął.

– Byłeś kiedyś w związku? – zapytał.

Serce Fryderyka zaczęło bić szybciej. Przez kilka sekund wstrzymywał oddech, aż wreszcie zrzucił z siebie kołdrę, by móc odetchnąć zimnym, w porównaniu z tym, którym dotychczas oddychał, powietrzem.

Wreszcie doprowadził się do porządku (modlił się w duchu, by Ferenc nie wyłapał wcześniejszych poczynań przez słuchawkę).

– Tak – odpowiedział, starając się mówić ze spokojem. – Ale to było tylko głupie zauroczenie.

– Och. Ja właśnie nie jestem pewien, czy naprawdę się zakochałem, czy to jedynie wymysł młodego umysłu.

Chopin ze wszystkich sił bronił się przed własnym umysłem. Przegrał – wyobraził sobie, jak Ferenc zbliża się do niego, deklarując miłosne wyznanie. Zrobiło mu się słabo. To nie miało prawa bytu! Dlaczego więc taka wizja pojawiła się, a co gorsza nie potrafiła wyjść z jego głowy? Dlaczego tak usilnie starała się namieszać w emocjach Fryderyka? Przecież nie mógł się zakochać w mężczyźnie. Już tak wiele razy odrzucał i wracał do tej myśli, a teraz stał przed nią, skruszony i bezsilny, nie mogąc się bronić w żaden sposób. Jak miał postąpić?

A co jeśli naprawdę mogłoby chodzić o niego?

– Sądzę – zaczął z trudem – że powinieneś zapytać. Tak, zapytaj. Zapytaj koniecznie.

– Jesteś pewien? Nie wiem, czy ta osoba poczułaby się komfortowo. To dosyć skomplikowane…

– Zaufaj mi. Jeśli obdarzyłeś ją uczuciem, ona na pewno jest ci przeznaczona. – Fryderyk zrobił pauzę. Poczuł, jak emocje odbierają mu na chwilę głos. – Nieważne, kimkolwiek jest.

Chopin długo czekał na odpowiedź. W międzyczasie nasłuchał się szybkiego bicia własnego serca i wolał, by wreszcie zakończyło tę bezsensowną pracę.

– Fryderyk – rzekł nagle Liszt, starając się idealnie odwzorować polską formę tego imienia. – Jesteś mi bardzo bliski; nikomu innemu bym się nie zwierzył. Jednak nadal siedzi we mnie mnóstwo strachu.

– I będzie siedziało, ale nie możesz dać za wygraną. Wierzę, że dasz sobie radę.

Jak zawsze, dodał w myślach.

Ferenc westchnął cicho.

– Mam taką nadzieję. Spróbuję zebrać się na odwagę i napisać do tej osoby, ale to rano. A teraz, słodkich snów, panie Chopin.

Przez ciało Fryderyka przeszedł dreszcz.

– Niech pan śpi dobrze, panie Liszt.

Zrobiłby wszystko, by po przebudzeniu ujrzeć wiadomość od Ferenca.

*** 

– I dlatego uważam, że ludzie w przyszłości będą gardzić naszymi czasami – podsumował Adam z wyższością spoglądając na Celinę i Fryderyka, jednak żadne z nich nie okazywało chociaż odrobiny zainteresowania wypowiedzą Mickiewicza.

Szymanowska skupiła się na podręczniku do geografii, Chopin zaś wpatrywał się telefon tak zawzięcie, że gdyby nerwowo nie stukał palcami o blat stołu, Adam pomyślałby, że ktoś podmienił go na perfekcyjnie odwzorowany manekin.

– Dziękuję za uwagę! Doprawdy, doborowe z was towarzystwo – mruknął Adam, po czym upił łyk kawy. Zauważywszy, że nawet na to nie otrzymał odpowiedzi, schylił się, by otworzyć plecak. Wyciągnął z niego grubą książkę do historii, a następnie ostentacyjnie upuścił ją na stół. Huk był na tyle donośny, że zarówno Celina, jak i Fryderyk, niemalże podskoczyli. Ich twarze prezentowały teraz pomieszanie strachu i dezorientacji.

– Idiota – syknęła dziewczyna, po czym uniosła podręcznik do geografii na taką wysokość, by nie musieć patrzeć na Adama.

Fryderyk nie skomentował tego w żaden sposób.

– Rozmawianie z wami to czysta przyjemność. Gdzie jest Zygmunt? On chociaż udawałby, że jest zainteresowany – zapytał Mickiewicz, dokładnie rozglądając się po stołówce. Nigdzie jednak nie mógł dostrzec Krasińskiego.

– Miał coś poprawiać z francuskiego – odpowiedział Chopin.

– Teraz nagle zacząłeś słuchać tego, co mówię?

Nie odrywając wzroku od telefonu, Fryderyk uśmiechnął się blado.

– W przeciwieństwie do niektórych, nie wypowiadam się na tematy, o których nie mam pojęcia.

Nim Adam zdążył jakkolwiek zareagować (a zareagowałby bardzo gwałtownie), dostrzegł, że do pomieszczenia wchodzi Juliusz. Zdziwił się na ten widok, gdyż kontaktował się z nim dnia poprzedniego i Słowacki zadeklarował, iż zrobi wszystko, by przez najbliższy czas unikać szkoły. Nie aprobował tego wprawdzie, ale był w stanie okazać wyrozumiałość. W końcu, sytuacja sprzed kilku dni obu dała się we znaki.

Musiał przyznać, że się martwił.

– Juliuszu! – zawołał, na co Słowacki natychmiast się odwrócił w jego stronę. Podszedł do stolika, a Adam wskazał mu wolne miejsce.

Chłopak przywitał się z Celiną i Fryderykiem, po czym posłusznie usiadł na krześle.

– Gdzie zgubiliście Zygmunta? – zapytał, uśmiechając się lekko, co od razu przykuło uwagę Mickiewicza. Nie widział w tym uśmiechu szczerości, a jedynie wymuszoną grzeczność.

Chopin machnął niedbale ręką.

– Pod koniec semestru nie da się z nim rozmawiać. Biega od klasy do klasy, szuka nauczycieli i poprawia, co tylko może.

– Jemu to się przynajmniej udaje – mruknęła Celina, po czym zrezygnowana zamknęła podręcznik. – Rozszerzona geografia to żart na poziomie polskich kabareciarzy.

Adam patrzył na tę krótką scenę, nie mogąc uwierzyć, że obecność Juliusza nagle pobudziła jego dziewczynę i przyjaciela – zupełnie jakby wybudził ich z jakiegoś transu. Od razu pomyślał, że najwyraźniej jego towarzystwo wszystkich nudzi lub irytuje. Wyobraził sobie ostatnią konfrontację z Fredrą i stwierdził, że ten człowiek też wychwycił odpowiedni moment, by urwać z nim kontakt.

Wiedział, że zawsze, gdy mówił o czymś, co naprawdę go interesuje, ludzie reagowali znudzeniem lub drętwo kiwali głowami czekając, aż skończy. Coraz częściej odczuwał brak bratniej duszy i może właśnie ta sytuacja utwierdziła go w przekonaniu, że tylko z samym sobą może rozumieć się na tyle, na ile tego wymagał. A nie wymagał wiele.

Tylko się nie utop w tych kompleksach, pomyślał wściekły na swoje emocje.

Schował gigantyczny podręcznik do historii, który przed chwilą prawie doprowadził Fryderyka i Celinę do zawału, sięgnął po kawę, a następnie, zgarnąwszy plecak ruszył ku wyjściu.

Usłyszał, jak Juliusz go woła, ale nie odwrócił się. Wiedział, że zachowaniem przypomina rozkapryszoną pannę, jednak poczuł się na tyle niekomfortowo, że musiał pobyć sam.

Nim wyszedł poczuł, że ktoś łapie go za przedramię. Odwrócił się, by stanąć przed Celiną.

– Co z tobą? – zapytała, nie kryjąc zdziwienia.

Jak miał się teraz zachować?

Ignorując wszystkich wokół przytulić Celinę i wyznać, że ostatnio nie rozumie swojego postępowania? Powiedzieć o tym, jak po odstawieniu Juliusza do jego domu, nie potrafił niczego utrzymać w dłoniach przez całą tę sytuację? Jak bardzo siedzi mu w głowie sytuacja z Fredrą oraz jakim magnesem na nostalgię jest w tej chwili jego serce?

– Ależ skarbeńku! – Posłał jej przesiąknięty złośliwością uśmiech. – Jakbyś wcześniej nie usłyszała, muszę pouczyć się historii.

Nie tak chciał zareagować, ale równocześnie nie umiał inaczej.

Dłoń Celiny mocniej zacisnęła się na jego przedramieniu tylko po to, by niecałą sekundę je puścić.

– Ach tak? Nie wiedziałam, że twoje ego delikatnością dorównuje bańkom mydlanym, atencjuszu.

Nie odpowiedział. Nie musiał.

Odwrócił się jedynie na pięcie i opuścił stołówkę.

***

– Boże drogi! – krzyknęła Delfina, z prędkością światła odsuwając się od Zygmunta.

Krasiński, zobaczywszy powód, dla którego kobieta tak się wystraszyła, wybuchnął śmiechem. Zapewne obawiała się, że ktoś właśnie ich przyłapał, gdy tymczasem z szafki, przy której oddawali się namiętności w postaci pocałunków, spadł słownik.

– To nie jest śmieszne – oburzyła się, na co Zygmunt kiwnął głową, a następnie objął nauczycielkę w talii.

– Oczywiście, że nie jest – zgodził się, po czym pocałował ją delikatnie.

Delfina gotowa była odwzajemnić pieszczotę, jednak usłyszawszy dzwonek natychmiast odeszła na odległość, którą potencjalny uczeń, bezpardonowo wchodząc do klasy, mógłby uznać za stosowną w relacjach uczeń–nauczyciel.

Westchnęła cicho i skierowała do miejsca przy biurku. Zygmunt bez słowa sięgnął po plecak, a następnie ruszył do wyjścia. Nim nacisnął brzydką, zdającą się kończyć swoją użyteczną egzystencję klamkę, usłyszał ciche:

– Do zobaczenia w weekend.

Wiedział, że jego oczy zabłysnęły, gdy posyłał pożegnalne spojrzenie nauczycielce.

Zamknął za sobą drzwi, a następnie wyciągnął z kieszeni telefon, by sprawdzić, do jakiej sali powinien teraz się udać. Zobaczył jednak wiadomość sprzed dwóch minut.

Szopen(hauer): Powiedz w klasie, że się spóźnię.

Ty: Dlaczego?

Szopen(hauer): Bo tobie uwierzą.

Ty: Nie to mam na myśli.

Ty: Dlaczego się spóźnisz?

***

Fryderyk nie potrafił opanować łez. Chciał, ale było to zbyt trudne. Przestał odpisywać Zygmuntowi, po czym znów włączył konwersację z Ferencem i oparł się o ścianę biblioteki. 

Ferenc: panie Chopin!

Ferenc: przepraszam, że tak późno

Ferenc: miałem koszmarne problemy z internetem

Ferenc: ale już jestem

Ferenc: i mam ci coś do powiedzenia

Ty: Mnie?

Ferenc: tak tak tak

Ferenc: zatem

Ferenc: panie chopin

Ferenc: ona też mnie kocha

Schował telefon i ukrył twarz w dłoniach.

Dlaczego, pomyślał, dlaczego to tak boli?

Nieaktualna, nieodwzajemniona, niepewna

Pierwsze wrażenie zawsze jest złudne i nigdy nie ukaże prawdy o człowieku – przedstawi jedynie wyidealizowany bądź przedstawiony w złym świetle wizerunek nowo poznanej osoby. Dopiero budowa ewentualnej relacji pozwoli na wykreowanie najbardziej zbliżonego prawdzie oblicza (przynajmniej teoretycznie). Co pomyślał sobie Adam, gdy po raz pierwszy zobaczył Juliusza?

Słowacki głowił się nad tym, o mało nie zalawszy sobie dłoni wrzątkiem, który miał zostać podstawą jego dzisiejszego obiadu. Salomea najwyraźniej nie przygotowała żadnego posiłku, a nawet jeśli – August skutecznie zatarł ślady po jego istnieniu. Juliuszowi musiała więc wystarczać zupka chińska, którą kupił, wracając do domu.

Zdenerwowany wytarł szybko wodę, która rozlała się na blat, a następnie zalał parodię makaronu oraz przyprawy. Czekając, postanowił wrócić do swoich rozmyślań.

Nie potrafił jednoznacznie wywnioskować, co Adam mógł stwierdzić, widząc go po raz pierwszy. I, bynajmniej sytuacja ta nie miała miejsca podczas bójki! Rzecz działa się kilka dni przed ślubowaniem klas pierwszych; Juliusz nie pamiętał już, co właściwie Adam tam robił. Możliwe, że pomagał w przygotowaniach (dopiero później dowiedział się, że Mickiewicza jest wszędzie pełno, niezależnie od sprawy).

Pamiętał, że korzystał z wolnego czasu, który otrzymywali członkowie klasy, nie muszący nic robić na próbach do uroczystości, gdy nagle Adam podszedł do próżnującego towarzystwa i rozkazał (na prośbę polonistki), by ktoś tymczasowo zastąpił jedną z osób odpowiedzialnych za prowadzenie wydarzenia. Nikt się nie zgłosił, toteż Juliusz, w poczuciu odpowiedzialności za ułomną zgraję (tak miał w zwyczaju nazywać swoją klasę), ruszył za Mickiewiczem. Wtedy się sobie przedstawili.

Juliusz zabrał talerz, którym przykrył wcześniej miskę z zupą, wziął łyżkę i usiadł przy stole. Całe to rozmyślanie przypomniało mu, jak bardzo przerażony był, gdy Adam pomógł mu po bójce. Nie pojmował, dlaczego w ogóle poświęcił mu jakąkolwiek uwagę (dalszego rozwoju akcji nie miał zamiaru rozpamiętywać; powoli wracał do siebie i nie zamierzał tego zaprzepaszczać).

Słowacki miewał dziwne myśli, za które bez przerwy się karcił. Był czas (niedługi wprawdzie, ale jednak), gdy zrobił z Mickiewicza cichy obiekt westchnień; krótka rozmowa na próbie pozwoliła mu doskonale wyidealizować wizerunek starszego kolegi.

Na wspomnienie o tym Juliuszowi zrobiło się niedobrze. Gniew pomieszany ze wstydem opanowywały wtedy jego serce. Jak on mógł w ogóle coś takiego czuć? Jedyne, co zdawało się być pocieszne to fakt, że miał do czynienia z przeszłością – teraz za nic w świecie nie pomyślałby o Adamie inaczej jak o przyjacielu.

Musiał przyznać, że jego zachowanie w stołówce bardzo go zaniepokoiło. Chciał pogadać z Adamem godzinę później, jednak okazało się, że była to jego ostatnia lekcja. Napisał więc wiadomość i, jak przeczuwał, odpowiedź dotąd nie nadeszła.

Dokończył imitację pożywnego obiadu, a następnie zadzwonił do Celiny (miał jej numer od kilku godzin; czuł się niczym najpopularniejszy chłopak w szkole rodem z amerykańskich filmów).

– Halo? – Usłyszał głos Szymanowskiej.

– Cześć, tu Juliusz. Wiesz może, co z Adamem?

– Też ci nie odpisuje? – zapytała Celina, ale w jej głosie wyczuć można było więcej rozczarowania aniżeli zmartwienia. – Przed chwilą skończyłam lekcje i właśnie się do niego wybieram.

Słowacki mimowolnie zmarszczył brwi.

– W takim razie daj mi znać, co z nim.

Na te słowa dziewczyna parsknęła śmiechem.

– Nie martw się tak! – powiedziała. – Adam miewa swoje humory, ale z czasem można do nich przywyknąć.

Juliusza nie przekonywały te słowa, ale postanowił dać za wygraną. W końcu, realizm a jego postrzeganie świata były dwiema odmiennymi kwestiami i rzadko chciały na siebie nachodzić, tworząc prawidłowy zarys sytuacji. Najprościej ujmując, Słowacki lubił panikować.

– W takim razie dzięki – rzekł do słuchawki, a następnie pożegnał się i rozłączył.

Położył telefon na stole, po czym w duchu stwierdzając, że na smutki, strach i żale jest tylko jeden sposób, poszedł szukać papierosów.

***

Adam siedział przy biurku. Wzrok jego, utkwiony na przed chwilą napisanym tekście, wyrażał głęboką dezaprobatę. Mogło być lepiej, pomyślał. Kilka sekund później kartka została zgnieciona i skończyła w koszu.

Miał już wyciągnąć kolejny kawałek papieru z szuflady, gdy nagle usłyszał dźwięk dzwonka do drzwi. Szybko stwierdził, że to pewnie ktoś do Aleksandra, więc zawołał nieco wulgarnie brata, by ruszył swoje cztery litery ku przedpokojowi. Ten, co trochę Adama zdziwiło, posłusznie wykonał polecenie.

– O, Celinka! – Słysząc te słowa, starszy Mickiewicz wstał i natychmiast ruszył w kierunku drzwi frontowych.

– Cześć. Jest Adam?

– Siedzi u siebie. Powiedz mu przy okazji, że mama zrobiła zbyt skąpy obiad i przydałoby się upichcić coś jeszcz… – Nim dokończył, Adam znalazł się tuż obok niego, przy okazji posyłając mu lodowate spojrzenie.

– Przeżyjesz do kolacji – syknął, gestem każąc mu wracać do siebie.

Aleksander uśmiechnął się szelmowsko. Skierował się do swojego pokoju, rzuciwszy wcześniej ciche „będzie drama”. Adam puścił ten komentarz mimo uszu.

– Możemy porozmawiać? – zapytała Celina, na co Mickiewicz jedynie drętwo kiwnął głową.

Szymanowska zdjęła buty i obsypany pierwszym śniegiem płaszcz. Umieściła je na odpowiednich miejscach, a następnie poszła za Adamem do jego pokoju. Chłopak usiał na łóżku, po czym wskazał miejsce obok siebie. Zrobił minę, jakby nie miał sobie nic do zarzucenia, tym samym dając jej niewerbalny znak do rozpoczęcia konwersacji. Celina wychwyciła wszystko jak należy, toteż po cichym westchnięciu, zaczęła wypowiedź.

– Nie wiem, co ci się dzieje, ale jeżeli masz potrzebę odstawiania takich akcji częściej, ostrzegaj. Połowa żeńskiej części stołówki wlepiała we mnie wzrok do końca przerwy. Twój koleżka z pierwszej klasy był blady jak ściana i bez przerwy pytał, czy zrobił coś źle. – Na te słowa Adam wzruszył jedynie ramionami. Nie wyglądał na ani trochę przejętego.

Celina przymrużyła oczy.

– Mógłbyś łaskawie powiedzieć, co się dzieje? – zagaiła, siląc się na łagodniejszy ton.

– Zdenerwowałem się. Takie to dziwne? – odparł beznamiętnie.

– Czemu się zdenerwowałeś?

– Bo mam dość kompromisów.

Dziewczyna przez moment sprawiała wrażenie zbitej z tropu. Posłała Adamowi spojrzenie przepełnione ciekawością.

– O jakich kompromisach mówisz? – dociekała.

Mickiewicz nie był pewien, czy chciał się tym dzielić. Przecież fakt, że nie wyczuwał w swoim życiu zbyt wielu zdrowo funkcjonujących relacji, na pewno wzbudzi w Celinie inne emocje aniżeli by chciał. Uzna to za głupie dramatyzowanie, był o tym przekonany. Poza tym, to on powinien robić za pocieszyciela w tym związku.

Z trudem zaczął wypowiedź, przez co skarcił się w duchu. Chrząknął cicho, wyłapując błysk w oczach dziewczyny. Najwyraźniej z niecierpliwością czekała na odpowiedź.

– Ta sytuacja dała mi do myślenia, po prostu. – Dziwnie mówiło się mu o uczuciach. – Zygmunt rozmawia ze mną tylko, gdy potrzebuje rozrywki, Frycek żyje w zupełnie innym świecie, Juliuszowi trzeba było pochwalić nieszczerze wiersze, żeby zaczął się ze mną zadawać…

– Słucham? – przerwała mu Celina. – Okłamałeś Słowackiego?

Adam wywrócił oczami. Wiedział, że ta konwersacja nie skończy się dobrze.

– To długa historia, więc pozwolę sobie ująć to tak — cel uświęca środki. Musiałem go do czegoś przekonać, więc trochę podziałałem mu na ambicje…

– Oszukałeś go!

Mickiewicz prychnął.

– Nikt nie ucierpiał – skwitował.

Spodziewał się komentarza przepełnionego wyrzutem lub gniewem. Wszystko ku temu zmierzało – Celina westchnęła, dając upust dezaprobacie.

Świetnie, pomyślał Adam, tak być musiało. Po co nie zbył jej od razu? Nie dość, że prawdopodobnie zaraz usłyszy kazanie, dotyczące swojej dwulicowości, skłonności do robienia problemów z niczego tudzież innych cech o negatywnym wydźwięku, dodatkowo będzie skazany na wyrzuty sumienia. Nie, bynajmniej nie stwierdził nagle, że zachowanie wobec Juliusza było na tyle niegodziwe, by się za nie winić – przeczuwał, że fakt otwarcia się przed Celiną w takim stopniu będzie go zadręczał.

Poczuł nagle, że smukłe palce dziewczyny głaszczą jego policzek. Zdezorientowany spojrzał na Szymanowską, która w odpowiedzi na zdziwienie uśmiechnęła się lekko.

– Chyba nigdy cię nie zrozumiem – stwierdziła. – Ale możliwe, że o to chodzi w związkach.

Adam milczał, gdyż po raz pierwszy od bardzo dawna nie miał słów, które nadawałyby się na odpowiedź.

– A co się tyczy tej twojej milusińskiej trójcy… przyjaźń na tym polega, pysiek. Musisz czasem poświęcić cząstkę siebie, by zbudować z kimś relację… Boże, nie umiem tłumaczyć! – Słysząc irytację Celiny, Mickiewicz przybliżył się do dziewczyny i ujął palcami jej podbródek.

Ledwie musnął ukochane usta, gdy nagle prawdopodobnie każda istota w bloku (łącznie z nimi) podskoczyła ze strachu. Donośny dźwięk metalowych naczyń uderzających o ziemię sprawił, że odruchowo odsunęli się od siebie, zupełnie jakby byli dziećmi w podstawówce przyłapanymi na zakazanych pieszczotach, nie prawie dorosłymi ludźmi.

– Idiota – syknął Adam. – Skretyniał do reszty.

Celina parsknęła śmiechem.

– Najwyraźniej doprowadzanie ludzi do zawału jest u was rodzinne.

Mickiewicz pokręcił głową z dezaprobatą. Nie wiedzieć czemu, humor nagle się mu poprawił. W życiu by nie pomyślał, że kilka prostych słów uspokoi jego serce.

Wstał, po czym kierował się ku drzwiom.

– Chodź – polecił dziewczynie. – Trzeba mu pomóc, bo zaraz kuchnia stanie w płomieniach.

– Kolejna cecha, która was łączy! – Adam prychnął, ale potrafił zapanować nad lekkim uśmiechem.

***

Gdyby możliwe było przypisanie człowiekowi jednej cechy, by najlepiej go opisać, Ludwika Chopin otrzymałaby perfekcjonizm. W przeciwieństwie do swoich znajomych spędzała godziny nad książkami, chodziła na każdy z wykładów, ostatecznie kończąc z satysfakcjonującymi ocenami ze wszystkich przedmiotów; nawet tych, których nie uważała za niezbędne i mogłaby zdać je na minimalne pięćdziesiąt procent.

Spojrzała na zegar i spostrzegłszy, że powinna za chwilę wyjść z domu, sprawdziła jeszcze raz, czy spakowała wszystkie niezbędne rzeczy. Upewniwszy się, że jest w posiadaniu wszystkiego, co potrzebne, chwyciła neseser w dłoń i wyszła z pokoju. Miała już skierować się ku schodom, gdy zauważyła kątem oka, że w pokoju brata panuje nieporządek.

– Frycek – mruknęła, odwróciwszy się w stronę pomieszczenia, gdzie powinien przebywać jej brat. – Posprzątaj, bo sam mówiłeś, że następnym razem będziecie z Elsnerem ćwiczyć przy keyboardzie.

Czekała na cierpiętnicze „mhm” ze strony Fryderyka, jednakże żadna odpowiedź nie nadeszła.

Ludwika przygryzła wargę. Stanęła przed dylematem – jeśli brat nie odpowiada, zapewne śpi. Czy powinna go budzić?

Zastanowiwszy się szybko, podjęła decyzję. Przeszła do pokoju Fryderyka, pochyliła się nad postacią skutecznie zawiniętą w kołdrę i szturchnęła go kilkakrotnie. Po chwili chłopak odrzucił od siebie pościel, prezentując, jak to później ujęła w myślach Ludwika, obraz nędzy i rozpaczy. Splątane włosy, jakby celowo próbowały zakryć czerwone, jednocześnie wylewające z siebie łzy oczy, wyraz twarzy, eksponujący przeogromne zagubienie wzbudził w niej strach.

Zawsze wiedziała, że jej brat należy do osób powściągliwych, co skutkowało nadmierną wrażliwością, jednak w takim stanie nie widziała go chyba jeszcze nigdy.

– Frycek? – zapytała zdezorientowana. – Co się stało?

Chłopak schował twarz w dłoniach.

– Nic – wymruczał. – Chwila słabości.

Ludwika zmarszczyła brwi, po czym usiadła obok niego.

– Przecież możesz mi powiedzieć – rzekła cicho.

Nie usłyszała odpowiedzi, a kilka nieudolnie tłumionych spazmów. Poczuła, jak serce pęka jej na milion kawałków.

Przytuliła brata, głaszcząc go po głowie. Pamiętała, że nieraz robiła tak, gdy mały Fryderyk zaczynał płakać (a robił to bardzo często). Zawsze odwzajemniał wtedy uścisk, wskutek czego Ludwika czuła, że pociesza go w jakikolwiek sposób. Tym razem wciąż pozostawał w jednej pozycji.

– Spóźnisz się na wykłady. – Usłyszała z ust brata.

– Są rzeczy ważne i ważniejsze – odparła.

– Idź – powiedział z wyczuwalnym trudem Fryderyk. – Zaraz mi przejdzie.

– Frycek…

– Idź.

Ludwika westchnęła cicho i posłusznie wstała, by ruszyć ku wyjściu.

– Jesteś w stanie przyjąć dziś Elsnera? – zapytała, spoglądając przez ramię na brata. – Mam odwołać lekcję?

Chłopak pokręcił przecząco głową.

– Sam… sam to zrobię – powiedział z dozą niepewności. – Muszę mu coś powiedzieć.

***

Celina uderzyła się otwartą dłonią w czoło. Westchnęła cierpiętniczo, po czym wzięła kilka głębszych oddechów, by nie rzucić puszką w Aleksandra.

– Mój drogi, to nie jest sól. I gdybym wcześniej tego nie sprawdziła, jedlibyśmy słodkie spaghetti. – Po tych słowach zmieniła ton przypominający ten, którym posługują się nauczyciele w szkołach specjalnych. – Chciałbyś jeść słodkie spaghetti, Oluś?

– Mówiłem, że debil – skomentował Adam, przerywając krojenie pomidorów.

– Zamknij się – odparował natychmiast Aleksander.

Celina uniosła wzrok do góry, jakby chcąc błagać niebiosa o litość nad jej skrzywdzoną przez Mickiewiczów psychiką.

– Dość tej szopki. – Zwróciła się do Aleksandra. – Poszukaj soli jeszcze raz.

– A propos szopki – wtrącił nagle Adam. – Kółko teatralne urządza dzień przed wigiliami klasowymi przedstawienie.

– W ramach lekcji? – zainteresowała się Szymanowska.

– Nie, podobno wieczorem. To jakaś nowa sztuka, ledwie nawiązująca do tematyki świątecznej.

Celina umieściła makaron w gotującej się wodzie, po czym odwróciła się i oparła o blat, mogąc tym samym złapać kontakt wzrokowy z chłopakiem.

– Jaśnie przewodniczący załatwi nam rezerwację? – zapytała.

– Jeśli będzie wiedział, że idziemy – odparł Adam.

– Smakuje jak sól – oznajmił Aleksander, przerywając im. – Tak, to sól.

Podszedł do Celiny i podał staromodną solniczkę.

– Jestem dumna – powiedziała. – Weź od Adama te pomidory. Górnolotne to nie będzie, ale na tragedię też się nie zapowiada.

Aleksander wykonał polecenie. Chwilę później dziewczyna mieszała podstawę sosu.

– To co z tym spektaklem? – zapytał Adam.

– Chętnie się z wami wybiorę – powiedział młodszy Mickiewicz entuzjastycznie, po czym usiadł przy stole. – Nabywanie doświadczeń kulturalnych z ukochanym braciszkiem i jego damą serca będzie czystą przyjemnością!

Adam wywrócił oczami. Nie miał pojęcia, czemu jego brat nagle nabrał takiej ochoty za zabawę w wiernego towarzysza, ale tolerować tego nie zamierzał.

– Nigdzie nie idziesz – skwitował.

– A co z Fryckiem, Zygmuntem i Juliuszem? – zagaiła Celina, skupiając uwagę na sosie.

– Niech stoją z tyłu pod ścianą – powiedział Adam beznamiętnie. – Krzeseł z przodu zazwyczaj nie ma dużo, a pewnie nie tylko mnie Towiański zaproponował rezerwację.

– Niech będzie – powiedziała obojętnie.

– Ej, kretynie. – Adam spojrzał na Aleksandra, a jego mina zdradzała głębokie zastanowienie. – Powiedz mi, dlaczego kiedy zapraszasz dziewczynę na randkę, ta się nie cieszy?

– W przeciwieństwie do ciebie, Casanovo, nie miałem miliarda dziewczyn i nie opiewałem ich w rymowankach, więc nie wiem.

– Chwila moment. – Celina odwróciła się w ich stronę. – Ile miałeś dziewczyn przede mną?

Adam przybrał kamienną twarz, na co Aleksander zaczął się śmiać.

– Wolisz nie wiedzieć – zapewnił młodszy Mickiewicz. – Mama do wszystkich zwracała się per „słoneczko”, bo nie wyrabiała z zapamiętywaniem imion.

Celina chrząknęła cicho.

– Nie denerwuj się – mruknął Adam. – Pomyłki życiowe czasem warto przemilczeć.

– A skąd mam wiedzieć, że za jakiś czas nie powiesz tego samego swojej kolejnej?

Mickiewicz schował twarz w dłoniach.

– Rany boskie, Celina, jesteśmy razem od ponad roku, to już podchodzi pod nieformalne małżeństwo.

Pomimo tego, że chwilę później Aleksander zaczął mówić o wadach i zaletach spaghetti, a atmosfera wróciła na właściwy, to jest, wesoły tor, zarówno Adam jak Celina poczuli się nieswojo. Przecież młodzieńcza miłość, nawet tak pozornie trwała, musi się kiedyś skończyć.

Czy stanie się to w chwili, gdy przestaną je odróżniać od przyzwyczajenia, co poskutkuje papierkiem, pobłogosławionym pieczęcią przez urząd, czy też pozostanie jedynie miłym (lub gorzkim) wspomnieniem dosyć długiego jak na standardowe wytyczne romansu?

***

Muzyka była swoistym antidotum dla Fryderyka. Gdy było mu smutno lub gdy czuł bezsilność, zasiadał do fortepianu. Z chwilą, kiedy kładł palce chłodnych klawiszach, jego serce natychmiast ogarniał spokój, jakby myśl o jeszcze niezaczętym utworze miała moc tłumienia negatywnych emocji.

Dlaczego więc teraz się tak nie czuł?

Nie potrafił się przemóc, by zagrać cokolwiek. Patrzył pustym wzrokiem na instrument, a w jego głowie zamiast motywacji do wykonania czynności, bez przerwy siedział Liszt. Wyobraził sobie, jak staje za nim i ujmuje jego dłonie, by te kilka sekund później mogły rozpocząć utwór.

Westchnął ciężko, próbując jednocześnie odgonić tę paskudną, jak stwierdził w duchu, myśl, oraz powstrzymać łzy. Był na to wszystko za wrażliwy.

Ponownie spróbował coś zagrać, jednak niewidzialna siła, będąca pomieszaniem strachu i żalu, paraliżowała jego dłonie.

Co jeśli ten stan już go nie opuści?

Wstał i podszedł do plecaka, by znaleźć w nim telefon. Nie dotykał go od chwili, gdy wyszedł z biblioteki, toteż pasek powiadomień obfitował w wiadomości od Zygmunta. Zignorował je; teraz musiał zadzwonić.

Wybrał numer. Monotonny dźwięk sygnału połączenia pomagał mu przenieść się ze zdenerwowania w stan apatii. Nie miał pojęcia, czy było w tym coś dobrego.

– Halo? – odezwał się głos w słuchawce.

– Witam, panie Elsner – zaczął Fryderyk, próbując opanować drżący głos. – Dzwonię w sprawie… w sprawie lekcji.

Zacisnął mocniej dłoń na telefonie, gdyż poczuł, że nie potrafi zapanować nad jej drżeniem.

– Coś ci wypadło? – odparł pytaniem nauczyciel. – Musimy dużo ćwiczyć przed konkursem, więc może umówimy się na inny term…

– Nie – powiedział Fryderyk trochę zbyt gwałtownie. – Rezygnuję z grania.

– Nie wygłupiaj się. – Ton Elsnera nie wskazywał teraz ani trochę empatii.

– Ja nie żartuję. Nie jestem w stanie teraz grać.

Przez chwilę w słuchawce słyszał jedynie ciężki oddech Elsnera.

– Nie wiesz, co mówisz – powiedział wreszcie. – Masz gorszy dzień i stąd te słowa. Zadzwonię wieczorem do twoich rodziców.

– Nie zmuszą mnie do gry wbrew mojej woli.

– Mówisz jak nie ty – stwierdził nauczyciel. – Musisz się naprawdę źle czuć. A jeśli sądzisz, że pozwolę ci zrezygnować, to się grubo mylisz. Miałbym przez to wyrzuty sumienia.

Fryderyk usiadł na łóżku, gdyż poczuł, że kręci się mu w głowie. Za dużo się dziś wydarzyło, pomyślał.

– Powiedziałem, co chciałem powiedzieć – rzekł po dłuższej przerwie. – Zdania zaś zmieniać nie zamierzam. Miłego dnia, panie Elsner.

Na tym polega miłość

– Zostań jeszcze na chwilę.

Słysząc te słowa, Zygmunt najchętniej wykazałby się natychmiastowym posłuszeństwem, i to wcale nie ze względu na swoją konformistyczną naturę – marzył, by scena sprzed kilkunastu minut się powtórzyła. Chciał znów zbliżyć się do ukochanej, musnąć delikatnie jej usta, by chwilę później po raz kolejny zatonąć w oceanie namiętności. Poczuć bezdech, rozkosz i bliskość, jakiej zaznaje się tylko w takich momentach. Chyba niczego tak nie potrzebował. Żył tym wzniosłym, zakazanym uczuciem. Miał wrażenie, że gdyby nie ono, już dawno postradałby zmysły; jeśli nie z winy ojca i towarzyszy – na pewno z powodu własnego charakteru.

Poprawił pasek od spodni, następnie zgarnął z ziemi koszulkę. Naprawdę nie chciał wracać teraz do domu.

– Muszę iść – rzekł, nie odwracając się. Trwał w tym postanowieniu niczym Orfeusz. Różnica była jednak znacząca; Zygmunt po prostu nie chciał znów ulec Delfinie.

Swojej wypowiedzi nadał lakonicznego charakteru nie z byle powodu – czułby się głupio, opowiadając starszej od siebie kobiecie, że musi być szybko w domu, bo ojciec tak chce. Ba, bo ojciec ma jutro zaprosić swoich bliskich znajomych i ich córkę, z którą byłoby wyśmienicie, gdyby Zygmunt się związał.

Co ją obchodziły nastoletnie rozterki? Przecież wiedział, że Potocka szuka jedynie pocieszenia z powodu męża – człowiek ten, szalenie bogaty i szalenie zapracowany wciąż był za granicą tudzież zajmował się interesami. Delfina była pewna, że ją zdradza. Chciała rozwodu, jednak nie potrafiła odważyć się na rozmowę, poruszającą tak poważny temat.

Krasiński starał się jej pomóc i sugerował, że powinna wreszcie powiedzieć mężowi, co czuje. Z każdym bowiem spotkaniem, pocałunkiem, nawet spojrzeniem czuł coraz silniejszą więź z kobietą. Wbrew rozsądkowi wyobrażał sobie, że gdy Potocka zakończy to małżeństwo, oznajmi mu, iż poczeka na Zygmunta, by wreszcie mogli być razem.

– Nad czym się tak zastanawiasz? – Na dźwięk jej głosu Krasiński wzdrygnął się lekko.

– Szukam kurtki – skłamał. – Nie mam pojęcia, gdzie ją położyłem.

– Zapewne w przedpokoju.

– W takim razie wychodzę. – Spojrzał na nią, próbując nie okazywać emocji. Podszedł do łóżka i musnął jej usta, starając się nie pogłębić pocałunku. Musiał iść. – Cześć.

Poczuł, jak dłoń kobiety przez chwilę mierzwi jego włosy. Nim spojrzał w stronę Delfiny, ta zabrała dłoń i głosem, zdającym się eksponować ciągłe nienasycenie, rzekła:

– Miłego wieczoru, Zygmuncie.

***

Celina z zadowoleniem spojrzała na listę gości oraz wstępny plan imprezy urodzinowej dla Adama. Bardzo cieszył ją fakt, że Zygmunt i Juliusz postanowili pomóc jej w przygotowaniach (Fryderyk nie odczytywał od niej wiadomości, więc stwierdziła, że tymczasowo jest bardzo zajęty). Miała już przerwać planowanie i pójść do kuchni, by zrobić herbatę, kiedy nagle usłyszała dzwonek telefonu.

Sięgnęła po komórkę i ujrzała na wyświetlaczu numer, którego nie znała. Postanowiła jednak odebrać.

– Słucham? – zapytała, z góry zakładając, że połączenie zapewne jest skutkiem pomyłki.

– Celina? – Na dźwięk swojego imienia wzdrygnęła się lekko. Skądś znała ten głos.

– Mhm. Kto mówi?

– Cześć, tu Aleksander.

Szymanowska wciąż nie miała pojęcia, o kogo chodzi. Brat Adama właśnie przechodził mutację i jego raniący uszy „głosik” rozpoznałaby na końcu świata. Nim jednak powiedziała, że nic jej to nie mówi, rozmówca szybko sprostował nieścisłość.

– Fredro. Aleksander Fredro.

– Ach, przepraszam! – Celina poczuła się niczym uczestnik teleturnieju, który przegrał fortunę przez podchwytliwe pytanie. Chwilę później zaczęła się zastanawiać, skąd ten człowiek ma jej numer i, co ważniejsze, w jakim celu dzwoni. – W życiu nie spodziewałabym się telefonu od ciebie.

Ze słuchawki wydobył się cichy śmiech.

– Postanowiłem odnowić stare znajomości. Chyba stęskniłem się za wami.

– Nami? – Szymanowska nieświadomie uniosła brwi do góry.

– Tobą i Adamem. Dlatego właśnie dzwonię. Niedługo ma urodziny, prawda?

Dziewczyna szybko musiała podjąć decyzję, czy dzielić się planami z Fredrą. Z jednej strony, okazja do pogodzenia go z Adamem (zwłaszcza, że Aleksander wykazywał taką inicjatywę) wydawał się niezwykle kuszący, aczkolwiek z drugiej strony, obawiała się reakcji Mickiewicza. Wiedziała, że jeśli temu coś nie pasuje, pokaże to całym sobą niezależnie od sytuacji.

Raz kozie śmierć, pomyślała.

– Tak. Właśnie zaczynam planować szczegóły imprezy.

– Zaprosiłaś już kogoś? – zapytał Fredro z dozą ciekawości.

Szymanowska uśmiechnęła się sama do siebie. Postanowiła, że wymusi na nim pytanie, czy może przyjść. Gdyby Adam się wściekł, oświadczy niewinnie, iż grzeczność nie pozwalała jej odmówić.

Poza tym, przyszło jej na myśl, minęło tak wiele czasu, że powinni zapomnieć o tym koszmarnym sporze.

Sama ledwie już pamiętała tę zaciętą rywalizację. Jej związek z Adamem dopiero co zaczął istnieć i nie wiedziała, co począć, widząc niewyspanego Mickiewicza, który zamiast z nią rozmawiać, szeptał sam do siebie i bez przerwy pisał w notatniku. Okazyjnie patrzył z zazdrością na Fredrę, na co ten odpowiadał spojrzeniem emanującym kpiną wobec młodszego kolegi.

Ostatecznie Aleksander wygrał konkurs, w którym obaj brali udział, a ona sama przez bardzo długi czas musiała pocieszać swojego chłopaka (oczywiście ten zapewniał, że nie jest mu to potrzebne, bo „jury konkursu znajdowało się na poziomie zerowym”).

– Halo? – Słysząc głos Fredry, Celina natychmiast odgoniła od siebie myśli.

– Przepraszam, o co pytałeś?

– O to, czy kogoś zaprosiłaś.

No tak, pomyślała, przypominając sobie, skąd wzięły się w jej głowie wszystkie wspomnienia.

– Kilka osób. Zajmę się tym do końca tygodnia.

– Nie byłoby problemem, gdybym się zjawił?

Szymanowska pomyślała o tym, jak Mickiewicz zachował się w stołówce i od razu stwierdziła, że gdyby znów przyjaźnił się z Fredrą, nie czułby się tak jak aktualnie.

– Przyjdź – powiedziała. – Najwyższy czas się pogodzić.

– Zdecydowanie. Mam tylko nadzieję, że nie zapomnę języka w gębie lub nie zostanę przedwcześnie zlinczowany.

Celina również brała te opcje pod uwagę.

– Na pewno będzie dobrze – rzuciła odruchowo.

Fredro westchnął.

– Chciałbym. – Niepewna nuta w jego głosie szybko zniknęła. – Będę już kończył. Dzięki wielkie za wszystko!

– Drobiazg – odpowiedziała, a do jej uszu dobiegł dźwięk zakończonego połączenia.

***

Zygmunt uważał Elizę Branicką za bardzo miłą dziewczynę. Do końca posiłku lakonicznie odpowiadała na pytania starszego Krasińskiego, który zadawał je z czystej grzeczności. Gdy dorosłe towarzystwo rozpoczęło rozmowy na temat co najmniej nudne, Zygmunt wstał od stołu i zaproponował dziewczynie, że spędzą czas w jego pokoju. Nie czuł w tym żadnej swobody, a tym bardziej przyjemności – jedyne, co go pocieszało to fakt, że dostrzegł delikatny uśmiech ojca.

Wszedł na piętro, czując na sobie badawczy wzrok Elizy. Wskazał jej drzwi do swojego pokoju, by pierwsza mogła przekroczyć próg.

Gdyby się zamyślił, zapewne wpadłby na nią, również ruszając do pomieszczenia, gdyż dziewczyna zatrzymała się tuż przy drzwiach i zaczęła wpatrywać się w jego biblioteczkę.

– Spora kolekcja – stwierdziła. – Jest tylko twoja?

– Mhm – potwierdził, po czym stanął obok niej. – W szufladach mam jeszcze poezję.

Po co to mówił?

– Za mało miejsca? – Eliza wciąż analizowała, jak przypuszczał Krasiński, zawartość jego księgozbioru.

– Nie, ojciec za nią nie przepada – sprostował.

Pokręciła głową z dezaprobatą.

– Ach, zupełnie jak moi rodzice. Póki nie zaczęłam się nią interesować, w domu nie było żadnego tomiku.

Zygmunt był niezwykle zdziwiony nagłą otwartością dziewczyny. Wbrew oczekiwaniom, ich konwersacja od razu stała się lekka. Z tematu poezji przeszli na szkołę (Eliza była na biol–chemie, choć nauki przyrodnicze wcale nie należały do jej ulubionych; łatwo przyswajała wiedzę i rodzice wykorzystali to, by uczynić z niej lekarza), później okazało się, że dziewczyna zna rodzinę Słowackich, co jeszcze bardziej poszerzyło ich konwersacyjne horyzonty.

Rozmawiali ponad godzinę, czego Krasiński nie zauważył. Czuł się zaskakująco dobrze. Miał już ją o coś zapytać, jednak Eliza była szybsza i pierwsza zagaiła temat.

– Wiesz, że nasi rodzice zaczną się spotykać częściej ze względu na nas?

Zygmunt, mimo poruszenia trudnej kwestii, mentalnie odetchnął z ulgą. Bał się, że Eliza może nie pojmować sytuacji, co jeszcze bardziej utrudniłoby sytuację. Ciężko byłoby mu wyjaśnić to niespotykane, jak na obecne czasy zjawisko.

– To koszmarnie głupie – stwierdził, a dziewczyna kiwnęła głową.

– Problem w tym, że ja… – zawahała się – chyba nie umiem się im przeciwstawić.

Krasiński uśmiechnął się smutno.

– W takim razie jest nas dwoje.

***

– Nie ma mowy. Na żaden półmetek się nie wybieram – mruknęła do słuchawki Celina, po czym położyła na biurku kubek z herbatą.

W odpowiedzi na swoje słowa otrzymała prychnięcie ze strony Adama.

Zaczyna się, pomyślała dziewczyna. Wiedziała, że Mickiewicz z charakterystyczną dla siebie upartością będzie próbował ją przekonać do wzięcia udziału w wydarzeniu. Oczywiście, Celina nie należała do osób przesadnie nieśmiałych, czy aspołecznych – problem tkwił w kwestiach organizacyjnych. Nie miała pieniędzy na sukienkę, buty i ogrom dodatków, a tego Adamowi powiedzieć nie mogła.

– Na studniówkę też się nie wybierasz? – zapytał z kpiną Mickiewicz.

– Daj mi najpierw pewność, że będziemy do tego czasu razem.

– Och, przestań. – Na chwilę zapadło milczenie. – To tylko jeden wieczór.

Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Czuła się koszmarnie głupio, musząc go spławiać.

– Posłuchaj, ja… – Huk, dochodzący zza drzwi przerwał jej.

– Co to było? – zapytał zdezorientowany Adam.

Ojciec, pomyślała.

– Pewnie przeciąg. Później zadzwonię.

– Ale…

– Cześć.

Rozłączyła się i wyszła z pokoju. Nie pomyliła się – pijany ojciec leżał na ziemi. Przeszła obok niego i zamknęła drzwi frontowe, następnie przykucnęła, by spróbować go podnieść. Dopiero wtedy zauważyła, że mężczyzna płacze. Uniosła brwi do góry.

– Co się stało?

W odpowiedzi usłyszała niewyraźne przekleństwo. W tym momencie przypomniała sobie, że ostatni raz widziała łzy w oczach ojca, gdy matka trafiła do szpitala. Natychmiast poczuła ścisk w żołądku.

– Co z mamą?

Nie otrzymała odpowiedzi. Z trudem podniosła ojca i zaprowadziła go do sypialni. Kilka razy powtórzyła pytanie, jednak mężczyzna milczał.

Nie panikuj, rozkazała sobie w duchu, zapytasz go jutro.

Wróciła do pokoju i sięgnęła po telefon. Spodziewała się, że Adam będzie do niej pisał, ale takich wiadomości bynajmniej się nie spodziewała.

Adam: On ci zrobi krzywdę.

Adam: Wyjdź z domu, poczekaj na peronie.

Adm: Idę na pociąg.

Adam: Będę za godzinę.

Westchnęła ciężko.

Ty: Nic mi nie jest, zostań w domu.

Adam: Na podstawie czego mam ci wierzyć?

Ty: Gdyby naprawdę coś mi się działo, pisanie z tobą byłoby ostatnią rzeczą, którą mogłabym robić.

Przez dłuższą chwilę nie odpowiadał.

Adam: Cholera, nie cierpię się martwić.

Adam: Pamiętaj, że gdyby coś się działo, możesz na mnie liczyć.

Adam: Na tym polega miłość.

W oczekiwaniu

Fryderyk trzasnął drzwiami, usprawiedliwiając się w myślach, że zrobił to nieświadomie. Jakaś wewnętrzna siła, której dotąd nie znał, kazała mu nieco mocniej pociągnąć za sobą klamkę. Obawiał się, że za chwilę spotka się z konsekwencjami tego czynu, jednak jedyne słowa jakie usłyszał wciąż dotyczyły powodów ich kłótni.

– Nie miałeś lekcji od dwóch tygodni! Skoro tak się zarzekasz, że nic ci nie jest, Elsner będzie przychodził regularnie!

Skrzywił się z niesmakiem. Nie mógł przecież podać rodzicom przyczyny swojego przygnębienia, a tym bardziej wrócić do gry. Codziennie, wróciwszy ze szkoły, próbował się zmusić do ćwiczeń i codziennie kończyło się tą samą śpiewką – drżeniem rąk, ściskiem w żołądku i istną definicją oporu w głowie. Chopin nie mógł pojąć tej nagłej zmiany; rozpacz zaczęła się zmniejszać, był wściekły na siebie, swoje emocje, a przede wszystkim – co musiał wreszcie przyznać – powód złamanego serca. Związek Liszta najprawdopodobniej rozkwitał – choć nie potwierdzały tego media społecznościowe (Ferenc był od nich uzależniony), a Fryderyk nie otrzymywał na ów temat zbyt wielu wiadomości, przeczuwał, że musi tak być. Że na pewno jest szczęśliwy ze swoją miłością. Pisał rzadziej, a jeśli już, to o sprawach błahych. Chopin miał ochotę cisnąć telefonem o ścianę, gdy Ferenc zaczął się zachwycać pierwszym śniegiem.

Jego nie cieszyło nic.

Celina namówiła go na włączenie się w przygotowanie imprezy urodzinowej dla Adama (w przypływie głębokiego przygnębienia długo ją ignorował, aż wreszcie oberwał książką w głowę, by chwilę później zostać poproszonym o udzielenie jednoznacznej odpowiedzi). Powiedziała później, że przyda mu się zajęcie, bo wygląda, jakby przygotowywał się do obrony doktoratu z wyglądania jak siedem nieszczęść. To przedziwne porównanie w jakiś niezrozumiały dla niego sposób pozwoliło mu opuścić kłębowisko własnych, stawiających w centrum postać Liszta myśli.

Zajął się więc przygotowaniami. Jak na siedemnaste urodziny, pomyślał, Adam będzie miał naprawdę wielką imprezę. Wiedział jednak, że Celina w ten sposób chce wyleczyć kompleksy swego chłopaka, który często narzekał na fakt, że życie skrzywdziło go okropnie pozwalając mu przyjść na świat pod koniec grudnia, ba – w nieszczęsną, jak zwykł ją określać, Wigilię.

Ta myśl uświadomiła mu, że jego urodziny również zbliżają się wielkimi krokami. Wkroczy w dorosłość (a przynajmniej na papierze). Czy cokolwiek się wtedy zmieni?

Dzwoniący telefon przerwał jego rozmyślania. Fryderyk spojrzał na wyświetlacz i zamarł. Ferenc. 

Poczuł, jak wszystkie mięśnie spinają się wbrew jego woli. Nie, nie może odebrać, nie może słyszeć tego głosu. Odrzucił połączenie, czując, jak w jednej chwili całe napięcie znika.

– To iluzja – szepnął sam do siebie. – Niech mi ktoś powie, że to wszystko nigdy się nie wydarzyło.

Dlaczego zakochał się w mężczyźnie? Dlaczego w przyjacielu? Dlaczego w Ferencu Liszcie?

Znów dźwięk z telefonu przebił się przez zgiełk jego myśli, tym razem informując o nowej wiadomości. Fryderyk przymknął oczy, wziął głęboki wdech i sięgnął po komórkę (wyciszył ją później, gdyż Liszt miał tendencję do rozdzielania zdań na miliony fragmentów).

Ferenc: panie chopin!

Ferenc: nie może pan rozmawiać?

Ty: Nie.

Ferenc: no nic, napiszę tutaj

Ferenc: pamięta pan, jak pisaliśmy jakiś czas po ostatnim konkursie?

Ferenc: wspominałem wtedy o niespodziance

Ferenc: pamięta pan?

Chopin uniósł brwi do góry i zaczął się zastanawiać. Faktycznie, kiedyś pojawił się taki wątek w ich rozmowach, ale było to dosyć dawno i nie miał w głowie niczego poza mglistym wspomnieniem.

Ty: Tak.

Ferenc: świetnie

Ferenc: więc

Ferenc: uwaga, uwaga

Ferenc: przyjeżdżam do polski

Ferenc: ba, panie chopin

Ferenc: przyjeżdżam do pana!

Ferenc: w lutym, akurat na pańską osiemnastkę!

Ferenc: cieszy się pan?

Ferenc: bo ja nie posiadam się z radości! <3

– Cholera jasna! – Wiedział, że pobladł. Zdenerwowany mocniej zacisnął dłoń na telefonie.

Ty: Och.

Ty: Kompletnie się nie spodziewałem.

Ferenc: nie mogę się doczekać, gdy razem zagramy!

Ty: Tia, ja również.

Ferenc: onienienie

Ferenc: czy to był sarkazm?

Ferenc: zrobiłem coś źle?

Ferenc: szlag, na pewno zrobiłem coś źle

Fryderyk zamrugał kilkakrotnie. Zdał sobie sprawę, że przez nieznany mu czas wpatrywał się otępiałym wzrokiem w wyświetlacz. Kiedy on dał upust swoim emocjom i odpisał mu w taki sposób?!

Spanikowany natychmiast zaczął naprawiać swój błąd, popełniony nieświadomie i w przypływie impulsu.

Ty: Ależ skąd! Przepraszam cię najmocniej, źle to zabrzmiało. Jestem bardzo mile zaskoczony, a szok opuścił mnie dopiero teraz.

Przez chwilę nie odpisywał. Chopin poczuł wyrzuty sumienia. To, że sam nie potrafił zapanować nad swoimi uczuciami nie oznaczało, że musi przygnębiać Liszta. Przecież ten musiał mieć naprawdę dobry humor – odwiedzi przyjaciela, któremu będzie mógł opowiedzieć o swoim udanym związku.

Ależ tak, pomyślał, dobijaj się jeszcze bardziej, cudowny plan.

Ferenc: rany, panie chopin

Ferenc: jeśli jest coś nie tak

Ferenc: proszę mi natychmiast powiedzieć

Ferenc: bo mam dziwne wrażenie

Ferenc: że chyba jest z panem nieco gorzej niż zazwyczaj

Fryderyk uśmiechnął się nerwowo.

Ty: Naprawdę? Sądzę, że się pan myli, panie Liszt. Ale dziękuję za troskę.

Ty: To urocze.

Nie dostał odpowiedzi, przez co poczuł się głupio. Nie potrafił nad sobą panować, a skutki takiego zachowania prowadziły do coraz gorszych sytuacji. Serce boleśnie kołatało w jego piersi – musiał teraz przeprosić Ferenca. Przecież ten sarkazm był okropny i musiał go mocno urazić. Chopin bał się jednak napisać, a o dzwonieniu nie było nawet mowy.

Wziął głęboki oddech. Ratuj tę konwersację, przebiegło mu przez głowę.

Ty: Przepraszam cię strasznie. Mam gorszy dzień i stąd to idiotyczne zachowanie.

Ferenc: powiedz, co się dzieje

Ferenc: nawet nie przeczuwasz, jak się martwię

Fryderyk postanowił sobie, że już nigdy nie będzie płakał z powodu nieszczęśliwej miłości. Czując jednak łzy na swoich policzkach postanowił, że stanie się wierny temu postanowieniu dopiero, gdy jego głupie serce porzuci nierealne marzenia o Ferencu.

***

Juliusz nie cierpiał zimy. Brudził sobie buty w brei, jaka tworzyła się na ulicy, odmrażał palce, gdy zapominał rękawiczek, a każda kreatywna czynność wychodziła mu dwa razy wolniej lub nie wychodziła wcale. Ot żywot artysty, który potrzebował słońca i zieleni do prawidłowego funkcjonowania.

Przed szkołą znajdowało się mnóstwo osób – wiele klas skończyło o tej samej godzinie, toteż Słowacki musiał uważać, by się nie zamyślić i nie wpaść na jakiegoś palacza lub dziewczynę wpatrzoną w telefon. Jakże on nie cierpiał tych wszystkich ludzi! Zdawali się być prze–koszmarnie prości. On sam zaś czuł, że zaczął się zmieniać, a raczej ponownie podchodzić do próby zmiany. Przez wakacje nabrał pewności siebie, pracował nad warsztatem i stylem swojej poezji, zauważając nieraz spore postępy. Sielanka ta trwała do połowy września. Poznał Mickiewicza i stwierdził, że niczego nie potrafi. Samoocena spadła mu do minimum. I jeżeli zrobił na Adamie wrażenie człowieka narcystycznego (bo taki być z początku próbował), prawdopodobnie dał mu skutecznie do zrozumienia, że już tak nie jest.

Na to wspomnienie zrobiło się mu głupio. Wtedy jeszcze był nikim i nie zasługiwał na takie mniemanie o sobie. A teraz? Teraz był coraz bliżej osiągnięcia swojego celu. Czuł metamorfozę całym sobą i chciał wyrzucić z głowy wszystko, co podświadomie kazało mu patrzeć wstecz. Miało to wiele emocjonalnych konsekwencji i było czystym marnowaniem czasu.

Pora zapomnieć o Ludwice, która zupełnie urwała z nim kontakt.

Pora zapomnieć o Konradzie i niezdrowej relacji.

Pora zapomnieć o Ludwiku, który niegdyś…

– Juliuszu, dlaczego stoisz na środku ulicy? – Słowacki odwrócił się zdezorientowany i zobaczył Mickiewicza. Chłopak, najwyraźniej nic sobie nie robiąc z niskiej temperatury miał rozpięty płaszcz i niedbale założony szalik, który ani trochę nie osłaniał szyi. Wzrok miał zdziwiony, reszta twarzy zachowała klasyczny, chłodny wyraz.

Juliusz machnął niedbale ręką.

– Zamyśliłem się.

– Nie zamyślaj się więc w miejscach publicznych, bo utrudniasz innym przemieszczanie się – powiedział beznamiętnie Adam i wyminął go.

Słowacki zmarszczył brwi, nie kryjąc dezorientacji. Czy zrobił coś źle? Szybko stwierdził, że nie, a jeśli nawet, to nie na tyle, by zdenerwować Adama. Pobiegł więc, by chwilę później iść już obok niego.

– Coś nie tak? – zagaił, spoglądając na Mickiewicza z ukosa.

– Wszystko w jak najlepszym porządku – odparł. Nie patrzył na niego.

– Przecież widzę, że coś się stało.

– Z tak precyzyjnym wzrokiem wejdziesz w pierwszy lepszy słup.

Juliusz na chwilę ułożył usta w wąską kreskę. Trochę zabolała go ta wypowiedź, ale stwierdził, że nie da za wygraną. Metamorfoza, powtarzał w myślach.

– Zachowaj te przeurocze komentarze dla siebie. Albo chociaż powiedz, skąd ten humor.

Nie powiedział. Milczał przez długą chwilę, co zmusiło Słowackiego do zmiany taktyki. Miał już się odezwać, gdy nagle usłyszał ciche:

– Chodźmy tutaj. – Trudno zauważalnym gestem dłoni wskazał na jakąś witrynę, za którą znajdowało się kilka typowo kawiarnianych stolików. – Nie usłyszysz porywającej historii, ale przynajmniej wypijesz coś ciepłego. Trzęsiesz się cały.

Nie tak miała wyglądać metamorfoza, pomyślał Juliusz, stwierdzając fakt, że drżał lekko, choć nie było mu na tyle zimno. Kiwnął głową w odpowiedzi i obaj ruszyli ku kafejce.

Miejsce nie sprawiało wrażenia nowego, ale zdawało się mieć swój klimat – kremowe ściany, drewniane półki z przedziwnymi ozdobami i zaskakująco wygodne (jak szybko ocenił Juliusz) krzesła tworzyło niezwykle przytulną atmosferę. Zdjął z siebie kurtkę, schował rękawiczki do kieszeni, następnie podzielił uwagę między menu a Adama.

Mickiewicz nie zdjął nawet płaszcza. Siedział nienaturalnie prosto, jednocześnie sprawiając wrażenie nieobecnego.

Juliusz nie potrafił wysnuć żadnej hipotezy, dotyczącej swojego towarzysza. Nie miał pojęcia, skąd to przygnębienie i czym może być spowodowane. Teraz zrozumiał, jak to jest być tą osobą w relacji, która musi troszczyć się o drugą. Stwierdził, że to dziwne oraz trudne zarazem.

By odciągnąć Adama od myśli, jakich ogrom zapewne kłębił się teraz w jego głowie, podał mu menu i poprosił, by wybrał coś dla siebie.

– Weź mi cokolwiek – rzucił beznamiętnie.

Słowacki posłał mu pełne dezaprobaty spojrzenie, po czym zabrał kartę, by chwilę później znaleźć się przy ladzie i rozpocząć konwersację z (jak później stwierdził) przemiłą pracownicą kafejki.

Zabije mnie, jeśli zamówię mu latte, pomyślał. Pomysł jednak zbyt mu się spodobał, by go nie zrealizować. Miał wrażenie, że Mickiewicz jest miłośnikiem mocnych kaw, toteż uznał, że mała zemsta za nieco niemiłą ripostę będzie adekwatna. Przecież powiedział „cokolwiek”!

Wrócił do stolika i usiadł naprzeciwko przyjaciela.

– Zatem? – zagaił. – Co cię trapi?

Adam przez chwilę nie odpowiadał.

– Obiecaj, że to, co zaraz powiem, pozostanie w ścisłej tajemnicy.

– Obiecuję.

– Celina nie przyjechała do bursy – zaczął Mickiewicz. – Nie mam z nią żadnego kontaktu. Nie obiera telefonów, wiadomości, której do niej wysyłam cały czas pozostają jedynie „dostarczone”.

– Może jest chora?

Adam pokręcił przecząco głową.

– Jej relacje w domu są… bardzo napięte, eufemizując – wyjaśnił. – Więcej nie powiem, ale nie myśl, że ci nie ufam. Przemilczę szczegóły z czystego szacunku dla Celiny.

Wyglądał, jakby chciał jeszcze coś dodać, ale wtem nadeszła „przemiła pani zza lady” i przyniosła im kawę. Juliusz nie czuł satysfakcji wynikającej ze spojrzenia Adama na latte. Przez dłuższą chwilę karcił się w myślach, że jest skończonym i nie nadającym się do pocieszania ludzi idiotą.

– Powiedziałeś, że ma być cokolwiek – rzekł, chcąc się wytłumaczyć ze swojego czynu.

– A usłyszałeś z moich ust komentarz? – odparował Mickiewicz chłodno.

Juliusz westchnął cicho.

– Przepraszam – wydusił z siebie. Nim znów coś dopowiedział, upił łyk kawy (uznał ją za znośną w smaku). – Myślę, że z Celiną wszystko w porządku. Przecież, co mogło by się jej stać?

– Wszystko – odparł niemalże natychmiast Adam. – Rozmawiałem z nią, gdy wróciła do domu w piątek. Rozłączyła się nagle, a gdy napisałem, że przyjadę po nią, odpowiedziała, że nie ma potrzeby. Nie wiem, co robić.

Słowacki również nie wiedział. Jedyne, czego był teraz pewien to bezsilności w głosie przyjaciela.

– Wkrótce przyjedzie. Przecież musi. Wtedy z nią szczerze porozmawiasz.

– A co, jeśli…

– Żadne jeśli. Celina da sobie radę niezależnie od brzemienia, jakie przyjdzie jej dźwigać – powiedział, nie pojmując, skąd te słowa przyszły mu do głowy. – Będzie dobrze.

Adam przymknął na chwilę oczy.

– Obyś miał rację – powiedział. – Jestem tak zdesperowany, że przyjmę każdą klasyczną gadkę przy pocieszaniu.

***

Państwo Chopin byli nieugięci w swej decyzji, toteż Józef Elsner przyszedł na zajęcia jak zwykle. Domyślając się, że czeka go ciężkie zadanie (bynajmniej nie zamierzał się poddawać humorom chłopaka), zamiast fortepianu wybrał keyboard w pokoju Fryderyka.

Wszedł po schodach na górę i zapukał do drzwi.

– To na nic – powiedział Chopin tonem pozbawionym jakichkolwiek konkretnych emocji. – Nie zmusicie mnie.

Nauczyciel zmarszczył brwi. Coraz mniej podobała mu się tolerancja tego problemu. Nie rezygnuje się z życiowej pasji ot tak – już on dobrze o tym wiedział. Co więc mogło być przyczyną takiego zachowania i, co wydawało się mu równie ciekawe, czemu nikt nie pofatygował się, by poznać jego powód?

Nacisnął klamkę i wszedł do pomieszczenia. Zdziwił go wszechobecny bałagan – Fryderyk najwyraźniej zrobił sobie z tego miejsca pustelnię. Na podłodze znajdowało się kilka kubków z fusami po kawie, książki tudzież zeszyty.

Definitywnie było źle.

– Przytulnie – stwierdził Elsner z przekąsem, po czym spojrzał na Fryderyka. – Zaczniemy lekcję?

Chłopak pokręcił przecząco głową.

– Naprawdę chcesz zrezygnować? – Twierdząca odpowiedź wcale go nie zdziwiła. – Dlaczego?

Chopin przez chwilę zdawał się walczyć ze sobą jakby nie był pewien, czy może sobie pozwolić na powiedzenie czegokolwiek.

– Chciałbym grać, ale nie mogę. Przynajmniej na razie – wydusił z siebie wreszcie.

Elsner przeszedł pomiędzy kubkami i książkami, po czym usiadł obok Fryderyka.

– Wiesz, czym to jest spowodowane?

– Domyślam się.

– A czy wiesz, jak temu zapobiec?

Nie otrzymawszy odpowiedzi, nauczyciel westchnął. Musiał przybrać nową strategię. Fryderyk nie mógł przecież odpuścić – wciąż nie zdawał sobie sprawy z tego, jaki ma potencjał i jak go marnuje, zaniedbując regularne ćwiczenia. Elsnerowi krajało się serce na widok człowieka, który nieświadomie robi sobie ogromną krzywdę. Chopin powinien wzbudzać zachwyt w każdym melomanie, a nie ponosić się młodocianym załamaniom. Jakże chciałby mu wytłumaczyć, że w tym wieku odbiera się wszystko w zły sposób! Wiedział jednak, że tylko pogorszyłby tym sytuację. Nastolatkom nie mówi się takich rzeczy – będą się buntować i nawet, jeśli odkryją, że to stały proces, będzie już za późno; stracą najlepsze lata życia na, jak się później okaże, niewłaściwym interpretowaniu świata.

– Panie Elsner. – Fryderyk wyrwał go z przemyśleń. Spojrzał na chłopaka, który zdawał się być mocno podenerwowany. – Wiem, jak temu zapobiec. Ale to w lutym. W lutym wszystko się rozstrzygnie.

***

– Dobry wieczór, skarbie! Miło cię widzieć – powiedziała pani Mickiewicz, ujrzawszy w progu Celinę. – Wejdź, proszę. Pewnie strasznie zmarzłaś. Chcesz herbaty?

– Nie, dziękuję – odparła dziewczyna i przekroczyła próg. – Muszę natychmiast porozmawiać z Adamem.

– Ach! – Kobieta zamknęła drzwi. – W takim razie cię nie zatrzymuję.

Celina zdjęła buty i całe odzienie wierzchnie, które skąpane było w topniejących płatkach śniegu. Następnie ruszyła do pokoju swojego chłopaka, przy okazji witając się z młodszym Mickiewiczem, który grał na konsoli.

Wiedziała, że Adam będzie wściekły. Zupełnie zignorowała jego wiadomości, a gdy już wsiadła do pociągu okazało się, że urządzenie od dawna jest rozładowane. Odstawiła więc rzeczy do bursy i złożyła mu wizytę.

Mickiewicz otworzył drzwi. Na widok Celiny, jego oczy błysnęły. Bez słowa wpuścił ją do środka.

– Przepraszam – powiedziała ze skruchą Szymanowska. – Ojciec się rozchorował i musia…

Nie dokończyła, gdyż Adam naparł na jej usta, ułożywszy dłonie na jej biodrach. Momentalnie przeszły ją dreszcze. Odwzajemniła pocałunek; dopiero teraz zdała sobie sprawę z tego, jak bardzo dawno nie miała styczności z tym obliczem swojego chłopaka.

– Bałem się – wydusił z siebie, gdy wreszcie oderwał się od jej ust – że coś się stało. Że cię stracę.

Celina przyłożyła dłoń do jego policzka i zaczęła go gładzić. Adam przymknął oczy.

– Ten strach szkodzi nam wszystkim. Musimy wreszcie coś zmienić – powiedziała.

– Jeszcze pół roku – rzekł Mickiewicz. – Po urodzinach się stamtąd wyprowadzisz.

Otworzył oczy, a dziewczyna kiwnęła głową, by potwierdzić jego słowa.

– Zrobię wszystko, byś czuła się dobrze.

Adam objął ją mocniej. W ostatniej chwili powstrzymała się od syknięcia z bólu. Ramię Mickiewicza przylegało do siniaka, który pojawił się na jej ciele dwa dni wcześniej, a dokładniej po próbie podjęcia dialogu z ojcem.

***

Adam: Cześć.

Adam: Dziękuję za rozmowę.

Adam: I wybacz, że musiałeś mnie widzieć w takim stanie.

Adam: Nawet nie zapytałem, jak się czujesz.

Adam: Nie rozmawialiśmy o twojej sprawie od czasu, gdy się ona wydarzyła.

Adam: Chyba nie umiem w relacje międzyludzkie, cholera.

Juliusz sięgnął po papierosa. Nie miał pojęcia, dlaczego denerwuje się zupełnie tak, jak wtedy, gdy Adam podał mu rękę po bójce. Stwierdził, że trochę tytoniu odpędzi wszelakie myśli z jego głowy. Mylił się. Rzucił niedopałkiem w małą zaspę na balkonie i westchnął cicho, bowiem Mickiewicz wciąż tkwił w jego umyśle.

Ty: Ze mną w porządku. To głupstwo zamknęło jeden z rozdziałów mojego życia, a przynajmniej tak mi się wydaje. Dzięki za troskę.

Ty: Co z Celiną?

Adam: W porządku. Przed chwilą odprowadziłem ją do bursy.

Ty: Mówiłem, że będzie dobrze!

Adam: Mówiłeś.

Juliusz schował telefon do kieszeni i spojrzał w niebo. Gwiazdy przysłonięte były chmurami, co Słowacki uznał za niezwykle przykre. Uwielbiał ich widok, gdyż pozwalał na oderwanie się od przygnębiających myśli. A właśnie taka myśl zaczęła niepokoić jego duszę.

Czemu miał wrażenie, że początkowe uczucia do Mickiewicza, które uznał za wartą wstydu pomyłkę, nie potrafiły czynić ich przyjaźni zdrową?

To nie powinno się wydarzyć

– Myślałem, że przyjdzie więcej osób.

Aula szkolna, gdzie społeczność licealna zbierała się, by oglądać efekty pracy kółka teatralnego wbrew słowom Adama nie świeciła pustkami. Wśród widowni znajdowało się mnóstwo osób z klas pierwszych, których Mickiewicz nie znał – stąd wzięło się jego mylne wrażenie. Dziwił go fakt, że Juliusz, Fryderyk i Zygmunt nie przyszli. Coraz częściej oznajmiał swojej dziewczynie, że na studiach każe wszystkim osobom nadającym się na potencjalnych przyjaciół zrobić test osobowości. Aspołeczne towarzystwo było ciężkie do zniesienia, toteż wolał go uniknąć, póki miał okazję.

– Nie przesadzaj, prawie wszystkie miejsca są zajęte – odpowiedziała mu Celina.

Dzielnie znosiła jego narzekania (dowiedział się wcześniej, że Fredro maczał palce przy interpretacji sztuki) wiedząc, że wszystkie osoby, na których brak tak wielce go irytował, kończą przygotowywanie imprezy. Sama również chciała pomóc, jednak to jej przypadła rola zabrania go w miejsce imprezy–niespodzianki. Pech chciał, że wcześniej musiało odbywać się przedstawienie i wielu opuściło je dla dobra sprawy. Szymanowska nie wiedziała, jak im dziękować. Chciała, by te urodziny były niezapomniane i czuła, że z pomocą znajomych wszystko pójdzie jak po maśle.

Światło w auli zostało zgaszone. Ciemność, mająca za zadanie stworzenie atmosfery tajemniczości idealnie wywiązała się ze swojej roli. Po kilkunastu sekundach kurtyna została odsunięta, a lekkie światło padło na miejsce, gdzie stał aktor.

– Stawiam paczkę szlugów, że w ciągu dziesięciu minut ktoś się pomyli. – Adam spojrzał w prawą stronę i ujrzał przewodniczącego szkoły, uśmiechającego się kpiąco.

– Przecież wiesz, że nie palę – szepnął Mickiewicz.

– Dlatego zakładam się akurat o to.

– Cholera by cię, Towiański.

Przewodniczący przymrużył lekko oczy. Był najwyraźniej skory do cynicznej odpowiedzi, jednak nim do niej doszło, jakaś dziewczyna szepnęła do nich, by byli cicho.

***

Zygmunt z dumą spojrzał na efekt swojej bardzo ciężkiej pracy. Salon był gotowy na przyjęcie gości, którzy wkrótce mieli przybyć. Wśród nich miała znaleźć się Eliza, którą zaprosił z dwóch skrajnych powodów. Polubił tę dziewczynę ogromnie i stwierdził, że będzie potrzebował przy sobie kogoś o trzeźwym (w tym przypadku dosłownie) umyśle, mogącym pomóc kontrolować całe towarzystwo. Jednocześnie, informując ojca o urządzeniu imprezy podczas jego kilkudniowej nieobecności w domu musiał mieć argument, który przekona go do wyrażenia zgody. Eliza była jego asem w rękawie. Czasem czuł z tego powodu wyrzuty sumienia. Równocześnie wiedział, że gdyby Branicka poznała jego zamiary, nie byłaby zła; doskonale rozumiała sytuację.

– Schowałeś wszystkie przedmioty, które mogłyby się zniszczyć? – zagaił do Juliusza, widząc jak wchodzi do salonu.

– Idąc tą logiką, musielibyśmy urządzić imprezę w piwnicy – odparł Słowacki. – Twój ojciec to fanatyk wszystkiego, co stare i sprawiające wrażenie mogącego rozpaść się od dotyku.

Zygmunt westchnął.

– Chciałbym zaprzeczyć.

– Obklejcie cały salon folią bąbelkową. – Obaj spojrzeli na kanapę, gdzie siedział Fryderyk. Teoretycznie miał pomagać, jednakże dotychczas jedynie rzucał kąśliwe uwagi, spowodowane długotrwałym przygnębieniem. Nikt nie wiedział, skąd to przygnębienie się wzięło, i nikt nie zamierzał naciskać na Chopina, by poznać prawdę (mógł zrobić to Mickiewicz, jednak jego altruizm był ograniczony do Celiny, okazyjnie Juliusza).

Słowacki i Krasiński spojrzeli po sobie, przybierając podobny wyraz twarzy.

– Marudo – mruknął Zygmunt – mógłbyś wykazać trochę inicjatywy.

Fryderyk nie odpowiedział. Wyciągnął telefon z kieszeni, ignorując towarzyszy, co jeszcze bardziej zirytowało Krasińskiego. Miał uraz do ludzi, którzy w trakcie konwersacji (lub w akcie jej przerwania) sięgali po smartfony. Robił tak Adam, robił tak Fryderyk, czasem robił tak jego ojciec. Modlił się, by któregoś dnia internet ot tak przestał działać w niewytłumaczalny i nieodwracalny sposób.

– Dalej romansujesz z tym swoim Austriakiem? – rzucił od niechcenia. Miał już rozpocząć ponowne sprawdzanie, czy wszystko jest na sto procent gotowe, kiedy kątem oka dostrzegł, jak Chopin natychmiast blednie. Wyglądał niczym dziecko cierpiące na aichmofobię tuż przed pobieraniem krwi.

– On jest Węgrem – wydusił z siebie Fryderyk po zdecydowanie zbyt długim czasie od ostatnich słów Zygmunta. – I nie mówmy o nim, proszę.

Krasiński spojrzał na zdezorientowanego Słowackiego, by niewerbalnie dać mu znać, że wszystko w porządku. Wiedział jednak, że będzie musiał wreszcie porozmawiać z Chopinem. Najwyraźniej to Liszt tak bardzo wpłynął na psychiczne samopoczucie jego przyjaciela.

Postanowił, że zniszczy tego klawiszowca, jeśli okaże się, że złamał Fryderykowi serce.

***

Uliczne latarnie podświetlały płatki śniegu, które leniwie sypały się z nieba. Chmury na dobre przykryły księżyc, uniemożliwiając spoglądanie na jego zachwycający, jak twierdziła Celina, splendor. Warstwa białego puchu okryła chodnik, czyniąc go niezwykle śliskim i niebezpiecznym równocześnie. Kilku pierwszoklasistów z mat–fiza, którzy po dawce dobrej sztuki stawiali coraz frywolniejsze kroki, zaliczyło wywrotkę.

Czuła na sobie spojrzenie Adama jakby ten chciał mieć pewność, że i ona nie dołączy do tego feralnego grona. Wiedziała, że gdy idzie z nim pod rękę, nic jej nie grozi. Sięgnęła więc po telefon i zobaczyła wiadomość od Zygmunta.

Zygmunt: Wszystko gotowe.

Uśmiechnęła się szeroko, zapominając o Adamie.

– O co chodzi? – zapytał.

– Znalazłam mój podręcznik do matmy – skłamała, nie wahając się ani chwili. Miała tę wymówkę przygotowaną od dłuższego czasu. – Zygmunt go ma! Muszę do niego skoczyć zanim wrócę do domu.

– W takim razie – rzekł Adam – możemy iść teraz. Cholerny zdrajca, należy się mu reprymenda za brak obecności.

Celina poczuła ogromną satysfakcję. Wszystko szło pomyślnie. Teraz wystarczy zaprowadzić go do Zygmunta, pobyć chwilę na imprezie i nie spóźnić się na pociąg, pomyślała. Jedyne, co zaprzątało jej głowę to pojawienie się Fredry. Wiedziała, że to człowiek rozsądny, problem więc nie leżał w nim. Obawiała się o reakcję Mickiewicza. Wciąż nie miała pojęcia, czy lepiej, by doszło do konfrontacji z Adamem w chwili, gdy ten będzie trzeźwy, czy też przeciwnie. Pokładała nadzieję w czasie i doświadczeniach, które dzieliły ich od wydarzeń sprzed roku. Przecież tych dwóch więcej łączyło niźli dzieliło. A przynajmniej na płaszczyźnie zainteresowań.

– Jego ojca nie ma w domu, wiesz? – zagaił Mickiewicz, kontynuując temat o Krasińskim. – Pewnie delektuje się wolnością, kompletnie zapominając o innych.

– Nic dziwnego, że się przyjaźnicie – odparła Celina, nie kryjąc pogody ducha.

– Pewnie, ciesz się do woli. Twój chłopak został wystawiony przez przyjaciela i przegrał zakład o paczkę szlugów. – Westchnął teatralnie. – Ktoś sprofanował scenariusz swoimi prostackimi wizjami, stąd te wszystkie pomyłki.

– Nie moglibyście wreszcie zakopać topora wojennego? – zapytała, chcąc mieć ostateczne rozeznanie w kwestii ich relacji. Pomyślała, że może Adam gdzieś w głębi duszy walczy ze sobą, by przestać chować urazę i wyciągnąć rękę jako pierwszy. – Sądzę, że Aleksander zapomniał już dawno o wszystkim, co działo się przed rokiem.

Adam posłał jej długie, przepełnione gniewem spojrzenie. Przez ciało Celiny przeszedł nieprzyjemny dreszcz. Nigdy jeszcze w taki sposób na nią nie patrzył: oczy Mickiewicza momentalnie utraciły ten ciepły blask, jakim była tak często obdarzana. Nie potrafiąc wytrzymać napięcia, odwróciła wzrok.

– Źle sądzisz – Usłyszała z ust Adama. – Ten człowiek uważa, że może robić wszystko bez konsekwencji. To głupiec o poglądach zmiennych jak chorągiewka na wietrze. Cholerny oszust i prostak.

Znaleźli się na przystanku. Kilka minut czekali na autobus, następnie wsiedli do pojazdu. Przez cały czas milczeli. Cisza, jaką od czasu do czasu zakłócał warkot starych samochodów przejeżdżających obok, dobijał Celinę. Musiała natychmiast poprawić Adamowi humor – nie mógł przecież w takim stanie przybyć na własną imprezę urodzinową. Przygryzła wargę i zaczęła się zastanawiać, jakich słów użyć, by Mickiewicz odzyskał pogodę ducha.

– Przepraszam – odezwał się Adam, nim zdążyła wpaść na jakikolwiek pomysł.

Dziewczyna w duchu odetchnęła z ulgą. Najwyraźniej los podzielał jej pragnienia, by wszystko tego wieczora poszło dobrze.

– Porozmawiajmy o czymś innym – rzuciła w odpowiedzi, starając się zachować powagę. – Twój starszy brat przyjedzie na Święta?

Mickiewicz wydawał się być zaskoczony tym pytaniem. Nic dziwnego – było tak spontaniczne, że dopiero po jego zadaniu Celina zaczęła się zastanawiać, co właściwie powiedziała.

– Tak, chyba przyjedzie jutro wieczorem – rzekł. Jego ton wskazywał, że rozmowa wróciła na właściwe tory, więc, jak stwierdziła Celina, wszystko było już w porządku. A przynajmniej tak jej się wydawało. – Na pewno nie mogłabyś spędzić Świąt u mnie?

Szybko pokręciła głową w geście zaprzeczenia.

– Nie ma mowy. Cała rodzina się zjeżdża, czeka mnie dużo pracy – skłamała.

Rodzina odwróciła się od ojca, gdy zaczął pić. Była więc przez najbliższe dni skazana tylko na niego. Istniała możliwość, że przez kilka dni nie tknie alkoholu i nie zepsuje atmosfery świątecznej, jaką Celina obiecała sobie (mimo wszystko) stworzyć.

Poczuła, że Adam ściska jej dłoń. Spojrzała na niego; ciepło panujące w autobusie spowodowało, że blade policzki chłopaka przybrały teraz delikatną barwę eozyny. Zbliżył się do jej twarzy. Miała już przymknąć oczy, by oddać się pocałunkowi, jednak twarz Adama momentalnie zmieniła wyraz.

– Cholera! To nasz przystanek!

Szybko pociągnął ją za sobą i wręcz rzucił się na przycisk do otwierania drzwi. Klikał na niego bez przerwy, jednak pojazd nie zatrzymał się.

– Ktoś tu chyba ma zły dzień – mruknęła Celina, patrząc na kabinę kierowcy.

Adam oparł się o automat biletowy, po czym założył ręce na piersi.

– Z przyjemnością sprawiłbym, by miał jeszcze gorszy – powiedział chłodno. – Przepraszam, że będziemy musieli tyle iść pieszo.

– To nie problem. Napiszę do Zygmunta, że wpadniemy za jakieś pół godziny…

– Jak nie gorzej. – Adam spojrzał na szybę. – Takiemu rozmieszczeniu przystanków to ja podziękuję.

Celina spojrzała na niego z troską, po czym wyciągnęła telefon, by poinformować Krasińskiego o miejscu ich pobytu.

Ty: Jest malutki problem.

Ty: Taki tyci–tyci.

Ty: Będziemy trochę później, ale nie wiem kiedy, więc nie róbcie niczego głupiego.

Zygmunt: Czemu mielibyśmy zrobić coś głupiego?

Ty: Po prostu trzymajcie się planu.

Autobus wreszcie się zatrzymał. Adam i Celina, znalazłszy się na chodniku spostrzegli, że pogoda zdecydowanie się pogorszyła. Zaczęło intensywniej padać, a lodowaty wiatr zaatakował ich twarze. Oboje w duchu zaczęli kląć na taki stan rzeczy.

– Jesteś pewna, że potrzebujesz tego podręcznika? – zapytał Mickiewicz, nie ukrywając już niechęci.

Dziewczyna kiwnęła głową.

– Muszę go mieć – powiedziała, po czym ruszyła przed siebie. Błagała los, by i tym razem się ulitował, nie każąc Adamowi zmienić decyzji co do towarzyszenia jej w misji „zdobycia podręcznika”.

***

– Chciałbym cię zabić – powiedział Fryderyk, próbując znaleźć idealną pozycję do siedzenia. – Myślałem, że chowanie się w ramach imprezy niespodzianki jest od dawna przereklamowane.

Usłyszał jedynie śmiech Zygmunta.

– Znając ciebie i tak po jednym drinku wrócisz pod ten stół.

Urażony Fryderyk miał już wstać i powiedzieć Krasińskiemu, co sądzi o jego opinii, jednak przypomniał sobie, że jeśli podniesie się kilka centymetrów wyżej, uderzy o spód blatu stołu. Jedyną jego reakcją więc było długie westchnięcie. W poważaniu miał, czy swoją postawą zadziałał na nerwy innym gościom, którzy także znajdowali się w kryjówkach.

Mimo tego, jak się aktualnie zachowywał, czuł ulgę. Miał wrażenie, że nie jest już tak cierpiętniczo smutny, a humorzasty co, choć przeszkadzało innym, dla niego było zbawieniem. Liszt pisywał do niego coraz częściej, lecz pomijał kwestię związku z niejaką Marią (poza jej imieniem Chopin znał tylko przybliżoną ilość obserwujących na Instagramie tego dziewczęcia pozornie uroczo wychodzącego na zdjęciach). Fryderyk powoli oswajał się z myślą, że musi wyzbyć się tego uczucia, ba – ono nigdy nie powinno się zrodzić.

Dzwonek do drzwi wprowadził wszystkich stan ogromnej ekscytacji.

– Dobra, to ważny moment, nie schrzańmy tego – powiedział Zygmunt, po czym starając się o nic nie potknąć (wszędzie było ciemno) ruszył do przedpokoju.

Fryderyk przyglądał się z trudem jego poczynaniom, podniósłszy wcześniej obrus. Kiedy usłyszał głośny dźwięk przekręcania klucza w zamku, spuścił materiał, który niczym kurtyna przysłonił mu resztę salonu.

– Nareszcie! – Usłyszał głos Krasińskiego. – Współczuję wam, że musieliście iść pieszo w taką pogodę. Wejdźcie do salonu, zrobię wam coś ciepłego do picia.

– Daj jej ten podręcznik i nie każ nam przyzwyczajać się do ciepła. – Fryderyk rozpoznał głos Adama. – Jeśli kiedykolwiek usłyszę od jakiegoś pseudo ekologa coś na temat globalnego ocieplenia, przysięgam, przywiążę go w taką pogodę do słupa.

– Dobra herbata pomoże ci na te fochy. – Do rozmowy włączyła się Celina. – Zygmuncie, poszukaj proszę podręcznika, a my poczekamy w salonie.

Kroki Adama i jego dziewczyny były coraz głośniejsze. Wbrew oczekiwaniom Fryderyka, wszyscy siedzieli cicho, więc istniało prawdopodobieństwo, że ten plan naprawdę wypali. Dziwiło go to, bo nieraz zdarzało się, że ich próby zorganizowania czegokolwiek kończyły się fiaskiem. Rok temu przykładowo, wspólnie z Zygmuntem zrobili tort. Wyglądał ładnie (naprawdę był śliczny, pomyślał), jednakże na samą myśl o jego smaku robiło się mu niedobrze. Do dziś nie mieli pojęcia, co poszło nie tak.

Sygnałem do wyjścia z kryjówki było włączenie światła. Kiedy więc po pomieszczeniu rozniósł się delikatny pstryk, ktoś krzyknął „niespodzianka!” i wszyscy opuścili swoje dotychczasowe miejsca ukrycia.

Fryderyk powoli wyszedł spod stołu, lecz zamiast podejść do Adama (jak większość) z zamiarem złożenia życzeń, przeszedł na kanapę, by uczestniczyć w tej sielance z perspektywy obserwatora. 

Mickiewicz przeżyje bez jednego „sto lat”, pomyślał.

Pierwszą osobą, która rozpoczęła ten nużący rytuał była Celina. Mówiła do niego dosyć długo, Chopin nie starał się jednak wyłapywać żadnych słów, gdyż powoli zaczynał się robić typowo imprezowy gwar. Na koniec dziewczyna pocałowała go, na co kilka osób zaczęło bić brawo.

Fryderyk czuł zażenowanie.

***

Przyjęcie trwało już od kilkudziesięciu minut. Juliusz nie miał pojęcia, że po jego rozpoczęciu, wciąż będą przychodzili nowi goście. Było ich tak wielu, że momentami nie pojmował, gdzie znajduje się jakakolwiek znana twarz. Postanowił więc, że będzie trzymał się blisko Zygmunta, ten jednak cały czas zajęty był Elizą (nie wiedział, skąd ci dwoje się znają). Starał się włączyć do rozmowy, jednak ich tematy były na tyle pogmatwane, że postanowił się poddać i ruszył na poszukiwania nowego rozmówcy. Kilkanaście minut rozmawiał z Celiną, jednak ta oznajmiła, że zaraz wychodzi i musi pożegnać się z Adamem.

– Przecież impreza co dopiero się zaczęła! – powiedział, brzmiąc niczym prawdziwy imprezowicz. Tak naprawdę obawiał się, że straci jedyną osobę, z którą mógłby przetrwać te najtrudniejsze początki zabaw, które dla większości jego rówieśników trwały dziesięć minut, a w jego przypadku zaś połowę takowego wydarzenia.

– Niestety, mam pociąg. – Wzruszyła ramionami. – Nie chcę zapeszać, ale póki co ta impreza wygląda bardzo przyzwoicie.

Po tych słowach uśmiechnęła się lekko. Juliusz, nie wiedzieć dlaczego, zaczął się zastanawiać, czy Celina była ładna. Nie czuł wprawdzie do niej żadnych namiętnych uczuć, ale jednocześnie nigdy nie patrzył na nią inaczej niż na dziewczynę Adama, która czasem się do niego odezwała.

Przez ostatnie tygodnie nasłuchał się od Zygmunta sporo o byłych dziewczynach Mickiewicza. Podobno były piękne, ale Adama nudziły związki. Co więc widział w Celinie?

Miała długie, sięgające połowy ramion włosy w czekoladowym kolorze. Jej ciemne tęczówki nie zachwycały kolorem ani blaskiem. Rysy miała delikatne, acz nie wzbudzały one przesadnego zachwytu. Jeszcze te worki pod oczami, pomyślał podsumowując. Czym zainteresowała Adama? Inteligencją? Mickiewicz nie uznawał inteligentniejszych od siebie. Uprzejmością? Wiele dziewczyn z natury jest uprzejmych…

– Coś nie tak? – zapytała, zauważywszy, że Juliusz zatonął w swoich myślach.

– Wszystko w porządku – zapewnił.

Skinęła głową, pożegnała się z nim i ruszyła ku Adamowi. Juliusz obserwował ich z daleka, i choć nie słyszał, co mówili, wizualnie sprawiało to wrażenie czułego rozstania rodem z przesłodzonych romantycznych filmów.

Para stała blisko siebie, patrząc sobie w oczy tak czule, że Juliusz poczuł się niezręcznie, pozwalając sobie na obserwowanie tej sceny. Owa chwila należała tylko do nich i nie powinien jej odbierać intymnego charakteru. Nie powinien, jednak to robił.

Adam przyłożył dłoń do policzka Celiny, głaszcząc go kciukiem. Dziewczyna przymknęła oczy, powiedziała coś, a po chwili nastąpił pocałunek. Nie za długi, nie za krótki – przez myśli Słowackiego przebiegło słowo „idealny”. Chciał, żeby ktoś kiedyś pokochał go tak, jak Adam Celinę.

Z widocznym trudem para odsunęła się od siebie. Adam skierował się ku nieznanym Juliuszowi osobom, Celina zaś, zanim wyszła, wyciągnęła telefon. Najwyraźniej chciała do kogoś zadzwonić, ponieważ przeszła do przedpokoju (Słowacki stał tuż przy nim) i nieco skonfundowanym tonem powiedziała:

– Cześć, tu Celina. Chciałam ci powiedzieć, że nie jestem pewna, czy powinieneś przychodzić. Adam wygląda na tak szczęśliwego…

Juliusz poczuł się bardzo nieswojo. O co mogło chodzić.?

– Nie wiem – kontynuowała Celina – może masz rację. Gdybyś jednak ostro się z nim pokłócił, zadzwoń. Albo poproś Krasińskiego, żeby dał mi go do telefonu.

Zamilkła. Do uszu Słowackiego dotarły dźwięki związane z ubieraniem butów, następnie kurtki. Niecałą minutę później zamknięcie drzwi utwierdziło go w przekonaniu, że po wyjściu Celiny wydarzy się jeszcze sporo rzeczy.

***

– Oni rozniosą ten dom – stwierdził Zygmunt, po czym podał Elizie drinka. – W sumie, nigdy mi się nie podobał.

Eliza niechętnie, ale upiła łyk trunku i pomimo śladowej ilości alkoholu, skrzywiła się z niesmakiem.

– Zawsze myślałam – powiedziała, gdy już doszła do siebie – że dom rodzinny wykracza poza skalę sympatii. Wiesz, spędzasz w nim większość życia, jest tym miejscem na ziemi, którego nikt ci nie może odebrać. Teoretycznie.

– Napij się jeszcze, bo twoje filozofie umilają mi ten wieczór. – Widząc oburzoną minę Branickiej, Zygmunt parsknął śmiechem. – Nie lubię swojego domu i nie oceniam go w taki sposób, jaki uważasz za właściwy.

Wzruszyła ramionami.

– Niech będzie. – Ponownie wzięła łyk i ponownie jej twarz okazała zniesmaczenie. – Zygmuncie?

– Hm?

– Byłeś kiedyś zakochany?

Krasiński spojrzał na Elizę z zaskoczeniem. Zdecydowanie nie spodziewał się takiego pytania. Momentalnie do głowy przyszło mu milion odpowiedzi, jednak żadna z nich nie wyrażała tego, co naprawdę chciał rzec. Jak prostackie zaczęło mu się wydawać opisywanie uczuć słowami! Przez to wszystko myślami powędrował do Delfiny. Jej oczu, uśmiechu, delikatnej, zasługującej na najcudowniejsze pieszczoty skóry. Chciał być teraz przy niej, słyszeć jej głos i cieszyć się każdą z ulotnych chwil, gdy byli razem.

Przymrużył na chwilę oczy, po czym nie otwierając ich, zaczął wypowiedź.

– Nie byłem. Jestem, Elizo. Sidła miłości oplotły moją duszę i cierpię, będąc z dala od tej osoby. Dzieli nas wszystko, łączy, jak się zdaje, jedynie namiętność. – Chciał kontynuować, ale w porę zdał sobie sprawę z faktu, że nie powinien więcej mówić. To musiało brzmieć głupio. – A ty, Elizo? Byłaś kiedyś zakochana?

– Nie jestem pewna – przyznała. – Wiem, że on nigdy nie spojrzy na mnie inaczej niż jak na przyjaciółkę. Sama więc się waham, czy powinnam analizować swoje uczucia.

– Boisz się, że gdy zbyt je poznasz, okaże się, że to miłość?

Przez chwilę milczała.

– Chyba tak.

Zygmunt nie wiedział, co odpowiedzieć. Zrobiło się mu przykro, a jedyny sposób na smutek, jaki znał, znajdował się w szklance, stojącej na stoliku. Sięgnął więc po ową szklankę, po czym uniósł ją lekko. Eliza uśmiechnęła się i uczyniła to samo. Krasiński doskonale dostrzegał bezradność, jaka ogarnęła jej serce.

– W takim razie za uczucia – rzekł parodiując adekwatny do wznoszenia toastów ton – które będą dręczyć nasze romantyczne dusze aż do śmierci.

Delikatne stuknięcie szklanek zwieńczyło jego słowa.

***

Fryderyk wypił trochę za dużo. Żałował tego koszmarnie, bo wszystkie emocje jak jeden mąż poczęły szargać jego psychikę. Czuł się podobnie jak wtedy, gdy dowiedział się o feralnym związku, który tak wiele namieszał w jego sercu. Istniały jednak pewne różnice między tymi stanami. Tym razem, z powodu alkoholu nie miał nad sobą już żadnej kontroli, a przez głowę przebiegała mu jedna myśl – chciał do Liszta. Marzył, by go przytulić, pocałować, usłyszeć, jak wymawia jego imię.

Nie miał pojęcia, w którym momencie znalazł się w łazience (nie przypominał sobie nawet, żeby wstawał z kanapy). Z trudem zamknął drzwi od środka i prawie wpadł na umywalkę. Chwycił się jej kurczowo, by odczekać, aż świat przed jego oczami przestanie wirować. Powoli zsunął się na ziemię i chwilę tępym wzorkiem wpatrywał się w stojącą naprzeciwko niego pralkę.

Było mu źle.

Wyciągnął telefon i z trudem go odblokował. Wszystko przed nim zdawało się balansować między snem a rzeczywistością. Nim zdążył wpaść na pomysł zadzwonienia do Ferenca, jego palce już dawno wystukały odpowiedni numer.

– Fryderyk? – Usłyszawszy głos Liszta, Chopin natychmiast wybuchnął płaczem. Nie potrafił w żaden sposób tego kontrolować. – Płaczesz? Co się dzieje?!

– Ferenc – wymruczał, ocierając łzy. – Pomóż mi. Tylko ty jesteś w stanie naprawić to, co ja… ja i mój głupi mózg zepsuliśmy. Ty zawsze wszystko umiałeś. Zawsze byłeś lepszy.

Liszt nie odpowiedział.

– Poznaliśmy się dawno temu, pamiętasz? Konkurs dla najmłodszych muzyków z całej Europy. Byłeś taki uroczy! I, oczywiście, wygrałeś. Zawsze zasługujesz na każde ze zwycięstw – rzekł. – Pamiętam, jak zaczęliśmy po jakimś czasie ze sobą rozmawiać łamaną anglie…ange… angielszczyzną. Byłeś taki sympatyczny. Co ja gadam, dalej jesteś. Jesteś najsympatyczniejszą istotą na tej planecie!

– Panie Chopin…

– Poganiasz mnie? – zapytał, eksponując urazę, po czym szybko się za to skarcił. – Może i słusznie. Wtedy postanowiłem sobie, że będziesz moim przyjacielem. I wiesz, co się stało? Zepsułem to, panie Liszt! Zepsułem to, Ferencu, mój najdroższy skarbie. Zepsułem tak potwornie! – Łzy lały się z jego oczu strumieniami. Znów był bezsilny. – Po tylu latach, ta przyjaźń, ta adoracja… to wszystko… to wszystko przerodziło się w miłość.

– Fryderyk. – Szept Liszta sprawił, że Chopina przeszły dreszcze. – Mój drogi, uspokój się i przestań mówić po polsku, nie zrozumiałem ani słowa.

***

Juliusz wrócił do domu Zygmunta po wypaleniu papierosa. Zdziwiony zauważył, że Mickiewicz wygląda na wściekłego, a wzrok wszystkich gości spoczywa na nim z nieudolną dyskrecją. Podszedł do Krasińskiego i zapytał go, co się stało. Chłopak sprawiał wrażenie niewzruszonego sytuacją. Słowacki miał wrażenie, że obojętność ta wynikała z ilości spożytego alkoholu.

– Mała sprzeczka ze starym znajomym – wyjaśnił Zygmunt. – Ale nie ma co się zagłębiać w szczegóły.

Juliusz westchnął. Adam musiał być więc wniebowzięty, kłócąc się z kimś na własnej imprezie. Zerknął w jego stronę – pił, czego, jak zauważył Słowacki, wcześniej nie robił. Przynajmniej nie na jego oczach.

– Chyba będę się zwijał – powiedział do Zygmunta i dopiero teraz zauważył, że Eliza śpi, oparta o ramię Krasińskiego. – Czy ty ją upiłeś?!

– Ja? – Starszy chłopak teatralnym gestem wskazał na siebie. – Ja tylko jej tłumaczyłem, dlaczego domy powinny być oceniane jak wszystko inne!

Słowacki z przerażeniem stwierdził, że wszyscy jego znajomi zaczęli się staczać i bynajmniej nie miał zamiaru się do tego dołączać. Sięgnął po telefon i wysłał Augustowi adres Zygmunta z dopiskiem „mógłbyś po mnie przyjechać?”. Po kilku minutach otrzymał odpowiedź w postaci emotikony kciuka w górę. Odetchnął z ulgą.

Miał już podejść do Adama i oznajmić mu, że kończy swoje prze–szalone imprezowanie, kiedy zauważył, że Mickiewicza nie ma tam, gdzie znajdował się wcześniej. Zaczął więc go szukać. Wyszedł z salonu i skierował się w głąb korytarza.

Bardzo tego pożałował.

Zobaczył, jak Adam całuje jakąś dziewczynę. Dłonie Mickiewicza wodziły po ciele dziewczyny w sposób tak perwersyjny, że Słowacki nie wierzył, iż widzi swojego przyjaciela.

Nie wiedział, co zrobić. Miał zareagować? Jeśli tak, w jaki sposób?

Mickiewicz, oderwał się na chwilę od dziewczyny, po czym otworzył drzwi, obok których się znajdowali. Dziewczyna weszła do środka i zanim Adam podążył za nią, Juliusz krzyknął:

– Co ty robisz?!

Starszy chłopak przez bardzo krótki czas zdawał się być zmieszany. Po chwili zmarszczył brwi i zbył go gestem ręki. Następnie zniknął w mroku pomieszczenia i zamknął drzwi.

– Nie wierzę – wyszeptał Słowacki. Jego serce w jednej chwili przepełniło zwątpienie.

Wściekłość nadeszła potem, lecz równie intensywnie. Juliusz odwrócił się na pięcie, i nie kryjąc złości, ruszył do przedpokoju. Chciał wierzyć, że nie widział sceny sprzed chwili. To nie mogło mieć miejsca, powtarzał w myślach.

Będąc już prawie przy przedpokoju, przypadkowo wpadł na jakiegoś chłopaka. Wiedział jedynie, że nazywał się Aleksander Fredro, chodził do klasy maturalnej, a jego załzawione oczy spoczywały nie na Juliuszu, a na drzwiach do pomieszczenia, gdzie znajdował się Mickiewicz.

Następstwa

Gdyby Juliusz mógł przestać myśleć o wydarzeniach sprzed chwili, skupiłby się Auguście, a raczej sposobie, w jaki prowadził samochód. Zawsze szukał okazji, by zakpić z ojczyma (chociaż za tak nieostrożną jazdę powinien on otrzymać reprymendę aniżeli kąśliwą uwagę).

Jednakże czy było to teraz ważne? Równie dobrze mogliby się rozbić – Adam odebrał mu wiarę w ten świat.

Co właściwie się stało? Może to wszystko było tylko złudzeniem? Może przypadkowo wypił coś mocniejszego, a bujna wyobraźnia wykreowała tę co najmniej wartą pogardy wizję? Juliusz szybko zrozumiał, że wszystkie pytania, jakie sobie zadawał, są jedynie naiwną próbą ucieczki od rzeczywistości.

To wszystko naprawdę miało miejsce, pomyślał, przykładając rozgrzane czoło do lodowatej szyby.

– Widzę, że przednio się bawiłeś – skwitował August, zerknąwszy na niego. – Abstynencja jest aż tak przygnębiająca?

Juliusz nie odpowiedział. Nawet kłótnia z ojczymem nie pomogłaby mu wyzbyć się wszelkich nabytych emocji. Pomyślał, że chciałby być już w domu, łyknąć kilka tabletek na sen i nie musieć tego rozpamiętywać. Wtedy przypomniał sobie sytuację sprzed miesiąca, gdy Mickiewicz pomógł mu po lekkim przegięciu z lekami. Miał ochotę powtórzyć tę akcję, lecz z innym skutkiem.

– Nie spodziewałem się, że będziesz trzeźwy – drążył August. – To wydarzenie warte notki w kalendarzu.

Jeśli Bécu spodziewał się jakiejkolwiek reakcji, musiał doznać rozczarowania. Juliusz bowiem zrozumiał właśnie, że Adam na pewno wkrótce będzie chciał z nim porozmawiać. Przecież był świadkiem czegoś, co zapewne Mickiewicz będzie chciał zachować w największej tajemnicy.

A może Słowacki się mylił? Może te wszystkie czułości pary na imprezie symbolizowały pożegnanie? Może Adam nie potrafił wytrzymać w związku i uznał tę stateczność za hańbę dla młodzieńczych, to jest niepewnych oraz zmiennych uczuć?

– Zamierzasz spać w samochodzie? – Usłyszawszy te słowa pojął, że byli już na miejscu.

Wyszedł z pojazdu i skierował się ku drzwiom frontowym. Postanowił połudzić się, że bezsilność uśpi go lepiej niż tabletki, więc zamiast do kuchni, gdzie znajdowały się leki, ruszył do swojego pokoju.

Nie przebrawszy się nawet, padł na łóżko, po czym westchnął cicho. Wyciągnął z kieszeni telefon i już miał go położyć na szafce nocnej, gdy dostrzegł zieloną diodę, oznaczającą otrzymane wiadomości. Uległ pokusie i odblokował urządzenie.

Celina: Hej, wszystko w porządku z Adamem? Tzn. czy nie pokłócił się z kimś?

Celina: Przepraszam, że zawracam ci głowę, ale Zygmunt i Frycek zupełnie mnie olali.

Nim przeczytał wiadomość myślał, że nic nie sprawi, że poczuje się gorzej. Tymczasem pojął, że kiedy dziewczyna Mickiewicza zamartwia się o niego, ten dopuszcza się zdrady.

Wszystkie pozytywne uczucia i wspomnienia związane z Adamem momentalnie odeszły w niepamięć. Brzydził się tym człowiekiem z całego serca.

***

Franciszek Mickiewicz uwielbiał zimę. W jego naturze leżało miłowanie wszystkiego i wszystkich wokół, więc nie istniała możliwość, by pora roku, czyniąca świat białym oraz błyszczącym stała się wyjątkiem. Nie zmienił tego nawet fakt, że prawie poślizgnął się na schodach biblioteki uniwersyteckiej – uniknięcie wypadku wprawiło go w jeszcze lepszy nastrój.

Ludzie twierdzili, że jego pozytywne nastawienie było dziwne.

Będąc już na teoretycznie odśnieżonym chodniku, dopiął torbę, gdzie trzymał ogrom świeżo wypożyczonych książek, po czym zacisnął dłoń na walizce. Wziął głęboki wdech lodowatego powietrza i miał już ruszyć na dworzec, gdy usłyszał zdecydowanie za głośne „Jezus Maria!”. Odwrócił się w kierunku schodów. Emilia, jego dobra znajoma, kurczowo trzymała się barierki. Franciszek stwierdził, że jedyne uczucie, jakie mógł z niej odczytać, nazywało się „żądza mordu”.

Ostrożnie wszedł na schody i podał jej rękę, by mogli zejść razem, jednak dziewczyna odmówiła.

– Dam sobie radę sama – zapewniła, po czym powoli zeszła na chodnik. – Widzisz?

– Widzę, widzę – odparł z rozbawieniem. Emilia, jak na dorosłą kobietę miała sporą potrzebę udowadniania wszystkim, że jest silna i niezależna. – Właściwie, co tu robisz?

Dziewczyna owinęła szyję błękitnym szalikiem, po czym wyciągnęła z kieszeni rękawiczki.

– Musiałam popracować w ciszy i spokoju, na co moi współlokatorzy zdecydowanie nie pozwalają – wyjaśniła. – Gdzie idziesz?

– W stronę dworca.

– Świetnie, pójdziemy razem. Mam w pobliżu kilka spraw do załatwienia.

Ruszyli więc. Emilia opowiedziała mu o tym, że w te Święta nie ma co liczyć na chwilę wolnego czasu, więc jedyną atrakcją będzie możliwość skosztowania makowca („Tylko mi nie mów, że znasz coś smaczniejszego niż makowiec, Mickiewicz!”). Franciszka niezwykle bawiła jej postawa.

– A ty? Wracasz do domu? – zapytała, spoglądając na walizkę Mickiewicza.

– Tak, wieki mnie tam nie było – odparł.

Ostatni raz był w domu w zeszłym roku (z każdą nieobecnością na ważniejszym święcie otrzymywał coraz to mocniejsze słowa od matki podczas rozmów telefonicznych), postanowił więc wreszcie przyjechać. Jeśli będzie miał taką możliwość – przeczyta kilka książek, które wypożyczył, zrobi notatki i przynajmniej nie będzie w plecy z nauką. Obawiał się tylko, gdzie znajdzie ustronne miejsce w rodzinnym mieszkanku, jeśli stężenie konfrontacji Adam–Aleksander regularnie przekraczało tam normę.

– Też zjedzie ci się cała rodzina? – zagaiła Emilia z uśmiechem zdradzającym przedwczesne zmęczenie. Najwidoczniej była pewna wizji swoich Świąt w stu procentach.

– Nie, ale mam dwóch młodszych braci, którzy ciągle zachowują się jak banda przedszkolaków. – Chociaż – zawahał się – może coś uległo zmianie. Jeden jest w ponad rocznym związku, może wreszcie zszedł na ziemię. A drugi… drugi jest po prostu sobą.

Dziewczyna ze współczuciem poklepała go po ramieniu, chociaż jej oczy zdradzały rozbawienie wypowiedzią.

– W coś wierzyć trzeba. – W tym momencie spostrzegli, że muszą się rozdzielić. Wejście do dworca znajdowało się po drugiej stronie ulicy. – Więc to chyba na tyle.

Przytaknął.

– Zatem Wesołych Świąt, Emilio!

– Wesołych! Jeśli oboje to przeżyjemy, musimy gdzieś razem wyskoczyć.

Franciszek niewymownie dziękował jej za to, że bez zawahania się zaproponowała coś, na co on nie mógł się zdobyć od dwóch lat ich znajomości.

***

Zygmunt przez chwilę masował skronie. Nie był wprawdzie ofiarą najokropniejszego stadium kaca, bo nie miał w zwyczaju rzucać się na alkohol i pić bez umiaru, jednak musiał przyznać, że nieco się zagalopował. Miał za swoje – chwilę spędził na opróżnianiu butelki z wodą (po czym z zaniepokojeniem stwierdził, że poza kończącą się mineralną pozostała jedynie kranówka).

Pierwszą rzeczą, którą zrobił po doprowadzeniu się do względnego porządku, było przeanalizowanie ilości pozostałych po imprezie osób. Jeśli Adam nie wrócił do domu, zapewne spał w gościnnej sypialni, do której Zygmunt na początku imprezy dał mu klucz. Przypomniał sobie, że Fryderyka znalazł w toalecie na piętrze i z trudem przetransportował go do łóżka ojca (w tym momencie uznał to posunięcie za bardzo ryzykowne). Eliza zaś spała u niego. Kiedy reszta gości zniknęła, przeniósł ją na swoje łóżko, a sam resztę nocy spędził na kanapie. Próbował sobie przypomnieć, w którym momencie jego dom opuścił Juliusz. Gdyby nie przygotowywali tej imprezy razem, w życiu nie odnalazłby go wśród innych gości. Czasem próbował zagadać coś do niego i Elizy, jednak z miernym skutkiem.

W tym momencie uświadomił sobie, że całą noc spędził z Branicką. Ojciec byłby wniebowzięty, pomyślał z przekąsem.

Ziewnął, po czym leniwie skierował się na schody prowadzące do jego pokoju. Spośród wszystkich tymczasowych domowników, Eliza wydawała się tą, która najszybciej wstanie.

Podszedł do drzwi i zapukał, jednak nie otrzymał żadnej odpowiedzi. Nacisnął klamkę i pchnął ją lekko.

Dziewczyna spała w najlepsze, wtulając się w poduszkę. Zygmunt uznał to za niezwykle rozkoszny widok i aż szkoda mu było ją budzić. Z drugiej strony, była już jedenasta, więc istniało prawdopodobieństwo, że pierwszą reakcją Elizy na godzinę, będzie panika i oskarżenie w stylu „Czemu mnie nie obudziłeś?!”.

Usiadł na krawędzi łóżka i lekko potrząsnął ramieniem Branickiej. Poskutkowało – dziewczyna zamrugała kilkakrotnie, następnie zdezorientowana powoli podniosła się.

– Moja głowa! – jęknęła bezradnie, po czym zaczęła się rozglądać po pomieszczeniu. Chwilę później pojęła, w czyim łóżku leży i posłała Zygmuntowi spojrzenie pełne dezorientacji. Krasiński miał wrażenie, że widzi w nim trochę strachu, przez co zmieszał się w duchu.

– Zasnęłaś koło pierwszej. Wolałem, żebyś spała w spokoju, więc zaniosłem cię tutaj. – Widząc, że jej zdziwienie nie zmalało, zadał pytanie, które później uznał za szczyt idiotyzmu: – Czy ty mnie o coś podejrzewasz?

Policzki Elizy natychmiast zrobiły się czerwone.

– Zwariowałeś? – mruknęła, a następnie z trudem wstała z łóżka. – Daję słowo, już nigdy nie dotknę alkoholu.

Wszyscy tak mówimy, pomyślał Krasiński, ale nie podzielił się tym stwierdzeniem na głos. Zaprowadził Elizę do kuchni z zamiarem przygotowania jej śniadania. Dziewczyna natychmiast uznała, że ani trochę nie jest głodna, ale Zygmunt miał jej opinię w poważaniu i zabrał się za robienie jajecznicy. Było to bowiem jedno z niewielu dań, które umiał przygotować bez większych potknięć. Miał zapytać Branicką, czy ma ochotę na kawę, jednakże zobaczywszy, w jaki sposób patrzy na butelkę mineralnej, sięgnął po szklankę i zaproponował, by uzupełniła elektrolity. Przez niecałą minutę zerkał to na jajecznicę to na łapczywe hausty dziewczyny. Gdyby nie fakt, że przesadnie intensywne dźwięki smażenia atakowały jego głowę, zapewne zacząłby się śmiać z dziewczyny i jej pierwszego kaca. Równocześnie uświadomił sobie, że stał się demoralizatorem.

Jego mózg pokusił się na wykreowanie wizji, w której państwo Braniccy dowiadują się o tym karygodnym zajściu, a następnie, wyeksponowawszy przed Wincentym Krasińskim swoją dezaprobatę, zrywają kontakt. Jednocześnie wiązałoby się to z końcem chorych swatań.

W duchu zakpił z tej alternatywy, jednak jednocześnie zapytał sam siebie, czy jeśli nacisk ze strony ojca jak i rodziców Elizy zwiększy się, w akcie desperacji nie zrobi czegoś głupiego. Nie miał pojęcia, ile jeszcze wytrzyma, będąc bezsprzecznie (przynajmniej zewnętrznie) posłusznym. W końcu, wszystko z czasem musi ulec zmianie.

– I zawsze ma się takie pragnienie? – zapytała Eliza, ze zdziwieniem patrząc na pustą butelkę.

– Jeśli będziesz pić tak dużo, to owszem, zawsze – skwitował, po czym przełożył jajecznicę z patelni na talerz.

Branicka sprawiała wrażenie głęboko poruszonej problemem zdefiniowania „dużej ilości alkoholu”. Zygmunt jednak nie miał siły tłumaczyć swojej zgryźliwości, która wynikała z kaca, więc powiedział jej tylko, że zaraz wraca. Musiał przecież obudzić Fryderyka i Adama.

Znając świat nie pomogą w sprzątaniu, pomyślał, więc nie należy się im przywilej spania do późna.

Skierował się ku sypialni ojca, gdzie powinien przebywać Fryderyk. Otworzywszy drzwi z ulgą stwierdził, że jedyną zmianą, jaką Chopin wprowadził w pomieszczeniu, było niewielkie zmięcie kołdry. Chęć obudzenia przyjaciela zaczęła w Zygmuncie gwałtownie maleć – chłopak wyglądał na tak spragnionego, a jednocześnie zadowolonego ze snu, że nie miał serca go budzić. Westchnąwszy cicho stwierdził, że jest za dobry dla tego świata, po czym przeszedł do sypialni przeznaczonej dla gości.

Ledwie przypominał sobie ostatnie etapy imprezy, to jest momentu, w którym Adam sięgnął po alkohol. Jego pamięć przytaczała sylwetkę Fredry, jakąś poważniejszą i ostrą zarazem rozmowę między nim a Mickiewiczem. W tym momencie jednak jego wspomnienia się urywały. Skarcił się w duchu – naprawdę wypił za dużo.

Otworzył drzwi, ale wbrew jego oczekiwaniom, Adam nie spał. Siedział na krawędzi łóżka, dotykając skroni. Zygmunt doszedł do wniosku, że jeżeli Mickiewicz, który mógł pochłaniać alkohol bez żadnych konsekwencji, zdradzał objawy zdecydowanego przegięcia z trunkami, musiał w tymże bardzo krótkim czasie wypić naprawdę dużo.

– A już chciałem cię obudzić – powiedział, starając się zachować pogodny ton. – Frycek przykładowo chyba nie zamierza dziś otwierać oczu.

Adam posłał mu spojrzenie pozbawione konkretnego wyrazu.

– Jak się podobała impreza? – zagaił Krasiński przeczuwając, że kac dla Mickiewicza jest czymś nowym i irytującym.

Chłopak zbył go gestem ręki, po czym podniósł się i ruszył do wyjścia. Sprawiał wrażenie oderwanego od rzeczywistości. Wspólnie idąc do kuchni, Adam zapytał jedynie, czy rozmawiał z Celiną, na co Zygmunt odparł, że nie, chociaż zauważył mnóstwo dostarczonych przez nią wiadomości.

– Jeśli zapyta o Fredrę powiedz jej, że się nie pogodziliśmy, ale do rozlewu krwi również nie doszło.

– Możesz sam jej to powiedzieć – odparł zdziwiony Krasiński.

– Myślisz, że mi uwierzy? – Adam wkroczył do kuchni, przywitał się z Elizą i zapytał ją, jak się czuje.

Dziewczyna odparła coś niewyraźnie, co najwyraźniej rozbawiło Mickiewicza. Parsknął śmiechem i poklepał dziewczynę po ramieniu.

– Każdy od czegoś zaczynał. Następnym razem po prostu nie pij tyle.

Spojrzenie Elizy, wręcz emanujące rozdrażnieniem, padło nie na Adama, a na Zygmunta. Krasiński, wbrew jej domniemanym oczekiwaniom, nie czuł się winien jej stanowi.

***

Juliusz obudził się o godzinie szóstej i z przerażeniem stwierdził, że już nie zaśnie. Uznał to za wariactwo swojego organizmu (przecież po czterech godzinach snu jeszcze nigdy nie czuł się wypoczęty). Postanowił dzień zacząć od papierosa, jednak szybko zmienił zdanie. Przypomniał sobie, że dzisiaj w domu są wszyscy, a wrzaski i szlabany nie były dobrym zamiennikiem śniadania.

Spostrzegłszy, że zasnął w stroju z imprezy, zgarnął pierwsze lepsze ubrania z szafy i poszedł pod prysznic. Nim dotarł do łazienki usłyszał matkę i ojczyma. Stwierdził, że są chorzy, jeśli w dzień wolny wstają o tej godzinie (z góry założył, iż nie obudzili się w taki sposób jak on).

Gdy letnia woda spływała mu po twarzy, powoli zaczął sobie przypominać o wszystkich wydarzeniach z dnia poprzedniego. Szybko zrozumiał, że poza nim o całej sprawie wie jedynie Fredro. Miał więc się w to mieszać?

Istniała możliwość, że jeśli Celina dowie się o oskarżeniach wobec Adama, Mickiewicz natychmiast powoła go na świadka, licząc na jego lojalność. Będzie w stanie skłamać dla człowieka, który choć dotychczas był mu bliski, dopuścił się czynu nie zasługującego na najmniejszą akceptację? Jeżeli odważy się powiedzieć prawdę, spotka się z konsekwencjami, czuł to. Z drugiej jednak strony nie potrafiłby patrzeć na związek, którego fundamentem byłoby kłamstwo.

Wyszedł z kabiny, osuszył się i ubrał. Przeszedł do kuchni, a następnie usiadł przy stole. Nie był wprawdzie głodny (stwierdził w duchu, że to się robi coraz dziwniejsze), ale rozmowa z matką mogła wzbogacić jego duszę chwilowym spokojem. Było to coś, czego najbardziej teraz potrzebował.

– Dobrze się bawiłeś? – zagaiła Salomea, posyłając mu pełne troski spojrzenie. – August mówił, że byłeś nieco przygnębiony.

Juliusz miał wielką ochotę zrobić swojemu ojczymowi krzywdę. Żadne kłamstwo bowiem nie przychodziło mu do głowy.

– Trochę się nudziłem. Tyle – rzekł wreszcie.

Salomea wyglądała, jakby miała zaraz powiedzieć „To podejrzane!” niczym niejeden detektyw. O dziwo jednak, nie skomentowała jego słów, a zapytała, co ma ochotę zjeść.

Miał już odpowiedzieć, że nie ma ochoty na śniadanie, gdy do pomieszczenia wszedł August. Zdziwił się wielce na widok pasierba. Najwyraźniej wciąż liczył, że znajdzie dowody na fakt, że Słowacki nie wytrzeźwiał. Jego nieufność Juliusz miał w głębokim poważaniu.

– Co cię zwlokło z łóżka o tej godzinie? – zapytał Bécu.

Juliusz nie był gotowy na żadne z dotychczas zadanych pytań. Teoretycznie mógł się ich spodziewać, jednak jego myśli kurczowo trzymały się kwestii Adama.

– Usłyszałem wasze rozmowy – skłamał. – Przy tak ostrej dyskusji nie dało się spać.

Oboje najwyraźniej łyknęli przysłowiowy haczyk, gdyż spojrzeli po sobie z dezorientacją.

– Biedactwo, może pośpij jeszcze godzinkę – zasugerowała Salomea. – Nie możesz przecież zasnąć w trakcie świątecznych porządków.

Gdyby Juliusz aktualnie coś jadł, najprawdopodobniej by się zakrztusił. Sprzątanie? W głowie snuł plany dotyczące czegoś zupełnie innego. Musiał przecież podjąć jakieś kroki w sprawie z Adamem. Nim zaczął wykręcać się z obowiązków, wyłapał kpiące spojrzenie Augusta, co mocno go zdenerwowało.

– Muszę dzisiaj wyjść – oznajmił matce. – To coś bardzo ważnego.

– Nie wykręcaj się – wtrącił Bécu.

Juliusz posłał mu mordercze spojrzenie.

– Zajmę się wszystkim, kiedy wrócę. – Przeniósł wzrok na Salomeę. – Proszę!

August zaczął mówić, że nie powinna się zgodzić, bo „przydałoby się chłopakowi trochę dyscypliny” (Juliusz modlił się w duchu, by piorun trzasnął jego i tę całą dyscyplinę). Ostatecznie jednak udało się mu osiągnąć cel i mógł wyjść z domu. Wiązało się to z konsekwencją – Słowacki musiał natychmiast porozmawiać z Adamem.

***

Nachodzenie Adama dzień przed Wigilią było ostatnią rzeczą, którą Juliusz Słowacki powinien robić. Wiedział o tym doskonale, ale jednocześnie pewien był, że jeśli nie zareaguje, nie zazna spokoju. Mijał więc ludzi, biegających od sklepu do sklepu i słuchał klaksonów samochodowych (korki ciągnęły się przez całe miasto). Przynajmniej nie pada, pomyślał. W porównaniu z breją, jaka zrobiła się na chodniku, było to jednak niewielkie pocieszenie.

Wsiadł w odpowiedni tramwaj, by kilkanaście minut później znaleźć się na osiedlu, gdzie mieszkał Adam. Wszystkie wspomnienia z ostatnich miesięcy przyprawiły go o ból brzucha. Czuł się źle, musząc ponownie tu być.

Znalazł odpowiedni blok. Wahał się chwilę, czy naprawdę chce w to brnąć. Doszedł do wniosku, że prędzej się zbłaźni, rezygnując w tym momencie.

No dalej, brnij w to, pomyślał.

Spośród kolekcji guzików w domofonie, wybrał nieszczęsne czterdzieści i cztery, czując, że gorzej mu się oddycha. Żałował, że nie wziął wcześniej czegoś na uspokojenie, ba – że w ogóle wyszedł z domu.

– Halo? – Z niewielkiego głośnika wydobył się obcy męski głos.

– Przyszedłem do Adama – powiedział, starając się panować nad głosem. Obiecał sobie, że po tym wszystkim skoczy do apteki po jakieś uspokajające ziółka.

– Okej, już cię wpuszczam. – Chwilę później Juliusz zamykał za sobą drzwi do bloku i kierował się ku windzie.

Nie miał pojęcia, czego się spodziewać. Jak Adam zareaguje na jego widok? Wścieknie się? Będzie udawał, że nic się nie stało? A może od razu zacznie go prosić, by raczył być cicho w tej sprawie? Mimo że znał już Mickiewicza trochę czasu, nie potrafił przewidzieć jego zachowania. Choć za chwilę zobaczy tę znaną twarz, będzie się czuł, jak przy rozmowie z kimś zupełnie obcym. To bolało.

Wyszedł z windy i ruszył ku drzwiom wolnym, pozbawionym werwy krokiem. Zapukał lekko, po czym stwierdził, że pewnie nikt go nie usłyszy. Nim jednak odważył się powtórzyć czynność, drzwi zostały otworzone.

W progu stał obcy mu mężczyzna, z którym prawdopodobnie rozmawiał przez domofon. Był starszy od Adama, a jednocześnie podobny do niego. Mimo że sprawiał wrażenie zmęczonego, uśmiechał się do Juliusza, co (nie miał pojęcia dlaczego) nieco go odstresowało.

– Adam jest w swoim pokoju – powiedział, po czym odsunął się, by Słowacki mógł wejść.

Juliusz po raz pierwszy widział kogokolwiek z rodziny Adama. Kierując się do jego pokoju spotkał jeszcze jego matkę. Przywitał się z nią, i choć otrzymał odpowiedź, czuł na sobie jej przepełniony dezorientacją wzrok póki nie wszedł do pokoju Adama.

Zapukał wcześniej do lekko uchylonych drzwi, ale nie czekał na odpowiedź. Niemalże od razu wszedł do pomieszczenia i spojrzał na chłopaka, który leżał na łóżku, zakrywając twarz poduszką.

– Mówiłem, żebyście dali mi spokój – mruknął Mickiewicz, prawdopodobnie biorąc Juliusza za któregoś z członków rodziny.

– Przyszedłem porozmawiać. – Na te słowa Adam podniósł poduszkę i posłał Juliuszowi długie spojrzenie.

– Cholera. Masz farta do wpadania w tarapaty.

Słowacki zamknął drzwi. Poczuł, że zalewa go fala gniewu.

– Ja mam farta do wpadania w tarapaty? – powtórzył. – Fakt, że widziałem coś, czego teoretycznie nie powinienem widzieć jest w tym momencie twoim problemem. Ciekaw jestem reakcji Celiny, gdy się dowie.

Adam milczał przez chwilę. W międzyczasie zmienił pozycję na siedzącą, przeczesał dłonią włosy i westchnął cierpiętniczo.

– Wszystko ci mogę wyjaśnić.

– Spodziewałem się bardziej złożonej wypowiedzi – syknął. Nie miał pojęcia, skąd ten nagły kontenans, ale nie zamierzał się nad nim rozwodzić. Pewność siebie była przydatna; powinien mieć przewagę w tej konwersacji. – I to nie ja potrzebuję wyjaśnień, a twoja dziewczyna.

Mickiewicz ponownie westchnął.

– Póki o niczym nie wie…

– Zamierzasz ją okłamywać? – przerwał mu Słowacki. – Z taką łatwością by ci to przyszło?

W takim razie, pomyślał, nie warto wierzyć w żadne jego słowo. Wszystko, co robił było świadome, nie miał, najwidoczniej żadnych skrupułów. Bez problemu bawił się ludzkimi uczuciami.

– Nie, nie przyszłoby. Ale nie chciałbym jej złamać serca.

– Jesteś niepoważny. Ona się i tak o tym dowie. Co wtedy zrobisz? Powiesz, że wszystko możesz jej wyjaśnić?

Odwrócił się, by wyjść z pokoju. Nie temu człowiekowi nic do powiedzenia.

– Czekaj! – Zatrzymał się na dźwięk słów Adama. – Nie mów jej o tym. Zrobię wszystko, tylko błagam, niech to pozostanie tajemnicą.

Przez głowę Słowackiego przebiegła myśl, że nie tylko on był świadkiem tego czynu. Nie znał jednak zamiarów nijakiego Fredry i nic go one nie obchodziły.

Spojrzał na Adama z pogardą, po czym powoli, bardzo oschłym tonem rzekł:

– Jeśli zrobisz wszystko, bym nie powiedział Celinie o zdradzie, sam jej to powiedz. Wtedy na pewno będę milczał.

Wyszedł z mieszkania, na jego szczęście przez nikogo nie zatrzymywany. Nie poznawał siebie w tym momencie, ale poza wszelakimi negatywnymi uczuciami, rozpierała go duma. Miał wrażenie, że pierwszy raz w życiu zrobił coś dobrze.

Żałował jedynie, że stracił teraz przyjaciela, który okazał się dwulicowym zdrajcą, działającym jedynie w swoim interesie. Dawno nie czuł takiego zawodu – zbyt wyidealizował Adama i teraz musiał znosić tego konsekwencje. Jedna z niewielu osób, z którą był tak silnie związany okazała się kłamcą. W jakich aspektach również oszukiwał? Może wciąż kpił z jego poezji? Może uznawał jego, Zygmunta i Fryderyka za idiotów?

Westchnął cicho, na co kilka osób w tramwaju zwróciło na niego uwagę. Poczuł się głupio i skierował wzrok ku szybie. Zaczęło padać; płatki śniegu swobodnie wirowały na wietrze. Widok ten bez problemu wprowadził go w stan melancholii, a jedyną rzeczą, która trzymała go w objęciach rzeczywistości było postanowienie – musiał zadzwonić do Fredry.

Słońce

– Dieta dla kobiet w ciąży? Na łeb upadłeś, kaleko umysłowa?

– Wiedziałem, że ci się spodoba, braciszku!

– Jesteś popieprzony.

– Aleksandrze, jak ty się odzywasz do brata?!

Gdyby Adam mógł, zamknąłby się w lodowatej piwnicy z zatyczkami do uszu; ewentualnie wyskoczyłby z okna. Jak miał ratować dwie relacje naraz, jeśli jego dwaj wolniej myślący bracia wymieniali się prezentami, które doskonale symbolizowały poziom ich intelektu? Cały ten zgiełk przeszkadzał mu w zbieraniu myśli. A przecież musiał coś zrobić.

Wiedział doskonale, że jest w pułapce – będzie musiał powiedzieć o wszystkim Celinie. Jednakże, jeśli połączy odpowiednie okoliczności i dobierze adekwatne słowa, będzie istniała szansa, że jego związek przetrwa.

W pierwszej chwili wpadł na pomysł, by powiedzieć jej o wszystkim przez telefon, ale pozbył się tej myśli niezwykle szybko. Umysł, wbrew jego woli podsunął mu nieco bardziej rozbudowaną wizję. Gdyby Celina zgodziła się pójść na półmetek, po imprezie zabrałby ją do siebie. Przytuliłby mocno i powiedziałby prawdę, po czym przez długi, bardzo długi czas starałby się nie wypuścić jej ze swoich ramion i znieść widok każdej łzy, jaką by wylała.

Czuł, że mózg przesadził z romantycznością tej sytuacji – inaczej być nie mogło. Nie miał jednak pojęcia, jak podejść do tego inaczej. Był już z Celiną na tyle długo, że nie wyobrażał sobie innego stanu rzeczy. Kiedyś stwierdził, iż często miłość wygasa, a na jej miejsce wstępuje przyzwyczajenie do drugiej osoby. Może było tak w tym wypadku? Nie wiedział. Jedyne, czego teraz pragnął, to nie pozwolić Celinie odejść.

Postanowił, że podzieli się z Juliuszem tym planem. Doskonale zdawał sobie sprawę z urazy, jaką młodszy chłopak zaczął do niego chować. Zawód ten mocno uderzał w jego ambicje, ale póki sprawa była świeża, nie ingerował w próby naprawienia ich relacji. Słowacki musiał ochłonąć (i przy okazji zrozumieć, że nie należy dzielić się swoimi spostrzeżeniami ze wszystkimi wokół).

***

Celina wyjrzała przez okno, po czym zmarszczyła brwi. Zima w tym roku, choć dopiero się zaczęła, była niezwykle intensywna. Śnieg nie przestawał padać, doprowadzając do wielu utrudnień. Spikerzy w radiach szaleli z coraz to nowszymi wiadomościami. Lawiny górskie, wypadki na drogach… jednym słowem „zima stulecia” (ciężko było nie usłyszeć tego zdania przy cogodzinnych wiadomościach).

Dziewczyna usłyszała, że ojciec wszedł do domu. Nie zrobił tego jednak w swój tradycyjny sposób – zamknął drzwi delikatnie, a jego kroki bynajmniej nie były ciężkie i nieregularne, co zapowiadało jego trzeźwość w Wigilię. Nie poczuła, jak zalewa ją fala radości – prędzej dezorientacji.

Mężczyzna stanąwszy w progu, spojrzał na nią wzrokiem pozbawionym konkretnego wyrazu. Celina nie miała pojęcia, jak się w tej chwili zachować. Nie przypominała sobie, kiedy ostatnio rozmawiała z nim, gdy był trzeźwy. Co miałaby mu powiedzieć?

Unikając kontaktu wzrokowego podeszła do lady, gdzie znajdowało się radio. Zaczęła zmieniać stacje tylko po to, by udawać, że czymś się zajmuje. W pomieszczeniu panowała napięta atmosfera wieńczona milczeniem i niewyraźnym szumem z odbiornika.

– Nie ma choinki. – Ze wszystkich słów, jakie mogłaby usłyszeć, te były najmniej spodziewane.

Nie wiedziała, co odpowiedzieć. Może lepiej, by milczała? A nuż zaraz ojciec pokaże, że nie jest do końca trzeźwy i da upust agresji. Z drugiej strony, mogłoby to nastąpić i bez jej odpowiedzi.

– Trudno – rzekła wreszcie. – Nie wiedziałam, że zamierzasz obchodzić Święta.

Darowała sobie spojrzenie w jego stronę.

– Nie ma ozdób, nie ma jedzenia, szlag by to wszystko… – mruczał, a jego kroki stały się głośniejsze. Po chwili Celina usłyszała dźwięk odsuwania krzesła. Stwierdziła, że musiał usiąść przy stole.

Chciała mu powiedzieć, że zrobiła kilka potraw. Choćby musiały skończyć zmarnowane w koszu, Celina za wszelką cenę miała zamiar poczuć w minimalnym stopniu świąteczną magię. Po raz kolejny zawahała się przed zabraniem głosu.

– Zrobiłam kilka rzeczy – zaczęła. – Jeśli… jeśli chciałbyś, moglibyśmy zjeść razem.

– Naprawdę? – Ton głosu ojca wprawił ją w jeszcze większe zakłopotanie.

– Ściemnia się – powiedziała, ignorując jego słowa.

Wszystko było niezręczne – szum z radia, stuk talerzy, dźwięk rozpalanego gazu w kuchence, chrząkniecie ojca. Czuła na sobie jego spojrzenie i nie miała pojęcia, jak powinna się teraz zachować. Ile będzie trwać ta nędzna imitacja sielanki? Czy od razu po kolacji ojciec wstanie i zacznie szukać po szafkach butelek, o których istnieniu nie miała pojęcia?

Posiłek również minął w milczeniu. Wszystko to utwierdzało Celinę w fakcie, że jeśli kiedykolwiek istniała nadzieja na odbudowanie ich więzi (która istniała wiele lat temu), odeszła ona bezpowrotnie. Spoglądała na drżące dłonie ojca i zastanawiała się, czy kiedykolwiek mogła go powstrzymać przed uzależnieniem. Myśli te przygnębiły ją jeszcze bardziej. To wszystko nie powinno się tak potoczyć.

Wstała, by pozbierać talerze, jednak ojciec powstrzymał ją.

– Usiądź – powiedział.

– Ale…

– Usiądź.

Postanowiła nie protestować. Zajęła wcześniejsze miejsce i spojrzała na ojca. Wyraz jego twarzy znów pozostawał dla niej niezrozumiały. Chwilę później spostrzegła, że nieświadomie zacisnęła dłonie w pięści. Westchnęła w duchu. Nie wiedziała, czego się spodziewać.

Mężczyzna przez długi czas walczył ze sobą. Najwyraźniej miał do powiedzenia coś ważnego. W tym momencie olśniło Celinę. Przypomniała sobie, że jakiś czas temu wrócił do domu nie tyle pijany, co mocno zdołowany. Miał łzy w oczach. Czy istniało więc prawdopodobieństwo, że…

– Byłem dziś w szpitalu. Lekarz powiedział, że szanse maleją z każdym dniem. – Wyglądał, jakby chciał coś jeszcze dodać, jednak przychodziło mu to ze zbyt wielkim trudem.

Celina doskonale wiedziała, co ojciec chce przez to powiedzieć. Nim jednak zdecydowała się jakkolwiek zareagować, emocje ją wyprzedziły. Ujrzawszy mrok przed oczami, osunęła się na ziemię.

***

Juliusz nie należał do osób przesadnie nieśmiałych, toteż zadzwonienie do Fredry nie było dla niego żadnym problemem. Wahał się jednak, czy jego rozmówca będzie chciał słuchać o wydarzeniach sprzed kilku dni. Nadal miał przed oczami jego wyraz twarzy; wyżej uniesione brwi, szklące się od łez oczy, mocno zaciśnięte usta – Słowacki nie potrafił o tym zapomnieć. Wciąż czuł się poruszony całym zajściem, a siła owej emocji nie słabła.

Musiał dowiedzieć się od Fredry, co zamierza zrobić z wiedzą na temat całej sprawy. Mógł przecież zniszczyć Adama, ba – nikt by go za to nie winił. Jednak, jeśli poza nimi nie było osoby, która o tym wiedziała, istniała możliwość, że Aleksander zamierza powstrzymać się od zemsty. Juliusz stwierdził, iż byłoby to co najmniej głupie – Mickiewicz powinien ponieść konsekwencje swojego czynu. Zdaniem Juliusza zasługiwał na to całkowicie. Kara za zdradę nigdy nie powinna być łagodna.

Opuścił rodzinne spotkanie, które zmierzało, zdaniem Juliusza, w bardzo złym kierunku (wyspowiadał się ciotkom, że nie wie, co chce studiować; przy pytaniu, czy znalazł sobie wreszcie dziewczynę niemal zakrztusił się sokiem). Przeszedł do swojego pokoju i wybrał numer do Fredry. Nie spodziewał się, że ten odbierze tak szybko.

– Halo? – Głos, który usłyszał pozbawionych był jakichkolwiek emocji. Wzbudziło w nim to lekki niepokój.

– Tu Juliusz Słowacki. Nie wiem, czy mnie koja…

– Tak, znam cię – rzekł. Juliuszowi ulżyło. Chociaż to miał z głowy. – Jeżeli chciałeś zapytać o całą tę sprawę z Mickiewiczem, to nasza rozmowa powinna się skończyć teraz. Odstawił szopkę, zniszczył, co chciał zniszczyć, nie mam ci nic więcej do powiedzenia.

– Będziesz milczał? – zdziwił się Juliusz. Miał już coś dopowiedzieć, jednak starszy chłopak odrzekł szybko:

– Ten człowiek już dla mnie nie istnieje.

Po tych słowach rozłączył się.

Słowacki miał wrażenie, że jest jeszcze bardziej skołowany aniżeli wcześniej. Jak Fredro mógł to zignorować? Nie wierzył w jego miłosierdzie, prędzej w załamanie, które próbował ukryć. W końcu, Aleksander musiał to silnie przeżyć.

Kilka myśli plątało się jeszcze po jego głowie, ale żadna z nich nie pomogła mu odpowiedzieć na pytanie, co powinien począć w tej sytuacji.

***

Celina obudziła się na swoim łóżku. Ból głowy skutecznie uniemożliwiał jej odpowiedzenie sobie na pytanie, co tutaj robi. Podniosła się z trudem, po czym usiadła na krawędzi posłania, a następnie odgarnęła włosy z czoła. Przez kilkanaście sekund tkwiła w kompletnej dezorientacji; dopiero po chwili pojęła, co się stało.

Do jej uszu dotarł nasilający się dźwięk kroków. Regularnych i lekkich. Wciąż trzeźwy, pomyślała. 

Spojrzała w kierunku drzwi. Ojciec stał w progu; jego sylwetkę oświetlało jedynie słaby blask z lampki nocnej, która znajdowała się przy łóżku Celiny. Nie wiedziała, czemu w pozostałych pomieszczeniach panował mrok.

Poczuła, że jeśli usłyszy choć słowo z ust ojca, wybuchnie płaczem. Nie chciała tego. Gestem ręki powstrzymała go przed zabraniem głosu.

– Nie da się żyć bez nadziei – powiedziała słabo. – Nie mają prawa mi jej odebrać.

Nie przestawali na siebie patrzeć. Jego spojrzenie było przepełnione pozorną obojętnością, wręcz dystansem do całej sprawy – zupełnie jakby go nie dotyczyła. Tymczasem zdążył się przyzwyczaić do nadchodzącej straty. Ile łez już wylał? Ile razy zdarł sobie gardło, krzycząc, że to nigdy nie powinno mieć miejsca? W jej oczach zaś kryła się chęć stłumienia wszystkiego, co serce, nie mogące dłużej wytrzymać, chciało wyeksponować najintensywniej jak tylko się da.

Szybko poddała się tej chęci – zaczęła płakać, a usłyszawszy, że ojciec zbliża się do niej, poprosiła, by ją zostawił. Kątem oka zerknęła na niego i dostrzegła, że wychodzi.

Ojciec ponownie przyszedł po kilkudziesięciu minutach. Powiedział, że oddał je wszystkie pieniądze, i że znajdują się one w szufladzie jej szafki nocnej. Wyglądał, jakby chciał powiedzieć coś więcej, jednak żadne słowo nie przeszło mu przez gardło.

Gdyby rozpacz nie zawładnęła sercem Celiny, byłaby w szoku. Może nawet zdecydowałaby się na nawiązanie dialogu.

***

Cholera, pomyślał Adam.

Juliusz napisał właśnie do niego z zapytaniem, kiedy zamierza porozmawiać z Celiną. Zdenerwował się na Słowackiego – jego zachowanie stawało się coraz bardziej zuchwałe. Odpisał wreszcie, że zamierza zrobić to na półmetku, więc niech zapomni o tym, co widział. Darował sobie wzmiankę o fakcie, jak bardzo żałuje swego czynu. Juliusz i tak miałby te słowa w poważaniu.

Próbując ignorować melodię jakiejś kolędy, która przeszkadzała mu niemiłosiernie (a której wyciszyć nie mógł, gdyż dźwięk dochodził z kuchni), usiadł na łóżku z telefonem. Przez chwilę popatrzył na tapetę, przedstawiającą jego i Celinę, po czym włączył czat.

Ty: Zapomniałem Ci życzyć Wesołych Świąt.

Przez długi czas nie odpisywała. Zrezygnowany położył telefon obok siebie, a następnie zaczął pisać w notatniku. Nic tak dobrze nie pomagało w tworzeniu poezji jak bezradność i irytacja wobec świata.

Nie miał pojęcia, ile trwało to kreatywne zajęcie, ale dostrzegł, że otrzymał wreszcie wiadomość.

Celincia: Możliwe, że to zrobiłeś. W każdym razie Wesołych.

Ty: Mam do Ciebie jedno pytanie.

Celincia: Słucham.

Ty: Pójdziesz ze mną na ten półmetek?

Celincia: Aż tak ci zależy?

Ty: Aż tak.

Celincia: Niech ci będzie. Robię to tylko ze względu na ciebie.

Adam westchnął ciężko i nieświadomie mocniej zacisnął dłoń trzymającą telefon. Czuł się potwornie.

Ty: Słońce moje, jestem Ci bardzo wdzięczny.

Wesołe piosenki

Zygmunt skrzywił się z niesmakiem. Kilkanaście metrów od niego zdarzył się wypadek. Tłum gapiów, nieskutecznie spławiany przez jednego z ratowników, uniemożliwiał mu dokładne obserwowanie całej sytuacji. Może to i dobrze, pomyślał, po czym przyspieszył kroku.

Delfina zadzwoniła do niego godzinę temu. Poprosiła o rozmowę w kawiarni, znajdującej się w pobliżu jej mieszkania. Krasiński nie miał pojęcia, po co mieliby się spotkać. Przecież był sylwester – jeśli Delfina zamierzała poruszać jakikolwiek trudny temat, nie zrobiłaby tego w dzień, gdy oboje musieli zgrywać bardziej uradowanych niż zazwyczaj. A przynajmniej Zygmunt musiał. Ojciec uparł się, że zaprosi do domu Branickich.

Wsiadł do tramwaju; miejsce, do którego zmierzał nie znajdowało się wprawdzie daleko, ale temperatury panujące od kilku dni odbierały mu chęć do poruszania się pieszo. Musiał znieść kilkanaście minut wśród przeklinającej młodzieży i narzekających staruszek. Postanowił nie zwracać na to większej uwagi – przynajmniej było mu ciepło.

Ponownie znalazłszy się w objęciach chłodnego wiatru, przeszedł kilkaset metrów, aż wreszcie dotarł na miejsce. Otworzył drzwi, czując falę gorąca i zapach czekolady. Stwierdził, że na miejscu Delfiny przychodziłby tu codziennie (z negatywnymi skutkami dla zdrowia i wagi).

Rozejrzał się dokładnie; dostrzegł ukochaną na końcu pomieszczenia. Siedziała przy stoliku dla dwóch osób, powoli mieszając łyżeczką w niedużej filiżance. Zygmunt uśmiechnął się pod nosem – uwielbiał patrzeć na Delfinę, gdy ta była zamyślona. Ileż kartkówek celowo oblał, by móc na poprawach z bliska oglądać jej twarz!

Podszedł do stolika i bez słowa zasiadł naprzeciw niej. Kobieta szerzej otworzyła oczy, po czym niemalże natychmiast je przymrużyła.

– Przyjemnie tu – powiedział Zygmunt, ponownie się rozglądając.

Kiwnęła głową. Krasiński zrozumiał, że kobieta zbiera się w sobie, by coś powiedzieć. Postanowił milczeć, póki sama nie podejmie tematu.

– Posłuchaj – rzekła z definitywnym trudem – to wszystko nie powinno się wydarzyć.

Zygmunt poczuł, że robi się mu słabo. Mimowolnie wziął głęboki wdech. Miał już zapytać, co chce przez to powiedzieć, ale Delfina była szybsza.

– Zmieni dla mnie pracę. Koniec z delegacjami. Postanowiliśmy zacząć od nowa.

Miał wrażenie, że ktoś wyrwał mu serce z piersi.

– Pozbywasz się mnie?! – warknął nieco za głośno. Skarcił się za to w duchu nie ze względu na zwrócenie uwagi ludzi wokół, a przez fakt, że przecież nigdy nie powinien mieć o to wyrzutów. Ten romans nie miał zobowiązań; zaangażował się w niego za mocno. Stworzył uczucie z desperacji tej kobiety i raczył nim duszę, kiedy tylko mógł. Dobrze wiedział, na co się pisze, a mimo to postąpił wbrew swym postanowieniom.

Delfina pokręciła głową.

– Wiesz, że to nie tak.

Powoli wstał, chowając drżące dłonie do kieszeni. Musiał zachować spokój. Przecież nie był dzieckiem.

– Oczywiście. Mam nadzieję, że dobrze się bawiłaś.

Nie popatrzył na nią, gdyż wiedział, że z jej ust nie usłyszy żadnych słów. Ruszył ku wyjściu, starając się zachować kamienną twarz.

***

Fryderyk odłożył książkę, usłyszawszy dzwonek telefonu. Modlił się, by nie był to nikt z jego znajomych – zdecydowanie nie miał ochoty na kolejną libację. Chciał zapaść się pod ziemię, gdy na kompletnym kacu musiał tłumaczyć się Lisztowi z tej alkoholowej pogadanki o pierwszej w nocy. Ferenc, jak to on, okazał mu miłosierdzie i skwitował to wszystko śmiechem. Stwierdził, że musi nauczyć się polskiego.

Chopin nie miał bladego pojęcia, co właściwie mu wtedy powiedział. Ledwie pamiętał sam fakt wykonania połączenia (długo się zastanawiał, czy nie był to przypadkiem sen, toteż wahał się, czy napisać do Liszta). Obiecał sobie nie robić niczego głupiego do lutego. Tak naprawdę nie wiedział, co wizyta Ferenca może rozstrzygnąć. Nigdy przecież mu nie powie, co czuje. Nie zniszczy ich relacji jeszcze bardziej.

Zdał sobie sprawę z faktu, że telefon ciągle dzwoni. Sięgnął po komórkę i westchnął cierpiętniczo na widok zdjęcia Ferenca na wyświetlaczu (swoją drogą, było to bardzo ładne zdjęcie, które zrobił mu dwa lata temu; Liszt, zdaniem Fryderyka, wyglądał na nim przeuroczo). Odebrał, jednak, gdy chciał się przywitać, został zalany falą pytań:

– Panie Chopin! Pan myślał, że się nie dowiem? Oczywiście, że się dowiedziałem. Czemu pan nic nie mówił?! Przecież na to trzeba coś natychmiast zaradzić!

Fryderyk zmarszczył brwi. Nie miał pojęcia, o co chodzi.

– O czym ty…

– O twojej grze, ma się rozumieć. Pan Elsner, złoty człowiek, skoro już o nim wspomniałem, wszystko mi powiedział. Siadaj przy klawiszach, przypomnę ci, jak się gra.

Chopin chrząknął, czując coraz większe podenerwowanie. Przez głowę przebiegł mu zamiar zbesztania Elsnera przy najbliższej okazji. Nie usiądzie przecież i nie zacznie grać. Nie było o tym mowy.

– Panie Chopin, proszę – wymruczał Ferenc błagalnie. – Chciałbym ci pomóc. Pan Elsner był serio przejęty.

Co powinien mu teraz odpowiedzieć?

– Sądzę, że to nie ma sensu. Próbowałem, panie Liszt. Próbowałem dziesiątki razy.

– Spróbujesz nawet i setki. Nie dopuszczę, byś przez jakieś farmazony zmarnował swój talent.

Jakieś farmazony, powtórzył w myślach. Miał ochotę powiedzieć mu, że to on jest tym pieprzonym farmazonem, który nie da mu spokoju przez jeszcze długi czas.

– Włącz mnie na głośnomówiący i połóż przy keyboardzie – polecił Ferenc. Gdyby Fryderyk mógł, posłałby mu mordercze spojrzenie. Mimo to wykonał jego polecenie. – Zagraj coś.

– Ferenc, błagam cię… – Poczuł, że drżą mu ręce. Fala nerwów zalała jego ciało. – Naprawdę nie chcę.

– No właśnie, panie Chopin! Pan się potwornie zniesmaczył do gry. Dlaczego?

Fryderyk miał problem z udzieleniem odpowiedzi. Nie wiedział, jak Liszt wpływa na jego grę; było to coraz bardziej irracjonalne. Znalazł się w pułapce lęku, który tylko z początku mógł być czymś realnym; powinien już ochłonąć, wygrać z emocjami i móc swobodnie odnajdywać ujście dla uczuć za pomocą muzyki. Czemu więc tak się nie działo?

– Nie mogę powiedzieć – wydusił z siebie wreszcie.

Przez chwilę Ferenc milczał. Najwyraźniej się nad czymś zastanawiał.

– W takim razie – podjął – spróbuj pomyśleć o tym, co cię ogranicza. Wiesz, co to jest?

– Wydaje mi się, że tak – odparł Fryderyk.

– Zatem wyobraź sobie, że tak nie jest. Niech to… przekleństwo stanie się czymś pozytywnym. – Westchnął. – Rozumiesz, co mam na myśli?

Chopin rozumiał. Rozumiał doskonale. Ten człowiek prosił go, by imaginacją sprowadził na siebie kolejną falę nieszczęść. Miał sobie wyobrazić ich udany związek? Żołądek się mu ścisnął na myśl, że kiedykolwiek mógłby chwycić go za dłoń, po czym szepnąć do ucha, że jest najwspanialszym darem od losu.

– Panie Chopin, niech mi pan coś zagra. – Sposób, w jaki Liszt wypowiedział te słowa wzbudził we Fryderyku jeszcze większe rozdarcie. Nie potrafił się mu przeciwstawić. Drżącą dłonią przejechał po klawiaturze, by odnaleźć odpowiednie dźwięki.

Czy mu się wreszcie uda? A jeśli tak, znów będzie grał równie często jak kiedyś? Marzył o tym.

Pierwszy akord wyszedł mu koszmarnie; drżące dłonie niepewnie nacisnęły klawisze, tworząc coś, po czym Elsner przeżegnałby się, wykrzywiając twarz w akcie agonii.

Przez dłonie Fryderyka przeszło nieznane mu ciepło – idąc logiką Ferenca wyobraził sobie, że ten jest tuż obok. Chciał, by widział jego sukces. Ponownie zagrał wcześniejszy akord, który tym razem brzmiał o wiele lepiej. Po kilku próbach zagrał prostą melodię, z każdą sekundą pozwalając się ponieść euforii coraz bardziej.

– To działa – wyszeptał. – To naprawdę działa.

Oddałby duszę, by móc teraz zobaczyć uśmiech Ferenca. Patrz, co dla ciebie zrobiłem, pomyślał, po czym szybko doszedł do wniosku, że powinien to inaczej ująć.

– Patrz, co dla mnie zrobiłeś – rzekł na głos.

W odpowiedzi usłyszał dźwięczny śmiech Liszta.

– Niczego nie zrobiłem, panie Chopin. Nikt panu geniuszu nie odebrał.

***

– Spóźniłeś się. – Głos ojca pozwolił Zygmuntowi chociaż częściowo powrócić do rzeczywistości.

Spojrzał na rodzica z udawaną skruchą, jednak ten nie wydawał się ani trochę przekonany. Stał w przedpokoju z irytacją wymalowaną na twarzy, śledząc wzrokiem, jak syn strzepuje z płaszcza śnieg.

Zygmunt kątem oka dostrzegł sylwetki państwa Branickich w salonie. Bał się, że będzie musiał z nimi spędzić cały wieczór. Nie wytrzyma. Był w zbyt wielkiej rozsypce.

– Eliza jest w twoim pokoju – powiedział ojciec. – Wydawała się bardzo znudzona, więc zaproponowałem jej poczytanie twoich książek.

Młodszy Krasiński nie odpowiedział. Kiwnął drętwo głową, po czym (bez przywitania się z gośćmi, co musiało mocno zdenerwować jego ojca) ruszył do swojego pokoju. Nie wiedział, jak zniesie obecność Elizy. Normalnie cieszyłby się z faktu, że mogą spędzić razem czas. Jego aktualny stan jednak definitywnie mu na to nie pozwalał.

Otworzył drzwi. Eliza siedziała przy jego biurku, czytając biografię jakiegoś malarza, którą Zygmunt kupił za grosze w jakimś antykwariacie. Zamknął za sobą drzwi – dopiero to odciągnęło dziewczynę od lektury. Spojrzała na niego z uśmiechem.

– Nareszcie jesteś! Mam nadzieję, że nie jesteś zły o tę książkę. Wiesz, rodzice i ich denerwujące tematy…

Krasiński usiadł na łóżku. Targało nim tak wiele emocji, że nie był w stanie wydusić z siebie słowa. Czując jednak na sobie wzrok Elizy, westchnął cicho, po czym polecił, by nie zwracała na niego uwagi i wróciła do czytania.

– Czemu miałabym czytać? Myślałam, że spędzimy ten czas razem.

– Siedzę obok ciebie. Nie wystarczy? – odrzekł ostro. Skarcił się za to w duchu, bo chwilę później z twarzy Branickiej zszedł uśmiech. – Przepraszam.

Jego przeprosiny jednak na nic się zdały. Eliza wstała i wyszła z pokoju. Gdyby był na siłach, na pewno by do tego nie dopuścił. Tymczasem własny czyn dobił go jeszcze bardziej – westchnąwszy cicho opadł na łóżko, a z jego oczu powoli zaczęły wypływać łzy. Miał w zwyczaju folgować swoim uczuciom, toteż rozsądek, tłumiony w tej chwili przez emocje, zaprotestował. Karcił się w duchu, że nie powinien, że to głupie i niemęskie – bez żadnych skutków.

Próbował wbić sobie do głowy, że to musiało się skończyć. Nigdy by go nie pokochała. Czemu więc gdzieś w głębi serca miał nadzieję na pozostanie z nią na zawsze? Nie wiedział, na co się pisał, pozwalając tej relacji przekroczyć etyczną granicę. Perswadował sobie, że jest jedynym sprawcą własnego cierpienia – zapomniał, że ten romans nie mógł trwać wiecznie; o przekształceniu go w realny związek nie było nawet mowy.

Lekkie skrzypienie drzwi zmusiło go do chwilowego powrotu do rzeczywistości.

– Wybacz, że moja obecność musi ci na chwilę przeszkodzić. – Głos Elizy przesiąknięty był urazą. – Przyszłam tylko po tę książkę, bo nie wytrzymam w ich towarzy… Czy ty płaczesz?!

Niemalże natychmiast wyzbywając się negatywnych uczuć, podeszła do Zygmunta.

– Co się stało? – zagaiła tonem skrajnym do poprzedniego. Zdawała się być niezwykle poruszona losem przyjaciela.

Krasiński nie odpowiedział. Podniósł się jedynie do pozycji siedzącej, po czym posłał Elizie spojrzenie przepełnione niewymownym cierpieniem. Dziewczyna usiadła obok niego.

– Jestem niczym, Elizo – wydusił z siebie drżącym głosem. – Nie powinienem… nie powinienem się w niej zakochiwać.

Poczuł, że dziewczyna obejmuje go lekko.

– Nie miałeś na to wpływu. Nikt nie ma.

– Wiesz, co jest najgorsze? – szepnął, nie myśląc o tym, że Eliza nie zna przecież całej sytuacji. – Ona wie, że jestem od niej zależny. Nie mam złudzeń, że wykorzysta to, gdy nadarzy się okazja…

***

Ty: Panie Liszt, pan jest cudotwórcą, palce mnie już bolą od gry.

Ferenc: szczerze wątpiłem w tę metodę

Ferenc: ale się udało!

Ferenc: a skoro nie masz już z tym problemu

Ferenc: zagraj mi, proszę, coś wesołego

Ty: Jesteś smutny?

Ferenc: nie wiem, czy chciałbym o tym mówić

Fryderyk spojrzał ze zdenerwowaniem na ekran telefonu. Momentalnie poczuł się zmartwiony stanem Ferenca. Koniecznie musiał wiedzieć, co się dzieje. Miał już spróbować wywrzeć na nim chęć do udzielenia odpowiedzi, ale nadeszły nowe wiadomości.

Ferenc: zresztą, co mi tam

Ferenc: zakończyłem przed godziną swój związek

Ty: Och. Przykro mi.

Kącik ust Fryderyka delikatnie uniósł się ku gorze. Wiedział, że nie powinien się z tego cieszyć, bo oznaczało to cierpienie jego ukochanego. Nie potrafił jednak dziś panować nad emocjami.

Ferenc: niech ci nie będzie przykro

Ferenc: pojąłem, że zauroczenie marią było czymś… ech, jakby to ująć

Ferenc: próbą stłumienia czegoś innego

Ferenc: mam nadzieję, że nie będzie po mnie płakać…

Ferenc: nieważne, panie chopin

Ferenc: zagra mi pan coś wesołego?

Fryderyk Chopin czuł się dobrze jak nigdy dotąd.

Ty: Oczywiście, panie Liszt. Dla pana wszystko.

Czekolada

Cyprian Kamil Norwid bynajmniej nie zmienił szkoły z powodu problemów, czy złego towarzystwa. W starej placówce czuł się po prostu źle. Niespełna dwudziestoletni budynek, pilnie uczący się rówieśnicy oraz biblioteka, w której poza lekturami można było znaleźć tylko słabo napisane młodzieżówki, wybrane do szkolnego księgozbioru przed podstarzałe psycholożki – wszystko to nużyło go niezmiernie, jednocześnie psując wizję pięknego licealnego życia. Nie obchodziło go, czy znajdzie przyjaciół, była to dla niego kwestia wręcz podrzędna. Skoro miał tkwić trzy lata, przyswajając wiedzę, której przyswajać nie chciał, niech robi to w zabytkowym budynku z nieco niższym poziomem nauczania.

Pchnął ciężkie drzwi, a następnie przeszedł do ogromnej tablicy, gdzie umieszczony był plan lekcji. Nim przeanalizował go dokładnie, by dowiedzieć się, gdzie jego klasa powinna mieć lekcje ( stwierdził z przekąsem, że spóźnił się pierwszego dnia niczym amerykańska nastolatka), rozejrzał się wokół. Ten budynek naprawdę się mu podobał. Miał nadzieję, że nic ani nikt nie zmieni jego pozytywnej opinii. Skupił wreszcie wzrok na planie, jednak sekundę później dostrzegł skrawek z papieru. Treść, jaką na nim zapisano informowała o zmianie podziału godzin, która jest w dzienniku.

Cyprian westchnął. Będzie musiał kogoś zaczepić i poprosić o pomoc. A jako że do osób przesadnie towarzyskich nie należał, średnio mu się to widziało.

– Cholera by wzięła to wszystko. – Odwrócił się i dostrzegł chłopaka, który ze wściekłą miną podążał w jego stronę, a przynajmniej tak się Cyprianowi wydawało. Wyminął go jednak i spojrzał na tablicę z nieaktualnym podziałem godzin. – Masz ci los, zachciało się zmieniania planu.

Norwid, jako że nie wiedział, co powiedzieć, postanowił kulturalnie zadziałać we własnym interesie i spytać go, czy wie, gdzie może mieć lekcję klasa „h”.

– Na twoje nieszczęście nie – rzekł nieznajomy w odpowiedzi. – Ale mam… znajomego, który tam chodzi, więc w sumie możemy poczekać na dzwonek. I tak nie chce mi się siedzieć na historii.

Cyprian kiwnął głową.

– Byłbym zapomniał! – Chłopak wyciągnął do niego dłoń, uśmiechając się lekko (Norwid podejrzewał, że ów uśmiech był przepełniony nieszczerością). – Adam jestem.

– Cyprian. – Odwzajemnił uścisk, chociaż nie sprawiało mu to najmniejszej przyjemności. Zawsze w takich chwilach miał ochotę napisać długą rozprawę na temat bardzo wczesnego stadium fobii społecznej, biorąc sobie za przykład własną osobę.

***

Juliusz wiedział, że sytuacja taka jak ta nastąpi, ale nie potrafił się na nią w żaden sposób przygotować. Spędzał czas z Fryderykiem oraz Zygmuntem, jednak milczał w kwestii Adama. Co będzie, jeśli się do nich przyłączy? Nie będzie przecież się zachowywał jakby nic nie miało miejsca. Obiecał sobie, że mimo wszystko będzie eksponował swoją dezaprobatę wobec Mickiewicza za wszelką cenę. Pozostawał tylko jeden problem – jego jedyni przyjaciele byli przecież równocześnie przyjaciółmi Adama, ba, znali się dłużej i łączyła ich silniejsza więź.

Nie wiedział, czy powinien mówić Chopinowi i Krasińskiemu o całym zajściu. Z jednej strony nie chciał być sam w swoich przekonaniach, z drugiej zaś – czy przyjaciele by mu uwierzyli? Mogłoby się tak nie stać. Co wtedy? Ponownie musiałby liczyć jedynie na siebie, kończąc przy okazji z opinią istoty dwulicowej. Z moim szczęściem, pomyślał, nietrudno wpaść w tarapaty. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że wtedy nie miałby mu kto pomóc. Poza tym naprawdę przyzwyczaił się do obecności starszych kolegów i byłoby mu niewymownie źle, gdyby znów musiał zacząć przyzwyczajać się samotności.

Wyszedł z klasy niezwykle znudzony. Jeszcze nigdy żadna lekcja fizyki go nie zaciekawiła, choćby obfitowała w tematy z astronomii (wielu jego rówieśników zaczynało pilniej słuchać; Juliusz wolał opisywać gwiazdy za pomocą środków stylistycznych, a nie ich składu chemicznego) bądź doświadczeń. Ziewnąwszy, nie otwierając ust, ruszył ku bibliotece. Spotkał jednak po drodze Fryderyka i Zygmunta, toteż zrezygnował z dalszych planów.

Pierwsze, co wzbudziło w nim zaskoczenie, to mina kolegi–muzyka. Od dawna nie widział na twarzy Chopina takiego uśmiechu. Nie wiedział, czym jego radość może być spowodowana, ale cieszył się, że wreszcie ją ujrzał. Szybko jednak pojął, że bardziej melancholijnym członkiem tego duetu był Zygmunt. Zdziwił go niezwykle fakt odwrócenia roli.

– O, Julek. Miło cię widzieć! – rzekł Fryderyk pogodnie.

– Błagam, tylko nie Julek – odrzekł niemalże natychmiast Słowacki. – Ale tak, was również miło widzieć.

– Tutaj jesteście. – Juliusz obrócił się przez ramię i dostrzegł Adama. Cały jego humor szlag trafił. Obok niego stał chłopak, którego nie znał. – To jest Cyprian. Od dziś chodzicie do tej samej klasy, więc pokaż mu łaskawie, gdzie macie lekcję.

Po tych słowach ruszył w zupełnie inną stronę. Fryderyk i Zygmunt spojrzeli po sobie zdziwieni.

– Co mu jest?

Juliusz nie miał pojęcia, co odpowiedzieć. Ostatecznie postanowił machnąć na to wszystko ręką (dosłownie).

– To długa historia i nie ma co się w nią zagłębiać – powiedział.

Nie wiedział jak dziękować przyjaciołom, że nie zainteresowali się szczegółami. Fryderyk wprawdzie posłał mu bardzo wymowne spojrzenie, jednak nie naciskał widząc, że Zygmunt ma tę sprawę w poważaniu.

Naprawdę się zamienili humorami, pomyślał Juliusz.

Dopiero po chwili przypomniał sobie, że nie bez powodu Adam się przy nim pojawił – klasa, do której chodził Słowacki najwyraźniej powiększyła się o kolejnego nieszczęśnika. Odwrócił się w stronę niejakiego Cypriana i spojrzał na niego przepraszająco. Miał nadzieję, że nie wyszedł na ignoranta.

Nowo poznany chłopak sprawiał wrażenie osoby bardzo negatywnie nastawionej do świata. Juliusz perswadował sobie, że w takim zachowaniu nie ma nic dziwnego, bo przecież nie każdy musi uśmiechać się głupawo przez całą dobę. W smutnych oczach tego człowieka dostrzegł jednak wyraźne zmęczenie koniecznością nawiązywania kontaktu, co nieco zbiło go z tropu. Nie wiedział, jakie powinien mieć do niego podejście. Bardzo nie lubił być zbywany cynicznymi wypowiedziami, więc postanowił zachować dystans.

– Musisz iść na trzecie piętro, sala trzydzieści jeden. – Na te słowa nowy uczeń kiwnął głową. Przez kilka sekund stał jeszcze przy Juliuszu (ten wpadł w panikę, że powinien go zaprowadzić), ale wreszcie ruszył w stronę schodów.

Słowacki przez chwilę patrzył w stronę oddalającego się Cypriana. Uznał, że jego nowy kolega z klasy to istne uosobienie rozczarowania światem (on nawet chodzi smutno, przebiegło mu przez myśl).

– Wyglądał na bardzo nieprzyjemnego – zauważył Fryderyk, założywszy ręce na piersi.

– Nie oceniaj książki po okładce. Gdybym ja zmienił szkołę, też zabijałbym ludzi wzrokiem – odparł Zygmunt.

– Robisz to od samego ranka, panie Alighieri. – Chopin zaśmiał się lekko, po czym zerknął przez ramię na widok za oknem. – Patrzcie, słońce wyszło! Rany, ale bym wyszedł ze szkoły.

Juliusz spojrzał na niego z dezorientacją, Krasiński zaś milczał. Nim jednak ktokolwiek zdążył odpowiedzieć Fryderykowi, ten nagle rzekł uradowany:

– Urwijmy się z lekcji! Tak, to cudowny pomysł, nie sądzicie?

– Znając ciebie – wtrącił natychmiast Zygmunt – zaraz będziesz nieklasyfikowany przez te swoje konkursy, więc wybij sobie to z gło…

– Pójdźmy do Lukrecji! – Chopin ani myślał słuchać przyjaciela. – Wiecie, do tej kawiarni za przystankiem. Mają tam pianino i gorącą czekoladę. Czy istnieje lepsze połączenie?

Juliusz pokręcił przecząco głową. Nie potrafił się nie zgodzić z Fryderykiem. Jego przedziwna radość pozwalała także jemu poczuć się wspaniale, chociaż był poniedziałek i zaraz miał matematykę (o Adamie oraz przedziwnym pierwszym wrażeniu, które wywarł na nim Cyprian, o dziwo nie myślał).

Matka bardzo starała się, by nie zaniedbywał szkoły. Raz zdarzyło się mu urwać ze szkoły (w pierwszej gimnazjum; czuł się wtedy niczym największy przestępca) i nie otrzymał szlabanu, a jedynie małe upomnienie. Może tym razem obejdzie się bez wrzasków Augusta oraz stanu przedzawałowego Salomei.

– Wiecie, może to nie jest głupi pomysł. I tak nie ma połowy szkoły. Kto wymyśla powroty dzień po Nowym Roku? – rzekł.

– Jestem z ciebie taki dumny, Julek!

– Juliusz – sprostował Słowacki.

Zygmunt, który dotychczas przyglądał się im z sceptycyzmem, westchnął cierpiętniczo.

– W takim razie idźcie sami. Radujcie się czekoladą z torebki w kosmicznej cenie i rozstrojonym pianinem. Ja wolę nie mieć na pieńku u ojca i w spokoju spędzę następne lekcje. A, właśnie, co teraz mamy?

Przez chwilę Chopin udawał bardzo obrażonego, jednak ostatecznie sięgnął po telefon, by podzielić się informacją z przyjacielem.

– Dwa francuskie, mój drogi – rzekł.

Juliusz przenigdy nie widział u nikogo tak nagłej zmiany w wyrazie twarzy. Zygmunt zdawał się utracić na kilka sekund wszelaką poczytalność, a przynajmniej tak sądził Słowacki. Miał już zapytać, czy wszystko w porządku, jednak Krasiński po raz kolejny westchnął i przeczesał dłonią włosy.

– Chyba mnie przekonaliście – rzekł cicho, na co Fryderyk (który, nie wiedzieć czemu, nie zauważył lub nie chciał zauważyć pierwszej reakcji przyjaciela) uściskał go serdecznie.

– Dzięki, dzięki, dzięki! Już nigdy nie obrażę twoich ficków.

***

Cyprian, ujrzawszy swoją klasę przy odpowiedniej sali, załamał się. Dziewczęta z przesadną ilością makijażu na twarzach oraz nieliczni chłopcy z minami mówiącymi „nie wiem, po co tu jestem” jeszcze bardziej utwierdzili go w fakcie, że jedyną rzeczą wartą zachwytu w tej szkole jest budynek. Sprawiali wrażenie nieokrzesanych i nieświadomych własnej głupoty.

A Cyprian bardzo potępiał nieświadomość ludzi wobec swej głupoty.

Gdy siedział już w sali (a dokładniej w środkowym rzędzie, który zawsze pozostawał niemalże pusty), czuł na sobie spojrzenia rówieśników. Dałby wiele, by być teraz niewidzialnym. Podczas czytania obecności, odpowiedział na standardowe pytania nauczycielki, to jest, z jakiej szkoły przyszedł oraz kiedy oceny z poprzedniej placówki pojawią się w dzienniku (gdyby sam to wiedział!).

Następnie wróciła do czytania nazwisk. Przy niejakim „Słowackim”, klasa zaczęła spoglądać po sobie zdezorientowana.

– Przecież był wcześniej – mruknął ktoś cicho.

Nauczycielka uniosła brwi do góry i wyraźną dezaprobatą odhaczyła ucieczkę w dzienniku (co widzieli wszyscy, gdyż laptop podłączony był do projektora). Ktoś cicho się zaśmiał.

Cyprian stwierdził, że następnym razem, gdy Słowacki będzie zamierzał uciekać, zwieje z nim. Nic dziwnego, że zwiał od tej patologii, podsumował w duchu.

***

– Wypijmy za wszystko, co piękne!

Juliusz nigdy nie pomyślałby, że tak niezdrowa radość może być zjawiskiem dobrym. Tymczasem patrzył na szczęśliwego Fryderyka i z ulgą stwierdzał, że mógłby go widzieć w takim stanie za każdym razem. Gorzej było z Zygmuntem – chłopak wpatrzony był w filiżankę czekolady, na którą najwyraźniej nie miał ochoty. Chciał wiedzieć, co jest powodem jego smutku, aczkolwiek obawiał się, że Krasiński woli zatrzymać to dla siebie.

Miał już się przełamać i dać upust ciekawości, jednak dzwonek w postaci jakiejś klasycznej melodii uniemożliwił mu to. Chopin natychmiast wstał, po czym przepraszając ich gestem dłoni, oddalił się, by odebrać telefon. Juliusz postanowił ponowić próbę nawiązania dialogu.

– Dlaczego jesteś taki przygnębiony? – zagaił, by następnie skarcić się za to w duchu. Idiota, myślał o sobie. Poczuł się jak stary psycholog, którego wiedza zakończyła się na przeczytaniu fragmentu pierwszej lepszej publikacji Freuda.

Zygmunt uśmiechnął się nerwowo.

– Zrobiłem coś, czego nie powinienem. Mam za swoje. I nie, nie chcę o tym rozmawiać.

Słowacki kiwnął głową. Miał nadzieję, że konsekwencje czynu, które pozbawiały Krasińskiego radości, wkrótce przestaną istnieć. Nie chciał, by był z tą sprawą sam, ale przyjaciel pilnie strzegł sekretu w postaci powodu swojego stanu. Mógł tylko ufać jego sile psychicznej, choć nie był do końca pewien, czy nie są to jedynie złudzenia.

***

– Panie Chopin! Jestem… jestem załamany – rzekł Ferenc, a jego głos naprawdę ujawniał rozpacz.

Fryderyk przez chwilę miał wrażenie, że jego serce się zatrzymało. Co mogło się stać Lisztowi? Z jakiego powodu? Jak mógł temu zaradzić? – te oraz wiele innych pytań błąkało się po jego głowie. Był przerażony.

– O co chodzi? – zapytał przejęty.

Ferenc westchnął, po czym zaczął mówić. Wypowiadał słowa szybko i w taki sposób, że ciężko było go zrozumieć.

– Koncert. W filharmonii. Pod koniec lutego. Nie będę mógł przyjechać do Polski. Tak bardzo pana przepraszam! – jęknął bezradnie.

Fryderyk odetchnął z ulgą. Nie spodziewał się niczego konkretnego, aczkolwiek mniej zdziwiłby go fakt, gdyby właśnie oznajmił mu, że, przykładowo, zostanie skazany za morderstwo.

– Wystraszyłeś mnie nie na żarty – mruknął w odpowiedzi Chopin. – Nie dramatyzuj tak, spotkamy się kiedy indziej. Elsner bez przerwy szuka jakichś konkursów w twoim kraju.

– Nie jest ci smutno, że mnie nie zobaczysz? – zapytał Liszt tonem, przez który Fryderyk zaczął ciężej oddychać.

Dlaczego zawsze źle interpretował jego wypowiedzi?

Będąc szczerym z sobą samym, Chopin musiał przyznać, że cieszył się z takiego stanu rzeczy. Bał się, iż zobaczywszy Liszta, zupełnie zapomni o swojej radości, którą czerpał przecież z jego niepowodzenia miłosnego. Jeśli minie trochę więcej czasu, może wreszcie się odkocha. Spróbuje zawrzeć nowe znajomości, a z czasem ponownie poczuje miłość. Teraz było za wcześnie. Ferenc Liszt nadal był niczym słońce, pozwalające rosnąć kwiatom w ogrodzie jego serca.

– Oczywiście, że jest mi smutno – skłamał. – Ale nie ma co tracić czasu na smutek. Przecież świat nie kończy się jutro.

– Nie wierzę, że słyszę to z twoich ust – odparł Ferenc, minimalnie weselszym głosem. – Sprawia mi to wielką ulgę, choć nie rekompensuje takiego zawodu! Obiecaj mi, że przyjedziesz do mnie we wakacje.

– Ależ Ferenc, ja…

– Obiecaj.

Chopin westchnął cicho. Miał wielką nadzieję, że do tego czasu będzie patrzył na swoje wielkie zakochanie ze wstydem, jednocześnie czując satysfakcję z tego, iż nigdy swoich uczuć nie wyjawił, narażając dobro przyjaźni na niebezpieczeństwo.

– Obiecuję. A teraz proszę wybaczyć, panie Liszt, ale moja czekolada stygnie.

– Czekolada jest ważniejsza ode mnie? – oburzył się Ferenc.

– Pan doskonale zna odpowiedź! – Usłyszawszy śmiech Węgra, Fryderyk rozłączył się. Uwielbiał prowadzić z nim takie rozmowy. Miał wtedy wrażenie, że żadna słodycz tego świata nie dorówna tej, jaką odczuwał.

Wrócił do stolika w jeszcze lepszym nastroju.

***

Celina, choć nie stawiła się na większości lekcji (przeklinała w duchu pociągi i ich prędkość), postanowiła pojawić się w szkole. Spędzenie dnia w bursie przygnębiłoby ją kompletnie, a nie tego potrzebowała. Poza tym chciała się wreszcie zobaczyć z Adamem.

Akuratnie mieli następną lekcję na tym samym piętrze. Powitali się, jak zwykle, czule, a następnie zaczęli rozmawiać o minionych Świętach. Spokojna konwersacja, przepełniona anegdotami o Aleksandrze i jego miłości do wigilijnych potraw pozwoliła Celinie zapomnieć o wydarzeniach w domu. Czuła się dobrze.

– Co się tyczy półmetka – rzekł Adam – to odbędzie się on za trzy tygodnie.

Kiwnęła głową, udając, że bardzo cieszy ją fakt zmarnowania wieczoru w taki sposób. Wolała spędzić go jedynie ze swoim chłopakiem w bardziej romantyczny sposób. Mówi się trudno, pomyślała, przynajmniej mam pieniądze na sukienkę.

Za równy tydzień rozpoczynały się ferie, toteż musiała w następnych dniach zaopatrzyć się w odpowiednią kreację. Wiedziała, że będąc w domu na pewno się tym nie zajmie. Istniała również możliwość, że na kilka dni przyjedzie do Adama, ale z nim na zakupy w życiu by nie poszła. Mickiewicz w tego typu kwestiach nie różnił się niczym od stereotypowych mężczyzn nawet jeśli sprawiał wrażenie osoby bardzo cierpliwej. Celina wolała oszczędzić mu nerwów.

– A gdzie zgubiłeś swoją trójcę? – zagaiła nowy temat. Nie spotkała jeszcze Juliusza, Zygmunta ani Fryderyka; niemożliwym było, by wszyscy trzej nie przyszli do szkoły.

Adam wzruszył ramionami.

– Nie mam pojęcia i jakoś średnio mnie to interesuje – odparł beznamiętnie. – Zostaniesz u mnie po półmetku?

– A ty nadal o tym? – Westchnęła ciężko, nie dowierzając w upartość Mickiewicza. – Zapytam w domu, może będę mogła. Czemu cię tak bardzo rusza ta impreza? Aż się boję, co będzie na studniówce…

Adam nie odpowiedział – zdawał się przez chwilę być nieco zmieszany. Objął dziewczynę lekko, po czym uśmiechnął się.

– A ja nie mogę się jej doczekać. Chciałbym móc wtedy z tobą zatańczyć.

– Spokojnie, nie wydaje mi się, żebym zamierzała protestować.

– Mam taką nadzieję.

Nic dobrego

– Dlaczego masz nieobecności na pięciu dzisiejszych lekcjach?

Juliusz bardzo powoli uniósł głowę, by móc spojrzeć matce w oczy. Zaznaczył zakładką odpowiednią stronę książki, którą właśnie czytał, po czym położył ją na szafce obok łóżka.

– Pewnie był hałas i jakaś nauczycielka wpisała mi nieobecność, a reszta, nie chcąc tracić czasu na czytaniu nazwisk powieliła listę bez sprawdzania – skłamał.

– Nie wierzę ci. – Salomea, nie kryjąc złości, przekroczyła próg pokoju, a następnie usiadła na łóżku syna. – Pięcioro nauczycieli miałoby nie sprawdzać obecności?

Juliusz nie był skory do wymyślania kolejnych kłamstw. Oczywiście, mógł zacząć łgać na temat psujących się komputerów w salach, ale znając przewrażliwienie matki przeczuwał, że nie skończy się to dobrze. Westchnął więc cicho, by chwilę później zacząć wypowiedź. Każdy przecież kiedyś urwał się z lekcji, prawda?

– Nie chciało mi się siedzieć w szkole, więc wyszedłem.

– Słucham?! – Zdenerwowanie matki przerosło jego oczekiwania. Wyglądała na niezwykle poruszoną. – Jak mogłeś uciec? Czemu nikt tego nie dopilnował?! Od początku wiedziałam, że ta szkoła to kpina.

– Mamo, uspo…

– Nie, nie będę się uspokajać! A co, gdyby coś ci się stało? Nie wierzę, że wykazałeś się taką nieodpowiedzialnością!

Nim Juliusz zdążył zacząć się tłumaczyć (a wcześniej otrząsnąć się z szoku, jakim była reakcja matki), do pokoju wszedł August. Sprawiał wrażenie, jakby dopiero się obudził. Słowacki stwierdził, że ojczym zapewne odsypiał nocny dyżur.

– Dlaczego tak krzyczysz? – zapytał, przeczesując dłonią włosy.

– Juliusz uciekł ze szkoły.

Chłopak nie tak sobie wyobrażał tę rozmowę, a teraz, gdy dołączy się do niej August, wszystko osiągnie maksimum niepowodzenia. Przecież nic takiego się nie stało, pomyślał. Gdy ostatnio zwiał ze szkoły, nie było żadnego problemu – co zmieniło się od tego czasu?

– No i? – Słowa ojczyma zupełnie go zdezorientowały. Czy on właśnie pomyślał podobnie jak on? – Ze wszystkich głupot, o które mogłabyś na niego wrzeszczeć, przy okazji mnie budząc, ta jest najmniej szkodliwa.

Salomea posłała mu mordercze spojrzenie.

– Mylisz się. To poważna sprawa.

August westchnął. Zdawał się być zażenowany zachowaniem żony, co jeszcze bardziej zdziwiło Juliusza. Pokłócili się? Jeśli tak to nawet nie starali się tego ukryć – oboje patrzyli na siebie niczym najwięksi wrogowie.

– Powinnaś się uspokoić, to bez sensu – powiedział August, po czym odwrócił się. Nim jednak wyszedł z pokoju, Salomea rzuciła za nim:

– Nie będziesz mi się mądrzył w kwestii tego, jak powinnam wychowywać dziecko.

Mężczyzna ponownie stanął przed żoną, uniósłszy wcześniej brwi.

– O czym tym, do cholery, mówisz?

– Przekraczasz granicę, której przekraczać nigdy nie powinieneś.

August chrząknął, jakby próbując powstrzymać śmiech.

– Zwariowałaś. – Po tych słowach wyszedł.

Salomea spojrzała na Juliusza wzrokiem pozbawionym konkretnego wyrazu. Słowacki stwierdził, że chciała wszystkie emocje stłumić w sobie, aczkolwiek z miernym skutkiem.

Odruchowo chciał ją pocieszyć, jednak nie wiedział, co powinien konkretnie zrobić. Odzywanie się poskutkuje czymś złym, pomyślał. Przybliżył się więc do matki i objął ją lekko.

– Po prostu już tego nie rób, dobrze? – powiedziała z trudem. Juliusz zmarszczył brwi i kiwnął głową.

– Co się dzieje między tobą a Augustem? – zapytał, ignorując wcześniejsze spostrzeżenia.

Kobieta nie odpowiedziała. Milczenie to nie wróżyło niczego dobrego.

***

Cyprian musiał przyznać, że polubił zarówno Słowackiego, jak i Krasińskiego oraz Chopina. Było to, w jego mniemaniu, czymś dziwnym, nigdy bowiem nie poznał jeszcze tylu nieirytujących go osób jednocześnie. Adam zaś, którego spotkał pierwszego dnia szkoły, starał się być dla niego miły, ale Norwid nie potrafił z nim rozmawiać dłużej aniżeli kilka minut. Nużył go ten człowiek; stwierdził, że należy on do typu, który stara sobie zjednać ludzi, ale, o ironio, powoduje to u potencjalnych towarzyszy mentalny dyskomfort. Z drugiej strony Adam nie był osobą, której można by coś bezpośrednio zarzucić: był miły, nie zalewał Norwida bezsensownymi pytaniami o poprzednią szkołę i inne bzdety oraz miał sympatyczną dziewczynę. Nie wiedział, co ostatni argument udowadnia na tle całego zestawienia.

Po kilku dniach pojął, o co dokładnie chodzi Mickiewiczowi z tym całym zaangażowaniem. Adam najwyraźniej bardzo nie lubił Słowackiego i próbował zjednać sobie jego nowego kolegę, a Cyprianowi było to nie w smak. Miał ciekawsze rzeczy do roboty niż plątanie się w intrygi wszelakiego rodzaju.

Raz zdarzyło się, że zobaczył ich razem. Na ogół powinien uśmiechnąć się pod nosem (gdyż mogło to zwiastować pojednanie, a tym samym względny spokój), i pozwolić im na prywatną rozmowę. Postanowił jednak, że stanie po drugiej stronie regału, gdyż rzecz miała miejsce w bibliotece, po czym zabierze jedną z książek, by móc ich obserwować. Nigdy dotąd nie robił czegoś takiego. Czuł dreszczyk emocji i zażenowanie jednocześnie.

– Czyli tak? Miałem wrażenie, że nie powinienem ci wtedy wierzyć – rzekł Słowacki, nie kryjąc niechęci. – Ale wyrosłem z użalania się nad sobą. Moja poezja jest dobra. Ty chyba teraz nie masz czasu jej pisać, co?

Norwid poczuł się przedziwnie. Nie lubił rozczarowań, a właśnie go doznał – nie przewidział, że ci dwaj będą się kłócić. W sumie, pomyślał, oczywistym było, że będą się kłócić, a nie bratać. Skarcił się w duchu za głupotę.

Mickiewicz prychnął.

– Czemu miałbym nie mieć?

– Pewnie dlatego, że kombinujesz, jak uratować swój związek. Na miejscu Celiny bym cię zabił. Na miejscu Fredry również bym cię zabił. Na miejscu dziewczyny Fredry…

– Dosyć. – Adam zmarszczył brwi i spojrzał na Juliusza gniewnie. – Zgrywasz się, bo myślisz, że masz przewagę.

Słowacki założył ręce na piersi.

– Ja to wiem, Adamie. Jeśli Celina nie dowie się prawdy podczas tego całego półmetka, osobiście się z nią podzielę swoimi spostrzeżeniami. Nigdy bym nie pomyślał, że poznam kogoś tak dwulicowego. Za kogo ty się w ogóle uważasz?

Cyprian powoli zaczął łączyć fakty. Adam zdradził swoją dziewczynę. Słowacki o tym wie i domaga się, by Celina znała prawdę. Ta sprawa niezwykle zdziwiła Norwida – w życiu nie podejrzewałby drugoklasisty o coś takiego. Patrząc na jego związek bez wahania uznałby to za coś pięknego i nieskalanego kłótniami. Tymczasem odkrył, że wszystko musi mieć drugą stronę medalu.

Zignorował dalsze wypowiedzi Mickiewicza i Słowackiego. Prowadziły one najwyraźniej jedynie do obrażenia przeciwnika w coraz to bardziej wymyślny sposób. Odłożył książkę na miejsce i wyszedł z biblioteki.

***

Juliusz wyszedł ze szkoły, najłagodniej ujmując, wściekły. Nie miał pojęcia, po co w ogóle odpowiedział na zaczepkę Adama. Zszargał nerwy do reszty, a musiał jeszcze wrócić do domu i znieść fochy matki, która prawdopodobnie przechodziła jakiś mocny kryzys. Westchnął cicho; może zniósłby to wszystko lepiej, gdyby nie fakt, że znów zaczęło padać. Stwierdził, że nie będzie się fatygował z wyciąganiem rękawiczek z plecaka. Chciał skwitować sobie w myślach, iż małe odmrożenie jeszcze nikomu nie zaszkodziło, ale mijało się to przecież z prawdą.

Chwilę później przyznał sobie słuszność w nie sięganiu po ukochane rękawiczki, bowiem ktoś do niego zadzwonił. Zobaczywszy imię Augusta na wyświetlaczu zdziwił się niezwykle. Dlaczego do niego dzwonił? I czemu nie zapisał sobie jego imienia jakoś bardziej kompromitująco?

– Halo? – zapytał odebrawszy.

– Wyszedłeś już ze szkoły?

– Tak, czemu pytasz?

– Podjedź pod szpital, zjemy coś na mieście.

Gdyby nie chłód, Juliusz chrząknąłby teatralnie. Miał wrażenie, że się przesłyszał. Czy on mu proponował wspólne spędzenie czasu? Nigdy nie pomyślałby, że usłyszy takie słowa z jego ust.

– Dobra, daj mi piętnaście minut – rzucił i się rozłączył.

Upewnił się, że tramwaj, którym chce jechać, zatrzymuje się na odpowiednim przystanku, po czym poczekał chwilę na pojazd i wsiadł do niego. Jakiś czas później był już pod szpitalem, rozglądając się za ojczymem. Pieprzony wygodniś, pomyślał, zauważywszy przez szybę rozsuwanych drzwi, że czekał na niego w środku.

Ojciec wyszedł z budynku, a następnie obaj przeszli na parking, by wsiąść do samochodu. Przez kilka minut wszystko wyglądało jak najbardziej normalnie: wycieraczki leniwie odgarniały śnieg z szyby, paskudny zapach samochodowy przyprawiał Juliusza o mdłości, a z głośników można było usłyszeć jazzowe kawałki wykonawców, których nie znał, choć mógł zanucić każdy z utworów bez najmniejszego problemu. August przez dłuższy czas milczał; okazyjnie zdarzyło mu się przekląć pod nosem na kierowców lub pogodę.

Juliusz musiał przerwać tę rutynę. Musiał natychmiast znać powód zachowania ojczyma. Wszystko to było zbyt podejrzane. Postanowił zagaić temat bardzo taktycznie:

– Co będziemy jeść?

– Myślałem o czymś orientalnym. Stoi? – Na te słowa Juliusz prawie zakrztusił się własną śliną. Czy August właśnie zapytał go o zdanie? Świat stanął na głowie, pomyślał.

Kiwnął głową w odpowiedzi, czując ogromne skołowanie całą sytuacją.

– Właściwie – zaczął, przypominając sobie, po co zaczął rozmowę – co cię tak naszło na bycie miłym?

– Zawsze jestem miły, to ty zachowujesz się jak dzieciak specjalnej troski.

Juliusz prychnął, choć nie uznał tego za szczególną obrazę.

– Mówię serio. To zaczyna mnie niepokoić – kontynuował. – Czy chodzi o mamę?

August bardzo powoli kiwnął głową, jednak nie spojrzał na pasierba. Mruknął coś cicho na temat passata, który nie powinien mieć pierwszeństwa.

– Większość z obecnych posiadaczy prawka nie powinna go mieć – podsumował. – I tak, chodzi o twoją matkę.

Juliusz posłał ojczymowi wymowne spojrzenie na znak, że żąda bardziej szczegółowych informacji.

– Ostatnio nie wyrabia z pracą. Kazałem jej zrobić badania, wyniki są tragiczne. Chciałem z tobą obgadać plan działania.

– Plan działania? – powtórzył Słowacki.

– Nie zgrywaj gówniarza – syknął August. – Wkrótce weźmie urlop, bo załatwiłem jej wizyty u prawie pięciu lekarzy. Trzeba zrobić wszystko, aby się odprężyła i nie miała powodu do szargania sobie nerwów.

Juliusz przez chwilę milczał. Nie wiedział, że Salomea może mieć problemy zdrowotne – perswadował sobie, iż całe jej podenerwowanie jest spowodowane tradycyjną dla niej apodyktycznością. Mylił się, a wyrzuty sumienia nawiedziły jego serce szybciej niż się spodziewał.

– Nie wiedziałem, że sprawa ma się aż tak źle – przyznał ze skruchą.

– Szczerze powiedziawszy ja również. Aż do wczoraj. Po tej całej sprzeczce o twoje wagary, zagroziła mi rozwodem.

***

Zygmunt był zły na siebie. Wszyscy wokół wręcz emanowali radością, a on sam nie potrafił wykrzesać z siebie nawet uśmiechu. Tak bardzo chciał pokazać Fryderykowi, że cieszy się jego szczęściem, choć nie miał pojęcia, czego ono dotyczy. Ich nowy znajomy, Cyprian, musiał uznać go za istotę równą sobie pod względem rozczarowania życiem. A on nie był ponurakiem! Starał się coś poradzić na swój ból – postanowił od drugiego semestru przepisać się na inny język. Wiedział, że będzie się to wiązało z masą nowych obowiązków oraz dezaprobatą nauczycieli, ale co miał zrobić? Na nic zdała się pozorna siła wewnętrzna – Krasiński pojął, że wszyscy są równie bezsilni wobec miłości.

Wszystkie te rozmyślania dopadły się do jego umysłu podczas czekania na Elizę. Zaprosiła go do siebie, więc postanowił spróbować się przemóc i poszukać w rozmowie z nią jakiejkolwiek pomocy. Dziewczyna zostawiła go w pokoju i wyszła, by zrobić im herbatę. Zygmunt średnio przepadał za herbatą, ale wiedział, że Eliza nie przygotuje dla niego idealnej kawy – musiałby nad tym czuwać osobiście, a ciężko mu było rządzić się w cudzym domu.

Kiedy Branicka weszła do pokoju z dwoma kubkami. Zygmunt odebrał naczynie i podziękował zarówno za herbatę, jak i zaproszenie, gdyż wcześniej tego nie zrobił. Przez chwilę rozmawiali jak zwykle – Eliza rzuciła kilka zdań na temat niechęci do szkoły oraz stwierdziła ze smutkiem, że nie ma czasu czytać.

– Semestr się kończy, powinnaś mieć mnóstwo wolnego czasu – stwierdził Krasiński, po czym upił łyk herbaty. Znośna, osądził w duchu.

– Niby tak, ale mnóstwo spraw zaprząta mi teraz głowę – odparła.

– Na przykład? – zapytał Zygmunt. Postanowił drążyć temat, by zająć czymś myśli.

Dziewczyna zmarszczyła lekko brwi. Wyglądała, jakby w jednej chwili dopadł ją ogromny stres.

– Nic istotnego. – Machnęła niedbale ręką, jednak Krasiński nie odpuszczał.

– Przecież możesz mi powiedzieć, cokolwiek by to było.

– Znienawidziłbyś mnie.

Zygmunt w lot pojął, o co chodzi. Spojrzał na Elizę z zaskoczeniem, ale ona natychmiast wbiła wzrok w podłogę przerażona faktem, że Krasiński zrozumiał głębsze znaczenie jej słów.

Poczuł się strasznie. Przecież nie mógł dać jej nadziei. Tęsknił za bliskością Delfiny i nic nie mogło tego zmienić. Jakim potworem musiałby być, gdyby wykorzystał zauroczenie przyjaciółki, by załagodzić swój ból? Z tego nie wynikłoby nic dobrego. Nawet jeśli posunąłby się do takiego czynu – związek ten musiałby być w jakimś stopniu toksyczny. Delfina nieodwracalnie zmieniła jego postrzeganie uczuć, a przynajmniej takie miał wrażenie.

Elizę zaś traktował jak przyjaciółkę i jeszcze nigdy nie spojrzał na nią w inny sposób. Była wprawdzie ładna, miała wspaniały charakter, jednakże nie potrafił dopuścić do głowy myśli, że mógłby stworzyć z nią tę nową, tak wyczekiwaną przez ich rodziców relację.

Westchnął cicho, po czym powoli rzekł:

– Nie chcę cię odrzucać – zaczął, choć czuł, że pogarsza sytuację. – Co dopiero skończyłem poprzedni związek… muszę wszystko poukładać.

– Zniszczyłam wszystko. Jestem głupia. – Zygmunt usłyszał cichy szloch. Chciał ująć dłonie dziewczyny, jednak ta natychmiast się odsunęła. Nie tylko serce Branickiej tonęło teraz w żałości.

– Bynajmniej nie jesteś głupia. Nawet nie wiesz, jak jestem ci wdzięczny za szczerość.

– I co teraz? – Spojrzała na niego załzawionymi oczyma. – Jak sobie wyobrażasz naszą relację?

Zygmunt bardzo chciał znać odpowiedź na to pytanie.

Ślepiec

Adam wyszedł ze szkoły, dziękując w duchu losowi, że pozwolił mu wytrwać piątek. Ilość bezsensownych sprawdzianów, kartkówek i zgryźliwości nauczycieli przekroczyła dziś normę. Był pewien, że nie przy jeszcze jednej lekcji szlag by go trafił. Stwierdził w duchu, iż powinien napisać testament, jeśli pod koniec drugiego semestru będzie skazany na to samo.

Stanął w pobliżu wejścia do szkoły, by zaczekać na Celinę. Miała spędzić z nim resztę dnia, po czym zgarnąć bagaże z bursy i wrócić do domu. Od kilku dni pytał, czy nie ma ochoty wpaść na kilka dni do niego. Za każdym razem spotykał się jednak z negatywną odpowiedzią, więc postanowił odpuścić z błaganiem. W pewnym momencie doszedł do wniosku, że gdyby był blisko niej przez tak długi czas, wyrzuty sumienia zmusiłyby go do wyznania prawdy. Tak, miał wyrzuty sumienia.

Czuł się okropnie ze świadomością tego, co uczynił. Chciał móc się z kimś podzielić własnym strapieniem, ale nikt by go nie zrozumiał. Nie było w jego środowisku osoby, która mogłaby spojrzeć na tę sprawę czysto obiektywnie. Po chwili sam stwierdził, że byłoby to niemożliwe. Jeszcze do tego zachowanie Juliusza! Przez ostatnie dni chodził bardzo podenerwowany, a Słowacki jak zwykle musiał dorzucić swoje trzy grosze. Doskonale rozumiał powagę sytuacji i nie musiał bez przerwy słuchać, jak bardzo spieprzył sprawę. Wreszcie nie wytrzymał – powiedział mu, co sądzi o jego poezji. Zrozumiał wtedy, że obaj zmienili się: Juliusz nabrał pewności siebie, on zaś stał się niezwykle niestabilny emocjonalnie. Nie mógł jednak dopuścić, by zostało to zauważone i wykorzystane. Nie wiedział już, czego spodziewać się po człowieku, którego jeszcze do niedawna nazywał przyjacielem, a wcześniej… Cholera, do dziś wstydził się tych idiotycznych myśli! Pojawiły się one tak szybko jak zniknęły. Miał wrażenie, że zupełnie o nich zapomniał; tymczasem one zdradziecko wdarły się do jego pamięci najprawdopodobniej tylko po to, by go dobić. Brzydził się sam sobą.

Jak na złość Juliusz kilkanaście sekund wcześniej opuścił gmach szkoły i zapalał papierosa. Adam nie potrafił opisać, jaką dezynwolturą emanował w tym momencie Słowacki, a właściwie takie odnosił wrażenie. Co zaraz się stanie? Celina wyjdzie ze szkoły, a ten gówniarz beztroskim krokiem podejdzie do nich, zdradzając swym zachowaniem, jak bardzo ma ochotę zemścić się za krytykę jakichś miernych wierszyków? Wariuję, pomyślał, po czym westchnął cierpiętniczo.

– Czemu nie czekałeś w szkole? – Do jego uszu dobiegł głos Celiny. – W dodatku znowu nie wziąłeś szalika…

Wziął ją pod ramię i ruszyli w stronę przystanku.

– Będę się obnosił z faktem, że jestem zahartowany – mruknął nieco zniechęcony. Własne myśli go dobiły. Postanowił więc szybko zmienić temat. – Mam nadzieję, że ten kretyn nie zjadł całego obiadu.

Dostrzegł delikatny uśmiech na twarzy dziewczyny.

– Zawsze możemy zrobić powtórkę ze spaghetti.

Adam zerknął przez ramię na Słowackiego. Ten patrzył na niego z pogardą, więc odwrócił wzrok i w pełni skupił się na rozmowie z dziewczyną. Nie będzie się przez niego dekoncentrował!

– Żeby ten gówniarz się do nas przyczepił? – kontynuował. – Proponuję zamówić pizzę i zamknąć się na klucz.

– Cóż za altruizm.

– Wypraszam sobie ten sarkazm – rzekł, siląc się na pogodniejszy ton. – Aleksander doprowadzi do mojej śmierci głodowej.

Dziewczyna z rozbawieniem przyjrzała się jego sylwetce.

– Myślę, że możesz być spokojny o swoje życie.

Adam próbował się uśmiechnąć, ale wiedział, że wyszło mu to niezwykle miernie.

– Dopisuje ci dobry humor – stwierdził.

– Tobie też powinien. Stwierdziłam, że jednak przyjadę do ciebie po weekendzie na kilka dni.

Cholera, pomyślał.

***

Ferie zaczęły się na dobre (minęła już niemal połowa zbawiennej laby), jednak Zygmunt czuł ogromne przygnębienie. Eliza od ponad tygodnia nie nie odpisywała na jego wiadomości – najwyraźniej znalazła się w podobnym stanie, jednakże z jego winy. Bardzo chciał jej pomóc. Przecież to urocze stworzenie nie mogło cierpieć, w żadnym momencie życia nie dowiodło, że na to zasługuje. Krasiński obrał więc za główny cel pomoc przyjaciółce. Pierwszy raz od początku przerwy zimowej wyszedł z domu. Pogoda, o dziwo, była łaskawa – brak wiatru i trochę słońca nieco zmotywowały go do podjęcia jakichkolwiek działań.

Ruszył do ulubionej cukierni, by wydać sporą część kieszonkowego na ciastka z marcepanem, które dziewczyna uwielbiała. Nie miał pojęcia, czy Branicka w ogóle wpuści go do domu – miał nadzieję, że słodki haracz mu w tym pomoże.

Względnie zadowolony opuścił cukiernię, po czym schował pudełko z ciastkami do torby. Na pewno poprosi ją, by przestała traktować go jak wroga. Dużo dla niego znaczyła i nie chciał pozwolić na zniszczenie ich stosunków. O tym, co stałoby się, gdyby rodzice pojęli, jaki jest stan rzeczy, wolał nie myśleć. Interwencja dorosłych z pewnością zakończyłaby się katastrofą. Krasiński wiedział, że nie ma nic gorszego niż tłumienie emocji w sobie. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że jest ostatnią osobą, która mogłaby słuchać o problemach w kwestii zawodu miłosnego Elizy – chyba tylko głupiec by na to nie wpadł.

Przez chwilę analizował jeszcze całą sytuację, jednak z czasem pojął, że telefon umiejscowiony w kieszeni jego płaszcza wibruje od dłuższej chwili. Nieco zdenerwowany na swoje zamyślenie, sięgnął po smartfon i spojrzał na wyświetlacz.

Delfina.

Poczuł okropny ścisk w żołądku. Przez głowę, poza mnóstwem przekleństw, przeszło mu wiele pytań. Dlaczego dzwoniła? Wyrzuty sumienia dopadły ją dopiero po niemalże miesiącu? A może chciała, by zmienił szkołę i nie męczył się z jej powodu? Zmyślone alternatywy wyprzedzały się w kreatywności. Chcąc przerwać tę mentalną farsę, westchnął cicho, po czym wreszcie odebrał telefon.

– Tak, słucham?

– Błagam cię… przyjdź. – Jej płaczliwy głos wzbudził w nim zaskoczenie. Chwilę później był już cały w nerwach. Co się stało? Dlaczego płakała?

– Gdzie jesteś? – zapytał, nieudolnie kryjąc przejęcie.

– U mnie… proszę, przyjdź – powtórzyła.

Nie potrafiąc nad sobą zapanować, odpowiedział, że zaraz będzie, a następnie czym prędzej pobiegł na przystanek.

***

– Zaskoczyłeś mnie tą pizzą – powiedziała Celina, odkładając talerz na biurko. – Naprawdę, nie spodziewałam się, że wyjdzie ci taka dobra.

– Przecież to mrożonka – rzucił Aleksander. – Jej się nie da schrzanić.

Dostrzegłszy wściekłość Adama, dziewczyna pokręciła przecząco głową.

– Da się, uwierz. Ale o tej pizzy nie da się złego słowa powiedzieć.

W oczach młodszego z braci można było dostrzec rozbawienie.

– Założymy się? Mogę przez godzinę bez wytchnienia obrażać zarówno posiłek, jak i osobę, która go przygotowała. – Po tych słowach dostał dłonią w potylicę. Posłał w odpowiedzi kuksańca Adamowi, po czym, jakby nigdy nic, powrócił do wypowiedzi. – Serio, jeśli wygram, stawiacie mi następną pizzę.

Starszy z Mickiewiczów westchnął teatralnie.

– Jeśli zjadłeś, to wypieprzaj, z łaski swojej – mruknął, po czym dodał z ponagleniem: – Masz pewnie mnóstwo ciekawszych zajęć.

Aleksander zaśmiał się.

– Ależ nie! Chętnie pooglądam, jak wymieniacie się śliną. – Nim jednak Adam wstał, by wyrządzić krzywdę młodszemu bratu, ten szybko pomachał im na do widzenia, po czym ruszył do swojego pokoju.

Mickiewicz schował twarz w dłoniach.

– Jaki błąd popełniłem w jego wychowaniu? – zapytał Celinę, na co ta parsknęła śmiechem. – Przestań, to bynajmniej nie jest komiczne. Widzisz, jak on się zachowuje? Z takim taktem skończy w najlepszym wypadku jako…

– Ta… uwaga Olka – wtrąciła Celina. Adam spojrzał na nią zaskoczony, ale dał jej znak ręką, żeby kontynuowała –  przypomniała mi, że kilka miesięcy temu widzieliśmy Juliusza całującego się z jakąś dziewczyną.

Szymanowska z niemałym zdziwieniem przyglądała się chłopakowi. Mickiewicz przymrużył gniewnie oczy na samo wspomnienie o Słowackim, zupełnie jakby usłyszał imię największego wroga. Zaczęła się więc zastanawiać, co mogło być przyczyną takiego zachowania.

– I co z tego? – odpowiedział Adam. – Nie mam pojęcia, po co ta uwaga.

– Nie rozmawiacie już.

– No i? – Mickiewicz sprawiał wrażenia osoby, która udawała, że nie ma pojęcia, co się do niej mówi.

– No i stwierdziłam, że może chciałbyś o tym  pogadać.

– Przykro mi to mówić, ale źle stwierdziłaś – podsumował Adam, po czym sięgnął po pilot. – Co oglądamy?

Dziewczyna przewróciła oczami.

– Cokolwiek.

Jak bardzo Adam musiał pokłócić się z Juliuszem? Miała wrażenie, że oschłość wobec Słowackiego jest tymczasowa – przekonała się jednak, że stało się coś naprawdę poważnego. Tylko co? Nic konkretnego nie przychodziło jej do głowy.

Ignorując chłopaka, który przeglądał jakąś platformę z serialami, sięgnęła do torby po telefon. Przyjechała do Adama ledwie godzinę temu i nawet nie odłożyła rzeczy do pokoju Mickiewicza. Zapach czegoś, co prawie sam przyrządził ( i czegoś niespalonego) przywiódł ją do salonu.

Zanim odnalazła telefon, musiała wręcz przekopać się przez opakowania z lekami uspokajającymi, przeciwbólowymi… nawet nie sprawdzała. Odkrywszy, że ojciec postanowił przestać pić, a cierpienie przed nadchodzącą tragedią zamierzał uśmierzyć tabletkami, zgarnęła wszystko do torby i szybko wyszła z domu, by nie spóźnić się na pociąg. Liczyła, że gdy ojciec spostrzeże brak leków, postanowi porzucić ten sposób uśmierzania bólu. Wiedziała, że za to oberwie. Gdyby tylko mogła, zostałaby u Adama do końca ferii.

Wreszcie miała urządzenie w dłoni. Zamknęła torbę i przejrzała powiadomienia. Otrzymała zaproszenie do znajomych od osoby, po której zdecydowanie takiego zabiegu się nie spodziewała. Przynajmniej teraz.

– Zgadnij, kto po dwóch latach znajomości postanowił mnie dodać – mruknęła do Adama. – Dziewczyna Fredry.

Mickiewicz wyglądał, jakby właśnie zobaczył ducha.

– Odrzuć – polecił niemalże natychmiast.

– Dlaczego? Może chciała do mnie napisać?

Przerażenie Adama szybko przeistoczyło się w klasyczną dla niego obojętność. A przynajmniej tak by stwierdziła, gdyby nie spostrzegła, jak jej chłopak chowa do kieszeni spodni minimalnie drżące dłonie.

– Dodaje cię po dwóch latach tylko po to, bo czegoś chce – powiedział.

– A skąd ty możesz to wiedzieć? To mogłoby być coś ważnego.

– Albo prośba o korki z matmy. Wszystkiego nie przewidzisz.

Celina chrząknęła cicho.

– Ty także – skwitowała. – Mam wrażenie, że coś przede mną ukrywasz.

Adam posłał jej długie spojrzenie. Próbowała wyczytać z jego oczu cokolwiek, ale było to niemożliwe. Szybko się doprowadził do porządku, pomyślała, przypomniawszy sobie jego przerażenie.

A może to jakaś błaha sprawa? Może po prostu…

– Chodziłeś z nią? – zapytała.

Maska pękła. Skonfundowanie Mickiewicza było czymś niecodziennym, toteż przyglądała się temu intrygującemu zjawisku. Wyglądał na osobę, która bardzo bała się powiedzieć cokolwiek, więc postanowiła go nieco zmotywować do wyznania:

– Przecież mówiłam ci, że nie mam nic do twoich byłych. I nie mówię tego jak typowa kobieta. Serio, każdy z nas był w dziwnych związkach.

Adam zmarszczył brwi. Zamyślił się, przez chwilę spoglądał na podłogę (nawet wyciągnął dłonie z kieszeni!), aż wreszcie podniósł głowę, po czym spojrzał na Celinę z powagą, iskrzącą się w oczach.

– Byłem z nią. Błagam, nie rozmawiajmy o tym.

Czemuż tak go to bolało? Wyglądał, jakby miał poważną traumę po związku z tą dziewczyną. A przecież minęło wiele lat. Kiedy mogli tworzyć związek? W gimnazjum?

Przybliżyła się do chłopaka i położyła dłoń na jego dłoni. Adam znów się zmieszał. To było coraz bardziej podejrzane. Okoliczności ich rozstania musiały być niezwykle nieprzyjemne. Chociaż nigdy dotychczas tak nie reagował ani na jej widok, ani na wzmiankę o niej.

Może ma gorszy dzień, stwierdziła w duchu.

– Dobrze, nie poruszymy już tego tematu –powiedziała – Przeszłość nic nie znaczy, prawda?

– Tak – odparł Adam. Powtarzał to słowo jeszcze kilka razy, jednak szeptem.

***

Zygmunt znalazł Delfinę w sypialni. Nie otworzyła mu drzwi, gdy zadzwonił, więc wszedł do mieszkania i błąkał się po nim, póki nie natrafił na byłą kochankę. Siedziała na łóżku, kryjąc twarz w dłoniach.

Krasiński od dawna nie czuł takiej pustki. Patrzył na kobietę, która wyrządziła mu krzywdę i nie potrafił do niej podejść. Dopiero po dłuższej chwili zebrał się w sobie: zacisnął wargi w wąską kreskę, po czym uklęknął przy niej.

– Miał inną. Kazałam mu odejść. Ja… – Jej łzy i załamujący się głos przypomniały mu, jak sam się czuł. Identyczne poczucie porzucenia. Gdyby nie miał serca, zacząłby się nad nią pastwić.

Nim zdążył się odezwać, Delfina położyła dłonie na jego policzkach. Poczuł, że jego serce przyspiesza, ale bynajmniej nie z powodu uczuć wzniosłych, a strachu. Bał się, że będzie na tyle głupi i jej ulegnie. Szybko się odsunął.

– Daj mi szansę… – wyszeptała. – Poczekamy chwilę i…

Spojrzał w jej załzawione oczy. Tęsknił za nimi, pragnął w nie patrzeć, oddając się największym namiętnościom, a teraz, gdy mógł dokładnie się im przyjrzeć, nie czuł nic. To nie te oczy były dla niego najważniejsze. Chciał spojrzeć na Elizę. Zrobiłby wszystko, by to ona stała się znów szczęśliwa. To na niej mu zależało.

Nim pojął, co się dzieje, Delfina zbliżyła się do niego, chwyciła materiał jego płaszcza i złączyła swoje usta z ustami Zygmunta. Jeszcze niedawno zaprzedałby duszę diabłu za ten pocałunek. Teraz nie potrafił. Wręcz odepchnął kobietę od siebie i spojrzał na nią z nienawiścią. Jego serce wreszcie wybrało, co powinien teraz czuć.

– Nie jestem twoją zabawką – syknął. – Przyszedłem tu tylko dlatego, bo bałem się, że naprawdę ci się coś stało.

Nie chciał się więcej tłumaczyć. Jak najszybciej opuścił mieszkanie, słysząc kilka razy, jak Delfina wymawia jego imię.

Ciężko było mu pojąć, co właściwie się stało. Bez żadnych skrupułów odrzucił kobietę, która przez tak długi czas wprowadzała nieporządek w jego serce. Jednocześnie pojął, kto tak naprawdę się dla niego liczy.

Gdy wsiadł do autobusu, myślał przede wszystkim o jednym – miał nadzieję, że ciastka dla Elizy się nie pokruszyły. Kiedy zaś znalazł się w jej domu, wparował do pokoju, gdzie jakiś czas temu złamał jej serce, porwał  dziewczynę w ramiona i szepnął, że był ślepcem, nie zauważając tak wielkiego daru od losu, jakim jest. Następnie pocałował ją. 

Jeszcze nigdy czyjeś zdziwienie nie wywołało w nim tak wielkiej radości.

Jeśli to sen

Fryderyk nie należał do osób cierpliwych. Miał ochotę na gorącą czekoladę w tej chwili – tymczasem mleko, które, jak mu się zdawało, zaczął gotować wieki temu, nadal nie było idealnie ciepłe. Miał ochotę nawrzucać kuchence, jak bardzo złym tworem jest. Ostatecznie mruknął kilka przekleństw. Mógł sobie na to pozwolić, gdyż cała rodzinka wyniosła się na pięć dni z domu, by rozkoszować się zaśnieżonymi stokami. Chopin nart nie cierpiał, jednak nie musiał nawet dyskutować z rodzicami w kwestii, czy koniecznie powinien z nimi jechać – bez wątpienia wróciłby z tej wycieczki chory. Swego czasu słaba odporność ogromnie mu przeszkadzała: choroby oraz koncerty nieraz doprowadzały do problemów w szkole, często cudem uniknął nieklasyfikowania z przedmiotów.

Miał przez te kilka dni robić wiele. Planował dużo ćwiczyć, gdyż Elsner, dowiedziawszy się o powrocie Fryderyka do gry, dał mu mnóstwo utworów, by „nadrobić zaległości”. Chopin niemal zakrztusił się, kiedy ujrzał grubą tekę z nutami w dłoniach nauczyciela. Nie rozczytałby tyle przez miesiąc, ba – może nawet dwa. Najwyraźniej Elsner pozwolił sobie na złośliwość za „jego humory”, jak to rzekł przy ich ostatnim spotkaniu. Pojawił się jednak problem – Chopin przez minione wolne dni nie robił niczego produktywnego: przesiadywał nad książkami, naśmiewał się z polityków w telewizji (nie miał pojęcia, kto jest kim, po prostu zabawnie wyglądali), zdarzało się mu improwizować przy fortepianie, ale teki Elsnera nie tknął. Po kilku dniach tegoż sielankowego rozleniwienia, bał się nawet na nią spojrzeć.

Mleko było już gotowe. Wlał je do filiżanki (nie lubił kubków) i wymieszał, by chwilę później napar przybrał brązową barwę. Idealnie, stwierdził w myślach, a następnie przeszedł z naczyniem do jadalni i położył je na stole. Włączył radio, znajdujące się na komodzie w rogu pomieszczenia. Przez dłuższy moment ustawiał odpowiednią stację, aż wreszcie usłyszawszy cudowne dźwięki fortepianu, zostawił pokrętło w spokoju i wrócił do gorącej czekolady. Wsypał do niej dwie łyżki cukru, jednak uznał, że to za mało, więc dosypał dwie następne. Uśmiechnął się, czując w ustach słodycz napoju.

Przez kilka minut delektował się ukochanym smakiem, przysłuchując się melodii z radia. Nieraz w takich momentach zastanawiał się, po co człowiekowi potrzebny jest stres i rutyna. Gdyby każdy miał czas, by wypić filiżankę czekolady, pomyślał, żyłoby się łatwiej. Nie pojmował świata, wręcz brzydził się prostotą życia codziennego. Jak można było czerpać radość z siedzenia ławce i słuchania o rzeczach zupełnie nieistotnych?

Dzwonek do drzwi wyrwał go z przemyśleń. Dopił szybko resztkę czekolady i ruszył ku drzwiom. Kto mógłby go odwiedzić? Jeśli byłby to ktoś z jego przyjaciół, uprzedziłby wizytę (po chwili jednak stwierdził, że może się mylić i zaczął na nich narzekać w myślach). A może to Elsner, zastanowił się, kto wie, co mu siedzi w głowie? Nacisnął klamkę, po czym ziewnął. Potrzebował teraz drzemki, nie odwiedzin. Jednakże gdy zobaczył, kto stoi tuż przed progiem, serce podeszło mu do gardła.

Ta cudowna twarz, błyszczące oczy, delikatny uśmiech.

– F–Ferenc? – wydukał zdezorientowany.

Liszt zaśmiał się cicho.

– Nie mogłem przyjechać w lutym, więc jestem w styczniu – rzekł. – Zatrzymałem się w hotelu na kilka dni, nawet nie wiesz, ile błagałem rodziców, by mi zaufali. Wreszcie się zgodzili, więc jestem! To miasto jest całkiem ładne, chociaż – rozejrzał się – przedmieścia są jeszcze ładniejsze.

Fryderyk próbował skupić się na tym, co Ferenc mówi, jednak jednocześnie walczył ze swoim sercem. Miał bowiem wrażenie, że wyskoczy mu ono z piersi. Czy naprawdę się działo? Przesadził z cukrem, na pewno, to wszystko wizja spowodowana przecukrzeniem.

– Tak się cieszę, że pana widzę – kontynuował Liszt. – Mam nadzieję, że nie przeszkadzam…

Chopin przez chwilę milczał, próbując doprowadzić się do stanu wskazującego na względne opanowanie. Ferenc. Przed nim. Uśmiechnięty. Tak wspaniały.

Gestem dłoni zaprosił go do środka. Liszt wszedł do domu, zdjął buty i płaszcz, po czym odłożył je na miejsce wskazane przez Fryderyka. Wyglądał na niezwykle podekscytowanego. Czym? Tego Chopin nie wiedział.

– Napijesz się czegoś? – zapytał, wreszcie odnalazłszy odwagę na zabranie głosu.

– Kawy, jeśli to nie problem – odparł Ferenc.

Chopin kiwnął głową, po czym polecił, by Węgier zajął miejsce w jadalni. Sam skierował się do kuchni, wlał wodę do czajnika i sięgnął po filiżankę. Natychmiast w jego głowie pojawił się dysonans – Ferenc zapewne nie pija w filiżankach. Jeśli więc poda mu kawę w takim naczyniu, jak zareaguje? Wyśmieje go?

Ręce mu lekko drżały, gdy wyciągał z szafki kubek ojca. Wsypał łyżeczkę kawy, wlał trochę mleka (przecież nie może pić bez mleka, pomyślał z przerażeniem) i, odstawiwszy naczynie na ladę, przeszedł do jadalni.

Ferenc siedział przy stole, cicho nucąc jakąś klasyczną melodię z radia. Jak cudnie wyglądał! – Włosy spiął na karku, choć kilka kosmyków wydostało się z upięcia, okalając w uroczy sposób jego twarz. Kilka razy bezskutecznie próbował zdmuchnąć owe kosmyki, gdyż najwyraźniej mu przeszkadzały. Wreszcie rozpuścił włosy i spiął je jeszcze raz. Chyba dopiero wtedy spostrzegł, że Fryderyk się mu przygląda. Nie wiedzieć czemu, zarumienił się.

– Obciąłbym je – mruknął, jakby próbując się wytłumaczyć ze swojego czynu – ale w krótkich wyglądałbym jak idiota.

– Nieprawda – zaprzeczył natychmiast Fryderyk. Oddałby wszystko, by móc mu powiedzieć, że jest piękny niezależnie od długości włosów… niezależnie do wszystkiego!

Chopin zajął miejsce obok Ferenca. Nie chciał siadać naprzeciwko niego, choć było to wygodniejsze przy prowadzeniu konwersacji. Nie kierował się tym, bowiem zależało mu na bliskości Liszta. Ten zaś patrzył na niego z uczuciem trudnym do opisania. Fryderykowi na pewno byłoby łatwiej ową emocję opisać, gdyby miał przed sobą obcą osobę. Mógł przecież źle to zinterpretować. Ten błysk w oczach, ta nie wymowna czułość… czy jemu to wszystko się wydawało?

– Panie Chopin – odezwał się Ferenc niepokojąco cicho. – Czy pan mnie uważa za kretyna?

Takiego pytania się nie spodziewał. Dlaczego w ogóle je zadał? Skąd ta melancholia? Fryderyk był skołowany.

– Oczywiście, że nie – odpowiedział pewnie. – Czemu miałbym tak sądzić?

Liszt przez chwilę wahał się z odpowiedzią.

– Maria tak stwierdziła.

– Dlaczego? – dociekał Chopin. Zrobiłby tej istocie krzywdę, gdyby tylko miał możliwość.

– Powiedziała to, gdy wyznałem jej, dlaczego nasz związek nie ma sensu. I… tak sobie myślę, że miała rację.

– Nonsens – syknął Fryderyk, nie mogąc ukryć oburzenia. – Czemu miałoby tak być? Jesteś mądry, utalentowany, sympatyczny…

Tak wiele cech przychodziło mu na myśl, że wreszcie urwał wypowiedź w obawie, że nie pohamuje swej adoracji. Po chwili pojął, że mogło to zabrzmieć, jakby skończyły się mu pomysły. Przeklął siebie i swoje zachowanie w myślach.

– Gdyby pan wiedział, panie Chopin. Gdyby pan tylko wiedział, skąd w ogóle ten związek, to całe idiotyczne zachowanie z mojej strony…

Fryderyk bardzo chciał wiedzieć.

– Nie musisz się z tym kryć – rzekł. – Powiedz.

Liszt wyglądał jakby zaraz miał się rozpłakać. W sercu Chopina pojawiła się panika. Nie miał pojęcia, co się dzieje.

– Niech mnie piekło pochłonie! – jęknął. – Nie potrafię już dłużej… tak bardzo nie chciałem niszczyć naszej przyjaźni…

Zbliżył się do Fryderyka, po czym ujął delikatnie jego dłonie. Chopin miał wrażenie, że świat wokół nie jest już realny – przecież to nie mogło się dziać naprawdę. Niemożliwym było, by usta Liszta znajdowały się tak blisko jest ust. Wziął głęboki wdech. Już niemal czuł dotyk umiłowanych warg.

Gwizd czajnika niemalże przyprawił go o zawał.

Ferenc odsunął się od niego i zakrył twarz w dłoniach.

– Wybacz mi, błagam – szeptał załamany.

Chopin nie miał pojęcia, co właśnie się wydarzyło. Miał wrażenie, że przez chwilę odleciał w krainę marzeń. To się nie mogło wydarzyć. Niemożliwe.

Był cały w nerwach. Chciał pocieszyć Liszta, a jednocześnie ten okropny czajnik, sprawca całej sytuacji, uniemożliwiał mu zebranie myśli. Przeprosił Ferenca gestem (po czym skarcił się w myślach, bo przecież Liszt tego nie widział), po czym poszedł zalać kawę.

Nie minęło pół minuty, gdy wrócił. Miał pustkę w głowie, nie potrafił logicznie przeanalizować tego, co się przed chwilą wydarzyło. Może nawet nie chciał tego analizować.

Stanął nad Lisztem. Nim się odezwał, Węgier zaczął go przepraszać, następnie próbował wszystko wytłumaczyć:

– Zachowywałem się tak głupio. Robiłem z siebie idiotę… wszystko po to, byś nie zauważył, jak bardzo wielkim uczuciem cię darzę. Powiedz tylko, że nie chcesz. Po prostu powiedz… wyjdę, spakuję się i wsiądę w samolot. Już nigdy nie będziesz musiał mnie widzieć.

– Wstań, proszę – powiedział jedynie. Gdy Ferenc wykonał polecenie, zapytał go: – Jak długo?

Liszt odpowiedział mu z ogromnym trudem:

– Gdy widziałem cię ostatni raz. Wtedy to pojąłem. Błagam… nie śmiej się ze mnie – dodał, widząc uśmiech Fryderyka.

Chopin bowiem nie potrafił ukryć radości. Wciąż nie dowierzając, że jego miłość jest odwzajemniona, wolnym ruchem pogładził policzek Ferenca. Marzył, by kiedykolwiek móc go tak dotknąć. Uczucie to było tak cudowne, że Fryderyk miał wrażenie, iż zaraz zatraci się w owym dotyku.

Liszt wyglądał na przerażonego. Najwyraźniej miał wrażenie, że stał się obiektem paskudnej kpiny.

– Ferencu Liszcie, nawet nie przeczuwasz, od jak dawna cię kocham – powiedział Fryderyk, po czym naparł na jego drżące wargi.

Przeszedł go niezwykle przyjemny dreszcz. Jeszcze nigdy nie czuł tylu emocji naraz, jednocześnie zachowując pełen spokój ducha. Położył ręce na biodrach Ferenca, nie mając pojęcia, że w ogóle to robi. Liszt, jakby instynktownie, splótł dłonie na jego karku. Wszystko to było niemożliwie piękne. Piękne i niemalże nierealne.

– To… sen – wydusił z siebie Ferenc, obejmując go. Ułożył brodę na jego barku; Fryderyk słuchał, jak próbuje zapanować nad przyspieszonym oddechem. – To na pewno sen, panie Chopin.

Oczy zaszły mu łzami. Pocałował ukochanego w skroń, po czym rzekł:

– Jeśli to jedynie piękny sen, błagam, niech ktoś w rzeczywistości odbierze mi życie. Wolałbym umrzeć niż obudzić się dla świata, w którym mnie nie kochasz.

Ostatni uśmiech

Choćbym był najmądrzejszym z psychoanalityków, nigdy nie pojmę umysłów tych popaprańców – do takiego wniosku doszedł Juliusz, ujrzawszy swych przyjaciół pierwszego dnia po feriach. Zarówno Zygmunt, jak i Fryderyk wyglądali jakby ledwie powrócili z raju i jeszcze nie pojęli, że znajdują się na ziemskim padole. Krasiński wprawdzie zachowywał w swej radości pewien dystans, intrygującą otoczkę tajemniczości, Chopin zaś nie krył się z niczym. Oznajmił Słowackiemu, że jest najszczęśliwszym człowiekiem na świecie i nic ani nikt go tegoż szczęścia nie zdoła pozbawić. Juliusz postanowił spędzić więc większość przerw z Norwidem – jego sposób bycia nie uległ nawet najmniejszej zmianie. Emanował nihilizmem jak zwykle. Będąc w kiepskim nastroju dobrze było przebywać z człowiekiem, który traktował wszystko identycznie, to jest bez większego zaangażowania. Mógł rzucić czasem, że życie w ostatnich dniach dało mu po twarzy, a Cyprian nie zalewał go standardowymi pytaniami z „co się stało?” na czele.

A stało się, i to całkiem sporo. Matka wylądowała w szpitalu, ojczym niemalże załamał się psychicznie. On zaś w tym wszystkim był niepojęcie spokojny. Z początku, rzecz jasna, był kłębkiem nerwów niczym August, jednak szybko zaufał zapewnieniom lekarzy („To tylko omdlenie spowodowane przemęczeniem, zatrzymamy panią Słowacką na obserwacji. Niech się pan uspokoi…”). Oczywiście, pomyślał Juliusz, August nie byłby sobą, gdyby choć raz posłuchał, co się do niego mówi. Równocześnie doznał małego szoku – podejrzewał, że jako lekarz, ojczym pojmie, iż spokój jest w takiej chwili najważniejszy (nawet on sam był tego doskonale świadom!). Tymczasem Becu zachowywał się jakby opuściła go wszelaka wytrzymałość psychiczna. Patrząc na to Juliusz stwierdził, że związek matki, który potępiał niemal od początku jego istnienia, ukazywał ogromne przywiązanie. Marzył, by móc kiedykolwiek czuć tak wzniosłą i odwzajemnioną emocję.

Cała ta skrajność, na którą składała się sytuacja w domu oraz zachowanie znajomych z czasem zaczęła go męczyć. Pod koniec tygodnia praktycznie nigdzie się nie ruszał bez Norwida – ten człowiek miał jakąś niezwykłą moc niwelowania przesadnej radości w promieniu kilometra. Juliusz cieszył się wprawdzie ze szczęścia przyjaciół (nadal nie miał pojęcia, skąd się wzięło), jednakże wreszcie spojrzał prawdzie w oczy – ten duchowy dobrobyt coraz bardziej działał mu na nerwy.

Do Adama nie odzywał się wcale. Momentami korciło go, by przypomnieć byłemu przyjacielowi o złożonej obietnicy, aczkolwiek szybko wychwycił, że Mickiewicz jest w pełni świadom nadchodzącej chwili wyznania prawdy. Mógł spokojnie powiedzieć, że z każdym dniem przeistaczał się w istną personifikację siedmiu nieszczęść.

Czuł w duchu pewien dysonans – nie współczuł oczywiście Adamowi, bo ten sam sprowadził na siebie to przekleństwo. Po prostu przestał czerpać z tego jakąkolwiek satysfakcję, ba – zaczął się nią brzydzić. Kto wie, co stanie się z Mickiewiczem: sam, zlinczowany przez towarzystwo, bez jakiegokolwiek wsparcia może zupełnie się stoczyć. Znów niezgodność; równie dobrze może się tym wcale nie przejąć, pomyślał Juliusz, jednak szybko stwierdził, że to bez sensu. Tak bardzo broniłby się tylko po to, by wyjść z całej sytuacji z twarzą? Może jednak zależało mu na tym związku?

W piątkowy wieczór, w przeddzień półmetka, na który jego znajomi się wybierali, wszczęła się dyskusja na starej konwersacji. Odkąd Mickiewicz, wielce czymś zirytowany, postanowił wyjść, rzadko tam pisali. Ostatecznie postanowili, że trzeba to zmienić, dodali Norwida, a rozmowy o wszystkim i o niczym zostały wznowione.

Dante: Mówiłem wam już, że zmieniam szkołę?

Szopen: Chwila moment, co?!

NieMówDoMnieJulek: Nie zrobiłbyś nam tego.

Dante: Wybrałem szkołę, do której mam bliżej.

ZgonPoezji: Jak na rozsądnego człowieka, zastanowiłeś się nad tym aspektem stosunkowo późno, nie sądzisz?

Gdyby cynizm Cypriana był człowiekiem, Juliusz bez wahania by się mu oświadczył.

Dante: Oj, tam! Poza tym, do tej szkoły chodzi Eliza.

Szopen: Wolisz ją od nas?

ZgonPoezji: Jesteś pewien, że chcesz znać odpowiedź?

Dante: Cyprianie Norwidzie, błagam, przestań.

Szopen: CHWILA MOMENT DOPIERO TERAZ ZROZUMIAŁEM

Szopen: PRZEPRASZAM ZA ZWŁOKĘ

Szopen: NASZ KRÓL FIKCJI FANOWSKIEJ MA DZIEWCZYNĘ

Dante: Obiecałeś, że już nigdy mnie w ten sposób nie obrazisz.

Szopen: TO TAKIE UROCZE

Szopen: CZTEROKROTNIE SŁODZONA CZEKOLADA ROBI SIĘ GORZKA PRZY WASZEJ SŁODYCZY

Juliusz zaczął się śmiać na głos. Mimo decyzji Zygmunta, nie potrafił być na niego zły. Pamiętał ich rozmowę, a raczej jej próbę i był poważnie zmartwiony jego losem. Krasiński był za dobry na ten świat, nie zasługiwał na choćby najmniejsze cierpienie. Jeśli to miało przynieść mu szczęście, Juliusz był w stanie powstrzymać wyrzuty oraz żal. A przynajmniej dla Zygmunta. Chciał, by poczuł jego niewymowne wsparcie.

Szopen: Chwileczkę, skoro robimy sobie wieczór wyznań, to mam dla was wiadomość.

ZgonPoezji: Nie robimy wieczoru wyznań.

Dante: Wszyscy wiemy, że jesteś już w szczęśliwym związku z tym swoim Austriakiem.

Szopen: W Ę G R E M.

Szopen: Chwileczkę, ale skąd?!

Słowacki nie zgadzał się z Zygmuntem – nie miał pojęcia, że Fryderyk jest w związku (Cypriana również o tę niewiedzę podejrzewał), a tym bardziej, iż jego drugą połówką jest mężczyzna. Teraz wszystko układało się w logiczną całość. Stąd to przygnębienie, a po niej nieoczekiwana euforia.

Nie zdziwił go fakt, że Chopin zaufał im w tej kwestii – przecież miał za przyjaciół poetów, znawców miłości. Każdy, kto chciał poruszać ludzkie serca za pomocą słów, musiał traktować to uczucie jako coś wyższego, nie posiadającego ograniczeń.

Dante: Nic innego nie uszczęśliwiłoby cię bardziej niż Ferenc.

Dante: Cyprianie, nawet nie próbuj w tym momencie wtrącać żadnej uwagi.

ZgonPoezji: O co ty mnie podejrzewasz? Twierdzisz, że nie mam serca?

Dante: Tak.

ZgonPoezji: Na urodziny przyślę ci w kopercie wyniki z Holtera.

Juliusz poczuł się nieswojo. Chciałby móc teraz odczytać kąśliwą uwagę Adama na temat jakiegokolwiek nawiązania do biolchemicznych klimatów. Czemu Mickiewicz musiał być takim idiotą? Dlaczego wszystko zniszczył? Ta dziwna nostalgia zrodziła w nim postanowienie:

Jeżeli Mickiewicz nie powie o wszystkim Celinie, on sam również tego nie zrobi. Będzie to ostatni dowód dawnej przyjaźni.

***

Adam był zdenerwowany. Nic dziwnego – przez bardzo długi czas planował idealnie wyjście z sytuacji, w której się znalazł. Kiedy jednak nadszedł wieczór, mający rozstrzygnąć wszystko, pojął, że nie potrafi zmusić się nawet do uśmiechu. Nerwy przejęły nad nim kontrolę, myśli pędziły ku jednemu – zniszczy wszystko, straci wszystko, co było mu niezbędne do szczęścia. Zostanie zniszczony, był tego pewien.

Jedyną możliwością wydostania się z sideł defetyzmu było milczenie. Mógłby ostatecznie zataić prawdę przed Celiną – jego serce doskonale sprawdziło się w roli sędziego. Z ogromnym okrucieństwem udowodniło, jak można zniszczyć człowieka wyrzutami sumienia. Ale czy ktoś to widział? Nie. Taka alternatywa więc z góry była skazana na porażkę. Słowacki zapewne tylko czekał na chwilę, by go zniszczyć. Jakże tęsknił za chwilami, gdy mógł go nazywać przyjacielem. Tymczasem Juliusz najwyraźniej ustatkował zarówno swoją pozycję w szkole, jak i sytuację emocjonalną. To nie był już ten przerażony chłopak, który drżącymi rękoma pokazywał mu słabej jakości wiersz. Nie wykluczał opcji, że Słowacki poszerzył swoje horyzonty i poprawił swój styl. Możliwe, że pisze już całkiem przyzwoicie i to podchodzące pod narcyzm zachowanie ma w minimalnym stopniu prawo bytu. Jednakże tego wiedzieć nie mógł. Widząc go Adam wiedział, że ma już przed oczami obcego człowieka. Nawet nie wroga.

Musiał więc powiedzieć Celinie prawdę dzisiaj, inaczej zrobi to Juliusz.

– Tak bardzo chciałeś tego półmetka, a gdy już na nim jesteśmy, zachowujesz się, jakby ktoś cię tu siłą przyprowadził – mruknęła dziewczyna. Adam nie potrafił w tej chwili nawet na nią spojrzeć.

Rozejrzał się po sali, jakby chcąc dokładnie pojąć, gdzie się znajduje. Brzydkie pomieszczenie. Brzydcy ludzie z rocznika wchodzącego w dorosłość, którzy stawiali niezgrabne, a co za tym idzie, brzydkie kroki. Muzyka nie jest brzydka, pomyślał Adam, jest paskudna. Z niewymownym trudem zbliżył się do Celiny, objął ją lekko, by chwilę później rozpocząć taniec. Wszystko to było tak niekomfortowe; czuł, że z każdą sekundą jest mu coraz gorzej. Emocje brały nad nim górę. Przez chwilę perswadował sobie w duchu, że tak być nie może. Bezskutecznie: to wszystko zaraz się skończy – ta myśl nie potrafiła opuścić go ani na chwilę.

– Spokojnie. – Celina zmarszczyła brwi. – Co jest?

– A co ma być? – zapytał.

– Ręce ci drżą.

Nie pamiętał, kiedy ostatnio takie zjawisko miało miejsce. Miał zacząć się tłumaczyć, akurat piosenka się skończyła.

Teraz albo nigdy, przyszło mu na myśl. Zaproponował Celinie, że wyjdą z sali i porozmawiają na osobności. Powiedziała, że oczywiście, ale wcześniej pójdzie do toalety. Kiwnął głowa, po czym oznajmił, że będzie czekał przed wyjściem z budynku.

Ruszył więc w tym kierunku. Chłód, bijący z zewnątrz pozwolił mu minimalnie zmniejszyć nerwy. Oparł się o ścianę, wzdychając ciężko. Uspokój się, cholera, uspokój, powtarzał jego umysł. Miał wrażenie, że czas się zatrzymał tylko po to, by go dobić. Muzyka grała, jego rówieśnicy się bawili, on sam zaś czuł, że jeśli to wszystko zaraz się nie skończy, postrada już wszelkie zmysły. Inaczej być nie mogło.

– Cześć. – Spojrzał w lewą stronę i dostrzegł ostatnią osobę, którą chciałby w tym momencie widzieć. – Moglibyśmy porozmawiać?

– Nie, Zofio, nie możemy – odparował niemalże natychmiast. Zupełnie zapomniał, że była dziewczyna Fredry jest z jego rocznika. W ogóle tego nie przewidział. Nim zdążył cokolwiek powiedzieć, jego umiłowane przekleństwo przebiegło mu przez myśl co najmniej dziesięć razy. – To był przypadek, oboje byliśmy pijani…

Wzdrygnął się poczuwszy, że dłoń dziewczyny gładzi jego ramię.

– Doskonale wiesz, co robiłeś – powiedziała bez wahania. – I nie chcesz tak tego zakończyć, jestem tego pewna.

Co ona sobie myślała? Oczywiście, że chciał tak to zostawić. Przez tak długi czas się do niej nie odzywał, stwierdził więc, że wytłumaczenia nie mają tu sensu – stało się i powinno odejść w niepamięć. Skąd ta nagła śmiałość? I dlaczego akurat w tym momencie? Może stał za tym Fredro? Albo Słowacki? Na pewno maczali w tym palce – nie dochodzi się do takich stwierdzeń ot tak.

– Posłuchaj, nie zamierzam… – Nim zdążył dokończyć, Zofia zbliżyła się i pocałowała go.

Przez kilka sekund nie miał pojęcia, co właściwie się dzieje. Gwałtownym ruchem odepchnął od siebie dziewczynę, nadal nie mogąc wyjść z szoku. Co ją do tego skłoniło? Przecież ktoś mógł to widzieć. Ostatnie, czego potrzebował to plotki.

– Nie zbliżaj się więcej do mnie. – Przeraziła go desperacja, z jaką wypowiadał te słowa. – Rozumiesz?

Patrzyli sobie w oczy. Adam emanował teraz zarówno wściekłością, jak i przerażeniem, Zofia zaś z trudem powstrzymywała łzy. Nawet gdyby chciał, nie potrafił poczuć teraz wobec niej żadnej litości.

To wszystko było cholerną farsą, pomyślał, kiedy dziewczyna zaczęła płakać. Odeszła, a on nie potrafił za nią pójść. Teraz liczyła się tylko Celina. Czekał, aż wreszcie się przyjdzie – będą musieli stąd wyjść. Nie chciał, by ktoś zobaczył i jego łzy.

Po kilku minutach oczekiwania zaczął się niepokoić. Może czeka gdzie indziej, pomyślał i ostatecznie zaczął przeszukiwać cały budynek. Trwało to ponad pół godziny. Bez skutku

Bo skąd mógł wiedzieć, że Celina idąc w wyznaczone miejsce, zobaczyła scenę pocałunku?

***

– Odeszła.

Celina rozłączyła się. Nie potrafiąc zapanować nad drżeniem dłoni, wręcz wrzuciła telefon do torebki.

Miała nie płakać. Przecież zarówno ojciec, jak i lekarze wyrazili się jasno. To wreszcie się stanie – należy być przygotowanym. Jednakże, czy przewidując tragedię, można uchronić się przed jej bólem?

Bez przerwy ocierała łzy. Teraz wszystko straciło sens, została sama. Ojciec na pewno się rozpije, następne miesiące w domu będą koszmarem. Nim się wyprowadzi, dozna jeszcze wielu okrucieństw. Nie była pewna, czy sobie z tym poradzi. Jej serce opanowała bezkresna pustka. Nie potrafiła nawet wrócić pamięcią do wspomnień związanych z matką – nagły strach uniemożliwił jej nostalgię. W tej chwili potrzebowała Adama. Naiwnych słów, że wszystko będzie dobrze, mocnego uścisku – wszystkiego, co pozwoli wypełnić ten bezkres.

Nie miała pojęcia, przez ile czasu minęło, nim wreszcie postanowiła wyjść z toalety. Szybko skierowała się ku drzwiom. Pierwsze, co chciała zrobić, to powiedzieć Adamowi, by natychmiast stąd wyszli; bała się ewentualnych spojrzeń. Zatrzymała się w pół kroku, nie wierząc własnym oczom.

Mickiewicz całował Zofię.

Zdradził ją. Zdradził ją w momencie, gdy tak bardzo go potrzebowała.

Nie zapanowała nad łzami. Szybko odwróciła się i wyszła z budynku. Jej myśli balansowały między dwiema tragediami. Została zraniona przez dwie najważniejsze osoby w życiu. Matka zrobiła to wbrew woli, Adam jednak świadomie wyrządził jej krzywdę. Oszukiwał ją? Może upozorował tę sytuację, by mogła ją zobaczyć? Może od dawna chciał ją porzucić tak, jak porzucił całą resztę dziewczyn?

Niemalże nie czuła chłodu styczniowego wiatru, choć była jedynie w narzutce. Szybko doszła na pierwszy lepszy przystanek i wsiadła do autobusu. Musiała gdzieś jechać. Gdziekolwiek. Jak najdalej od tego wszystkiego.

Po kilku przystankach dostrzegła budynek wyglądający na jakąś galerię. Wysiadła z pojazdu i skierowała się w te stronę. Dopiero teraz poczuła, jak zimno jest na dworze. Natychmiast jej ciało przeszedł dreszcz, więc przyspieszyła kroku.

Znalazłszy się w budynku, unikała zdezorientowanych spojrzeń innych. Gdy zmierzała do toalety, jakaś kobieta zaczepiła ją z pytaniem, czy nie potrzebuje pomocy. Szybko zaprzeczyła.

Weszła do toalety i zamknęła się w kabinie. Kręciło jej się w głowie, ręce nadal jej drżały. Zaczęła szeptać do siebie, że powinna się uspokoić. Nie panowała nad sobą.

Otworzywszy torebkę przypomniała sobie, że wewnątrz wciąż jest mnóstwo leków, które zabrała ojcu.

Wszystko nagle zwolniło tempa.

Czas wydawał się płynąć powoli. Tabletek ubywało. Wszystko wokół bez żadnego pośpiechu, jakby nie chcąc jej przestraszyć, stawało się coraz mniej wyraźne. Gdzieś w tle słychać było komunikat o zbliżającym się zamknięciu galerii. Celina odruchowo postanowiła się podnieść, by wyjść, jednak nim dotknęła klamki, upadła. Oczy zaszły jej łzami, jęknęła cicho. Momentalnie zrobiło się jej niedobrze – organizm najwyraźniej dopiero teraz pojął, że powinien się bronić. Niczego jednak nie zdziałał.

Nie wiedziała, ile czasu minęło, gdy jej powieki zaczęły się robić ciężkie. W pierwszej chwili poczuła lęk, jakiś impuls sparaliżował jej ciało, jednakże trwało to tylko kilka sekund – zbyt mało, by pojąć, co się zrobiło. Opanowała ją niemoc – dobra, bo nie niosąca za sobą cierpienia, wręcz kojąca. Przymknęła oczy, kąciki ust minimalnie uniosły się.

Myśli, które nie były skupione już na niczym konkretnym, zupełnie jak umierająca gwiazda, zapłonęły ostatnim blaskiem:

Sen, słodki sen.

Epilog

Lato dobiegało końca. Chłodny, sierpniowy wiatr, pojawiający się dopiero późnym popołudniem był dla Juliusza swoistą ulgą. Cały dzień spędził na włóczędze po mieście. Wyszedł z domu na prośbę Zygmunta i Elizy, czego szybko pożałował, bo skwar na zewnątrz był nie do zniesienia. Zamiast więc skupić się na przyjaciołach, zastanawiał się, czy mógłby sprzedać duszę diabłu za natychmiastowe wakacje na Antarktydzie.

Popołudnie minęło mu szybko. Pożegnał się z przyjaciółmi, a pojąwszy, że pogoda wreszcie zrobiła się znośna, postanowił wybrać się na samotny spacer po najładniejszej części miasta. Uwielbiał przyglądać się zabytkowym budynkom skąpanym w urokliwym blasku późnego słońca. Kto wie, pomyślał, może znajdę inspirację?

Pisało się mu świetnie. Zachwyt pojedynczymi segmentami otaczającego go świata sprawił, że był w stanie konstruować zadowalające teksty. Zdecydowanie czuł się na siłach w tej kwestii i bynajmniej nie zamierzał owego stanu marnować. Po raz pierwszy zdecydował się na wakacje z matką i ojczymem (zazwyczaj miał z tym ogromny problem), by móc odnaleźć natchnienie. Spędził zadziwiająco dobrze ten czas. Dopiero wtedy stwierdził, że wreszcie przekonał się do Augusta. Od czasu, gdy Salomea podupadła na zdrowiu, ich relacje uległy znacznej poprawie, jednak ogromny niesmak, tkwiący w sercu Juliusza od lat przez wiele miesięcy mu to uniemożliwiał. Wreszcie teraz, po niemal dwóch latach od tych wydarzeń, potrafił przyznać się do stwierdzenia, że polubił swojego ojczyma.

Patrząc na promienie, które okalały stary bruk pojął, że za kilka dni nie będzie miał nawet czasu na takie spacery. Zawsze robił sobie nadzieje, iż w roku szkolnym znajdzie chwilę na jakiekolwiek przyjemności – tym razem wyzbył się złudzeń. Po wakacjach zacznie się ostre przygotowanie do matury, pomyślał. Był zły na siebie, ponieważ w przeciwieństwie do sporej części swoich znajomych wciąż nie wiedział, co chce robić w tej, niestety, niedalekiej przyszłości. Na myśl o dorosłym życiu, przepełnionym trywialnymi sprawami, zupełnie nieistotnymi dla artysty, czuł duchowy ból. Nie był jeszcze na to gotowy. Gdzieś po cichu liczył jednak, że w tym roku wszystko się zmieni.

Skręcił w następną uliczkę, widział ją po raz pierwszy. Gdyby ktoś pokazał mu jej zdjęcie stwierdziłby, że ma przed oczami fotografię z Włoch – śliczne miejsce sprawiało wrażenie zabranego z Florencji, czy Werony. Delektował się tym widokiem, czuł jego klimat całym sobą. Na końcu uliczki dostrzegł szyld wykonany w starym stylu. Juliusz szybko pojął, że jest to kawiarnia i niemal od razu nabrał ochoty na mrożoną kawę. Przyspieszył nieco kroku, gdy nagle usłyszał dźwięk podobny do trzasku. Tuż po nim zostało wypowiedziane przekleństwo, które Słowacki rozpoznałby wszędzie.

– Cholera!

Odwrócił się na pięcie i dostrzegł Adama, który właśnie schylił się i zaczął zbierać książki, które najwyraźniej upuścił. Juliusz przez chwilę stał jak wryty, nie wiedząc, co robić. Widział tego człowieka po raz pierwszy od dwóch lat. Bał się do niego podejść. Przecież Mickiewicz mógłby go od razu zbyć, przez co zniszczyłby sobie tak dobry humor. Sekundę później jednak szedł już ku niemu. Nie potrafił oprzeć się ciekawości.

W pierwszej chwili Adam nie zwrócił na niego uwagi. Sprawdzał dokładnie czy książkom, które niósł, nie stała się żadna krzywda. Dopiero spojrzawszy przed siebie, zobaczył Juliusza i szerzej otworzył oczy.

Przez chwilę patrzyli na siebie, nie odezwawszy się słowem. Juliusz poczuł obowiązek rozpoczęcia konwersacji. Nie mając bladego pojęcia, jak zacząć, rzekł:

– Dawno się nie widzieliśmy.

Adam uśmiechnął się słabo.

– Nie sądziłem, że jeszcze kiedykolwiek cię zobaczę – odparł beznamiętnie.

Juliusz przyjrzał się swojemu rozmówcy. Blada skóra, zapadnięte policzki, spojrzenie mętne, a jednocześnie bacznie analizujące wszystko wokół. Dokładnie tak zapamiętał go w dniu pogrzebu Celiny. Byli tam wszyscy. Każdy wylewał łzy. Poza Adamem.

Słowacki pamiętał to, jakby miał wspominać dzień poprzedni, a nie wydarzenie osadzone dwa lata temu. Jego umysł doskonale odtworzył wszystko, co się wtedy działo: cierpienie, jakim emanował Adam było nie do zniesienia. Nie potrafił na niego patrzeć dłużej niż kilka sekund. Tak bardzo mu wtedy współczuł.

Pamiętał, że Zygmunt położył dłoń na jego barku i rzucił ciche „Chodź, powinniśmy już iść”. Potem zrobili coś, czego robić nie powinni. Zatopili wszelkie smutki w alkoholu, ba – spili się okropnie.  Protestowali przeciw życiowej niesprawiedliwości, każde stwierdzenie wieńczyli siarczystymi przekleństwami, jakby mieli nadzieję, że ktoś w górze ich wysłucha i cofnie tę całą tragedię. Juliusz miał wtedy okropne wyrzuty sumienia. Pijany jak jeszcze nigdy wypłakał się w ramię Krasińskiego, bez przerwy powtarzając, że to wszystko jego wina. Typowym dla osoby, która przegięła z alkoholem tonem mruczał, że Adam się nie pozbiera.

Patrząc na niego w tej chwili stwierdził, że miał rację. Nie wiedział, rzecz jasna, czy Mickiewicz dalej przeżywa to bezpośrednio. Jego powaga jednak nie była już dowodem na pewność siebie, a na cierpienie, marność duszy. Wygląd, brak dawnej werwy zawartej w błysku w oczach również utwierdziły go w przekonaniu, że całe to wydarzenie zostawiło po sobie widoczny ślad.

Od dnia pogrzebu nie widział go ani razu. Adam zmienił szkołę, zerwał wszelkie kontakty z dawnymi znajomymi. Kilka razy Zygmunt i Fryderyk próbowali odwiedzić go oraz pocieszyć, ale za każdym razem wszystko kończyło się fiaskiem. Najwyraźniej nic nie mogło złagodzić jego bólu.

Rok później Juliusz znalazł w księgarni jego tomik poezji. Miał brzydką okładkę i brak notki na temat autora. Domyślał się, że Adam nie użył swojej historii, by lepiej sprzedać wiersze, inaczej wokół tomiku zrobiłoby się głośno.

Wtedy nie musiałby wpadać na tę niewielką książeczkę przypadkiem. Czytając w zaciszu swojego pokoju każdy z utworów, czuł się niewiarygodnie źle. Typowy czytelnik mógłby jedynie się domyślać, skąd cierpienie podmiotu lirycznego – on doskonale je znał. Przy każdej z metafor miał przed oczami minione wydarzenia. Nie wytrzymawszy, schował tomik na dnie szuflady, do której nigdy nie zaglądał. Przez długi czas po tym czynie starał się powstrzymywać łzy.

Teraz mógł ponownie przyjrzeć się temu cierpieniu. Nie chciał tego, jednakże czuł w jakąś powinność posiadania wiedzy na temat stanu Adama. Nabrał nieco więcej powietrza w płuca, po czym rzekł:

– Nie chciałbyś może napić się kawy? Na końcu uliczki jest kawiarenka, która wygląda zachęcająco. – Przez chwilę wahał się, czy kontynuować, jednak wreszcie dodał z trudem. – Chciałem z tobą porozmawiać.

Gdyby rozmawiał z tamtym Adamem, usłyszałby pewnie „Doprawdy? Nagle się mną zainteresowałeś?”, ale człowiek, którego miał przed oczami jedynie lekko kiwnął głową. Z jednej strony Juliusz cieszył się, że nie został  spławiony cyniczną uwagą, ale w mig pojął, iż nie świadczy to o niczym dobrym.

Ruszyli w stronę kawiarni. Milczenie panujące między nimi wzbudziło w Słowackim pewien dyskomfort. Wiedział doskonale, że Mickiewiczowi ono nie przeszkadza, jemu jednak wadziło ogromnie. Bał się zamyślić, by nie zignorować towarzysza w razie zagajenia rozmowy, jednocześnie obawiając się odezwać pierwszemu. Miał wrażenie, że zrobi coś złego. Tak bardzo nie chciał rozstać się z Adamem w niezgodzie. Los dał im szansę na ostateczną zmianę. Nigdy przecież nie doszli do porozumienia. Czy Mickiewicz w ogóle o tym pamiętał?

Drzwi kawiarenki były otwarte na oścież. Juliusz przeszedł przez próg, czując zarówno nieprzyjemną duchotę, jak i aromatyczny zapach kawy. Usiadł przy stoliku tuż pod oknem, po czym wskazał Adamowi krzesło przed sobą. Mickiewicz położył książki na niewielkim parapecie, a następnie zajął miejsce.

– Zrobiłeś spore zapasy – stwierdził Juliusz, spoglądając na wcale niemałe tomiszcza.

Jego rozmówca również spojrzał w tę stronę i delikatnie kiwnął głową.

– To na wszelki wypadek, gdyby w Wilnie było mało polskich księgarni.

Juliusz zmarszczył brwi.

– W Wilnie? – powtórzył nieco skołowany. – Wyjeżdżasz?

– Mhm. Studia.

Przez chwilę nie wiedział, co o tym myśleć. Po co Adam miałby wyjeżdżać z kraju, skoro żył w mieście wręcz przepełnionym dobrymi uczelniami? Ledwie zadał sobie to pytanie, a już poznał odpowiedź – najwidoczniej Mickiewicz potrzebował poważnych zmian w życiu. Nie był pewien, czy powinien aprobować ten pomysł.

– Mam nadzieję, że ci się tam spodoba – rzekł. Długo zastanawiał się nad odpowiedzią. Dobranie odpowiednich słów stało się dla niego niezwykle trudne.

– Znalazłem już mieszkanie i współlokatorów. Wyglądają na sympatyczną gromadkę, obym się tylko nie zawiódł.

– Wszyscy są Polakami?

– Tak.

Do stolika podeszła kelnerka. Juliusz zamówił mrożoną kawę, Adam rzucił coś na temat jakiejś znośnej herbaty. Zdziwiło go to – pamiętał, że Mickiewicz pijał kawę przy każdej możliwej okazji. Chciał zagadać, skąd ta zmiana, ale napotkał na zmieszane spojrzenie swojego rozmówcy. W pierwszej chwili nie wiedział, co się dzieje.

– Ona… była do niej nieco podobna – powiedział cicho.

Słowacki nie znajdował słów, by móc jakkolwiek odpowiedzieć. Zrobiło się mu szkoda Adama. Kelnerka ani trochę bowiem nie przypominała Celiny.

Adam chrząknął, jakby starając się zapanować nad swoją drugą, o wiele smutniejszą naturą.

– Opowiedz, co u was – polecił. Juliusz pojął, że owe „was” obejmowało zarówno jego, jak i Chopina oraz Krasińskiego.

– Cóż – zaczął – Frycek dostał się na studia do wiedeńskiego konserwatorium. Będzie mieszkał z Ferencem.

– Dalej są razem? – zapytał Adam, jakby dla pewności.

Juliusz kiwnął głową.

– Wątpię, by coś uległo zmianie. – Chciał zacząć poważny wywód na temat tego, że Fryderyk nie widzi świata za Ferencem, a Ferenc za Fryderykiem, jednak szybko ugryzł się w język. To nie byłoby taktowne. – Co do Zygmunta… wybiera się na prawo…

– Głupiec – skwitował natychmiast Mickiewicz. – Posłuchał ojca?

– Niestety.

Sam również był wściekły na Krasińskiego. Próbował w nim zaszczepić skłonności do zachowań bardziej nonkonformistycznych. Bez żadnego skutku. Krasiński wyrzekł się marzeń, by zadowolić ojca – dostał się na jeden z najlepszych uniwersytetów w kraju.

Adam wyglądał, jakby miał zaraz w bardzo nieprzyjemny sposób wypowiedzieć się na ten temat. Ostatecznie jednak zapytał, co u Cypriana.

– Dobrze, bez niego ciężko byłoby przeżyć z tą klasową hołotą. Żebyś słyszał, z jaką kulturą mówi tym ludziom w twarz, że są debilami!

– Domyślam się, że wygląda to pięknie – skomentował Adam z nutą nostalgii w głosie. Juliusz natychmiast poczuł się jej winien. – Nie powiedziałeś mi jeszcze, co u ciebie.

– U mnie? – powtórzył Słowacki. – Nie wiem, czy jest o czym opowiadać.

– Masz kogoś? – zapytał bezpardonowo.

Nadeszła kelnerka z napojami. Nawet słodycz kawy nie pomogła Juliuszowi w pobyciu się myśli dotyczących pytania Mickiewicza. Czując jednak jakiś obowiązek zwierzenia się, powiedział spokojnie:

– Nie. Friendzone.

Nawet przed samym sobą wyznawał to z trudem. Znowu się zadurzył. Znowu jego szanse były zerowe. Znowu musiał jakoś to przeżyć.

Adam posłał mu długie spojrzenie.

– A szkoła? Rodzice? Wszystko w porządku?

– W jak najlepszym – odpowiedział Juliusz bez zastanowienia. – Powinienem zapytać cię o to samo.

Mickiewicz uśmiechnął się blado. W owym uśmiechu ukazał cały swój stan emocjonalny. Zupełnie, jakby mówił „Staram się, ale nie wychodzi, choć minęło już tak wiele czasu.”

– Nie podzielam twojej opinii – stwierdził – ale skoro koniecznie chcesz wiedzieć, wszystko jest we względnej normie. Mój młodszy brat znalazł sobie dziewczynę, co jest dla mnie szokiem, bo jak dotąd sądziłem, że ta istota jest w stanie zakochać się tylko w jedzeniu. Drugi zaś żeni się za kilka miesięcy. Napisałem maturę z matematyki na trzydzieści siedem cholernych procent. Korciło mnie, by odwiedzić stare liceum i powiedzieć to byłej matematyczce.

– Czemu tego nie zrobiłeś? – zapytał Juliusz zaciekawiony.

Adam upił łyk herbaty, następnie wzruszył ramionami. Słowacki miał wrażenie, że znał odpowiedź – Mickiewicz nie zniósłby tych wszystkich świdrujących spojrzeń. Od śmierci Celiny nie było już ważne, kim był Adam dotychczas – po tej tragedii funkcjonował w umysłach reszty uczniów jako ten, którego dziewczyna przedawkowała. Taka wizyta mogłaby go jeszcze bardziej dobić.

Zapadło milczenie. Ciężka kurtyna ciszy oddzieliła ich od siebie. Słowacki skupił się na kawie, wahając się, czy powiedzieć Adamowi, że czytał jego tomik. Nie miał pojęcia, jak Mickiewicz zareaguje na tę wiadomość. Mógł być przecież zupełnie obojętny lub pogrążyć się w melancholii na dobre – tego Juliusz nie potrafił przewidzieć. Postanowił jednak zaryzykować:

– Będąc kiedyś w księgarni znalazłem twój tomik poezji. – Przyglądał się Adamowi. Dostrzegł, że jego mięśnie napinają się lekko. – Nie potrafiłem przeczytać go w całości.

– Ja nie potrafiłem go w tę całość zebrać. Wszystkie wiersze napisałem stosunkowo szybko… rok zajęło mi podjęcie decyzji.

– W tym tomiku nie ma notki o autorze – zauważył Juliusz.

– Poprosiłem o to. Dodam ją do lepszych prac.

Te słowa podniosły go na duchu. Pojął, że nie musi się martwić o Adama – ten najwyraźniej był już coraz bliżej osiągnięcia szczęścia. Dobrze, pomyślał, bardzo dobrze.

Pozostawała jeszcze jedna kwestia – musiał się z nim pogodzić. Sumienie dręczyłoby go do końca życia, gdyby ot tak zmarnował prawdopodobnie ostatnią szansę na taką rozmowę. Wiedział, że usłyszy jeszcze o Mickiewiczu, był tego niemal pewien. Nigdy jednak nie powtórzy się ta scena – słońce nie oświetli bladych palców Adama, nerwowo wodzących po powierzchni filiżanki, kelnerka nie upuści tacy, dezorientując ich nieco, a sam Juliusz nigdy więcej nie powie, jak bardzo go za wszystko przeprasza.

Oczy Mickiewicza błysnęły lekko.

– W dniu pogrzebu podszedłem do jej ojca. Powiedziałem, kim dla niej byłem oraz że wyrządziłem jej straszną krzywdę. Pod koniec użyłem tych samych słów, co ty. Milczał. Dał mi w twarz, ale milczał. – Westchnął cicho. – Nie popełnię jego błędu. Wybaczam ci, Juliuszu i sam błagam o wybaczenie. To wszystko… to wszystko nie powinno mieć miejsca.

Juliusz bez wahania kiwnął głową. Czuł ogromną ulgę. Nie wiedział, czemu jedno zdanie tak ogromnie go wzruszyło. Momentalnie zaczęły go szczypać oczy. Szybko wytarł pierwsze łzy i przeprosił Adama za swoje zachowanie.

– Prawdziwy z ciebie romantyk – powiedział Adam – istny idealista. Chciałbym ci coś powiedzieć zanim się z tobą pożegnam. Przekaż to im wszystkim, przekaż nawet temu Węgrowi, Elizie, każdemu, ktoś w choć minimalnym stopniu rozumie niesprawiedliwość tego świata. Nie chcę, abyś powtórzył moje błędy. O wzniosłych rzeczach można mówić jedynie doświadczając cierpienia. Taki właśnie jest ten idealizm, Juliuszu, jest to idealizm dla biednych, stoczonych emocjonalnie. My, ludzie patrzący na świat nieco inaczej, przeżywamy ów ból częściej, mamy wrażenie, że nic się nie zmieni i wręcz sami skaczemy w tę bezkresną otchłań smutku. Nie rób sobie tego, zwracaj się z każdym problemem do najbliższych, inaczej piętno cierpienia kiedyś cię zniszczy. Staniesz się niczym zwiędły kwiat. Na zwiędłe kwiaty się narzeka, mówi się o nich, że dawniej były piękne, po czym się je wyrzuca. A przecież tak wiele przed tobą! Ja… tak strasznie się boję, że już nigdy nie będę szczęśliwy. Dlatego, proszę, zawsze czując się źle, pomyśl o tym, co stało się ze mną. Sam otworzyłem emocjom drzwi do swojego serca. Powinny wyjść po jakimś czasie, ale nie potrafiłem sobie poradzić z wypędzeniem ich. Chciałem się, głupi, z tym pogodzić. Bałem się zasnąć, wiedząc, że ona odwiedzi mnie w śnie i znów obwini mnie za wszystko. Nie wiem… nie wiem, dlaczego to mówię, cholera by to wszystko…

Jedynym słyszalnym w tym momencie dźwiękiem było delikatne przesunięcie krzesła. Juliusz powstał, nie potrafiąc powstrzymać łez. Adam uczynił to samo. Podszedł do towarzysza, a zauważywszy, że ten rozpostarł lekko ramiona, przytulił go mocno. Słowacki doskonale czuł, że Mickiewicz drży lekko. Drży w sierpniowe popołudnie, w dusznej, opustoszałej kawiarni. 

Opublikowano
Kategorie Dramat
Odsłon 369
0

Komentarze

Bez komentarzy

Dodaj komentarz

error: Zawartość chroniona prawami autorskimi! Zakaz kopiowania!